Medicalpress
Ponad 110 mln Europejczyków, czyli 20 proc. społeczeństwa, jest narażonych na długotrwały hałas transportowy pochodzący z dróg, kolei, a także ruchu lotniczego – wynika z raportu Europejskiej Agencji Środowiska (EEA). Z kolei dane Głównego Urzędu Statystycznego (GUS) wskazują, że w Polsce ponad 280 tys. osób w miastach powyżej 100 tys. mieszkańców było narażonych na hałas, którego dopuszczalne poziomy zostały przekroczone. Eksperci alarmują, że problem narasta i może powodować poważne konsekwencje zdrowotne.
– Hałas w środowisku narasta, ponieważ bardzo szybko przybywa urządzeń, które go wytwarzają. Żyjemy w najgłośniejszych czasach w historii, ponieważ nigdy dotychczas ludzie nie mieli aż tak wielu urządzeń, maszyn i innych rzeczy służących rozrywce, które hałas generują. Niestety to ma bardzo konkretne przełożenie na to, jak ludzie się czują, jaką mają wydajność i możliwości w życiu. Jesteśmy bardziej zestresowani, ciągle niewyspani i nie mamy siły – mówi agencji Newseria Agnieszka Kantaruk, redaktor portalu edukacyjnego „Coraz głośniej”.

Problem narażania ludności na zbyt duży hałas został dostrzeżony już w 1995 roku, kiedy po raz pierwszy obchodzono Międzynarodowy Dzień Świadomości Zagrożenia Hałasem z inicjatywy amerykańskiej organizacji The Center for Hearing and Communication. W 2002 roku Unia Europejska wprowadziła uregulowania prawne do oceny i zarządzania poziomem hałasu w środowisku. Wykorzystuje się w nich wskaźnik hałasu w ciągu doby (LDWN), który mierzy drażniący hałas, jak również wskaźnik hałasu w porze nocnej (LN), który jest pomocny przy określaniu zakłóceń snu.  

Według szacunków EEA liczba osób w Unii Europejskiej odczuwających znaczną uciążliwość hałasu transportowego spadła zaledwie o 3 proc. między 2017 a 2022 rokiem. To tempo jest niewystarczające do osiągnięcia unijnego celu, jakim jest redukcja tej liczby o 30 proc. do 2030 roku.

Zgodnie z ustawą Prawo ochrony środowiska prezydenci miast powyżej 100 tys. mieszkańców są zobowiązani co pięć lat do przekazania Głównemu Inspektorowi Ochrony Środowiska strategicznych map hałasu. Są one opracowywane przez akustyków na podstawie jego długookresowych pomiarów. Przygotowany na podstawie map z 2021 roku raport GUS wskazuje, że w Polsce w 36 miastach powyżej 100 tys. mieszkańców na hałas dobowy mierzony wskaźnikiem LDWN narażonych było: w przypadku hałasu drogowego – 270 tys. osób, hałasu przemysłowego – 9,9 tys. osób, hałasu szynowego – 2,2 tys., a hałasu lotniczego – 2,5 tys. osób. Najwyższy udział takich osób w ogólnej liczbie ludności odnotowano w Gliwicach, Chorzowie i Szczecinie, natomiast najmniejszy stwierdzono w Toruniu, Dąbrowie Górniczej i Olsztynie.

 W tej chwili mamy 27 mln pojazdów w kraju, a jakiś czas temu były 3 mln, więc przyrost jest ogromny. Oczywiście to się nie zdarzyło z roku na rok, tylko na przestrzeni dekad, ale ci, którzy byli dziećmi 20 lat temu, żyli w zupełnie innym środowisku akustycznym niż dzieci, które żyją teraz. To się będzie przekładało na to, jak te dzieci się będą rozwijały. To zanieczyszczenie bardzo wiele nam odbiera – uważa Agnieszka Kantaruk.

 Najbardziej narażone na działanie hałasu są dzieci ze względu na etap ich rozwoju. Trudniej jest im się dostosować do sytuacji ciągłego hałasu, poza tym są one wystawione na hałas właściwie przez cały dzień, począwszy od szkoły czy przedszkola, gdzie na przerwach może on sięgać 100 decybeli. Już po wyjściu ze szkoły dziecko jest zmęczone, po południu i wieczorem zmęczenie będzie tylko narastać. W dodatku w pewnych sytuacjach również w nocy mogą mieć problem, ponieważ niektóre dźwięki nocne potrafią wybić ze snu i potem organizm ma problem, żeby znowu zasnąć. A wiadomo, że sen zdrowy i dający odpoczynek to jest sen ciągły, bez krótkich przebudzeń – wyjaśnia Grzegorz Bogusz, lekarz medycyny.

Z raportu EEA wynika, że zanieczyszczenie hałasem może powodować poważne problemy zdrowotne. Zwykle skutkuje ono rozdrażnieniem, zmęczeniem, narastającym stresem i zaburzeniami snu, ale długofalowe efekty są znacznie szersze. Może to bowiem prowadzić m.in. do chorób układu krążenia, chorób metabolicznych i zaburzeń psychicznych. Agencja szacuje, że na skutek długotrwałego narażenia na hałas transportowy liczba przedwczesnych zgonów sięga 66 tys.

– Wszyscy skupiają się właściwie na jednym aspekcie, czyli na ryzyku utraty słuchu. Natomiast hałas wpływa również na inne narządy. Mechanizm tego jest dość prosty i znany od dawna. W trakcie ewolucji naszego organizmu wykształciły się mechanizmy obronne, które były skierowane w tym kierunku, żeby reagować szybko i sprawnie na zagrożenie zewnętrzne, sygnalizowane przez gwałtowne hałasy, dźwięki, ryk dużego zwierzęcia, wybuchy wulkanów, okrzyki bojowe innego plemienia. Reakcją na takie zjawisko jest: walcz lub uciekaj. Sama fizjologia takiej reakcji polega na tym, że w naszym organizmie wydzielają się wtedy hydrokortyzon, adrenalina, następuje wzrost ciśnienia krwi, przyspieszenie akcji serca, wzmożenie napięcia mięśniowego. Wszystko to służy temu, żeby zacząć działać – wyjaśnia Grzegorz Bogusz. – Przy ciągłym natężeniu hałasu przestaje to być reakcją obronną, natomiast staje się reakcją chorobotwórczą. Jesteśmy cały czas zmęczeni, ponieważ organizm musi zużyć sporo zasobów, żeby utrzymać wszystkie układy w stanie napięcia, co oznacza, że po pewnym czasie zacznie ich brakować gdzie indziej i wtedy zaczynają się problemy.

Jak podkreślają eksperci, problem polega na tym, że choć istnieją w przepisach prawnych dopuszczalne poziomy hałasu w środowisku, to jednak często nie są one przestrzegane. Co więcej, nie wszystkie źródła są uwzględnione w normach. Z drugiej strony coraz więcej jest inicjatyw, które mają na celu ograniczenie zanieczyszczenia hałasem. Przykładem może być gmina Kościelisko, w której wdrożono uchwałę porządkującą kwestię hałasu i zniszczeń powodowanych przez quady, crossy i inne pojazdy terenowe. Pojawił się także pomysł, by osoby, które będą chciały prowadzić hałaśliwą działalność na terenach mieszkaniowych, musiały wystąpić o odpowiednią zgodę do władz. O ograniczenie hałasu w godzinach nocnych walczy też Kraków. Działania podejmują także mieszkańcy narażeni na hałasy.

 Z hałasem można walczyć i można to robić na różne sposoby. Podstawową rzeczą jest to, że warto walczyć razem. Tam, gdzie ludzie się zrzeszają, gdzie jest grupa, te sprawy są rozwiązywane znacznie szybciej i prościej niż wtedy, kiedy walczy pojedyncza osoba. Dlatego jeżeli tylko jest taka możliwość, to możemy opisać nasz problem na Mapie problemów z hałasem. To jest aplikacja, która służy właśnie do tego, żeby oznaczać problemy i znajdować innych, którzy też się z nimi borykają w tym samym miejscu – mówi redaktorka „Coraz głośniej”.

Jak podkreśla, pierwszym krokiem powinno być zgłoszenie problemu do sprawcy naruszeń albo do administracji budynku, spółdzielni czy wspólnoty mieszkaniowej. Można się również zwrócić do władz dzielnicy lub gminy.

 Jeżeli to nie zadziała albo sprawa jest bardziej skomplikowana, bo bywa, że jest to poza kompetencjami wójta, burmistrza czy prezydenta miasta, są inne kompetentne organy, które mogą rozwiązać dany problem. Musimy przede wszystkim stwierdzić, gdzie się należy udać z danym problemem z hałasem, a następnie to zrobić. Jeżeli ta ścieżka okaże się nieskuteczna i organy, które są powołane do tego, aby chronić ludzi przed hałasem, nie zadziałają poprawnie, zawsze zostaje jeszcze ścieżka sprawy karnej, która jest prostszą wersją sprawy sądowej i ona jest bezpłatna. Jeżeli znowu ta forma nie zadziała, to na koniec pozostaje sprawa cywilna. W sądzie można dochodzić swojego prawa do spokoju i ciszy we własnych czterech ścianach – podkreśla Agnieszka Kantaruk.

Źródło: Newseria

Pierwsze takie operacje w regionach zawsze mają w sobie coś więcej niż tylko wymiar medyczny. To moment, w którym system ochrony zdrowia przestaje być abstrakcyjną strukturą, a zaczyna zmieniać dostępność terapii dla konkretnych pacjentów. Tak stało się w Uniwersytecki Szpital Kliniczny w Rzeszowie, gdzie przeprowadzono pierwszy w województwie podkarpackim zabieg wszczepienia implantu ślimakowego.
Pacjentem był młody mężczyzna, który całkowicie stracił słuch w wyniku powikłań zapalenia ucha środkowego. W jego przypadku decyzja o leczeniu musiała zapaść szybko. Jak podkreśla kierownik kliniki, „przy tym schorzeniu bardzo szybko dochodzi do zarośnięcia ślimaka, który jest kluczowym elementem, tam gdzie wprowadzamy elektrodę”. To zdanie dobrze pokazuje, że w tego typu sytuacjach czas nie jest tylko parametrem organizacyjnym, ale czynnikiem decydującym o tym, czy pacjent w ogóle będzie miał szansę na odzyskanie słuchu.

Implant ślimakowy pozostaje jedną z najbardziej spektakularnych technologii współczesnej medycyny. Nie przywraca słuchu w sposób naturalny, ale omija uszkodzone struktury i przekazuje sygnał bezpośrednio do układu nerwowego. Dla pacjenta oznacza to jednak nie tyle powrót do znanej rzeczywistości, ile wejście w zupełnie nowy sposób odbierania dźwięków. Jak mówi sam operowany, „nie są to dźwięki, które słyszymy normalnie, bardziej robotyczne, mechaniczne, ale z czasem będą nabierać lepszych dźwięków”.

To doświadczenie dobrze oddaje istotę tej terapii. Implant nie jest jednorazowym rozwiązaniem, lecz początkiem procesu. Operacja jest tylko pierwszym etapem, po którym następuje długa rehabilitacja i adaptacja. Pacjent musi nauczyć się interpretować sygnały, które jego mózg wcześniej przestał odbierać. W praktyce oznacza to miesiące pracy, wsparcia specjalistów i stopniowego oswajania się z nową rzeczywistością sensoryczną.

Z perspektywy systemowej ważne jest jednak coś jeszcze. Do tej pory dostęp do tego typu procedur był w Polsce skoncentrowany w największych ośrodkach. Wykonanie pierwszego zabiegu w regionie takim jak Podkarpacie oznacza realne skrócenie drogi pacjenta do leczenia. To różnica nie tylko logistyczna, ale często także psychologiczna i społeczna.

Nie bez znaczenia pozostaje fakt, że procedura jest refundowana przez Narodowy Fundusz Zdrowia. To pokazuje, że najbardziej zaawansowane technologie medyczne mogą być dostępne w ramach publicznego systemu, choć jednocześnie rodzi pytania o skalę ich wykorzystania i tempo rozwoju ośrodków regionalnych.

Szpital w Rzeszowie już zapowiada kolejne operacje i rozwój programu, który ma obejmować nie tylko same zabiegi, ale także rehabilitację i wsparcie psychologiczne. To kierunek zgodny z tym, jak dziś rozumie się skuteczne leczenie. Nie jako pojedynczą procedurę, lecz jako proces obejmujący cały cykl opieki nad pacjentem.

Historia tego jednego przypadku pokazuje coś więcej niż sukces medyczny. Pokazuje moment, w którym nowoczesna technologia zaczyna być dostępna bliżej pacjenta, a system ochrony zdrowia robi krok w stronę większej równości dostępu do leczenia. Pytanie, które pozostaje otwarte, dotyczy tego, czy takie inicjatywy będą miały charakter punktowy, czy staną się trwałym elementem zmiany w organizacji opieki specjalistycznej w Polsce.

Źródło: Uniwersytecki Szpital Kliniczny w Rzeszowie

Obturacyjny bezdech senny to choroba, która przez lata może pozostać niezauważona. Jest bowiem wiązany z chrapaniem, a przez to lekceważony. Niedotlenienie organizmu i częste wybudzenia w nocy znacznie pogarszają codzienne funkcjonowanie i grożą poważnymi powikłaniami. Bezdech senny nawet kilkukrotnie zwiększa ryzyko chorób sercowo-naczyniowych, a także powoduje senność w ciągu dnia – niebezpieczną zwłaszcza dla kierowców.
Obturacyjny bezdech senny polega na powtarzających się podczas snu epizodach zatrzymania lub spłycenia oddechu. Najczęściej dochodzi do nich w pozycji na plecach, co wynika z obniżonego napięcia tkanek miękkich głowy i szyi.

– Bezdech senny objawia się głównie chrapaniem – z tym pacjenci trafiają do lekarzy. W istocie jednak problem polega na tym, że chory przestaje w nocy oddychać, nie nabiera powietrza, czyli de facto się nie dotlenia – tłumaczy w wywiadzie dla agencji Newseria dr hab. n. med. Mirosław Szczepański, otolaryngolog, chirurg głowy i szyi, właściciel Centrum Medycznego AlmiMed. Jak dodaje, można rozróżnić dwa podstawowe rodzaje bezdechów. – Pierwszy, tzw. centralny, najczęściej dotyczy osób starszych. Drugi to bezdech obwodowy, wynikający głównie z obturacji dróg oddechowych. Stają się one za wąskie, żeby powietrze mogło przez nie bez problemu przepływać i żeby pacjent się natleniał.

Wśród czynników ryzyka przyczyniających się do rozwoju bezdechu sennego często wymienia się choroby przewlekłe, takie jak cukrzyca i nadciśnienie tętnicze, problemy laryngologiczne, palenie tytoniu czy picie alkoholu przed snem. Częściej dotyczy osób starszych i mężczyzn. Bezdech najczęściej wiązany jest z otyłością i nagromadzeniem tkanki tłuszczowej w okolicy szyi. Zdaniem dr. hab. Mirosława Szczepańskiego nie zawsze ma to odzwierciedlenie w praktyce klinicznej.

 To mit, ponieważ wielokrotnie trafiają do mojego gabinetu osoby obu płci, niekoniecznie z nadmierną masą ciała. To nie jest wcale choroba starszych panów. Często dotyka osób, które są bardzo aktywne zawodowo. Ignorują objawy bezdechów, ponieważ zrzucają to na karb pośpiechu czy stresu – wyjaśnia otolaryngolog.

Problem dotyczy głównie osób dorosłych. U dzieci zdarza się sporadycznie i najczęściej wiąże się z przerostem migdałków. Według statystyk, jakie przytacza dr hab. Mirosław Szczepański, na bezdech senny w Polsce może cierpieć 1,5–2 mln osób. Szacuje się, że tylko 20 proc. jest zdiagnozowanych. Badanie poligraficzne wykrywające zaburzenia oddychania w trakcie snu można wykonać w szpitalu, klinice, ale także w domu, za pomocą przenośnego urządzenia. W rozpoznaniu i ocenie stopnia ciężkości choroby bierze się pod uwagę tzw. współczynnik bezdechu: AHI (apnea-hypopnea index). Jeśli wynosi powyżej pięciu zdarzeń oddechowych na godzinę, oznacza stan patologiczny.

Jak podkreśla otolaryngolog, obturacyjny bezdech senny wpływa na funkcjonowanie pacjenta nie tylko w nocy, ale także w ciągu dnia i jest źródłem poważnych problemów zdrowotnych. Choroba jest szczególnie niebezpieczna w przypadku kierowców. Niedotlenienie tkanek organizmu podczas snu i nieuświadomione przebudzenia powodują senność i zmęczenie w ciągu dnia. Grozi to zaśnięciem podczas prowadzenia pojazdu. Badania wskazują, że obturacyjny bezdech senny zwiększa ryzyko wypadków drogowych nawet ponad sześciokrotnie. National Commission on Sleep Disorders Research w USA stwierdza, że senność może być przyczyną 42–54 proc. wszystkich wypadków, w tym 36 proc. ze skutkiem śmiertelnym.

 Pacjenci rano budzą się zmęczeni, w ciągu dnia źle funkcjonują, boli ich głowa, są senni. Często u pacjentów obniża się libido. Tę chorobę nazywamy skrytym zabójcą. Nieleczony bezdech senny to nie tylko objawy laryngologiczne, ale też bardzo poważne problemy internistyczne – zauważa dr hab. Mirosław Szczepański. – Pacjent przecież jest stale niedotleniony w ciągu nocy. Po pewnym czasie mogą się rozwinąć problemy kardiologiczne. Około dwóch–trzech razy częstsze jest prawdopodobieństwo zachorowania na nadciśnienie tętnicze, niewydolność krążenia, cukrzycę czy udar niedokrwienny.

Potwierdzają to badania naukowców z Yale School of Medicine, które ukazały się pod koniec 2025 roku na łamach „Journal of the American Heart Association”. Wykazali oni, że obturacyjny bezdech senny współwystępujący z bezsennością może o 143 proc. zwiększać ryzyko nadciśnienia tętniczego i o 281 proc. chorób serca.

Jak mówi dr hab. Mirosław Szczepański, bezdech senny można z powodzeniem leczyć.

 Jedną z metod jest terapia CPAP. To maszyna, która pomaga pacjentowi w nocy nabrać powietrze. Leczeniem jest również unormowanie wagi ciała, czym zajmują się lekarze interniści. My jako laryngolodzy możemy takiego pacjenta również leczyć w sytuacji, kiedy bezdechy wynikają z obturacji dróg oddechowych: możemy je poszerzyć zarówno w zakresie nosa, jak i gardła, podniebienia miękkiego czy języka – wyjaśnia ekspert.

Źródło: Newseria

Zanieczyszczenia powietrza, w tym pyły zawieszone PM2,5 i PM10, mają istotny wpływ nie tylko na płuca i oskrzela, lecz także na błonę śluzową nosa i zatok, prowadząc do przewlekłych stanów zapalnych – ostrzegają laryngolodzy. Smog zwiększa także ryzyko astmy, chorób układu krążenia i nowotworów. W Polsce zła jakość powietrza może być przyczyną nawet blisko 50 tys. przedwczesnych zgonów rocznie.
 Zanieczyszczenia powietrza mają ogromny wpływ na zatoki i górne drogi oddechowe, podobnie jak na dolne drogi oddechowe, czyli oskrzela i płuca. Smog i pyły, takie jak PM2,5 i PM10, powodują ogromne spustoszenie w zatokach, uszkadzając nabłonek nosa i zatok oraz powodując przewlekły obrzęk. Tacy pacjenci niejednokrotnie trafiają do laryngologa z objawami zapalenia zatok albo alergii, a okazuje się, że przyczyna jest związana właśnie ze smogiem. Główne objawy związane z wpływem smogu na zatoki to przede wszystkim niedrożny nos i częste infekcje górnych dróg oddechowych – wyjaśnia w wywiadzie dla agencji Newseria dr hab. n. med. Mirosław Szczepański, otolaryngolog i chirurg głowy i szyi z Centrum Medycznego AlmiMed.

Jak podkreśla, to powoduje wzrost zapotrzebowania na operacje endoskopowe w obrębie zatok przynosowych.

 Pacjenci trafiają do laryngologa najpierw na leczenie zachowawcze, a później na leczenie operacyjne – podkreśla dr hab. Mirosław Szczepański. – Jest to poważny problem nie tylko medyczny, ale też socjoekonomiczny, ponieważ pacjenci trafiający do laryngologów to koszty związane z leczeniem, zarówno ambulatoryjnym, jak i operacyjnym, jeśli leczenie zachowawcze nie pomaga. Pacjenci częściej przebywają na zwolnieniach lekarskich związanych z rozwojem przewlekłych zapaleń zatok. Trzeci problem to oczywiście gorsza jakość życia, bo taka osoba zdecydowanie gorzej się czuje w ciągu dnia, jakby miała infekcję, a jednocześnie jej wydajność bardzo spada. Dotyczy to zarówno życia zawodowego, jak i poza pracą.

Jak szacuje zespół roboczy do spraw wpływu zanieczyszczenia powietrza na zdrowie przy ministrze zdrowia, co roku zanieczyszczenie powietrza przyczynia się do około 46 tys. przedwczesnych zgonów. To więcej niż łączna liczba zgonów z powodu wypadków, HIV i uzależnień razem wziętych. Smog i spaliny szkodzą przede wszystkim dzieciom do piątego roku życia, seniorom, kobietom w ciąży (pyły o najdrobniejszej średnicy mogą nawet przenikać przez łożysko do płodu) i osobom z chorobami przewlekłymi. Negatywny wpływ dotyczy tych obszarów, które dominują w statystykach leczenia finansowanego przez NFZ. Zanieczyszczenia powietrza nasilają astmę i przewlekłe choroby płuc, a te należą do częstych powodów konsultacji POZ i hospitalizacji. Ze smogiem powiązane jest ryzyko raka płuca, a także nadciśnienia, niewydolności serca, choroby niedokrwiennej i udarów. Smog zwiększa także ryzyko cukrzycy typu 2 i zaburzeń metabolicznych. 

Cytowane przez resort klimatu wyniki analiz IOŚ‑PIB z 2024 roku pokazują, że nawet krótkotrwałe epizody wysokiego stężenia mogą prowadzić do nagłych hospitalizacji – szczególnie dzieci, u których smog powoduje częstsze infekcje, astmę oraz zaburzenia funkcji poznawczych i rozwoju neurologicznego.

 Grupy bardziej narażone to przede wszystkim mieszkańcy dużych miast, gdzie zanieczyszczenie w centrum miasta jest zdecydowanie większe, bądź miejscowości, które są szczególnie narażone na emisje z pieców grzewczych – podkreśla otolaryngolog. – Pacjenci w dużych miastach dużo częściej trafiają do laryngologa z racji narażenia. Część z nich w ogóle nie stosuje ochrony dróg oddechowych odpowiednimi maseczkami. Część wychodzi na spacery czy uprawia sporty na zewnątrz w momencie, kiedy są alerty smogowe.

Lekarze podkreślają, że w przypadku gdy obowiązują alerty smogowe, powinno się unikać aktywności na powietrzu. Jeśli natomiast wyjście jest konieczne, warto zadbać o ochronę przed wdychaniem pyłów zawieszonych w powietrzu.

 Możemy chronić zatoki, stosując przede wszystkim ochronę dróg oddechowych, czyli maseczki FFP2 czy FFP3. Kolejna rzecz, bardzo dobra zresztą, to stosowanie filtrów powietrza w mieszkaniu – radzi dr hab. Mirosław Szczepański.

Z ubiegłorocznego raportu Centrum Medycznego Kształcenia Podyplomowego „Mapa postaw społecznych wobec zanieczyszczeń powietrza w Polsce” wynika, że 90 proc. Polaków uznaje zanieczyszczenie powietrza za przyczynę poważnych chorób, ale nie do końca wiedzą, co to oznacza. 43 proc. jest świadomych negatywnego wpływu na układ sercowo-naczyniowy. Jednocześnie niski jest poziom profilaktyki zagrożeń środowiskowych. Badanie CMKP wskazuje, że tylko 29 proc. dorosłych monitoruje jakość powietrza, a 19 proc. używa oczyszczaczy powietrza.

Źródło: Newseria

Przewlekłe zapalenie zatok przynosowych z polipami nosa (PZZPzPN), u którego podłoża leży zapalenie typu 2 dotyka aż 4% populacji, a ciężki przebieg choroby stwierdza się u ponad 17 000 chorych. Jak wynika z przygotowanego przez Fundację Wygrajmy Zdrowie i Polskie Towarzystwo Chorób Atopowych raportu „Przewlekłe zapalenie zatok przynosowych z polipami nosa (PZZPzPN) – jak pomóc pacjentom?” ta niesłusznie bagatelizowana przez społeczeństwo i nawracająca choroba znacznie obniża jakość życia pacjentów, negatywnie wpływa na ich zdrowie fizyczne i psychiczne, aktywność społeczną i zawodową oraz jest przyczyną licznych hospitalizacji i nadmiernych zwolnień chorobowych.
Według danych ZUS przewlekłe zapalenie zatok przynosowych tylko w 2022 roku było przyczyną 461 712 dni absencji chorobowych i aż 50 237 wystawionych zwolnień.

To znacznie więcej zwolnień niż generuje łuszczyca, padaczka czy niejeden typ nowotworu np. tarczycy, jajnika, gruczołu krokowego, a nawet płuca – podkreślają Hubert Godziątkowski prezes Polskiego Towarzystwa Chorób Atopowych i Szymon Chrostowski prezes Fundacji Wygrajmy Zdrowie inicjatorzy raportu. Jak zatem pomóc pacjentom w walce z nawracającym PZZPzPN?

Zdaniem ekspertów niezbędne jest zwiększenie świadomości społecznej na temat PZZPzPN, zarówno wśród pacjentów, jak i lekarzy rodzinnych, diagnoza choroby na jak najwcześniejszym etapie oraz zapewnienie chorym dostępu do skutecznego leczenia w postaci rekomendowanej przez polskie i międzynarodowe towarzystwa naukowe terapii biologicznej, stosowanej już z powodzeniem w takich jednostkach jak astma czy atopowe zapalenie skóry.

 
Przewlekłe zapalenie zatok przynosowych z polipami nosa (PZZPzPN) to przewlekła choroba o nawrotowym charakterze, której objawy bardzo często są niesłusznie bagatelizowane zarówno przez lekarzy podstawowej opieki zdrowotnej, jak i samych pacjentów, mimo że negatywnie wpływają zarówno na jakość życia pacjenta, jak i jego codzienne funkcjonowanie.
Najczęstszymi dolegliwościami, z jakimi na co dzień zmagają się pacjenci, są: zatkany nos, upośledzenie lub utrata węchu czy smaku, spływanie wydzieliny po tylnej ścianie gardła, przewlekły katar, a także niekończące się bóle oraz uczucie rozpierania głowy. Trudności w oddychaniu i nasilające się w godzinach nocnych objawy powodują problemy ze snem i bezdech senny.
 
– Niewystarczający lub nieodpowiedni sen może prowadzić do zmęczenia, drażliwości, trudności w koncentracji i pogorszenia ogólnego samopoczucia, a także obniżenia wydajności w pracy. U chorych z polipami nosa występuje większa skłonność do zakażeń górnych dróg oddechowych, co może wymagać częstych wizyt u lekarza i stosowania antybiotyków – zwraca uwagę prof. dr hab. n. med. Dariusz Jurkiewicz, kierownik Kliniki Otolaryngologii i Onkologii Laryngologicznej w Wojskowym Instytucie Medycznym Państwowym Instytucie Badawczym w Warszawie, przewodniczący Zarządu Głównego Polskiego Towarzystwa Otorynolaryngologów Chirurgów Głowy i Szyi.

Bagatelizowanie objawów i potrzeba edukacji
Ze względu na stopniowy rozwój i rozłożone w czasie nasilanie się objawów, często wielu pacjentów przyzwyczaja się do nich i pomimo obniżającej się stopniowo jakości życia, stara się żyć w miarę normalnie. Stosują tzw. samoleczenie objawowe w postaci leków obkurczających błonę śluzową nosa czy środków przeciwbólowych. Do lekarza, chorzy trafiają dopiero w momencie nasilenia objawów lub gdy już żadne ze stosowanych produktów dostępnych bez recepty nie przynoszą ulgi. A i tu nie zawsze od razu są szybko i prawidłowo diagnozowani oraz leczeni.  Zdaniem autorów raportu przyczyna tkwi w braku świadomości lekarzy POZ na temat PZZPzPN, skutków zdrowotnych i społecznych oraz bagatelizowania objawów.

Dopiero w przypadku braku efektów leczenia antybiotykoterapią, lekarz rodzinny kieruje pacjenta do specjalisty. W zależności od dominujących objawów klinicznych są to odpowiednio alergolog, pulmonolog lub laryngolog. Dopiero lekarz specjalista stawia prawidłowe rozpoznanie i podejmuje leczenie.
 
– Postępowanie terapeutyczne obejmuje płukanie jam nosa, leczenie objawowe oraz podawanie glikokortykosteroidów, najczęściej w postaci kropli do nosa, okresowo w postaci tabletek. Leki te hamują procesy zapalne. Pomimo tego u podgrupy pacjentów objawy ponownie nawracają, co wymaga leczenia operacyjnego. – wyjaśnia prof. dr hab. n. med. Maciej Kupczyk, specjalista chorób wewnętrznych, chorób płuc i alergologii z Kliniki Chorób Wewnętrznych, Astmy i Alergii Uniwersytetu Medycznego w Łodzi, Prezydent Polskiego Towarzystwa Alergologicznego.
 
Jak wynika z raportu, leczenie chirurgiczne, które wdrażane jest w przypadku nasilania się objawów choroby, pomimo stosowania farmakoterapii, jest skuteczne i bezpieczne, jednak często wiąże się również z ryzykiem nawrotu choroby odrośnięcia polipów i potrzebą wielokrotnych reoperacji średnio po 22 miesiącach od zabiegu. Operacje zatok nie pozostają także bez konsekwencji, mogą powodować poważne powikłania i zwiększać uciążliwość przewlekłego zapalenia zatok przynosowych i są niejednokrotnie przyczyną bolesnych i traumatycznych doświadczeń dla pacjentów.
 
Szacuje się, że u około 15-20 tysięcy pacjentów w Polsce widzimy obraz ciężkiego zapalenia, z nawracającymi polipami. Prowadzi to do wielokrotnie powtarzanych operacji, co stanowi olbrzymie obciążenie dla pacjentów, ich rodzin, ale też dla płatnika i systemu opieki zdrowia – zwraca uwagę prof. dr hab. n. med. Maciej Kupczyk, specjalista chorób wewnętrznych, chorób płuc i alergologii z Kliniki Chorób Wewnętrznych, Astmy i Alergii Uniwersytetu Medycznego w Łodzi, Prezydent Polskiego Towarzystwa Alergologicznego.
Dlaczego PZZPzPN ma tendencje do nawrotu?
U podłoża przewlekłego zapalenia zatok z polipami nosa leży tzw. zapalenie typu 2.

– Pod tym pojęciem kryją się procesy układu immunologicznego wywołane przez szereg potencjalnych czynników uszkadzających (np. wirusy, bakterie, alergeny czy zanieczyszczenie środowiska), prowadzące do napływu komórek zapalnych do dróg oddechowych, uszkodzenia otaczających tkanek, ich przebudowy i formowania polipów. Przy braku optymalnego leczenia zapalenie nasila się, a u pacjenta obserwujemy nawrót objawów choroby. Tylko działając na przyczynę tej choroby, jesteśmy w stanie skutecznie i trwale leczyć pacjentów – tłumaczy prof. dr hab. n. med. Maciej Kupczyk, specjalista chorób wewnętrznych, chorób płuc i alergologii z Kliniki Chorób Wewnętrznych, Astmy i Alergii Uniwersytetu Medycznego w Łodzi, Prezydent Polskiego Towarzystwa Alergologicznego.

–  Znaczne obniżenie jakości życia pacjentów ze względu na przewlekły i nawrotowy charakter schorzenia oraz towarzyszący mu ciągły ból i uczucie rozpierania głowy, konieczność wielokrotnych operacji, powoduje u pacjentów znaczne obciążenie emocjonalne, wyczerpanie, zmęczenie i brak energii do wykonywania codziennych czynności. W konsekwencji nierzadko ta choroba prowadzi do depresji i wykluczenia społecznego
– zwraca uwagę Szymon Chrostowski.
 
Szansa w postaci leczenia biologicznego
 
Jedyną szansą dla pacjentów z ciężkim przebiegiem choroby i nieskutecznością standardowego leczenia lub przeciwskazaniami do operacji byłaby terapia biologiczna, która z powodzeniem stosowana jest w innych chorobach wywołanych zapaleniem typu 2 takich jak AZS czy astma i jest rekomendowana zarówno przez klinicystów, jak i towarzystwa naukowe – podkreśla Hubert Godziątkowski. Refundacja leczenia biologicznego dla pacjentów z PZZPzPN pozwoliłaby nie tylko na lepszą kontrolę objawów i poprawę jakości życia pacjentów ich powrót do aktywności społecznej i zawodowej, ale również miałaby wpływ na spadek kosztów pośrednich i bezpośrednich związanych z chorobą – dodaje Hubert Godziątkowski.

– Przykładem takiego leku jest dupilumab, który blokując aktywność interleukin 4 i 13 hamuje procesy zapalenia typu 2. Lek ten wykazał doskonałą skuteczność w zmniejszeniu objawów choroby, poprawie jakości życia, spadku zapotrzebowanie na leki i ponowne zabiegi operacyjne. Mam nadzieję, że niedługo będziemy mogli również zastosować tą nowoczesną i bezpieczną terapię u naszych pacjentów z PZZPzPN – puentuje dr hab. n. med. Maciej Kupczyk, specjalista chorób wewnętrznych, chorób płuc i alergologii z Kliniki Chorób Wewnętrznych, Astmy i Alergii Uniwersytetu Medycznego w Łodzi, Prezydent Polskiego Towarzystwa Alergologicznego.

Na pozytywną decyzję Ministra Zdrowia odnośnie do refundacji tego leku czekają zarówno pacjenci, jak i lekarze. – Będzie ona kluczowa do uzyskania dostępności leczenia dupilumabem pacjentów z PZZPzPN w Polsce. – doprecyzowała prof. Dr hab. n. med. Kirina Jahnz-Różyk, Konsultant krajowa w dziedzinie alergologii, Kierownik Kliniki Chorób Wewnętrznych, Pneumonologii, Alergologii i Immunologii Klinicznej, Wojskowy Instytut Medyczny – Państwowy Instytut Badawczy w Warszawie.

Link do raportu:
Raport PZZPzPN_finał.pdf

źródło: Fundacja Wygrajmy Zdrowie, PTCA