Medicalpress
Sejmowa Komisja Zdrowia przyjęła projekt nowelizacji ustawy o Krajowej Sieci Onkologicznej. Wbrew pozorom nie jest to jednak dowód porażki reformy. Przeciwnie, można odnieść wrażenie, że resort zdrowia postanowił wsłuchać się w głosy szpitali i lekarzy, którzy od miesięcy alarmowali, że część przepisów okazała się nadmiernie skomplikowana i generuje kolejne obowiązki administracyjne.

Kiedy w 2023 roku uchwalano ustawę o Krajowej Sieci Onkologicznej, przedstawiano ją jako jeden z najważniejszych projektów porządkujących opiekę nad pacjentami z chorobami nowotworowymi w Polsce. Sieć miała zapewnić bardziej równy dostęp do diagnostyki i leczenia, poprawić jakość świadczeń oraz ograniczyć różnice pomiędzy poszczególnymi regionami kraju. Dziś, zaledwie kilka miesięcy po rozpoczęciu praktycznego wdrażania nowych rozwiązań, Ministerstwo Zdrowia proponuje ich istotną korektę.

Najważniejszą zmianą będzie pełna cyfryzacja ścieżki pacjenta onkologicznego. Karta Diagnostyki i Leczenia Onkologicznego, czyli DiLO, ma zostać zastąpiona jej elektronicznym odpowiednikiem. Do końca 2026 roku możliwe będzie korzystanie zarówno z wersji papierowej, jak i elektronicznej, ale od 2027 roku pozostanie już wyłącznie e-DiLO. Co istotne, dokument ten ma zostać powiązany z rozliczaniem świadczeń realizowanych w ramach Krajowej Sieci Onkologicznej.

To rozwiązanie może okazać się znacznie ważniejsze, niż wynikałoby z samej zmiany formatu dokumentu. Przez lata karta DiLO była przede wszystkim narzędziem administracyjnym. Teraz staje się elementem, od którego zależeć będzie funkcjonowanie całego systemu monitorowania pacjenta. Jeżeli cyfryzacja zostanie przeprowadzona sprawnie, możliwe będzie śledzenie rzeczywistej ścieżki chorego od momentu podejrzenia nowotworu aż po zakończenie leczenia.

Drugim filarem zmian jest próba uporządkowania pojęcia koordynowanej opieki. Projekt po raz pierwszy wprowadza definicję ciągłości opieki onkologicznej. Dla pacjentów może to brzmieć abstrakcyjnie, ale właśnie brak ciągłości leczenia jest jednym z najczęściej wskazywanych problemów polskiej onkologii. Chorzy często przechodzą pomiędzy poradniami, oddziałami i placówkami, tracąc czas oraz powtarzając część badań.

Nowelizacja wzmacnia również rolę koordynatora opieki onkologicznej. To stanowisko od początku było jednym z fundamentów KSO, ale dotychczas brakowało szczegółowych regulacji dotyczących zakresu obowiązków i organizacji pracy. Tymczasem doświadczenia wielu krajów pokazują, że dobrze funkcjonujący koordynator może realnie skrócić ścieżkę diagnostyczną i zmniejszyć stres pacjenta.

Równie interesujące są zmiany dotyczące jakości leczenia. Ministerstwo Zdrowia chce przekazać Narodowemu Funduszowi Zdrowia większą odpowiedzialność za monitorowanie wskaźników jakości. W praktyce oznacza to próbę centralizacji procesu oceny placówek i ograniczenia liczby raportów przygotowywanych przez szpitale. To odpowiedź na liczne sygnały płynące z ośrodków onkologicznych, które wskazywały, że ilość obowiązków sprawozdawczych zaczyna utrudniać codzienną pracę.

Nowelizacja przewiduje także wydłużenie okresu weryfikacji ośrodków należących do sieci z dwóch do trzech lat. Dla wielu placówek może to być kluczowa zmiana. Część szpitali obawiała się bowiem, że przy obecnym tempie wdrażania reform i licznych problemach organizacyjnych nie będzie w stanie spełnić wszystkich wymogów jakościowych w zakładanym terminie.

Projekt zawiera również rozwiązania deregulacyjne. Zniknąć ma obowiązek prowadzenia odrębnej infolinii onkologicznej, a część zadań przejmą centralne narzędzia, takie jak e-rejestracja i Telefoniczna Informacja Pacjenta. Resort zdrowia chce także uprościć funkcjonowanie wielodyscyplinarnych zespołów terapeutycznych, które dla wielu placówek okazały się trudne organizacyjnie.

Warto jednak zauważyć, że proponowane zmiany nie rozwiązują wszystkich problemów Krajowej Sieci Onkologicznej. Nadal otwarte pozostają pytania o rzeczywistą dostępność świadczeń, niedobory kadrowe czy różnice pomiędzy regionami. Sama cyfryzacja nie skróci kolejek do diagnostyki, a nowa definicja ciągłości opieki nie sprawi automatycznie, że pacjent szybciej trafi do specjalisty.

Mimo to kierunek zmian wydaje się racjonalny. Po pierwszym okresie funkcjonowania KSO resort zdrowia nie zdecydował się na rewolucję, ale na korektę elementów, które w praktyce okazały się najbardziej problematyczne. To sygnał, że system zaczyna dojrzewać i przechodzi z etapu tworzenia przepisów do etapu ich rzeczywistego wdrażania.

Najbliższe miesiące pokażą, czy cyfrowa karta e-DiLO, silniejsza pozycja koordynatora oraz uproszczenie obowiązków administracyjnych przełożą się na to, co dla pacjentów najważniejsze – szybszą diagnostykę, lepszą organizację leczenia i większe poczucie bezpieczeństwa podczas całej terapii onkologicznej.

Źródło: SejmRP

Dzień Matki to czas wdzięczności, troski i bliskości. To także dobra okazja, by przypomnieć, że kobiety, które każdego dnia dbają o zdrowie i bezpieczeństwo swoich bliskich, powinny równie uważnie zatroszczyć się o siebie. Z takim przesłaniem Narodowy Instytut Onkologii organizuje wydarzenie edukacyjno-profilaktyczne pod hasłem „Miłość daje siłę. Profilaktyka daje spokój”.
 
Spotkanie odbędzie się 26 maja 2026 r. w godz. 9:00–12:00 w Budynku Centrum Profilaktyki Nowotworów Narodowego Instytutu Onkologii przy ul. W.K. Roentgena 5 w Warszawie. Majowa inicjatywa poświęcona jest zdrowiu kobiet – zarówno w kontekście profilaktyki onkologicznej, jak i chorób układu sercowo-naczyniowego. Organizatorzy podkreślają, że troska o zdrowie serca i profilaktyka nowotworowa mają wspólny fundament: regularne badania, zdrowy styl życia oraz aktywność fizyczną.

W programie wydarzenia przewidziano konsultacje, działania edukacyjne oraz możliwość uzyskania praktycznych informacji dotyczących profilaktyki i ścieżki diagnostycznej. Ekspertki Zakładu Profilaktyki Nowotworów będą prowadziły instruktaż samobadania piersi, informowały o dostępnych programach profilaktycznych oraz pomagały w rejestracji na badania przesiewowe. Uczestnicy otrzymają również materiały edukacyjne dotyczące profilaktyki nowotworów.

Do wydarzenia dołączy także lekarz kardiolog z Kliniki Nowotworów Piersi i Chirurgii Rekonstrukcyjnej, który będzie edukował w zakresie profilaktyki chorób układu krążenia i zdrowia serca. Na miejscu obecni będą również Koordynatorzy Opieki Onkologicznej Narodowego Instytutu Onkologii, którzy wyjaśnią zasady funkcjonowania karty DILO, pomogą lepiej zrozumieć ścieżkę diagnostyczno-terapeutyczną oraz odpowiedzą na pytania dotyczące przygotowania do badań i wizyt lekarskich.

Organizatorzy przypominają także o dostępnych formach wsparcia dla pacjentów, m.in. konsultacjach psychologicznych i dietetycznych.

Partnerem wydarzenia jest Mazowiecki Oddział Wojewódzki Narodowego Funduszu Zdrowia. Przedstawiciele NFZ umożliwią m.in. wyrobienie Europejskiej Karty Ubezpieczenia Zdrowotnego (EKUZ), udzielą informacji o Internetowym Koncie Pacjenta oraz wykonają pomiary składu ciała wraz z konsultacjami dietetycznymi.

W inicjatywę zaangażowała się również Fundacja „Świadomi Życia”, która przygotowała symboliczną akcję wspierającą profilaktykę. Osoby korzystające z porad, konsultacji lub zapisujące się na badania otrzymają poduszki w kształcie serca, uszyte przez wolontariuszy Fundacji „Serce od Serca”.

Wydarzenie ma charakter otwarty i skierowane jest do wszystkich osób zainteresowanych profilaktyką zdrowotną – szczególnie kobiet, mam i całych rodzin.

Bo troska o innych zaczyna się od troski o siebie.

Źródło: NIO

Rak pęcherza moczowego pozostaje jednym z tych nowotworów, które w statystykach widać wyraźnie, ale w debacie publicznej przez długi czas zajmowały miejsce na drugim planie. Tymczasem co roku rozpoznaje się w Polsce około 7–8 tysięcy nowych przypadków, a liczba zgonów sięga 3–4 tysięcy. To choroba, która dotyczy przede wszystkim mężczyzn, wiąże się z wysokim odsetkiem nawrotów i wymaga nie tylko leczenia, ale także wieloletniego nadzoru. Problemem nie jest już wyłącznie sam dostęp do terapii. Coraz wyraźniej widać, że jednym z najsłabszych ogniw systemu pozostaje etap wcześniejszy: rozpoznanie pierwszych objawów, reakcja pacjenta, czujność lekarza podstawowej opieki zdrowotnej i sprawne skierowanie do diagnostyki urologicznej.
Największe opóźnienia powstają jeszcze przed rozpoznaniem

Jednym z najważniejszych problemów pozostaje fakt, że wielu pacjentów trafia do systemu zbyt późno. Dotyczy to zarówno momentu zgłoszenia się do lekarza, jak i dalszego przechodzenia przez ścieżkę diagnostyczną. Dr hab. n. med. Jakub Kucharz, prof. NIO-PIB, kierownik Oddziału Zachowawczego w Klinice Nowotworów Układu Moczowego Narodowego Instytutu Onkologii i członek Zarządu Polskiego Towarzystwa Onkologii Klinicznej, zwraca uwagę, że pacjenci bardzo często trafiają do specjalistów już w zaawansowanym stadium choroby. Jak dodaje, wynika to nie tylko z późnej zgłaszalności do lekarza, ale także z ograniczeń w dostępie do urologa oraz z częstych obciążeń współistniejących, które dodatkowo komplikują leczenie.

To właśnie na tym etapie rozstrzygają się późniejsze szanse chorego. Prof. Kucharz podkreśla, że w analizach ścieżki pacjenta z rakiem urotelialnym jako dwa najbardziej problematyczne odcinki wyraźnie wyłaniają się czas od wystąpienia objawów do zgłoszenia się do lekarza podstawowej opieki zdrowotnej oraz czas od wizyty u lekarza rodzinnego do konsultacji urologicznej. W jego ocenie to właśnie tutaj koncentrują się opóźnienia, które później rzutują na stadium zaawansowania choroby w momencie rozpoznania.

Krwiomocz to sygnał alarmowy, ale nie jedyny

W praktyce klinicznej najważniejszym objawem alarmowym pozostaje krwiomocz. Dr n. med. Tomasz Syryło z Polskiego Towarzystwa Urologicznego podkreśla, że „takim objawem wysoce niepokojącym, który powinien zwrócić uwagę już na etapie diagnostyki u lekarzy rodzinnych, jest bezbólowy nawracający krwiomocz, który powinien być sygnałem alarmowym i zmusić pacjentów, aby zgłosili się na diagnostykę pogłębioną do poradni lub oddziałów urologicznych”. Ten sygnał wciąż jednak zbyt często nie uruchamia wystarczająco szybkiej reakcji.

Eksperci zwracali uwagę, że problem nie polega wyłącznie na braku wiedzy pacjentów. Równie istotna jest czujność po stronie systemu ochrony zdrowia. Prof. Kucharz zaznacza, że potrzebna jest „edukacja nie tylko społeczeństwa, ale także lekarzy podstawowej opieki zdrowotnej, tak aby zachowywali odpowiednią czujność onkologiczną”. Jak dodaje, w praktyce klinicznej sposób myślenia powinien być bardzo prosty: „jeśli widzimy pacjenta z jakimikolwiek niepokojącymi objawami, najpierw należy wykluczyć nowotwór, a dopiero później rozważać inne przyczyny”.

Ta zasada ma szczególne znaczenie właśnie w raku pęcherza, ponieważ objawy bywają bagatelizowane lub tłumaczone bardziej pospolitymi przyczynami. Krwinkomocz czy krwiomocz są nieraz interpretowane jako skutek leczenia przeciwzakrzepowego, infekcji, intensywnego wysiłku fizycznego czy kamicy układu moczowego. Taki tok rozumowania może wydawać się logiczny, ale równocześnie osłabia czujność onkologiczną.

Prof. Kucharz zwraca uwagę, że nie można uspokajać się wyłącznie dlatego, że pacjent nie prezentuje klasycznego krwiomoczu. „To nie jest tak, że krwiomocz czy krwinkomocz to jedyny objaw. Pamiętajmy, że szereg innych dolegliwości – takich jak ból, uczucie niepełnego opróżnienia pęcherza czy nawracające infekcje dróg moczowych – również wymaga diagnostyki” – podkreśla. Jak dodaje, brak krwiomoczu nie powinien usypiać czujności diagnostycznej: „jeżeli chory ma objawy niepokojące, nie możemy się uspokoić tylko dlatego, że nie ma krwiomoczu. Taki pacjent wymaga diagnostyki, w tym badania cystoskopowego i wykluczenia przyczyny onkologicznej”.

Nie ma prostego screeningu, więc kluczowa pozostaje wczesna diagnostyka objawowa

Rak pęcherza moczowego należy do tych nowotworów, dla których nie istnieje dziś prosty i skuteczny program badań przesiewowych na poziomie populacyjnym. Jak przypominała przedstawicielka Ministerstwa Zdrowia Agnieszka Molenda-Wiśniewska, w praktyce jedynym badaniem, które może zwrócić uwagę na problem już na poziomie podstawowej opieki zdrowotnej, pozostaje badanie ogólne moczu. To właśnie ono może ujawnić obecność krwiomoczu i stać się punktem wyjścia do dalszej diagnostyki.

Dr n. med. Tomasz Syryło z Polskiego Towarzystwa Urologicznego podkreśla, że w takiej sytuacji kolejnym krokiem powinno być badanie obrazowe, ale wykonane w sposób pozwalający na rzeczywistą ocenę pęcherza moczowego. „Kolejnym badaniem po badaniu ogólnym moczu, które wskazuje na obecność krwiomoczu makroskopowego albo mikroskopowego, jest badanie USG. Apelujemy do lekarzy rodzinnych, aby zlecali je z pełnym pęcherzem moczowym, ponieważ tylko wypełniony pęcherz sprawia, że badanie może być diagnostyczne” – zaznacza.

Jednocześnie eksperci przypominają, że mimo wielu lat badań nadal nie udało się opracować prostego markera, który mógłby stać się podstawą populacyjnego screeningu raka pęcherza. Jak mówi dr Syryło, „cały czas trwają poszukiwania uniwersalnego markera – zarówno w moczu, jak i we krwi – który pozwoliłby na wczesne wykrywanie raka urotelialnego. Na razie nie mamy jednak markerów o takiej czułości i swoistości, które umożliwiałyby wprowadzenie powszechnych badań przesiewowych”.

System ma narzędzia, ale nie zawsze wykorzystuje je odpowiednio wcześnie

W praktyce oznacza to, że ciężar wczesnego wykrywania nadal opiera się głównie na czujności klinicznej i sprawności organizacyjnej systemu. A z tym, bywa różnie. Dr Bernard Waśko z Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego i członek Krajowej Rady Onkologicznej przypominał, że właśnie w tej „przedszpitalnej” części ścieżki kryją się największe rezerwy poprawy. Jego zdaniem jeden z kluczowych problemów polega na niewystarczającym wykorzystaniu karty DILO na odpowiednio wczesnym etapie. Jak podkreślał, w części województw karta bywa zakładana dopiero w szpitalu, przed konsylium, co podważa jej sens jako narzędzia przyspieszającego diagnostykę. „Mamy w Polsce bardzo zróżnicowaną sytuację. Mamy wiele do zrobienia w tej części przedszpitalnej diagnostyki, ale mamy do tego narzędzia i zróbmy tak, żeby te narzędzia były stosowane” – mówił.

Rak pęcherza moczowego jest chorobą, w której czas ma wyjątkowo duże znaczenie. Dr Syryło zwraca uwagę, że Polska nie odstaje znacząco od ośrodków europejskich, jeśli chodzi o wyposażenie czy możliwości techniczne. „Problem dotyczy przede wszystkim czasu – zarówno momentu, w którym pacjent trafia do urologa, jak i czasu potrzebnego do podjęcia leczenia radykalnego” – zaznacza. Jak dodaje, diagnostyka pogłębiona, wymagająca badań obrazowych, często się wydłuża, a pacjenci nierzadko zbyt długo oczekują również na sam zabieg. Tymczasem – podkreśla ekspert – cystektomia radykalna powinna zostać wykonana możliwie szybko: „najpóźniej w ciągu około 90 dni, czyli trzech miesięcy. Jeżeli czas oczekiwania jest dłuższy, przekłada się to bezpośrednio na gorsze wyniki leczenia”.

To nie jest jedna choroba i nie wystarcza jedno podejście terapeutyczne

Rak pęcherza moczowego jest chorobą wyraźnie niejednorodną. Jak przypomina dr Syryło, około 70 proc. przypadków stanowią nowotwory powierzchowne, natomiast około 30 proc. – nowotwory naciekające, które wiążą się z odmiennym rokowaniem i wymagają innej strategii leczenia. W wielu przypadkach podstawową metodą terapii pozostaje elektroresekcja przezcewkowa guza pęcherza moczowego wykonywana w oddziałach urologii, która na tym etapie bywa leczeniem wystarczającym. W postaciach naciekających konieczne jest jednak leczenie radykalne, w tym cystektomia, czyli jedna z najbardziej rozległych operacji w urologii.

W tym kontekście środowisko kliniczne coraz częściej zwraca uwagę na potrzebę objęcia refundacją cystektomii wykonywanej z wykorzystaniem chirurgii robotycznej. Dr Syryło podkreśla, że „pacjenci odnoszą z zastosowania tej metody największą korzyść”, apelując jednocześnie do decydentów o rozważenie finansowania tej techniki. Przy tak rozległym zabiegu potencjalne korzyści wynikające z zastosowania chirurgii robotycznej mogą mieć dla chorych szczególne znaczenie.

Nowoczesne leczenie jest dostępne szerzej niż kilka lat temu, ale nadal niepełnie

Nie oznacza to jednak, że w ostatnich latach nie nastąpił postęp. Przeciwnie – rak pęcherza moczowego przestał być obszarem całkowicie pomijanym w nowoczesnym leczeniu systemowym. Prof. Kucharz przypomina, że jeszcze kilka lat temu możliwości terapeutyczne w raku urotelialnym były bardzo ograniczone. „Jeszcze niedawno nie mieliśmy żadnej nowoczesnej terapii dla tych chorych. Program lekowy w ogóle nie istniał w tej chorobie” – zauważa.

Dziś sytuacja wygląda inaczej. „Pojawiło się wiele nowych możliwości leczenia i można powiedzieć, że znacząca część wartościowych opcji terapeutycznych jest już dostępna dla naszych pacjentów” – podkreśla onkolog.

W tym sensie system przeszedł wyraźną zmianę. Ministerstwo Zdrowia wskazywało, że program lekowy B.141 obejmuje kilka opcji terapeutycznych, zależnie od stopnia zaawansowania choroby: leczenie uzupełniające, podtrzymujące, immunoterapię w chorobie miejscowo zaawansowanej lub przerzutowej, terapie celowane oraz leczenie skojarzone w pierwszej linii u wybranych pacjentów. Z przedstawionych danych wynikało również, że liczba chorych włączanych do programu systematycznie rośnie: z nieco ponad 300 pacjentów w 2023 roku do 894 osób w 2024 roku, a po 11 miesiącach 2025 roku już do 1375 pacjentów. Wydatki na ten obszar przekroczyły 140 mln zł.

Środowisko kliniczne przyznaje, że dostęp do leczenia poprawił się w ostatnich latach w sposób znaczący, ale jednocześnie nie ukrywa, że nadal pozostają istotne luki. Jedną z nich jest pełna dostępność terapii skojarzonych w pierwszej linii leczenia zaawansowanego raka urotelialnego. Organizacje pacjenckie zwracały uwagę, że to właśnie ten brakujący element mógłby dopełnić obecny program lekowy i jeszcze bardziej zbliżyć polską praktykę do aktualnych standardów międzynarodowych. Wśród rozwiązań wskazywano przede wszystkim schemat łączący immunoterapię pembrolizumabem z koniugatem przeciwciało–lek enfortumabem wedotyną, który w badaniach klinicznych wykazał wyraźną poprawę wyników leczenia w porównaniu z dotychczasowym standardem terapii. W sytuacji, gdy takie leczenie ma już ugruntowaną pozycję w międzynarodowych wytycznych i wykazuje przewagę pod względem przeżycia całkowitego lub czasu wolnego od progresji choroby, długie oczekiwanie na decyzję refundacyjną przekłada się na realne konsekwencje dla pacjentów.

Warto przy tym zauważyć, że poprawa dostępu do nowych terapii nie rozwiązuje wszystkich problemów automatycznie. Prof. Kucharz słusznie zaznacza, że na ocenę wpływu nowych refundacji na przeżycie czy czas wolny od nawrotu potrzebny jest dłuższy okres obserwacji. Zmiany w programie lekowym są stosunkowo świeże, w dużej mierze z ostatnich 2–3 lat, dlatego skutki systemowe będą widoczne dopiero z czasem. Nie zmienia to jednak faktu, że kierunek zmian jest oceniany jako ważny i potrzebny.

Chirurgia robotyczna i radioterapia

Równolegle do leczenia systemowego rozwija się również chirurgia robotyczna. Ministerstwo informowało, że liczba takich operacji rośnie, a zabiegi są koncentrowane w głównych ośrodkach, co ma sprzyjać zarówno jakości leczenia, jak i bezpieczeństwu chorych. Przy najbardziej złożonych operacjach znaczenie ma nie tylko dostęp do technologii, ale także doświadczenie zespołu oraz pełne zaplecze diagnostyczne i pooperacyjne.

W dyskusji pojawił się też wątek radioterapii, o którym – jak zauważył prof. Krzysztof Składowski, konsultant krajowy w dziedzinie radioterapii onkologicznej – mówi się przy raku pęcherza rzadziej niż o chirurgii czy leczeniu systemowym. Nie oznacza to jednak, że radioterapia nie ma znaczenia. Profesor przypominał, że nie jest to metoda pierwszego wyboru w leczeniu zasadniczym, ale pozostaje ważną opcją uzupełniającą po nieradykalnych zabiegach oraz w leczeniu nieoperacyjnych nawrotów. „To leczenie może przynieść naprawdę ewidentny zysk w postaci długiego przeżycia, wieloletniego nawet przeżycia” – mówił.

Rak pęcherza to choroba przewlekła także po zakończeniu leczenia

Osobnym, ale bardzo istotnym problemem jest przewlekły charakter tej choroby. Jak przypominała przedstawicielka resortu zdrowia, rak pęcherza moczowego wiąże się z bardzo wysokim odsetkiem nawrotów, sięgającym 50–70 proc., zwłaszcza w postaciach nienaciekających. To oznacza, że pacjent nie znika z systemu po zakończeniu leczenia radykalnego. Wymaga wieloletnich kontroli, nadzoru urologicznego i onkologicznego, a niekiedy ponownych interwencji. W 2023 roku w Polsce leczonych lub monitorowanych było 58 tysięcy pacjentów z tym rozpoznaniem, a liczba ta w ciągu pięciu lat wzrosła o około 20 proc.

To właśnie dlatego dyskusja o raku pęcherza nie może ograniczać się do samej dostępności do leków. Równie ważne są organizacja diagnostyki, jakość ścieżki pacjenta, sprawność współpracy między POZ, AOS i leczeniem szpitalnym oraz to, czy system faktycznie wychwytuje chorych na etapie, kiedy nowotwór jest jeszcze ograniczony do pęcherza. Z perspektywy klinicznej i zdrowia publicznego to właśnie tu znajduje się największy potencjał poprawy wyników.

Bez edukacji i czujności onkologicznej system nadal będzie reagował zbyt późno

Nieprzypadkowo więc tak mocno wybrzmiewał wątek edukacji. Dotyczy on nie tylko pierwszych objawów, ale także czynników ryzyka. Jednym z najważniejszych pozostaje palenie tytoniu, nadal zbyt rzadko kojarzone społecznie z rakiem pęcherza moczowego. Tymczasem eksperci przypominali, że to właśnie tytoń jest głównym czynnikiem etiologicznym tej choroby. Zwracano też uwagę na narażenia zawodowe, zwłaszcza w grupach mających kontakt z substancjami chemicznymi, w tym w przemyśle chemicznym, petrochemicznym czy w służbach narażonych na ekspozycję na dym i związki toksyczne.

Z tego wszystkiego wyłania się obraz choroby, która z jednej strony jest dziś lepiej leczona niż jeszcze kilka lat temu, ale z drugiej nadal zbyt często rozpoznawana zbyt późno. I być może właśnie w tym tkwi sedno problemu. W raku pęcherza moczowego nie wystarczy już mówić tylko o kolejnych technologiach i refundacjach, choć one pozostają ważne. Równie ważne jest to, czy pacjent z pierwszym objawem trafi do właściwej diagnostyki odpowiednio wcześnie, czy lekarz nie zbagatelizuje sygnału ostrzegawczego, czy system nie zatrzyma chorego w kolejkach i rozproszonej ścieżce, zanim w ogóle rozpocznie się leczenie.

Źródło: opracowanie redakcyjne na podstawie posiedzenia Podkomisji stałej do spraw onkologii „Rozpatrzenie informacji na temat systemu opieki nad pacjentami z podejrzeniem lub rozpoznaniem raka pęcherza moczowego”, 26 marca 2026 r.; cytowane wypowiedzi pochodzą z tego posiedzenia.

Od drugiego kwartału 2026 r. Narodowy Fundusz Zdrowia wprowadzi nowy sposób rozliczania nadwykonań w części ambulatoryjnych świadczeń diagnostycznych kosztochłonnych. Zmiany dotyczą czterech obszarów diagnostyki: tomografii komputerowej, rezonansu magnetycznego, gastroskopii oraz kolonoskopii. Zgodnie z zarządzeniem Prezesa NFZ z 31 marca 2026 r. nowe zasady obejmą świadczenia udzielane od 1 kwietnia 2026 r., natomiast badania wykonane w pierwszym kwartale tego roku zostaną rozliczone na dotychczasowych zasadach.

Zmiany są efektem konsultacji społecznych projektu przedstawionego przez Fundusz w marcu. Ostateczna wersja rozwiązań została zmodyfikowana po uwagach środowiska medycznego i organizacji świadczeniodawców. Najważniejsza korekta dotyczy wysokości współczynników finansowania nadwykonań – zostały one podniesione względem pierwotnej propozycji.

Nowe przepisy zostały wprowadzone zarządzeniem nr 34/2026/DSOZ zmieniającym wcześniejsze regulacje dotyczące zawierania i realizacji umów w ambulatoryjnej opiece specjalistycznej.

Nielimitowane świadczenia, ale inne rozliczanie nadwykonań

Podstawowa zasada pozostaje bez zmian – diagnostyka w tych obszarach nadal ma charakter świadczeń nielimitowanych. Oznacza to, że placówki mogą wykonywać badania także po wyczerpaniu wartości kontraktu zawartego z NFZ. Zmienia się natomiast sposób finansowania świadczeń wykonanych ponad wartość umowy.

Po przekroczeniu kwoty określonej w kontrakcie zastosowanie będzie miał współczynnik korygujący, czyli stawka degresywna. W praktyce oznacza to, że nadwykonania nie będą finansowane w pełnej wysokości ceny świadczenia.

W ostatecznej wersji regulacji ustalono następujące poziomy finansowania:
W zarządzeniu zapisano również, że rozliczenie tych świadczeń będzie następować na wniosek świadczeniodawcy składany do końca miesiąca następującego po zakończeniu okresu rozliczeniowego, w którym nastąpiło przekroczenie wartości kontraktu.

Jednocześnie wprowadzono istotną zmianę organizacyjną: rozliczenie nadwykonań ma następować po zakończeniu roku, a nie – jak dotychczas – po zakończeniu kwartału.

Zmiany po konsultacjach społecznych

Projekt nowych zasad finansowania nadwykonań został opublikowany przez NFZ w marcu 2026 r. i skierowany do konsultacji publicznych. W toku konsultacji napłynęły uwagi od ponad 240 podmiotów – w tym organizacji świadczeniodawców, samorządów zawodowych oraz konsultantów krajowych.

Jak wynika z uzasadnienia zarządzenia, najczęściej zgłaszane zastrzeżenia dotyczyły przede wszystkim:
W odpowiedzi na te uwagi Fundusz zdecydował się zmodyfikować projekt. Najważniejszą zmianą było podwyższenie proponowanych współczynników finansowania nadwykonań. W pierwotnej propozycji zakładano poziom 40 proc. wartości świadczenia, ostatecznie jednak podniesiono go do 50 proc. w diagnostyce obrazowej i 60 proc. w endoskopii.

Dodatkowo uwzględniono postulaty dotyczące przesunięcia terminu wejścia zmian w życie. Początkowo miały one obowiązywać od początku roku, ostatecznie jednak zdecydowano o ich wprowadzeniu od 1 kwietnia 2026 r.

Wyłączenia ze zmian

Nowy sposób rozliczania nadwykonań nie obejmie wszystkich świadczeń diagnostycznych. Zmiany dotyczą wyłącznie czterech procedur zaliczanych do ambulatoryjnych świadczeń diagnostycznych kosztochłonnych.

Jednocześnie z regulacji wyłączono kilka grup pacjentów i programów zdrowotnych. Nowe zasady nie obejmują świadczeń udzielanych:
W przypadku pacjentów onkologicznych diagnostyka jest finansowana w ramach pakietu onkologicznego i podlega odrębnym zasadom rozliczeń.

Jak podkreśla wiceprezes NFZ Jakub Szulc:
„W momencie, kiedy posługujemy się kartą DiLO, to wchodzimy również w rygor określonych terminów, jeśli chodzi o konieczność przeprowadzenia diagnostyki i rozpoczęcia leczenia”.

Z kolei prezes NFZ Filip Nowak zaznacza, że wprowadzane zmiany mają wzmocnić priorytet pacjentów onkologicznych w dostępie do diagnostyki:
„Obecnie wprowadzane rozwiązania to przywrócenie priorytetu pacjentom onkologicznym. Pamiętajmy, że dziś wciąż część pacjentów jest poza DiLO, a zmiany, które wprowadzamy, pomogą tych pacjentów włączyć do szybkiej ścieżki onkologicznej i sprawią, że najbardziej potrzebujący dostaną pomoc w pierwszej kolejności”.

Rosnące koszty diagnostyki

Jednym z głównych powodów wprowadzenia nowych zasad rozliczeń jest rosnąca presja na budżet Narodowego Funduszu Zdrowia. W ostatnich latach wydatki na diagnostykę ambulatoryjną wzrosły znacznie szybciej niż liczba wykonywanych świadczeń.
Jak wskazuje NFZ, w ciągu czterech lat – między 2021 a 2025 rokiem – średni koszt finansowanych badań wzrósł bardzo dynamicznie:
Jednocześnie liczba wykonywanych świadczeń w ambulatoryjnej opiece specjalistycznej wzrosła jedynie o około 20 proc., podczas gdy ich wartość zwiększyła się o ponad 150 proc.

Jak podkreśla prezes NFZ Filip Nowak:
„Największy udział w świadczeniach nielimitowanych mają świadczenia w zakresie Ambulatoryjnej Opieki Specjalistycznej. Na przestrzeni lat liczba wykonanych świadczeń w tym zakresie wzrosła zaledwie o 20%, ale ich wartość aż o 152%. Kupujemy więc tylko nieco więcej świadczeń za ogromne pieniądze”.

Dodatkowym obciążeniem dla budżetu Funduszu są koszty wynikające z ustawowych podwyżek wynagrodzeń w ochronie zdrowia. Według danych NFZ w 2026 r. skumulowany koszt rekomendacji Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji związanych m.in. z finansowaniem wzrostu wynagrodzeń przekroczy 70 mld zł, czyli ponad jedną trzecią planu finansowego Funduszu.

Diagnostyka jako rynek kontraktów

Fundusz zwraca również uwagę na specyfikę rynku diagnostyki obrazowej i endoskopii. W wielu pracowniach badania wykonywane są przez lekarzy zatrudnionych na kontraktach, a wynagrodzenie specjalistów często stanowi procent wartości procedury.

Według NFZ aż 95 proc. personelu lekarskiego w tych obszarach pracuje w formule kontraktowej.

Jak podkreśla wiceprezes NFZ Jakub Szulc:
„Propozycja, z którą wychodzimy, ma dać narzędzia pracodawcom do zapanowania nad galopującymi stawkami na medycznym rynku pracy. Musimy bowiem dbać o jak najbardziej racjonalne wydatkowanie środków przy budżecie, którym dysponujemy”.

Nieprawidłowości w rozliczeniach badań

Dodatkowym impulsem do zmian były wyniki kontroli przeprowadzonych przez NFZ w pracowniach diagnostyki obrazowej. Kontrole wykazały przypadki nieprawidłowego rozdzielania badań wykonywanych u jednego pacjenta.

Jak wskazuje Fundusz, zdarzały się sytuacje, w których pacjent wymagający badania kilku odcinków kręgosłupa był kierowany na kilka oddzielnych badań rezonansu magnetycznego w krótkich odstępach czasu, często na podstawie kilku oddzielnych skierowań.

Tymczasem – jak podkreśla NFZ – w wielu przypadkach diagnostyka mogłaby zostać wykonana podczas jednego badania.

W trakcie kontroli stwierdzono tego rodzaju nieprawidłowości w ponad 8,2 tys. badań rezonansu magnetycznego spośród około 12 tys. analizowanych przypadków. W efekcie koszt badań został zawyżony o ponad 1 mln zł, przy łącznej wartości świadczeń wynoszącej około 4,9 mln zł.

Zespół ekspertów i nowe standardy

Wraz z wprowadzeniem nowych zasad finansowania nadwykonań prezes NFZ powoła również specjalny zespół ekspertów. W jego skład wejdą przedstawiciele środowiska medycznego, w tym konsultant krajowa w dziedzinie radiologii i diagnostyki obrazowej prof. Edyta Szurowska.
Zespół ma przygotować m.in.:
Fundusz zapowiada również stały monitoring realizacji świadczeń diagnostycznych, aby ocenić rzeczywiste skutki wprowadzonych zmian dla dostępności badań.

Oczekiwany efekt finansowy

Według szacunków NFZ zmiana sposobu rozliczania nadwykonań w czterech obszarach ambulatoryjnej diagnostyki kosztochłonnej pozwoli uwolnić około 625 mln zł rocznie.
Środki te – jak deklaruje Fundusz – mają zostać wykorzystane przede wszystkim na utrzymanie priorytetowego dostępu do diagnostyki dla pacjentów wymagających pilnej interwencji medycznej, w tym chorych onkologicznych.

Źródła: Narodowy Fundusz Zdrowia – komunikat „Zmiany w finansowaniu nadwykonań po konsultacjach społecznych” (31.03.2026); Zarządzenie nr 34/2026/DSOZ Prezesa Narodowego Funduszu Zdrowia z 31 marca 2026 r. zmieniające zarządzenie w sprawie określenia warunków zawierania i realizacji umów w rodzaju ambulatoryjna opieka specjalistyczna.

Polska onkologia działa dziś pod podwójną presją. Z jednej strony rośnie liczba pacjentów, świadczeń i publicznych nakładów, z drugiej coraz wyraźniej widać, że sam wzrost finansowania nie rozwiązuje problemów związanych z organizacją diagnostyki, dostępnością badań i rzeczywistą drogą pacjenta od podejrzenia choroby do rozpoczęcia leczenia. W tle pozostaje także pytanie, czy system rzeczywiście nadąża za współczesną medycyną precyzyjną, skoro coraz więcej decyzji terapeutycznych zależy nie od samego rozpoznania nowotworu, lecz od jakości, kompletności i szybkości diagnostyki.
Skala wyzwania jest duża. Jak wskazywała Dominika Janiszewska-Kajka, zastępca dyrektora Departamentu Analiz i Strategii Ministerstwa Zdrowia, „Karta DiLO stanowi podstawowy instrument organizujący przyspieszoną ścieżkę diagnostyczno-terapeutyczną w onkologii. Na dzień 4 marca 2026 roku wystawiono ponad 71 tys. kart DiLO. Największy udział w ich wystawieniu ma ambulatoryjna opieka specjalistyczna – 47%, podstawowa opieka zdrowotna odpowiada za około 35%, a leczenie szpitalne za 18%. W ujęciu wieloletnim obserwujemy stały wzrost liczby wystawianych kart DiLO. Zjawisko to nasiliło się po 2020 roku, a w latach 2023–2025 osiągnęło najwyższy poziom.”
Rosnąca liczba kart nie oznacza jednak automatycznie sprawnej diagnostyki. Jak zaznaczała przedstawicielka resortu zdrowia, „Z danych NFZ wynika, że diagnostyka wstępna została zrealizowana w przewidzianym terminie w 58% przypadków, natomiast diagnostyka pogłębiona w 65% przypadków. Dane za 2026 rok wskazują na obniżenie poziomu terminowości diagnostyki onkologicznej.”
W tym samym czasie rośnie skala świadczeń onkologicznych i ich finansowanie. Jak wskazywała Dominika Janiszewska-Kajka, „W latach 2023–2025 systematycznie rosła liczba pacjentów korzystających ze świadczeń onkologicznych – z około 2,5 mln do 2,6 mln. Wartość refundacji świadczeń onkologicznych wzrosła z 21 mld zł w 2023 roku do 26,8 mld zł w 2025 roku. W 2025 roku refundacja leczenia szpitalnego przekroczyła 22,5 mld zł, podczas gdy ambulatoryjna opieka specjalistyczna wynosiła niespełna 2 mld zł. Istotne znaczenie dla możliwości finansowania świadczeń w 2026 roku ma przekazanie do NFZ dodatkowych 4 mld zł, co zwiększyło dotację podmiotową do poziomu 30 mld zł.”

DiLO jako narzędzie monitorowania

Karta DiLO została wprowadzona jako mechanizm monitorowania diagnostyki onkologicznej. Jak mówił dyrektor Instytutu Zdrowia Publicznego Bernard Waśko, „Karta DiLO służy monitorowaniu diagnostyki w określonych przedziałach czasowych – odpowiednio około 3–4 tygodni dla diagnostyki wstępnej i pogłębionej. Jeżeli spojrzymy na dane zagregowane, to mniej więcej dwie trzecie pacjentów mieści się w tych terminach, około 60% (…) Na pierwszy rzut oka wygląda to więc całkiem nieźle. Natomiast jest to obraz tylko powierzchowny.
Ograniczeniem pozostaje fakt, że system obejmuje tylko pacjentów, którzy od początku zostali włączeni do ścieżki DiLO. „Te czasy możemy mierzyć tylko dla pacjentów, którzy mają założoną kartę DiLO od początku podejrzenia choroby. Natomiast ucieka nam z radaru duża grupa pacjentów leczonych poza systemem DiLO. To jest problem systemowy (…)” – wskazywał Bernard Waśko.
W skali kraju liczba kart może sprawiać wrażenie spójnej z epidemiologią chorób nowotworowych. „Za 2024 rok mamy około 403 tysięcy wystawionych kart DiLO. Jeśli porównamy to z liczbą zachorowań na nowotwory w Polsce, która wynosi nieco poniżej 200 tysięcy rocznie, to relacja kart DiLO do potwierdzonych rozpoznań wynosi nieco powyżej dwa do jednego (…) Problem tkwi jednak w tym, na jakim etapie ta karta jest zakładana.
Kluczowe znaczenie ma moment jej wystawienia. „Istotą problemu jest to, czy karta DiLO zakładana jest na etapie POZ, w AOS, czy dopiero w szpitalu. Karty zakładane w szpitalu również mieszczą się w statystyce, ale w rzeczywistości diagnostyka już wtedy się zakończyła (…) De facto ci pacjenci znikają nam z systemu monitorowania” – mówił Bernard Waśko.
Różnice widać szczególnie w analizach regionalnych. „Jeżeli spojrzymy głębiej w dane, widać ogromne różnice między województwami. W niektórych regionach, jak podkarpackie, lubelskie czy lubuskie, około 40% kart DiLO zakładanych jest dopiero w szpitalu (…) Jednocześnie w tych samych województwach tylko około 10–14% kart zakładanych jest w POZ. Tymczasem są też województwa, w których w POZ zakłada się ponad 40% kart, a w szpitalach zaledwie 7–8%.”
Jednym z planowanych rozwiązań jest wprowadzenie elektronicznej karty e-DiLO. Jak wskazywał Bernard Waśko, „Środkiem zaradczym ma być wprowadzenie elektronicznej karty e-DiLO jako obowiązkowego narzędzia w diagnostyce i leczeniu onkologicznym. Pozwoli to zapewnić kompletność danych i możliwość rzeczywistego monitorowania całego procesu diagnostycznego (…)”
W tym kierunku zmierzają także zapowiadane zmiany organizacyjne. Ministerstwo Zdrowia zapowiedziało wprowadzenie obowiązkowej karty DiLO oraz silniejsze powiązanie ścieżki pacjenta z zaleceniami diagnostyczno-terapeutycznymi i oceną jakości w ramach Krajowej Sieci Onkologicznej.
Znaczenie etapu diagnostycznego widać również w danych epidemiologicznych. „Polska ma o około 10% gorsze wskaźniki umieralności z powodu nowotworów niż średnia unijna. Jednocześnie zachorowalność jest u nas niższa niż w wielu krajach UE (…) W dużej mierze wynika to z problemów na etapie opieki przedszpitalnej” – wskazywał Bernard Waśko.
Na problem zwracają uwagę także organizacje pacjenckie. Z danych przywoływanych przez Fundację Onkologiczną Alivia wynika, że znaczna część leczenia niektórych nowotworów odbywa się poza ścieżką DiLOw przypadku raka gruczołu krokowego nawet około 70%, podczas gdy w raku piersi około 5%. Badanie ankietowe fundacji wskazało również, że jedna trzecia pacjentów otrzymała rozpoznanie po ponad trzech miesiącach od pojawienia się pierwszych objawów, a blisko 20% czekało na diagnozę ponad pół roku.
Dyskusję uzupełnił wątek finansowania diagnostyki obrazowej. W konsultacjach publicznych pojawiła się propozycja zmian w rozliczaniu nadwykonań badań takich jak tomografia komputerowa, rezonans magnetyczny, kolonoskopia czy gastroskopia, zakładająca rozliczenie części świadczeń po zakończeniu okresu rozliczeniowego z zastosowaniem współczynnika 0,40. Badania obrazowe pozostają jednym z podstawowych elementów diagnostyki onkologicznej, dlatego sposób ich finansowania ma bezpośredni wpływ na dostępność diagnostyki i czas rozpoznania choroby.
Właśnie dlatego tak ważne wydaje się powiązanie przyszłej obowiązkowej e-DILO z rozliczaniem świadczeń i wskaźnikami jakości w ramach Krajowej Sieci Onkologicznej. Ministerstwo Zdrowia zapowiedziało, że od stycznia karta DiLO ma stać się obowiązkowa, a ścieżka pacjenta będzie coraz silniej powiązana z zaleceniami diagnostyczno-terapeutycznymi i oceną jakości. Jeżeli te rozwiązania zostaną konsekwentnie wdrożone, mogą pomóc ograniczyć sytuację, w której system formalnie premiuje monitorowanie, a praktycznie wynagradza jego omijanie.

Medycyna precyzyjna nie działa bez uporządkowanej genetyki

Drugim dużym obszarem wyzwań pozostaje organizacja diagnostyki genetycznej i molekularnej. Współczesna onkologia coraz rzadziej opiera się wyłącznie na rozpoznaniu histopatologicznym. Coraz częściej o doborze terapii decydują warianty genetyczne, profile molekularne i markery predykcyjne, a także możliwość wykonania badań w odpowiedniej kolejności, czasie i jakości. W praktyce oznacza to, że genetyka przestaje być dodatkiem do leczenia, a staje się jego elementem warunkującym właściwą terapię.
Jak wskazywała dr hab. Edyta Borkowska, konsultantka krajowa w dziedzinie laboratoryjnej genetyki medycznej, „Wszystkim nam zależy na tym, aby diagnostyka onkologiczna była jak najbardziej spersonalizowana. Każdy z nas może mieć inne zmiany genetyczne i to właśnie w oparciu o te zmiany możemy być skutecznie leczeni.” Za tym podejściem stoi jednak pytanie o organizację systemu badań: gdzie powinny być wykonywane, kto odpowiada za ich interpretację i jakie standardy powinny obowiązywać.
Prof. Borkowska przypominała, że badania genetyczne i molekularne powinny być realizowane w medycznych laboratoriach diagnostycznych, których funkcjonowanie reguluje ustawa o medycynie laboratoryjnej. W praktyce organizacyjnej pojawiają się jednak rozwiązania, które powodują rozproszenie kompetencji w tym obszarze. W takim modelu szczególnego znaczenia nabiera nie tylko samo wykonanie badania, lecz także sposób interpretacji wyników.
Jak podkreślała konsultantka krajowa, „Technika NGS to nie jest jedna metoda. Mamy sekwencjonowanie pierwszej, drugiej, trzeciej, a nawet czwartej generacji, a każde z tych podejść wymaga wielu lat doświadczenia, aby odpowiedzialnie interpretować wyniki badań. Absolutnie najważniejszym etapem jest interpretacja danych. Odbywa się ona w oparciu o narzędzia bioinformatyczne i bazy danych klinicznych, które pozwalają na właściwą klasyfikację wariantów. Cała trudność polega na rozróżnieniu, który wariant jest patogenny, a który łagodny. To naprawdę nie jest łatwe zadanie i wymaga dużego doświadczenia.”
W tej perspektywie kluczowe znaczenie ma analiza i autoryzacja wyniku, który może bezpośrednio wpływać na decyzję terapeutyczną. Jednocześnie problem nie wynika wyłącznie z dostępności specjalistów. Jak zaznaczała prof. Borkowska, „W Polsce jest obecnie około 280 specjalistów laboratoryjnej genetyki medycznej. Pod ich nadzorem mogą pracować zespoły diagnostów i innych specjalistów, więc jesteśmy w stanie zapewnić tę diagnostykę. Diagnostyka działa najlepiej, gdy mamy duży wolumen próbek. Bardzo proszę, aby kierować ich jak najwięcej – każda próbka, która do nas trafia, na pewno zostanie przeanalizowana. Martwimy się raczej tymi próbkami, które mogłyby do nas trafić, a nie trafiają.
W dyskusji pojawił się także wątek standardów jakości w patomorfologii. Ministerstwo Zdrowia pracuje nad wprowadzeniem docelowego systemu akredytacji zakładów patomorfologii. Wcześniejsze standardy funkcjonowały w formie pilotażu, w którym jednostki spełniające określone wymagania mogły uzyskać czasowy certyfikat akredytacyjny i rozliczać badania na uprzywilejowanych zasadach. Nowe rozwiązania mają wprowadzić stały system akredytacji jakościowej i uporządkować zasady funkcjonowania tych jednostek w systemie ochrony zdrowia.
Zmiany te mają również doprecyzować podział kompetencji między patomorfologią a diagnostyką genetyczną, ponieważ obie dziedziny pełnią w procesie diagnostycznym różne, ale uzupełniające się funkcje. W tym kontekście prof. Borkowska wskazywała: „Czy naprawdę Ministerstwo uważa, że patomorfolodzy – według obecnego programu specjalizacji – są grupą zawodową kompetentną do nadzoru i autoryzacji wyników badań genetycznych? Bardzo prosiłabym o uspójnienie regulacji i przywrócenie jednolitej ścieżki wykonywania badań genetycznych – tam, gdzie od początku były projektowane, czyli w medycznych laboratoriach diagnostycznych.”
Podobny problem organizacyjny sygnalizowała dr hab. Małgorzata Oczko-Wojciechowska z Narodowego Instytutu Onkologii w Gliwicach. W praktyce część mniejszych ośrodków zleca pojedyncze, fragmentaryczne badania molekularne, co prowadzi do zużycia ograniczonego materiału tkankowego zanim trafi on do ośrodka zdolnego wykonać pełną diagnostykę. W takich sytuacjach może pojawić się konieczność ponownego pobrania materiału lub ograniczenie możliwości dalszych analiz. Ekspertka zwracała również uwagę na ograniczoną dostępność poradnictwa genetycznego dla pacjentów z podejrzeniem nowotworów dziedzicznych.

Testy wielogenowe: nie każda pacjentka potrzebuje chemioterapii

Jednym z przykładów roli diagnostyki molekularnej w podejmowaniu decyzji terapeutycznych są testy wielogenowe stosowane u części pacjentek z rakiem piersi. Ich zastosowanie dotyczy ściśle określonej grupy chorych i sytuacji klinicznej, w której klasyczna ocena patomorfologiczna nie pozwala jednoznacznie określić optymalnej strategii leczenia.
Jak wyjaśniała prof. Renata Duchnowska, specjalistka w dziedzinie onkologii klinicznej, „W raku luminalnym HER2-ujemnym we wczesnym stadium często nie jesteśmy w stanie, na podstawie samych czynników kliniczno-patomorfologicznych, zdecydować, czy pacjentka powinna otrzymać chemioterapię okołooperacyjną, czy wystarczy hormonoterapia. Testy wielogenowe pozwalają lepiej zrozumieć biologię nowotworu – (…) Aktywacja określonych szlaków sprawia, że jeden nowotwór rokuje lepiej, inny gorzej – i jeden wymaga leczenia z udziałem chemioterapii, a inny nie.”
Znaczenie tych badań polega często na ograniczeniu leczenia do sytuacji, w których przynosi ono realną korzyść. Jak podkreślała prof. Duchnowska, „Test wielogenowy wykonuje się tylko raz w życiu – na etapie rozpoznania, przy kwalifikacji do leczenia uzupełniającego. (…) Z badań wynika, że nawet około 50% chorych, które według klasycznej oceny uznalibyśmy za wysokiego ryzyka, w ogóle nie potrzebuje chemioterapii. Jeśli chemioterapia nie przynosi korzyści, to po co ją stosować? To dodatkowe koszty i dodatkowe cierpienie dla pacjentki.”
Testy wielogenowe są uwzględniane w zaleceniach międzynarodowych towarzystw naukowych. Jak przypominał dr Andrzej Tysarowski, konsultant wojewódzki w dziedzinie laboratoryjnej genetyki medycznej, „Testy wielogenowe są zalecane przez międzynarodowe towarzystwa naukowe, takie jak NCCN czy ESMO. Do AOTMiT trafiły informacje o zastosowaniu tych testów w wielu nowotworach jednocześnie. W efekcie oceniano je w szerokim kontekście, podczas gdy zasadność ich stosowania była udowodniona tylko w raku piersi. Dlatego ponowiono wniosek o ocenę skuteczności tych testów wyłącznie w raku piersi, gdzie ich wartość kliniczna jest udowodniona.”
Ekspert zwracał również uwagę, że chodzi o jedno konkretne badanie o jasno określonej metodologii i populacji pacjentek. „Mówimy tu o jednym, konkretnym badaniu. To nie jest tak, że można je wykonać różnymi metodami – jest to określony test wykonywany w konkretnym laboratorium, w którym został zwalidowany. Populacja pacjentek w Polsce, które mogłyby być objęte tym badaniem, szacowana jest na około 3000 przypadków rocznie. (…)”
Decyzja dotycząca ewentualnego włączenia testów wielogenowych do koszyka świadczeń gwarantowanych ma zapaść po analizie Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji. Jak informowała Dominika Janiszewska-Kajka, zastępca dyrektora Departamentu Analiz i Strategii Ministerstwa Zdrowia, „14 kwietnia otrzymamy rekomendację z AOTMiT-u w zakresie zakwalifikowania [testów wielogenowych] do koszyka świadczeń gwarantowanych. Zostanie oceniona efektywność kliniczno-kosztowa – podkreślam kliniczna, ponieważ choć argumenty ekonomiczne są ważne, to przeważają aspekty bezpieczeństwa pacjentki. (…) Bardzo uważnie obserwujemy i przyglądamy się temu procesowi analitycznemu, oczekując na wyniki agencji.”
Przedstawicielka resortu zdrowia wskazywała jednocześnie, że analiza ta jest częścią szerszego przeglądu systemu badań genetycznych w onkologii. „Agencja [AOTMiT] otrzymała bardzo duże zlecenie dotyczące uporządkowania badań genetycznych, ponieważ obecnie mamy zbyt duże rozproszenie zarówno procedur, jak i sposobu ich rozliczania. 14 kwietnia dostaniemy efekt pracy agencji, ale także ekspertów, którzy pracują przy realizacji tego zlecenia.”

Szybkość diagnostyki nie zależy wyłącznie od technologii

Nowoczesna onkologia opiera się na patomorfologii i diagnostyce molekularnej. Znaczenie ma nie tylko dostępność technologii, lecz także organizacja procesu diagnostycznego i moment wykonania badań, które wpływają na decyzje terapeutyczne.
Na znaczenie organizacji diagnostyki zwracał uwagę prof. Artur Kowalik ze Świętokrzyskiego Centrum Onkologii. Jak mówił, „Często słyszymy argument, że na badania się długo czeka – i to jest prawda. Tylko trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie dlaczego. Duża grupa pacjentów trafia tam, gdzie nie powinna, czyli nie do ośrodków kompleksowych. Materiał jest wożony między placówkami, nie ma własnej patomorfologii, a w dużych centrach, gdzie specjaliści mogą się konsultować na miejscu, wszystko odbywa się znacznie szybciej.”
W wielu przypadkach opóźnienia wynikają z organizacji systemu, a nie z braku technologii. Dotyczy to również badań zaawansowanych. Jak wskazywał prof. Kowalik, „Te drogie testy, o których mówimy, są tak naprawdę dokładnie policzone. Na przykład kompleksowy test CGP w raku płuca dotyczy około trzech tysięcy chorych w całej Polsce (…) Podobnie jest w raku jajnika, gdzie mówimy o około 2,5 tysiąca badań HRD. To nie są więc liczby niekontrolowane.
Jedną z najważniejszych praktycznych barier pozostaje sposób rozliczania. Prof. Kowalik mówił wprost, że „Największą trudnością w praktyce klinicznej pozostaje sposób rozliczania badań. Wiele materiałów pobieranych jest ambulatoryjnie – na przykład biopsje prostaty czy inne biopsje tkankowe – i potem bardzo trudno jest je rozliczyć w ramach refundacji. Podobnie jest z płynną biopsją, o której dziś mówimy coraz częściej. To są realne bariery, które utrudniają lekarzom zlecanie badań.”
Problem dotyczy również interpretacji obowiązujących przepisów. „Według obecnej interpretacji przepisów, jeżeli materiał został pobrany ambulatoryjnie, to badanie można wykonać, ale pojawia się problem z jego refundacją. (…) lekarz ma pacjenta w poradni, widzi potrzebę wykonania badania, a system mu to utrudnia.”
W tym kontekście pojawia się postulat większej koncentracji diagnostyki. „Powinniśmy krok po kroku ewoluować w stronę względnej centralizacji diagnostyki. W Polsce na różnych etapach diagnostyki i leczenia rakiem płuca zajmuje się kilka tysięcy podmiotów. Jak w takim systemie zbierać dane i panować nad jakością? Bez pewnego poziomu centralizacji będzie to po prostu bardzo trudne.”
Skutki rozproszenia widać w podstawowych wskaźnikach diagnostycznych. Jak wskazywał prof. Kowalik, „Tylko około 30% pacjentów z rakiem płuca ma wykonaną kompleksową diagnostykę molekularną. (…) Powód jest prosty – pacjenci trafiają do ośrodków, które nie są przygotowane do prowadzenia takiej diagnostyki.” 

Największym wyzwaniem nie jest brak wiedzy, ale brak spójności

Z tej debaty o diagnostyce wyłania się obraz systemu, który nie cierpi na brak wiedzy eksperckiej ani na brak świadomości problemów. Przeciwnie – środowisko bardzo precyzyjnie wskazuje, gdzie są luki: w monitorowaniu ścieżki pacjenta, w momencie wystawiania karty DILO, w rozproszeniu badań genetycznych, w braku jasnych zasad zlecania i rozliczania procedur, w niedostatecznej centralizacji najbardziej wymagających elementów diagnostyki, w słabym osadzeniu poradnictwa genetycznego i w ryzyku dalszego ograniczania dostępności badań obrazowych. Problem polega na tym, że system przez lata narastał warstwowo, a kolejne rozwiązania nie zawsze były ze sobą zgodne.
Dlatego najważniejsze pytanie nie brzmi już dziś, czy Polska potrzebuje nowoczesnej diagnostyki onkologicznej, bo to pozostaje bezdyskusyjne. Pytanie brzmi raczej, czy potrafi zbudować taki model organizacyjny, w którym pacjent trafi do właściwego miejsca odpowiednio wcześnie, materiał zostanie wykorzystany racjonalnie, badania zostaną wykonane tam, gdzie są do tego kompetencje, wynik wróci na czas, a finansowanie nie będzie premiowało omijania systemu. Dopiero wtedy wzrost liczby świadczeń i miliardów wydawanych na onkologię może zacząć przekładać się nie tylko na większą aktywność systemu, ale na realnie lepsze wyniki leczenia.

Źródło: zapis posiedzenia Podkomisji stałej do spraw organizacji ochrony zdrowia z 11.03.2026 r. oraz wypowiedzi uczestników posiedzenia