Medicalpress
Prawie 98% Polaków w wieku 50+ słyszało o implantach zębów, 49,3% rozważało leczenie z ich zastosowaniem, a 70% wybrałoby protezę na implantach, gdyby inne czynniki (np. zdrowie czy finanse) nie były przeszkodą. Medicover Stomatologia publikuje wyniki pierwszej takiej sondy.
Choć na świecie implanty zębów nie są niczym nowym, to w Polsce popularność sukcesywnie zdobywają od początku XXI wieku za sprawą m.in. postępującej komercjalizacji w stomatologii. Implanty są obecnie oferowane w setkach placówek stomatologicznych w całym kraju, ale dane o tym, ile faktycznie osób je posiada, są trudne do oszacowania. Medicover Stomatologia postanowiło przeprowadzić sondę, pytając, jakie jest zdanie dojrzałych Polaków o implantach zębów i czy w ogóle jest im to pojęcie znane.
 
O implantach słyszał (niemal) każdy
 
98% ankietowanych przyznało, że słyszało o implantach zębów, a około 9 na 10 zdecydowało się nawet wskazać, jakie według nich są największe zalety i wady tego rozwiązania.
 
– Z jednej strony zaskakujące, a z drugiej motywujące jest to, że aż tyle osób już słyszało o implantach zębów. Duża w tym zasługa wykwalifikowanych lekarzy dentystów, którzy podnoszą kwalifikacje w tej dziedzinie i rozmawiają z pacjentami o możliwościach leczenia w przypadku braków zębowych – mówi lek. dent. Marta Siewert, chirurg szczękowo-twarzowy z Medicover Stomatologia.
 
Ankietowani jako zaletę najczęściej wskazywali odpowiedź: „brak konieczności wyjmowania protezy” (71,2%), a jako wadę (poza finansami): „zabieg chirurgiczny” (48,4%). Respondenci pozytywnie oceniali także estetykę protetyki na implantach (51,9%), ale też możliwość odzyskania pełnej siły żucia (37,8%) i naśladowanie anatomii (38,8%).
 
– Dla wielu osób na pewno źródłem dyskomfortu jest niedopasowana proteza, jej niestabilność, a nawet możliwość przypadkowego wypadnięcia, jeśli nie jest właściwie osadzona. W przypadku implantów możemy taką protezę zamocować na stałe, czyli pacjent sam nie będzie mógł jej wyjąć. Druga opcja, czyli ruchoma, pozwala wyjmować ją w celu na przykład codziennej higieny, ale jej mocowanie na implantach jest nieporównywalnie stabilniejsze. Naśladując anatomię, implanty dają możliwość odzyskania pełnej siły żucia. Szacunki naukowców mówią o zaledwie 20% pierwotnej siły przy protezie osiadającej – opisuje dentystka.
 
Wady implantów? Ankietowani wskazali na koszty (84,4%), konieczność przeprowadzenia zabiegu (48,4) i obawę o ból (25,1%).
 
– Odbudowa uśmiechu z wykorzystaniem implantów stomatologicznych wiąże się z przeprowadzeniem zabiegu chirurgicznego, do którego kwalifikujemy po dokładnej diagnostyce, przeglądzie stanu zdrowia jamy ustnej i wywiadzie z pacjentem. Sam zabieg też jest drobiazgowo planowany z wykorzystaniem technologii cyfrowych. To daje nam dużą pewność poprawnego przeprowadzenia leczenia i minimalizację ewentualnych komplikacji. Po stronie pacjenta na pewno powstaje obawa o właściwą pielęgnację pozabiegową czy dolegliwości bólowe. Uspokajam jednak, że w dużym stopniu da się je ograniczyć dzięki przestrzeganiu zaleceń dentysty i stosowaniu przepisanych leków. Postęp w tej dziedzinie jest niezwykle szybki i sprawia, że okres rekonwalescencji jest coraz krótszy, a liczba przeciwwskazań coraz mniejsza – wyjaśnia ekspertka Medicover Stomatologia.
 
Implanty stomatologiczne to rozwiązanie kosztowne, bo odbudowa pojedynczego zęba to przedział kwotowy w okolicach kilku tysięcy złotych, a całego uzębienia – nawet kilkudziesięciu. Potrzebne nakłady finansowe uzależnione są od wielu czynników, jak liczba i rodzaj braków do odbudowania, warunki anatomiczne, stan zdrowia jamy ustnej, zastosowane w leczeniu rozwiązania, marka wykorzystanych produktów medycznych, renoma lekarza przeprowadzającego zabieg, region kraju czy prestiż placówki oferującej leczenie.
 
– Przede wszystkim całe leczenie rozłożone jest w czasie. Zależnie od stosowanych rozwiązań i pacjenta, może to być kilka tygodni lub nawet miesięcy, więc nie będzie to jednorazowy, duży wydatek. Innym ważnym aspektem jest komercyjne kredytowanie usług medycznych, dostępne na miejscu w wielu centrach stomatologicznych. Ponadto część firm i sieci udostępnia tzw. abonamenty na leczenie implantologiczne, które dodatkowo pomagają odciążyć budżet. Nie bez znaczenia jest na pewno szeroki zakres diagnostyki i specjalistów przyjmujących w jednym centrum, co oszczędza czas, z ominięciem wykonywania badań w innych miejscach i zewnętrznych konsultacji. Dla lekarzy to także wygodniejsze, gdy całą dokumentację mają w jednym miejscu – zauważa lek. dent. Marta Siewert.
 
Implanty – chętnie, ale potrzebujemy więcej informacji?
 
70,8% ankietowanych zdecydowałoby się na protezę na implantach, gdyby finanse i stan zdrowia nie były ograniczeniem. Na pytanie, co obecnie powstrzymuje ich przed wszczepieniem implantów, 22,1% odpowiedziało, że nie wie, czy ich stan zdrowia jest odpowiedni, a 10,3% stwierdziło, że wie o nich zbyt mało.
 
– Zabieg chirurgiczny jest przeprowadzany po kwalifikacji. Pacjenci powinni być w ogólnie dobrym stanie zdrowia, z kontrolowanymi chorobami przewlekłymi, jak cukrzyca czy nadciśnienie. Tak, one nie wykluczają z zabiegu, ale należy je kontrolować i monitorować. Zabieg nie będzie wskazany natomiast u osób ze złym stanem zdrowia jamy ustnej, bo tu najpierw będzie potrzebne leczenie, u kobiet w ciąży, ale też u pacjentów w trakcie leczenia onkologicznego i ze znacznym obniżeniem odporności – tłumaczy dentystka.
 
Pacjenci decydujący się na implanty zębów muszą być świadomi, że nie można zapominać o ich właściwej higienie. Nie grozi im próchnica, ale gromadząca się płytka nazębna może sprzyjać tzw. periimplantitis, czyli stanom zapalnym przyzębia okalającego „nowy ząb”.
 
Ilu Polaków 50+ ma implanty?
 
Niebezpośrednio wskazali to ankietowani. W pytaniu o to, co ich obecnie powstrzymuje przed leczeniem implantologicznym, 37 osób wybrało odpowiedź „już mam implanty zębów”. Daje to skalę 3,7% z całej grupy badanej.  
 
– Nie jest to zły wynik, ale trudno go porównać z innymi wskaźnikami, bo dane globalne czy europejskie są znikome. Przykładowo American Academy of Implant Dentistry podaje, że implanty ma 3 mln Amerykanów, co przy populacji ponad 300 mln wskazuje na niecały 1%. Na pewno popularność tego rozwiązania jest większa w zamożniejszych krajach europejskich, jak Niemcy, Szwajcaria, Francja, Włochy, Szwecja, oraz w krajach azjatyckich, gdzie według statystyk prym wiedzie Korea Południowa. Tam rocznie wszczepia się ponad 1,5 mln implantów (implants/abutments) przy populacji niecałych 52 mln – wylicza ekspertka Medicover Stomatologia i podsumowuje: – Potrzeby w zakresie protetyki i odbudowy uzębienia na implantach są wśród społeczeństwa na pewno sporo większe. Wystarczy wspomnieć, że statystyka mówi o ponad 90% osób z próchnicą, ale też żniwo zbiera paradontoza. Wśród pięćdziesięciolatków niewiele jest osób, które mają pełny garnitur uzębienia. Na szczęście świadomość na temat profilaktyki próchnicy i chorób dziąseł jest coraz lepsza, ale z drugiej strony przystępność leczenia implantologicznego także rośnie.
 
 
Źródło danych: Sonda przeprowadzona w ogólnopolskim panelu badawczym na zlecenie Medicover Stomatologia w terminie od września do października 2024 na grupie 1000 osób w wieku ≥ 50.
Jak wynika z danych GUS-u, w ostatnich miesiącach wzrost cen usług stomatologicznych wynosił ponad 8% rdr. Znawcy tematu przekonują, że wpłynęło na to m.in. zepchnięcie systemu opieki stomatologicznej do rynku prywatnego. Ponadto zwracają uwagę na rosnące koszty prowadzenia samej praktyki lekarskiej, w tym coraz droższe materiały i narzędzia. Dla porównania, inflacja w całym sektorze zdrowia jest niższa. Eksperci przypominają o okresie pandemii, kiedy konieczne było zainwestowanie w dodatkowe zabezpieczenie dla stomatologów i pacjentów. Nie brakuje też opinii, że wkrótce wzrost cen usług stomatologicznych może być nawet dwucyfrowy.
Ceny cały czas idą w górę
Według danych GUS-u, we wrześniu br. ceny usług stomatologicznych w porównaniu z analogicznym okresem roku poprzedniego zwiększyły się o 8,4%. W sierpniu wzrost rdr. wyniósł 8,6%, w lipcu – 8,5%, a w całej pierwszej połowie br. – 9,4%. Jak zaznacza dr n. med. Piotr Przybylski z kliniki Implant Medical, w lipcu br. Polska znalazła się na czwartym miejscu wśród państw UE, uwzględniając szybkość wzrostu cen u dentysty. Wyższą dynamikę zanotowano tylko w Finlandii, we Francji i na Węgrzech. Ekspert dodaje również, że z miesiąca na miesiąc przybywa czynników decydujących o zmianach w cennikach.

– Wzrost cen usług stomatologicznych jest związany niewątpliwie z tym, iż w Polsce system opieki stomatologicznej został zepchnięty przez rządzących do rynku prywatnego. Działające na nim gabinety dentystyczne funkcjonują, jak inne firmy. W związku z tym wszystkie koszty utrzymania mają wpływ na cennik usług, a w ostatnim czasie lawinowo wzrosły ceny m.in. energii elektrycznej, wody czy wywozu nieczystości. Do tego wprowadzono nowe wynagrodzenia gwarantowane dla asystentek i higienistek stomatologicznych oraz personelu pomocniczego – komentuje dr n. med. Dariusz Paluszek, wiceprezes Okręgowej Rady Lekarskiej w Warszawie ds. lekarzy dentystów.

Do tematu odnosi się też prof. dr hab. n. med. Teresa Sierpińska, krajowy konsultant w dziedzinie protetyki stomatologicznej i prezydent Europejskiego Towarzystwa Protetycznego. Jak zaznacza ekspertka, w przypadku protetyki wzrosły przede wszystkim ceny uzupełnień stałych, głównie ze względu na to, że podrożały materiały. Specjaliści protetycy nie działają sami, zawsze muszą mieć technika dentystycznego. A jeśli on podnosi ceny, bo płaci coraz więcej za komponenty, narzędzia i prąd do swoich maszyn, to protetycy muszą na to zareagować. Do tego rosną składki na ZUS.

– Pacjent udając się prywatnie do gabinetu stomatologicznego, dokładnie wie, jakie poniesie koszty. Są osoby leczące się prywatnie, ale na świadczenie refundowane przychodzą do gabinetu, który ma podpisaną umowę z NFZ. Jest to np. higienizacja czy ekstrakcja, więc konsekwencji zmiany finansowania leczenia z prywatnego na publiczne nie będzie – mówi dr n. med. Adam Kozłowski, przewodniczący Komisji Stomatologicznej w Okręgowej Izbie Lekarskiej w Szczecinie.

Sektor zdrowia mocno pod lupą
Jak wynika z danych GUS-u, wzrost cen usług stomatologicznych w analizowanych okresach był większy niż inflacja w sektorze zdrowia. We wrześniu br. wyniosła ona w ujęciu rocznym 6,1%, w sierpniu – 2,7%, w lipcu – 3%, a w pierwszej połowie br. – 3,7%. Według dr. n. med. Piotra Przybylskiego, gdyby stomatologia w większej części opierała się na leczeniu publicznym, to z pewnością rozkład tych wartości byłby mniejszy. W ocenie eksperta, to szybko nie nastąpi. Spychanie pacjenta do sektora prywatnego trwa w najlepsze od wielu lat. I czym dłużej w to brniemy, tym bardziej oddalmy się od wizji naprawy sytuacji. Do tego NFZ jest słabo dofinansowany.

– Te różnice wynikają prawdopodobnie z tego, iż na rynku stomatologicznym zdecydowaną większość stanowią podmioty prywatne. One swoje zakupy wykonują na bieżąco, bez gromadzenia zapasów. To sprawia, że podwyżka cen materiałów czy usług u podwykonawcy, jakim jest laboratorium protetyczne, szybko przekłada się na wzrost ceny usług stomatologicznych.  Ponadto polscy dentyści pracują w dużej części na materiałach i sprzęcie światowym, więc jakiekolwiek zawirowanie kursów walut wpływa na ceny ich zakupu. Z kolei w sektorze zdrowia reprezentowanym np. przez publiczne szpitale zakupy dokonuje się przy pomocy przetargów i długookresowych umów. W efekcie ceny zakupu towarów i usług zmieniają się dla takich podmiotów wolniej – analizuje dr n. med. Adam Kozłowski.

Patrząc na dane za ostatnie lata, to wzrosty cen usług stomatologicznych były wyższe od wskaźnika inflacji w całym sektorze zdrowia. Przykładowo, w 2023 r. widzimy odpowiednio 14,2% i 8,4%. W 2022 r. różnica była jeszcze większa – 14,9% i 7,1%. W 2021 r. to było 8,1% i 3,3%, a w 2020 r. – 11,3% i 4,8%. Z kolei w 2019 r. – 3,8% i 3,2%.

– Na pewno wpływ na te wskaźniki miała pandemia. Wówczas nastąpiło podwyższenie kosztów utrzymania gabinetów. Musieliśmy dodatkowo zabezpieczyć siebie i pacjentów. Stworzone zostały wytyczne, czy to przez Polskie Towarzystwo Stomatologiczne, czy Ministerstwo Zdrowia. One wymagały od lekarzy dentystów zainwestowania w środki ochrony czy narzędzia. Bez tego nie było możliwości wykonywania świadczeń. Wcześniej nie mieliśmy do czynienia z obostrzeniami na taką skalę – dodaje prof. dr hab. n. med. Teresa Sierpińska.

W ocenie dr. n. med. Piotra Przybylskiego, sytuacja pogarsza się z miesiąca na miesiąc. Jeśli nie nastąpi jakiś zwrot w sytuacji, to w I kwartale 2025 roku wzrost cen usług stomatologicznych może być nawet dwucyfrowy, tzn. lekko powyżej 10% rdr. lub oscylujący w tych granicach. Jak przestrzega ekspert, to może doprowadzić do zawieszania wizyt przez pacjentów, bo nie będzie ich na to stać. A to jeszcze mocniej skomplikuje sytuację na kolejne miesiące, kwartały, a nawet lata. Z kolei prof. dr hab. n. med. Teresa Sierpińska zaznacza, że najprawdopodobniej największy wzrost cen usług stomatologicznych mamy już za sobą, chyba że na prowadzenie gabinetu trzeba będzie wydawać znacznie więcej niż teraz, np. ze względu na koszty energii elektrycznej czy komponentów. Oczywiste jest, że stomatolodzy nie zechcą dokładać do wykonywanych świadczeń.

– Nie wiemy jeszcze, o ile wzrosną w zimie typowe koszty utrzymania gospodarstwa domowego. Wiedząc to, ludzie będą decydować, ile pieniędzy mogą przeznaczyć na wizyty u stomatologa. Natomiast musimy pamiętać o tym, że część osób w ogóle nie myje zębów. A codzienna higiena jamy ustnej powoduje, że wizyty u dentysty odbywają się rzadziej. Częstsze kontrole powodują, że usługi stają się tańsze, bo nie są konieczne dużo droższe interwencje. Profilaktyka jest zdecydowanie tańsza niż leczenie i przede wszystkim korzystniejsza – podsumowuje dr n. med. Dariusz Paluszek, wiceprezes ORL w Warszawie ds. lekarzy dentystów.

źródło: Monday News

Polacy wciąż nie zachowują dostatecznej ostrożności w miejscu pracy. Jak wynika z najnowszego opracowania GUS „Wypadki przy pracy w 2021 roku” w ubiegłym roku wypadkom w trakcie pełnienia obowiązków zawodowych uległo blisko 69 tys. osób. To o 9,6 proc. więcej niż w 2020 roku.
W 2021 roku wskaźnik wypadkowości wyniósł 4,75 wobec 4,54 w 2020 roku, natomiast łączna liczba dni niezdolności do pracy, która spowodowana była wypadkiem, osiągnęła poziom 3 mln, co oznacza wzrost o 8,6 proc. w stosunku do 2020 roku. W przeliczeniu na jednego poszkodowanego to aż 44 dni. Niezdolność do pracy spowodowana wypadkiem trwała najczęściej 4-13 dni oraz 31-90 dni.

Mimo że pracodawcy robią wiele, by takim wypadkom zapobiegać, nie wszystkich da się uniknąć. Ponad 60 proc. przyczyn wywołujących niebezpieczne zdarzenia przy pracy w analizowanym okresie stanowiły nieprawidłowe zachowania pracowników. Kolejną przyczyną (8,5 proc.) był niewłaściwy stan przedmiotu wykorzystywanego podczas realizacji obowiązków. Najczęściej wypadki przy pracy spowodowane były poślizgnięciem, potknięciem się lub upadkiem (31,5 proc.).

Okazuje się, że wraz ze stażem pracy i doświadczeniem zawodowym maleje ryzyko wystąpienia urazu. Według udostępnionych właśnie statystyk najwięcej wypadków w zakładzie pracy spotkało osoby, które na danym stanowisku nie przepracowały nawet roku – dotyczy to aż 30 proc. poszkodowanych. Z punktu widzenia pracodawców, ważne jest zatem prawidłowe szkolenie i wprowadzenie w specyfikę pracy nowozatrudnionych osób.
Co warte odnotowania – podobnie jak w ubiegłych latach, w 2021 r. wypadkom przy pracy najczęściej ulegali mężczyźni (62,9 proc.). Najwyższy udział poszkodowanych odnotowano w sekcji przetwórstwo przemysłowe, natomiast w przypadku kobiet w sekcji opieka zdrowotna i pomoc społeczna.

– Na zwiększenie liczby wypadków w pracy mógł mieć wpływ powrót pracowników, przynajmniej częściowy, do trybu stacjonarnego. Jednak jak pokazują wyniki naszego badania, blisko 40 proc. jego uczestników wskazało, że dzięki home office zyskali bardziej komfortowe warunki do pracy. Brak konieczności codziennych dojazdów oraz możliwość wykonywania obowiązków w domowym zaciszu traktowany jest przez zatrudnionych jako zaleta. Jednak nawet w tej z pozoru znanej i pewnej przestrzeni możemy w każdej chwili ulec wypadkowi, dlatego tak ważne jest prawne uregulowanie kwestii pracy zdalnej  – mówi Anna Kwiatkowska, menadżer ds. produktów grupowych i oferty benefitowej w Nationale-Nederlanden.
 
Regulacje potrzebne na już
Aby model pracy zdalnej lub hybrydowej był stosowany transparentnie i dawał pełną ochronę pracownikowi niezbędne jest podejście systemowe. Brak prawnego uregulowania dla wielu firm wciąż pozostaje sporym wyzwaniem. W domu nie zawsze istnieje możliwość zagwarantowania takich samych zabezpieczeń jak w firmie, które dostosowane są do obowiązujących przepisów. Pojawia się pytanie, czy gdy na przykład pracownik obleje się wrzątkiem, robiąc kawę we własnej kuchni, to jest to wypadek w pracy czy nie? Lub co robić w przypadku roszczeń wysuwanych przez pracowników w razie zdarzenia, do którego dojdzie poza siedzibą przedsiębiorstwa?  

Zmienić to może szykowany projekt zmian w Kodeksie pracy, które dotyczą pracy zdalnej. Mają się w nim znaleźć szczegółowe rozwiązania w zakresie praw oraz obowiązków pracownika i pracodawcy. Według założeń nowe przepisy zaczną obowiązywać na początku 2023 roku. Zastąpią one tzw. ustawę covidową, która do tej pory porządkowała zasady home office.

Uregulują one m.in. kwestie dotyczące korzystania przez pracownika z urządzeń technicznych, pokrycia kosztów energii elektrycznej i niezbędnych usług telekomunikacyjnych czy okazjonalnej pracy zdalnej. Nowe zapisy doprecyzują również zakres stosowania przepisów BHP w przypadku pracy zdalnej. Ponadto pracodawca będzie musiał ocenić ryzyko zawodowe i na tej podstawie opracować informację dotyczącą właściwego sposobu organizacji zatrudnienia na odległość.

Bezpieczeństwo pracownika na pierwszym miejscu
Warto mieć na uwadze, że niezdolność do pracy spowodowana wypadkiem, to wyzwanie nie tylko dla pracownika, ale i pracodawcy. Może on ponieść dodatkowe koszty wynikające z nieobecności osoby zatrudnionej, jak również wydatki związane z ewentualnym zastępstwem. Dlatego rolą odpowiedzialnego pracodawcy jest dbanie o prawidłowe środowisko pracy i bezpieczeństwo pracownika. Na rynku dostępne są rozwiązania zapewniające szeroki zakres ochrony, szczególnie w nieuregulowanym stanie prawnym.

W niepewnej sytuacji warto poszukiwać alternatyw, które będą pomocne w przypadku nieprzewidzianych zdarzeń. Dobrym i adekwatnym wyjściem jest ubezpieczenie grupowe. Jak wynika z naszego badania dla blisko 70 proc. pracowników  ważne jest, aby pracodawca zapewnił im taką polisę. Jednocześnie tylko 30 proc. przyznało, że firma, w której pracują, ją oferuje. W razie nieszczęśliwego wypadku, ciężkiej choroby czy pobytu w szpitalu gwarantuje ona praktyczną pomoc i wsparcie finansowe. Ubezpieczenie zapewnia obu stronom poczucie bezpieczeństwa i kompleksowe zabezpieczenie – mówi Anna Kwiatkowska, menadżer ds. produktów grupowych i oferty benefitowej w Nationale-Nederlanden.
źródło: NN
Polacy wciąż nie zachowują dostatecznej ostrożności w miejscu pracy. Jak wynika z najnowszego opracowania GUS „Wypadki przy pracy w 2021 roku” w ubiegłym roku wypadkom w trakcie pełnienia obowiązków zawodowych uległo blisko 69 tys. osób. To o 9,6 proc. więcej niż w 2020 roku.
W 2021 roku wskaźnik wypadkowości wyniósł 4,75 wobec 4,54 w 2020 roku, natomiast łączna liczba dni niezdolności do pracy, która spowodowana była wypadkiem, osiągnęła poziom 3 mln, co oznacza wzrost o 8,6 proc. w stosunku do 2020 roku. W przeliczeniu na jednego poszkodowanego to aż 44 dni. Niezdolność do pracy spowodowana wypadkiem trwała najczęściej 4-13 dni oraz 31-90 dni.

Mimo że pracodawcy robią wiele, by takim wypadkom zapobiegać, nie wszystkich da się uniknąć. Ponad 60 proc. przyczyn wywołujących niebezpieczne zdarzenia przy pracy w analizowanym okresie stanowiły nieprawidłowe zachowania pracowników. Kolejną przyczyną (8,5 proc.) był niewłaściwy stan przedmiotu wykorzystywanego podczas realizacji obowiązków. Najczęściej wypadki przy pracy spowodowane były poślizgnięciem, potknięciem się lub upadkiem (31,5 proc.).

Okazuje się, że wraz ze stażem pracy i doświadczeniem zawodowym maleje ryzyko wystąpienia urazu. Według udostępnionych właśnie statystyk najwięcej wypadków w zakładzie pracy spotkało osoby, które na danym stanowisku nie przepracowały nawet roku – dotyczy to aż 30 proc. poszkodowanych. Z punktu widzenia pracodawców, ważne jest zatem prawidłowe szkolenie i wprowadzenie w specyfikę pracy nowozatrudnionych osób.
Co warte odnotowania – podobnie jak w ubiegłych latach, w 2021 r. wypadkom przy pracy najczęściej ulegali mężczyźni (62,9 proc.). Najwyższy udział poszkodowanych odnotowano w sekcji przetwórstwo przemysłowe, natomiast w przypadku kobiet w sekcji opieka zdrowotna i pomoc społeczna.

– Na zwiększenie liczby wypadków w pracy mógł mieć wpływ powrót pracowników, przynajmniej częściowy, do trybu stacjonarnego. Jednak jak pokazują wyniki naszego badania, blisko 40 proc. jego uczestników wskazało, że dzięki home office zyskali bardziej komfortowe warunki do pracy. Brak konieczności codziennych dojazdów oraz możliwość wykonywania obowiązków w domowym zaciszu traktowany jest przez zatrudnionych jako zaleta. Jednak nawet w tej z pozoru znanej i pewnej przestrzeni możemy w każdej chwili ulec wypadkowi, dlatego tak ważne jest prawne uregulowanie kwestii pracy zdalnej  – mówi Anna Kwiatkowska, menadżer ds. produktów grupowych i oferty benefitowej w Nationale-Nederlanden.
 
Regulacje potrzebne na już
Aby model pracy zdalnej lub hybrydowej był stosowany transparentnie i dawał pełną ochronę pracownikowi niezbędne jest podejście systemowe. Brak prawnego uregulowania dla wielu firm wciąż pozostaje sporym wyzwaniem. W domu nie zawsze istnieje możliwość zagwarantowania takich samych zabezpieczeń jak w firmie, które dostosowane są do obowiązujących przepisów. Pojawia się pytanie, czy gdy na przykład pracownik obleje się wrzątkiem, robiąc kawę we własnej kuchni, to jest to wypadek w pracy czy nie? Lub co robić w przypadku roszczeń wysuwanych przez pracowników w razie zdarzenia, do którego dojdzie poza siedzibą przedsiębiorstwa?  

Zmienić to może szykowany projekt zmian w Kodeksie pracy, które dotyczą pracy zdalnej. Mają się w nim znaleźć szczegółowe rozwiązania w zakresie praw oraz obowiązków pracownika i pracodawcy. Według założeń nowe przepisy zaczną obowiązywać na początku 2023 roku. Zastąpią one tzw. ustawę covidową, która do tej pory porządkowała zasady home office.

Uregulują one m.in. kwestie dotyczące korzystania przez pracownika z urządzeń technicznych, pokrycia kosztów energii elektrycznej i niezbędnych usług telekomunikacyjnych czy okazjonalnej pracy zdalnej. Nowe zapisy doprecyzują również zakres stosowania przepisów BHP w przypadku pracy zdalnej. Ponadto pracodawca będzie musiał ocenić ryzyko zawodowe i na tej podstawie opracować informację dotyczącą właściwego sposobu organizacji zatrudnienia na odległość.

Bezpieczeństwo pracownika na pierwszym miejscu
Warto mieć na uwadze, że niezdolność do pracy spowodowana wypadkiem, to wyzwanie nie tylko dla pracownika, ale i pracodawcy. Może on ponieść dodatkowe koszty wynikające z nieobecności osoby zatrudnionej, jak również wydatki związane z ewentualnym zastępstwem. Dlatego rolą odpowiedzialnego pracodawcy jest dbanie o prawidłowe środowisko pracy i bezpieczeństwo pracownika. Na rynku dostępne są rozwiązania zapewniające szeroki zakres ochrony, szczególnie w nieuregulowanym stanie prawnym.

W niepewnej sytuacji warto poszukiwać alternatyw, które będą pomocne w przypadku nieprzewidzianych zdarzeń. Dobrym i adekwatnym wyjściem jest ubezpieczenie grupowe. Jak wynika z naszego badania dla blisko 70 proc. pracowników  ważne jest, aby pracodawca zapewnił im taką polisę. Jednocześnie tylko 30 proc. przyznało, że firma, w której pracują, ją oferuje. W razie nieszczęśliwego wypadku, ciężkiej choroby czy pobytu w szpitalu gwarantuje ona praktyczną pomoc i wsparcie finansowe. Ubezpieczenie zapewnia obu stronom poczucie bezpieczeństwa i kompleksowe zabezpieczenie – mówi Anna Kwiatkowska, menadżer ds. produktów grupowych i oferty benefitowej w Nationale-Nederlanden.
źródło: NN
W obliczu obecnej sytuacji ekonomicznej polscy seniorzy potrzebują wsparcia. Z badań zleconych przez Koalicję „Na pomoc niesamodzielnym” profesjonalnej agencji badawczej wynika, że wydatki na leki obciążają budżety domowe prawie 95 proc. osób starszych, a ponad 80 proc. zdarzyło się w ostatnich kilku miesiącach nie wykupić recept z uwagi na ceny leków. Nadzieją dla seniorów może być rozszerzenie grupy uprawnionych do bezpłatnych leków o populację 70+. Wyniki badań i coraz bardziej uzasadnione obawy seniorów o swoją przyszłość, są najlepszym dowodem, że to jest najwyższy czas na takie działania.
Trzeba przyznać, że program „Leki 75+” poprawił sytuację seniorów. Zwiększył dostęp do nich, a w budżetach domowych osób, które ukończyły 75. rok życia zauważalny był spadek wydatków na leki. Takie wnioski płyną z raportu Najwyższej Izby Kontroli. Izba przeprowadziła jednak kontrolę w roku 2019, czyli jeszcze przed wybuchem pandemii, wojny w Ukrainie i przed rosnącymi kosztami cen prądu czy żywności.
 
Opiekuńcza funkcja państwa – jak jest naprawdę?
Według Głównego Urzędu Statystycznego liczba osób starszych w Polsce dynamicznie rośnie. Tych w wieku 75+ jest około 3,5 mln, ale osób po 60. r.ż. już prawie 10 mln. I są oni grupą, która najboleśniej odczuwa zmiany w domowych budżetach. Z danych zgromadzonych w Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor i Bazie Informacji Kredytowych (BIK) wynika, że zaległości osób po 65 r.ż. w czerwcu br. wynosiły już prawie 10,4 mld zł. Ponad 60 proc. emerytów wskazuje, że najbardziej ich budżet uszczuplają wydatki na leki.

– Emerytura lub świadczenie rentowe są głównym źródłem dochodów większości seniorów. Wobec sytuacji na rynku osoby starsze są zmuszone do oszczędności, a nawet do rezygnacji z zaspokojenia niektórych potrzeb, także tych podstawowych, a do takich, zwłaszcza u osób starszych, należy zaliczyć potrzeby zdrowotne. Trudności w dostępie do świadczeń finansowanych ze środków publicznych mogą prowadzić do problemów w realizacji socjalnej i opiekuńczej funkcji państwa – mówi prof. Piotr Błędowski ze Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie, jeden z autorów badania PolSenior 2, realizowanego przez Gdański Uniwersytet Medyczny (GUMed) ze środków Narodowego Programu Zdrowia na lata 2016-2020.
 
Ponad 80 proc. seniorów nie wykupiło w ostatnich miesiącach leków
Magdalena Osińska-Kurzywilk, prezes Koalicji „Na pomoc niesamodzielnym”, nie kwestionując korzyści z programu „Leki 75+”, zwraca jednak uwagę, że seniorzy nie zaczynają się po 75. roku życia.

– Od początku roku docierają do nas liczne sygnały od naszych członków, że osoby starsze mają poważne problemy z wykupowaniem leków – mówi Magdalena Osińska-Kurzywilk, prezes Koalicji. – Podwyżki energii, żywności i leków pochłaniają ich oszczędności. Jeśli będą odchodzić od okienek aptecznych, przestaną się leczyć i wtedy wrócą do lekarzy w dużo gorszym stanie. To błędne koło, bo trafią do szpitali i będą generować jeszcze większe koszty związane z hospitalizacją.

Zaniepokojona ilością sygnałów o problemach z wykupowaniem recept i ograniczaniem wydatków na leczenie, Koalicja zleciła Agencji Badań Rynku i Opinii SW Research przygotowanie i przeprowadzenie ankiety w tym zakresie. Została skierowana do osób w wieku 60-74 lata z wielochorobowością i chorobami przewlekłymi.

Muszę przyznać, że wyniki zaskoczyły nawet nas – mówi Magdalena Osińska-Kurzywilk. – Niby po ilości przeprowadzonych rozmów w naszym gronie powinniśmy być na to przygotowani, a jednak nie sądziłam, że aż 82 proc. badanych zdarzyło się w ostatnich miesiącach nie wykupić leku.

Z badania przeprowadzonego na zlecenie Koalicji przez Agencję Badań Rynku i Opinii SW Research wynika ponadto, że seniorzy ograniczając codzienne wydatki w pierwszej kolejności oszczędzają na rachunkach i żywności, ale zaraz potem – właśnie na lekach. 94 proc badanych osób przyznało, że wydatki na leki obciążają ich domowy budżet.

Obserwujemy to na co dzień w naszych gabinetach – mówi dr Michał Sutkowski, Prezes Warszawskich Lekarzy Rodzinnych. – Kiedy próbujemy zdiagnozować brak postępów w leczeniu seniorów, zdarza nam się słyszeć, że nie wykupili leków, bo były za drogie. To są najczęściej pacjenci z wielochorobowością, a przerwy w leczeniu są niebezpieczne i mogą w znaczący sposób wpłynąć na pogorszenie stanu zdrowia.
 
Koalicja „Na pomoc niesamodzielnym” przygotowała jeszcze jedną ankietę przeprowadzoną wśród osób starszych zrzeszonych w organizacjach członkowskich Koalicji. W ankiecie zapytano, ile średnio wynoszą ich miesięczne wydatki na leki. Ponad 80 proc. odpowiedziało, że średnia wysokość rachunku, jaki dostają co miesiąc w aptece wynosi powyżej stu złotych.
 
Jeśli średnia wydatków wynosi ponad 100 zł, to oznacza, że są osoby, które wydają po 200 a nawet 300 zł, a to już jest odczuwalna część ich emerytury – wskazuje Magdalena Osińska-Kurzywilk.  – Koalicja „Na pomoc niesamodzielnym” funkcjonuje w strukturach międzynarodowych i wiem, że w innych krajach seniorzy poniżej 75. roku życia otrzymują większe wsparcie niż w Polsce. Może czas, by u nas pomyśleć
o tej grupie?
 
Europa bardziej wspiera seniorów
Programy refundacji leków dla seniorów funkcjonują w całej Europie. Polski – w porównaniu z nimi – plasuje granicę wieku dość wysoko. W Wielkiej Brytanii prawo do bezpłatnych leków przysługuje osobom powyżej 60. r.ż., we Francji po 65 r.ż. (dla pacjentów przewlekle chorych). W Niemczech mamy do czynienia z progami dopłat do zakupu produktów leczniczych, po przekroczeniu których wszystkie leki kupowane przez osoby w wieku podeszłym w następnym roku kalendarzowym są wydawane bezpłatnie, a seniorzy inni niż cierpiący na choroby przewlekłe płacą proporcjonalnie do ceny leku, ale nie więcej niż 10 proc. Jeszcze inaczej jest w systemie estońskim, tam osoby powyżej 63. roku życia uzyskują refundację leków na poziomie 90 proc. Muszą jednak doliczyć do tego koszt opłaty ryczałtowej (za każdy lek 2,5 euro). W Czechach progi refundacji zależą od poziomu wydatków. Seniorzy powyżej 70. roku życia nie ponoszą żadnych kosztów, jeśli wydadzą na leki powyżej 500 koron czeskich, a po 65. roku życia – powyżej tysiąca koron.
 
Potrzebne wsparcie systemowe
Członkowie Koalicji wskazują na rozwiązanie, które mogłoby wpłynąć na poprawę sytuacji materialnej seniorów.  A to z kolei może się przełożyć na ich stan zdrowia. Nie jest to nowy pomysł, został wcześniej zawarty między innymi w jednym z akapitów założeń Polskiego Ładu. Czytamy w nim, że „w związku ze skutecznością dotychczasowego programu Leki 75+ (wzrastająca liczba beneficjentów i malejące wydatki osób powyżej 75. roku życia na leki) chcemy umożliwić korzystanie z programu osobom młodszym, a w niektórych kategoriach leków nawet osobom z grupy 60+.”

To dobry kierunek – mówi Magdalena Osińska-Kurzywilk, prezes Koalicji „Na pomoc niesamodzielnym”. – Sytuacja seniorów naprawdę nie jest łatwa a będzie jeszcze trudniejsza. Przykłady odchodzenia od okienek w aptekach, ale także sklepach spożywczych, widać na każdym kroku. Choćby ten, znany z mediów, że ochrona jednego ze sklepów w Łodzi zatrzymała kobietę, która tłumacząc się, dlaczego ukradła kilka serków topionych, powiedziała, że była głodna a ostatnie pieniądze wydała na leki.
 
Zielone światło od prezesa Kaczyńskiego?
Pacjenci doceniają, że w obliczu trudnej sytuacji rządzący nie rezygnują z projektów socjalnych, o czym świadczy choćby projekt budżetu na rok 2023. Ale jeszcze większą nadzieję wiążą z zapowiedzią prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego, który 24 lipca w Koninie powiedział: „w takim systemie te pieniądze stale się zwiększające wystarczą na dobrą służbę zdrowia, na darmowe leki dla seniorów i to nawet młodszych niż 75 lat. Krótko mówiąc: na to, żeby ludzie mogli się leczyć i żeby nie było tak jak było i jest jeszcze ciągle dalej (…), że lekarz się zastanawia (…) czy ten pacjent może kupić ten lek”.

Koalicja „Na pomoc niesamodzielnym”, na podstawie zebranych danych, popiera ten projekt. Nie ma wątpliwości, że podobnie jak wprowadzenie Programu „Leki 75+” poprawiło dostęp do farmakoterapii osób w tym przedziale wiekowym, tak jej rozszerzenie pomoże kolejnym grupom pacjentów.

Źródło: Raport badawczy „Darmowe leki dla seniorów 70+. Badanie opinii”. Badanie zrealizowane w dniach 23.08.2022 – 01.09.2022 przez SW Research – Agencję Badań Rynku i Opinii metodą wywiadów telefonicznych (CATI).
Koalicja Na Pomoc Niesamodzielnym

W obliczu obecnej sytuacji ekonomicznej polscy seniorzy potrzebują wsparcia. Z badań zleconych przez Koalicję „Na pomoc niesamodzielnym” profesjonalnej agencji badawczej wynika, że wydatki na leki obciążają budżety domowe prawie 95 proc. osób starszych, a ponad 80 proc. zdarzyło się w ostatnich kilku miesiącach nie wykupić recept z uwagi na ceny leków. Nadzieją dla seniorów może być rozszerzenie grupy uprawnionych do bezpłatnych leków o populację 70+. Wyniki badań i coraz bardziej uzasadnione obawy seniorów o swoją przyszłość, są najlepszym dowodem, że to jest najwyższy czas na takie działania.
Trzeba przyznać, że program „Leki 75+” poprawił sytuację seniorów. Zwiększył dostęp do nich, a w budżetach domowych osób, które ukończyły 75. rok życia zauważalny był spadek wydatków na leki. Takie wnioski płyną z raportu Najwyższej Izby Kontroli. Izba przeprowadziła jednak kontrolę w roku 2019, czyli jeszcze przed wybuchem pandemii, wojny w Ukrainie i przed rosnącymi kosztami cen prądu czy żywności.
 
Opiekuńcza funkcja państwa – jak jest naprawdę?
Według Głównego Urzędu Statystycznego liczba osób starszych w Polsce dynamicznie rośnie. Tych w wieku 75+ jest około 3,5 mln, ale osób po 60. r.ż. już prawie 10 mln. I są oni grupą, która najboleśniej odczuwa zmiany w domowych budżetach. Z danych zgromadzonych w Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor i Bazie Informacji Kredytowych (BIK) wynika, że zaległości osób po 65 r.ż. w czerwcu br. wynosiły już prawie 10,4 mld zł. Ponad 60 proc. emerytów wskazuje, że najbardziej ich budżet uszczuplają wydatki na leki.

– Emerytura lub świadczenie rentowe są głównym źródłem dochodów większości seniorów. Wobec sytuacji na rynku osoby starsze są zmuszone do oszczędności, a nawet do rezygnacji z zaspokojenia niektórych potrzeb, także tych podstawowych, a do takich, zwłaszcza u osób starszych, należy zaliczyć potrzeby zdrowotne. Trudności w dostępie do świadczeń finansowanych ze środków publicznych mogą prowadzić do problemów w realizacji socjalnej i opiekuńczej funkcji państwa – mówi prof. Piotr Błędowski ze Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie, jeden z autorów badania PolSenior 2, realizowanego przez Gdański Uniwersytet Medyczny (GUMed) ze środków Narodowego Programu Zdrowia na lata 2016-2020.
 
Ponad 80 proc. seniorów nie wykupiło w ostatnich miesiącach leków
Magdalena Osińska-Kurzywilk, prezes Koalicji „Na pomoc niesamodzielnym”, nie kwestionując korzyści z programu „Leki 75+”, zwraca jednak uwagę, że seniorzy nie zaczynają się po 75. roku życia.

– Od początku roku docierają do nas liczne sygnały od naszych członków, że osoby starsze mają poważne problemy z wykupowaniem leków – mówi Magdalena Osińska-Kurzywilk, prezes Koalicji. – Podwyżki energii, żywności i leków pochłaniają ich oszczędności. Jeśli będą odchodzić od okienek aptecznych, przestaną się leczyć i wtedy wrócą do lekarzy w dużo gorszym stanie. To błędne koło, bo trafią do szpitali i będą generować jeszcze większe koszty związane z hospitalizacją.

Zaniepokojona ilością sygnałów o problemach z wykupowaniem recept i ograniczaniem wydatków na leczenie, Koalicja zleciła Agencji Badań Rynku i Opinii SW Research przygotowanie i przeprowadzenie ankiety w tym zakresie. Została skierowana do osób w wieku 60-74 lata z wielochorobowością i chorobami przewlekłymi.

Muszę przyznać, że wyniki zaskoczyły nawet nas – mówi Magdalena Osińska-Kurzywilk. – Niby po ilości przeprowadzonych rozmów w naszym gronie powinniśmy być na to przygotowani, a jednak nie sądziłam, że aż 82 proc. badanych zdarzyło się w ostatnich miesiącach nie wykupić leku.

Z badania przeprowadzonego na zlecenie Koalicji przez Agencję Badań Rynku i Opinii SW Research wynika ponadto, że seniorzy ograniczając codzienne wydatki w pierwszej kolejności oszczędzają na rachunkach i żywności, ale zaraz potem – właśnie na lekach. 94 proc badanych osób przyznało, że wydatki na leki obciążają ich domowy budżet.

Obserwujemy to na co dzień w naszych gabinetach – mówi dr Michał Sutkowski, Prezes Warszawskich Lekarzy Rodzinnych. – Kiedy próbujemy zdiagnozować brak postępów w leczeniu seniorów, zdarza nam się słyszeć, że nie wykupili leków, bo były za drogie. To są najczęściej pacjenci z wielochorobowością, a przerwy w leczeniu są niebezpieczne i mogą w znaczący sposób wpłynąć na pogorszenie stanu zdrowia.
 
Koalicja „Na pomoc niesamodzielnym” przygotowała jeszcze jedną ankietę przeprowadzoną wśród osób starszych zrzeszonych w organizacjach członkowskich Koalicji. W ankiecie zapytano, ile średnio wynoszą ich miesięczne wydatki na leki. Ponad 80 proc. odpowiedziało, że średnia wysokość rachunku, jaki dostają co miesiąc w aptece wynosi powyżej stu złotych.
 
Jeśli średnia wydatków wynosi ponad 100 zł, to oznacza, że są osoby, które wydają po 200 a nawet 300 zł, a to już jest odczuwalna część ich emerytury – wskazuje Magdalena Osińska-Kurzywilk.  – Koalicja „Na pomoc niesamodzielnym” funkcjonuje w strukturach międzynarodowych i wiem, że w innych krajach seniorzy poniżej 75. roku życia otrzymują większe wsparcie niż w Polsce. Może czas, by u nas pomyśleć
o tej grupie?
 
Europa bardziej wspiera seniorów
Programy refundacji leków dla seniorów funkcjonują w całej Europie. Polski – w porównaniu z nimi – plasuje granicę wieku dość wysoko. W Wielkiej Brytanii prawo do bezpłatnych leków przysługuje osobom powyżej 60. r.ż., we Francji po 65 r.ż. (dla pacjentów przewlekle chorych). W Niemczech mamy do czynienia z progami dopłat do zakupu produktów leczniczych, po przekroczeniu których wszystkie leki kupowane przez osoby w wieku podeszłym w następnym roku kalendarzowym są wydawane bezpłatnie, a seniorzy inni niż cierpiący na choroby przewlekłe płacą proporcjonalnie do ceny leku, ale nie więcej niż 10 proc. Jeszcze inaczej jest w systemie estońskim, tam osoby powyżej 63. roku życia uzyskują refundację leków na poziomie 90 proc. Muszą jednak doliczyć do tego koszt opłaty ryczałtowej (za każdy lek 2,5 euro). W Czechach progi refundacji zależą od poziomu wydatków. Seniorzy powyżej 70. roku życia nie ponoszą żadnych kosztów, jeśli wydadzą na leki powyżej 500 koron czeskich, a po 65. roku życia – powyżej tysiąca koron.
 
Potrzebne wsparcie systemowe
Członkowie Koalicji wskazują na rozwiązanie, które mogłoby wpłynąć na poprawę sytuacji materialnej seniorów.  A to z kolei może się przełożyć na ich stan zdrowia. Nie jest to nowy pomysł, został wcześniej zawarty między innymi w jednym z akapitów założeń Polskiego Ładu. Czytamy w nim, że „w związku ze skutecznością dotychczasowego programu Leki 75+ (wzrastająca liczba beneficjentów i malejące wydatki osób powyżej 75. roku życia na leki) chcemy umożliwić korzystanie z programu osobom młodszym, a w niektórych kategoriach leków nawet osobom z grupy 60+.”

To dobry kierunek – mówi Magdalena Osińska-Kurzywilk, prezes Koalicji „Na pomoc niesamodzielnym”. – Sytuacja seniorów naprawdę nie jest łatwa a będzie jeszcze trudniejsza. Przykłady odchodzenia od okienek w aptekach, ale także sklepach spożywczych, widać na każdym kroku. Choćby ten, znany z mediów, że ochrona jednego ze sklepów w Łodzi zatrzymała kobietę, która tłumacząc się, dlaczego ukradła kilka serków topionych, powiedziała, że była głodna a ostatnie pieniądze wydała na leki.
 
Zielone światło od prezesa Kaczyńskiego?
Pacjenci doceniają, że w obliczu trudnej sytuacji rządzący nie rezygnują z projektów socjalnych, o czym świadczy choćby projekt budżetu na rok 2023. Ale jeszcze większą nadzieję wiążą z zapowiedzią prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego, który 24 lipca w Koninie powiedział: „w takim systemie te pieniądze stale się zwiększające wystarczą na dobrą służbę zdrowia, na darmowe leki dla seniorów i to nawet młodszych niż 75 lat. Krótko mówiąc: na to, żeby ludzie mogli się leczyć i żeby nie było tak jak było i jest jeszcze ciągle dalej (…), że lekarz się zastanawia (…) czy ten pacjent może kupić ten lek”.

Koalicja „Na pomoc niesamodzielnym”, na podstawie zebranych danych, popiera ten projekt. Nie ma wątpliwości, że podobnie jak wprowadzenie Programu „Leki 75+” poprawiło dostęp do farmakoterapii osób w tym przedziale wiekowym, tak jej rozszerzenie pomoże kolejnym grupom pacjentów.

Źródło: Raport badawczy „Darmowe leki dla seniorów 70+. Badanie opinii”. Badanie zrealizowane w dniach 23.08.2022 – 01.09.2022 przez SW Research – Agencję Badań Rynku i Opinii metodą wywiadów telefonicznych (CATI).
Koalicja Na Pomoc Niesamodzielnym

Koszty opieki zdrowotnej, związane ze zmianami klimatu i zanieczyszczeniem powietrza, szacuje się na ok. 820 mld dol. rocznie, a według Światowej Organizacji Zdrowia co roku zanieczyszczenie powietrza przyczynia się do 4,2 mln przedwczesnych zgonów – wynika z raportu „Zielone szpitale” UN Global Compact Network Poland. Tym samym zmiany klimatu stanowią olbrzymie obciążenie dla systemu opieki zdrowotnej.
Z drugiej strony ten sektor sam się do nich przyczynia, odpowiadając za 4,4 proc. globalnych emisji CO2 do atmosfery. W obecnym scenariuszu będą one ciągle rosnąć, by w 2050 roku osiągnąć poziom 6 gigaton rocznie. Koszty środowiskowe i finansowe pokazują, że konieczna jest zielona transformacja w szpitalach. Niektóre z nich są jednak w takim stanie, że może je czekać decyzja o zamknięciu.

 Sektor ochrony zdrowia musi przechodzić na zieloną ścieżkę, docelowo nie ma innego planu. Natomiast ta droga będzie długa i wyboista. Dane zaprezentowane w raporcie pokazują, że w Polsce co piąty szpital ma powyżej 70 lat, a połowa została wybudowana w latach 60.–70. ubiegłego wieku. Tak więc to nie są placówki, które łatwo będzie transformować w zielonym kierunku – mówi dr hab. Iwona Kowalska-Bobko, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, dyrektor Instytutu Zdrowia Publicznego, Wydział Nauk o Zdrowiu, Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego.
Dane przytaczane w raporcie wskazują, że większość szpitali odznacza się wysoką energochłonnością, emitując średnio 2,5 raza więcej gazów cieplarnianych niż inne budynki komercyjne. Wynika to z faktu, że na etapie projektowania budynków nie uwzględniono wydajności energetycznej, a liczba specjalistycznego wyposażenia wymaga dodatkowego zużycia energii i chłodzenia.  

– Infrastruktura szpitalna, którą mamy w Polsce, wskazuje, że na poziomie centralnym należałoby podjąć jakieś decyzje dotyczące jej modernizacji –
 ocenia prof. Iwona Kowalska-Bobko. – Czeka nas odpowiedź m.in. na pytanie, czy ta infrastruktura nie jest za duża, czy nie mamy za dużo łóżek szpitalnych, jak ją zmienić, jak konsolidować dostępność do świadczeń zdrowotnych w dużych ośrodkach miejskich. Przykładem jest wojskowy szpital w Krakowie, który mieści się w centrum miasta i ma około 100 lat. To jest czas na to, żeby się zastanowić, czy nie powinien zostać zamknięty. Biorąc pod uwagę wystarczającą dostępność szpitali i łóżek na terenie miasta, jestem przekonana, że nie byłoby to aż takie złe rozwiązanie. W Bytomiu na jednej ulicy są trzy szpitale, więc pytanie, czy nas stać na to, żeby utrzymywać tak rozbudowaną, kosztowną infrastrukturę, np. nie zamieniając jej na jeden nowoczesny szpital spełniający warunki zielonego szpitala na obrzeżach miasta.

– Tu za przykład może posłużyć Wielka Brytania, gdzie powstały już dokumenty strategiczne i wyznaczono cele, do których brytyjska ochrona zdrowia chce zmierzać – 
dodaje Michał Kępowicz, dyrektor ds. relacji strategicznych Philips Healthcare. – Z naszego regionu Europy Środkowo-Wschodniej można z kolei wskazać Czechy, które w swoich zamówieniach publicznych stosują konkretne zielone kryteria, po to, aby promować chociażby energooszczędność.
Zielony szpital to taki, który promuje zdrowie publiczne i zabezpiecza interesy zdrowotne lokalnej populacji, a z drugiej strony zmniejsza swój wpływ na środowisko dzięki właściwemu zarządzaniu, zrównoważonym łańcuchom dostaw i poprawie efektywności energetycznej. Do najważniejszych inicjatyw i inwestycji, które mogą zazielenić placówkę medyczną, należą termomodernizacja, wymiana przestarzałych źródeł ciepła, stolarki okiennej i drzwiowej, instalacja odnawialnych źródeł i magazynów energii, zielone otoczenie, odpowiedni recykling odpadów i zmiana w łańcuchach dostaw. Jak wynika z raportu „Zielone szpitale”, opracowanego przez UN Global Compact Network Poland we współpracy z firmą Philips, aż 71 proc. całkowitych emisji gazów cieplarnianych w sektorze opieki zdrowotnej pochodzi z łańcucha dostaw, czyli m.in. produkcji i transportu leków, urządzeń medycznych, jedzenia i wyposażenia dla szpitali.
– W ochronie zdrowia najwięcej emisji gazów cieplarnianych pochodzi z ogrzewania i zużycia prądu. Właśnie w tym zakresie będziemy planowali podjąć działania, żeby zmniejszyć emisję, czyli będą to różnego rodzaju przedsięwzięcia związane z dostosowaniem budynków do tego, żeby pochłaniały mniej energii – mówi Joanna Węgrzynowska, manager ds. ESG w Grupie LUX MED.
Jak podkreśla, placówki sektora prywatnego również mają dużą rolę do odegrania w tym procesie. LUX MED przyjął strategię, zgodnie z którą do 2025 roku zamierza zredukować emisję gazów cieplarnianych o 40 proc. względem 2019 roku, a do 2040 roku dojść do zeroemisyjności. 
Przykłady podawane w raporcie „Zielone szpitale” pokazują, że szpitale mają do wyboru wiele różnych proekologicznych inwestycji. Wymiana świetlówek na oprawy LED-owe czy termomodernizacja może się przełożyć – w zależności od stanu budynku – na redukcję zużycia energii nawet o 20 do 60 proc., przy okazji zmniejszając koszty utrzymania. Z kolei po zainstalowaniu paneli słonecznych na dachu budynku Samodzielnego Publicznego Szpitala Klinicznego nr 1 w Szczecinie w ciągu zaledwie czterech miesięcy udało się zredukować wytwarzanie CO2 o ponad 305 t, a oszczędności wyniosły blisko 400 tys. zł.
Zielone szpitale zrzesza sieć Global Green and Healthy Hospitals, do której należy obecnie ponad 60 tys. placówek na świecie. Organizacja działa na rzecz implementacji energooszczędnych rozwiązań w szpitalach i edukuje w zakresie zielonych wyzwań służby zdrowia. W Polsce ten temat wciąż jest jednak stosunkowo rzadko podejmowany, o czym świadczy m.in. fakt, że do GGHH należą jedynie dwie polskie placówki. Są to Ortopedyczno-Rehabilitacyjny Szpital Kliniczny im W. Degi w Poznaniu oraz Wojewódzki Specjalistyczny Zespół Zakładów Opieki Zdrowotnej Chorób Płuc i Gruźlicy w Wolicy.

– Dane opublikowane w 2020 roku pokazują, że zielone szpitale to takie, które zmniejszają koszty operacyjne budynków o około 9 proc. i których wartość wzrasta o 7,5 proc. To są szpitale, które zwiększają swoje obłożenie o ponad 3 proc. Ale najważniejsza rzecz jest taka, że zachorowalność na choroby takie jak grypa, astma, bóle głowy u pacjentów, którzy są w tych szpitalach, zmniejsza się nawet o 87 proc. Tak więc te dane powinny przekonywać, że to jest właśnie pożądany kierunek 
– mówi prof. Iwona Kowalska-Bobko.
Jednym ze sposobów na zmniejszanie śladu węglowego systemu ochrony zdrowia jest szeroko pojmowana cyfryzacja. Chodzi m.in. o rezygnację z papieru i digitalizację obiegu dokumentów, usprawnienie zarządzania energią czy komunikacji z pacjentami.
 Przykładem jest chociażby cyfrowy triaż, do którego używa się cyfrowych kwestionariuszy wypełnianych przez pacjentów. Taki projekt wdrożono w Holandii, na bazie platformy VitalHealth – mówi Michał Kępowicz. – Dzięki możliwości przeprowadzenia cyfrowego triażu i zaobserwowania, czy pacjent powinien już trafić do szpitala, czy to może jeszcze nie jest ten moment, liczba hospitalizacji zmniejszyła się o ok. 30 proc., a liczba reoperacji spadła o 74 proc.
Do zazielenienia sektora ochrony zdrowia może się też przyczynić telemedycyna. Jak wynika z raportu „Zielone szpitale”, transformacja modelu opieki w czasie pandemii COVID-19 sprawiła, że w pewnym momencie nawet 45–55 proc. konsultacji odbywało się zdalnie jako uzupełnienie tradycyjnych wizyt u lekarza. To oznacza chociażby ograniczenie śladu węglowego związanego z transportem pacjenta do centrum medycznego.
 Według statystyk brytyjskiej służby zdrowia tradycyjne wizyty u lekarza generują około 30 mln ton CO2. Jedna wizyta to jest od 3,5 do 8 kg śladu węglowego. Dzięki telemedycynie taka tradycyjna wizyta w uzasadnionych przypadkach może zostać zastąpiona zdalną, dając pozytywny impakt dla ochrony zdrowia i zmniejszając zanieczyszczenie środowiska – mówi dyrektor ds. relacji strategicznych Philips Healthcare.
Jak wskazuje, w kontekście zielonej transformacji ochrony zdrowia równie ważnym aspektem jest gospodarka cyrkularna i ekoprojektowanie wyrobów medycznych tak, aby minimalizować ich późniejszy wpływ na środowisko. To aspekty dziś często pomijane i lekceważone w placówkach medycznych. Plagą sektora są miliony ton tworzyw sztucznych i jednorazowych narzędzi wykorzystywanych podczas zabiegów.
Na ten aspekt postanowiła zwrócić uwagę również Grupa LUX MED, która rocznie zużywa w swoich placówkach ponad 70 tys. 100-metrowych rolek prześcieradeł medycznych. Standardowy surowiec, z którego są produkowane, to celuloza – materiał pochodzący najczęściej z drzew iglastych. Dlatego w ubiegłym roku firma postanowiła zrezygnować z nich na rzecz podkładów medycznych produkowanych z użyciem makulatury. To pozwoliło ograniczyć zużycie naturalnego surowca, a przy tym okazało się, że podkłady z domieszką makulatury są też o 10 proc. tańsze. Inna kwestia to takie projektowanie sprzętu medycznego, by był przyjazny dla środowiska i nadawał się do renowacji lub też recyklingu. Z przytaczanych przez firmę Philips danych wynika, że 80 proc. wpływu produktu na środowisko określane jest na etapie projektowania.
 Coraz częściej tworzy się systemy i rozwiązania medyczne w oparciu o ekodesign, z myślą o tym, że to urządzenie ma być bardziej przyjazne dla środowiska. Takie rozwiązanie otrzymuje później tzw. ekopaszport, w którym jest napisane, że jest ono energooszczędne, z jakich materiałów jest zrobione, czy generuje substancje szkodliwe, czy jest to rozwiązanie tworzone w oparciu o gospodarkę obiegu zamkniętego etc. To jest właśnie kierunek, w którym powinna się zmieniać ochrona zdrowia, tzn. promować te rozwiązania, które są tworzone zgodnie z ideą ekodesignu i mają ekopaszporty – mówi Michał Kępowicz.

źródło: newseria

Koszty opieki zdrowotnej, związane ze zmianami klimatu i zanieczyszczeniem powietrza, szacuje się na ok. 820 mld dol. rocznie, a według Światowej Organizacji Zdrowia co roku zanieczyszczenie powietrza przyczynia się do 4,2 mln przedwczesnych zgonów – wynika z raportu „Zielone szpitale” UN Global Compact Network Poland. Tym samym zmiany klimatu stanowią olbrzymie obciążenie dla systemu opieki zdrowotnej.
Z drugiej strony ten sektor sam się do nich przyczynia, odpowiadając za 4,4 proc. globalnych emisji CO2 do atmosfery. W obecnym scenariuszu będą one ciągle rosnąć, by w 2050 roku osiągnąć poziom 6 gigaton rocznie. Koszty środowiskowe i finansowe pokazują, że konieczna jest zielona transformacja w szpitalach. Niektóre z nich są jednak w takim stanie, że może je czekać decyzja o zamknięciu.

 Sektor ochrony zdrowia musi przechodzić na zieloną ścieżkę, docelowo nie ma innego planu. Natomiast ta droga będzie długa i wyboista. Dane zaprezentowane w raporcie pokazują, że w Polsce co piąty szpital ma powyżej 70 lat, a połowa została wybudowana w latach 60.–70. ubiegłego wieku. Tak więc to nie są placówki, które łatwo będzie transformować w zielonym kierunku – mówi dr hab. Iwona Kowalska-Bobko, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, dyrektor Instytutu Zdrowia Publicznego, Wydział Nauk o Zdrowiu, Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego.
Dane przytaczane w raporcie wskazują, że większość szpitali odznacza się wysoką energochłonnością, emitując średnio 2,5 raza więcej gazów cieplarnianych niż inne budynki komercyjne. Wynika to z faktu, że na etapie projektowania budynków nie uwzględniono wydajności energetycznej, a liczba specjalistycznego wyposażenia wymaga dodatkowego zużycia energii i chłodzenia.  

– Infrastruktura szpitalna, którą mamy w Polsce, wskazuje, że na poziomie centralnym należałoby podjąć jakieś decyzje dotyczące jej modernizacji –
 ocenia prof. Iwona Kowalska-Bobko. – Czeka nas odpowiedź m.in. na pytanie, czy ta infrastruktura nie jest za duża, czy nie mamy za dużo łóżek szpitalnych, jak ją zmienić, jak konsolidować dostępność do świadczeń zdrowotnych w dużych ośrodkach miejskich. Przykładem jest wojskowy szpital w Krakowie, który mieści się w centrum miasta i ma około 100 lat. To jest czas na to, żeby się zastanowić, czy nie powinien zostać zamknięty. Biorąc pod uwagę wystarczającą dostępność szpitali i łóżek na terenie miasta, jestem przekonana, że nie byłoby to aż takie złe rozwiązanie. W Bytomiu na jednej ulicy są trzy szpitale, więc pytanie, czy nas stać na to, żeby utrzymywać tak rozbudowaną, kosztowną infrastrukturę, np. nie zamieniając jej na jeden nowoczesny szpital spełniający warunki zielonego szpitala na obrzeżach miasta.

– Tu za przykład może posłużyć Wielka Brytania, gdzie powstały już dokumenty strategiczne i wyznaczono cele, do których brytyjska ochrona zdrowia chce zmierzać – 
dodaje Michał Kępowicz, dyrektor ds. relacji strategicznych Philips Healthcare. – Z naszego regionu Europy Środkowo-Wschodniej można z kolei wskazać Czechy, które w swoich zamówieniach publicznych stosują konkretne zielone kryteria, po to, aby promować chociażby energooszczędność.
Zielony szpital to taki, który promuje zdrowie publiczne i zabezpiecza interesy zdrowotne lokalnej populacji, a z drugiej strony zmniejsza swój wpływ na środowisko dzięki właściwemu zarządzaniu, zrównoważonym łańcuchom dostaw i poprawie efektywności energetycznej. Do najważniejszych inicjatyw i inwestycji, które mogą zazielenić placówkę medyczną, należą termomodernizacja, wymiana przestarzałych źródeł ciepła, stolarki okiennej i drzwiowej, instalacja odnawialnych źródeł i magazynów energii, zielone otoczenie, odpowiedni recykling odpadów i zmiana w łańcuchach dostaw. Jak wynika z raportu „Zielone szpitale”, opracowanego przez UN Global Compact Network Poland we współpracy z firmą Philips, aż 71 proc. całkowitych emisji gazów cieplarnianych w sektorze opieki zdrowotnej pochodzi z łańcucha dostaw, czyli m.in. produkcji i transportu leków, urządzeń medycznych, jedzenia i wyposażenia dla szpitali.
– W ochronie zdrowia najwięcej emisji gazów cieplarnianych pochodzi z ogrzewania i zużycia prądu. Właśnie w tym zakresie będziemy planowali podjąć działania, żeby zmniejszyć emisję, czyli będą to różnego rodzaju przedsięwzięcia związane z dostosowaniem budynków do tego, żeby pochłaniały mniej energii – mówi Joanna Węgrzynowska, manager ds. ESG w Grupie LUX MED.
Jak podkreśla, placówki sektora prywatnego również mają dużą rolę do odegrania w tym procesie. LUX MED przyjął strategię, zgodnie z którą do 2025 roku zamierza zredukować emisję gazów cieplarnianych o 40 proc. względem 2019 roku, a do 2040 roku dojść do zeroemisyjności. 
Przykłady podawane w raporcie „Zielone szpitale” pokazują, że szpitale mają do wyboru wiele różnych proekologicznych inwestycji. Wymiana świetlówek na oprawy LED-owe czy termomodernizacja może się przełożyć – w zależności od stanu budynku – na redukcję zużycia energii nawet o 20 do 60 proc., przy okazji zmniejszając koszty utrzymania. Z kolei po zainstalowaniu paneli słonecznych na dachu budynku Samodzielnego Publicznego Szpitala Klinicznego nr 1 w Szczecinie w ciągu zaledwie czterech miesięcy udało się zredukować wytwarzanie CO2 o ponad 305 t, a oszczędności wyniosły blisko 400 tys. zł.
Zielone szpitale zrzesza sieć Global Green and Healthy Hospitals, do której należy obecnie ponad 60 tys. placówek na świecie. Organizacja działa na rzecz implementacji energooszczędnych rozwiązań w szpitalach i edukuje w zakresie zielonych wyzwań służby zdrowia. W Polsce ten temat wciąż jest jednak stosunkowo rzadko podejmowany, o czym świadczy m.in. fakt, że do GGHH należą jedynie dwie polskie placówki. Są to Ortopedyczno-Rehabilitacyjny Szpital Kliniczny im W. Degi w Poznaniu oraz Wojewódzki Specjalistyczny Zespół Zakładów Opieki Zdrowotnej Chorób Płuc i Gruźlicy w Wolicy.

– Dane opublikowane w 2020 roku pokazują, że zielone szpitale to takie, które zmniejszają koszty operacyjne budynków o około 9 proc. i których wartość wzrasta o 7,5 proc. To są szpitale, które zwiększają swoje obłożenie o ponad 3 proc. Ale najważniejsza rzecz jest taka, że zachorowalność na choroby takie jak grypa, astma, bóle głowy u pacjentów, którzy są w tych szpitalach, zmniejsza się nawet o 87 proc. Tak więc te dane powinny przekonywać, że to jest właśnie pożądany kierunek 
– mówi prof. Iwona Kowalska-Bobko.
Jednym ze sposobów na zmniejszanie śladu węglowego systemu ochrony zdrowia jest szeroko pojmowana cyfryzacja. Chodzi m.in. o rezygnację z papieru i digitalizację obiegu dokumentów, usprawnienie zarządzania energią czy komunikacji z pacjentami.
 Przykładem jest chociażby cyfrowy triaż, do którego używa się cyfrowych kwestionariuszy wypełnianych przez pacjentów. Taki projekt wdrożono w Holandii, na bazie platformy VitalHealth – mówi Michał Kępowicz. – Dzięki możliwości przeprowadzenia cyfrowego triażu i zaobserwowania, czy pacjent powinien już trafić do szpitala, czy to może jeszcze nie jest ten moment, liczba hospitalizacji zmniejszyła się o ok. 30 proc., a liczba reoperacji spadła o 74 proc.
Do zazielenienia sektora ochrony zdrowia może się też przyczynić telemedycyna. Jak wynika z raportu „Zielone szpitale”, transformacja modelu opieki w czasie pandemii COVID-19 sprawiła, że w pewnym momencie nawet 45–55 proc. konsultacji odbywało się zdalnie jako uzupełnienie tradycyjnych wizyt u lekarza. To oznacza chociażby ograniczenie śladu węglowego związanego z transportem pacjenta do centrum medycznego.
 Według statystyk brytyjskiej służby zdrowia tradycyjne wizyty u lekarza generują około 30 mln ton CO2. Jedna wizyta to jest od 3,5 do 8 kg śladu węglowego. Dzięki telemedycynie taka tradycyjna wizyta w uzasadnionych przypadkach może zostać zastąpiona zdalną, dając pozytywny impakt dla ochrony zdrowia i zmniejszając zanieczyszczenie środowiska – mówi dyrektor ds. relacji strategicznych Philips Healthcare.
Jak wskazuje, w kontekście zielonej transformacji ochrony zdrowia równie ważnym aspektem jest gospodarka cyrkularna i ekoprojektowanie wyrobów medycznych tak, aby minimalizować ich późniejszy wpływ na środowisko. To aspekty dziś często pomijane i lekceważone w placówkach medycznych. Plagą sektora są miliony ton tworzyw sztucznych i jednorazowych narzędzi wykorzystywanych podczas zabiegów.
Na ten aspekt postanowiła zwrócić uwagę również Grupa LUX MED, która rocznie zużywa w swoich placówkach ponad 70 tys. 100-metrowych rolek prześcieradeł medycznych. Standardowy surowiec, z którego są produkowane, to celuloza – materiał pochodzący najczęściej z drzew iglastych. Dlatego w ubiegłym roku firma postanowiła zrezygnować z nich na rzecz podkładów medycznych produkowanych z użyciem makulatury. To pozwoliło ograniczyć zużycie naturalnego surowca, a przy tym okazało się, że podkłady z domieszką makulatury są też o 10 proc. tańsze. Inna kwestia to takie projektowanie sprzętu medycznego, by był przyjazny dla środowiska i nadawał się do renowacji lub też recyklingu. Z przytaczanych przez firmę Philips danych wynika, że 80 proc. wpływu produktu na środowisko określane jest na etapie projektowania.
 Coraz częściej tworzy się systemy i rozwiązania medyczne w oparciu o ekodesign, z myślą o tym, że to urządzenie ma być bardziej przyjazne dla środowiska. Takie rozwiązanie otrzymuje później tzw. ekopaszport, w którym jest napisane, że jest ono energooszczędne, z jakich materiałów jest zrobione, czy generuje substancje szkodliwe, czy jest to rozwiązanie tworzone w oparciu o gospodarkę obiegu zamkniętego etc. To jest właśnie kierunek, w którym powinna się zmieniać ochrona zdrowia, tzn. promować te rozwiązania, które są tworzone zgodnie z ideą ekodesignu i mają ekopaszporty – mówi Michał Kępowicz.

źródło: newseria

– Poziom inflacji w skali roku osiągnął już pułap dwucyfrowy. Ceny rosną w zastraszającym tempie, a Narodowy Fundusz Zdrowia drastycznie obniża nam taryfy? Czy to jest nowy sposób rządu na walkę z inflacją? – pyta nieco ironicznie prezes OZŚWM Robert Suchanke i ubolewa, że w całym procesie „usprawniania” sytuacji pacjentów dotychczas wentylowanych mechanicznie w warunkach domowych, nikt nie zapytał ich, czy chcą wrócić do szpitali, a taka będzie właśnie konsekwencja wejścia w życie zarządzenia.
Od listopada ubiegłego roku, kiedy to Rada ds. Taryfikacji opublikowała opinię dotyczącą raportu AOTMiT, rekomendującą obniżenie wyceny domowej nieinwazyjnej wentylacji mechanicznej odpowiednio o 16, 29 i 62 proc. w stosunku do aktualnie obowiązujących stawek, Ogólnopolski Związek Świadczeniodawców Wentylacji Mechanicznej (OZŚWM) zwracał uwagę, że wyliczenia powstały w oparciu o nieprawdziwe i nierzetelne dane, a nowe stawki świadczenia kształtują się poniżej kosztów jego wykonania. Przedstawiciele OZŚWM ostrzegali wtedy, że tak radykalne obniżki mogą skutkować utratą płynności finansowej świadczeniodawców i koniecznością zamknięcia przez nich działalności w tym obszarze. Czyli, że w praktyce będzie to oznaczać początek końca tego świadczenia. A kilka tysięcy pacjentów korzystających z respiratorów w domu, jak szacuje prezes OZŚWM, lek. med. Robert Suchanke, po 1 maja zostanie pozbawionych finansowania, a dla kolejnych – nowych, nie będzie w systemie miejsca.
 
Czy w NFZ rozumieją prawa ekonomii?
– Poziom inflacji w skali roku osiągnął już pułap dwucyfrowy. Ceny rosną w zastraszającym tempie, a Narodowy Fundusz Zdrowia drastycznie obniża nam taryfy? Czy to jest nowy sposób rządu na walkę z inflacją? – pyta nieco ironicznie prezes Robert Suchanke i ubolewa, że w całym procesie „usprawniania” sytuacji pacjentów dotychczas wentylowanych mechanicznie w warunkach domowych, nikt nie zapytał ich, czy chcą wrócić do szpitali, a taka będzie właśnie konsekwencja wejścia w życie zarządzenia.

Prezes Suchanke zwraca jednocześnie uwagę, że po zmianie planu finansowego na ten rok, Narodowy Fundusz Zdrowia otrzymał dodatkowe 9,1 mld zł. Ponad 5 mld zł tej kwoty zostało przeznaczone na leczenie szpitalne, kolejne 2 miliardy na ambulatoryjną opiekę specjalistyczną. – Jeśli przeanalizujemy, że budżet na świadczenia pielęgnacyjne i opiekuńcze w ramach opieki długoterminowej zwiększy się jedynie o 114,19 milionów złotych, to nie mamy złudzeń, jak traktowani są przez rząd pacjenci wymagający opieki długoterminowej i tym samym jak wyceniane będą świadczenia w tym zakresie – mówi z żalem dr Robert Suchanke i wylicza, że co prawda od kwietnia wysokość kontraktów wzrosła o 4,5 procenta, ale jednocześnie został zlikwidowany dodatek covidowy w wysokości 3 procent wartości świadczenia. – Świadczeniodawcy dostali zatem o 1,5 procenta więcej, ale tylko przez jeden miesiąc, bo od 1 maja zaczną otrzymywać odpowiednio o 62, 29 i 16 procent mniej. Jakim cudem półtoraprocentowy wzrost na inwazyjną wentylację mechaniczną ma zrekompensować tak drastyczne obniżki taryf na wentylację nieinwazyjną? Czy w NFZ zdają sobie sprawę, jakie niesie to konsekwencje? Chyba nie bardzo, bo właśnie kończy się czwarty miesiąc nowego roku, a wojewódzkie oddziały Funduszu nadal zwlekają z rozliczeniem nadlimitów za rok ubiegły. Jeżeli członkowie OZŚWM dostają propozycje rozliczenia to zazwyczaj na poziomie 30-40% wartości zrealizowanych nadwykonań. – i dodaje –  Czy Minister Zdrowia zdaje sobie sprawę, że zachowując dalej bierną postawę spowoduje, że świadczenie, które przez 20 lat z sukcesem się rozwijało, praktycznie zostanie zablokowane?
 
Czy NFZ znowu realizuje w Polsce politykę zdrowotną?
11 marca w Ministerstwie Zdrowia odbyło się spotkanie ministra Macieja Miłkowskiego z przedstawicielami Związku w sprawie projektu zakładającego obniżenie stawek. W spotkaniu uczestniczył także Prezes Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji, Roman Topór-Mądry. Zgodnie z ustaleniami strony mają wypracować nowy, mniej kosztotwórczy model świadczenia nieinwazyjnej wentylacji domowej. Rozpoczęto również prace nad stworzeniem nowych kryteriów kwalifikacji pacjentów. Przedstawiciele OZŚWM zaapelowali jednocześnie, by do czasu wypracowania nowego modelu świadczenia zatrzymać prace nad projektem zarządzenia, które miało wejść w życie 1 maja. Tymczasem na kilka dni przed tą datą prezes NFZ, ignorując wszelkie prowadzone działania, właśnie opublikował jego treść.

Sytuacja dla nas jest niezrozumiała – dodaje Marcin Warzecha, sekretarz Zarządu OZŚWM. – To przecież sam minister Miłkowski zainicjował w marcu nasze prace z AOTMiT-em nad wypracowaniem nowego, mniej kosztownego modelu świadczenia. Natychmiast przystąpiliśmy do współpracy, posuwamy się naprzód, ale potrzebujemy czasu. Materiał wyjściowy, jaki otrzymaliśmy z Agencji, był szkieletem, który wymagał wielu godzin pracy i nie uwzględniał tak kluczowych, dla zmian modelu świadczenia, elementów jak np. telemonitoring.

Od ponad miesiąca pracujemy wspólnie z AOTMiT-em nad przygotowaniem nowego modelu świadczenia dla pacjentów wentylowanych nieinwazyjnie w warunkach domowych, gdy w tym samym czasie prezes NFZ publikuje zarządzenie, obniżające radykalnie od 1 maja taryfy, które obowiązują od 2016 roku i przez ostatnie 6 lat nie były waloryzowane. Kto i dlaczego podjął decyzję o wprowadzeniu nowych taryf? – pyta dr Suchanke.
 
Kto odpowie za paraliż szpitali?
Postawieni pod ścianą przedstawiciele OZŚWM zaapelowali do ministrów Niedzielskiego i Miłkowskiego o pilne wycofanie zarządzenia NFZ zanim – ich zdaniem – doprowadzi ono do katastrofy, której pierwszą ofiarą będą pacjenci i ich rodziny.

Dziwi nas, jak można jednocześnie pracować, pod nadzorem Ministra Zdrowia, nad zmianą modelu świadczenia ratującego życie, a równolegle ogłaszać tak radykalną obniżkę taryf. Ich wprowadzenie doprowadzi do natychmiastowego wstrzymania przyjęć do wentylacji domowej nowych pacjentów. Będziemy także musieli pomyśleć, co zrobić z tymi, którzy już są pod naszą opieką, ale nie są objęci obowiązującym kontraktem NFZ tylko są rozliczani w ramach aneksów – podsumowują.
 
źródło: OZŚWM
– Poziom inflacji w skali roku osiągnął już pułap dwucyfrowy. Ceny rosną w zastraszającym tempie, a Narodowy Fundusz Zdrowia drastycznie obniża nam taryfy? Czy to jest nowy sposób rządu na walkę z inflacją? – pyta nieco ironicznie prezes OZŚWM Robert Suchanke i ubolewa, że w całym procesie „usprawniania” sytuacji pacjentów dotychczas wentylowanych mechanicznie w warunkach domowych, nikt nie zapytał ich, czy chcą wrócić do szpitali, a taka będzie właśnie konsekwencja wejścia w życie zarządzenia.
Od listopada ubiegłego roku, kiedy to Rada ds. Taryfikacji opublikowała opinię dotyczącą raportu AOTMiT, rekomendującą obniżenie wyceny domowej nieinwazyjnej wentylacji mechanicznej odpowiednio o 16, 29 i 62 proc. w stosunku do aktualnie obowiązujących stawek, Ogólnopolski Związek Świadczeniodawców Wentylacji Mechanicznej (OZŚWM) zwracał uwagę, że wyliczenia powstały w oparciu o nieprawdziwe i nierzetelne dane, a nowe stawki świadczenia kształtują się poniżej kosztów jego wykonania. Przedstawiciele OZŚWM ostrzegali wtedy, że tak radykalne obniżki mogą skutkować utratą płynności finansowej świadczeniodawców i koniecznością zamknięcia przez nich działalności w tym obszarze. Czyli, że w praktyce będzie to oznaczać początek końca tego świadczenia. A kilka tysięcy pacjentów korzystających z respiratorów w domu, jak szacuje prezes OZŚWM, lek. med. Robert Suchanke, po 1 maja zostanie pozbawionych finansowania, a dla kolejnych – nowych, nie będzie w systemie miejsca.
 
Czy w NFZ rozumieją prawa ekonomii?
– Poziom inflacji w skali roku osiągnął już pułap dwucyfrowy. Ceny rosną w zastraszającym tempie, a Narodowy Fundusz Zdrowia drastycznie obniża nam taryfy? Czy to jest nowy sposób rządu na walkę z inflacją? – pyta nieco ironicznie prezes Robert Suchanke i ubolewa, że w całym procesie „usprawniania” sytuacji pacjentów dotychczas wentylowanych mechanicznie w warunkach domowych, nikt nie zapytał ich, czy chcą wrócić do szpitali, a taka będzie właśnie konsekwencja wejścia w życie zarządzenia.

Prezes Suchanke zwraca jednocześnie uwagę, że po zmianie planu finansowego na ten rok, Narodowy Fundusz Zdrowia otrzymał dodatkowe 9,1 mld zł. Ponad 5 mld zł tej kwoty zostało przeznaczone na leczenie szpitalne, kolejne 2 miliardy na ambulatoryjną opiekę specjalistyczną. – Jeśli przeanalizujemy, że budżet na świadczenia pielęgnacyjne i opiekuńcze w ramach opieki długoterminowej zwiększy się jedynie o 114,19 milionów złotych, to nie mamy złudzeń, jak traktowani są przez rząd pacjenci wymagający opieki długoterminowej i tym samym jak wyceniane będą świadczenia w tym zakresie – mówi z żalem dr Robert Suchanke i wylicza, że co prawda od kwietnia wysokość kontraktów wzrosła o 4,5 procenta, ale jednocześnie został zlikwidowany dodatek covidowy w wysokości 3 procent wartości świadczenia. – Świadczeniodawcy dostali zatem o 1,5 procenta więcej, ale tylko przez jeden miesiąc, bo od 1 maja zaczną otrzymywać odpowiednio o 62, 29 i 16 procent mniej. Jakim cudem półtoraprocentowy wzrost na inwazyjną wentylację mechaniczną ma zrekompensować tak drastyczne obniżki taryf na wentylację nieinwazyjną? Czy w NFZ zdają sobie sprawę, jakie niesie to konsekwencje? Chyba nie bardzo, bo właśnie kończy się czwarty miesiąc nowego roku, a wojewódzkie oddziały Funduszu nadal zwlekają z rozliczeniem nadlimitów za rok ubiegły. Jeżeli członkowie OZŚWM dostają propozycje rozliczenia to zazwyczaj na poziomie 30-40% wartości zrealizowanych nadwykonań. – i dodaje –  Czy Minister Zdrowia zdaje sobie sprawę, że zachowując dalej bierną postawę spowoduje, że świadczenie, które przez 20 lat z sukcesem się rozwijało, praktycznie zostanie zablokowane?
 
Czy NFZ znowu realizuje w Polsce politykę zdrowotną?
11 marca w Ministerstwie Zdrowia odbyło się spotkanie ministra Macieja Miłkowskiego z przedstawicielami Związku w sprawie projektu zakładającego obniżenie stawek. W spotkaniu uczestniczył także Prezes Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji, Roman Topór-Mądry. Zgodnie z ustaleniami strony mają wypracować nowy, mniej kosztotwórczy model świadczenia nieinwazyjnej wentylacji domowej. Rozpoczęto również prace nad stworzeniem nowych kryteriów kwalifikacji pacjentów. Przedstawiciele OZŚWM zaapelowali jednocześnie, by do czasu wypracowania nowego modelu świadczenia zatrzymać prace nad projektem zarządzenia, które miało wejść w życie 1 maja. Tymczasem na kilka dni przed tą datą prezes NFZ, ignorując wszelkie prowadzone działania, właśnie opublikował jego treść.

Sytuacja dla nas jest niezrozumiała – dodaje Marcin Warzecha, sekretarz Zarządu OZŚWM. – To przecież sam minister Miłkowski zainicjował w marcu nasze prace z AOTMiT-em nad wypracowaniem nowego, mniej kosztownego modelu świadczenia. Natychmiast przystąpiliśmy do współpracy, posuwamy się naprzód, ale potrzebujemy czasu. Materiał wyjściowy, jaki otrzymaliśmy z Agencji, był szkieletem, który wymagał wielu godzin pracy i nie uwzględniał tak kluczowych, dla zmian modelu świadczenia, elementów jak np. telemonitoring.

Od ponad miesiąca pracujemy wspólnie z AOTMiT-em nad przygotowaniem nowego modelu świadczenia dla pacjentów wentylowanych nieinwazyjnie w warunkach domowych, gdy w tym samym czasie prezes NFZ publikuje zarządzenie, obniżające radykalnie od 1 maja taryfy, które obowiązują od 2016 roku i przez ostatnie 6 lat nie były waloryzowane. Kto i dlaczego podjął decyzję o wprowadzeniu nowych taryf? – pyta dr Suchanke.
 
Kto odpowie za paraliż szpitali?
Postawieni pod ścianą przedstawiciele OZŚWM zaapelowali do ministrów Niedzielskiego i Miłkowskiego o pilne wycofanie zarządzenia NFZ zanim – ich zdaniem – doprowadzi ono do katastrofy, której pierwszą ofiarą będą pacjenci i ich rodziny.

Dziwi nas, jak można jednocześnie pracować, pod nadzorem Ministra Zdrowia, nad zmianą modelu świadczenia ratującego życie, a równolegle ogłaszać tak radykalną obniżkę taryf. Ich wprowadzenie doprowadzi do natychmiastowego wstrzymania przyjęć do wentylacji domowej nowych pacjentów. Będziemy także musieli pomyśleć, co zrobić z tymi, którzy już są pod naszą opieką, ale nie są objęci obowiązującym kontraktem NFZ tylko są rozliczani w ramach aneksów – podsumowują.
 
źródło: OZŚWM
Choroba Alzheimera już jest jedną z najbardziej obciążających chorób zarówno dla pacjentów i ich rodzin, jak też dla całego społeczeństwa. Według analiz przeprowadzonych przez firmę PEX PharmaSeqence większość kosztów związanych z chorobą Alzheimera ponoszą rodziny pacjentów. Wydatki związane z chorobą w najbliższych latach będą się zwiększać proporcjonalnie do tempa starzenia się społeczeństwa, a liczba chorych w ciągu najbliższych 30 lat liczba może się podwoić.
Narastające zjawisko „silver tsunami” spowoduje, że coraz większym problemem stają się schorzenia, których częstotliwość występowania rośnie wraz z wiekiem, stawiając nowe wyzwania dla polskiego systemu ochrony zdrowia. Wśród nich jednym z największych wyzwań będą choroby otępienne, a wśród nich odpowiadająca za 50-70% przypadków tych chorób, choroba Alzheimera.
 
DANE Z RAPORTU PEX PHARMASEQUENCE„CHOROBA ALZHEIMERA. WYZWANIE ZDROWOTNE ORAZ EKONOMICZNE OBCIĄŻENIE W STARZEJĄCYM SIĘ SPOŁECZEŃSTWIE”
 
 
CHOROBA ALZHEIMERA TO CHOROBA, NA KTÓRĄ CIERPI CAŁA RODZINA. JEDEN CHORY PACJENT ŚREDNIO OBCIĄŻA CHOROBĄ 2 SPOKREWNIONE RODZINY. W Polsce około 92 proc. osób z chorobą Alzheimera przebywa pod opieką rodziny. W około 44 proc. rodzin opieką zajmuje się wyłącznie jeden członek rodziny, a w 26 proc. dwie osoby bliskie. Obowiązek zajmowania się chorym spoczywa głównie na córkach. W Polsce opiekunem chorego jest najczęściej osoba w wieku od 50 do 60 lat, czyli wciąż aktywna zawodowo, która w pewnym momencie z powodu opieki nad  bliskim chorym na Alzheimera musi zrezygnować z pracy. Ma to bezpośrednie przełożenie na sytuację ekonomiczną rodziny.

To rodziny pacjentów i ich opiekunów najbardziej dotkliwie odczuwają skutki choroby – zarówno z powodu częściowego lub całkowitego wyłączenia z życia zawodowego i społecznego, obciążeń psychicznych i fizycznych, a także  stygmatyzacji, która często dotyka zarówno pacjenta, jak i jego bliskich. Na cele medyczne, głównie leki i specjalistyczne artykuły higieniczne, pacjenci i ich opiekunowie wydają od 1 tys. zł do ponad 2,5 tys. zł w ciągu trzech miesięcy. Oznacza to, że średnio nawet co trzecia renta lub emerytura jest przeznaczana wyłącznie na zaspokojenie potrzeb zdrowotnych chorego[1].

Koszty społeczne i obciążenia ekonomiczne są ogromne. Łączne roczne koszty pośrednie i bezpośrednie ponoszone w związku z chorobą Alzheimera wynoszą̨ ponad 11 miliardów złotych. Na kwotę te składają się koszty medyczne i niemedyczne ponoszone przez pacjentów i ich opiekunów, które wynoszą niemal 5,4 mld, a także koszty pośrednie ponoszone w związku z utraconą produktywnością pacjentów oraz utraconymi dochodami ich opiekunów, które łącznie dają kwotę 5,7 mld zł.

W raporcie, który dziś zaprezentowaliśmy podjęliśmy próbę  oszacowania kosztów opieki ponoszonych przez polskich pacjentów i ich opiekunów oraz wpływu choroby na gospodarkę. Zagadnienia te są istotne z uwagi na fakt, że dotychczasowe analizy kosztów tej choroby zawężane są do perspektywy obciążeń związanych jedynie z wydatkami ze środków publicznych. Zawężenie perspektywy ekonomicznej jedynie do kosztów medycznych jest istotną przyczyną zajmowania przez choro Alzheimera odległych miejsc w priorytetach polskiego systemu ochrony zdrowia. Biorąc pod uwagę narastającą skalę problemu powinno się to zmienić” – zaznacza lek. med. Tomasz Kiełczewski Dyrektor Konsultingu PEX PharmaSequence autor raportu.

Koszty opieki nad chorym i obciążenie opiekunów rosną wraz z postępem choroby. Na początku choroby pacjent wymaga nieznacznej pomocy. Z czasem stopniowo przestaje być samodzielny, aż wreszcie wymaga całodobowej opieki. Problemem jest zmęczenie i wypalenie opiekunów, które spowodowane jest ograniczonym dostępem do placówek opieki dziennej i całodobowej, hospicjów, a także niedostateczna liczba przeszkolonych kadr medycznych i opiekuńczych – uważa Zbigniew Tomczak, przewodniczący Zarządu Polskiego Stowarzyszenia Pomocy Osobom z Chorobą Alzheimera, który opiekuje się żoną chorą na alzheimera.

Sytuacja opiekunów chorych w Polsce istotnie odbiega od tej, jaka jest w wielu krajach Europy. Ograniczone możliwości finansowe sprawiają, że niewiele rodzin stać jest na to, aby ich bliski mógł korzystać z oferty ośrodków opieki dla pacjentów z chorobą Alzheimera. Wsparcie terapeutyczne i społeczne ze strony państwa jest niewielkie. Do tego dochodzą uwarunkowania kulturowe – niechętnie oddajemy członka rodziny pod opiekę domu opieki społecznej.

Opiekun osoby chorej na chorobę Alzheimera odczuwa obciążenie psychiczne wraz z wystąpieniem pierwszych objawów u podopiecznego, często zanim zostanie postawiona diagnoza. Osoba chora staje się ona niesympatyczna, roszczeniowa, podejrzliwa, czasami pobudzona, bywa też agresywna lub wycofana. Potrafi być przykra dla bliskich. To wszystko sprawia, że opiekun żyje w ciągłym stresie. Nie jest w stanie przewidzieć, jak zachowa się chory. Czuje, że sam nie radzi sobie z opieką nad chorym. Przewlekły stres sprzyja chorobom układu krążenia, otyłości, schorzeniom psychiczny, głównie prowadzi do zaburzeń nastroju i zaburzeń lękowych, zmniejsza odporność na infekcje. Opiekun jest też wyczerpany fizycznie. Zajmuje się bowiem osobą, która może wymagać pomocy podczas ubierania, jedzenia, codziennej toalety, a wielu chorych nie jest chętnych do współpracy i stawia opór przy wykonywaniu tych czynności.

Choroba Alzheimera, charakteryzuje się postępującymi zaburzenia pamięci i innych funkcji poznawczych, które po kilku latach trwania prowadzą do nieodwracalnej degradacji intelektualnej i fizycznej. Tylko w początkowym etapie choroby pacjenci mogą, przynajmniej częściowo, funkcjonować samodzielnie, z czasem wymagają coraz większego zaangażowania innych osób w codzienne wsparcie i opiekę. Obecnie leczenie choroby Alzheimera polega na stosowaniu leków objawowych oraz różnych form terapii wspierającej pacjenta i opiekuna. Ostatnio zarejestrowano w USA pierwszy lek o działaniu przyczynowym – wskazuje prof. dr hab. med. Agnieszka Słowik, konsultant krajowy w dziedzinie neurologii, kierownik Katedry i Kliniki Neurologii Uniwersytetu Jagiellońskiego Collegium Medicum.
 
CZAS POSTAWIENIA DIAGNOZY MA FUNDAMENTALNE ZNACZENIE. Aż 80 proc. pacjentów z chorobą Alzheimera nie ma postawionej diagnozy, co w praktyce oznacza, że nie są oni leczeni ani nie mają szansy na skorzystanie z terapii spowalniających przebieg choroby. Niezbędne jest więc opracowanie i wdrożenie systemu badań przesiewowych, które pozwoliłyby wcześnie wykryć chorobę i wcześnie rozpocząć leczenie. Opóźnienie diagnozy lub jej brak będą odbierać pacjentowi dostęp do leczenia spowalniającego przebieg choroby w momencie, kiedy takie terapie będą już dostępne w Polsce.

Czas nie jest sprzymierzeńcem choroby. W Polsce średnio od zgłoszenia się pacjenta do lekarza POZ do rozpoznania choroby Alzheimera upływa 24 miesiące. To jeden z najgorszych wyników w Europie. Tymczasem poprawa wczesnej diagnostyki i szybkie wdrożenie farmakoterapii pomogłoby średnio o dwa lata wydłużyć czas samodzielnego funkcjonowania chorego i zmniejszyć liczbę osób w najbardziej nasilonych stadiach otępienia.

Wczesna diagnoza i leczenie mają ogromny, pozytywny wpływ na przebieg choroby oraz lepsze efekty zdrowotne i racjonalizację kosztów. Inwestycje w badania i poprawę opieki nad chorymi z chorobami neurologicznymi nie tylko zwiększą oczekiwaną długość życia i zmniejszą cierpienie, ale również przyniosą znaczące oszczędności w zakresie systemów ochrony zdrowia i opieki socjalnej. Uwzględnienie istotnych kosztów społecznych choroby Alzheimera powinno być elementem procesów decyzyjnych dotyczących finansowania publicznego i ustalania cen interwencji zdrowotnych – podkreśla dr Małgorzata Gałązka-Sobotka, dziekan Centrum Kształcenia Podyplomowego, dyrektor Instytutu Zarządzania w Ochronie Zdrowia oraz Center of Value Based Healthcare, Uczelnia Łazarskiego.

Brakuje systemowych rozwiązań odpowiadających potrzebom osób z chorobą Alzheimera, a system opieki zdrowotnej traktuje tę grupę chorych, stosując standardy leczenia stosowane wobec ogółu osób starszych.

– Dane demograficzne w wielu krajach wyraźnie wskazują, że ogólna liczba osób żyjących z demencją będzie nadal znacząco wzrastać. Jeśli te prognozy okażą się trafne, do 2050 r. liczba osób wymagających leczenia, opieki i wsparcia może się podwoić. Organizacje alzheimerowskie od lat zwracają uwagę na rosnącą populację ludzi starszych w Europie, w tym osób z demencją. Podkreślają również istotę problemu starzejącego się społeczeństwa. W efekcie systemy opieki zdrowotnej i społecznej będą wymagały znacznej inwestycji w usługi, a społeczeństwa będą musiały dostosować się do życia/współżycia z chorymi z demencją w swoim otoczeniu. Wymaga to między innymi zmiany sposobu myślenia o chorobie – podkreśla
dr n.o zdr. Edyta Ekwińska, wiceprezes Alzheimer Polska.

Z najnowszego raportu nt. choroby Alzheimera wynika, że większość lekarzy POZ nie przeprowadza badania stanu funkcji poznawczych pacjenta w wieku senioralnym. Stąd tak niski poziom wykrywalności choroby Alzheimera w Polsce. U nas wykrywamy to schorzenie jedynie u 20 proc. chorych, a na świecie – u 45 proc. chorych.

– Już na etapie lekarza rodzinnego konieczne jest zwiększenie czujności na wczesne objawy i skierowanie pacjenta do poradni specjalistycznej w celu weryfikacji rozpoznania. Tymczasem z danych NFZ wynika, że w 2019 r. z opieki finansowanej przez płatnika publicznego korzystało tylko 236,3 tys. pacjentów z rozpoznaniem choroby Alzheimera i innych chorób pokrewnych. Większość pacjentów, którym udzielono minimum jednego świadczenia finansowanego ze środków publicznych, była pod opieką jedynie lekarza rodzinnego i nie korzystała z ambulatoryjnej lub szpitalnej opieki specjalistycznej. W 2019 r. najwięcej pacjentów, bo ponad 62 proc., skorzystało z opieki POZ, niespełna 16 proc. chorych miało konsultacje specjalistyczne w ramach AOS, a z konsultacji psychiatrycznej skorzystało ok. 14 proc. – przypomina dr Małgorzata Gałązka-Sobotka.

Niezbędne jest wprowadzenie badań przesiewowych – testu zegara oraz skali oceny stanu psychicznego, a do przedobjawowego wykrycia choroby wykorzystywane są biomarkery oraz badania genetyczne. Z kolei techniki obrazowania mózgu pozwalają na stwierdzenie obecności złogów białkowych korelujących z utratą pamięci. – Biorąc pod uwagę to, że ubytki w mózgu zaczynają powstawać na długo przed tym, zanim pojawiają się pierwsze objawy choroby, częstsze sięganie po te metody pozwoli na szybką identyfikację pacjentów dotkniętych chorobą Alzheimera. Pozwoli to także na wstrzymanie lub istotne spowolnienie przebiegu choroby u tych pacjentów – uważa prof. dr hab. n. med. Konrad Rejdak, prezes Polskiego Towarzystwa Neurologicznego.

Zdaniem Zbigniewa Tomczaka konieczne jest nie tylko zwiększenie dostępności do diagnostycznych testów przesiewowych i leczenia, ale też pogłębienie i upowszechnienie specjalistycznej wiedzy medycznej i profilaktycznej, wprowadzenie standaryzacji badań, profesjonalizacji opieki, racjonalizacji kosztów i zapewnienie stabilności świadczeń. – Ministerstwo Zdrowia oraz Ministerstwo Rodziny i Polityki Społecznej powinny stworzyć jednolity system, aby zmniejszyć zarówno zachorowalność na Alzheimera, jak i tempo przyrostu osób chorych – podkreśla Zbigniew Tomczak.

W związku ze starzeniem się naszego społeczeństwa pacjentów z chorobą Alzheimera będzie przybywać. Dziś w Polsce żyje około 584 tys. ludzi dotkniętych tym schorzeniem, a zgodnie z prognozami, w ciągu najbliższych 30 lat liczba ta może się podwoić.  – W 2050 r. liczba chorych na chorobę Alzheimera w Polsce wyniesie ponad 1,2 mln – uważa prof. dr hab. med. Agnieszka Słowik.
 
*Cytaty ekspertów oraz dane pochodzą z Raportu PEX PharmaSequence „Choroba Alzheimera. Wyzwanie Zdrowotne oraz ekonomiczne obciążenie w starzejącym się społeczeństwie”.
Pełne opracowanie raportu dostępne jest na stronie:  https://www.pexps.pl/publikacje.html
[1] Zgodnie z danymi GUS za 2020 rok Przeciętna miesięczna emerytura i renta brutto z pozarolniczego systemu ubezpieczeń społecznych wyniosła 2 455,07 zł (Raport GUS „Emerytury i renty w 2020 r.”)

źródło: komunikat

Choroba Alzheimera już jest jedną z najbardziej obciążających chorób zarówno dla pacjentów i ich rodzin, jak też dla całego społeczeństwa. Według analiz przeprowadzonych przez firmę PEX PharmaSeqence większość kosztów związanych z chorobą Alzheimera ponoszą rodziny pacjentów. Wydatki związane z chorobą w najbliższych latach będą się zwiększać proporcjonalnie do tempa starzenia się społeczeństwa, a liczba chorych w ciągu najbliższych 30 lat liczba może się podwoić.
Narastające zjawisko „silver tsunami” spowoduje, że coraz większym problemem stają się schorzenia, których częstotliwość występowania rośnie wraz z wiekiem, stawiając nowe wyzwania dla polskiego systemu ochrony zdrowia. Wśród nich jednym z największych wyzwań będą choroby otępienne, a wśród nich odpowiadająca za 50-70% przypadków tych chorób, choroba Alzheimera.
 
DANE Z RAPORTU PEX PHARMASEQUENCE„CHOROBA ALZHEIMERA. WYZWANIE ZDROWOTNE ORAZ EKONOMICZNE OBCIĄŻENIE W STARZEJĄCYM SIĘ SPOŁECZEŃSTWIE”
 
 
CHOROBA ALZHEIMERA TO CHOROBA, NA KTÓRĄ CIERPI CAŁA RODZINA. JEDEN CHORY PACJENT ŚREDNIO OBCIĄŻA CHOROBĄ 2 SPOKREWNIONE RODZINY. W Polsce około 92 proc. osób z chorobą Alzheimera przebywa pod opieką rodziny. W około 44 proc. rodzin opieką zajmuje się wyłącznie jeden członek rodziny, a w 26 proc. dwie osoby bliskie. Obowiązek zajmowania się chorym spoczywa głównie na córkach. W Polsce opiekunem chorego jest najczęściej osoba w wieku od 50 do 60 lat, czyli wciąż aktywna zawodowo, która w pewnym momencie z powodu opieki nad  bliskim chorym na Alzheimera musi zrezygnować z pracy. Ma to bezpośrednie przełożenie na sytuację ekonomiczną rodziny.

To rodziny pacjentów i ich opiekunów najbardziej dotkliwie odczuwają skutki choroby – zarówno z powodu częściowego lub całkowitego wyłączenia z życia zawodowego i społecznego, obciążeń psychicznych i fizycznych, a także  stygmatyzacji, która często dotyka zarówno pacjenta, jak i jego bliskich. Na cele medyczne, głównie leki i specjalistyczne artykuły higieniczne, pacjenci i ich opiekunowie wydają od 1 tys. zł do ponad 2,5 tys. zł w ciągu trzech miesięcy. Oznacza to, że średnio nawet co trzecia renta lub emerytura jest przeznaczana wyłącznie na zaspokojenie potrzeb zdrowotnych chorego[1].

Koszty społeczne i obciążenia ekonomiczne są ogromne. Łączne roczne koszty pośrednie i bezpośrednie ponoszone w związku z chorobą Alzheimera wynoszą̨ ponad 11 miliardów złotych. Na kwotę te składają się koszty medyczne i niemedyczne ponoszone przez pacjentów i ich opiekunów, które wynoszą niemal 5,4 mld, a także koszty pośrednie ponoszone w związku z utraconą produktywnością pacjentów oraz utraconymi dochodami ich opiekunów, które łącznie dają kwotę 5,7 mld zł.

W raporcie, który dziś zaprezentowaliśmy podjęliśmy próbę  oszacowania kosztów opieki ponoszonych przez polskich pacjentów i ich opiekunów oraz wpływu choroby na gospodarkę. Zagadnienia te są istotne z uwagi na fakt, że dotychczasowe analizy kosztów tej choroby zawężane są do perspektywy obciążeń związanych jedynie z wydatkami ze środków publicznych. Zawężenie perspektywy ekonomicznej jedynie do kosztów medycznych jest istotną przyczyną zajmowania przez choro Alzheimera odległych miejsc w priorytetach polskiego systemu ochrony zdrowia. Biorąc pod uwagę narastającą skalę problemu powinno się to zmienić” – zaznacza lek. med. Tomasz Kiełczewski Dyrektor Konsultingu PEX PharmaSequence autor raportu.

Koszty opieki nad chorym i obciążenie opiekunów rosną wraz z postępem choroby. Na początku choroby pacjent wymaga nieznacznej pomocy. Z czasem stopniowo przestaje być samodzielny, aż wreszcie wymaga całodobowej opieki. Problemem jest zmęczenie i wypalenie opiekunów, które spowodowane jest ograniczonym dostępem do placówek opieki dziennej i całodobowej, hospicjów, a także niedostateczna liczba przeszkolonych kadr medycznych i opiekuńczych – uważa Zbigniew Tomczak, przewodniczący Zarządu Polskiego Stowarzyszenia Pomocy Osobom z Chorobą Alzheimera, który opiekuje się żoną chorą na alzheimera.

Sytuacja opiekunów chorych w Polsce istotnie odbiega od tej, jaka jest w wielu krajach Europy. Ograniczone możliwości finansowe sprawiają, że niewiele rodzin stać jest na to, aby ich bliski mógł korzystać z oferty ośrodków opieki dla pacjentów z chorobą Alzheimera. Wsparcie terapeutyczne i społeczne ze strony państwa jest niewielkie. Do tego dochodzą uwarunkowania kulturowe – niechętnie oddajemy członka rodziny pod opiekę domu opieki społecznej.

Opiekun osoby chorej na chorobę Alzheimera odczuwa obciążenie psychiczne wraz z wystąpieniem pierwszych objawów u podopiecznego, często zanim zostanie postawiona diagnoza. Osoba chora staje się ona niesympatyczna, roszczeniowa, podejrzliwa, czasami pobudzona, bywa też agresywna lub wycofana. Potrafi być przykra dla bliskich. To wszystko sprawia, że opiekun żyje w ciągłym stresie. Nie jest w stanie przewidzieć, jak zachowa się chory. Czuje, że sam nie radzi sobie z opieką nad chorym. Przewlekły stres sprzyja chorobom układu krążenia, otyłości, schorzeniom psychiczny, głównie prowadzi do zaburzeń nastroju i zaburzeń lękowych, zmniejsza odporność na infekcje. Opiekun jest też wyczerpany fizycznie. Zajmuje się bowiem osobą, która może wymagać pomocy podczas ubierania, jedzenia, codziennej toalety, a wielu chorych nie jest chętnych do współpracy i stawia opór przy wykonywaniu tych czynności.

Choroba Alzheimera, charakteryzuje się postępującymi zaburzenia pamięci i innych funkcji poznawczych, które po kilku latach trwania prowadzą do nieodwracalnej degradacji intelektualnej i fizycznej. Tylko w początkowym etapie choroby pacjenci mogą, przynajmniej częściowo, funkcjonować samodzielnie, z czasem wymagają coraz większego zaangażowania innych osób w codzienne wsparcie i opiekę. Obecnie leczenie choroby Alzheimera polega na stosowaniu leków objawowych oraz różnych form terapii wspierającej pacjenta i opiekuna. Ostatnio zarejestrowano w USA pierwszy lek o działaniu przyczynowym – wskazuje prof. dr hab. med. Agnieszka Słowik, konsultant krajowy w dziedzinie neurologii, kierownik Katedry i Kliniki Neurologii Uniwersytetu Jagiellońskiego Collegium Medicum.
 
CZAS POSTAWIENIA DIAGNOZY MA FUNDAMENTALNE ZNACZENIE. Aż 80 proc. pacjentów z chorobą Alzheimera nie ma postawionej diagnozy, co w praktyce oznacza, że nie są oni leczeni ani nie mają szansy na skorzystanie z terapii spowalniających przebieg choroby. Niezbędne jest więc opracowanie i wdrożenie systemu badań przesiewowych, które pozwoliłyby wcześnie wykryć chorobę i wcześnie rozpocząć leczenie. Opóźnienie diagnozy lub jej brak będą odbierać pacjentowi dostęp do leczenia spowalniającego przebieg choroby w momencie, kiedy takie terapie będą już dostępne w Polsce.

Czas nie jest sprzymierzeńcem choroby. W Polsce średnio od zgłoszenia się pacjenta do lekarza POZ do rozpoznania choroby Alzheimera upływa 24 miesiące. To jeden z najgorszych wyników w Europie. Tymczasem poprawa wczesnej diagnostyki i szybkie wdrożenie farmakoterapii pomogłoby średnio o dwa lata wydłużyć czas samodzielnego funkcjonowania chorego i zmniejszyć liczbę osób w najbardziej nasilonych stadiach otępienia.

Wczesna diagnoza i leczenie mają ogromny, pozytywny wpływ na przebieg choroby oraz lepsze efekty zdrowotne i racjonalizację kosztów. Inwestycje w badania i poprawę opieki nad chorymi z chorobami neurologicznymi nie tylko zwiększą oczekiwaną długość życia i zmniejszą cierpienie, ale również przyniosą znaczące oszczędności w zakresie systemów ochrony zdrowia i opieki socjalnej. Uwzględnienie istotnych kosztów społecznych choroby Alzheimera powinno być elementem procesów decyzyjnych dotyczących finansowania publicznego i ustalania cen interwencji zdrowotnych – podkreśla dr Małgorzata Gałązka-Sobotka, dziekan Centrum Kształcenia Podyplomowego, dyrektor Instytutu Zarządzania w Ochronie Zdrowia oraz Center of Value Based Healthcare, Uczelnia Łazarskiego.

Brakuje systemowych rozwiązań odpowiadających potrzebom osób z chorobą Alzheimera, a system opieki zdrowotnej traktuje tę grupę chorych, stosując standardy leczenia stosowane wobec ogółu osób starszych.

– Dane demograficzne w wielu krajach wyraźnie wskazują, że ogólna liczba osób żyjących z demencją będzie nadal znacząco wzrastać. Jeśli te prognozy okażą się trafne, do 2050 r. liczba osób wymagających leczenia, opieki i wsparcia może się podwoić. Organizacje alzheimerowskie od lat zwracają uwagę na rosnącą populację ludzi starszych w Europie, w tym osób z demencją. Podkreślają również istotę problemu starzejącego się społeczeństwa. W efekcie systemy opieki zdrowotnej i społecznej będą wymagały znacznej inwestycji w usługi, a społeczeństwa będą musiały dostosować się do życia/współżycia z chorymi z demencją w swoim otoczeniu. Wymaga to między innymi zmiany sposobu myślenia o chorobie – podkreśla
dr n.o zdr. Edyta Ekwińska, wiceprezes Alzheimer Polska.

Z najnowszego raportu nt. choroby Alzheimera wynika, że większość lekarzy POZ nie przeprowadza badania stanu funkcji poznawczych pacjenta w wieku senioralnym. Stąd tak niski poziom wykrywalności choroby Alzheimera w Polsce. U nas wykrywamy to schorzenie jedynie u 20 proc. chorych, a na świecie – u 45 proc. chorych.

– Już na etapie lekarza rodzinnego konieczne jest zwiększenie czujności na wczesne objawy i skierowanie pacjenta do poradni specjalistycznej w celu weryfikacji rozpoznania. Tymczasem z danych NFZ wynika, że w 2019 r. z opieki finansowanej przez płatnika publicznego korzystało tylko 236,3 tys. pacjentów z rozpoznaniem choroby Alzheimera i innych chorób pokrewnych. Większość pacjentów, którym udzielono minimum jednego świadczenia finansowanego ze środków publicznych, była pod opieką jedynie lekarza rodzinnego i nie korzystała z ambulatoryjnej lub szpitalnej opieki specjalistycznej. W 2019 r. najwięcej pacjentów, bo ponad 62 proc., skorzystało z opieki POZ, niespełna 16 proc. chorych miało konsultacje specjalistyczne w ramach AOS, a z konsultacji psychiatrycznej skorzystało ok. 14 proc. – przypomina dr Małgorzata Gałązka-Sobotka.

Niezbędne jest wprowadzenie badań przesiewowych – testu zegara oraz skali oceny stanu psychicznego, a do przedobjawowego wykrycia choroby wykorzystywane są biomarkery oraz badania genetyczne. Z kolei techniki obrazowania mózgu pozwalają na stwierdzenie obecności złogów białkowych korelujących z utratą pamięci. – Biorąc pod uwagę to, że ubytki w mózgu zaczynają powstawać na długo przed tym, zanim pojawiają się pierwsze objawy choroby, częstsze sięganie po te metody pozwoli na szybką identyfikację pacjentów dotkniętych chorobą Alzheimera. Pozwoli to także na wstrzymanie lub istotne spowolnienie przebiegu choroby u tych pacjentów – uważa prof. dr hab. n. med. Konrad Rejdak, prezes Polskiego Towarzystwa Neurologicznego.

Zdaniem Zbigniewa Tomczaka konieczne jest nie tylko zwiększenie dostępności do diagnostycznych testów przesiewowych i leczenia, ale też pogłębienie i upowszechnienie specjalistycznej wiedzy medycznej i profilaktycznej, wprowadzenie standaryzacji badań, profesjonalizacji opieki, racjonalizacji kosztów i zapewnienie stabilności świadczeń. – Ministerstwo Zdrowia oraz Ministerstwo Rodziny i Polityki Społecznej powinny stworzyć jednolity system, aby zmniejszyć zarówno zachorowalność na Alzheimera, jak i tempo przyrostu osób chorych – podkreśla Zbigniew Tomczak.

W związku ze starzeniem się naszego społeczeństwa pacjentów z chorobą Alzheimera będzie przybywać. Dziś w Polsce żyje około 584 tys. ludzi dotkniętych tym schorzeniem, a zgodnie z prognozami, w ciągu najbliższych 30 lat liczba ta może się podwoić.  – W 2050 r. liczba chorych na chorobę Alzheimera w Polsce wyniesie ponad 1,2 mln – uważa prof. dr hab. med. Agnieszka Słowik.
 
*Cytaty ekspertów oraz dane pochodzą z Raportu PEX PharmaSequence „Choroba Alzheimera. Wyzwanie Zdrowotne oraz ekonomiczne obciążenie w starzejącym się społeczeństwie”.
Pełne opracowanie raportu dostępne jest na stronie:  https://www.pexps.pl/publikacje.html
[1] Zgodnie z danymi GUS za 2020 rok Przeciętna miesięczna emerytura i renta brutto z pozarolniczego systemu ubezpieczeń społecznych wyniosła 2 455,07 zł (Raport GUS „Emerytury i renty w 2020 r.”)

źródło: komunikat