Medicalpress
Osoby z prawidłowym BMI, czyli proporcją wagi do wzrostu, ale podwyższonym tzw. metabolicznym BMI, mogą być nawet pięciokrotnie bardziej narażone na poważne problemy metaboliczne, skutkujące m.in. otyłością i zwiększonym ryzykiem sercowo-naczyniowym – wynika z badań naukowców z Uniwersytetu w Göteborgu, opublikowanych w „Nature Medicine”. Nowy wskaźnik, oparty na analizie metabolitów we krwi, pozwala dokładniej ocenić zdrowie metaboliczne niż tradycyjny BMI. Naukowcy wykazali, że kluczową rolę w procesach związanych z przemianą materii spełnia mikrobiota jelitowa.

– Moje badania obejmowały głównie osoby w średnim wieku i Europejczyków. Musimy brać to pod uwagę, ponieważ może to nie być grupa reprezentatywna dla całej populacji. Jednak wzrost ryzyka był dość wyraźny. Osoby z pozornie normalną masą ciała, ale podwyższonym metabolicznym BMI, są obciążone od dwu- do pięciokrotnie wyższym ryzykiem stłuszczenia wątroby, które stanowi jedno z najgroźniejszych schorzeń metabolicznych. Upośledzenie funkcji wątroby może w najgorszym wypadku prowadzić do raka wątroby. Wiąże się ono również z bardzo wysokim ryzykiem cukrzycy typu 2. Zazwyczaj u osób z tym schorzeniem występuje insulinooporność, więc ich organizm nie radzi sobie dobrze z przetwarzaniem glukozy. Osoby te mają tendencję do gromadzenia większej ilości trzewnej tkanki tłuszczowej, czyli tkanki tłuszczowej wokół narządów wewnętrznych. W wielu przypadkach ich wyniki są zbliżone do osób, które mają BMI w górnej granicy normy – mówi w wywiadzie dla agencji Newseria Rima Chakarou, autorka badania przeprowadzonego na Uniwersytecie w Göteborgu w Szwecji, dziś badaczka w Szpitalu Uniwersyteckim w Lipsku w Niemczech.

Tradycyjny BMI (ang. Body Mass Index) to metoda oceny proporcji wagi do wzrostu. Oblicza się go, dzieląc masę ciała (w kilogramach) przez wzrost (w metrach) podniesiony do kwadratu. Wynik między 25 a 29,9 oznacza nadwagę, a powyżej 30 – otyłość. Badacze coraz częściej zwracają jednak uwagę na to, że wskaźnik ten jest powierzchowny i nieprecyzyjny.

 W dużej populacji może on być źródłem informacji o tym, czy jej przedstawiciele mają więcej, czy mniej tkanki tłuszczowej, ale nie mówi na przykład o tym, gdzie ta tkanka jest zlokalizowana ani jak wygląda metabolizm u tych osób. Jest to problematyczne, ponieważ są osoby bardzo szczupłe, które mogą jednak mieć problemy metaboliczne w postaci insulinooporności, stłuszczenia wątroby i przewlekłego stanu zapalnego rozwijającego się niepostrzeżenie – wskazuje Rima Chakaroun.

Z uwagi na to pojawiła się potrzeba opracowania precyzyjniejszego narzędzia, jakim jest właśnie metaboliczne BMI (metBMI) – oparte nie na podstawowych pomiarach, lecz na metabolomie.

 Wskaźnik ten opiera się na małych cząsteczkach zawartych we krwi. Cząsteczki te pozwalają się określić, jak poszczególne narządy współpracują ze sobą, jaki jest stan wątroby, tkanki tłuszczowej, a nawet jelit. W naszym badaniu przyjrzeliśmy się metabolitom, które zazwyczaj są powiązane z BMI, ulegając wzrostowi lub spadkowi wraz z tym wskaźnikiem, i użyliśmy ich do predykcji metabolicznego BMI. W ten sposób niejako uzyskaliśmy cechy charakterystyczne otyłości, czyli jak wygląda krew osoby, która teoretycznie jest otyła. Okazuje się, że można mieć cechy otyłości bez poziomu BMI, który by na nią wskazywał. Podsumowując, jest to więc raczej korekta tradycyjnego BMI, pozwalająca uzyskać informacje o zdrowiu metabolicznym w danym momencie – podkreśla badaczka.

Z badań przeprowadzonych w Szwecji pod kierownictwem Rimy Chakaroun, które zostały opisane w styczniu w „Nature Medicine”, wynika, że metaboliczne BMI jest silnie powiązane z mikrobiotą jelitową. Osoby z wyższym wskaźnikiem miały mikrobiotę jelitową o mniejszej różnorodności i mniejszym potencjale do rozkładu błonnika pokarmowego do kwasu masłowego – proces ten jest wiązany z łagodzeniem stanu zapalnego. Okazało się też, że po operacji bariatrycznej osoby z wyższym metBMI osiągały o 30 proc. niższą redukcję masy ciała.

 Mikrobiom jelitowy osób o podwyższonym metabolicznym BMI różni się od pozostałych. Występuje w nim mniej bakterii i są one generalnie mniej zróżnicowane, mniej jest również bakterii wytwarzających pożyteczne metabolity. Są to na przykład krótkołańcuchowe kwasy tłuszczowe. Wiele z metabolitów, które są istotne dla obliczania metabolicznego BMI, jest ściśle związanych z mikrobiomem jelitowym i wytwarzanych przez mikrobiom. Nasze jelita są więc wskaźnikiem, jak radzimy sobie w otoczeniu. Może się to wiązać z podwyższonym ryzykiem metabolicznym – wskazuje Rima Chakaroun.

Naukowcy przypuszczają, że zmiana profilu metabolicznego jest możliwa do osiągnięcia. Kluczem do tego ma być przede wszystkim zdrowy styl życia.

– Zawsze pożyteczne będą działania mające na celu zmniejszenie trzewnej tkanki tłuszczowej. Korzystne będzie każde takie działanie: zdrowa dieta, niepolegająca na nadmiernym ograniczeniu spożywanych kalorii, być może trening z obciążeniem. Chodzi o wszystkie czynniki, które zwiększają wytrzymałość organizmu i odporność na stres oraz wpływają na odbudowę mitochondriów, zarówno w tkance tłuszczowej, jak i w mięśniach. Uważam, że najważniejsze jest zrozumienie, że nie jest to wyłącznie kwestia genetyki. Metaboliczne BMI jest odzwierciedleniem stylu życia, odżywiania i tego, jak traktujemy nasz organizm. Na te czynniki mamy zazwyczaj większy wpływ niż na geny – kwituje ekspertka.

Według Światowej Organizacji Zdrowia jedna na osiem osób na świecie cierpi na otyłość. W 2024 roku 35 mln dzieci poniżej piątego roku życia miało nadwagę.

Źródło: Newseria

Choć insulinooporność może dotyczyć nawet co trzeciej osoby w Polsce i mówi się o niej coraz więcej, to w błyskawicznym tempie narastają wokół niej również szkodliwe mity. Te, jak podkreślają eksperci, są wodą na młyn kampanii sprzedażowych producentów suplementów diety, które mają pomagać pacjentom wyjść z tego stanu. Dietetyk kliniczny podkreśla, że kluczem do skutecznego leczenia nie są restrykcyjne diety czy drogie suplementy, lecz holistyczne podejście, zmiana stylu życia i współpraca zespołu specjalistów.

– Świadomość dotycząca insulinooporności jest bardzo duża. Pacjentki często trafiają na ten temat, szukając przyczyn tego, że nagle ich masa ciała poszła do góry czy po prostu źle się czują. Dzięki temu, że mamy teraz bardzo rozwinięte social media, jest wiele grup społecznościowych, funkcjonują listy polecanych specjalistów, łatwo znaleźć dobrego eksperta w tej dziedzinie. Jest coraz więcej lekarzy, którzy nie odeślą pacjenta, mówiąc: „taki pana/pani urok, proszę wrócić, jak będzie już cukrzyca”, co jeszcze 10–15 lat temu mogło się zdarzyć – mówi w wywiadzie dla agencji Newseria dr n. o zdr. Małgorzata Słoma-Krześlak, dietetyczka kliniczna.

Jak czytamy w portalu pacjent.gov.pl, insulinooporność nie jest chorobą, lecz stanem, do którego dochodzi, gdy obniża się wrażliwość tkanek obwodowych na działanie insuliny. Organizm zaczyna produkować więcej tego hormonu, by unormować poziom glukozy we krwi. Jednak gdy tkanki są mniej wrażliwe na insulinę, wychwytują jej mniej, a to prowadzi do hiperglikemii, czyli podwyższonego stężenia glukozy we krwi.

Narodowe Centrum Edukacji Żywieniowej podaje, że insulinooporność może występować, w zależności od badanej grupy, w 10–30 proc. populacji. Na ryzyko jej wystąpienia wpływają styl życia, dieta i aktywność fizyczna.

 Największym mitem związanym z insulinoopornością jest chyba to, że jej posiadanie samo w sobie będzie powodować niekontrolowany przyrost masy ciała. Inny popularny mit dotyczy  konieczności wyeliminowania z diety glutenu i nabiału jako składników, które w tej sytuacji zdrowotnej mogą zaszkodzić – mówi dr Małgorzata Słoma-Krześlak.

Ekspertka uważa, że błędne przekonania krążące w świadomości społecznej mogą być pokłosiem kampanii sprzedażowo-reklamowych. Producenci suplementów diety w reklamowych przekazach przekonują, że insulinooporność to ciężkie zaburzenie, którego leczenie wymaga dużej wiedzy, a dieta jest tak wymagająca, że nie sposób samemu sobie z nią poradzić. Twierdzą, że z pomocą przychodzą sprzedawane przez nich specyfiki.

 Przez to pacjenci, zanim trafią do dobrego specjalisty, który im realnie pomoże i spojrzy bardziej holistycznie na ich stan zdrowia, tracą dużo cennego czasu. Często nie zgłaszają się już tylko z insulinoopornością. Stają się pacjentami ze stanem przedcukrzycowym albo z dodatkowymi komponentami zespołu metabolicznego, czyli nadciśnieniem tętniczym, dną moczanową czy zaburzeniami profilu lipidowego – wskazuje dietetyczka.

Jak podkreśla, diagnostyka insulinooporności nie jest prosta, przede wszystkim dlatego że nie istnieją wystandaryzowane metody do oceny insulinowrażliwości w poradniach.

 Jeżeli podejrzewamy u kogoś cukrzycę, to wiemy, że musimy mu zlecić test tolerancji glukozy. Są podane limity, jak to ma wyglądać na czczo, a jak w drugiej godzinie. Natomiast dla insulinooporności mamy złoty standard, to jest tzw. euglikemiczna klamra metaboliczna. Wykonuje się ją jednak wyłącznie w badaniach naukowych, a nie na oddziale szpitalnym czy w poradni. Pacjentki chętnie obliczają więc współczynnik HOMA, ale on nie jest do końca zwalidowany i trudno powiedzieć, jaka wartość będzie mogła być uznawana za insulinooporność – mówi dr Małgorzata Słoma-Krześlak.

Jak tłumaczy dietetyczka, lekarze są w stanie postawić diagnozę na podstawie wywiadu, lipidogramu czy krzywej glukozowej, bez konieczności przeprowadzania krzywej insulinowej.

– Jeżeli widzimy, że pacjent ma zrobioną krzywą glukozową i w drugiej godzinie testu wynik glikemii jest podobny do tego na czczo albo jeszcze niższy, to znaczy, że był za duży wyrzut insuliny w tym czasie i to jest hiperinsulinooporność. Sygnałem mogą też być zaburzenia profilu lipidowego.  W fazie badań są teraz nowe wskaźniki, które będą się opierać na zestawieniu np. stosunku trójglicerydów do poziomu glukozy – podkreśla ekspertka.

Jak dodaje, w leczeniu insulinooporności najlepsze efekty osiąga się pod opieką interdyscyplinarnego zespołu specjalistów.

 Zaczynamy od lekarza, który postawi diagnozę, dobierze odpowiednie leczenie, później udamy się do specjalisty od żywienia, od aktywności fizycznej, bo nie każda będzie dobra dla każdego. Ważne są ponadto psychologiczne aspekty leczenia, określenie tego, czy jemy na tle emocjonalnym, czy potrafimy różnicować głód od apetytu, czy jemy dlatego, że nam się nudzi – mówi dr Małgorzata Słoma-Krześlak.

W walce z insulinoopornością najważniejszy jest zdrowy styl życia. Rządowy portal podaje, że podstawą terapii jest odpowiednio zbilansowana dieta i regularna aktywność fizyczna. Na podstawie badań, jakie były prowadzone pod kątem różnych postępowań dietetycznych, ustalono, że część z nich może mieć korzystny wpływ między innymi na spadek masy ciała, ciśnienia tętniczego krwi oraz obniżenie poziomu glukozy i insuliny we krwi. To na przykład dieta DASH (oparta na produktach o jak najmniejszym stopniu przetworzenia) czy oparta na produktach o niskim indeksie glikemicznym.

 To nie musi być jakaś specjalna dieta. Wystarczy utrzymanie zasady zdrowego talerza, który jest rekomendowany przez Narodowe Centrum Edukacji Żywieniowej. Jego jedną połowę powinny stanowić warzywa, które zjadamy w pierwszej kolejności, aby ograniczać wyrzut glukozy oraz insuliny, a drugą białko, źródło pełnoziarnistych produktów zbożowych i dobre tłuszcze – mówi dietetyczka.

Jak podkreśla, mówiąc o stylu życia, nie można też zapominać o higienie snu. 

– Zaburzenia w tej sferze będą powodować niekontrolowane napady głodu, to, że chcemy sobie poprawiać nastrój jedzeniem, zwiększać ilość dopaminy przez różne comfort foody – tłumaczy dr Małgorzata Słoma-Krześlak. – Insulinooporność jako zaburzenie nie jest twardym orzechem do zgryzienia, jeżeli pacjentka zrozumie, jak jej wybory zdrowotne, żywieniowe i aktywność fizyczna działają na jej organizm. Wtedy już wie, na co sobie może pozwolić i jak może sobie najlepiej z tym poradzić.

W serwisie internetowym, prowadzonym przez Ministerstwo Zdrowia i Narodowy Fundusz Zdrowia, czytamy, że leki mogą być jedynie metodą wspomagającą dietę i ruch. W wielu przypadkach insulinooporność można cofnąć, jeśli wynikała z błędów w żywieniu lub nieprawidłowego stylu życia. Jeśli jednak problem zostanie zbagatelizowany lub pacjent będzie nieprawidłowo prowadzony, to w konsekwencji może się u niego rozwinąć cukrzyca typu 2.

– Badania pokazują, że dojdzie do tego po około 10 latach od diagnozy insulinooporności. To jest właściwie pierwszy „schodek”. Potem mamy stan przedcukrzycowy, a następnie samą cukrzycę. W konsekwencji czekają nas później jej wszystkie powikłania: zaburzenia neurologiczne czy kardiologiczne. To już jest domino – wszystko, co się może popsuć, niestety będzie się psuło, a to jest bardzo szybka droga do utraty lat przeżytych w zdrowiu – ostrzega dietetyczka.

Dr Małgorzata Słoma-Krześlak dodaje, że w Polsce mamy dobry dostęp do terapii insulinooporności. Zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i w Wielkiej Brytanii przypadłość ta praktycznie nie jest rozpoznawana i poddawana terapii.

Źródło: Newseria

Czasem jedno słowo wystarczy, by opisać sens wielu lat starań, trudnych decyzji i emocjonalnych wzlotów i upadków. Dla Patrycji tym słowem było „mama”. Jej historia to nie tylko opowieść o determinacji i sile, ale także dowód na to, jak ogromną rolę w leczeniu niepłodności odgrywa dziś nowoczesna medycyna. W Światowy Dzień In Vitro przypominamy, że dla setek tysięcy par w Polsce to właśnie ta metoda jest jedyną szansą na upragnione rodzicielstwo.
Patrycja zawsze marzyła o tym, by usłyszeć to jedno, najważniejsze słowo: „mama”. Choć lata starań nie przyniosły cudu – nie poddawała się. Jej historia to przejmująca opowieść o determinacji – i o tym, jak dzięki osiągnięciom medycyny można spełniać marzenia. Mała Wandzia, podobnie jak dziesiątki tysięcy dzieci w Polsce, przyszła na świat dzięki leczeniu metodą in vitro. Światowy Dzień In Vitro, obchodzony 2 czerwca, to moment, by głośno mówić o szansie, którą ta metoda daje osobom zmagającym się z niepłodnością. W Polsce to nawet 1,5 miliona par. Dla wielu z nich in vitro to jedyna droga do rodzicielstwa.

Pragnienie bycia mamą, tak naturalne i bliskie wielu kobietom, towarzyszyło Patrycji od zawsze. Przez ponad dekadę dążyła do tego, aby stało się rzeczywistością.

Rodzicielstwo to największe marzenie tysięcy par. Coraz częściej na ich drodze pojawiają się przeszkody zdrowotne. Na szczęście współczesna medycyna pozwala je skutecznie diagnozować i leczyć. Historia pani Patrycji i jej rodziny pokazuje, że nawet po wielu latach, mimo ogromnego obciążenia emocjonalnego związanego z tak długim okresem starań, marzenie o dziecku może się spełnić – mówi lek. Piotr Lachowski, ginekolog-położnik z kliniki leczenia niepłodności Invimed we Wrocławiu, lekarz prowadzący pacjentki.

To historia pełna nadziei, łez, niepewności i determinacji. Patrycja i jej mąż marzyli, by ich rodzina powiększyła się – lecz, pomimo starań, kolejne lata mijały bez upragnionego dziecka. Gdy naturalne metody zawiodły, rozpoczęli specjalistyczne leczenie. Przechodzili pogłębioną diagnostykę, kolejne procedury medyczne. Mimo wielu prób upragniona ciąża nie nadchodziła. Okazało się, że Patrycja mierzy się z endometriozą i insulinoopornością, a dodatkowo w wyniku powikłań po jednym z badań straciła zdrowy jajnik.

Nasze starania o dziecko trwały 11 lat. W czterech klinikach leczenia niepłodności odbyliśmy 6 procedur in vitro i 11 transferów zarodków – mówi Patrycja – Za tymi liczbami kryją się ogromne emocje: kolejne tygodnie i miesiące przynosiły nowe nadzieje, ale i chwile zwątpienia. Każda nieudana próba była ciosem, za którym szły trudne przeżycia, a pytania pozostawały bez odpowiedzi.

Czy ze mną coś nie tak?”, „Czy kiedyś się uda?”, „Czy zostaniemy rodzicami?” – te wątpliwości towarzyszyły im na co dzień, a miesiące zmieniały się w lata. Patrycja i jej mąż żyli w cyklach nadziei i rozczarowań. Przeżywali trudne momenty – łzy, bezradność, zmęczenie. Ale nigdy się nie poddali.

Wiele razy słyszałam, że „wystarczy odpuścić, a ciąża sama się pojawi”. Dla wielu kobiet zmagających się z niepłodnością to zdanie brzmi jak policzek. Bo jak odpuścić, kiedy pragnienie macierzyństwa wypełnia każdą myśl? – mówi Patrycja.

Przełom wydarzył się w 2024 roku. Patrycja i jej mąż dojrzewali do decyzji o poddaniu się po raz kolejny zapłodnieniu in vitro, które dla wielu par jest jedyną szansą na rodzicielstwo. Znaleźli klinikę leczenia niepłodności Invimed i tam zostali objęci ogólnopolskim refundowanym programem wsparcia in vitro. Poznali lekarza, przy którym poczuli się spokojnie i bezpiecznie.

Doktor wyczerpująco odpowiedział na wszystkie nasze pytania. Był konkretny i rzeczowy, uważnie nas słuchał. Od początku czuliśmy się zaopiekowani. Jasno przedstawił nam plan leczenia, szczegółowo omówił z nami każdy krok dbając o to, abyśmy wszystko dobrze zrozumieli – opowiada Patrycja.

I wtedy stało się coś, na co czekali od lat.

Po 11 latach starań usłyszałam upragnione słowa: jest Pani w ciąży – opowiada Patrycja – Szok, niedowierzanie, łzy – nie tylko radości, ale też strachu, by to marzenie nie zniknęło.

Moment potwierdzenia ciąży to najpiękniejsza chwila w naszej pracy. Bywa tak wzruszający, że emocje dosłownie ściskają gardło – mówi lek. Piotr Lachowski.

Dla Patrycji ciąża była spełnieniem marzeń, ale też ogromnym wyzwaniem – szczególnie po długim czasie starań, oczekiwań i niepewności. Przyznaje, że radość mieszała się z lękiem. Każdy, nawet najdrobniejszy objaw, odczytywała jako potencjalne zagrożenie, co prowadziło do wyczerpującego emocjonalnie sprawdzania informacji w internecie. W końcu postawiła sobie jasną granicę – i zdecydowała się jej trzymać.

Ciąża po in vitro różni się od tej poczętej spontanicznie przede wszystkim tym, że pacjentki mają za sobą często długą i trudną drogę. Ich wcześniejsze doświadczenia, związane z problemami z zajściem w ciążę, bywają źródłem traum. Ten bagaż emocjonalny potrafi obciążyć ciążę od samego początku. Z fizjologicznego punktu widzenia taka ciąża przebiega podobnie jak spontaniczna, choć zazwyczaj wymaga dodatkowego wsparcia hormonalnego – dodaje lekarz.

11 kwietnia 2025 roku to był piątek. Niebo nad Dolnym Śląskiem, gdzie mieszka rodzina, było lekko zachmurzone, a temperatura niezbyt wysoka. Ale dla tych dwojga ludzi to był najcieplejszy i najbardziej słoneczny dzień w ich życiu. Wówczas na świecie pojawiła się ich wyczekiwana córeczka. Dziś Patrycja z dumą mówi: – Zostałam mamą dzięki in vitro. Jestem wdzięczna medycynie, lekarzom, wsparciu najbliższych i swojej własnej sile, że wytrwałam.

– Dzięki postępom współczesnej medycyny, metoda in vitro daje milionom ludzi na całym świecie realną szansę na rodzicielstwo – nawet po wielu latach bezskutecznych starań – podkreśla lek. Piotr Lachowski. – Dla wielu par to często jedyna nadzieja, dlatego dostęp do nowoczesnych metod leczenia niepłodności jest kluczowy.

– Dziś patrzę na Nią. Oddycham z ulgą. I płaczę – z wdzięczności. Bo wiem, że ta droga – choć brutalnie trudna – nie była bez sensu. Wiem, że każda łza, każda walka, każdy transfer i każdy moment zwątpienia zaprowadziły mnie właśnie tutaj. Do Niej. Z całego serca dziękuję doktorowi Piotrowi Lachowskiemu i zespołowi kliniki za ogromne serce, za mądrość i wiedzę – napisała Patrycja po urodzeniu Wandzi.

Dziś Patrycja apeluje: każda kobieta powinna mieć prawo i szansę aby zostać mamą. Ona sama chce pomagać innym i tworzyć społeczność wsparcia dla kobiet przechodzących przez podobne doświadczenia. O swojej drodze do macierzyństwa, w tym o radzeniu sobie z trudnymi emocjami, mówi w wideo https://www.youtube.com/watch?v=5GK5UIbisw4 oraz na swoim profilu IQ Płodności na Instagramie. A jej obserwatorki komentują: „Dziękuję, że mówisz to głośno”, „Nie czuję się już sama”, „Twoja historia daje mi siłę”.

A wdrożony 1 czerwca 2024 Rządowy program leczenia niepłodności metodą in vitro na lata 2024–2028 to kompleksowe wsparcie dla par pragnących zostać rodzicami.

 
O ekspercie:
Lek. Piotr Lachowski specjalista ginekolog-położnik, lekarz z 20.-letnim doświadczeniem. Absolwent Akademii Medycznej we Wrocławiu, Wydziału Lekarskiego, posiada I i II stopień specjalizacji z położnictwa i ginekologii. Związany z kliniką leczenia niepłodności Invimed od 12 lat.
 
O klinikach leczenia niepłodności Invimed
Invimed to sieć klinik leczenia niepłodności, obecna na rynku od 24 lat. Dziś Invimed to 6 specjalistycznych placówek w: Warszawie (2 kliniki), Wrocławiu, Poznaniu, Gdyni i Katowicach. Wszystkie kliniki Invimed realizują rządowy program refundacji in vitro. 
 
Insulinooporność to coraz częściej diagnozowany problem, który bez odpowiedniego leczenia i stylu życia może prowadzić do rozwoju cukrzycy typu 2 i innych poważnych powikłań zdrowotnych. Kluczową rolę w poprawie samopoczucia i parametrów metabolicznych odgrywa dieta – odpowiednio skomponowana może wspomagać leczenie i znacząco poprawić jakość życia. W naszym artykule podpowiadamy, jak powinno wyglądać codzienne odżywianie osób zmagających się z insulinoopornością i czego warto unikać.
Insulinooporność to stan, w którym komórki organizmu słabiej reagują na insulinę – hormon odpowiadający m.in. za regulację poziomu glukozy we krwi. W efekcie trzustka produkuje jej więcej, co z czasem może prowadzić do hiperinsulinemii, stanu zapalnego i w dalszej perspektywie – cukrzycy typu 2. Jednym z najskuteczniejszych sposobów radzenia sobie z tym zaburzeniem metabolicznym jest zmiana stylu życia, a w szczególności diety.

Nie ma jednej uniwersalnej diety dla osób z insulinoopornością, jednak możemy wyróżnić kilka zasad, które będą korzystne dla większości pacjentów – tłumaczy dr hab. n. o zdr. Agnieszka Surwiłło-Snarska, dietetyczka i specjalistka zdrowia publicznego. – Dieta powinna być przeciwzapalna, niskoprzetworzona i zawierająca niski ładunek glikemiczny.
W codziennym jadłospisie warto uwzględnić:
Ważna jest również regularność posiłków – najlepiej spożywać 3–5 posiłków dziennie, w równych odstępach czasu. Niewskazane są długie przerwy między posiłkami oraz objadanie się wieczorami.
Czego unikać? Osoby z insulinoopornością powinny ograniczyć produkty o wysokim indeksie glikemicznym, takie jak:
– Warto też zwrócić uwagę na jakość snu, aktywność fizyczną i ogólny poziom stresu – dodaje ekspertka. – Insulinooporność to złożony problem, dlatego leczenie powinno być wieloaspektowe i dopasowane indywidualnie.
Dzięki odpowiedniej diecie i stylowi życia, insulinooporność można skutecznie kontrolować, a nawet odwrócić jej skutki. Najważniejsze to podejść do tematu świadomie i systematycznie – z pomocą specjalistów.

Źródło: Pap MediaRoom

„Mechanizm rozpoznawania insulinooporności to rozpaczliwa próba wyjaśniania otyłej przeważnie pacjentce, dlaczego jest otyła i nie może schudnąć. Mówi się: ma pani wysokie poziomy insuliny, a ona sprzyja syntezie wszystkiego i odkładaniu się tłuszczu, więc dlatego nie może pani schudnąć. To jest pomylenie skutków z przyczyną” – mówi prof. Leszek Czupryniak, diabetolog, internista, kierownik Kliniki Diabetologii i Chorób Wewnętrznych Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego w Centralnym Szpitalu Klinicznym WUM.
Do rozmowy z panem natchnął mnie mój ginekolog – endokrynolog, osoba poważana w środowisku, mówiąc, że zachodzi w głowę, na podstawie jakich wskaźników są stawiane rozpoznania insulinooporności, bo mnóstwo jego pacjentek ma taką diagnozę. Jest to bowiem „choroba” kobiet. Biorę w cudzysłów słowo choroba, bo pan insulinooporność nazywa pseudochorobą, a jeden z wykładów na ten temat rozpoczął pan od nieestetycznego obrazka czterech zwisających nad paskiem męskich brzuchów, prezentowanych na plaży. Powiedział pan, że to definicja insulinooporności.

Oczywiście, nie ma takiej choroby jak insulinooporność. Jest to pewien mechanizm adaptacyjny naszego organizmu do nadmiernego gromadzenia energii w ciele w postaci tłuszczu. Gdy coś zjemy, trzustka wydziela insulinę, która jest hormonem, a sens jego działania jest taki, że jest informacją. Krąży w krwioobiegu po całym organizmie i łączy się z niemal wszystkimi komórkami i daje im sygnał do wchłaniania glukozy. Łączy się w miejscu nazywanym receptorem, składającym się z czterech podjednostek białkowych – działa to jak klucz i zamek. Insulina otwiera komórki dla glukozy, łączy się z zamkiem, czyli tym receptorem, sama będąc kluczem. Dla komórki jest to sygnał, żeby do błony komórkowej wysłać z wewnątrz komórki białka transportujące glukozę, one łączą się z błoną komórkową, łapią glukozę, która jest w dużej ilości po jedzeniu na zewnątrz komórki. Wciągają glukozę do środka komórki i tam jest zamieniana na energię. Jeden gram glukozy daje cztery kalorie.

Kiedy glukozy jest dużo, bo coś zjemy, ale jej nie spalamy, gdyż nie potrzebujemy w danej sytuacji, czyli np. siedzimy przed komputerem, telewizorem, prowadzimy samochód i jemy słodką bułkę albo owoce, i cukier zawarty w tych pokarmach nie musi być od razu spalony na potrzeby organizmu, to komórki pod wpływem działania insuliny wchłaniają tę niepotrzebną na bieżące potrzeby organizmu ilość glukozy i bardzo szybko zamieniają w tłuszcz, w ciągu kilkudziesięciu minut. Tłuszcz zaś jest przechowywany w komórkach tłuszczowych, w wątrobie na czasy, kiedy jedzenia nie będzie. I jeżeli nie jemy, pojawia się głód, to wówczas organizm sięga po zapasy energii zgromadzone w postaci tłuszczu i go powoli spala.

A my przecież cały czas coś jemy i jemy…

… i komórki robią się coraz większe, bo przybywa w nich tłuszczu. Wbrew powszechnej opinii komórka może być bardzo duża i widoczna gołym okiem, bo kurze jajo to jedna komórka, również strusie jajo to jedna komórka. Jak ktoś robi się otyły, jego komórki tłuszczowe powiększają się od ilości nagromadzonego tłuszczu – od tego człowiek robi się większy. Jednakże komórka ma taki mechanizm, że jeśli ma w sobie dużo energii, w pewnym momencie nie chce jej więcej. Jeśli będzie ją wchłaniała stale, człowiek będzie rósł jak baobab. Gdy zdarzy się, że człowiek jest pozbawiony tego mechanizmu, wówczas tyje niemal w nieskończoność. Najtęższy człowiek świata ważył prawie 700 kg – jest odnotowany w księdze rekordów Guinnessa. Gdy jechał do szpitala, gdzie umarł, trzeba było wybić ściany, żeby go za pomocą dźwigu w wozie strażackim wyjąć z mieszkania i przetransportować do szpitala. To był człowiek, u którego komórki mogły rosnąć w nieskończoność, nie broniły się przed działaniem insuliny i wchłaniały glukozę bez przerwy i zamieniały ją w tłuszcz.

A jak to odbywa się u ludzi zdrowych?

Ludzie zdrowi najpierw tyją, bo gromadzą niespalony tłuszcz, po czym komórki zaczynają uruchamiać mechanizmy insulinooporności. Tu mówimy o komórkach tłuszczowych i wątrobowych, które zaczynają opierać się działaniu insuliny, żeby nie rosnąć w nieskończoność, żeby nie wchłaniać glukozy. Organizm na to reaguje, ponieważ jesteśmy zaprogramowani do posiadania stałego poziomu cukru we krwi w bardzo wąskiej normie: 60-70 do 110, 120 mg/dl – tyle ma zdrowy człowiek. Bez względu na to, co zje, ile się będzie ruszał, ile spalał glukozy, ten poziom jest ciągle utrzymywany. To trochę jak prąd stały, który płynie od baterii do żarówki – jest stały poziom glukozy we krwi, stały dostęp do takiej ilości energii ma każda komórka naszego organizmu. Gdy tyjemy i cukier zaczyna nie być wchłaniany w odpowiednim tempie np. przez komórki tłuszczowe, wówczas rośnie jego stężenie we krwi. To jest sygnałem dla trzustki, żeby wydzielać więcej insuliny, żeby zbombardować komórki obwodowe i zmusić je jednak do wchłonięcia glukozy. W dużym uproszczeniu: jednym z mechanizmów, za pomocą którego te komórki bronią się, jest chowanie receptorów dla insuliny, czyli takich struktur białkowych zlokalizowanych na błonie komórkowej, z którymi insulina łącząc się, daje sygnał komórce do wchłaniania glukozy. Sama insulina jest aktywna jako cząsteczka, „żyje” tylko parę minut. Jeśli nie zdąży znaleźć swojego receptora, rozpada się. Aby zatem zmusić komórki opierające się działaniu insuliny do wchłaniania glukozy tak, aby jej poziom we krwi był nadal prawidłowy, trzustka produkuje coraz więcej insuliny. A produkuje jej tak dużo, żeby któraś z cząsteczek jednak znalazła receptor i połączyła się z nim. Póki tej insuliny jest odpowiednio dużo i komórki są „zmuszane” do wchłaniania glukozy, póty stężenie cukru we krwi jest cały czas prawidłowe, ale rośnie poziom insuliny. I to właśnie nazywamy insulinoopornością. Czyli jest to sytuacja, w której uzyskanie prawidłowego poziomu cukru we krwi wymaga większego stężenia insuliny. Nie jest to choroba, tylko synonim nadwagi lub otyłości.

Czyli wszyscy otyli są insulinooporni?

Tak, są mniej lub bardziej insulinooporni. Te cztery duże brzuchy na plaży, od których pani zaczęła rozmowę, to otyłość trzewna. Ci panowie mogą mieć prawidłowy cukier, nie mieć cukrzycy, ale poziomy insuliny będą mieli pod sufit.

A jak mierzy się poziom insuliny?

Tak naprawdę pomiar insuliny we krwi nie jest nam – lekarzom do niczego potrzebny, na podstawie poziomu insuliny nie podejmujemy żadnych decyzji terapeutycznych u osób otyłych lub w cukrzycy. Ale insulina jest nagminnie oznaczana na czczo i w doustnym teście obciążenia 75 g glukozy. Normy jednakże opracowano jedynie dla wartości na czczo. Norma po godzinie czy dwóch od spożycia tak dużej ilości glukozy nie istnieje – u zdrowego człowieka ma się wydzielić tyle insuliny, ile potrzeba, żeby poziom cukru był prawidłowy. I to te czasami wysokie poziomy insuliny w tym teście – a jej ilość potrafi wzrosnąć w ciągu godziny ponad stukrotnie – niepokoją lekarzy i pacjentów i powodują rozpoznanie „insulinooporności”, podczas gdy tak naprawdę mamy do czynienia z mechanizmem adaptacyjnym organizmu do nadmiaru zgromadzonego w ciele tłuszczu. Insulinooporność poza tym jest stanem zmiennym. W stresie, jak człowiek zdenerwuje się, w organizmie wydziela się adrenalina. Dla organizmu to sygnał, że trzeba uciekać przed zagrożeniem. Organizm wtedy od razu robi się insulinooporny, żeby nie wchłaniać glukozy – ona ma zostać we krwi, bo będzie potrzebna energia dla mięśni do ucieczki. Za to odpowiada andrenalina. Ona po to podnosi poziom cukru we krwi, żeby mięśnie miały energię do uciekania. Serce szybciej bije, więc też musi mieć więcej glukozy.

Czyli to taki pierwotny mechanizm przetrwania?

Tak. Poza tym w okolicach miesiączki organizm kobiety robi się bardziej insulinooporny. To się zmienia w zależności od emocji.

Czy więc szeroko pojęty stres wpływa na insulinooporność?

Tak, ale zdrowy człowiek ma to tak ustawione, że cukier zawsze będzie w normie, a insuliny wydzieli się tyle, ile potrzeba, żeby zmusić komórki do pochłaniania glukozy. Jeśli w pewnym momencie trzustka przestaje produkować odpowiednią ilość insuliny, komórki nie dają rady wchłonąć cukru i rozwija się cukrzyca typu 2. Tak więc samo zjawisko insulinooporności pozwala nam nie tyć w nieskończoność. Jego elementem jest zwiększone stężenie insuliny.

To jaki błąd intelektualny popełniają lekarze, diagnozując u pań insulinooporność? Swoją drogą za tą nazwą dziś kryje się potężny biznes: zarabiają głównie dietetycy.

Kobiety z rozpoznaną „insulinoopornością” to najczęściej osoby otyłe. Trafiają one do ginekologa-endokrynologa i mówią: gruba jestem, a nic nie jem; dlaczego. Lekarz oznacza im stężenie insuliny we krwi i stwierdza: ma pani wysoki poziom insuliny, i to dlatego więc jest pani otyła, ma pani ciężką insulinooporność. I odsyła do diabetologa. I to jest przykład błędnego myślenia. Ta pacjentka ma chorobę zwaną nadwagą lub otyłością. To nie jest insulinooporność! To insulinooporność jest skutkiem otyłości, a nie na odwrót. To tak jakby otyła pacjentka przyszła do mnie, a ja powiedziałbym: uuu, jest pani chora na powiększony obwód brzucha. Będziemy panią leczyć na ten za duży obwód brzucha. Takie omowne nazywanie problemu jest bez sensu. Chorobą jest otyłość, a nie insulinooporność. Kropka. Insulinooporność należy do obrazu otyłości – u jednych jest większa, u innych mniejsza – to jest mocno zmienna cecha u ludzi. Norma insuliny na czczo wynosi od 3 do 25 mikrogramów jednostek insuliny w mililitrze osocza. Człowiek otyły będzie miał na czczo 30 albo 40, bo aż tyle potrzebuje, żeby komórki zjadały glukozę w odpowiednim tempie i żeby cukier był w normie. I to jest prawdziwy mechanizm insulinooporności. Natomiast mechanizm rozpoznawania insulinooporności to desperacka próba wyjaśniania otyłej przeważnie pacjentce, dlaczego jest otyła i nie może schudnąć. Mówi się: ma pani wysokie poziomy insuliny, a ona sprzyja syntezie wszystkiego i odkładaniu się tłuszczu, więc dlatego nie może pani schudnąć. Rzeczywiście, tak insulina działa, ale to nie dlatego nie można schudnąć. Otyłość to ciężka, przewlekła choroba, bardzo trudna do leczenia. Insulinooporność zaś sama w sobie chorobą nie jest, jest co najwyżej jej objawem, którego zresztą ogóle nie potrzeba oceniać czy mierzyć. Otyłość widać gołym okiem, i nie jest ona skutkiem insulinooporności, a jej przyczyną.

Eureka, teraz już rozumiem – insulinooporność jest skutkiem nadwagi i otyłości, a nie jej przyczyną! Czyli jest zaburzeniem całkowicie dietozależnym. Jeśli więc prawidłowo odżywiamy się, zmniejszamy masę ciała, od razu lepiej czujemy się i zwiększamy wrażliwość komórek na insulinę.

Tak jest. A dowodem na słuszność tej teorii jest fakt, że jak człowiek schudnie nawet trochę, czyli komórki obładowane tłuszczem odtłuszczą się, to chętniej wchłaniają glukozę. Każdy człowiek otyły, który cukier ma nawet w górnych granicach normy, jeśli trochę schudnie, cukier obniża się do dolnych granic, a więc jest to stan odwracalny pod warunkiem, że uda się zmniejszyć masę ciała. Obniżają się też poziomy insuliny.

Z naszej rozmowy wypływa smutny wniosek – medycyna w takim wydaniu prowadzi nas na manowce, bo insulinooporność to rozpoznanie zrobione na nieodpowiednio dobranych i przeprowadzonych badaniach diagnostycznych…

To może jeszcze raz powtórzę, nie ma takiej choroby jak insulinooporność.

 To skąd w ogóle koncepcja insulinooporności?

Są rzadkie choroby, uwarunkowane genetycznie, w przebiegu których insulina działa źle. Mogą być wady receptora dla insuliny, wady cząsteczki samej insuliny. One występują u osób szczupłych. W rzadkich chorobach genetycznych rzeczywiście więc można dopatrywać się elementu insulinooporności. Np. w pewnych chorobach człowiek prawie nie ma w ogóle tkanki podskórnej, jest skrajnie chudy, jest w związku z tym insulinooporny. Ale u niego działa inny mechanizm, to jest zaburzenie molekularne w dużym stopniu genetycznie determinowane. Zjawisko to zatem występuje także poza otyłością, a od jakiegoś czasu niektórzy tłumaczą rozwój otyłości obecnością insulinooporności, uzasadniając, że właśnie dlatego ktoś nie może schudnąć, bo jest insulinooporny. Jeszcze raz powtórzę: insulinooporność to skutek nadwagi, a nie jej przyczyna.

Wniosek: weźmy się za siebie, pod warunkiem, że nie cierpimy na otyłość olbrzymią, przy której już działają inne, skomplikowane mechanizmy.

W tej chwili zanim kogoś wyślemy do chirurga bariatrycznego, podejmujemy próbę – często bardzo skuteczną – leczenia otyłości analogami GLP-1. Te leki hamują łaknienie i bardzo skutecznie pomagają schudnąć i tym samym poprawiają wrażliwość na insulinę. My, diabetolodzy mówimy, żeby w ogóle nie mierzyć stężenia insuliny. To niczemu nie służy. Jeśli ktoś ma dobry cukier, nie ma znaczenia, że ma wyższy poziom insuliny. Ale jak ma już podwyższony cukier, trzeba to leczyć. Na wyższy czy niższy poziom insuliny nie dajemy leków.

prof. Leszka CzupryniakaProf. Leszek Czupryniakdiabetolog, internista, kierownik Kliniki Diabetologii i Chorób Wewnętrznych Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego w Centralnym Szpitalu Klinicznym WUM, przewodniczący Rady Ekspertów ds. Chorób Metabolicznych i Przeciwdziałania Otyłości Medycznej Racji Stanu. Autor lub współautor ponad 180 prac oryginalnych (w większości publikowanych w pismach międzynarodowych, o łącznej wartości impact factor >200), 200 prac poglądowych i 60 rozdziałów w monografiach, redagował lub współredagował 10 monografii poświęconych cukrzycy. Pełni funkcję konsultanta zespołu redakcyjnego tygodnika „The Lancet”, był członkiem zespołu redakcyjnego „Diabetic Medicine”, a obecnie jest członkiem rady naukowej czasopism „Acta Diabetologica”, „International Journal of Endocrinology”, „Endocrine Oncology and Metabolism”, „Polish Journal of Nutrition”, „Medycyna Faktów”. Pełni też rolę redaktora naczelnego pisma Polskiego Towarzystwa Diabetologicznego „Current Topics in Diabetes”. Od 2012 roku jest ekspertem Europejskiej Agencji Leków (EMA). Odbył staże naukowe i kliniczne w Oksfordzie, Wakefield i Londynie (Wielka Brytania), Maastricht (Holandia) i Miami (USA). W 2013 roku zdobył tytuł Lidera Roku w Ochronie Zdrowia. W latach 2011-15 był prezesem Polskiego Towarzystwa Diabetologicznego, a w latach 2013-17 – członkiem zarządu głównego Europejskiego Towarzystwa Badań nad Cukrzycą (EASD).


Źródło: Serwis Zdrowie

Ministerstwo Zdrowia chce do końca roku 2024 wydłużyć program leczenia otyłości KOS-BAR, który przewiduje kompleksową terapię włącznie z operacją bariatryczną. Warto się tym programem zainteresować – przybywa dowodów naukowych, że interwencja chirurga-bariatry przynosi nie tylko zmniejszenie masy ciała. W pakiecie z takim leczeniem jest mniejsze ryzyko zawałów, cukrzycy czy nowotworów. Łatwiej nawet jest się ożenić albo wyjść za mąż.
22 maja to Europejski Dzień Walki z Otyłością. Warto zwrócić uwagę na tę datę, bo jak podaje Narodowy Fundusz Zdrowia, już 25 proc. mieszkańców Polski zmaga się z chorobą otyłościową. Prognozy nie są, przy tym optymistyczne – za 6 lat na otyłość ma cierpieć aż 30 proc. dorosłych mieszkańców Polski. O tym, jak ta przypadłość wyniszcza zdrowie, napisano już wiele.

Wymieniając najważniejsze zagrożenia, można wskazać na cukrzycę, nadciśnienie i inne choroby układu krążenia, problemy z pęcherzykiem żółciowym, bezdech senny, choroby kości, mięśni, stawów, stłuszczenie wątroby. Dla ochrony przed otyłością i powrotu do zdrowszej wagi wiele można zdziałać samemu, czy ze wsparciem lekarza, dietetyka i trenera, ale czasami się to nie udaje. W niektórych przypadkach specjaliści proponują bardziej radykalne rozwiązanie – tzw. operację bariatryczną. Warto wiedzieć o korzyściach i zagrożeniach, jakie wiążą się z tym zabiegiem, zwłaszcza że w 15 ośrodkach w Polsce jest teraz realizowany program, dzięki któremu można uzyskać bezpłatną długoterminową pomoc – przed i po zabiegu. Szczegóły można znaleźć na stronie:
https://www.gov.pl/web/zdrowie/program-kompleksowej-opieki-medycznej-dla-chorych-na-otylosc-olbrzymia-leczona-chirurgicznie

Operacja bariatryczna – co to jest?

Proponowana jest najczęściej osobom z ekstremalną otyłością lub jej trochę łagodniejszą formą, ale silnie już zagrożonym powikłaniami. Istnieje kilka rodzajów takiej operacji. Wykonuje się ją w znieczuleniu ogólnym, zwykle metodami laparoskopowymi. W uproszczeniu mówiąc, zmniejsza się żołądek, co znacząco redukuje ilość jedzenia, jaką można przyjąć w czasie jednego posiłku. Czasami, dodatkowo skraca się drogę jedzenia przechodzącego przez układ pokarmowy, co z kolei zmniejsza wchłanianie substancji odżywczych.

Korzyści jest wiele. Oprócz wyraźnego spadku wagi ciała, operacja skutkuje wydłużeniem życia oraz poprawą leczenia aż 40 różnych chorób związanych z otyłością (m.in. cukrzycy, nadciśnienia, obturacyjnego bezdechu sennego, astmy itd.). Niektóre z nich udaje się nawet wyleczyć.

Opublikowane na początku maja badanie wskazało np. na skuteczność już przy obecności niealkoholowej stłuszczeniowej choroby wątroby (NAFLD), które z czasem może prowadzić do zapalenia, a później marskości wątroby. Otyłość, a także cukrzyca i insulinooporność to główne czynniki ryzyka rozwoju schorzenia. Nie jest ono przy tym rzadkością.
„Globalna zachorowalność na NAFLD osiągnęła 25 proc. i według prognoz, do 2030 roku ma osiągnąć 33 proc. Ściśle wiąże się ona z otyłością i zespołem metabolicznym. Może prowadzić do licznych powikłań, takich jak marskość i rak wątroby. Co więcej, może prowadzić także do poważnych powikłań ze strony układu krążenia” – mówi dr Shailendra Singh, autor badania.
Niestety, nie ma leków działających na NAFLD. Stosuje się zmiany w stylu życia, w tym właśnie zmniejszenie wagi. W badaniu wzięło udział ponad 150 tys. osób, z których niecałe 5 tys. przebyło najpopularniejszą formę operacji.
„W obu grupach sprawdziliśmy ryzyko głównych zdarzeń sercowo-naczyniowych, takich jak niewydolność serca, zawał, udar, konieczność przeprowadzenia operacji serca oraz śmierć” – mówi dr Shailendra Singh, autor badania.
Zabieg, jak podają naukowcy „znacząco obniżył zagrożenie najważniejszymi zdarzeniami sercowo-naczyniowymi i zgonem”.

W tym względzie skutki utrzymywały się przez czas obserwacji sięgający 7 lat.
„Wielowymiarowa natura NAFLD, z różnorodnymi komplikacjami sprawia, że leczenie jest złożone. Mamy nadzieję, że nasze wyniki doprowadzą do zwiększenia świadomości odnośnie korzyści płynących z operacji bariatrycznej i jej roli w pomocy pacjentom z NALFD i otyłością” – podkreśla dr Singh.
Dzięki bariatrii mniej nowotworów

Z otyłością wiąże się także podwyższone zagrożenie różnymi rodzajami raka. Tutaj też, według naukowych danych, operacja i rehabilitacja po niej może niemało zaoferować. Opublikowane w ubiegłym roku badanie przeprowadzone w Gundersen Lutheran Health System pokazało wyraźny spadek ryzyka zachorowań na różne typy nowotworów. Obejmujące okres 10 lat zagrożenie rozwojem piersi, u otyłych osób poddanych operacji spadło do z 2,7 do 1,4 proc., nowotworów ginekologicznych – z 2,6 do 0,4 proc., raka nerki – z 0,8 do 0,10 proc., mózgu – z 0,9 do 0,2 proc., płuca – z 0,6 do 0,2 proc. i tarczycy – z 0,7 do 0,1 proc.

Naukowcy odnieśli dane odnośnie prawie 2 tys. osób po operacji do danych na temat ponad 2 tys. ochotników niepoddanych zabiegowi, dobranych odpowiednio pod względem wieku, płci i BMI.
„Wiedzieliśmy, że operacja bariatryczna obniży ryzyko raka, na podstawie wcześniejszych badań, ale zaskoczył nas zakres redukcji ryzyka dla niektórych nowotworów. Korzyści w zakresie zmniejszenia ryzyka raka z pomocą operacji pomagającej obniżyć wagę nie mogą być ignorowane i powinno się je uwzględniać w przypadku pacjentów z otyłością i dużym zagrożeniem nowotworami” – mówi Jared R. Miller, autor badania.
Powołując się na statystyki Centers for Disease Control and Prevention, naukowcy przypominają, że np. w USA, rocznie, w związku z otyłością diagnozuje się ponad 650 tys. nowotworów. Powoduje ona bowiem – wyjaśniają eksperci – rakotwórcze, przewlekłe zapalenia i niebezpiecznie podnosi poziom insuliny.

Nie powinien więc dziwić wynik opublikowanego przed rokiem badania, które rozpoczęło się już w 1987 roku. Obejmujący ponad 5 tys. osób projekt badawczy przeprowadzony na Uniwersytecie w Göteborgu pokazał, że osoby po zabiegu bariatrycznym żyją średnio dłużej od osób leczonych z powodu otyłości innymi metodami, choć ponad 5 lat krócej od przeciętnego przedstawiciela ogólnej populacji.
„Teraz po raz pierwszy dysponujemy miarą tego, jak bardzo operacja bariatryczna zwiększa oczekiwaną długość życia pacjenta – mówi autorka badania, prof. Lena Carlsson Ekander. – Ważne jest jednak, aby zaznaczyć, że mówimy o wartościach średnich. Nie wszyscy pacjenci są tacy sami, więc nie można zakładać, że każdemu zabieg taki przedłuży życie o trzy lata” – dodaje.
Więcej ślubów i rozwodów

Niektóre skutki zabiegu mogą jednak szczególnie zaskakiwać. Jak bowiem pokazali naukowcy z University of Pittsburgh, po takiej operacji znacząco rośnie prawdopodobieństwo, że poddający się jej pacjent się rozwiedzie, albo – przeciwnie – wejdzie w związek małżeński. Zarówno ryzyko rozwodu jak i szanse na ślub rosną aż o 100 proc. Praca opublikowana w ubiegłym roku jest, jak twierdzą jej autorzy, pierwszą publikacją poświęconą temu zagadnieniu.
„Celem operacji bariatrycznej jest zwykle utrata wagi, ale ludzie mają różne motywy, aby to osiągnąć” – zwraca uwagę prof. Wendy King, autorka badania.
„Pacjenci opisują także chęć zawarcia romantycznego związku czy poprawy swojej relacji. Przed tym badaniem nie mieliśmy porównawczych danych odnośnie zmian w statusie małżeńskim po operacji bariatrycznej – czy pacjenci częściej się pobierają, rozwodzą, tworzą stabilne związki?” – dodaje.
Ona i jej zespół prześledzili losy prawie 1,5 tys. osób, które przeszły zabieg. Wiek pacjentów mieścił się w przedziale od 19 do 75 lat, przy czym prawie 80 proc. stanowiły kobiety. 62 proc. ochotników żyło w związku małżeńskim lub z partnerem. Na zmianę statusu miały jednocześnie wpływ różne czynniki. Np. na małżeństwo częściej decydowali się młodsi uczestnicy i żyjący w związku partnerskim. Naukowców jednak zaskoczyło, że ilość utraconej masy nie miała dużego wpływu na decyzję o ślubie. Znaczenie miała natomiast poprawa zdrowia. Z kolei w przypadku separacji i rozwodu spadek wagi odgrywał już istotną rolę.
„Sugeruje to, że zmiana stylu życia pacjentów po operacji spowodowała, że mniej pasowali już do swoich partnerów – mówi prof. King. – Ważne, aby przyszłe badania wskazały kierunek różnych, odkrytych przez na zależności miedzy operacją bariatryczną i relacjami. Dzięki temu lekarze będą mogli lepiej doradzać swoim pacjentom odnośnie oczekiwań przed i po operacji” – twierdzi ekspertka.
Druga strona medalu

Trzeba jednak pamiętać, że operacja bariatryczna to poważny zabieg i podobnie jak wiele innych procedur chirurgicznych wiąże się z różnymi, typowymi dla nich zagrożeniami – np. krwotokami, infekcjami i innymi powikłaniami. Mogą też jednak pojawić się długofalowe komplikacje. Specjaliści wymieniają w tym miejscu niedrożność jelit, tzw. zespół poposiłkowy, kamienie żółciowe, wypukliny, zbyt niski poziom glukozy we krwi i ogólne niedożywienie, wymioty, chorobę refluksową przełyku, konieczność wykonania ponownej operacji.

I co najistotniejsze – operacja to tylko jeden z wielu etapów skutecznego leczenia otyłości. Aby odniosła pożądany skutek, konieczne jest zarówno odpowiednie przygotowanie do niej, jak i odpowiednio długa rehabilitacja po, w trakcie której pacjent uczy się żyć na nowo. Z tych też względów fakt choroby otyłościowej to tylko jedno z kryteriów kwalifikujących do operacji bariatrycznej.

 
źródło: Serwis Zdrowie
Ministerstwo Zdrowia chce do końca roku 2024 wydłużyć program leczenia otyłości KOS-BAR, który przewiduje kompleksową terapię włącznie z operacją bariatryczną. Warto się tym programem zainteresować – przybywa dowodów naukowych, że interwencja chirurga-bariatry przynosi nie tylko zmniejszenie masy ciała. W pakiecie z takim leczeniem jest mniejsze ryzyko zawałów, cukrzycy czy nowotworów. Łatwiej nawet jest się ożenić albo wyjść za mąż.
22 maja to Europejski Dzień Walki z Otyłością. Warto zwrócić uwagę na tę datę, bo jak podaje Narodowy Fundusz Zdrowia, już 25 proc. mieszkańców Polski zmaga się z chorobą otyłościową. Prognozy nie są, przy tym optymistyczne – za 6 lat na otyłość ma cierpieć aż 30 proc. dorosłych mieszkańców Polski. O tym, jak ta przypadłość wyniszcza zdrowie, napisano już wiele.

Wymieniając najważniejsze zagrożenia, można wskazać na cukrzycę, nadciśnienie i inne choroby układu krążenia, problemy z pęcherzykiem żółciowym, bezdech senny, choroby kości, mięśni, stawów, stłuszczenie wątroby. Dla ochrony przed otyłością i powrotu do zdrowszej wagi wiele można zdziałać samemu, czy ze wsparciem lekarza, dietetyka i trenera, ale czasami się to nie udaje. W niektórych przypadkach specjaliści proponują bardziej radykalne rozwiązanie – tzw. operację bariatryczną. Warto wiedzieć o korzyściach i zagrożeniach, jakie wiążą się z tym zabiegiem, zwłaszcza że w 15 ośrodkach w Polsce jest teraz realizowany program, dzięki któremu można uzyskać bezpłatną długoterminową pomoc – przed i po zabiegu. Szczegóły można znaleźć na stronie:
https://www.gov.pl/web/zdrowie/program-kompleksowej-opieki-medycznej-dla-chorych-na-otylosc-olbrzymia-leczona-chirurgicznie

Operacja bariatryczna – co to jest?

Proponowana jest najczęściej osobom z ekstremalną otyłością lub jej trochę łagodniejszą formą, ale silnie już zagrożonym powikłaniami. Istnieje kilka rodzajów takiej operacji. Wykonuje się ją w znieczuleniu ogólnym, zwykle metodami laparoskopowymi. W uproszczeniu mówiąc, zmniejsza się żołądek, co znacząco redukuje ilość jedzenia, jaką można przyjąć w czasie jednego posiłku. Czasami, dodatkowo skraca się drogę jedzenia przechodzącego przez układ pokarmowy, co z kolei zmniejsza wchłanianie substancji odżywczych.

Korzyści jest wiele. Oprócz wyraźnego spadku wagi ciała, operacja skutkuje wydłużeniem życia oraz poprawą leczenia aż 40 różnych chorób związanych z otyłością (m.in. cukrzycy, nadciśnienia, obturacyjnego bezdechu sennego, astmy itd.). Niektóre z nich udaje się nawet wyleczyć.

Opublikowane na początku maja badanie wskazało np. na skuteczność już przy obecności niealkoholowej stłuszczeniowej choroby wątroby (NAFLD), które z czasem może prowadzić do zapalenia, a później marskości wątroby. Otyłość, a także cukrzyca i insulinooporność to główne czynniki ryzyka rozwoju schorzenia. Nie jest ono przy tym rzadkością.
„Globalna zachorowalność na NAFLD osiągnęła 25 proc. i według prognoz, do 2030 roku ma osiągnąć 33 proc. Ściśle wiąże się ona z otyłością i zespołem metabolicznym. Może prowadzić do licznych powikłań, takich jak marskość i rak wątroby. Co więcej, może prowadzić także do poważnych powikłań ze strony układu krążenia” – mówi dr Shailendra Singh, autor badania.
Niestety, nie ma leków działających na NAFLD. Stosuje się zmiany w stylu życia, w tym właśnie zmniejszenie wagi. W badaniu wzięło udział ponad 150 tys. osób, z których niecałe 5 tys. przebyło najpopularniejszą formę operacji.
„W obu grupach sprawdziliśmy ryzyko głównych zdarzeń sercowo-naczyniowych, takich jak niewydolność serca, zawał, udar, konieczność przeprowadzenia operacji serca oraz śmierć” – mówi dr Shailendra Singh, autor badania.
Zabieg, jak podają naukowcy „znacząco obniżył zagrożenie najważniejszymi zdarzeniami sercowo-naczyniowymi i zgonem”.

W tym względzie skutki utrzymywały się przez czas obserwacji sięgający 7 lat.
„Wielowymiarowa natura NAFLD, z różnorodnymi komplikacjami sprawia, że leczenie jest złożone. Mamy nadzieję, że nasze wyniki doprowadzą do zwiększenia świadomości odnośnie korzyści płynących z operacji bariatrycznej i jej roli w pomocy pacjentom z NALFD i otyłością” – podkreśla dr Singh.
Dzięki bariatrii mniej nowotworów

Z otyłością wiąże się także podwyższone zagrożenie różnymi rodzajami raka. Tutaj też, według naukowych danych, operacja i rehabilitacja po niej może niemało zaoferować. Opublikowane w ubiegłym roku badanie przeprowadzone w Gundersen Lutheran Health System pokazało wyraźny spadek ryzyka zachorowań na różne typy nowotworów. Obejmujące okres 10 lat zagrożenie rozwojem piersi, u otyłych osób poddanych operacji spadło do z 2,7 do 1,4 proc., nowotworów ginekologicznych – z 2,6 do 0,4 proc., raka nerki – z 0,8 do 0,10 proc., mózgu – z 0,9 do 0,2 proc., płuca – z 0,6 do 0,2 proc. i tarczycy – z 0,7 do 0,1 proc.

Naukowcy odnieśli dane odnośnie prawie 2 tys. osób po operacji do danych na temat ponad 2 tys. ochotników niepoddanych zabiegowi, dobranych odpowiednio pod względem wieku, płci i BMI.
„Wiedzieliśmy, że operacja bariatryczna obniży ryzyko raka, na podstawie wcześniejszych badań, ale zaskoczył nas zakres redukcji ryzyka dla niektórych nowotworów. Korzyści w zakresie zmniejszenia ryzyka raka z pomocą operacji pomagającej obniżyć wagę nie mogą być ignorowane i powinno się je uwzględniać w przypadku pacjentów z otyłością i dużym zagrożeniem nowotworami” – mówi Jared R. Miller, autor badania.
Powołując się na statystyki Centers for Disease Control and Prevention, naukowcy przypominają, że np. w USA, rocznie, w związku z otyłością diagnozuje się ponad 650 tys. nowotworów. Powoduje ona bowiem – wyjaśniają eksperci – rakotwórcze, przewlekłe zapalenia i niebezpiecznie podnosi poziom insuliny.

Nie powinien więc dziwić wynik opublikowanego przed rokiem badania, które rozpoczęło się już w 1987 roku. Obejmujący ponad 5 tys. osób projekt badawczy przeprowadzony na Uniwersytecie w Göteborgu pokazał, że osoby po zabiegu bariatrycznym żyją średnio dłużej od osób leczonych z powodu otyłości innymi metodami, choć ponad 5 lat krócej od przeciętnego przedstawiciela ogólnej populacji.
„Teraz po raz pierwszy dysponujemy miarą tego, jak bardzo operacja bariatryczna zwiększa oczekiwaną długość życia pacjenta – mówi autorka badania, prof. Lena Carlsson Ekander. – Ważne jest jednak, aby zaznaczyć, że mówimy o wartościach średnich. Nie wszyscy pacjenci są tacy sami, więc nie można zakładać, że każdemu zabieg taki przedłuży życie o trzy lata” – dodaje.
Więcej ślubów i rozwodów

Niektóre skutki zabiegu mogą jednak szczególnie zaskakiwać. Jak bowiem pokazali naukowcy z University of Pittsburgh, po takiej operacji znacząco rośnie prawdopodobieństwo, że poddający się jej pacjent się rozwiedzie, albo – przeciwnie – wejdzie w związek małżeński. Zarówno ryzyko rozwodu jak i szanse na ślub rosną aż o 100 proc. Praca opublikowana w ubiegłym roku jest, jak twierdzą jej autorzy, pierwszą publikacją poświęconą temu zagadnieniu.
„Celem operacji bariatrycznej jest zwykle utrata wagi, ale ludzie mają różne motywy, aby to osiągnąć” – zwraca uwagę prof. Wendy King, autorka badania.
„Pacjenci opisują także chęć zawarcia romantycznego związku czy poprawy swojej relacji. Przed tym badaniem nie mieliśmy porównawczych danych odnośnie zmian w statusie małżeńskim po operacji bariatrycznej – czy pacjenci częściej się pobierają, rozwodzą, tworzą stabilne związki?” – dodaje.
Ona i jej zespół prześledzili losy prawie 1,5 tys. osób, które przeszły zabieg. Wiek pacjentów mieścił się w przedziale od 19 do 75 lat, przy czym prawie 80 proc. stanowiły kobiety. 62 proc. ochotników żyło w związku małżeńskim lub z partnerem. Na zmianę statusu miały jednocześnie wpływ różne czynniki. Np. na małżeństwo częściej decydowali się młodsi uczestnicy i żyjący w związku partnerskim. Naukowców jednak zaskoczyło, że ilość utraconej masy nie miała dużego wpływu na decyzję o ślubie. Znaczenie miała natomiast poprawa zdrowia. Z kolei w przypadku separacji i rozwodu spadek wagi odgrywał już istotną rolę.
„Sugeruje to, że zmiana stylu życia pacjentów po operacji spowodowała, że mniej pasowali już do swoich partnerów – mówi prof. King. – Ważne, aby przyszłe badania wskazały kierunek różnych, odkrytych przez na zależności miedzy operacją bariatryczną i relacjami. Dzięki temu lekarze będą mogli lepiej doradzać swoim pacjentom odnośnie oczekiwań przed i po operacji” – twierdzi ekspertka.
Druga strona medalu

Trzeba jednak pamiętać, że operacja bariatryczna to poważny zabieg i podobnie jak wiele innych procedur chirurgicznych wiąże się z różnymi, typowymi dla nich zagrożeniami – np. krwotokami, infekcjami i innymi powikłaniami. Mogą też jednak pojawić się długofalowe komplikacje. Specjaliści wymieniają w tym miejscu niedrożność jelit, tzw. zespół poposiłkowy, kamienie żółciowe, wypukliny, zbyt niski poziom glukozy we krwi i ogólne niedożywienie, wymioty, chorobę refluksową przełyku, konieczność wykonania ponownej operacji.

I co najistotniejsze – operacja to tylko jeden z wielu etapów skutecznego leczenia otyłości. Aby odniosła pożądany skutek, konieczne jest zarówno odpowiednie przygotowanie do niej, jak i odpowiednio długa rehabilitacja po, w trakcie której pacjent uczy się żyć na nowo. Z tych też względów fakt choroby otyłościowej to tylko jedno z kryteriów kwalifikujących do operacji bariatrycznej.

 
źródło: Serwis Zdrowie

Insulinooporność może dotykać nawet 10-30 proc. populacji, jak podają dane Narodowego Centrum Edukacji Żywieniowej. Nie tylko wiek, waga ciała czy obecność innych chorób może wpłynąć na jej rozwój, również nieprawidłowa dieta, brak aktywności fizycznej czy spożywanie nadmiernej ilości cukru w produktach spożywczych mogą przyczynić się do jej postępu. W dniach 17-23 kwietnia w placówkach Centrum Medycznego Damiana będzie można bezpłatnie zbadać poziom insuliny i glukozy we krwi żylnej oraz obliczyć wskaźnik testu HOMA-IR.

Prognozuje się, że w Polsce z insulinoopornością zmaga się nawet 10-30 proc. osób, według danych Narodowego Centrum Edukacji Żywieniowej. Najczęściej obserwujemy podwyższony poziom insuliny na czczo. Niestety osobę z prawidłowym wynikiem insuliny na czczo również może dotykać insulinooporność. Jest pewna grupa osób, która posiada prawidłowe stężenie insuliny na czczo, a wyraźnie podwyższone w teście obciążenia glukozą. Niestety nie ma jednoznacznych norm stężenia insuliny w teście obciążenia glukozą. Wytwarzanie przez trzustkę nadmiernej ilości insuliny powyżej zapotrzebowania organizmu, może prowadzić do komplikacji zdrowotnych. Szczególnie zagrożony jest układ sercowo-naczyniowy.
Insulina jest hormonem produkowanym przez trzustkę, dostarczającym glukozę z krwi do komórek, gdzie jest ona wykorzystywana jako energia. Insulina odpowiada za prawidłowe stężenie glukozy we krwi – komentuje dr n. med. Jacek Walewski, diabetolog Centrum Medycznego Damiana. – Produkcja i uwalnianie insuliny do krwi są naturalną reakcją metaboliczną po jedzeniu. Natomiast nie zawsze działa to prawidłowo. Aby narządy i tkanki otrzymały odpowiednią ilość energii, glukoza powinna być do nich dostarczona z krwioobiegu. Trzustka produkując nadmierne ilości insuliny stara się przełamać insulinooporność. W pewnych sytuacjach jednak trzustka nie jest wstanie sprostać takiemu wyzwaniu i mimo wysokiej produkcji insuliny dochodzi do wzrostu glikemii. Najczęściej jest to wynik wieloletniej hiperinsulinemii/insulinooporności – dodaje diabetolog.
Czynniki ryzyka
 
Chociaż dokładna przyczyna insulinooporności nie jest znana, pewne czynniki zwiększają możliwość zachorowania. Otyłość jest główną przyczyną wystąpienia insulinooporności. U osób otyłych uwalniane są do krwi w nadmiarze wolne kwasy tłuszczowe (WKT), które organizm wykorzystuje jako źródło energii, zamiast glukozy. W wyniku tego procesu rośnie stężenie glukozy we krwi. Brak aktywności fizycznej, spożywanie wysokokalorycznej i wysokowęglowodanowej diety z wysokim indeksem glikemicznym, palenie tytoniu również stanowi ryzyko wystąpienia tego zespołu. Do czynników ryzyka należy również wywiad rodzinny oraz u kobiet, u których zdiagnozowano cukrzycę ciążową.
 
Niepokojące objawy
 
Insulinooporność może nie wywoływać żadnych zauważalnych symptomów. Jeśli zauważamy u siebie ciągłe zmęczenie lub senność, brak energii, rozdrażnienie czy kłopoty z utrzymaniem prawidłowej masy ciała lub szybkie tycie, powinien być to dla nas sygnał ostrzegawczy. Osoby borykające się z insulinoopornością mogą również skarżyć się na zwiększony apetyt, niepohamowany apetyt na słodycze, a nawet napady wilczego głodu zwłaszcza po posiłkach. Na zachorowanie narażeni są wszyscy: zarówno kobiety, jak i mężczyźni, u których czynnikiem ryzyka jest większa skłonność do odkładania tkanki tłuszczowej na brzuchu.
– Kiedy obserwujemy u siebie łatwość przybierania na wadze, pomimo wykonywanej aktywności fizycznej i diety oraz poczucie, że tracimy kontrolę nad tym, co i kiedy jemy. W połączeniu z przeciągającymi się objawami psychosomatycznymi, jak zmęczenie, powinno być to dla nas sygnałem ostrzegawczym, że z naszym organizmem zaczyna się coś dziać. W takich sytuacjach wskazane jest wykonanie doustnego obciążenia glukozy. Warto wykonać badanie pod kątem insulinooporności. Wczesne jej wykrycie pozwoli skuteczniej walczyć z niepożądanymi objawami – wskazuje dr n. med. Jacek Walewski, diabetolog Centrum Medycznego Damiana.
Diagnoza i co dalej?

Nie wszystkie czynniki przyczyniające się do insulinooporności mogą być leczone, dlatego modyfikacje stylu życia są podstawowym sposobem jej leczenia. W części przypadków wskazana może być również farmakoterapia. Nadmierna produkcja insuliny może być powodowana przyjmowanymi już lekami czy rozregulowanym poziomem hormonów. Najwięcej przypadków wskazuje jednak na nieprawidłową dietę i w konsekwencji otyłości, która przyczynia się do nadmiernej produkcji insuliny. Warto unikać spożywania nadmiernych ilości węglowodanów prostych z wysokim indeksem glikemicznym, które stymulują nadmierną produkcję insuliny oraz mniej ilości niezdrowego tłuszczu, czerwonego mięsa czy przetworzonej skrobi. Zamiast tych produktów, nasze posiłki powinny zawierać większą ilość warzyw, owoców, produktów pełnoziarnistych, ryb czy chudego mięsa. Przy walce z insulinnopornością powinniśmy wykonywać regularną aktywność fizyczną, pomagającą poprawić wrażliwość mięśni na insulinę i zbudować mięśnie, które lepiej będą wchłaniać glukozę z krwi. Ćwiczenia ułatwiają również przepływ glukozy, która dostaje się do komórek mięśniowych bez pośrednictwa insuliny, zmniejszając zależność komórek od insuliny w celu uzyskania energii.
 
Gdzie zgłosić się o pomoc?
 
W dniach 17-23 kwietnia w placówkach Centrum Medycznego Damiana będzie można bezpłatnie zbadać poziom insuliny i glukozy we krwi żylnej oraz obliczyć wskaźnik testu HOMA-IR. Badanie będzie można wykonać w placówkach w Warszawie przy: ul. Wałbrzyskiej 46, ul. Przy Bażantarni 8B, Al. Zjednoczenia 36, ul. Kolejowej 1, ul. Lazurowej 71A, ul. Foksal 3/5, ul. Konesera 10A oraz w Piasecznie przy ul. Puławskiej 42B. Na badanie nie jest potrzebne skierowanie, należy zgłosić się na czczo do placówki. Wyniki badań dostępne będą w APLIKACJI DAMIAN MOBILE lub na portalu Pacjenta online24.damian.pl. Dostęp do portalu wydaje recepcja placówki. Dodatkowo, w aplikacji oprócz wyników ww. badań będzie dostępny kalkulator HOMA, który precyzyjnie określa ocenę funkcjonowania układu metabolicznego. Kalkulator również jest darmowy.

źródło: BrandLab PR

Insulinooporność może dotykać nawet 10-30 proc. populacji, jak podają dane Narodowego Centrum Edukacji Żywieniowej. Nie tylko wiek, waga ciała czy obecność innych chorób może wpłynąć na jej rozwój, również nieprawidłowa dieta, brak aktywności fizycznej czy spożywanie nadmiernej ilości cukru w produktach spożywczych mogą przyczynić się do jej postępu. W dniach 17-23 kwietnia w placówkach Centrum Medycznego Damiana będzie można bezpłatnie zbadać poziom insuliny i glukozy we krwi żylnej oraz obliczyć wskaźnik testu HOMA-IR.

Prognozuje się, że w Polsce z insulinoopornością zmaga się nawet 10-30 proc. osób, według danych Narodowego Centrum Edukacji Żywieniowej. Najczęściej obserwujemy podwyższony poziom insuliny na czczo. Niestety osobę z prawidłowym wynikiem insuliny na czczo również może dotykać insulinooporność. Jest pewna grupa osób, która posiada prawidłowe stężenie insuliny na czczo, a wyraźnie podwyższone w teście obciążenia glukozą. Niestety nie ma jednoznacznych norm stężenia insuliny w teście obciążenia glukozą. Wytwarzanie przez trzustkę nadmiernej ilości insuliny powyżej zapotrzebowania organizmu, może prowadzić do komplikacji zdrowotnych. Szczególnie zagrożony jest układ sercowo-naczyniowy.
Insulina jest hormonem produkowanym przez trzustkę, dostarczającym glukozę z krwi do komórek, gdzie jest ona wykorzystywana jako energia. Insulina odpowiada za prawidłowe stężenie glukozy we krwi – komentuje dr n. med. Jacek Walewski, diabetolog Centrum Medycznego Damiana. – Produkcja i uwalnianie insuliny do krwi są naturalną reakcją metaboliczną po jedzeniu. Natomiast nie zawsze działa to prawidłowo. Aby narządy i tkanki otrzymały odpowiednią ilość energii, glukoza powinna być do nich dostarczona z krwioobiegu. Trzustka produkując nadmierne ilości insuliny stara się przełamać insulinooporność. W pewnych sytuacjach jednak trzustka nie jest wstanie sprostać takiemu wyzwaniu i mimo wysokiej produkcji insuliny dochodzi do wzrostu glikemii. Najczęściej jest to wynik wieloletniej hiperinsulinemii/insulinooporności – dodaje diabetolog.
Czynniki ryzyka
 
Chociaż dokładna przyczyna insulinooporności nie jest znana, pewne czynniki zwiększają możliwość zachorowania. Otyłość jest główną przyczyną wystąpienia insulinooporności. U osób otyłych uwalniane są do krwi w nadmiarze wolne kwasy tłuszczowe (WKT), które organizm wykorzystuje jako źródło energii, zamiast glukozy. W wyniku tego procesu rośnie stężenie glukozy we krwi. Brak aktywności fizycznej, spożywanie wysokokalorycznej i wysokowęglowodanowej diety z wysokim indeksem glikemicznym, palenie tytoniu również stanowi ryzyko wystąpienia tego zespołu. Do czynników ryzyka należy również wywiad rodzinny oraz u kobiet, u których zdiagnozowano cukrzycę ciążową.
 
Niepokojące objawy
 
Insulinooporność może nie wywoływać żadnych zauważalnych symptomów. Jeśli zauważamy u siebie ciągłe zmęczenie lub senność, brak energii, rozdrażnienie czy kłopoty z utrzymaniem prawidłowej masy ciała lub szybkie tycie, powinien być to dla nas sygnał ostrzegawczy. Osoby borykające się z insulinoopornością mogą również skarżyć się na zwiększony apetyt, niepohamowany apetyt na słodycze, a nawet napady wilczego głodu zwłaszcza po posiłkach. Na zachorowanie narażeni są wszyscy: zarówno kobiety, jak i mężczyźni, u których czynnikiem ryzyka jest większa skłonność do odkładania tkanki tłuszczowej na brzuchu.
– Kiedy obserwujemy u siebie łatwość przybierania na wadze, pomimo wykonywanej aktywności fizycznej i diety oraz poczucie, że tracimy kontrolę nad tym, co i kiedy jemy. W połączeniu z przeciągającymi się objawami psychosomatycznymi, jak zmęczenie, powinno być to dla nas sygnałem ostrzegawczym, że z naszym organizmem zaczyna się coś dziać. W takich sytuacjach wskazane jest wykonanie doustnego obciążenia glukozy. Warto wykonać badanie pod kątem insulinooporności. Wczesne jej wykrycie pozwoli skuteczniej walczyć z niepożądanymi objawami – wskazuje dr n. med. Jacek Walewski, diabetolog Centrum Medycznego Damiana.
Diagnoza i co dalej?

Nie wszystkie czynniki przyczyniające się do insulinooporności mogą być leczone, dlatego modyfikacje stylu życia są podstawowym sposobem jej leczenia. W części przypadków wskazana może być również farmakoterapia. Nadmierna produkcja insuliny może być powodowana przyjmowanymi już lekami czy rozregulowanym poziomem hormonów. Najwięcej przypadków wskazuje jednak na nieprawidłową dietę i w konsekwencji otyłości, która przyczynia się do nadmiernej produkcji insuliny. Warto unikać spożywania nadmiernych ilości węglowodanów prostych z wysokim indeksem glikemicznym, które stymulują nadmierną produkcję insuliny oraz mniej ilości niezdrowego tłuszczu, czerwonego mięsa czy przetworzonej skrobi. Zamiast tych produktów, nasze posiłki powinny zawierać większą ilość warzyw, owoców, produktów pełnoziarnistych, ryb czy chudego mięsa. Przy walce z insulinnopornością powinniśmy wykonywać regularną aktywność fizyczną, pomagającą poprawić wrażliwość mięśni na insulinę i zbudować mięśnie, które lepiej będą wchłaniać glukozę z krwi. Ćwiczenia ułatwiają również przepływ glukozy, która dostaje się do komórek mięśniowych bez pośrednictwa insuliny, zmniejszając zależność komórek od insuliny w celu uzyskania energii.
 
Gdzie zgłosić się o pomoc?
 
W dniach 17-23 kwietnia w placówkach Centrum Medycznego Damiana będzie można bezpłatnie zbadać poziom insuliny i glukozy we krwi żylnej oraz obliczyć wskaźnik testu HOMA-IR. Badanie będzie można wykonać w placówkach w Warszawie przy: ul. Wałbrzyskiej 46, ul. Przy Bażantarni 8B, Al. Zjednoczenia 36, ul. Kolejowej 1, ul. Lazurowej 71A, ul. Foksal 3/5, ul. Konesera 10A oraz w Piasecznie przy ul. Puławskiej 42B. Na badanie nie jest potrzebne skierowanie, należy zgłosić się na czczo do placówki. Wyniki badań dostępne będą w APLIKACJI DAMIAN MOBILE lub na portalu Pacjenta online24.damian.pl. Dostęp do portalu wydaje recepcja placówki. Dodatkowo, w aplikacji oprócz wyników ww. badań będzie dostępny kalkulator HOMA, który precyzyjnie określa ocenę funkcjonowania układu metabolicznego. Kalkulator również jest darmowy.

źródło: BrandLab PR