Medicalpress
Wdrażanie Planu dla Chorób Rzadkich, kierunki rozwoju technologii stosowanych w terapii tych schorzeń, związane z tym wyzwania dla systemu oraz funkcjonowanie Funduszu Medycznego, to niektóre z zagadnień poruszanych podczas panelu „Choroby rzadkie: systemowe rozwiązania i ich realizacja”, który został zorganizowany w ramach XXXII Forum Ekonomicznego w Karpaczu.
„Diagnostyka chorób rzadkich, w tym dostęp do nowoczesnych metod diagnostycznych to jeden z filarów Planu dla Chorób Rzadkich” – podkreślała Agnieszka Grzybowska-Zalewska, prezes Sanofi Polska na Forum Ekonomicznym w Karpaczu.

Do tej pory wykryto ok. 8 tys. rzadkich chorób; w Polsce cierpi na nie ok. 3 mln osób, a zarejestrowanych jest ok. 200 leków.

Wdrażanie Planu dla Chorób Rzadkich, kierunki rozwoju technologii stosowanych w terapii tych schorzeń, związane z tym wyzwania dla systemu oraz funkcjonowanie Funduszu Medycznego, to niektóre z zagadnień poruszanych podczas panelu „Choroby rzadkie: systemowe rozwiązania i ich realizacja”, który został zorganizowany w ramach XXXII Forum Ekonomicznego w Karpaczu.

„Fundusz Medyczny w odniesieniu do chorób rzadkich się sprawdza, aczkolwiek jego minusem jest to, że jest ograniczony do tych najbardziej innowacyjnych cząsteczek” – oceniła Agnieszka Grzybowska-Zalewska, prezes Sanofi Polska. 

Jak wskazywała, musi to być cząsteczka, która jest nie tylko innowacyjna, ale jeszcze odpowiada na niezaspokojoną do tej pory potrzebę medyczną, a na dodatek musi być zgłoszona w przeciągu bardzo krótkiego czasu od zarejestrowania. To sprawia, że zestaw cząsteczek mających szansę na objęcie refundacją z założenia jest dosyć mały, w tym roku to było sześć cząsteczek. 

„Zbiór cząsteczek, które już są refundowane, systematycznie się powiększa; do ideału nam daleko, ale jest postęp. Natomiast jest jeszcze ten zbiór po środku, czyli tych cząsteczek, które nie są refundowane, a nie są na tyle innowacyjne, by znaleźć się na tej liście – mówiła prezes Agnieszka Grzybowska-Zalewska. – Fundusz Medyczny dla tych bardzo innowacyjnych cząsteczek jest dobrym rozwiązaniem, natomiast musimy ciągle szukać rozwiązań dla tej całej reszty” – podsumowała.

„Moim marzeniem zawodowym są badania przesiewowe wśród noworodków pod kątem chorób rzadkich, tzw. new born screening. Nie po to, żeby od razu stosować leczenie, ale żeby obserwować pacjenta od narodzin. Bo jeżeli zaczynamy leczyć chorego we właściwym momencie, to ten efekt jest lepszy, co oznacza, że pieniądze są efektywniej wydawane” – zaznaczyła. 

Wskazała też na konieczność rozwoju terapii domowych, które zapewnią pacjentowi komfort leczenia w swoim środowisku, bez konieczności uciążliwych, często dalekich podróży do placówek medycznych. 

„Założenia Planu dla Chorób Rzadkich trzeba wdrożyć, jest to trudne, wszystko jeszcze przed nami, ale poruszamy się małymi kroczkami w dobrą stronę” – podsumowała. 

W debacie brał udział także wiceminister zdrowia Maciej Miłkowski. 

„Trzeba dalej pracować, bo są sprawy, które można naprawić. Jesteśmy na półmetku wykonania Planu dla Chorób Rzadkich – mówił. – Naszym zadaniem jest umożliwienie leczenie pacjenta z niektórymi schorzeniami rzadkimi blisko domu lub w domu pod nadzorem ośrodka referencyjnego” – zapewnił.

Wiceminister zdrowia podkreślał przy tym, że badania przesiewowe to najefektywniejsze i najtańsze rozwiązanie. Według niego powinien powstać Europejski Projekt Badań Przesiewowych. 

„Nowe wartości Starego Kontynentu – Europa u progu zmian” to hasło tegorocznego, XXXII Forum Ekonomicznego w Karpaczu. Program tegorocznego Forum przewiduje prawie 500 wydarzeń, podzielonych na działy, m.in. Forum ochrony zdrowia.

Źródło: PAP MediaRoom

– Podjęliśmy decyzję o objęciu refundacją kolejnej grupy leków, w tym terapii podjęzykowej dla pacjentów z alergią wziewną na roztocza kurzu domowego, która może być przyjmowana w domu. Kierowaliśmy się m.in. tym, że jest to forma zdecydowanie bardziej przyjazna dla pacjentów, ponieważ wszystkie dotychczasowe terapie były podawane w ramach porady bądź hospitalizacji – mówi agencji Newseria Biznes Maciej Miłkowski, wiceminister zdrowia. –Na początku refundacja obejmie pacjentów w wieku 12–17 lat, ponieważ jest to najbardziej potrzebująca grupa. I ta pierwsza decyzja jest dwuletnia, a co będzie później – zobaczymy.
Immunoterapia alergenowa w formie doustnej jest w pełni bezpieczna, skuteczna i najwygodniejsza dla pacjentów, nie wymaga jak klasyczne zastrzyki stawiania się co cztery tygodnie na wizycie w poradni alergologicznej. Zamiast tego mogą przyjmować ją samodzielnie w domu. Do tej pory ta forma leczenia alergii nie była w Polsce dostępna ze względu na brak refundacji. Jednak na zaktualizowanej liście leków refundowanych, która weszła w życie 1 lipca br., po raz pierwszy znalazła się immunoterapia alergenowa na roztocza kurzu domowego w formie liofilizatu do stosowania podjęzykowo w warunkach domowych dla pacjentów w wieku 12–17 lat. Lekarze mówią o przełomie, a Ministerstwo Zdrowia zapowiada, że jest to furtka do wprowadzania kolejnych terapii doustnych w leczeniu alergii wziewnych.

Ponad 40 proc. Polaków cierpi na choroby alergiczne, przy czym ok. 10 proc. stanowią ciężkie jej postacie. Ze względu na szybki wzrost liczby chorych często określa się je mianem epidemii XXI wieku, a według WHO choroby alergiczne już w tej chwili zajmują trzecią pozycję na liście najczęstszych chorób przewlekłych. Jedyną metodą, która może wyleczyć pacjenta z alergii, jest immunoterapia alergenowa, popularnie nazywana odczulaniem. Zwalcza ona przyczynę choroby, zamiast jedynie łagodzić objawy. W uproszczeniu: polega na podawaniu pacjentowi niewielkich, bezpiecznych dawek alergenów, na które organizm uzyskuje tolerancję. Co istotne zastosowanie immunoterapii zapobiega też rozwojowi astmy oskrzelowej i ciężkich postaci innych chorób alergicznych.

Leczenie alergii, czyli odczulanie immunoterapią alergenową, trwa od trzech do pięciu lat. W tym czasie pacjent musi regularnie stawiać się na wizyty w poradni lub szpitalu, ponieważ w polskich warunkach immunoterapia podawana była dotąd wyłącznie w formie zastrzyków. Na rynku od dość dawna dostępne są preparaty w kroplach lub w tabletkach pod język, które chory może przyjmować samodzielnie w domu, ale pod warunkiem że sam za nie zapłaci. Do tej pory żaden z tych preparatów nie był refundowany, teraz zaczyna się to zmieniać.

– Podjęliśmy decyzję o objęciu refundacją kolejnej grupy leków, w tym terapii podjęzykowej dla pacjentów z alergią wziewną na roztocza kurzu domowego, która może być przyjmowana w domu. Kierowaliśmy się m.in. tym, że jest to forma zdecydowanie bardziej przyjazna dla pacjentów, ponieważ wszystkie dotychczasowe terapie były podawane w ramach porady bądź hospitalizacji – mówi agencji Newseria Biznes Maciej Miłkowski, wiceminister zdrowia. – Na początku refundacja obejmie pacjentów w wieku 12–17 lat, ponieważ jest to najbardziej potrzebująca grupa. I ta pierwsza decyzja jest dwuletnia, a co będzie później – zobaczymy.

Po latach starań klinicystów i Fundacji Centrum Walki z Alergią immunoterapia alergenowa na roztocza kurzu domowego w formie liofilizatu do stosowania podjęzykowo, w warunkach domowych, znalazła się na zaktualizowanej liście leków refundowanych, która weszła w życie 1 lipca br.

 Zrobiliśmy to w tym celu, aby była pewność dokończenia tej terapii, która jest trzy–pięcioletnia, a jej przerwanie jest później niesamowicie problematyczne – tłumaczy Maciej Miłkowski.

Jak wskazuje, decyzja Ministerstwa Zdrowia to potencjalna furtka do wprowadzania kolejnych terapii doustnych w leczeniu alergii wziewnych.

– Przebudowujemy schematy dostępności refundacji. Uzgodniliśmy z Agencją Oceny Technologii Medycznej nowy schemat podawania, dużo łatwiejszy dla firm farmaceutycznych, bez pełnych analiz HTA, i będziemy się starali – wspólnie z towarzystwem naukowym, z konsultantem krajowym – przeanalizować cały rynek leków w alergiach wziewnych i zmienić system, który dziś funkcjonuje, czyli zlecenie, wystawienie recepty do apteki, wykupienie recepty w aptece i z powrotem podanie w podmiocie leczniczym. Chcemy to uprościć, żeby było bezpośrednie podanie w podmiocie leczniczym i rozliczenie tego przez NFZ, a pacjent nie dopłacałby wówczas do tej terapii – mówi wiceminister zdrowia.

Jak podkreślają alergolodzy, refundacja immunoterapii w formie podjęzykowej do samodzielnego stosowania w domu powinna skłonić większą liczbę pacjentów do podjęcia takiej terapii, ponieważ w tej chwili odczulaniu poddaje się bardzo niewielki odsetek alergików.

– Pierwsza refundacja preparatów do immunoterapii alergenowej – w tym wypadku immunoterapii na alergię roztoczy kurzu domowego – powinna zwiększyć dostępność tych preparatów, a w efekcie zwiększyć ich zastosowanie w praktyce wśród chorych – mówi prof. dr hab. n med. Krzysztof Kowal, przewodniczący Sekcji Immunoterapii Swoistej Polskiego Towarzystwa Alergologicznego, specjalista alergologii i chorób wewnętrznych z UM w Białymstoku. – Na początek ta refundacja obejmuje młodzież w wieku od 12. do 17. roku życia, ponieważ to właśnie w tej populacji oczekujemy największej korzyści przy zastosowaniu tego sposobu leczenia, zarówno jeśli chodzi o efekty doraźne, jak i efekty odległe.

– Jesteśmy bardzo zadowoleni z decyzji Ministerstwa Zdrowia odnośnie do refundacji dla pacjentów uczulonych na roztocza kurzu domowego, która obejmuje dzieci w wieku od 12 do 17 lat. Jest to początek. Mam nadzieję na przełom w leczeniu alergii w Polsce. Jednak z pewnością potrzebujemy jeszcze refundacji dla osób dorosłych i o to będziemy w dalszej perspektywie zabiegać – dodaje Joanna Zawadzka, prezes Fundacji Centrum Walki z Alergią.

Jak podkreśla, dzięki tej decyzji refundacyjnej znacząco poprawi się jakość życia dużej grupy pacjentów borykających się z alergią. Immunoterapia pod język jest bowiem w pełni bezpieczna i skuteczna, a przy tym najwygodniejsza dla pacjentów, ponieważ oszczędza czas i eliminuje konieczność częstych wizyt w gabinecie alergologa.

 Część pacjentów nie będzie musiała jeździć co cztery tygodnie na podanie iniekcyjne do poradni. To jest duża wygoda, ułatwienie nie tylko dla chorych, bo decyzja ministerstwa obejmuje na razie grupę pediatryczną, czyli dzieci w wieku 12–17 lat, które w większości jeżdżą na podanie iniekcji z rodzicami. A to wiąże się z absencjami w pracy czy nieobecnościami w szkołach – mówi Joanna Zawadzka. – Leczenie doustne, podjęzykowe jest bardzo skuteczne i bezpieczne. Można przyjmować je w domu, pod opieką alergologa i wówczas wystarczy stawiać się na wizytę w poradni wtedy, kiedy to jest konieczne, a nie co cztery tygodnie. To na pewno wpłynie na poprawę jakości życia tej grupy pacjentów i ich opiekunów.

 Metoda podjęzykowa jest prostsza, bo pacjent zaczyna leczenie u alergologa, ale kontynuuje je u siebie w domu i pojawia się w gabinecie raz na dwa–trzy miesiące. Jest to więc zdecydowanie bardziej przyjazna forma, ale tak samo skuteczna jak iniekcje i wydaje się, że zdecydowanie bezpieczniejsza – dodaje dr Piotr Dąbrowiecki, przewodniczący Polskiej Federacji Stowarzyszeń Chorych na Astmę, Alergię i POChP, ekspert Kliniki Chorób Infekcyjnych i Alergologii WIM w Warszawie. – Refundacja podjęzykowego odczulania może też spowodować, że ci pacjenci, którzy z przyczyn finansowych nie mogli do tej pory skorzystać z tej terapii, teraz będą mogli sobie na nią pozwolić. A odczulanie trwa od trzech do pięciu lat i ważne jest, żeby pacjent był w stanie sobie na to pozwolić, zarówno pod względem logistycznym, czasowym, jak i finansowym. Dobrze więc, że ta szczepionka jest już refundowana.

źródło: Newseria

Rak piersi zajmuje drugie miejsce wśród najbardziej rozpowszechnionych nowotworów w Polsce. Rocznie dotyka on ok. 20 tys. kobiet, z czego ok. 10- 15 proc. cierpi na jego agresywną odmianę, tzw. potrójnie ujemnego raka piersi. Dobre wyniki w leczeniu i ograniczeniu nawrotów tego nowotworu daje nowoczesna immunoterapia. Niestety, dla części chorych z tym rozpoznaniem, chorych we wczesnej fazie nowotworu, nie jest ona jeszcze w Polsce refundowana.
Na potrójnie ujemnego raka piersi chorują w większości młode kobiety, choć może się on również pojawić u osób starszych. Ten typ cechuje duża agresywność, często zdarzają się szybkie nawroty choroby, zwykle po 2-3 latach od zastosowania pierwotnego leczenia. Pacjentki mające ten typ raka są też częściej niż pozostałe obciążone genetycznie. 

„Rak piersi to na dobrą sprawę jest kilka nowotworów, które rozwijają się w kobiecej piersi, ale różnią się od siebie swoimi cechami biologicznymi” – mówi prof. dr hab. n. med. Tadeusz Pieńkowski, kierownik Kliniki Onkologii i Hematologii Centralnego Szpitala Klinicznego MSWiA. 

Dodaje, że są one rozpoznawane podczas badania receptorów hormonalnych oraz określania stopnia złośliwości tych nowotworów. „Dzięki temu, że te receptory badamy, możemy stosować terapie, dla których ekspresja tych różnych receptorów jest czynnikiem predykcyjnym, czyli wskazuje na dużą skuteczność określonego leczenia” – wyjaśnia prof. Pieńkowski. 

Rak potrójnie ujemy nie ma receptorów hormonalnych – (estrogenowych i progesteronowych) ani nadmiernej ekspresji receptora HER2. Dlatego też dla pacjentek, które na niego chorują, nie są dostępne terapie celowane molekularnie. Podstawowe leczenie stanowi chemioterapia i zabiegi chirurgiczne. 

Jak wskazuje prof. Pieńkowski z uwagi na to, że potrójnie ujemny rak piersi jest podtypem agresywnym, sprawdzano różne metody leczenia dołączane do chemioterapii pod kątem poprawienia rokowania pacjentek. Jedną z takich metod jest immunoterapia, która jest już znana w postępowaniu z takimi nowotworami jak czerniak czy rak płuca, gdzie wykazuje się potwierdzoną skuteczność. 

„Immunoterapia nowotworów to jest jeden wielki dowód na postęp nauk podstawowych: biologii i genetyki, który w konsekwencji doprowadził do tego, że już około 20 lat temu po raz pierwszy udało się skutecznie leczyć ludzi za pomocą mechanizmów, które wzbudzały mechanizm odpornościowy chorego przeciw nowotworowi. Układ odpornościowy ma takie możliwości, tylko nowotwór potrafi ten układ zablokować” – tłumaczy prof. Pieńkowski i uzupełnia, że kiedy już poznano biologiczne podstawy działania immunoterapii, zaczęto ją stosować w leczeniu różnych nowotworów, w tym raka piersi. 

Badania kliniczne wykazały, że jeśli do chemioterapii dołączy się immunoterapię, w ramach leczenia przed- i pooperacyjnego, można zmniejszyć liczbę nawrotów potrójnie ujemnego raka piersi. 

„Okazało się, że akurat w tym typie raka metody immunologiczne mogą potencjalnie znaleźć zastosowanie, ponieważ wykazuje on pewną immunogenność. To się objawia takim zjawiskiem, że w otoczeniu tych zmian nowotworowych są często duże nacieki limfocytów chorego, co świadczy o tym, że organizm usiłuje tego raka zwalczyć” – wyjaśnia prof. Pieńkowski. 

Jak podkreśla, bardzo dużą aktywnością w stosunku do potrójnie ujemnego raka piersi wykazuje się pembrolizumab. Najskuteczniejszy jest w takim układzie, kiedy podawany jest w skojarzeniu z chemioterapią przed operacją i później leczenie z udziałem tego leku jest prowadzone po operacji.

Prof. Pieńkowski informuje, że w badaniach randomizowanych porównywano wyniki chorych, którzy w badaniu eksperymentalnym otrzymywali pembrolizumab, z wynikami osób, które go nie dostawały, tylko stosowano wobec nich tradycyjne metody leczenia. „No i okazało się, że ten preparat powoduje wydłużenie czasu do progresji, czyli chorzy żyją dłużej bez nawrotu choroby i, co najważniejsze, żyją dłużej w ogóle” – zaznaczył specjalista.

Jak wyjaśnił, ten lek powoduje zmiany naturalnego przebiegu tego nowotworu i wykazuje te cechy „których zawsze poszukujemy czyli dłuższe przeżycie przy toksycznościach, które można kontrolować, które nie są jakimś ogromnym problemem”.

W ubiegłym roku terapia okołooperacyjna z dodaniem immunoterapii została zarejestrowana w Unii Europejskiej, jednak w Polsce nie jest jeszcze objęta refundacją, choć toczy się już postępowanie refundacyjne. Dlatego pacjentki, które chcą nim uzupełnić swoje leczenie, muszą same zgromadzić środki na jego zakup. Obecnie kilkadziesiąt kobiet chorujących na potrójnie ujemnego raka piersi zbiera pieniądze na leczenie immunoterapią. Większość robi to za pośrednictwem fundacji, w jednej tylko Fundacji Onkologicznej Alivia prowadzi zbiórki 27 kobiet. Jedną z nich jest pani Beata Równicka. 

„Moja zbiórka była otworzona w październiku 2022 r. i nie uzbierałam jeszcze wszystkich środków, obecnie mam pieniądze na sfinansowanie7 dawek leku. Lekarze zalecają mi przyjęcie 17 dawek, 7 przed operacją i 10 po operacji. Koszt jednej dawki komercyjnie wynosi ok. 15,5 tys. zł” – opowiada pani Beata. 

Diagnozę usłyszała w październiku ub.r. „Właśnie rok wcześniej skończyłam karmienie dziecka piersią. Co roku się badałam. Po zakończeniu laktacji byłam na USG, które nic nie wykazało” – relacjonuje pacjentka. 

Rok później znów poszła na badanie, bo zauważyła w piersi zgrubienie. Lekarz stwierdził, że to niegroźny guzek polaktacyjny, ale za nim schowało się coś, co wzbudziło jego niepokój. „Zlecił mi biopsję gruboigłową i jej wynik już był miażdżący – potrójnie ujemny rak piersi” – mówi pani Beata. 

Od momentu otrzymania wyniku już po półtora tygodnia odbyło się konsylium, podczas którego zalecono pani Beacie 20 cykli chemioterapii i poinformowano ją, że w zależności od tego, co wyjdzie w wyniku badania histopatologicznego – będzie określone dalsze leczenie. 

„W Centrum Onkologii lekarze zalecili mi również stosowanie pembrolizumabu, natomiast od razu podkreślili, że nie jest on refundowany. Więc, jeżeli będę chciała go brać, muszę wtedy sama zebrać środki” – wspomina pani Beata. 

Pomysł o zbiórce na koszty terapii poddała pani Beacie koleżanka, która też zbierała środki na ten sam cel. 

„Najgorszym problemem było dla mnie podjęcie decyzji, czy brać ten lek, czy nie. Bo skoro nie jest on jeszcze standardowo wdrożony do leczenia, to wówczas ta decyzja zależy wyłącznie do mnie. Po tygodniu zastanawiania się, wiedziałam już, że tego chcę” – wyjaśnia pani Beata. 

Zbieranie pieniędzy na lek to duże przedsięwzięcie logistyczne. „Trzeba się zgłosić do fundacji, opisać swój przypadek, prowadzić bloga i rozesłać to wszędzie. Jeżeli ktoś dobrze radzi sobie w internecie i w mediach społecznościowych, takiej osobie przychodzi to łatwiej. Ja akurat taką osobą nie jestem, więc dla mnie było to trudniejsze” – przyznaje pani Beata. 

Pani Beata już przyjmuje pembrolizumab – tę część terapii, która ma miejsce przed czekającą ja wkrótce podwójną mastektomią. Nadal zbiera środki na pozostałe 10 dawek, jakie powinna wziąć po operacji. Z niecierpliwością czeka na decyzję o refundacji, ma nadzieję, że zapadnie ona jeszcze w tym roku. 

„To nie powinno tak być, że my – kobiety chorujące na potrójnie ujemnego raka piersi – musimy się jeszcze same starać o środki na leczenie – podkreśla, i dodaje – Immunoterapia wspomaga leczenie i w późniejszym etapie daje większe zabezpieczenie, że rak nie wróci. Mam 43 lata, ale są też dziewczyny młodsze ode mnie, takie po trzydziestce i też muszą się borykać ze zbieraniem pieniędzy na lek” – dodaje. 

Potrzebę jak najszybszej refundacji immunoterapii w odniesieniu do tego typu raka piersi wskazuje również prof. Tadeusz Pieńkowski. 

„To jest podstawowa rzecz, żeby weszła ona do tego, co w Polsce jest programem lekowym, czyli do sposobu finansowania. To jest narzędzie, którego nam w tej chwili brakuje. Chorzy potrzebują jej z uwagi na to, że może w sposób zasadniczy wpłynąć na ich los – mówi ekspert. – Z tego co wiem, to takie postępowanie refundacyjne się toczy i prowadzi je pan minister Maciej Miłkowski, podsekretarz stanu w Ministerstwie Zdrowia, który jest bardzo zaangażowany i sprawny” – dodaje. 

W opinii prof. Pieńkowskiego przedstawione przez producenta dane dotyczące skuteczności i bezpieczeństwa leczenia przemawiają za tym, że pembrolizumab to jest dobry lek. 

„Dane, którymi dysponujemy są nie do podważenia” – zaznacza. Wyraża też nadzieję, że negocjacje finansowe z producentem leku przyniosą zadowalające efekty i wkrótce zostaną sfinalizowane, co otworzy drogę do refundacji. 

Nowotwory są najczęstszą przyczyną śmierci kobiet przed 65. rokiem życia. Według szacunków Eurostatu w 2018 r. średnia długość życia Polek była o ok. 2 lata krótsza niż innych mieszkanek UE (83,7 lat). Za taki stan rzeczy w większości odpowiedzialna jest wyższa umieralność Polek w wieku 25-64 lata, która dotyczy przede wszystkim nowotworów i chorób układu krążenia. Aktualna wartość potencjalnej utraconej produktywności chorych na potrójnie ujemnego raka piersi w Polsce tylko za 2019 rok to około 100 mln złotych. 

Źródło: PAP MediaRoom

Rak piersi zajmuje drugie miejsce wśród najbardziej rozpowszechnionych nowotworów w Polsce. Rocznie dotyka on ok. 20 tys. kobiet, z czego ok. 10- 15 proc. cierpi na jego agresywną odmianę, tzw. potrójnie ujemnego raka piersi. Dobre wyniki w leczeniu i ograniczeniu nawrotów tego nowotworu daje nowoczesna immunoterapia. Niestety, dla części chorych z tym rozpoznaniem, chorych we wczesnej fazie nowotworu, nie jest ona jeszcze w Polsce refundowana.
Na potrójnie ujemnego raka piersi chorują w większości młode kobiety, choć może się on również pojawić u osób starszych. Ten typ cechuje duża agresywność, często zdarzają się szybkie nawroty choroby, zwykle po 2-3 latach od zastosowania pierwotnego leczenia. Pacjentki mające ten typ raka są też częściej niż pozostałe obciążone genetycznie. 

„Rak piersi to na dobrą sprawę jest kilka nowotworów, które rozwijają się w kobiecej piersi, ale różnią się od siebie swoimi cechami biologicznymi” – mówi prof. dr hab. n. med. Tadeusz Pieńkowski, kierownik Kliniki Onkologii i Hematologii Centralnego Szpitala Klinicznego MSWiA. 

Dodaje, że są one rozpoznawane podczas badania receptorów hormonalnych oraz określania stopnia złośliwości tych nowotworów. „Dzięki temu, że te receptory badamy, możemy stosować terapie, dla których ekspresja tych różnych receptorów jest czynnikiem predykcyjnym, czyli wskazuje na dużą skuteczność określonego leczenia” – wyjaśnia prof. Pieńkowski. 

Rak potrójnie ujemy nie ma receptorów hormonalnych – (estrogenowych i progesteronowych) ani nadmiernej ekspresji receptora HER2. Dlatego też dla pacjentek, które na niego chorują, nie są dostępne terapie celowane molekularnie. Podstawowe leczenie stanowi chemioterapia i zabiegi chirurgiczne. 

Jak wskazuje prof. Pieńkowski z uwagi na to, że potrójnie ujemny rak piersi jest podtypem agresywnym, sprawdzano różne metody leczenia dołączane do chemioterapii pod kątem poprawienia rokowania pacjentek. Jedną z takich metod jest immunoterapia, która jest już znana w postępowaniu z takimi nowotworami jak czerniak czy rak płuca, gdzie wykazuje się potwierdzoną skuteczność. 

„Immunoterapia nowotworów to jest jeden wielki dowód na postęp nauk podstawowych: biologii i genetyki, który w konsekwencji doprowadził do tego, że już około 20 lat temu po raz pierwszy udało się skutecznie leczyć ludzi za pomocą mechanizmów, które wzbudzały mechanizm odpornościowy chorego przeciw nowotworowi. Układ odpornościowy ma takie możliwości, tylko nowotwór potrafi ten układ zablokować” – tłumaczy prof. Pieńkowski i uzupełnia, że kiedy już poznano biologiczne podstawy działania immunoterapii, zaczęto ją stosować w leczeniu różnych nowotworów, w tym raka piersi. 

Badania kliniczne wykazały, że jeśli do chemioterapii dołączy się immunoterapię, w ramach leczenia przed- i pooperacyjnego, można zmniejszyć liczbę nawrotów potrójnie ujemnego raka piersi. 

„Okazało się, że akurat w tym typie raka metody immunologiczne mogą potencjalnie znaleźć zastosowanie, ponieważ wykazuje on pewną immunogenność. To się objawia takim zjawiskiem, że w otoczeniu tych zmian nowotworowych są często duże nacieki limfocytów chorego, co świadczy o tym, że organizm usiłuje tego raka zwalczyć” – wyjaśnia prof. Pieńkowski. 

Jak podkreśla, bardzo dużą aktywnością w stosunku do potrójnie ujemnego raka piersi wykazuje się pembrolizumab. Najskuteczniejszy jest w takim układzie, kiedy podawany jest w skojarzeniu z chemioterapią przed operacją i później leczenie z udziałem tego leku jest prowadzone po operacji.

Prof. Pieńkowski informuje, że w badaniach randomizowanych porównywano wyniki chorych, którzy w badaniu eksperymentalnym otrzymywali pembrolizumab, z wynikami osób, które go nie dostawały, tylko stosowano wobec nich tradycyjne metody leczenia. „No i okazało się, że ten preparat powoduje wydłużenie czasu do progresji, czyli chorzy żyją dłużej bez nawrotu choroby i, co najważniejsze, żyją dłużej w ogóle” – zaznaczył specjalista.

Jak wyjaśnił, ten lek powoduje zmiany naturalnego przebiegu tego nowotworu i wykazuje te cechy „których zawsze poszukujemy czyli dłuższe przeżycie przy toksycznościach, które można kontrolować, które nie są jakimś ogromnym problemem”.

W ubiegłym roku terapia okołooperacyjna z dodaniem immunoterapii została zarejestrowana w Unii Europejskiej, jednak w Polsce nie jest jeszcze objęta refundacją, choć toczy się już postępowanie refundacyjne. Dlatego pacjentki, które chcą nim uzupełnić swoje leczenie, muszą same zgromadzić środki na jego zakup. Obecnie kilkadziesiąt kobiet chorujących na potrójnie ujemnego raka piersi zbiera pieniądze na leczenie immunoterapią. Większość robi to za pośrednictwem fundacji, w jednej tylko Fundacji Onkologicznej Alivia prowadzi zbiórki 27 kobiet. Jedną z nich jest pani Beata Równicka. 

„Moja zbiórka była otworzona w październiku 2022 r. i nie uzbierałam jeszcze wszystkich środków, obecnie mam pieniądze na sfinansowanie7 dawek leku. Lekarze zalecają mi przyjęcie 17 dawek, 7 przed operacją i 10 po operacji. Koszt jednej dawki komercyjnie wynosi ok. 15,5 tys. zł” – opowiada pani Beata. 

Diagnozę usłyszała w październiku ub.r. „Właśnie rok wcześniej skończyłam karmienie dziecka piersią. Co roku się badałam. Po zakończeniu laktacji byłam na USG, które nic nie wykazało” – relacjonuje pacjentka. 

Rok później znów poszła na badanie, bo zauważyła w piersi zgrubienie. Lekarz stwierdził, że to niegroźny guzek polaktacyjny, ale za nim schowało się coś, co wzbudziło jego niepokój. „Zlecił mi biopsję gruboigłową i jej wynik już był miażdżący – potrójnie ujemny rak piersi” – mówi pani Beata. 

Od momentu otrzymania wyniku już po półtora tygodnia odbyło się konsylium, podczas którego zalecono pani Beacie 20 cykli chemioterapii i poinformowano ją, że w zależności od tego, co wyjdzie w wyniku badania histopatologicznego – będzie określone dalsze leczenie. 

„W Centrum Onkologii lekarze zalecili mi również stosowanie pembrolizumabu, natomiast od razu podkreślili, że nie jest on refundowany. Więc, jeżeli będę chciała go brać, muszę wtedy sama zebrać środki” – wspomina pani Beata. 

Pomysł o zbiórce na koszty terapii poddała pani Beacie koleżanka, która też zbierała środki na ten sam cel. 

„Najgorszym problemem było dla mnie podjęcie decyzji, czy brać ten lek, czy nie. Bo skoro nie jest on jeszcze standardowo wdrożony do leczenia, to wówczas ta decyzja zależy wyłącznie do mnie. Po tygodniu zastanawiania się, wiedziałam już, że tego chcę” – wyjaśnia pani Beata. 

Zbieranie pieniędzy na lek to duże przedsięwzięcie logistyczne. „Trzeba się zgłosić do fundacji, opisać swój przypadek, prowadzić bloga i rozesłać to wszędzie. Jeżeli ktoś dobrze radzi sobie w internecie i w mediach społecznościowych, takiej osobie przychodzi to łatwiej. Ja akurat taką osobą nie jestem, więc dla mnie było to trudniejsze” – przyznaje pani Beata. 

Pani Beata już przyjmuje pembrolizumab – tę część terapii, która ma miejsce przed czekającą ja wkrótce podwójną mastektomią. Nadal zbiera środki na pozostałe 10 dawek, jakie powinna wziąć po operacji. Z niecierpliwością czeka na decyzję o refundacji, ma nadzieję, że zapadnie ona jeszcze w tym roku. 

„To nie powinno tak być, że my – kobiety chorujące na potrójnie ujemnego raka piersi – musimy się jeszcze same starać o środki na leczenie – podkreśla, i dodaje – Immunoterapia wspomaga leczenie i w późniejszym etapie daje większe zabezpieczenie, że rak nie wróci. Mam 43 lata, ale są też dziewczyny młodsze ode mnie, takie po trzydziestce i też muszą się borykać ze zbieraniem pieniędzy na lek” – dodaje. 

Potrzebę jak najszybszej refundacji immunoterapii w odniesieniu do tego typu raka piersi wskazuje również prof. Tadeusz Pieńkowski. 

„To jest podstawowa rzecz, żeby weszła ona do tego, co w Polsce jest programem lekowym, czyli do sposobu finansowania. To jest narzędzie, którego nam w tej chwili brakuje. Chorzy potrzebują jej z uwagi na to, że może w sposób zasadniczy wpłynąć na ich los – mówi ekspert. – Z tego co wiem, to takie postępowanie refundacyjne się toczy i prowadzi je pan minister Maciej Miłkowski, podsekretarz stanu w Ministerstwie Zdrowia, który jest bardzo zaangażowany i sprawny” – dodaje. 

W opinii prof. Pieńkowskiego przedstawione przez producenta dane dotyczące skuteczności i bezpieczeństwa leczenia przemawiają za tym, że pembrolizumab to jest dobry lek. 

„Dane, którymi dysponujemy są nie do podważenia” – zaznacza. Wyraża też nadzieję, że negocjacje finansowe z producentem leku przyniosą zadowalające efekty i wkrótce zostaną sfinalizowane, co otworzy drogę do refundacji. 

Nowotwory są najczęstszą przyczyną śmierci kobiet przed 65. rokiem życia. Według szacunków Eurostatu w 2018 r. średnia długość życia Polek była o ok. 2 lata krótsza niż innych mieszkanek UE (83,7 lat). Za taki stan rzeczy w większości odpowiedzialna jest wyższa umieralność Polek w wieku 25-64 lata, która dotyczy przede wszystkim nowotworów i chorób układu krążenia. Aktualna wartość potencjalnej utraconej produktywności chorych na potrójnie ujemnego raka piersi w Polsce tylko za 2019 rok to około 100 mln złotych. 

Źródło: PAP MediaRoom

W marcu na listę refundacyjną trafi jeden z nowoczesnych leków na padaczkę lekooporną – zapowiedział Maciej Miłkowski, podsekretarz stanu w Ministerstwie Zdrowia podczas XVII Forum Organizacji Pacjentów. Na ten lek czekają zarówno pacjenci, jak i lekarze, którzy potwierdzają jego skuteczność w ograniczeniu napadów padaczkowych.
W Polsce jest ponad 300 tys. osób z padaczką, z czego 30 proc. choruje na padaczkę lekooporną. To jest około 100 tys. osób, u których nie udaje się kolejnymi lekami uzyskać dobrej kontroli napadów. Z myślą o tych pacjentach resort zdrowia planuje refundację leku z substancją czynną cenobamat.

„Środowisko czeka na jeden nowy lek, cenobamat, który znajdzie się na liście marcowej. Cenobamat cechuje się bardzo dobrymi wynikami badań klinicznych, to jest lek skuteczny – zadeklarował wiceminister zdrowia Maciej Miłkowski. – Oczywiście w padaczkach lekoopornych dopasowanie pacjentowi odpowiedniego leczenia jest dość skomplikowane. Leków jest bardzo dużo, terapie są łączone” – dodał.

O refundacji cenobamatu minister Miłkowski mówił już w styczniu podczas kongresu „Wyzwania i priorytety na rok 2023”. Uczestnicy kongresu zgodzili się wówczas, że współczesna farmakoterapia powinna wpływać na poprawę jakości życia pacjenta. Chodzi o to, by chorzy w miarę możliwości normalnie funkcjonowali, mieli mniej napadów padaczkowych, a ich przebieg był lżejszy, co przełożyłoby się na jakość życia w domu i w pracy. Eksperci stwierdzili, że choć leków na padaczkę nie brakuje, bardzo często zmieniają się wymagania pacjentów. Padaczka jest bowiem zróżnicowana, wymaga komponowania terapii, zmieniania leków, w zależności od potrzeb i fazy choroby.

Zdaniem specjalistów, skuteczna terapia zaczyna się od właściwej, szybkiej diagnozy, bo to jest kluczowy element, aby dobrać adekwatne leczenie. Zdarza się tak, że w przypadku dwóch pacjentów z tym samym zespołem padaczkowym, nie zawsze ten sam lek pomaga. Wybór terapii zależy od wielu czynników, np. płci pacjenta, wieku, chorób współistniejących, wykonywanego zawodu. Przeszkodą w leczeniu padaczki jest także to, że pacjenta nie zawsze stać na zaproponowaną terapię. Chorzy często z niej rezygnują z powodu braku pieniędzy na wykupienie leków.

Źródło: PAP MediaRoom

W marcu na listę refundacyjną trafi jeden z nowoczesnych leków na padaczkę lekooporną – zapowiedział Maciej Miłkowski, podsekretarz stanu w Ministerstwie Zdrowia podczas XVII Forum Organizacji Pacjentów. Na ten lek czekają zarówno pacjenci, jak i lekarze, którzy potwierdzają jego skuteczność w ograniczeniu napadów padaczkowych.
W Polsce jest ponad 300 tys. osób z padaczką, z czego 30 proc. choruje na padaczkę lekooporną. To jest około 100 tys. osób, u których nie udaje się kolejnymi lekami uzyskać dobrej kontroli napadów. Z myślą o tych pacjentach resort zdrowia planuje refundację leku z substancją czynną cenobamat.

„Środowisko czeka na jeden nowy lek, cenobamat, który znajdzie się na liście marcowej. Cenobamat cechuje się bardzo dobrymi wynikami badań klinicznych, to jest lek skuteczny – zadeklarował wiceminister zdrowia Maciej Miłkowski. – Oczywiście w padaczkach lekoopornych dopasowanie pacjentowi odpowiedniego leczenia jest dość skomplikowane. Leków jest bardzo dużo, terapie są łączone” – dodał.

O refundacji cenobamatu minister Miłkowski mówił już w styczniu podczas kongresu „Wyzwania i priorytety na rok 2023”. Uczestnicy kongresu zgodzili się wówczas, że współczesna farmakoterapia powinna wpływać na poprawę jakości życia pacjenta. Chodzi o to, by chorzy w miarę możliwości normalnie funkcjonowali, mieli mniej napadów padaczkowych, a ich przebieg był lżejszy, co przełożyłoby się na jakość życia w domu i w pracy. Eksperci stwierdzili, że choć leków na padaczkę nie brakuje, bardzo często zmieniają się wymagania pacjentów. Padaczka jest bowiem zróżnicowana, wymaga komponowania terapii, zmieniania leków, w zależności od potrzeb i fazy choroby.

Zdaniem specjalistów, skuteczna terapia zaczyna się od właściwej, szybkiej diagnozy, bo to jest kluczowy element, aby dobrać adekwatne leczenie. Zdarza się tak, że w przypadku dwóch pacjentów z tym samym zespołem padaczkowym, nie zawsze ten sam lek pomaga. Wybór terapii zależy od wielu czynników, np. płci pacjenta, wieku, chorób współistniejących, wykonywanego zawodu. Przeszkodą w leczeniu padaczki jest także to, że pacjenta nie zawsze stać na zaproponowaną terapię. Chorzy często z niej rezygnują z powodu braku pieniędzy na wykupienie leków.

Źródło: PAP MediaRoom

Wcześniaki urodzone przed 32. tygodniem ciąży będą wreszcie objęte programem kompleksowej opieki rozwojowej (KORD) do 3. roku życia. Pilotaż programu prowadzony będzie w ośmiu miastach: Katowice, Rzeszów, Warszawa, Łódź, Wrocław, Kraków, Gdańsk, Bydgoszcz.
– Jest to grupa noworodków najbardziej narażonych na nieprawidłowości okołoporodowe – takich, których utrzymywanie przy życiu i przy zdrowiu stwarza nam najwięcej kłopotów – powiedziała prof. Ewa Helwich, krajowy konsultant w dziedzinie neonatologii.
Docelowo pilotaż KORD potrwa cztery lata i ma być realizowany w 26-30 ośrodkach wysokospecjalistycznych, trzeciego stopnia referencyjności.
 
Przedstawiciele decydentów, środowiska neonatologów i pediatrów oraz innych ekspertów w dziedzinie zdrowia dyskutowali o tym podczas wspólnego posiedzenia Parlamentarnego Zespołu ds. Pediatrii oraz Parlamentarnego Zespołu ds. Praw Pacjentów. Na spotkaniu zainaugurowano też kampanię edukacyjną „Wcześniak pod kontrolą KORD”.

Wiceminister zdrowia Maciej Miłkowski, który ze swoim zespołem brał intensywny udział w pracach nad programem pt. Kompleksowa Opieka Rozwojowa nad Dziećmi urodzonymi przedwcześnie (KORD), podkreślał, że w programie chodzi o to, by pod jednym nadzorem realizować leczenie, rehabilitację, pomoc psychologiczną oraz żywieniową dla noworodków urodzonych przedwcześnie.
 
Projekt programu jest efektem dwuletniej współpracy Ministerstwa Zdrowia z Instytutem Matki i Dziecka w Warszawie, konsultant krajową w dziedzinie neonatologii prof. Ewą Helwich, Fundacją Eksperci dla Zdrowia oraz Polskim Towarzystwema Neonatologicznym.

– Następnie od razu przystępujemy do kontraktowania i podpisywania przez NFZ umów z wybranymi ośrodkami referencyjnymi. Zgodnie z założeniami ten pilotaż obejmie połowę województw – tj. osiem ośrodków, czyli bardzo dużo – dodał wiceminister.

Będą to ośrodki w miastach, jak:
  • Katowice,
  • Rzeszów,
  • Warszawa,
  • Łódź,
  • Wrocław,
  • Kraków,
  • Gdańsk,
  • Bydgoszcz.
Docelowo program ma być realizowany w 26-30 ośrodkach wysokospecjalistycznych, trzeciego stopnia referencyjności. Pierwsi pacjenci zostaną objęci programem KORD w pierwszym półroczu 2023 roku.

Prof. Ewa Helwich, krajowy konsultant w dziedzinie neonatologii wyjaśniła, że program będzie obejmował dzieci urodzone przed 32. tygodniem ciąży, czyli do 31 tygodnia i 6 dni. Dzieci te stanowią mniej więcej jedną piątą z ponad 20 tys. wszystkich wcześniaków rodzących się co roku w Polsce.

– Jest to grupa noworodków najbardziej narażonych na nieprawidłowości okołoporodowe – takich, których utrzymywanie przy życiu i przy zdrowiu stwarza nam najwięcej kłopotów – powiedziała neonatolog.

Dzieci te mają wyższe ryzyko zaburzeń rozwojowych, w tym mózgowego porażenia dziecięcego i retinopatii wcześniaków, a także niektórych chorób rozpoczynających się w wieku noworodkowym, jak choroby sercowo-naczyniowe. Dlatego wymagają kompleksowej opieki zespołu specjalistów, nie tylko neonatologa, ale m.in. neurologa, kardiologa, okulisty, pulmonologa, rehabilitanta, psychologa i dietetyka.

– Chcielibyśmy, żeby rozwój tego dziecka był możliwie niezaburzony, żeby nadzór nad jego rozwojem prowadzić nawet dłużej, niż trzy lata – do okresu szkolnego – bo wtedy widać, jak dziecko się integruje do swojego otoczenia szkolnego, jak skupia uwagę i jakie ma możliwości. Ale od czegoś trzeba zacząć i zaczynamy od pierwszych trzech lat – mówiła prof. Helwich.

Każdy z małych pacjentów będzie miał swój indywidualny plan opieki i lekarza koordynującego. Dla wsparcia lekarzy działać będą asystenci, których zadaniem będzie m.in. pomaganie lekarzowi w kierowaniu dziecka do specjalistów, planowanie wizyt (najlepiej w jednym ośrodku), ale też bliski kontakt z rodzicami dziecka oraz prowadzenie dokumentacji medycznej.

– Chcemy monitorować naszych pacjentów, żeby zauważyć, kiedy ich rozwój będzie nieharmonijny albo nieprawidłowy. Chcemy korygować nieprawidłowości w rozwoju ruchowym, pomagać w rozwoju poznawczym i emocjonalnym, bo to wszystko jest niezwykle ważne na cały dalszy okres życia naszych pacjentów. Chcemy pełnej realizacji kalendarza szczepień – po to, żeby wcześniaki, które są niezwykle skłonne do chorób infekcyjnych, miały odpowiednią ochronę – wymieniała prof. Helwich.

Istotną częścią programu będzie karta wcześniaka, gdzie znajdą się docelowo wszystkie informacje dotyczące danego dziecka. – Ta karta wcześniaka będzie zaczątkiem ogólnopolskiego rejestru wcześniaków – zaznaczyła prof. Helwich.

– Ten projekt kompleksowej opieki został szczegółowo dopracowany. Można powiedzieć, że to jest mercedes wśród programów kompleksowej opieki nad pacjentami. To jest opieka nad dzieckiem uszyta na miarę i ona odpowiada światowemu modelowi opartemu o wartości. Tu najważniejszym podmiotem jest dziecko – podsumowała prezes Fundacji Eksperci dla Zdrowia Marzena Domańska-Sadynica.

źródło: PAP

Wcześniaki urodzone przed 32. tygodniem ciąży będą wreszcie objęte programem kompleksowej opieki rozwojowej (KORD) do 3. roku życia. Pilotaż programu prowadzony będzie w ośmiu miastach: Katowice, Rzeszów, Warszawa, Łódź, Wrocław, Kraków, Gdańsk, Bydgoszcz.
– Jest to grupa noworodków najbardziej narażonych na nieprawidłowości okołoporodowe – takich, których utrzymywanie przy życiu i przy zdrowiu stwarza nam najwięcej kłopotów – powiedziała prof. Ewa Helwich, krajowy konsultant w dziedzinie neonatologii.
Docelowo pilotaż KORD potrwa cztery lata i ma być realizowany w 26-30 ośrodkach wysokospecjalistycznych, trzeciego stopnia referencyjności.
 
Przedstawiciele decydentów, środowiska neonatologów i pediatrów oraz innych ekspertów w dziedzinie zdrowia dyskutowali o tym podczas wspólnego posiedzenia Parlamentarnego Zespołu ds. Pediatrii oraz Parlamentarnego Zespołu ds. Praw Pacjentów. Na spotkaniu zainaugurowano też kampanię edukacyjną „Wcześniak pod kontrolą KORD”.

Wiceminister zdrowia Maciej Miłkowski, który ze swoim zespołem brał intensywny udział w pracach nad programem pt. Kompleksowa Opieka Rozwojowa nad Dziećmi urodzonymi przedwcześnie (KORD), podkreślał, że w programie chodzi o to, by pod jednym nadzorem realizować leczenie, rehabilitację, pomoc psychologiczną oraz żywieniową dla noworodków urodzonych przedwcześnie.
 
Projekt programu jest efektem dwuletniej współpracy Ministerstwa Zdrowia z Instytutem Matki i Dziecka w Warszawie, konsultant krajową w dziedzinie neonatologii prof. Ewą Helwich, Fundacją Eksperci dla Zdrowia oraz Polskim Towarzystwema Neonatologicznym.

– Następnie od razu przystępujemy do kontraktowania i podpisywania przez NFZ umów z wybranymi ośrodkami referencyjnymi. Zgodnie z założeniami ten pilotaż obejmie połowę województw – tj. osiem ośrodków, czyli bardzo dużo – dodał wiceminister.

Będą to ośrodki w miastach, jak:
  • Katowice,
  • Rzeszów,
  • Warszawa,
  • Łódź,
  • Wrocław,
  • Kraków,
  • Gdańsk,
  • Bydgoszcz.
Docelowo program ma być realizowany w 26-30 ośrodkach wysokospecjalistycznych, trzeciego stopnia referencyjności. Pierwsi pacjenci zostaną objęci programem KORD w pierwszym półroczu 2023 roku.

Prof. Ewa Helwich, krajowy konsultant w dziedzinie neonatologii wyjaśniła, że program będzie obejmował dzieci urodzone przed 32. tygodniem ciąży, czyli do 31 tygodnia i 6 dni. Dzieci te stanowią mniej więcej jedną piątą z ponad 20 tys. wszystkich wcześniaków rodzących się co roku w Polsce.

– Jest to grupa noworodków najbardziej narażonych na nieprawidłowości okołoporodowe – takich, których utrzymywanie przy życiu i przy zdrowiu stwarza nam najwięcej kłopotów – powiedziała neonatolog.

Dzieci te mają wyższe ryzyko zaburzeń rozwojowych, w tym mózgowego porażenia dziecięcego i retinopatii wcześniaków, a także niektórych chorób rozpoczynających się w wieku noworodkowym, jak choroby sercowo-naczyniowe. Dlatego wymagają kompleksowej opieki zespołu specjalistów, nie tylko neonatologa, ale m.in. neurologa, kardiologa, okulisty, pulmonologa, rehabilitanta, psychologa i dietetyka.

– Chcielibyśmy, żeby rozwój tego dziecka był możliwie niezaburzony, żeby nadzór nad jego rozwojem prowadzić nawet dłużej, niż trzy lata – do okresu szkolnego – bo wtedy widać, jak dziecko się integruje do swojego otoczenia szkolnego, jak skupia uwagę i jakie ma możliwości. Ale od czegoś trzeba zacząć i zaczynamy od pierwszych trzech lat – mówiła prof. Helwich.

Każdy z małych pacjentów będzie miał swój indywidualny plan opieki i lekarza koordynującego. Dla wsparcia lekarzy działać będą asystenci, których zadaniem będzie m.in. pomaganie lekarzowi w kierowaniu dziecka do specjalistów, planowanie wizyt (najlepiej w jednym ośrodku), ale też bliski kontakt z rodzicami dziecka oraz prowadzenie dokumentacji medycznej.

– Chcemy monitorować naszych pacjentów, żeby zauważyć, kiedy ich rozwój będzie nieharmonijny albo nieprawidłowy. Chcemy korygować nieprawidłowości w rozwoju ruchowym, pomagać w rozwoju poznawczym i emocjonalnym, bo to wszystko jest niezwykle ważne na cały dalszy okres życia naszych pacjentów. Chcemy pełnej realizacji kalendarza szczepień – po to, żeby wcześniaki, które są niezwykle skłonne do chorób infekcyjnych, miały odpowiednią ochronę – wymieniała prof. Helwich.

Istotną częścią programu będzie karta wcześniaka, gdzie znajdą się docelowo wszystkie informacje dotyczące danego dziecka. – Ta karta wcześniaka będzie zaczątkiem ogólnopolskiego rejestru wcześniaków – zaznaczyła prof. Helwich.

– Ten projekt kompleksowej opieki został szczegółowo dopracowany. Można powiedzieć, że to jest mercedes wśród programów kompleksowej opieki nad pacjentami. To jest opieka nad dzieckiem uszyta na miarę i ona odpowiada światowemu modelowi opartemu o wartości. Tu najważniejszym podmiotem jest dziecko – podsumowała prezes Fundacji Eksperci dla Zdrowia Marzena Domańska-Sadynica.

źródło: PAP

Już pierwsza fala pandemii COVID-19 pokazała, że europejski rynek leków jest bardzo podatny na kryzysy o różnym, także politycznym charakterze. To efekt uzależnienia od importu z Azji, skąd pochodzi ok. 80 proc. substancji czynnych niezbędnych do produkcji leków. Ryzykiem są już nawet niewielkie zakłócenia w łańcuchach dostaw. – Poziom bezpieczeństwa lekowego w Europie jest zdecydowanie zbyt niski – mówi wiceminister zdrowia Maciej Miłkowski. Dlatego europejscy i polscy producenci leków apelują o podjęcie szybkich działań, które umożliwią odbudowanie w Europie zdolności do produkcji substancji czynnych wykorzystywanych w przemyśle farmaceutycznym.
– Ze względów kosztowych i środowiskowych wiele lat temu Europa oddała część produkcji substancji czynnych Chinom i Indiom. I teraz trwa dyskusja nad tym, żeby ten rynek odzyskać, głównie właśnie ze względów bezpieczeństwa lekowego, bo widzimy w ostatnim czasie wiele różnego typu problemów, w tym geopolitycznych – mówi agencji Newseria Biznes Maciej Miłkowski, podsekretarz stanu w Ministerstwie Zdrowia.

W ciągu ostatnich trzech dekad Europa z największego na świecie eksportera substancji czynnych (API) stała się ich importerem. Obecnie ok. 80 proc. substancji czynnych wykorzystywanych w UE do produkcji leków pochodzi z Azji, głównie z Chin i Indii, podczas gdy jeszcze do połowy lat 90. Europa i USA dostarczały aż 90 proc. wszystkich API stosowanych na świecie. Pandemia COVID-19 pokazała, że to uzależnienie od importu z Azji jest poważnym zagrożeniem dla bezpieczeństwa lekowego całej UE, w tym Polski. Już podczas pierwszej fali wystąpiły bowiem czasowe braki w dostępie do niektórych leków i API, wywołane zakłóceniami w globalnych łańcuchach dostaw.


– Substancje czynne powinny być produkowane w Europie, ponieważ to jest ten „cukier w cukrze”. To jest to, co leczy, z czego tworzy się lek. To jest zasób strategiczny 
– podkreśla Grzegorz Rychwalski, wiceprezes Krajowych Producentów Leków. – Bezpieczeństwo lekowe jest równie ważne jak bezpieczeństwo militarne czy energetyczne, a nie możemy mówić o produkcji leków bez substancji czynnych. Dlatego tak ważne jest, żeby były one produkowane w Europie.

Europejskie stowarzyszenia zrzeszające producentów leków – w tym także polska organizacja Krajowi Producenci Leków – zaapelowały już do instytucji UE o podjęcie szybkich działań, które umożliwią odbudowę zdolności produkcyjnych API w Europie. Wspólne stanowisko w tej sprawie przygotowują w tej chwili m.in. Medicines for Europe i European Fine Chemicals Group.

 Oczekiwania branży farmaceutycznej wobec Komisji Europejskiej są konkretne. Chodzi o stworzenie dedykowanego instrumentu legislacyjno-finansowego, który będzie wspierał produkcję nowych i już istniejących substancji czynnych – mówi wiceprezes Krajowych Producentów Leków. – To jest konieczne, ponieważ wytwarzanie substancji czynnych w Europie nigdy nie będzie tańsze niż w Azji. Dlatego takie wsparcie ze strony Komisji Europejskiej – tzn. dedykowany fundusz, dedykowane środowisko prawne – jest bardzo potrzebne.

Wdrożenie produkcji jednej substancji czynnej trwa od trzech do sześciu lat, a koszt tego procesu – w zależności od technologii – jest szacowany na ok. 50 mln do nawet 180 mln euro. Co istotne, koszty takiej inwestycji i eksploatacji zakładu produkcyjnego w Europie mogą być nawet o 40 proc. wyższe niż w Azji. Krajowi Producenci Leków w Polsce już w maju br. złożyli petycję do Parlamentu Europejskiego w sprawie konieczności ustanowienia instrumentów, które uczynią taką produkcję opłacalną.

 Petycja została rozpatrzona przez Komisję Petycji Parlamentu Europejskiego i skierowana do dalszych prac w Komisji Zdrowia, do Komisji Badań Naukowych oraz Komisji Rynku Wewnętrznego. Zakończeniem tych wszystkich prac ma być rezolucja Parlamentu Europejskiego do Komisji Europejskiej, wzywająca do stworzenia dedykowanego aktu legislacyjno-finansowego w celu wzmocnienia europejskiej produkcji substancji czynnych – wyjaśnia Grzegorz Rychwalski.

Krajowi Producenci Leków w Polsce zaproponowali m.in. wdrożenie mechanizmu, który zrekompensuje wyższe koszty wytwarzania substancji czynnych w UE i obniży ich ceny, tym samym umożliwiając im konkurowanie z produktami azjatyckimi. Stowarzyszenie wskazuje też, że potrzebne są gwarancje zbytu dla wyprodukowanych w UE substancji czynnych oraz natychmiastowe interwencyjne wsparcie dla już wytwarzanych w Europie substancji czynnych, żeby nie dopuścić do spadku wolumenu produkcji i zamykania linii technologicznych.

Jak podkreśla prezes Zakładów Farmaceutycznych Polpharma Sebastian Szymanek, takie systemowe zachęty są potrzebne też w Polsce.

– Apelujemy o stworzenie dokumentu strategicznego, który jasno określi cele państwa i chęć wspierania produkcji oraz rozwoju branży farmaceutycznej na terenie kraju. Jeżeli będzie taka wola rządu, to za nią powinny pójść konkretne rozwiązania. Mowa tu m.in. o grantach, czyli dofinansowaniu na projekty rozwojowe i R&D, optymalnie również o grantach bądź częściowo bezzwrotnych pożyczkach na rozwój infrastruktury. Ważny jest też szeroko pojęty sprzyjający klimat, np. refundacyjny i prawny – mówi Sebastian Szymanek.

Polpharma jest największą polską firmą farmaceutyczną. Statystycznie wytwarza co ósme opakowanie leku dostępnego w polskich aptekach i co trzecie stosowane w polskich szpitalach. Jako jedyna w Polsce ma też fabrykę substancji czynnych i utrzymuje ich produkcję na dużą skalę. Obecnie wytwarza około 50 API i nadal inwestuje w coraz bardziej zaawansowane obszary technologiczne.

Jedną z takich inwestycji jest budowa nowego centrum badań i rozwoju oraz wytwarzania wysokoaktywnych substancji czynnych (Highly Potent API) w Starogardzie Gdańskim, której zakończenie jest planowane na I kwartał 2024 roku. To pierwszy etap realizacji jednej z kilku inwestycji strategicznych Polpharmy w obszarze substancji czynnych zaplanowanych na kolejne dwa–trzy lata, których łączna wartość wyniesie ponad 150 mln zł.


– Rozwijamy nasze laboratoria R&D, aby móc rozwijać nowe substancje. Skupiamy się też na rozbudowie naszej infrastruktury produkcyjnej pod kątem wysokich technologii. Mam tu na myśli m.in. budowę nowego obiektu dedykowanego produkcji substancji wysokoaktywnych, czyli takich, których nawet najmniejsza ilość ma silne działanie terapeutyczne na pacjenta. One wymagają jednak specjalnych warunków produkcyjnych. Dlatego będziemy rozwijać m.in. technologie kriogeniczne, czyli produkcji w niskich temperaturach
 – informuje prezes Zakładów Farmaceutycznych Polpharma.

Branża farmaceutyczna podkreśla, że ma potencjał, aby rozwijać w Polsce produkcję substancji czynnych, i podjęła już działania na rzecz zwiększenia zdolności produkcyjnych w tym obszarze. Z drugiej strony potrzeba jej wsparcia ze strony rządu i państwa. Bez niego firmy farmaceutyczne nie będą w stanie osiągnąć takiej skali produkcji API, która pozwoli zapewnić w Polsce wysoki poziom bezpieczeństwa lekowego.


– Rynek farmaceutyczny jest trudny, ponieważ aby utrzymać rentowność na niektórych substancjach czynnych, trzeba sprzedawać je nie tylko na krajowym rynku, ale i na rynkach zagranicznych. Polpharma planuje rozszerzyć produkcję niektórych substancji aktywnych zarówno na rynek polski, jak i europejski. I oczywiście jako państwo, jako Ministerstwo Zdrowia wspieramy w tym zakresie producentów, którzy dużo inwestują. Staramy się nie zmniejszać cen leków, utrzymać sprzedaż i finansowanie leków tych producentów, którzy inwestują 
– zapewnia wiceminister zdrowia Maciej Miłkowski.

źródło: newseria

Już pierwsza fala pandemii COVID-19 pokazała, że europejski rynek leków jest bardzo podatny na kryzysy o różnym, także politycznym charakterze. To efekt uzależnienia od importu z Azji, skąd pochodzi ok. 80 proc. substancji czynnych niezbędnych do produkcji leków. Ryzykiem są już nawet niewielkie zakłócenia w łańcuchach dostaw. – Poziom bezpieczeństwa lekowego w Europie jest zdecydowanie zbyt niski – mówi wiceminister zdrowia Maciej Miłkowski. Dlatego europejscy i polscy producenci leków apelują o podjęcie szybkich działań, które umożliwią odbudowanie w Europie zdolności do produkcji substancji czynnych wykorzystywanych w przemyśle farmaceutycznym.
– Ze względów kosztowych i środowiskowych wiele lat temu Europa oddała część produkcji substancji czynnych Chinom i Indiom. I teraz trwa dyskusja nad tym, żeby ten rynek odzyskać, głównie właśnie ze względów bezpieczeństwa lekowego, bo widzimy w ostatnim czasie wiele różnego typu problemów, w tym geopolitycznych – mówi agencji Newseria Biznes Maciej Miłkowski, podsekretarz stanu w Ministerstwie Zdrowia.

W ciągu ostatnich trzech dekad Europa z największego na świecie eksportera substancji czynnych (API) stała się ich importerem. Obecnie ok. 80 proc. substancji czynnych wykorzystywanych w UE do produkcji leków pochodzi z Azji, głównie z Chin i Indii, podczas gdy jeszcze do połowy lat 90. Europa i USA dostarczały aż 90 proc. wszystkich API stosowanych na świecie. Pandemia COVID-19 pokazała, że to uzależnienie od importu z Azji jest poważnym zagrożeniem dla bezpieczeństwa lekowego całej UE, w tym Polski. Już podczas pierwszej fali wystąpiły bowiem czasowe braki w dostępie do niektórych leków i API, wywołane zakłóceniami w globalnych łańcuchach dostaw.


– Substancje czynne powinny być produkowane w Europie, ponieważ to jest ten „cukier w cukrze”. To jest to, co leczy, z czego tworzy się lek. To jest zasób strategiczny 
– podkreśla Grzegorz Rychwalski, wiceprezes Krajowych Producentów Leków. – Bezpieczeństwo lekowe jest równie ważne jak bezpieczeństwo militarne czy energetyczne, a nie możemy mówić o produkcji leków bez substancji czynnych. Dlatego tak ważne jest, żeby były one produkowane w Europie.

Europejskie stowarzyszenia zrzeszające producentów leków – w tym także polska organizacja Krajowi Producenci Leków – zaapelowały już do instytucji UE o podjęcie szybkich działań, które umożliwią odbudowę zdolności produkcyjnych API w Europie. Wspólne stanowisko w tej sprawie przygotowują w tej chwili m.in. Medicines for Europe i European Fine Chemicals Group.

 Oczekiwania branży farmaceutycznej wobec Komisji Europejskiej są konkretne. Chodzi o stworzenie dedykowanego instrumentu legislacyjno-finansowego, który będzie wspierał produkcję nowych i już istniejących substancji czynnych – mówi wiceprezes Krajowych Producentów Leków. – To jest konieczne, ponieważ wytwarzanie substancji czynnych w Europie nigdy nie będzie tańsze niż w Azji. Dlatego takie wsparcie ze strony Komisji Europejskiej – tzn. dedykowany fundusz, dedykowane środowisko prawne – jest bardzo potrzebne.

Wdrożenie produkcji jednej substancji czynnej trwa od trzech do sześciu lat, a koszt tego procesu – w zależności od technologii – jest szacowany na ok. 50 mln do nawet 180 mln euro. Co istotne, koszty takiej inwestycji i eksploatacji zakładu produkcyjnego w Europie mogą być nawet o 40 proc. wyższe niż w Azji. Krajowi Producenci Leków w Polsce już w maju br. złożyli petycję do Parlamentu Europejskiego w sprawie konieczności ustanowienia instrumentów, które uczynią taką produkcję opłacalną.

 Petycja została rozpatrzona przez Komisję Petycji Parlamentu Europejskiego i skierowana do dalszych prac w Komisji Zdrowia, do Komisji Badań Naukowych oraz Komisji Rynku Wewnętrznego. Zakończeniem tych wszystkich prac ma być rezolucja Parlamentu Europejskiego do Komisji Europejskiej, wzywająca do stworzenia dedykowanego aktu legislacyjno-finansowego w celu wzmocnienia europejskiej produkcji substancji czynnych – wyjaśnia Grzegorz Rychwalski.

Krajowi Producenci Leków w Polsce zaproponowali m.in. wdrożenie mechanizmu, który zrekompensuje wyższe koszty wytwarzania substancji czynnych w UE i obniży ich ceny, tym samym umożliwiając im konkurowanie z produktami azjatyckimi. Stowarzyszenie wskazuje też, że potrzebne są gwarancje zbytu dla wyprodukowanych w UE substancji czynnych oraz natychmiastowe interwencyjne wsparcie dla już wytwarzanych w Europie substancji czynnych, żeby nie dopuścić do spadku wolumenu produkcji i zamykania linii technologicznych.

Jak podkreśla prezes Zakładów Farmaceutycznych Polpharma Sebastian Szymanek, takie systemowe zachęty są potrzebne też w Polsce.

– Apelujemy o stworzenie dokumentu strategicznego, który jasno określi cele państwa i chęć wspierania produkcji oraz rozwoju branży farmaceutycznej na terenie kraju. Jeżeli będzie taka wola rządu, to za nią powinny pójść konkretne rozwiązania. Mowa tu m.in. o grantach, czyli dofinansowaniu na projekty rozwojowe i R&D, optymalnie również o grantach bądź częściowo bezzwrotnych pożyczkach na rozwój infrastruktury. Ważny jest też szeroko pojęty sprzyjający klimat, np. refundacyjny i prawny – mówi Sebastian Szymanek.

Polpharma jest największą polską firmą farmaceutyczną. Statystycznie wytwarza co ósme opakowanie leku dostępnego w polskich aptekach i co trzecie stosowane w polskich szpitalach. Jako jedyna w Polsce ma też fabrykę substancji czynnych i utrzymuje ich produkcję na dużą skalę. Obecnie wytwarza około 50 API i nadal inwestuje w coraz bardziej zaawansowane obszary technologiczne.

Jedną z takich inwestycji jest budowa nowego centrum badań i rozwoju oraz wytwarzania wysokoaktywnych substancji czynnych (Highly Potent API) w Starogardzie Gdańskim, której zakończenie jest planowane na I kwartał 2024 roku. To pierwszy etap realizacji jednej z kilku inwestycji strategicznych Polpharmy w obszarze substancji czynnych zaplanowanych na kolejne dwa–trzy lata, których łączna wartość wyniesie ponad 150 mln zł.


– Rozwijamy nasze laboratoria R&D, aby móc rozwijać nowe substancje. Skupiamy się też na rozbudowie naszej infrastruktury produkcyjnej pod kątem wysokich technologii. Mam tu na myśli m.in. budowę nowego obiektu dedykowanego produkcji substancji wysokoaktywnych, czyli takich, których nawet najmniejsza ilość ma silne działanie terapeutyczne na pacjenta. One wymagają jednak specjalnych warunków produkcyjnych. Dlatego będziemy rozwijać m.in. technologie kriogeniczne, czyli produkcji w niskich temperaturach
 – informuje prezes Zakładów Farmaceutycznych Polpharma.

Branża farmaceutyczna podkreśla, że ma potencjał, aby rozwijać w Polsce produkcję substancji czynnych, i podjęła już działania na rzecz zwiększenia zdolności produkcyjnych w tym obszarze. Z drugiej strony potrzeba jej wsparcia ze strony rządu i państwa. Bez niego firmy farmaceutyczne nie będą w stanie osiągnąć takiej skali produkcji API, która pozwoli zapewnić w Polsce wysoki poziom bezpieczeństwa lekowego.


– Rynek farmaceutyczny jest trudny, ponieważ aby utrzymać rentowność na niektórych substancjach czynnych, trzeba sprzedawać je nie tylko na krajowym rynku, ale i na rynkach zagranicznych. Polpharma planuje rozszerzyć produkcję niektórych substancji aktywnych zarówno na rynek polski, jak i europejski. I oczywiście jako państwo, jako Ministerstwo Zdrowia wspieramy w tym zakresie producentów, którzy dużo inwestują. Staramy się nie zmniejszać cen leków, utrzymać sprzedaż i finansowanie leków tych producentów, którzy inwestują 
– zapewnia wiceminister zdrowia Maciej Miłkowski.

źródło: newseria

Innowacje są jednym z elementów, w który musimy inwestować pieniądze w służbie zdrowia, to koło zamachowe sytemu ochrony zdrowia – taki był główny wniosek panelu dyskusyjnego „Innowacyjne terapie lekowe – ich rola i znaczenie w systemie ochrony zdrowia”, który odbył się podczas Forum Ekonomicznego w Karpaczu.
 

Wpływ innowacyjnych terapii lekowych na zdrowie Polaków, według uczestników panelu dyskusyjnego, jest oczywisty. Główne korzyści to wydłużenie czasu życia i zwiększenie jego komfortu. Takie terapie zmniejszają liczbę niezbędnych wizyt u specjalistów, więc obniżają koszty systemu ochrony zdrowia. Dla systemu przynoszą też inne korzyści, gdyż przy innowacyjnych terapiach wymagane są szkolenia personelu i prowadzenie badań klinicznych, czyli wzrastają kompetencje pracowników.

Niestety lekarze podczas dyskusji ubolewali, że proces refundacyjny jest zbyt długotrwały, co oznacza, że pozytywne i oczekiwane zmiany w systemie ochrony zdrowia zachodzą zbyt wolno.

Tymczasem wzrost długości życia, choroby onkologiczne i cywilizacyjne prowadzą do wzrostu popytu na świadczenia zdrowotne. Częstsze choroby oznaczają wzrost kosztów funkcjonowanie systemu ochrony zdrowia.

„Wydatki z powodu absencji chorego ponoszą pracodawcy. Do tego należy dodać koszty związane z opieką nad chorym, np. zwolnienie dla opiekujących się nim członków rodziny – zauważyła  prof. Gertruda Uścińska, prezes Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. – Innowacyjne terapie lekowe zmniejszają absencję” – dodała.

Według prezes ZUS krytyczny był rok pandemii. W 2020 wzrost wydatków w funduszu chorobowym był wyższy niż w poprzednim. Rok covidowy był niezwykle kosztowny przez liczbę wystawianych zwolnień i długości ich trwania.

„W 2021 r. nastąpiło przełamanie. W pierwszym półroczu zanotowaliśmy mniejszą liczbę zaświadczeń chorobowych. Bezpośredni spadek absencji to spadek kosztów. To wymierna korzyść” – przekonywała Gertruda Uścińska.

Źródło: PAP MediaRoom

Innowacje są jednym z elementów, w który musimy inwestować pieniądze w służbie zdrowia, to koło zamachowe sytemu ochrony zdrowia – taki był główny wniosek panelu dyskusyjnego „Innowacyjne terapie lekowe – ich rola i znaczenie w systemie ochrony zdrowia”, który odbył się podczas Forum Ekonomicznego w Karpaczu.
 

Wpływ innowacyjnych terapii lekowych na zdrowie Polaków, według uczestników panelu dyskusyjnego, jest oczywisty. Główne korzyści to wydłużenie czasu życia i zwiększenie jego komfortu. Takie terapie zmniejszają liczbę niezbędnych wizyt u specjalistów, więc obniżają koszty systemu ochrony zdrowia. Dla systemu przynoszą też inne korzyści, gdyż przy innowacyjnych terapiach wymagane są szkolenia personelu i prowadzenie badań klinicznych, czyli wzrastają kompetencje pracowników.

Niestety lekarze podczas dyskusji ubolewali, że proces refundacyjny jest zbyt długotrwały, co oznacza, że pozytywne i oczekiwane zmiany w systemie ochrony zdrowia zachodzą zbyt wolno.

Tymczasem wzrost długości życia, choroby onkologiczne i cywilizacyjne prowadzą do wzrostu popytu na świadczenia zdrowotne. Częstsze choroby oznaczają wzrost kosztów funkcjonowanie systemu ochrony zdrowia.

„Wydatki z powodu absencji chorego ponoszą pracodawcy. Do tego należy dodać koszty związane z opieką nad chorym, np. zwolnienie dla opiekujących się nim członków rodziny – zauważyła  prof. Gertruda Uścińska, prezes Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. – Innowacyjne terapie lekowe zmniejszają absencję” – dodała.

Według prezes ZUS krytyczny był rok pandemii. W 2020 wzrost wydatków w funduszu chorobowym był wyższy niż w poprzednim. Rok covidowy był niezwykle kosztowny przez liczbę wystawianych zwolnień i długości ich trwania.

„W 2021 r. nastąpiło przełamanie. W pierwszym półroczu zanotowaliśmy mniejszą liczbę zaświadczeń chorobowych. Bezpośredni spadek absencji to spadek kosztów. To wymierna korzyść” – przekonywała Gertruda Uścińska.

Źródło: PAP MediaRoom

NFZ sfinansuje szczepienia przeciwko grypie od 1 września w aptekach i POZ – poinformował wiceminister zdrowia Maciej Miłkowski podczas briefingu z udziałem prezes Naczelnej Izby Aptekarskiej Elżbieta Piotrowskiej-Rutkowskowskiej.
– W tym roku ten system wygląda trochę inaczej niż w latach ubiegłych. – poinformował Maciej Miłkowski. – Zrezygnowaliśmy z zakupu szczepionek przez budżet państwa. Narodowy Fundusz Zdrowia będzie finasował szczepienia na grypę w aptekach i w podmiotach leczniczych, w szczególności w podstawowej opiece zdrowotnej. – Od 1 września takie szczepienie będzie można wykonać w aptekach, jak również w podstawowej opiece zdrowotnej i innych podmiotach leczniczych, które zgłoszą się do Narodowego Funduszu Zdrowia po możliwość rozliczenia finansowego świadczenia zdrowotnego – dodał.

Szczepienia przeciw grypie są zalecane w sezonie jesienno-zimowym.

Szczepionki dostępne w aptekach będą:

  • refundowane w 100 procentach dla osób 75 plus oraz kobiet w ciąży

  • częściowo refundowane w wysokości 50% dla osób w wieku 65 plus i z chorobami przewlekłymi

  • refundowane częściowo dla dzieci w wysokości 50% 

Świadczenie zostało wycenione przez Agencję Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji i jego wycena wzrosła z 17 zł do 21,83 zł za szczepienie. 

Jak poinformował wiceminister zdrowia – Rozmawialiśmy o minimalnym zabezpieczeniu, na wstępie 2 milionów szczepionek. Jednocześnie jest deklaracja, że jeśli będzie większe zapotrzebowanie, to część firm to zapotrzebowanie pokryje.


– Bezpłatna usługa szczepienia przeciwko grypie, która będzie wykonywana w aptekach, to bardzo dobre rozwiązanie. Czekaliśmy na to rozwiązanie: zarówno farmaceuci, apteki, a przede wszystkim pacjenci. Daje to gwarancję tego, że zwiększy się wyszczepialność przeciwko grypie w Polsce. Ostatnio mieliśmy ją na poziomie 7 procent.
– podkreśliła prezes NRA Elzbieta Piotrowska-Rutkowska.

Dodała – Mamy około 2 tys. aptecznych punktów szczepień i, jak widzimy, pacjenci już odwiedzają apteki w celu wykonania szczepienia przeciwko COVID-19, ale też i pytają o szczepienia przeciwko grypie. Prezes NRA zaznaczyła, że – Apteki będą mogły i kupują już te szczepionki. Zapewniano nas, że te dostawy będą systematyczne i sukcesywne i nie zabraknie szczepionek na rynku polskim. Mam nadzieję, że te deklaracje są prawdziwe.


źrodło: konferencja MZ, twitter @MZ_GOV_PL