Medicalpress

Podczas XVIII Krajowego Zjazdu Delegatów Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy (OZZL), który odbył się 9–10 października 2026 roku, przyjęto apel wzywający polityków i dziennikarzy do zaprzestania obarczania całego środowiska lekarskiego odpowiedzialnością za systemowe problemy ochrony zdrowia. Związek podkreśla, że odpowiedzialność za organizację systemu spoczywa na rządzących, a nie na lekarzach. Podczas zjazdu Grażyna Cebula-Kubat została ponownie wybrana na przewodniczącą OZZL na czteroletnią kadencję.

Poniżej publikujemy pełną treść apelu:

Apel XVIII Krajowego Zjazdu Delegatów OZZL z dnia 10 października 2026 roku

Apelujemy do polityków i niektórych dziennikarzy o zaprzestanie wykorzystywania systemowych patologii, które dotykają również nas, w celu budowania szkodliwej i fałszywej propagandy oraz mowy nienawiści względem całej społeczności lekarskiej, nieustannie prowadzonej w ciągu ostatnich miesięcy.

Jasno powinno wybrzmieć, że za kryzys w ochronie zdrowia odpowiadają działacze polityczni
i rządzący budujący ten system. Za organizację systemu opieki zdrowotnej odpowiada rząd, a nie lekarze. To nie my wprowadziliśmy zasady prowadzące do powstawania kominów płacowych oraz nadużywania mechanizmów finansowania ochrony zdrowia. Bulwersuje nas to tak samo jak państwa.

Do dziennikarzy i opinii publicznej apelujemy o zachowanie rzetelności i obiektywizmu.

XVIII Krajowy Zjazd Delegatów Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy

10 października 2026 r.

Grażyna Cebula – Kubat – Przewodnicząca OZZL wybrana podczas ww. Zjazdu na kolejną
4-letnią kadencję podkreśla:

„Lekarze każdego dnia z pełnym zaangażowaniem wykonują swoją pracę, troszcząc się o zdrowie, życie i bezpieczeństwo pacjentów, często w trudnych warunkach wynikających z niedoskonałości systemu ochrony zdrowia. Niezależnie od problemów organizacyjnych i systemowych, dobro pacjenta pozostaje dla środowiska lekarskiego najwyższym priorytetem.”

Źródło: inf pras

Tylko 29,1% Polaków ufa ekspertom medycznym wypowiadającym się publicznie poza swoją specjalizacją. Niemal tyle samo – 29,5% – podchodzi do takich wypowiedzi sceptycznie, a 41,4% nie ma w tej kwestii wyrobionego zdania. Wyniki badania On Board Think Kong i Focus o Zdrowiu pokazują, że w obszarze zdrowia sam autorytet nie zawsze wystarcza do zbudowania wiarygodności – znaczenie ma również to, czy osoba wypowiadająca się posiada kompetencje w danym obszarze.

Liczy się nie tylko to, kto mówi, ale o czym mówi

Choć 29,1% badanych deklaruje zaufanie do lekarzy i innych ekspertów medycznych wypowiadających się poza swoją specjalizacją, niemal identyczna grupa – 29,5% – podchodzi do takich wypowiedzi sceptycznie. Największa grupa respondentów, 41,4%, nie ma w tej kwestii wyrobionego zdania. Wyniki pokazują, że w ocenie eksperta znaczenie ma nie tylko jego tytuł, ale także adekwatność kompetencji do tematu, na który się wypowiada.

– Dyplom lekarski nie jest dziś uniwersalną przepustką do zaufania. Odbiorcy oceniają nie tylko to, kto mówi, ale również czy jego kompetencje odpowiadają tematowi, w którym zabiera głos. Dla instytucji zdrowotnych, mediów czy twórców treści oznacza to, że dobór eksperta do tematu może być ważniejszy niż sama jego rozpoznawalność – komentuje Norbert Ofmański, On Board Think Kong.

Nie tylko ekspert, ale ekspert właściwy do tematu

Podobne podejście widać w sposobie, w jaki Polacy oceniają internetowe treści dotyczące zdrowia. Najważniejszym elementem budującym wiarygodność portalu zdrowotnego są kompetencje autorów – wskazuje na nie 40,1% badanych. Dla 34% respondentów istotna jest obecność kompetentnych ekspertów w publikacjach, a 33% zwraca uwagę na możliwość dotarcia do badań i raportów źródłowych poprzez zamieszczone linki.

Odbiorcy oceniają również sposób komunikowania informacji. 26,5% badanych za ważny element wiarygodności uznaje neutralny ton komunikacji, 24,5% – wyjaśnianie trudnych terminów i skrótów, a 24% – brak clickbaitowych i sensacyjnych nagłówków.

W stresie zdrowotnym Polacy nadal najczęściej pytają specjalistów

W sytuacjach związanych z niepokojem lub stresem zdrowotnym najczęściej wybieranym źródłem informacji pozostają specjaliści medyczni – wskazało ich 39,9% badanych. Jednocześnie istotną rolę odgrywają internetowe źródła wiedzy: 22,8% respondentów korzysta z portali medycznych i zdrowotnych, a 21,1% – z wyszukiwarek internetowych, w tym odpowiedzi generowanych przez sztuczną inteligencję.

Polacy sięgają również po informacje od rodziny i znajomych (19,8%) oraz wypowiedzi ekspertów opierających się na badaniach naukowych (17,9%). 12,8% badanych korzysta z doświadczeń innych pacjentów publikowanych na forach i grupach dyskusyjnych.

Znacznie rzadziej wskazywane są praktyki medycyny alternatywnej (9,4%), media społecznościowe (7,4%), osoby promujące metody niezweryfikowane naukowo (6,8%) oraz influencerzy niezwiązani z medycyną (3,6%). 18% respondentów deklaruje natomiast, że nie podejmuje decyzji zdrowotnych pod wpływem silnych emocji.

Portale zdrowotne mają potencjał, ale odbiorcy pozostają ostrożni

Choć internet jest ważnym źródłem informacji o zdrowiu, zaufanie do publikowanych tam treści pozostaje umiarkowane. 29,4% badanych deklaruje, że ufa treściom zamieszczonym na portalach medycznych i zdrowotnych. 17,9% podchodzi do nich sceptycznie, a największa grupa – 31,4% – nie potrafi jednoznacznie ocenić ich wiarygodności. Jednocześnie 21,3% respondentów w ogóle nie korzysta z portali zdrowotnych.

Wyniki wskazują, że w komunikacji dotyczącej zdrowia nie wystarczy samo dostarczenie informacji. Odbiorcy chcą wiedzieć, kto jest jej autorem, na jakich źródłach się opiera i czy została przedstawiona w sposób pozwalający ją zrozumieć i zweryfikować.

– Pacjenci chcą być pewni, że mogą zaufać konkretnemu przekazowi i na szczęście aktualnie mają do tego narzędzia. Mogą sprawdzić wiarygodność samego medium oraz to, czy treść odwołuje się do uznanych instytucji lub badań opublikowanych w recenzowanych czasopismach. Niezwykle istotne jest również zwrócenie uwagi na sposób prowadzonej narracji oraz język i ton wypowiedzi autora lub eksperta – komentuje Alicja Jabłońska-Krzywy, redaktor naczelna Focus o Zdrowiu.

Prezentowane wyniki są częścią szerszego raportu realizowanego przez On Board Think Kong we współpracy z platformą internetową Focus o Zdrowiu, przy wsparciu instytucjonalnym Fundacji My Pacjenci. Raport został objęty Patronatem Honorowym Rzecznika Praw Pacjenta.

Badanie: Badanie zostało przeprowadzone metodą CAWI w dniach 03.03–04.03.2026 na ogólnopolskiej próbie 833 dorosłych Polaków. Próba została zweryfikowana i zważona pod względem płci, wieku oraz wielkości miejscowości.

Pełne wyniki raportu: Wiarygodność informacji zdrowotnych w Polsce – raport OBTK

Źródło: inf pras

Od 13 września 2026 r. Centrum e-Zdrowia uruchamia nowe reguły walidacji recept refundowanych. Zmiany oznaczają zwiększenie kontroli poprawności danych już na etapie wystawiania recepty, w szczególności w zakresie sposobu dawkowania oraz ilości przepisywanego produktu leczniczego.

Prawidłowe określenie dawkowania nie jest wyłącznie wymogiem technicznym systemu e-recepty. Jest elementem prawidłowo prowadzonej farmakoterapii, służy bezpieczeństwu pacjenta oraz pozwala na określenie ilości produktu leczniczego niezbędnej do zapewnienia ciągłości leczenia.

O czym należy pamiętać podczas wystawiania recepty?

1. Wprowadzaj kompletny i zrozumiały sposób dawkowania

Dawkowanie powinno jednoznacznie wskazywać pacjentowi sposób stosowania produktu leczniczego oraz umożliwiać prawidłowe określenie ilości leku potrzebnej na okres prowadzonej terapii.

W przypadku recept objętych nowymi regułami walidacji należy wprowadzać dawkowanie w wymaganej, ustrukturyzowanej postaci.

Brak wprowadzenia prawidłowych danych uniemożliwi wystawienie recepty dla pacjenta w systemie gabinetowym.

2. Zadbaj o zgodność informacji przekazywanych pacjentowi

Informacja przekazywana pacjentowi ustnie lub w dodatkowych materiałach powinna być zgodna z aktualnym sposobem dawkowania zapisanym na recepcie.

W przypadku zmiany schematu terapii należy zweryfikować, czy dawkowanie znajdujące się na recepcie odpowiada rzeczywistym zaleceniom terapeutycznym.

Dla osoby realizującej receptę podstawą określenia ilości wydawanego produktu jest informacja zawarta w dokumencie recepty.

3. Brak lub wadliwe dawkowanie może ograniczyć ilość leku wydanego pacjentowi

Brak wpisania sposobu dawkowania, wpisania go nieczytelnie, błędnie lub niespełniającego wymagań określonych przepisami, może skutkować ograniczeniem ilości produktu leczniczego możliwą do wydania w aptece dla pacjenta.

W takich przypadkach osoba realizująca receptę może wydać maksymalnie ilość odpowiadającą 4 najmniejszym opakowaniom danego produktu.

Powyższe działania mogą skutkować wydaniem pacjentowi ilości leku mniejszej niż zaplanowana przez osobę wystawiającą receptę i niewystarczającej do zapewnienia ciągłości terapii.

4. Szczególną uwagę należy zachować przy lekach psychotropowych i środkach odurzających

W przypadku produktów leczniczych zawierających środki odurzające lub substancje psychotropowe należy bezwzględnie przestrzegać szczególnych wymagań dotyczących sposobu dawkowania wynikających z właściwych przepisów.

Brak wymaganej informacji o sposobie dawkowania może skutkować brakiem możliwości realizacji recepty przez aptekę.

Problemy techniczne nie powinny pozbawiać pacjenta prawidłowo wystawionej recepty

Problemy techniczne związane z oprogramowaniem gabinetowym nie powinny prowadzić do przenoszenia ich konsekwencji na pacjenta, w szczególności poprzez nieuzasadnione odstąpienie od wystawienia recepty refundowanej.

W przypadku problemów z wykorzystywanym oprogramowaniem należy korzystać z dostępnych rozwiązań umożliwiających prawidłowe wystawienie recepty, w tym z systemu gabinet.gov.pl, a w przypadkach przewidzianych przepisami – z możliwości wystawienia recepty w postaci papierowej.

Jeżeli pacjent spełnia warunki refundacji danego produktu leczniczego, sam problem techniczny związany z wykorzystywanym oprogramowaniem nie powinien stanowić podstawy do pozbawienia pacjenta przysługującego mu poziomu refundacji.

Dawkowanie a Charakterystyka Produktu Leczniczego

Dawkowanie produktu leczniczego powinno wynikać z rzeczywistych potrzeb terapeutycznych pacjenta oraz uwzględniać jego bezpieczeństwo.

Przekroczenie dawkowania wskazanego w Charakterystyce Produktu Leczniczego nie oznacza automatycznie błędnego sposobu dawkowania. W uzasadnionych sytuacjach klinicznych osoba prowadząca leczenie może podjąć indywidualną decyzję terapeutyczną dotyczącą sposobu stosowania produktu leczniczego.

Decyzja taka powinna mieć uzasadnienie kliniczne i znajdować odpowiednie odzwierciedlenie w dokumentacji medycznej pacjenta.

Nieuzasadnione klinicznie i niebezpieczne dla pacjenta jest natomiast wpisywanie zawyżonego dawkowania w stosunku do aktualnych potrzeb wynikających z wybranej terapii, które wielokrotnie przekraczają dawkę dobową oraz dawkę śmiertelną danej substancji czynnej, którego jedynym celem jest zaopatrzenie pacjenta w zwiększoną ilość zapasu leku.

Kontrola ordynacji i refundacji

Ministerstwo Zdrowia oraz Narodowy Fundusz Zdrowia mogą analizować prawidłowość ordynacji i refundacji produktów leczniczych.

Szczególnej analizy mogą wymagać przypadki, w których zadeklarowany na recepcie sposób dawkowania prowadzi do przepisania ilości produktu leczniczego niewspółmiernej do rzeczywistych potrzeb terapeutycznych pacjenta, w szczególności gdy wskazane dawkowanie znacząco przekracza wartości określone w Charakterystyce Produktu Leczniczego lub może budzić wątpliwości z punktu widzenia bezpieczeństwa farmakoterapii.

W takich przypadkach osoba wystawiająca receptę powinna być przygotowana podczas kontroli do wykazania medycznego uzasadnienia przyjętego sposobu leczenia na podstawie dokumentacji medycznej pacjenta.

Dawkowanie ma znaczenie

Prawidłowe dawkowanie to nie tylko wymóg systemu.

To przede wszystkim:

Źródło: MZ

Sztuczna inteligencja (AI) już dziś przynosi wymierne korzyści w ochronie zdrowia, usprawniając codzienną pracę personelu medycznego i zwiększając przepustowość systemu. Jak wynika z raportu Future Health Index 2026 Philips, AI pozwala lekarzom oszczędzać czas, poprawia efektywność procesów klinicznych oraz wspiera podejmowanie decyzji. Jednocześnie sektor ochrony zdrowia wchodzi w kolejny etap rozwoju, w którym kluczowe znaczenie będzie miało nie tylko wdrażanie pojedynczych narzędzi, ale ich integracja w ramach spójnego ekosystemu opieki.

Większa przepustowość systemu i komfort pracy personelu

Sztuczna inteligencja przynosi wymierne korzyści dzięki ograniczaniu obciążeń administracyjnych i wspieraniu bardziej efektywnych procesów pracy. Z raportu Future Health Index 2026 wynika, że blisko połowa lekarzy (46%) deklaruje oszczędność średnio co najmniej 132 godzin rocznie dzięki wykorzystaniu sztucznej inteligencji, co odpowiada ponad trzem pełnym tygodniom pracy.

Zaoszczędzony czas przyczynia się do zmiany sposobu wykonywania obowiązków zawodowych, umożliwiając specjalistom większe skupienie na zadaniach o najwyższej wartości klinicznej, takich jak: dokładniejsza analiza przypadków, poprawa precyzji oraz o usprawnienie procesu podejmowania decyzji. Jednocześnie zgodnie z danymi  raportu Future Health Index 2026 Philips 50% lekarzy wskazuje, że dzięki AI mogą przyjmować większą liczbę pacjentów, co oznacza globalnie średnio osiem dodatkowych konsultacji tygodniowo na jednego specjalistę.

Sposób, w jaki AI wspiera codzienną pracę klinicystów, przekłada się jednak nie tylko na wyższą efektywność, ale również na większy komfort pracy. W niektórych specjalizacjach, takich jak radiologia, lekarze częściej wskazują, że dzięki sztucznej inteligencji ich praca staje się łatwiejsza. Korzyści z AI są postrzegane również w kontekście mniejszego obciążenia poznawczego i lepszej koncentracji.

– Radiologia należy dziś do obszarów, w których korzyści ze sztucznej inteligencji są najbardziej widoczne. AI wspiera specjalistów zarówno w dostarczaniu wysokiej jakości obrazów, jak i na etapie ich analizy, pomagając identyfikować nawet subtelne zmiany diagnostyczne. Pełni rolę dodatkowego wsparcia – drugiej para oczu lub osobistego asystenta, którego obecność poprawia efektywność i wpływa na redukcję codziennego stresu zawodowego – mówi Michał Kępowicz, Dyrektor ds. Relacji z Sektorem Publicznym w Philips.

Zmniejszenie obciążenia i odzyskany czas powodują, że nawet połowa klinicystów wskazuje, że sztuczna inteligencja pozytywnie wpływa na ich równowagę między życiem zawodowym i prywatnym. Jednocześnie 62% liderów ochrony zdrowia ocenia, że korzyści wynikające z inwestycji w AI równoważą poniesione koszty lub je przewyższają.

AI w skali dla bardziej skoordynowanej opieki

Wraz z rosnącą liczbą dowodów potwierdzających skuteczność sztucznej inteligencji w codziennej praktyce klinicznej uwaga sektora ochrony zdrowia przesuwa się w stronę działań zmierzających do szerokiego i zintegrowanego stosowania AI.

– Następny etap rozwoju sztucznej inteligencji w ochronie zdrowia będzie zależał nie tylko od wdrażania kolejnych pojedynczych rozwiązań, ale przede wszystkim od zdolności do integracji danych, procesów i narzędzi w ramach jednego ekosystemu opieki. Taki model pozwoli zapewnić lepiej skoordynowaną opiekę nad pacjentem, usprawniając współpracę między specjalistami i zapewniając szybszy dostęp do informacji niezbędnych do podejmowania decyzji klinicznych – mówi Michał Kępowicz z Philips.

Jest to proces wymagający szczególnie w środowisku rozproszonych danych, systemów i procesów pracy, ale już się odbywający.

Przykładem takiego zintegrowanego kierunku rozwoju jest realizowany w Polsce przez Centrum e-Zdrowia projekt Platformy Usług Inteligentnych (PUI)[1]. Pierwszymi narzędziami AI udostępnianymi w ramach platformy będą algorytmy wspierające diagnostykę obrazową. Projekt, rozwijany w ramach projektu e-Zdrowie KPO, ma zapewnić lekarzom dostęp m.in. do certyfikowanych narzędzi AI wspierających analizę badań RTG, tomografii komputerowej i rezonansu magnetycznego.

Budowa zaufania do AI i wzmacnianie kompetencji personelu

Aby wdrażać sztuczną inteligencję na szeroką skalę – jak wskazuje raport Future Health Index 2026 – oprócz zintegrowanych ecosystemów równie ważne jest budowanie zaufania do AI oraz przygotowanie personelu do pracy z nowymi narzędziami.

Lekarze nadal wskazują na potrzebę dalszego doskonalenia technologii, zwracając uwagę m.in. na niejednolitą skuteczność w różnych środowiskach klinicznych (58%) oraz ograniczoną przejrzystość sposobu formułowania rekomendacji przez algorytmy (60%). Jednocześnie 70% respondentów deklaruje, że w ich organizacjach nie funkcjonują jeszcze jasne procesy monitorowania narzędzi opartych na sztucznej inteligencji.

Wyniki te pokazują wyzwania charakterystyczne dla wczesnego etapu adopcji AI i wskazują obszary niezbędne do budowania zaufania oraz zapewnienia spójnej jakości działania. Podobnie jak inne systemy kliniczne, rozwiązania wykorzystujące sztuczną inteligencję wymagają stałego monitorowania, audytowania i pełnej identyfikowalności.

Oprócz tego, że lekarze muszą być pewni narzędzi z których korzystają potrzebują również dokładnie wiedzieć jak z nich korzystać. Aż 70% respondentów wskazuje, że szkolenia z AI są niewystarczające, niespójne lub w ogóle niedostępne.

Spojrzenie w przyszłość

AI w ochronie zdrowia przeszła już etap obietnic i pojedynczych wdrożeń, coraz wyraźniej pokazując swoją wartość w codziennej praktyce klinicznej. Kolejnym krokiem będzie odpowiedzialne skalowanie tych rozwiązań poprzez integrację, wzmacnianie zaufania i budowanie kompetencji zespołów. A wszystko to pod nadzorem człowieka – bo jak twierdzi 90% lekarzy, w miarę rozwoju sztucznej inteligencji niezbędne będzie utrzymanie człowieka w procesie.

***

Materiał opracowany na podstawie wyników i wniosków z raportu Future Helth Index 2026 r. Philips

O raporcie:

Future Health Index to największe na świecie badanie tego typu, analizujące perspektywy pracowników ochrony zdrowia i pacjentów w wielu krajach. W oparciu o autorskie badania ilościowe, w których wzięło udział ponad 2 000 pracowników ochrony zdrowia i ponad 20 000 pacjentów z 10 krajów, edycja z 2026 r. analizuje, w jaki sposób sztuczna inteligencja jest aktywnie wykorzystywana w systemach opieki zdrowotnej oraz jaką wartość wnosi w postaci zaoszczędzonego czasu, zwiększonych możliwości i poprawy jakości świadczonej opieki. W celu pobrania raportu odwiedź stronę:  raport_link

16-krotność najniższej krajowej to maksymalne możliwe wynagrodzenie pracownika medycznego, dopuszczalna będzie praca na maksymalnie dwóch etatach. Większa odpowiedzialność po stronie personelu medycznego i zarządzających placówkami. Projekt ustawy skierowano do konsultacji publicznych.

– Sytuacja wymaga uporządkowania i uszczelnienia systemu ochrony zdrowia, aby zaopiekować pacjentów i personel medyczny pod kątem bezpieczeństwa i ciągłości czasu pracy – podkreśla wiceminister Tomasz Maciejewski.

Nowe zasady zatrudniania i wynagradzania pracowników medycznych, w tym limity zarobków i raportowanie rzeczywistych grafików pracy to rozwiązania nowego projektu ustawy z pakietu zmian w ochronie zdrowia. Przepisy przewidują także rozszerzone kompetencje kontrolne NFZ.  Bezpieczeństwo pacjentów zostanie wzmocnione odpowiednimi regulacjami czasu pracy personelu medycznego i nowymi mechanizmami kontrolnymi, aby ograniczyć nieprawidłowości i poprawić jakość i dostępność świadczeń.

24 lipca br. został opublikowany i skierowany do konsultacji projekt nowelizacji ustawy o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych oraz niektórych innych ustaw. To odpowiedź na rosnące koszty świadczeń zdrowotnych i narastającą presję płacową w podmiotach medycznych.

Regulacja wynagrodzeń pracowników medycznych

Projektowana ustawa wprowadza zakaz ustalania wynagrodzenia pracownika medycznego jako udziału procentowego w kwocie kontraktu świadczeniodawcy z NFZ. Jednocześnie określone zostały maksymalne stawki wynagrodzenia – stawka godzinowa brutto nie będzie mogła przekroczyć 1/20 minimalnego wynagrodzenia za pracę, a maksymalne miesięczne wynagrodzenie z tytułu świadczeń objętych umową z NFZ zostanie ustalone jako iloczyn wymiaru czasu pracy oraz ośmiokrotności minimalnego wynagrodzenia.

Projekt przewiduje możliwość przyznania wynagrodzenia wykraczającego poza podstawowy limit, głównie z myślą o sytuacjach w których pracownik – obok udzielania świadczeń zdrowotnych – będzie pełnił inne odpowiedzialne zadania, np. będzie ordynatorem oddziału. Zadania te muszą zostać jednak szczegółowo opisane. Dodatkowe wynagrodzenie będzie mogło zostać przyznane również w związku z udzielaniem świadczeń wymagających szczególnych umiejętności lub wiążących się z ponadstandardowym obciążeniem pracą.

Podsumowując, jeżeli pracownik medyczny podejmuje jeden etat to w wymiarze maksymalnym zarobi 38 448 zł brutto. Jeśli pracuje w wymiarze jednego etatu i pełni dodatkowe funkcje np. ordynatora oddziału, to maksymalnie z dodatkami może zarobić 12-krotność najniższej krajowej, czyli na dziś 57 672 zł brutto. Jeśli z kolei planowałby podjąć jeszcze kolejne, dodatkowe działania w opiece nad pacjentami, to jego całościowy zarobek nie będzie mógł przekroczyć 76 896 zł. Maksymalny czas wymiaru pracy to zawsze łącznie dwa etaty i maksymalnie w każdej sytuacji to 16-krotność najniższej krajowej.

Za przekroczenie ustalonych limitów przewidziano grzywnę nakładaną na kierownika podmiotu leczniczego. Maksymalna wysokość kary mogłaby wynieść nawet 30 tys. zł. Celem tych regulacji jest ograniczenie mechanizmu automatycznego wzrostu wynagrodzeń w ślad za podwyżkami wyceny świadczeń, powstrzymanie narastającej presji płacowej w publicznej ochronie zdrowia oraz zwiększenie liczby świadczeń możliwych do sfinansowania przez NFZ w ramach dostępnych środków.

Zasady zatrudniania pracowników medycznych

Projekt wprowadza zasadę, zgodnie z którą łączny wymiar czasu pracy pracownika medycznego u wszystkich zatrudniających go świadczeniodawców nie będzie mógł przekraczać wymiaru czasu pracy równego dwóm etatom. Osoba udzielająca świadczeń w ramach leczenia szpitalnego lub AOS w poradni przyszpitalnej będzie musiała być zatrudniona u danego świadczeniodawcy w wymiarze co najmniej połowy etatu, a podjęcie zatrudnienia u kolejnego podmiotu będzie wymagało zgody pierwszego pracodawcy oraz zachowania tego samego minimalnego wymiaru czasu pracy (przychodnie w mniejszych miejscowościach – funkcjonujące poza szpitalem nie będą objęte tym ograniczeniem).

– Istotny będzie obowiązek ewidencjonowania czasu pracy i raportowania rzeczywistych grafików pracy do AOTMiT oraz wprowadzenie obowiązku oświadczeń przez pracowników, aby faktycznie wiedzieć, gdzie kto pracuje. Za poświadczenie nieprawdy będą groziły konsekwencje wynikające z kodeksu karnego – podkreśla wiceminister Tomasz Maciejewski.

Ograniczenie minimalnego zatrudnienia na co najmniej 1/2 wymiaru czasu pracy nie będzie miało zastosowania do świadczeń udzielanych w stanach nagłych w czasie pełnienia dyżurów medycznych. NFZ zachowa ponadto możliwość czasowego odstąpienia od tych wymogów w sytuacji braku dostępności odpowiednich kadr w danej dziedzinie medycyny. Wszystkie umowy z pracownikami medycznymi będą musiały obligatoryjnie określać zakres wykonywanych zadań, stawkę godzinową wynagrodzenia brutto oraz harmonogram godzin udzielania świadczeń. Za naruszenie tych zasad przewidziano sankcję w postaci grzywny nakładanej na kierownika podmiotu leczniczego, nawet do 30 tys. zł., natomiast umowy niespełniające nowych wymogów wygasną z mocy prawa z dniem 31 grudnia 2026 r.

Poszerzenie kompetencji kontrolnych NFZ

Fundusz uzyska podstawę prawną do pozyskiwania informacji od podmiotów leczniczych działających w sektorze komercyjnym, co ma umożliwić weryfikację rzeczywistej dostępności kadr medycznych w systemie powszechnego ubezpieczenia zdrowotnego.

Istotną zmianą jest wprowadzenie oświadczeń co do wymiaru czasu pracy pod rygorem odpowiedzialności karnej za składanie fałszywych wyjaśnień, co ma zapobiec składaniom fałszywych oświadczeń. Kompetencje do prowadzenia czynności sprawdzających zostaną skoncentrowane w Prezesie NFZ, który uzyska również prawo powoływania i odwoływania dyrektorów oddziałów wojewódzkich Funduszu. Projekt przewiduje ponadto ułatwienia w zatrudnianiu w NFZ specjalistów z wykształceniem medycznym, w tym na podstawie umów cywilnoprawnych, oraz zmianę zasad organizacji egzaminu kontrolerskiego, zwiększającą elastyczność kadrową Funduszu. W związku z rozszerzeniem zadań kontrolnych planowane jest zwiększenie zatrudnienia w NFZ o około 480 osób, w tym 432 w Departamencie Kontroli NFZ.

Nowe zadania Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji

Projekt rozszerza również kompetencje Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji. Prezes Agencji zyska możliwość inicjowania, za zgodą ministra zdrowia, prac nad taryfą świadczenia nieujętego w planie taryfikacji, co ma pozwolić szybciej reagować na zmiany kosztów. Agencja otrzyma także uprawnienie do weryfikacji, czy świadczeniodawcy prawidłowo stosują standard rachunku kosztów, oraz nowe, stałe zadanie polegające na cyklicznej analizie danych o kosztach osobowych – dotyczących około miliona osób zatrudnionych u ok. 17,6 tys. świadczeniodawców.

Źródło: MZ

Foto: MZ

Ministerstwo Zdrowia przedstawiło do konsultacji publicznych projekt jednej z najbardziej kompleksowych reform organizacji pracy personelu medycznego ostatnich lat. Najwięcej uwagi przyciągają propozycje ograniczenia wynagrodzeń finansowanych ze środków publicznych oraz limitu pracy do równowartości dwóch etatów. W projekcie znalazło się jednak rozwiązanie, które może mieć równie istotne znaczenie dla funkcjonowania systemu: znaczące rozszerzenie kompetencji prezesa Narodowego Funduszu Zdrowia. To właśnie on będzie mógł wyrażać zgodę na odstępstwa od nowych ograniczeń w sytuacjach uzasadnionych potrzebami zdrowotnymi mieszkańców.

Projekt nowelizacji ustawy o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych jest elementem szerszego pakietu zmian zapowiadanego przez Ministerstwo Zdrowia. Resort argumentuje, że celem reform jest uporządkowanie zasad zatrudniania personelu medycznego, poprawa dostępności świadczeń oraz ograniczenie zjawiska nadmiernego obciążenia lekarzy pracujących jednocześnie w wielu placówkach.

Nie tylko limity wynagrodzeń

Najbardziej komentowaną propozycją jest wprowadzenie maksymalnej stawki wynagrodzenia finansowanego ze środków publicznych – 240 zł brutto za godzinę oraz miesięcznego limitu odpowiadającego 16-krotności płacy minimalnej, czyli obecnie 76,8 tys. zł brutto. Projekt przewiduje również, że łączny czas pracy osoby wykonującej zawód medyczny w podmiotach finansowanych przez NFZ nie będzie mógł przekroczyć równowartości dwóch pełnych etatów, niezależnie od formy zatrudnienia. Ograniczenia mają objąć zarówno umowy o pracę, jak i kontrakty cywilnoprawne.

Resort zdrowia uzasadnia te rozwiązania koniecznością zwiększenia bezpieczeństwa pacjentów oraz poprawy organizacji pracy w publicznym systemie ochrony zdrowia. Wielogodzinna praca w kilku placówkach od lat wskazywana jest jako jeden z czynników zwiększających ryzyko przemęczenia personelu oraz utrudniających planowanie grafików.

Prezes NFZ będzie decydował o wyjątkach

Projekt przewiduje możliwość odstąpienia od nowych limitów, jeśli ich stosowanie mogłoby zagrozić zapewnieniu mieszkańcom dostępu do świadczeń zdrowotnych. Decyzję w takich przypadkach będzie podejmował prezes Narodowego Funduszu Zdrowia.

Zgoda będzie mogła zostać wydana na wniosek świadczeniodawcy i będzie miała charakter indywidualny. Oznacza to, że nowe przepisy nie będą miały całkowicie sztywnego charakteru – pozostawią możliwość reagowania na sytuacje, w których braki kadrowe mogłyby doprowadzić do ograniczenia działalności oddziałów lub wydłużenia kolejek do leczenia.

Odpowiedź na problemy kadrowe

Mechanizm wyjątków wydaje się odpowiedzią na jedną z najczęściej podnoszonych obaw dotyczących projektu.

Według danych OECD i Komisji Europejskiej Polska od lat należy do państw z jedną z najniższych liczb lekarzy przypadających na 1000 mieszkańców. Niedobory personelu są szczególnie widoczne w szpitalach powiatowych, gdzie wielu specjalistów pracuje równocześnie w kilku placówkach.

Gdyby nowe limity zaczęły obowiązywać bez żadnych wyjątków, część świadczeniodawców mogłaby mieć trudności z zapewnieniem całodobowych dyżurów i utrzymaniem ciągłości udzielania świadczeń.

Nowe kompetencje prezesa NFZ mają więc pełnić rolę swoistego „bezpiecznika”, umożliwiającego elastyczne reagowanie tam, gdzie rygorystyczne stosowanie przepisów mogłoby pogorszyć dostępność leczenia.

Większa rola Funduszu

Projekt wpisuje się również w szerszy trend wzmacniania kompetencji Narodowego Funduszu Zdrowia.

W ostatnich miesiącach Fundusz otrzymuje kolejne narzędzia związane z monitorowaniem jakości świadczeń, analizą danych, kontrolą organizacji leczenia oraz nadzorem nad wykorzystaniem środków publicznych. Teraz do tego katalogu może dołączyć możliwość podejmowania decyzji dotyczących wyjątków od zasad zatrudniania personelu medycznego.

Oznacza to, że NFZ będzie nie tylko płatnikiem świadczeń, ale również instytucją mającą realny wpływ na organizację pracy placówek finansowanych ze środków publicznych.

Konsultacje mogą jeszcze zmienić projekt

Propozycje Ministerstwa Zdrowia zostały skierowane do konsultacji publicznych, dlatego ich ostateczny kształt może jeszcze ulec zmianie. Można spodziewać się szerokiej dyskusji zarówno nad limitami wynagrodzeń i czasu pracy, jak i nad zakresem uznaniowości pozostawionej prezesowi NFZ.

Eksperci zwracają uwagę, że skuteczność nowych przepisów będzie zależała od tego, czy uda się znaleźć równowagę między potrzebą uporządkowania systemu a zapewnieniem dostępności świadczeń. W wielu regionach kraju to właśnie możliwość elastycznego stosowania wyjątków może przesądzić o tym, czy reforma poprawi organizację pracy, czy stanie się dodatkowym wyzwaniem dla szpitali zmagających się z niedoborem personelu.

Źródło: Gov.pl

Ministerstwo Zdrowia planuje zwiększyć liczbę miejsc na studiach medycznych w roku akademickim 2026/2027. Do konsultacji publicznych trafił projekt rozporządzenia przewidujący przyjęcie łącznie 12 210 studentów na kierunki lekarski i lekarsko-dentystyczny. Resort argumentuje, że wyższe limity mają odpowiadać rosnącemu zapotrzebowaniu na kadry medyczne oraz możliwościom dydaktycznym uczelni.

Do konsultacji publicznych trafił projekt rozporządzenia Ministra Zdrowia w sprawie limitu przyjęć na studia na kierunkach lekarskim i lekarsko-dentystycznym na rok akademicki 2026/2027. Resort zdrowia zakłada dalszy wzrost liczby miejsc dla przyszłych lekarzy i lekarzy dentystów.

Zgodnie z projektem, limit przyjęć na kierunek lekarski wyniesie 10 705 miejsc, co oznacza wzrost o 1,91 proc. w porównaniu z rokiem akademickim 2025/2026, kiedy limit wynosił 10 504 miejsca. Z kolei na kierunku lekarsko-dentystycznym przewidziano 1 505 miejsc, czyli o ponad 4,4 proc. więcej niż rok wcześniej, gdy limit wynosił 1 441 miejsc.

Łącznie uczelnie będą mogły przyjąć 12 210 studentów na oba kierunki.

Podział miejsc

Na kierunku lekarskim przewidziano:

  • 7 133 miejsca na studiach stacjonarnych prowadzonych w języku polskim,
  • 1 734 miejsca na studiach niestacjonarnych w języku polskim,
  • 1 838 miejsc na studiach prowadzonych w językach obcych.

Natomiast na kierunku lekarsko-dentystycznym limit obejmuje:

  • 885 miejsc na studiach stacjonarnych w języku polskim,
  • 349 miejsc na studiach niestacjonarnych,
  • 271 miejsc na studiach prowadzonych w językach obcych.

Limity dla 39 uczelni

Projekt rozporządzenia obejmuje 39 uczelni posiadających uprawnienia do prowadzenia studiów na kierunku lekarskim, w tym 9 nadzorowanych przez Ministra Zdrowia oraz 30 nadzorowanych przez Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Limity zostały ustalone z uwzględnieniem możliwości dydaktycznych poszczególnych uczelni oraz zapotrzebowania na absolwentów kierunków medycznych.

Projekt określa również liczbę miejsc w podziale na studia stacjonarne i niestacjonarne prowadzone w języku polskim oraz na studia prowadzone w językach obcych.

Źródło: RCL

Sam fakt, że sztuczna inteligencja potrafi wygenerować poprawnie brzmiącą odpowiedź, nie oznacza jeszcze, że jest w pełni przystosowana do działania w sektorze ochrony zdrowia. Wprost proporcjonalnie do rozwoju możliwości technologii w medycynie rosną obawy o bezpieczeństwo, jakość danych, zgodność z praktyką kliniczną oraz realną wartość dla pacjenta. Dlatego coraz częściej zasadne wydaje się nie pytanie o to, czy AI działa, lecz gdzie i w jaki sposób powinna być wykorzystywana. To zagadnienie było przedmiotem rozmów ekspertów w ostatnim odcinku podcastu „LLMathon: How AI Can Serve Healthcare”.
Podcast stanowi podsumowanie doświadczeń i wniosków z Poland Healthcare Datathon 2025 – inicjatywy zorganizowanej we współpracy środowisk medycznych, naukowych i technologicznych, której inicjatorem był Roche. Podczas Datathonu interdyscyplinarne zespoły pracowały na rzeczywistych, zanonimizowanych danych klinicznych z Uniwersyteckiego Centrum Klinicznego w Gdańsku i w praktyce testowały możliwości dużych modeli językowych w polskojęzycznych scenariuszach medycznych.

Wnioski będące pokłosiem wydarzenia stały się punktem wyjścia do kolejnej dyskusji – o tym, jak odpowiedzialnie wdrażać sztuczną inteligencję do systemu ochrony zdrowia. W najnowszym odcinku podcastu, dostępnym na youtubowym kanale Roche, eksperci mówią nie tylko o potencjale dużych modeli językowych, ale również o całej architekturze rozwiązań AI i świadomym procesie jej wykorzystania.

Globalny algorytm musi zdać „egzamin z polskiego”

Choć wiele rozwiązań AI powstaje z myślą o globalnym zastosowaniu, ich skuteczność w ochronie zdrowia zależy od lokalnego kontekstu. Znaczenie mają język dokumentacji medycznej, organizacja pracy placówek, ścieżki pacjenta oraz charakterystyka danych odzwierciedlających specyfikę konkretnego systemu ochrony zdrowia.

– Chcieliśmy, aby Healthcare Datathon składał się z wzajemnie uzupełniających się elementów pełnych zarówno merytorycznej dyskusji, jak i praktyki. Pierwszego dnia uczestnicy spotkali się podczas części wykładowej poświęconej zastosowaniom AI w ochronie zdrowia, gdzie swoją wiedzą dzielili się lekarze i eksperci z uczelni technicznych. Z kolei fundamentem drugiego dnia były ćwiczenia praktyczne, w tym m.in. LLMathon – mówi Adam Krenke, dyrektor do spraw strategii w Roche Polska.

Poland Healthcare Datathon 2025 zgromadził ponad 200 uczestników reprezentujących 14 uczelni i ośrodków badawczych z pięciu krajów. W 13 interdyscyplinarnych zespołach współpracowali lekarze, badacze, projektanci doświadczeń użytkownika, specjaliści danych, programiści oraz studenci.

Sztuczna inteligencja zweryfikowana na rzeczywistych danych

Jednym z najważniejszych elementów wydarzenia była możliwość pracy na autentycznych, zabezpieczonych danych klinicznych przekazanych przez Uniwersyteckie Centrum Kliniczne w Gdańsku.

– W ramach Datathonu uczestnicy analizowali setki tysięcy rekordów hospitalizacji, poszukując czynników pozwalających przewidywać ryzyko ponownego przyjęcia pacjenta do szpitala. W ten sposób sprawdzaliśmy, czy algorytmy AI mogą pomóc identyfikować wzorce, które wspierałyby personel medyczny w podejmowaniu decyzji i skutecznym planowaniu opieki nad pacjentami – wyjaśnia Adam Krenke.

Kolejnym filarem projektu był LLMathon, podczas którego uczestnicy oceniali, jak duże modele językowe radzą sobie z pytaniami najczęściej zadawanymi przez pacjentów i lekarzy.

– Dziś zarówno pacjenci, jak i lekarze coraz częściej korzystają z narzędzi opartych na AI. Problem polega na tym, że niewiele wiemy o ich rzeczywistej precyzji, jakości odpowiedzi czy ograniczeniach. Chcieliśmy zweryfikować to w praktyce, wykorzystując pytania opracowane wspólnie z lekarzami i organizacjami pacjenckimi – podkreśla ekspert.

Dane są paliwem dla AI, ale muszą być reprezentatywne

Eksperci zwracają uwagę, że skuteczność modeli sztucznej inteligencji zależy bezpośrednio od jakości i reprezentatywności danych, na których zostały wytrenowane.

 
– AI może odegrać ogromną rolę w rozwoju ochrony zdrowia, jednak większość dostępnych danych pochodzi z krajów wysoko rozwiniętych. Istnieje ryzyko, że modele będą dobrze odpowiadać na potrzeby określonych populacji, a gorzej radzić sobie w innych grupach. Dlatego projektując algorytmy, należy równie starannie jak w badaniach klinicznych dobierać populacje, na których opierane są dane treningowe – stwierdza Krenke. 

O istocie znaczenia danych wspomina także Anna Romaniuk-Iwaszko, Marketing Network Lead for Digital Solutions w Roche.

– Roche od lat rozwija innowacyjne terapie i rozwiązania diagnostyczne. Coraz większą rolę odgrywają także algorytmy kliniczne wspierające decyzje medyczne. Ogromna ilość danych generowanych każdego dnia w systemie ochrony zdrowia nadal pozostaje niewykorzystana. Naszym celem jest przekształcanie tych informacji w praktyczne wsparcie dla lekarzy, tak aby mogli efektywniej wykorzystywać swój czas, a pacjenci szybciej otrzymywali właściwą diagnozę – tłumaczy.

AI zastąpi relację lekarz-pacjent?

Eksperci zgodnie wskazują, że sztuczna inteligencja może wspierać wiele procesów administracyjnych, analitycznych i organizacyjnych, jednak nie powinna być postrzegana jako alternatywa dla pomocy drugiego człowieka.

– Najważniejsze jest to, aby nie stracić z oczu pacjenta. Sztuczna inteligencja pozostaje narzędziem w rękach człowieka. To od sposobu jej wykorzystania zależy, czy będzie realnym wsparciem dla ochrony zdrowia. Medycyna to nie tylko diagnoza i leczenie, ale również troska o jakość życia pacjenta, relacje, empatia i odpowiedzialność – mówi Katarzyna Kaliszewska-Czeremska, Customer Experience Lead and Strategist w Roche.

Podobnego zdania jest Sławomir Molenda, User Experience Expert w Roche Digital Technology.

– Obecne modele językowe mogą rozpoznawać emocje i odpowiednio reagować na komunikaty pacjentów, ale nie są zdolne do rzeczywistego współodczuwania czy rozumienia doświadczenia choroby tak jak drugi człowiek. Możemy mówić jedynie o pewnym rodzaju empatii kognitywnej, skupionej na perspektywie intelektualnej i rozumieniu schematów myślowych. AI może wspierać komunikację, jednak nie zastąpi relacji terapeutycznej budowanej między pacjentem a lekarzem – zaznacza.

Istnieją jednak aspekty, w których modele AI mogą być dla pacjenta użyteczne.

– Niektóre badania sugerują, że ludzie wolą interakcje medyczne z AI, ponieważ modele te są wolne od osądów czy stygmatyzacji. LLM-y mogą obiektywnie zmniejszać wstyd i w ten sposób pomagać pacjentom – dodaje Molenda.

Interdyscyplinarność warunkiem sukcesu

Jednym z najczęściej powracających tematów podczas wydarzenia była konieczność łączenia kompetencji z różnych dziedzin.

 
– Interdyscyplinarność jest kluczowa. W projektach wykorzystujących AI w ochronie zdrowia nie istnieją jednoosobowe rozwiązania. Potrzebna jest wiedza kliniczna, technologiczna, projektowa i komunikacyjna. Dopiero połączenie tych kompetencji pozwala tworzyć rozwiązania niosące rzeczywistą opiekę i pomoc pacjentom – podkreśla Adam Krenke.

Interdyscyplinarności nie brakowało również w trakcie Datathonu – taką formę współpracy szczególnie docenili uczestnicy wydarzenia.

– Największym zaskoczeniem była dla mnie otwartość i brak podziałów między studentami, naukowcami oraz lekarzami. Często w świecie akademickim można wyczuć pewien dystans. Tutaj każdy głos był równie ważny, a wszystkich łączyła wspólna misja i chęć wymiany doświadczeń – zauważa Zuzanna Warchoł, studentka Politechniki Gdańskiej. Z kolei Kacper Dobek, doktorant Politechniki Poznańskiej, zwraca uwagę na długofalowe korzyści płynące z projektu.

– To doświadczenie pokazało, jak wiele dobrego może wydarzyć się, gdy spotykają się ludzie z różnych środowisk. Efekty Datathonu wykraczają poza Polskę – podobne inicjatywy zaczęły powstawać również w innych krajach Europy, inspirując kolejne zespoły do poszukiwania praktycznych zastosowań AI w medycynie. Namacalnym przykładem może być chociażby grudniowy Datathon we Francji, który, dzięki zdobytej w Gdańsku wiedzy, miałem okazję wesprzeć organizacyjnie – podsumowuje.

Źródło: inf pras

Szpitale kliniczne pozostają filarem polskiego systemu ochrony zdrowia, leczą najtrudniejszych pacjentów, kształcą przyszłych lekarzy i prowadzą badania naukowe. Najnowsza kontrola Najwyższej Izby Kontroli pokazuje jednak, że za utrzymaniem ciągłości świadczeń kryją się poważne problemy organizacyjne i finansowe. Najbardziej alarmującym ustaleniem jest organizacja czasu pracy personelu medycznego. W jednej z placówek lekarz świadczył pracę nieprzerwanie przez ponad 70 godzin.
Kontrola objęła dziesięć szpitali klinicznych z całej Polski i dotyczyła lat 2022–2024. NIK pozytywnie oceniła fakt, że wszystkie placówki zapewniały ciągłość leczenia oraz realizowały zadania dydaktyczne i naukowe. Jednocześnie wskazała szereg nieprawidłowości, które – zdaniem kontrolerów – wymagają pilnych zmian systemowych.

Największy problem? Organizacja pracy personelu

Najpoważniejsze zastrzeżenia NIK dotyczą czasu pracy lekarzy i pielęgniarek. Nieprawidłowości stwierdzono w dziewięciu z dziesięciu kontrolowanych szpitali. Kontrolerzy wykazali przypadki naruszania prawa do 11-godzinnego nieprzerwanego odpoczynku oraz wielokrotnego przekraczania dopuszczalnego czasu świadczenia pracy. Łącznie odnotowano 75 przypadków, w których lekarze lub pielęgniarki pracowali ponad 24 godziny bez przerwy. Rekordowy dyżur trwał aż 70 godzin i 10 minut.

Według NIK takie sytuacje nie są jedynie naruszeniem przepisów prawa pracy. Przemęczony personel oznacza również większe ryzyko popełnienia błędu medycznego, a tym samym zagrożenie dla bezpieczeństwa pacjentów.

Kontrolerzy zwracają uwagę, że problem wynika przede wszystkim z niedoborów kadrowych oraz powszechnego zatrudniania lekarzy na podstawie kontraktów cywilnoprawnych. W praktyce oznacza to brak jednego systemu monitorowania całkowitego czasu pracy lekarza, który często świadczy usługi jednocześnie w kilku placówkach.

NIK wraca do postulatu sprzed lat

To nie pierwszy raz, gdy Izba zwraca uwagę na konieczność uregulowania czasu pracy personelu medycznego. Podobne rekomendacje pojawiały się już w poprzednich kontrolach oraz były przedmiotem wystąpień Rzecznika Praw Obywatelskich.

Tym razem NIK ponownie apeluje o stworzenie centralnego systemu ewidencji czasu pracy obejmującego wszystkie formy zatrudnienia oraz wprowadzenie ustawowego limitu maksymalnego nieprzerwanego czasu wykonywania świadczeń przez personel medyczny.

Wnioski te wpisują się również w coraz intensywniejszą debatę prowadzoną przez samorząd lekarski, który od miesięcy postuluje wprowadzenie limitów łącznego czasu pracy lekarzy niezależnie od liczby miejsc zatrudnienia.

Szpitale działają, ale nie wszystkie radzą sobie finansowo

Raport pokazuje również ogromne różnice w kondycji finansowej szpitali klinicznych. Najlepiej ocenione placówki – m.in. w Gdańsku – utrzymywały dodatnie wyniki finansowe oraz stabilną płynność. Z kolei część jednostek, między innymi w Lublinie, Łodzi i Bydgoszczy, balansowała na granicy rentowności.

Najtrudniejsza sytuacja dotyczy Uniwersyteckiego Centrum Klinicznego Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego. Choć działalność medyczna przynosiła dodatni wynik operacyjny, szpital pozostaje obciążony ogromnym zadłużeniem odziedziczonym po konsolidacji placówek z 2019 roku. Koszty obsługi długu przekroczyły w 2024 roku 107 mln zł, a całkowite zobowiązania osiągnęły niemal 1,5 mld zł.

Jednocześnie niemal we wszystkich kontrolowanych jednostkach wzrosły zobowiązania krótkoterminowe, co – zdaniem NIK – zwiększa ryzyko pogorszenia stabilności finansowej szpitali w kolejnych latach.

Problemy z aparaturą i zamówieniami

Kontrola ujawniła również liczne nieprawidłowości dotyczące infrastruktury i aparatury medycznej. W części placówek stwierdzono zaniedbania techniczne, opóźnienia w obowiązkowych przeglądach sprzętu oraz nieefektywne wykorzystywanie kosztownej aparatury. W kilku szpitalach urządzenia przez długi czas pozostawały niewykorzystane z powodu awarii, opóźnień we wdrożeniu lub niewystarczającej liczby wykonywanych procedur.

NIK wskazała także naruszenia przepisów Prawa zamówień publicznych przy zakupie sprzętu medycznego oraz uchybienia w gospodarowaniu majątkiem publicznym.

Dobra wiadomość: dydaktyka i badania funkcjonują prawidłowo

Pozytywnie oceniono natomiast działalność dydaktyczną oraz badawczą wszystkich kontrolowanych szpitali. Placówki zapewniały odpowiednie warunki do kształcenia studentów kierunków medycznych, prowadzenia specjalizacji oraz realizacji badań klinicznych.

Kontrolerzy odnotowali jedynie pojedyncze uchybienia formalne, które nie miały wpływu na realizację zadań naukowych.

Potrzebne zmiany systemowe

Raport NIK pokazuje, że szpitale kliniczne nadal realizują swoje podstawowe zadania, jednak robią to często kosztem przeciążonego personelu i przy rosnących problemach organizacyjnych. Najwyższa Izba Kontroli nie ogranicza się do wskazania błędów poszczególnych placówek. Jej główny wniosek ma charakter systemowy – bez zmian w organizacji pracy personelu, lepszego monitorowania czasu pracy oraz poprawy zarządzania zasobami trudno będzie zapewnić długofalowe bezpieczeństwo pacjentów i stabilność funkcjonowania największych szpitali akademickich w Polsce.

Źródło: NIK

Według najnowszego raportu Europejskiego Urzędu ds. Pracy (ELA) lekarze, pielęgniarki i opiekunowie należą do zawodów najbardziej dotkniętych brakami kadrowymi w Europie. Tymczasem w Polsce wstrzymano prace nad wykazem zawodów deficytowych, który miał m.in. wskazywać urzędom, którymi wnioskami w sprawie przyjmowania pracowników zza granicy powinni zająć się w pierwszej kolejności.
Zdaniem ekspertów brak tego rozwiązania w przyszłości jeszcze bardziej pogłębi już w tej chwili dramatyczny niedobór opiekunów osób starszych w kraju. Dodatkowo zwiększy szarą strefę oraz ograniczy możliwość kierowania do Polski specjalistów potrzebnych tam, gdzie najbardziej ich brakuje. 15 czerwca obchodzony jest Światowy Dzień Praw Osób Starszych – to dobry moment, by przypomnieć, że dostęp do opieki należy do podstawowych praw seniorów.Według raportu ELA Europa opieka zdrowotna i społeczna należy do sektorów najbardziej dotkniętych trwałym brakiem pracowników, mimo że w tym obszarze zatrudnionych jest w Unii około 25 mln osób.

„Prawo do godnego starzenia się oznacza m.in. dostęp do opieki i profesjonalnego wsparcia wtedy, gdy stajemy się zależni od pomocy innych. Nie może być ono realizowane bez ludzi, którzy tę opiekę będą świadczyć. Tymczasem niedobór opiekunów nad osobami starszymi w Polsce rośnie w zatrważającym tempie. Jeszcze kilka lat temu szacowaliśmy, że brakuje około 20 tysięcy opiekunów, dziś mówimy już o dziesiątkach tysięcy. Potwierdzają to również rządowe wyliczenia związane z bonem senioralnym, zgodnie z którymi do obsługi programu potrzebnych miało być około 90 tysięcy opiekunów – mówi Ada Zaorska, przewodnicząca Polskiego Stowarzyszenia Opieki Domowej (PSOD). – Sytuacja staje się dramatyczna. Osoby starsze pozostają bez opieki lub bliscy musza rezygnować z pracy, by zająć się seniorem. Polaków nie stać na profesjonalną opiekę, a usługi stają się coraz droższe, bo jest coraz mniej osób chętnych do pracy. Firmy opiekuńcze upadają, a wiele domów opieki nie jest pewnych swojej przyszłości ze względu na pogłębiające się braki kadrowe”.

Potrzeby opiekuńcze rosną szybciej niż możliwości systemu

Problem niedoboru kadr opiekuńczych dotyczy całej Europy. Z wcześniejszego raportu ELA (opublikowanego pod koniec kwietnia br.) poświęconego sektorowi opieki długoterminowej wynika, że w Unii Europejskiej liczba osób w wieku 80+ wzrośnie do 2040 roku o około 44 proc. Oznacza to dalszy wzrost zapotrzebowania na usługi opiekuńcze w całej Europie.

Jednocześnie zawód opiekuna osób starszych pozostaje jednym z najbardziej deficytowych zawodów na rynku pracy. Wg ELA w UE mamy ponad 3,2 mln pracowników opieki, ale jest to zdecydowanie za mało i luka ta będzie się stale powiększać. Potwierdzają to kolejne edycje „Barometru zawodów”, w których opiekunowie osób starszych i osób z niepełnosprawnościami niezmiennie znajdują się wśród profesji, w których brakuje pracowników.

Skalę rosnących wyzwań opiekuńczych potwierdza tegoroczny raport BGK dotyczący opieki długoterminowej w Polsce. Wynika z niego, że do 2040 roku potrzebnych będzie nawet 124 tys. nowych miejsc w placówkach opiekuńczych. Przy obecnej bazie wynoszącej około 152 tys. miejsc oznacza to konieczność niemal podwojenia istniejących zasobów.

„Placówki opiekuńcze mierzą się dziś z wieloma problemami – od niedoborów kadrowych i rosnących kosztów funkcjonowania, po konieczność dostosowywania infrastruktury i standardów usług do zmieniających się potrzeb seniorów. Jednocześnie zapotrzebowanie na opiekę długoterminową będzie w kolejnych latach dynamicznie rosło. Bez zwiększenia liczby pracowników sektora opiekuńczego oraz dalszych inwestycji w infrastrukturę nie zapewnimy wsparcia i bezpieczeństwa seniorom” – podkreśla dr n. med. i n. o zdr. Andrzej Lejczak, Prezes Zarządu Stowarzyszenia Krajowa Izba Domów Opieki (KIDO).

Bez pracowników zagranicznych system sobie nie poradzi

Coraz większą rolę w systemach opieki odgrywają pracownicy zza granicy. Około 14 proc. pracowników sektora opieki w Europie wykonuje pracę poza krajem swojego obywatelstwa, a szczególnie duże znaczenie mają oni w opiece domowej i całodobowej.

Polacy coraz rzadziej wybierają zawód opiekuna osób starszych, mimo że potrzeby są ogromne. A nawet jeśli go wybiorą, to chętniej wyjeżdżają np. do Niemiec, gdzie mogą liczyć na większe zarobki.  W efekcie lukę kadrową w dużej mierze wypełniają dziś opiekunowie z Ukrainy, Gruzji i innych krajów.

„Bez pracowników zagranicznych system opieki nad osobami starszymi w Polsce znajdzie się w bardzo trudnej sytuacji. Procedury w zakresie przyjazdu osób bez obywatelstwa UE do Polski stały się bardzo utrudnione, mówimy wręcz o zablokowaniu decyzji urzędów, nawet w stosunku do osób już przebywających w Polsce. To zagrożenie dla ciągłości opieki dla naszych seniorów” – alarmuje Ada Zaorska.

Co z wykazem zawodów deficytowych?

Szczególne obawy środowiska opiekuńczego budzi decyzja o wstrzymaniu prac nad wykazem zawodów deficytowych. Wśród profesji, które miały zostać objęte priorytetowym traktowaniem w procedurach administracyjnych, znajdują się m.in. opiekunowie osób starszych, pielęgniarki i lekarze – zawody od lat wskazywane jako deficytowe zarówno przez ekspertów rynku pracy, jak i kolejne edycje „Barometru zawodów”.

„Z zaskoczeniem przyjęliśmy decyzję o wstrzymaniu prac nad wykazem zawodów deficytowych. Wykaz miał nadać w urzędach priorytet wnioskom z profesji kluczowych z punktu widzenia bezpieczeństwa zdrowotnego i opiekuńczego społeczeństwa. Warto podkreślić, że zasady kontroli i procedury miały pozostać te same, wręcz mówi się o ich zaostrzeniu. Chodziło tylko o świadomy wybór kogo chcemy wpuszczać do kraju w pierwszej kolejności. Apelujemy, by temat ten wrócił do dalszych prac i dialogu z zainteresowanymi środowiskami” – komentuje Ada Zaorska.

„Placówki opieki długoterminowej od lat mierzą się z niedoborami personelu. Potrzebujemy rozwiązań, które usprawnią pozyskiwanie pracowników tam, gdzie ich rzeczywiście brakuje. W przypadku opieki stawką jest nie tylko sprawne funkcjonowanie placówek, ale przede wszystkim dobro i bezpieczeństwo ich podopiecznych” – mówi dr Lejczak.

Konsternację ekspertów wzbudziła informacja, że Ministerstwo Rodziny, Pracy i Pomocy Społecznej podjęło decyzję o wstrzymaniu prac nad wykazem zawodów deficytowych z powodu wzrostu bezrobocia.

„Jeśli ktoś liczy na to, że osoby, które obecnie tracą lub nie mogą znaleźć pracy będą zajmowały się osobami starszymi nie znają realiów opieki. To bardzo trudny zawód wymagający dojrzałości, odporności psychicznej i specjalistycznej wiedzy. A do tego jest słabo opłacany. Prawdopodobieństwo, że informatyk czy księgowy, który stracił pracę się jej podejmie, i pozostanie w zawodzie wystarczająco długo, by nabyć umiejętności i doświadczenie, jest bardzo niskie. Takiej osobie bardziej opłaca się pozostać na zasiłku i w tym czasie przekwalifikować się do innych zawodów. I tak powinno być w dobrze działającej gospodarce, gdyż są to osoby, które mogą przyczynić się do rozwoju kraju w nowych obszarach i wprowadzania innowacji. Opieka wymaga osób przekonanych, że jest to ich powołanie i chętnych do ciężkiej fizycznej pracy” – podsumowuje Ada Zaorska.

Dostęp do opieki jest jednym z podstawowych praw osób starszych. W obliczu starzenia się społeczeństwa zapewnienie odpowiedniej liczby opiekunów, pielęgniarek i lekarzy staje się warunkiem skutecznej ochrony praw seniorów. Bez odpowiednich kadr trudno mówić o bezpieczeństwie, samodzielności i godnym życiu osób starszych.

Żródło: inf pras

Skrócenie o połowę stażu podyplomowego lekarzy i lekarzy dentystów to jeden z zapisów przygotowanego przez resort zdrowia projektu nowelizacji ustawy o zawodzie lekarza. Przeciwko jest m.in. samorząd lekarski, Porozumienie Rezydentów, studenci medycyny i część uczelni kształcących przyszłych medyków.
Ministerstwo Zdrowia skierowało w poniedziałek do konsultacji publicznych projekt ustawy o zmianie ustawy o zawodach lekarza i lekarza dentysty oraz niektórych innych ustaw. Nowelizacja m.in. zaostrza zasady egzaminu końcowego, w którym wszystkie pytania mają być niejawne, zmienia zasady odbywania rezydentury oraz skraca staż podyplomowy: lekarski z 13 do sześciu miesięcy, a lekarsko-dentystyczny – z 12 do 6 miesięcy.

Podczas prezentacji projektu wiceminister Katarzyna Kęcka powiedziała dziennikarzom, że przygotowane zmiany mają dwa główne cele. – Zabezpieczyć pacjentów i poprawić dostępność do lekarzy, zwłaszcza w tych podstawowych specjalizacjach. Drugi cel, równie ważny, to wzmóc jakość kształcenia, zarówno przeddyplomowego, jak i podyplomowego – stwierdziła. Podkreśliła, że obecnie kładziony jest bardzo duży nacisk na kształcenie praktyczne studentów medycyny. – W naszych uczelniach mamy Centra Symulacji Medycznej, gdzie również pracujemy w ramach zespołów interdyscyplinarnych – powiedziała.

O zniesienie stażu w całości wnioskowała Konferencja Rektorów Akademickich Uczelni Medycznych (KRAUM). Obecny w resorcie zdrowia podczas prezentowania dziennikarzom najważniejszych założeń projektu Leszek Domański, rektor Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego w Szczecinie oraz wiceprzewodniczący KRAUM, również zwracał uwagę, że obowiązujące od roku akademickiego 2024/25 standardy nauczania są nastawione na nauczanie praktyczne. Ostatni rok studiów jest rokiem praktycznym, a student po ukończeniu studiów ma być gotowy do podjęcia pracy.

Z tym stanowiskiem nie zgadzają się zarówno organizacje lekarzy jak i studentów medycyny. Przewodniczący Porozumienia Rezydentów Sebastian Goncerz powiedział PAP, że w nowej ustawie popiera część dotyczącą likwidacji bazy pytań jawnych do lekarskiego egzaminu końcowego, które teraz stanowią 70 proc. pytań do tego egzaminu. Pozostałe zapisy ocenia zdecydowanie negatywnie, szczególnie skrócenie stażu podyplomowego. Uważa, że konsekwencją tego będzie gorsze przygotowanie przyszłych lekarzy w zakresie umiejętności praktycznych. Goncerz powiedział, że resort powołuje się na dwa główne argumenty – gotowość studentów do podjęcia pracy już po studiach oraz oszczędności wynikające ze skrócenia stażu. Oba uznał za nietrafne.

– Szósty rok studiów nazywa się rokiem praktycznym, ale w wielu uczelniach odbywa się to tylko formalnie. Bo jak ktoś uczy się badać pacjentów w sześcioosobowej grupie, to trudno to nazwać rokiem praktycznym. Nieliczne uczelnie prowadzą ostatni rok studiów w małych grupach klinicznych, np. po dwie osoby. Aktualnie większość studentów nie wykonuje procedur praktycznych; dla przykładu: 76 proc. nie pobierało krwi tętniczej, a ok 60 proc. nigdy nie wykonało cewnikowania. Większości tych procedur można się nauczyć na stażu i tę możliwość właśnie się im odbiera – powiedział Goncerz, powołując się na badania Porozumienia Rezydentów przeprowadzone wśród studentów ostatnich lat kierunku lekarskiego.

Oszczędności mające wynikać z racji skrócenia stażu resort obliczył na ponad 680 mln zł już w 2027 roku – taka kwota została podana w założeniach do projektu. Zdaniem Goncerza są to oszczędności iluzoryczne.

– Osoby, które wcześniej skończą staż – wcześniej zaczną rezydenturę, a następnie wcześniej zostają specjalistami. Rezydent kosztuje więcej niż stażysta, a specjalista więcej niż rezydent – powiedział rozmówca PAP.

Kolejny argument przewodniczącego dotyczył decyzji odnośnie wyboru specjalizacji. Większość lekarzy podejmuje tę decyzje właśnie na stażu, obserwując pracę na różnych oddziałach.

Sebastian Goncerz negatywnie ocenił też zmiany dotyczące rezydentur. Zgodnie z nowelizacją rezydent po wyborze miejsca kształcenia specjalizacyjnego nie będzie mógł go zmienić z zachowaniem miejsca rezydenckiego. Jego zdaniem spowoduje to wzrost liczby lekarzy bez specjalizacji.

– Nie bez przyczyny odeszliśmy od koncepcji chłopów pańszczyźnianych przywiązanych do ziemi. Próba uwiązania człowieka na pięć lat do jednego miejsca jest wysoce nieetyczna. Ci ludzie przecież mogą mieć plany rodzinne, zachorować przewlekle i chcieć żyć bliżej ośrodka prowadzącego ich leczenie, mogą trafić do miejsca, gdzie jakość kształcenia jest niska albo powszechny jest mobbing. I tych powodów, dla których konieczne jest przeniesienie, jest znacznie więcej – powiedział Goncerz.

Zmiany proponowane przez resort budzą także sprzeciw Naczelnej Izby Lekarskiej. Iwona Kania, kierownik działu komunikacji NIL w przesłanym PAP stanowisku napisała, że „deklarowanym celem Ministerstwa Zdrowia jest poprawa jakości kształcenia lekarzy, jednak z informacji przedstawianych publicznie wynika, że jednym z głównych argumentów za zmianami pozostają oszczędności i kwestie organizacyjne. To budzi nasze wątpliwości.”

Kania zaznaczyła, że samorząd lekarski nie kwestionuje potrzeby zmian w systemie kształcenia oraz od dawna zwraca uwagę, że egzamin końcowy powinien w możliwie najlepszy sposób weryfikować rzeczywistą wiedzę i kompetencje absolwentów. NIL zgadza się także, że obowiązek ustawicznego kształcenia nie może pozostawać wyłącznie zapisem ustawowym bez skutecznych narzędzi oceny jego realizacji.

„Jednak diagnoza problemów nie oznacza automatycznej zgody na każdą proponowaną reformę. Szczególny niepokój budzi przedstawianie stażu podyplomowego przede wszystkim jako kosztu dla budżetu państwa. Mówimy o etapie, na którym młody lekarz zdobywa praktyczne doświadczenie pod nadzorem i przygotowuje się do samodzielnego wykonywania zawodu. Jeżeli ten model ma zostać ograniczony lub zastąpiony innym rozwiązaniem, oczekujemy twardych dowodów, że nie odbędzie się to kosztem jakości przygotowania zawodowego i bezpieczeństwa pacjentów. Takich dowodów nie ma” – dodała.

Zwróciła też uwagę, że ochrona zdrowia potrzebuje dobrze przygotowanych lekarzy, a nie jedynie szybszych i tańszych ścieżek ich kształcenia. Zaznaczyła, że NIL oczekuje od resortu analiz pokazujących „w jaki sposób proponowane rozwiązania przełożą się na realny wzrost jakości kształcenia, a nie wyłącznie na poprawę wskaźników ekonomicznych”.

Sprzeciw wobec skrócenia stażu podyplomowego wyraziło też Międzynarodowe Stowarzyszenie Studentów Medycyny. W stanowisku opublikowanym na stronie organizacji studenci powoływali się na raport „Medical Education System Worldwide Survey” przeprowadzony przez International Federation of Medical Students’ Associations. W raporcie zebrano dane z 83 państw świata. Wnika z niego, że: – 87 proc. państw wskazuje staż lekarski jako nieodłączną część toku kształcenia – w przypadku części państw jest to realizowane w czasie ostatniego (siódmego) roku studiów, w pozostałych stanowi nieodłączny warunek niezbędny do uzyskania prawa do wykonywania zawodu, – w przypadku 45 proc. państw staż lekarski trwa 1 rok, u 31 proc. okres ten trwa dwa lata, a u 8 proc 3 lata.

„Pomimo różnorodności systemów edukacji medycznej na świecie oraz stopniowego wdrażania coraz większej dbałości o aspekt praktyczny – staż lekarski pozostaje nieodłączną częścią toku kształcenia, pozwalającego na samodzielną pracę. Staż lekarski to nie tylko możliwość lepszego przygotowania praktycznego do pracy w zawodzie – to etap kształcenia, który pozwala na naukę umiejętności, które nie są zawarte w programie nauczania w sposób wystarczający, aby móc sprawować samodzielną opiekę nad pacjentem od razu po zakończeniu 6-cio letniego toku studiów” – czytamy na stronie stowarzyszenia.

W sprawie skrócenia stażu podyplomowego różne zdania mają także same uczelnie kształcące lekarzy i lekarzy dentystów. Część z nich popiera stanowisko KRAUM postulującej zniesienie stażu. Z uzyskanych przez PAP informacji wynika, że to m.in. Collegium Medicum Uniwersytetu Rzeszowskiego, Uniwersytet Mikołaja Kopernika w Toruniu, Pomorski Uniwersytet Medyczny w Szczecinie, Uniwersytet Medyczny w Lublinie, Katolicki Uniwersytet Lubelski Jana Pawła II, Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz Uniwersytet Zielonogórski.

„Rektorzy zrzeszeni w KRAUM deklarują wolę dialogu z przedstawicielami Ministerstwa Zdrowia celem wyboru optymalnego rozwiązania. Jednocześnie wskazują na problemy, które będą konsekwencją decyzji o likwidacji stażu lub jego skróceniu. W szczególności należy tu wymienić zwiększone obciążenie finansowe uczelni prowadzących nauczanie na kierunku medycznym, co będzie wymagało dodatkowych nakładów ze strony Ministerstwa Zdrowia oraz kumulację dwóch roczników lekarzy starających się o rezydentury, wymagającą specjalnych działań organizacyjnych” – napisał w odpowiedzi przesłanej PAP na zapytanie o stanowisko uczelni prorektor Uniwersytetu Jagiellońskiego ds. Collegium Medicum prof. Maciej Małecki.

Natomiast Uniwersytet Medyczny w Białymstoku poinformował PAP, że nie zgłaszał postulatu zniesienia stażu podyplomowego lekarzy i lekarzy – dentystów, podobnie jak Wydział Medyczny Collegium Medicum Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. Jednocześnie rzecznik prasowy UKSW poinformował PAP, że „stanowisko Kolegium Dziekańskiego WMCM jest tożsame ze stanowiskiem Prezydium Naczelnej Rady Lekarskiej z dnia 6 lutego 2026 roku”. W przywołanym dokumencie NRL wyraża stanowczy sprzeciw wobec skrócenia stażu.

Opinii o celowości całkowitego zniesienia stażu podyplomowego nie podziela także Wydział Lekarski/Instytut Nauk Medycznych Uniwersytetu Opolskiego – poinformował PAP Jacek Jóźwiak, dziekan Wydziału Lekarskiego Uniwersytetu Opolskiego.

Zniesienia stażu podyplomowego nie postulowała też Akademia WSB w Dąbrowie Górniczej. Justyna Misiak, prodziekan Collegium Medicum – Wydziału Medycznego Akademii WSB napisała, że „wszelkie zmiany dotyczące modelu przygotowania do wykonywania zawodu lekarza powinny być poprzedzone szerokimi konsultacjami ze środowiskiem akademickim, samorządem zawodowym oraz przedstawicielami systemu ochrony zdrowia”.

Postulatu takiego nie miała również Akademia Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu – uczelnia jest też przeciwna skróceniu stażu podyplomowego do sześciu miesięcy. O zmiany w czasie trwania stażu nie wnosiły również Politechnika Wrocławska, Uniwersytet Jana Długosza w Częstochowie, Akademia Tarnowska, Akademia Medycznych i Społecznych Nauk Stosowanych w Elblągu – ustaliła PAP.

Źródło: Nauka w Polsce

Z okazji Dnia Dziecka warto spojrzeć nie tylko na marzenia najmłodszych, ale także na oczekiwania ich rodziców. Najnowsze wyniki „Rankingu Zawodów 2026” pokazują, że Polacy najchętniej widzieliby swoje dzieci w zawodzie lekarza. Choć nie jest on uznawany za najbardziej prestiżową profesję w kraju, łączy cechy szczególnie cenione przez rodziców: społeczne uznanie, stabilność zatrudnienia, poczucie bezpieczeństwa oraz możliwość pomagania innym. Badanie pokazuje również, jak zmieniają się wyobrażenia o zawodowej przyszłości młodego pokolenia i jakie wartości stoją dziś za rodzicielskimi wyborami.
Dzień Dziecka to zazwyczaj rodzinny czas pełen wspólnych zabaw, rozmów i aktywności. W przypadku starszych dzieci, być może przewinie się w ich trakcie temat zawodowej przyszłości. Dziecięce marzenia są różne i często zmienne, z kolei ambicje rodziców to rzecz bardziej stała, ale ulegająca jednak pewnym zmianom na przestrzeni czasu. Dlatego co roku w ramach badania przeprowadzonego do „Rankingu Zawodów” sprawdzamy również, na jakich stanowiskach Polacy najchętniej widzieliby swoje dzieci. Pytanie to zadajemy osobno w kontekście córek i synów, prosząc o wskazanie do trzech profesji.

Nie tylko prestiż

Upragniony zawód dla dziecka to niekoniecznie ten najbardziej prestiżowy — najczęściej wskazywany przez rodziców lekarz (23 i 24% wskazań odpowiednio dla synów i córek) znalazł się dopiero na 4. miejscu rankingu poważania. Najbardziej cenione profesje — takie jak ratownik medyczny, strażak czy pilot samolotu pasażerskiego — były znacznie rzadziej wybierane, możliwe, że ze względu na trudne i ryzykowne warunki pracy. Społeczne uznanie zdaje się być jednak decydujące w przypadku tej ostatniej, która jest jedną z najchętniej widzianych dla synów.

O tym, że bezpieczeństwo i stabilizacja są ważne dla rodziców, świadczy fakt, że większość wymarzonych zawodów dla dzieci kojarzonych jest ze spokojną pracą umysłową (informatyk/informatyczka, adwokat/adwokatka) i raczej stabilnym zatrudnieniem (farmaceutka, profesorka uniwersytetu). W czołówce znaleźli się też przedsiębiorcy/przedsiębiorczynie i dyrektorzy/dyrektorki w dużej firmie. Jedną z wymarzonych profesji dla córek jest też nadal księgowa.

Wyniki pokazują, że wyobrażenia rodziców o dobrej przyszłości zawodowej dziecka są dość pragmatyczne. Lekarz pozostaje symbolem zawodu pożądanego — niekoniecznie dlatego, że jest najwyżej oceniany w rankingu prestiżu, ale dlatego, że łączy społeczne uznanie, stabilność i poczucie sensu pracy. Widać jednak, że sam prestiż nie wystarcza. Profesje obciążone dużym ryzykiem, odpowiedzialnością lub trudnymi warunkami pracy nie przekładają się automatycznie na rodzicielskie marzenia o przyszłości dzieci. Drugi ważny wątek to utrzymywanie się preferencji dla zawodów kojarzonych z bezpieczeństwem, pracą umysłową i przewidywalną ścieżką kariery — takich jak informatyk, adwokat, farmaceuta czy profesor uniwersytetu. Jednocześnie wysoko pojawiają się przedsiębiorca i dyrektor, co pokazuje, że rodzice coraz częściej cenią nie tylko stabilizację, ale też samodzielność, sprawczość i potencjał ekonomicznego sukcesu. —  komentuje Piotr Zimolzak, wiceprezes SW Research.

Najmniej poważane najmniej popularne

Chociaż prestiż zawodu nie jest jedynym (ani nawet głównym) czynnikiem, który decyduje o tym, czy rodzice chętnie widzieliby w nim swoje dzieci, to większość najmniej pożądanych profesji nie jest zbyt popularnym wyborem w tym kontekście. Najmniej pożądanymi, zdaniem Polaków, zawodami dla dzieci są telemarketer/specjalista ds. sprzedaży zdalnej dla syna i kierowca komunikacji miejskiej dla córki. Dominują tutaj stanowiska typowo fizyczne: robotnik budowlany niewykwalifikowany, pracownik sprzątający czy taksówkarz/taksówkarka. Są to zawody, które (poza telemarketerem) plasują się gdzieś pośrodku tegorocznego rankingu zawodów.

Wspomniany telemarketer jest tu jednym z wyjątków — ta profesja nie tylko nie jest chętnie widziana przez rodziców, ale też „cieszy się” jednym z najniższych wskaźników społecznego poważania. Podobnie jak youtuber i influencer, które również były rzadko wskazywane przez rodziców jako wymarzone profesje dla swoich dzieci. W kategorii zawodów jednocześnie nisko poważanych społecznie i niezbyt popularnych wśród rodziców mieszczą się też stanowiska polityczne, takie jak poseł/posłanka czy radny/a gminny/a. Z kolei górnik/górniczka to profesja, która również nie jest zbyt chętnie widziana dla pociech, pomimo uzyskania wysokiej pozycji w rankingu społecznego uznania.

Ciekawie wygląda także lista zawodów najmniej pożądanych. W dużej mierze tworzą ją profesje kojarzone z pracą fizyczną, niższą stabilnością, mniejszą autonomią albo ograniczonym prestiżem społecznym. To pokazuje, że rodzice nie tylko wybierają dla dzieci zawody dające szansę na awans i bezpieczeństwo, ale też wyraźnie odrzucają te ścieżki, które postrzegają jako mniej rozwojowe, bardziej obciążające lub słabiej wynagradzane. — dodaje Piotr Zimolzak.

O jakich zawodach dla dzieci marzą matki, a o jakich ojcowie?

Wybory kobiet i mężczyzn co do wymarzonego zawodu dla dzieci są podobne, czasem jednak różnią się odsetkiem wskazań. I tak w przypadku synów matki częściej wskazywały profesję lekarza (26 vs 21%). Analogiczne różnice dotyczą informatyka/programisty czy przedsiębiorcy/właściciela dużej firmy (13 i 8%). Z kolei nieco więcej ojców widziałoby swoich synów jako pilotów samolotu pasażerskiego (13 vs 9%), ale też strażnika granicznego (6 vs 3%) — czyli profesję znajdującą się znacznie niżej na ogólnej liście najchętniej widzianych.

Jeżeli zaś chodzi o córki, różnice między wyborami rodziców są zauważalnie mniej wyraźne. Największa występuje w przypadku psychoterapeutki (4 pp.) — jako wymarzony dla pociechy płci żeńskiej ten zawód wskazuje 10% kobiet i 6% mężczyzn. Nieco niższa jest ona w przypadku przedsiębiorczyni/właścicielki dużej firmy. Matki nieco chętniej widzą też córki w profesjach takich jak ratowniczka medyczna, informatyczka/programistka, specjalistka ds. HR/kadrowych czy stewardessa. Wśród zawodów preferowanych przez mężczyzn dla pociech płci żeńskiej znalazły się niemal wszystkie stanowiska polityczne (ministra, radna gminna, posłanka na Sejm RP).

Badanie przeprowadzono w dniach 21-23.04.26 techniką CAWI przez instytut badawczy SW Research na reprezentatywnej próbie 1006 Polaków w wieku 16-80 lat.

Źródło: inf pras

Choć zawód lekarza nadal znajduje się w czołówce najbardziej prestiżowych profesji w Polsce, sami medycy coraz częściej mają poczucie spadku społecznego uznania. Z „Ogólnopolskiego badania dobrostanu lekarek i lekarzy” wynika, że aż 42 proc. lekarzy uważa, iż prestiż ich zawodu zmalał w ostatnich latach. Eksperci wskazują, że wpływają na to m.in. podważanie kompetencji medycznych, roszczeniowe postawy pacjentów, agresja oraz rosnąca presja związana z pracą w ochronie zdrowia.
W rankingach prestiżu zawodów profesja lekarza nadal znajduje się w czołówce. W badaniu przeprowadzonym przez SW Research z 2025 roku lekarze uplasowali się na 5. miejscu w zestawieniu najbardziej cenionych zawodów wśród Polaków. Medyków wyprzedzili jedynie strażacy, ratownicy medyczni, piloci samolotów pasażerskich oraz pielęgniarki.

Dane te wyraźnie wskazują, że najbardziej cenimy profesje, które wiążą się z odpowiedzialnością, misją i wymagają wysokich kompetencji. Jednocześnie wyniki badania zainicjowanego przez PolpharmaDlaCiebie.pl, przeprowadzonego wśród lekarzy pokazują inną perspektywę – opartą na codziennych doświadczeniach zawodowych. Okazuje się, że aż 4 na 10 medyków czuje, że prestiż ich zawodu spadł w ostatnim czasie. Jak wskazują eksperci, wynika to nie z ogólnej zmiany stosunku społeczeństwa do zawodu lekarza, ale powtarzających się indywidualnych sytuacji, z którymi medycy spotykają się w pracy. Wśród nich pojawiają się m.in. podważanie kompetencji lekarskich, porównywanie diagnoz z informacjami znalezionymi w internecie, roszczeniowe postawy pacjentów, a nawet naruszenia nietykalności w pracy.

Autorytet zawodu w ocenie różnych grup lekarzy

Wyniki badania pokazują, że odczucia dotyczące prestiżu różnią się w zależności od wieku, płci i miejsca pracy. Najstarsi przebadani lekarze, powyżej 60. roku życia, najmocniej odczuwają obniżkę społecznego uznania – 56% z nich uważa, że zmieniło się ono na gorsze (tymczasem w grupie medyków do 39. roku życia sądzi tak 40% badanych). Starsi, bardziej doświadczeni lekarze dysponują szeroką skalą porównawczą wynikającą z długoletniej pracy, pamiętają także realia pracy sprzed ery mediów społecznościowych.

Wśród osób oceniających zmianę prestiżu negatywnie częściej znajdują się lekarki niż lekarze (47% wobec 35%). Różnice te mogą mieć związek z częściej zgłaszanym przez kobiety poczuciem zagrożenia w pracy ze strony pacjentów. Dodatkowo, spadek prestiżu zawodu najbardziej widoczny jest w ocenie medyków pracujących w podstawowej opiece zdrowotnej (POZ), a ponadto aż

53% z nich obawia się agresywnych reakcji swoich pacjentów.

Informacja o tym, że aż 42% lekarzy uważa, że prestiż ich zawodu spadł, jest dla mnie szczególnie trudna. To nie jest tylko wrażenie – tę zmianę widać zarówno w badaniu, ale też w rozmowach czy w przekazie medialnym. Przez lata zaufanie i wiedza budowały autorytet lekarza, a dziś ten fundament jest coraz częściej podważany. Jako medycy doświadczamy też agresji, zarówno werbalnej jak i fizycznej oraz rosnącej presji oczekiwań związanych z natychmiastową dostępnością. Wyzwaniem staje się dziś odbudowanie zaufania i autorytetu zawodu w rzeczywistości, w której medycyna oparta na faktach bywa kwestionowana, a relacja lekarz–pacjent coraz częściej obciążona jest napięciem – mówi prof. dr hab. Artur Mamcarz, Kierownik III Kliniki Chorób Wewnętrznych i Kardiologii Wydziału Lekarskiego Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

Społeczne uznanie vs. sens i motywacja do pracy

Mimo poczucia spadku autorytetu, większość lekarzy pozostaje silnie związana ze swoim zawodem i nie traci motywacji do pracy. Dane pokazują, że tylko 13% badanych rozważa wyjazd z Polski, a zaledwie 1% aktywnie realizuje ten plan. Co więcej, aż 88% lekarzy zadeklarowało, że ponownie wybrałoby ten zawód, gdyby miało taką możliwość. To silny sygnał, że poczucie misji i sensu pracy wciąż przeważa nad frustracjami wynikającymi z pogarszającego się wizerunku społecznego.

Dla mojego pokolenia lekarzy satysfakcja z życia i pracy coraz rzadziej wynika z zewnętrznego prestiżu czy społecznych deklaracji. Czerpiemy ją przede wszystkim z poczucia sensu, rozwoju i realnego wpływu na zdrowie pacjentów – nawet jeśli na co dzień mierzymy się z krytyką, presją czasu czy podważaniem kompetencji. Mimo trudnych doświadczeń, wielu z nas nadal świadomie wybiera medycynę jako drogę zawodową, bo to zawód, który daje głębokie poczucie misji – dodaje dr hab. n. med. Daniel Śliż, III Klinika Chorób Wewnętrznych i Kardiologii, Warszawski Uniwersytet Medyczny, Adiunkt.

Pełną wersję raportu „Ogólnopolskie badanie dobrostanu lekarek i lekarzy”, który powstał w ramach kampanii „Specjalizacja: dobrostan lekarzy” można znaleźć na stronie: https://polpharma.pl/materialy-do-pobrania/#!dobrostan-lekarzy

Źródło: Raport „Jak się dziś czujesz? Ogólnopolskie badanie dobrostanu lekarek i lekarzy” na zlecenie serwisu dla lekarzy PolpharmaDlaCiebie.pl