Medicalpress
Polska stoi przed jednym z największych wyzwań zdrowotnych i społecznych najbliższych dekad. Z danych GUS wynika, że liczba osób po 60. roku życia będzie systematycznie rosła, zwiększając zapotrzebowanie na opiekę medyczną, rehabilitację i wsparcie społeczne. Tymczasem eksperci alarmują, że obecny system ochrony zdrowia nie jest przygotowany na skalę nadchodzących zmian. Podczas VI Kongresu „Pacjent w Centrum Uwagi” organizowanego przez DOZ S.A. zwracano uwagę na niedobór specjalistycznej opieki geriatrycznej, problem wielolekowości, brak koordynacji działań oraz konieczność inwestowania w profilaktykę i aktywne starzenie się społeczeństwa.
Z danych GUS wynika, że na koniec 2023 r. było już 9,9 mln osób 60+, a do 2060 r. może ich być 11,9 mln. To oznacza nie tylko więcej seniorów, ale też więcej chorób przewlekłych, leków i potrzeby rehabilitacji. Problem w tym, że geriatria nie wystarczy. W Polsce działa tylko 195 poradni geriatrycznych i 62 oddziały z ok. 1,2 tys. łóżek. Eksperci podkreślają więc, że potrzebny jest model współpracy wielu specjalistów, a nie leczenie seniora „na raty” w kolejnych gabinetach.

Starość zaczyna się „poza szpitalem”. Warszawa pokazuje kierunek

Starzenie nie zaczyna się w gabinecie, tylko na ulicy, przystanku i w mieszkaniu bez windy. Dlatego jako przykład działań samorządowych wskazywano Warszawę. Jarosław Jóźwiak, radny Warszawy i przewodniczący komisji zdrowia, mówił o transporcie, profilaktyce, szczepieniach i rozwiązaniach mieszkaniowych. Jak podkreślał, „miasto podchodzi do wsparcia seniorów w sposób integralny”.

Zwracał też uwagę, że dłuższe życie oznacza większe potrzeby. „Im lepiej, tym trudniej – mówił, dodając – Sztuka życia polega na tym, by w wieku 80-90 lat jeździć na rajdach i ćwiczyć na siłowni”. To pokazuje, że aktywna starość zależy nie tylko od chęci, ale też od warunków: dostępnej przestrzeni, usług, profilaktyki i wsparcia.

Brak informacji i koordynacji – bariera, która psuje nawet dobre rozwiązania

Nawet najlepsze lokalne programy nie wystarczą jednak, jeśli pacjent – szczególnie senior – nie wie, gdzie i po co ma się zgłosić. Uczestnicy kongresu podkreślali problem niedostatecznej informacji oraz brak spójnej koordynacji działań. Irena Rej, prezes Izby Gospodarczej Farmacja, oceniała, że „dużo mówimy i robimy, tylko brak koordynacji pomiędzy jednym a drugim”. Zwracała uwagę, że seniorzy często nie wiedzą, jakie mają uprawnienia i gdzie szukać pomocy. „Jak nie wiemy, to narzekamy. Jak wiemy, to możemy być aktywni” – mówiła.

Wątek aktywizacji seniorów powiązano z profilaktyką i zdrowiem publicznym. Łukasz Salwarowski podkreślał, że „człowiek nieaktywny, zamknięty w czterech ścianach, to człowiek chory”, a izolacja i bierność szybko przekładają się na pogorszenie stanu zdrowia – i w konsekwencji na koszty ponoszone zarówno przez system, jak i przez rodziny.

Wielolekowość: NFZ o skali problemu, apteki o możliwym rozwiązaniu

Jednym z największych wyzwań zdrowotnych seniorów jest wielolekowość. Z danych NFZ wynika, że „aż 1/3 Polaków po 65. roku życia przyjmuje co najmniej 5 leków dziennie”, co zwiększa ryzyko interakcji i powikłań.

Dlatego podczas kongresu dużo mówiono o roli farmaceutów, bo to właśnie apteka często jest dla seniora najłatwiej dostępnym miejscem kontaktu z systemem ochrony zdrowia. Zdaniem uczestników rozwój usług takich jak przeglądy lekowe czy edukacja pacjentów może poprawić bezpieczeństwo terapii. „Jeżeli w aptekach będą takie usługi, jak przegląd lekowy, będziemy mogli edukować pacjentów, jak zażywać leki (…) to system na tym zyska” – przekonywał Radosław Wesołek.

Profilaktyka i styl życia: starość zaczyna się dużo wcześniej niż w gabinecie

W dyskusji o systemie łatwo skupić się na brakach kadrowych i organizacyjnych, a zapomnieć, że część ryzyka można ograniczać, zanim pacjent trafi do przychodni. W tym kontekście wybrzmiała perspektywa prof. Michała Rabijewskiego, który podkreślał znaczenie codziennych nawyków – ruchu, diety i profilaktyki – nawet wtedy, gdy ktoś ma obciążenia rodzinne. Jak mówił: „W granicach 80, 90% tego, ile my będziemy żyli i w jakim zdrowiu będziemy żyli, tak naprawdę zależy od nas samych”. W praktyce oznacza to, że system powinien nie tylko leczyć skutki, ale także wspierać ludzi w utrzymaniu sprawności jak najdłużej – bo to jedna z najbardziej opłacalnych i zarazem najbardziej „ludzkich” dróg ochrony zdrowia.

Wnioski z kongresu DOZ: współpraca i koordynacja zamiast gaszenia pożarów

Z debaty podczas VI Kongresu „Pacjent w Centrum Uwagi” organizowanego przez DOZ S.A. wyłaniał się obraz systemu, który nie nadąża za rosnącą liczbą seniorów: opieka nad pacjentem wielochorobowym jest rozproszona, informacja nie zawsze dociera tam, gdzie powinna, a profilaktyka zbyt często ustępuje leczeniu skutków.

Uczestnicy podkreślali, że potrzebne są lepsza koordynacja, silniejsza profilaktyka i współpraca między zawodami medycznymi, by seniorzy szybciej otrzymywali wsparcie bliżej domu, a system mógł ograniczać możliwe do uniknięcia powikłania i hospitalizacje. W przeciwnym razie zamiast planu pozostanie reagowanie i „gaszenie pożarów”.

Źródło: PAP MediaRoom

Z danych GUS wynika, że na koniec 2024 roku w skład zespołów ratownictwa medycznego w Polsce wchodziło prawie 13 tys. pracowników, z czego 11,4 tys. to ratownicy medyczni. Najwięcej z nich wykonywało swój zawód w województwie mazowieckim – 2741, a najmniej w lubuskim – 513. Nie brakuje chętnych do studiowania ratownictwa medycznego na polskich uczelniach. Eksperci podkreślają, że jest to dla nich atrakcyjna ścieżka kariery, a Polska znajduje się w czołówce europejskiej pod względem ich przygotowania zawodowego.
Raport Głównego Urzędu Statystycznego „Pomoc doraźna i ratownictwo medyczne w 2024 roku” wskazuje, że w 2024 roku w ramach systemu Państwowe Ratownictwo Medyczne funkcjonowało 1664 zespołów ratownictwa medycznego (ZRM). Udzieliły one pomocy w miejscu zdarzenia 3,2 mln osób (o 13 proc. więcej r/r).

Z danych Krajowego Centrum Monitorowania Ratownictwa Medycznego wynika z kolei, że w 2025 roku w Państwowym Ratownictwie Medycznym odnotowano nieco ponad 5 mln zgłoszeń, z czego blisko 3,4 mln zostało przyjętych. Około 2,5 mln z nich dotyczyło wezwań do domu pacjenta. Najwięcej wyjazdów zrealizowanych przez ZRM dotyczyło Mazowsza, gdzie było ich 512 509, oraz województwa śląskiego (456 417).

 Obserwujemy zainteresowanie pracą ratowników medycznych. Wiemy, że jest wielu studentów, którzy zresztą odbywają praktyki w naszej instytucji. Jest to atrakcyjny zawód, który daje dużo satysfakcji, i nie narzekamy na brak kadry. Personel, który mamy, jest świetnie przygotowany. Wiedza kandydatów, którzy zgłaszają się do nas do pracy, jest bardzo duża – mówi agencji Newseria dr Karol Bielski, dyrektor Wojewódzkiej Stacji Pogotowia Ratunkowego i Transportu Sanitarnego „Meditrans”.

W roku akademickim 2025/2026 na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym ratownictwo medyczne na studiach pierwszego stopnia chciało studiować 568 osób, jednak miejsc było jedynie 120. Ponadto wśród zakwalifikowanych kandydatów 52 proc. stanowiły kobiety. Natomiast na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie miejsc było 50, a chętnych – 372, co daje ponad siedem osób na miejsce. Na
Gdańskim Uniwersytecie Medycznym odnotowano 5,7 kandydatów na jedno miejsce.

– Ratownictwo medyczne to bardzo atrakcyjny kierunek, oczywiście wszystko zależy od predyspozycji i preferencji każdego medyka. Obserwujemy pasję u wielu osób i chęć  ciągłego podnoszenia kwalifikacji, co jest szczególnie cenne dla pacjentów – mówi dr Karol Bielski.

Jak podkreśla ekspert, zawód ratownika medycznego jest dobrze uregulowany.

– Niedawno powstał samorząd zawodowy ratowników medycznych, więc jest to grupa zawodowa, która została dostrzeżona i ma już ugruntowaną pozycję w świecie medycznym. Teraz należałoby się skupić na utrzymaniu tego niesamowicie wysokiego standardu bycia w czołówce europejskiej, jeśli chodzi o wiedzę i przygotowanie zawodowe – podkreśla dyrektor Wojewódzkiej Stacji Pogotowia Ratunkowego i Transportu Sanitarnego „Meditrans”.

W grudniu 2025 roku posłanka PSL Agnieszka Maria Kłopotek skierowała interpelację do ministra zdrowia, w której zwróciła uwagę na kwestie uznawania kompetencji z zakresie kwalifikowanej pierwszej pomocy (KPP) zdobywanej na studiach licencjackich. W trakcie studiów studenci zdają egzaminy obejmujące taki sam zakres wiedzy i umiejętności, jaki wymagany jest od ratowników po ukończeniu 66-godzinnego kursu KPP, jednak nie otrzymują formalnego potwierdzenia tych kompetencji. Jak podkreśla, w praktyce oznacza to, że studenci i absolwenci ratownictwa medycznego, mimo posiadania odpowiedniego przygotowania, nie mogą się wykazać uprawnieniami KPP w sytuacjach, w których wymagane jest formalne potwierdzenie kwalifikacji, np. przy współpracy z podmiotami spoza systemu Państwowego Ratownictwa Medycznego.

W odpowiedzi na interpelację Ministerstwo Zdrowia podkreśliło, że zgodnie z ustawą o Państwowym Ratownictwie Medycznym ratownik posiadający kwalifikacje wymagane dla tego zawodu, realizujący doskonalenie zawodowe, ma uprawnienia do udzielania kwalifikowanej pierwszej pomocy bez obowiązku ukończenia kursu lub szkolenia w zakresie KPP.

 Wydaje mi się, że automatyczne uznawanie kwalifikacji w zakresie KPP wszystkim absolwentom kierunków ratownictwo medyczne wydaje się dobrym pomysłem. Jeśli mówimy o pracy w profesjonalnej jednostce jak nasza, to wymagany jest tytuł zawodowy ratownika medycznego. Mamy szereg instytucji, które nawet formalnie korzystają z pomocy osób po kursach kwalifikowanej pierwszej pomocy, posiadających kompetencje ratownika – tłumaczy dr Karol Bielski. – Zawód ratownika medycznego jest czymś odrębnym od ratownika z ustawy o Państwowym Ratownictwie Medycznym, który ma kwalifikację pierwszej pomocy, jest po kursie i egzaminie z KPP. Takie osoby świetnie się przydają w Policji, jednostkach współpracujących w systemie Państwowego Ratownictwa Medycznego, w WOPR-ze, GOPR-ze, OSP i Straży Pożarnej, więc bezwzględnie jest to dobry pomysł.

Źródło: Newseria

Dane GUS i Ministerstwa Zdrowia pokazują postępującą feminizację medycyny już na etapie studiów, co w najbliższych latach przełoży się na rynek pracy zawodów medycznych i sposób organizacji służby zdrowia, także w Siłach Zbrojnych RP. Z analiz Wojskowego Instytutu Medycznego – Państwowego Instytutu Badawczego (WIM–PIB) wynika, że jest to jedno z wyzwań adaptacyjnych, przed którymi stoi wojskowa służba zdrowia.
– Zmiany demograficzne, które następują w systemie ochrony zdrowia, również mają odzwierciedlenie w tym, jak mamy szansę organizować zabezpieczenie medyczne w siłach zbrojnych. Dziś w cywilnym systemie ochrony zdrowia 59 proc. lekarzy to są kobiety. W strukturach wojskowych jest dokładnie odwrotnie: kobiety stanowią 41 proc. lekarzy wojskowych – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria gen. broni prof. dr hab. n. med. Grzegorz Gielerak, dyrektor Wojskowego Instytutu Medycznego – Państwowego Instytutu Badawczego.

Z danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że w 2024 roku w Polsce było 166,5 tys. lekarzy posiadających prawo wykonywania zawodu, z czego ponad 141 tys. osób pracowało bezpośrednio z pacjentami. W tej grupie kobiety stanowiły 59,1 proc. Struktura wiekowa lekarzy pracujących z pacjentami pokazuje zróżnicowanie pokoleniowe: 11,3 proc. stanowiły osoby do 29. roku życia, 20,9 proc. lekarze w wieku 30–39 lat, 14,5 proc. w wieku 40–49 lat, 21,5 proc. w wieku 50–59 lat, a 20,9 proc. osoby w wieku 60 lat i więcej. Dane GUS wskazują także, że udział kobiet jest wyższy w młodszych grupach wiekowych, co oznacza, że proces feminizacji zawodu będzie się utrwalał wraz z napływem kolejnych roczników lekarzy na rynek pracy.

Zmiana struktury zawodu jest widoczna także na etapie kształcenia. Z danych Ministerstwa Zdrowia publikowanych w systemie BASiW wynika, że w ostatnich latach systematycznie rośnie liczba absolwentów kierunku lekarskiego, a zdecydowaną większość studentów stanowią kobiety. Raport Stowarzyszenia na rzecz Chłopców i Mężczyzn „Chłopaki do medycznych!” wskazuje, że w latach 2022–2024 kobiety stanowiły 76,6 proc. nowo przyjętych na kierunki medyczne, podczas gdy mężczyźni – 23,4 proc. Oznacza to, że już na poziomie naboru na studia kształtuje się struktura, która wprost przełoży się na przyszły rynek pracy lekarzy.

– W perspektywie krótkiego czasu większość lekarzy wchodzących do zawodu, 72–79 proc., to będą kobiety, a zatem mamy do czynienia z zawodem, który się wyraźnie feminizuje. Możemy się spodziewać, że będzie to miało również odzwierciedlenie w strukturze sił zbrojnych, a to z kolei wymaga od nas uwzględnienia sposobu organizacji służby – ocenia gen. broni prof. dr hab. n. med. Grzegorz Gielerak.

Według autorów raportu WIM-PIB „Przywrócić rangę, zatrzymać talenty – strategia rewitalizacji korpusu lekarzy Sił Zbrojnych RP” zmiana ta ma bezpośrednie konsekwencje organizacyjne dla wojskowej służby zdrowia. Wojsko konkuruje o lekarzy z systemem cywilnym, który oferuje większą elastyczność zatrudnienia, stabilniejsze lokalizacje pracy oraz szerszy wybór ścieżek kariery. Jednocześnie raport wskazuje, że konieczność godzenia rygorów służby wojskowej – regularnych przeniesień między garnizonami, wielotygodniowych ćwiczeń poligonowych, rotacyjnych misji stabilizacyjnych trwających kilka miesięcy – z odpowiedzialnością rodzinną i macierzyńską tworzy barierę systemową, która zniechęca znaczącą część młodych lekarek do wyboru kariery w strukturach wojskowych.

– Kobiety i mężczyźni mają różne potrzeby dotyczące życia prywatnego. Wymaga to uwzględnienia kwestii macierzyństwa, kwestii czasu, jaki jest potrzebny na wychowanie dziecka, a to z kolei ma wpływ choćby na realizację procesów związanych ze specjalizacją lekarską – tłumaczy dyrektor WIM–PIB.

Wyniki przeprowadzonego badania potwierdzają kluczowe znaczenie równowagi między życiem zawodowym a rodzinnym w decyzjach kariery młodych medyków wojskowych. Możliwość harmonijnego łączenia obowiązków służbowych z życiem osobistym osiągnęła najwyższy poziom istotności wśród studentów piątego i szóstego roku Kolegium Wojskowo-Lekarskiego (średnia ocena 5,7 w sześciostopniowej skali ważności).

W połączeniu z rosnącą feminizacją zawodu i zmieniającymi się oczekiwaniami młodych medyków oznacza to konieczność dostosowania modelu służby wojskowej do realiów demograficznych. Raport wskazuje, że elastyczność modelu zatrudnienia stanowi kluczową odpowiedź systemową na demograficzne realia korpusu medycznego, gdzie dominują specjaliści w wieku 35–45 lat. Eksperci oceniają, że bez wdrożenia elastycznej organizacji służby – przewidywalnych harmonogramów, instrumentów wsparcia rodzicielskiego oraz mechanizmów równowagi między życiem prywatnym a służbą – sztywne ramy służby wojskowej nadal będą sprawiać, że siły zbrojne będą systematycznie przegrywać o wykwalifikowaną kadrę medyczną z sektorem cywilnym.

– Z punktu widzenia wojskowej służby zdrowia starzejące się społeczeństwo ma mniejsze znaczenie. W wojsku przedział wiekowy żołnierzy jest stały i zakładam, że w dającej się przewidzieć przyszłości niewiele się zmieni, a zatem żołnierz to jest człowiek między 18. a 60. rokiem życia – mówi prof. Grzegorz Gielerak.

Źródło: Newseria

Choroby serca wciąż pozostają największym zagrożeniem dla życia Polaków. Według danych Głównego Urzędu Statystycznego z 2023 roku choroby układu krążenia są najczęstszą przyczyną zgonów w naszym kraju. Mimo postępu medycyny i coraz lepszej diagnostyki, to właśnie one każdego roku odbierają życie tysiącom osób. Eksperci wskazują jednak, że jednym z najistotniejszych czynników ryzyka pozostaje nieleczona choroba otyłościowa.
Otyłość – wbrew potocznemu myśleniu – nie jest tylko kwestią estetyki, lecz poważną, przewlekłą chorobą metaboliczną, która dramatycznie zwiększa ryzyko zgonów sercowo-naczyniowych. U osób z otyłością powikłania ze strony układu krążenia występują znacznie częściej, a najczęstsze z nich to nadciśnienie tętnicze, zaburzenia rytmu serca, niewydolność serca, choroba wieńcowa czy żylna choroba zakrzepowo-zatorowa.

Statystyki są alarmujące. Pacjenci z chorobą otyłościową mają o 200% wyższe ryzyko niewydolności serca, aż o 4000% większe ryzyko nagłego zgonu sercowo-naczyniowego, o 200–300% większe ryzyko choroby zakrzepowo-zatorowej, o 64% większe ryzyko udaru niedokrwiennego mózgu i o 50% wyższe ryzyko migotania przedsionków.

„Statystyki są jednoznaczne. Choroba otyłościowa istotnie zwiększa ryzyko zawałów serca, udarów mózgu i przedwczesnych zgonów. Każdy dzień zwłoki w diagnozie i leczeniu oznacza większe zagrożenie dla zdrowia i życia pacjentów. Dlatego tak ważna jest rola kardiologów, którzy widząc konsekwencje choroby otyłościowej, mogą postawić właściwą diagnozę, a następnie skierować pacjenta do specjalisty zajmującego się leczeniem otyłości” – podkreśla Ewa Godlewska, prezes Fundacji na rzecz Leczenia Otyłości (FLO).

Dane medyczne potwierdzają, że to właśnie otyłość staje się cichym zabójcą serca. Nadmiar tkanki tłuszczowej zwiększa obciążenie układu sercowo-naczyniowego i prowadzi do zmian, które trudno odwrócić. Wystąpienie zawału serca u kobiet z BMI powyżej 29 kg/m² jest trzykrotnie częstsze niż u kobiet o prawidłowej masie ciała. Ponad 80% pacjentów z chorobą niedokrwienną serca ma nadwagę lub otyłość.

Jednym z najczęstszych powikłań sercowo-naczyniowych w tej grupie jest nadciśnienie tętnicze. Występuje ono aż u 80% osób z otyłością, podczas gdy w populacji o prawidłowym BMI odsetek ten nie przekracza 45%. Otyłość odpowiada także za niemal jedną czwartą kosztów systemowych leczenia chorób sercowo-naczyniowych. Według analiz stanowi aż 23% całkowitych wydatków ponoszonych w tym obszarze.

Coraz więcej dowodów wskazuje jednak, że skuteczne leczenie choroby otyłościowej może odwrócić ten trend. Kluczowe jest kompleksowe podejście obejmujące modyfikację stylu życia, wsparcie psychologiczne, farmakoterapię lub leczenie chirurgiczne.

Nowe nadzieje dla pacjentów przyniosły duże badania kliniczne. W największym z nich – SELECT – wykazano, że semaglutyd w dawce 2,4 mg zmniejsza ryzyko poważnych incydentów sercowo-naczyniowych o 20% w porównaniu z placebo. Wśród korzyści odnotowano m.in. spadek liczby hospitalizacji z powodu zawału o 28%, zgonów ogółem o 19% i przypadków niewydolności serca o 18%. Badaniem objęto ponad 17 tysięcy pacjentów z 41 krajów.

Równie imponujące wyniki przyniosło badanie SCORE, w którym uczestniczyło niemal 28 tysięcy osób z otyłością i chorobą sercowo-naczyniową. Ryzyko zgonu, zawału lub udaru spadło o 57%, poważnych incydentów sercowych o 45%, a ogólna śmiertelność aż o 86%.

Choć liczby robią wrażenie, eksperci podkreślają, że kluczowe jest jedno: wczesne rozpoznanie choroby otyłościowej i jej skuteczne leczenie. Zaniechanie terapii nie tylko pogłębia otyłość, ale przyspiesza rozwój powikłań sercowo-naczyniowych. Choroba otyłościowa to nie wyrok – pod warunkiem, że zostanie potraktowana jak każda inna przewlekła choroba wymagająca specjalistycznego leczenia.

Więcej o powikłaniach sercowo-naczyniowych wynikających z choroby otyłościowej można zobaczyć w wideo kampanii edukacyjnej Fundacji na rzecz Leczenia Otyłości „Otyłość to choroba. Nie oceniaj, nie odchudzaj, tylko lecz”

Źródło: FLO

Według najnowszych danych Głównego Urzędu Statystycznego w 2024 roku liczba aptek ogólnodostępnych i punktów aptecznych w Polsce ponownie się zmniejszyła. Na każdą placówkę przypada dziś średnio ponad 3 tys. mieszkańców. Największe obciążenie placówki odnotowano w województwie pomorskim, a równocześnie spada liczba techników farmaceutycznych, mimo nieznacznego wzrostu liczby farmaceutów.
Na koniec 2024 roku w Polsce funkcjonowało 11 200 aptek ogólnodostępnych i 1 100 punktów aptecznych, co oznacza spadek odpowiednio o 2,1 % i 2,2 % w porównaniu do roku poprzedniego. To kontynuacja wieloletniego trendu zmniejszania dostępności stacjonarnych punktów sprzedaży leków.

Na jedną aptekę lub punkt apteczny przypada średnio 3 049 osób – o 53 więcej niż w 2023 roku. Największy wskaźnik obciążenia zanotowano w województwie pomorskim (3 506 osób), a najmniejsze w lubelskim (2 655 osób).

Coraz więcej placówek oferuje sprzedaż leków przez internet. W 2024 roku funkcjonowało 236 aptek i 8 punktów aptecznych realizujących sprzedaż wysyłkową, w porównaniu do 197 i 6 w roku wcześniej.

Łącznie w aptekach i punktach aptecznych pracowało około 56 tys. osób. W tej grupie 26 151 to farmaceuci – o 1,5 % więcej niż w 2023 roku – natomiast liczba techników farmaceutycznych wyniosła 29 800, co oznacza spadek o 6,3 % w skali roku. Kobiety stanowiły 83 % wszystkich farmaceutów i aż 95 % techników farmaceutycznych.

Najwięcej aptek działało w województwach mazowieckim (1 672 placówki), śląskim (1 352) i wielkopolskim (1 294), a najmniej w lubuskim (311). W woj. mazowieckim też zatrudniono najwięcej farmaceutów (4,1 tys.) i techników (4,0 tys.). GUS wskazuje, że dane za 2024 rok zostały opracowane w oparciu o rejestry GIF, NFZ, ZUS i KRUS, co zwiększa ich szczegółowość i wiarygodność.

Liczba aptek i punktów aptecznych w Polsce wciąż maleje, a jednocześnie rośnie liczba mieszkańców przypadająca na jedną placówkę. To może przekładać się na pogorszenie dostępności do leków, szczególnie w województwach bardziej obciążonych. Choć liczba farmaceutów rośnie, drastyczny spadek liczby techników farmaceutycznych rodzi pytania o jakość obsługi i stabilność kadrową branży. W dobie cyfrowych innowacji i rosnącej roli aptek online, trudno jednak przecenić znaczenie dostępu do tradycyjnych punktów aptecznych – zwłaszcza w mniejszych miejscowościach.

Źródło: GUS

Mieszkańcy Poznania, Lublina i Łodzi mogą spać spokojnie, ale w Krakowie, Gdańsku i Warszawie kolejki będą długie. Dane GUS dotyczące dostępności aptek wskazują na duże dysproporcje zarówno pomiędzy województwami, jak i między największymi miastami Polski. Gdzie sytuacja jest najlepsza?
Najnowsze dostępne dane GUS-u mówią o 11,5 tys. aptek ogólnodostępnych na terenie Polski. W porównaniu z rokiem 2022 ich liczba zmniejszyła się o 1,6%.
 
Czy sytuacja jest zła? W ostatnim, zeszłorocznym raporcie OECD mówiącym o dostępności aptek Polska zajmuje wysoką pozycję. Nasz kraj z wynikiem 35 aptek na 100 000 mieszkańców uplasował się w górnej połowie zestawienia, powyżej średniej dla państw OECD z wynikiem 28 aptek na 100 000 mieszkańców. Wskaźnik ten waha się od 9 w Danii do 97 w Grecji, przy czym Grecja wyraźnie odstaje od pozostałych państw. Ale czy to oznacza, że w Polsce rzeczywiście łatwo jest kupić leki?
 
Tu mało aptek, a tam tłumy pacjentów
 
Liczba aptek bardzo mocno waha się w zależności od województwa. Najwięcej notuje mazowieckie, przed śląskim i wielkopolskim, a stawkę zamykają lubuskie i opolskie. Dokładny podział aptek względem województw przedstawia poniższa mapa:
 
Liczba aptek w województwie nie jest oczywiście uniwersalnym wskaźnikiem dostępności aptek dla mieszkańców. W grę wchodzą tu takie czynniki wielkość danego regionu oraz jego zaludnienie. W przeliczeniu na mieszkańca statystyki zyskują zupełnie inny układ.
 
Według analiz gethome.pl statystycznie najmniej pacjentów przypada na każdą aptekę w województwie lubelskim, wielkopolskim i łódzkim. Tu sytuacja jest zatem najlepsza. Najwięcej osób na placówkę przypada natomiast w mazowieckim, warmińsko-mazurskim i pomorskim. Liczba mieszkańców na aptekę w każdym z województw prezentuje się następująco:
 
O ile więc w zurbanizowanej Wielkopolsce oba parametry (liczba aptek oraz liczba pacjentów na aptekę) korelują z sobą, o tyle Mazowsze zajmuje w obu kategoriach pozycje przeciwstawne. W gęsto zaludnionym centrum Polski osób na aptekę przypada tyle co na słabo zaludnionych Warmii i Mazurach. Jeszcze więcej pacjentów obsłużyć musi jednak każda z aptek na Wybrzeżu.
 
W dużych miastach nie jest lekko
 
Zarówno na liczbę aptek w województwie, jak i na średnią liczbę pacjentów w aptece mocno rzutują największe ośrodki.
 
Poprawić ten stan rzeczy ma znowelizowane w 2023 r. prawo farmaceutyczne, które pozwala otworzyć nową aptekę nie bliżej niż 500 m (gdy średnia liczba mieszkańców gminy przekracza 3000 osób na aptekę) lub nawet 1000 m od już istniejącej placówki (kiedy ludność nie przekracza 3000 osób), chyba że specjalną zgodę wyda minister zdrowia. Zmiana struktury rozmieszczenia aptek to jednak proces rozpisany na lata, a jak sytuacja wygląda dziś?
W największych miastach na każdą aptekę przypada mniej pacjentów niż w odpowiednich województwach. Największe różnice w ujęciu bezwzględnym dotyczą Poznania i Katowic, najmniejsze Krakowa i Warszawy. Jednocześnie Warszawa, która ma najwięcej aptek spośród miast Polski, zajmuje ostatnie miejsce w rankingu statystycznych kolejek – po Krakowie i Gdańsku. Z kolei najdogodniejszy dostęp do aptek mają mieszkańcy Poznania, Lublina i Łodzi.
 
Na strukturę dostępności aptek wyraźnie rzutuje specyfika dwóch największych aglomeracji. Monocentryczna Warszawa mieści rekordową 1/3 placówek swojego regionu. Z kolei Katowice – najmniej, bo tylko 10%. Pozostałe apteki konurbacji górnośląskiej znajdują się w granicach administracyjnych innych, sąsiadujących miast.
 
Chcesz mieć blisko do apteki? Wybierz…
 
Wnioski z analiz danych GUS-u są jednoznaczne. Komu zależy na łatwej dostępności apteki powinien wybrać któreś z dużych miast Polski, ale nie te największe. Przede wszystkim Poznań w zachodniej części kraju, a we wschodniej Lublin. Niewiele gorsze perspektywy rysują się w Łodzi, Katowicach, Białymstoku lub Szczecinie.
 
Bez wątpienia w najtrudniejszej sytuacji są jednak nie warszawiacy, a mieszkańcy małych miejscowości leżących na terenach słabo zurbanizowanych. Analiza Rządowego Rejestru Aptek wskazuje, że prawie 400 gmin w Polsce nie ma żadnej apteki, do tego w świetle badań Koalicji „Na pomoc niesamodzielnym” 30% mieszkańców wsi dojazd do apteki zajmuje ponad 15 minut.
 
A przecież – jak podkreślają przedstawiciele OECD – zwłaszcza na obszarach słabo zurbanizowanych właśnie farmaceuci przejmują znaczną część zadań związanych z poradnictwem medycznym, szczepieniami czy reagowaniem w sytuacjach nagłych. 
 
 
źródło: gethome.pl
Czterdzieści osiem godzin tygodniowo – tyle zgodnie z dyrektywą Unii Europejskiej może pracować lekarz. – Gdybyśmy chcieli stosować te przepisy, okazałoby się, że część placówek należy zamknąć z dnia na dzień z powodu deficytów kadrowych – ocenia prof. dr hab. n. med. Łukasz Krzych, kierownik Katedry Medycyny Stanów Nagłych w Śląskim Uniwersytecie Medycznym. Problem przepracowania lekarzy jest dziś jednym z najpoważniejszych zmartwień służby zdrowia. 
Według danych GUS w 2022 roku liczba lekarzy, którzy mieszkają w Polsce i posiadają prawo wykonywania zawodu, wynosiła 158,9 tys. To nieco więcej niż rok wcześniej, jednak nie zmienia to faktu, że problemy kadrowe są nadal jedną z największych bolączek służby zdrowia. Według raportu Komisji Europejskiej „State of Health in th EU” Polska jest jednym z krajów o najniższej liczbie pracowników ochrony zdrowia w Unii w przeliczeniu na tysiąc mieszkańców – w przypadku lekarzy jest to 3,4. To sporo mniej od średniej dla całej UE, która wynosi 4,1. Raport wskazuje, że w niektórych regionach, szczególnie wiejskich, można mówić o znacznym niedoborze lekarzy. 

Taka sytuacja przekłada się na większe obciążenie pracą medyków różnych specjalizacji. Choć zgodnie z unijną dyrektywą z 2003 roku lekarz nie może pracować ponad przyjęty czas pracy ustalony na 48 godz. tygodniowo, to jednak ten pułap jest w naszym kraju notorycznie przekraczany. 

– Unijne przepisy regulują, ile powinniśmy pracować w ciągu doby oraz w wymiarze tygodniowym, ile powinniśmy odpoczywać, niezależnie od funkcji, którą sprawujemy w szpitalu jako pracownicy ochrony zdrowia. Dotyczy to tak samo lekarzy, jak i pielęgniarek zatrudnionych na etatach. Gdybyśmy chcieli stosować te przepisy, okazałoby się, że niestety część placówek należy zamknąć z dnia na dzień z powodu deficytów kadrowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. dr hab. n. med. Łukasz Krzych, kierownik Katedry Medycyny Stanów Nagłych w Śląskim Uniwersytecie Medycznym.

Niedobór kadr w polskiej ochronie zdrowia prowadzi do stanu, w którym zarówno lekarze, jak i pielęgniarki pracują w różnych placówkach na kilku etatach na różnych formach zatrudnienia. Jak wynika z badania PZWL przeprowadzonego na potrzeby „Raportu o wynagrodzeniach w sektorze medycznym”, 63,8 proc. lekarzy wskazuje na nadmierne obciążenie pracą jako czynnik pozapłacowy wpływający na niezadowolenie z wykonywanej pracy.

Co ciekawe, w tym samym badaniu tylko 34,8 proc. ankietowanych uważa, że ich zarobki są adekwatne do wysiłku i zaangażowania, jakie wkładają w pracę. Co istotne, 58,9 proc. badanych nie jest zadowolonych ze swoich łącznych zarobków, a dwie trzecie uważa, że zwiększenie ich wynagrodzenia jest możliwe poprzez podjęcie dodatkowej pracy w placówce publicznej lub prywatnej.

– W przeliczeniu na etat limit wynosi 140–160 godz. w wymiarze miesięcznym. Bardzo łatwo jest to przekroczyć, pracując chociażby w systemie dyżurowym, bo jeżeli pracujemy 24 godz., to de facto pozostaje nam jeszcze jeden, maksymalnie dwa dni pracy w tygodniu, żeby tę normę wypełnić, a w pozostałe dni pracy też ktoś musi pracować –tłumaczy prof. Łukasz Krzych. – Bardzo trudno jest znaleźć lekarza, który by pracował 140 czy 160 godz. miesięcznie, większość pracuje więcej, chociaż nie zawsze chce, czasem po prostu musi, żeby zagwarantować płynność pracy szpitala, jeżeli to jest duży szpital.

Główną przyczyną tego stanu rzeczy jest deficyt kadrowy. Wymienia go również w swoim raporcie z sierpnia 2023 roku Najwyższa Izba Kontroli. Zdaniem instytucji kolejnymi nieprawidłowościami są: przepracowanie oraz zawieranie dodatkowych umów cywilnoprawnych z pracownikami na takiego samego rodzaju pracę. NIK zauważa, że są przypadki, w których kierownicy placówek nie próbowali skutecznie zaradzić tym problemom. W skontrolowanych przypadkach zdarzało się, że przerywano udzielanie świadczeń w poradniach, a także niektórych oddziałach szpitalnych. 

– Zmęczony lekarz to niebezpieczeństwo dla pacjenta, my nie chcemy być zmęczeni, bo wiemy, że wtedy jakość pracy i jakość świadczonych przez nas usług jest suboptymalna. Każdy z nas chciałby znaleźć czas dla siebie, swoich bliskich, ale jednak wciąż pamiętamy o tym, że pracujemy dla pacjentów i nasze decyzje muszą być w tym sensie wyważone. Zatem też decydujemy się sami na większą liczbę przepracowywanych godzin, żeby pomóc społeczeństwu, żeby pomóc pacjentowi, bo jednak wciąż wśród nas są osoby, które wybrały ten zawód z misji – mówi kierownik Katedry Medycyny Stanów Nagłych w Śląskim Uniwersytecie Medycznym.

Według najnowszych danych GUS opublikowanych w sierpniu ub.r. wśród lekarzy uprawnionych do wykonywania zawodu dominującą grupę (ponad 20 proc.) stanowią osoby w wieku 50–59 lat. Dominacja tej grupy wieku jest większa wśród mężczyzn niż kobiet lekarzy. 

Według stanu na 31 grudnia 2022 roku (najaktualniejsze dane opublikowane przez GUS) najmniej lekarzy na tysiąc mieszkańców jest w województwie lubuskim (2,38). Nieco lepiej jest w opolskim (2,43). Najlepsze pod tym względem statystyki mają województwo łódzkie (4,28) oraz mazowieckie (4,14). 

źródło:biznes.newsferia.pl

Jak wynika ze wstępnych danych Głównego Urzędu Statystycznego, w okresie od stycznia do września 2023 r. zgłoszono 45 809 osób poszkodowanych w wypadkach przy pracy – co oznacza wzrost o 7,5 proc. w porównaniu z analogicznym okresem poprzedniego roku. Wskaźnik wypadkowości, określający liczbę poszkodowanych na 1 000 pracujących, wzrósł z 2,99 do 3,22.
W kontekście najnowszych danych GUS, wskazujących niestety na coraz większą liczbę zdarzeń wypadkowych z udziałem pracowników, pozytywnym aspektem jest spadek liczby najciężej poszkodowanych – o 10 proc. w wypadkach śmiertelnych (99 osób) oraz o 5,1 proc. w wypadkach ciężkich (206 osób). Najwięcej poszkodowanych odnotowano w wypadkach z innym skutkiem – 45 504 osób (wzrost o 7,6 proc.).
Od 2023 r. w ramach Statystycznej karty wypadku dodatkowe pytanie weryfikuje zdarzenia mające miejsce podczas wykonywania pracy zdalnej lub telepracy. Takie określenie miejsca ma na celu pozyskanie konkretnych danych, a co za tym idzie przygotowanie działań naprawczych, aby w możliwie jak największym zakresie ograniczyć występowanie tego typu sytuacji.

– Z pierwszych zebranych danych wynika, że w okresie od stycznia do września ub.r. na tzw. home office zostały poszkodowane 233 osoby – w porównaniu do ponad 45 tys. pracowników ogólnie dotkniętych wypadkami, ta liczba wydaje się mało alarmująca. Natomiast musimy wziąć pod uwagę fakt, że zgodnie z nowelizacją Kodeksu pracy uwzględniającą nowe przepisy dot. pracy zdalnej, która weszła w życie 7 kwietnia 2023 r., każda firma, której pracownicy wykonują pracę poza jej siedzibą, jest zobowiązana wdrożyć rozwiązania i stosowną dokumentację do wypełnienia obowiązków wymaganych Kodeksem. Należą do nich m.in. oświadczenie pracownika, że posiada warunki lokalowe i techniczne do wykonywania pracy, jak również dostosowane instrukcje BHP oraz zaktualizowane o zagrożenia wynikające z pracy w innym miejscu oceny ryzyka zawodowego. 233 wypadki są więc wyraźnym sygnałem dla pracodawców do weryfikacji i określenia, które czynniki miały największy wpływ na ich powstanie, a w efekcie wdrożenia działań naprawczych w ramach całej organizacji – mówi Monika Grządziela, Ekspert ds. bezpieczeństwa pracy W&W Consulting.

GUS przeprowadził badania analizujące czynniki w miejscu pracy, które mogą mieć niekorzystny wpływ na zdrowie fizyczne. Wynika z nich, że z 16,3 mln pracujących w II kwartale 2020 r., 10,7 mln osób wskazało na występowanie w miejscu pracy czynników, które mogą mieć niekorzystny wpływ na zdrowie fizyczne (stanowi to wzrost o 7 proc. w porównaniu z wynikami badania realizowanego w 2013 r.). Jako główny, niekorzystny czynnik pracujący wskazywali najczęściej na męczącą, wymuszoną i niewygodną pozycję ciała lub pozycję sprawiającą ból (32,4 proc. pracujących w II kwartale 2020 r.).

 Wraz z trwającym trendem na pracę zdalną, pracownicy mają coraz większą świadomość tego, jak prawidłowa i ergonomiczna pozycja ciała wpływa na efektywność pracy oraz ograniczenie problemów zdrowotnych. Należy pamiętać, że obowiązek zapewnienia przez pracodawcę odpowiedniego wyposażenia stanowiska pracy w znacznym stopniu może przyczynić się do zwiększenia bezpieczeństwa podczas pracy w domu. Jednym z takich obowiązków stanie się już za kilka miesięcy wyposażenie stanowisk pracy zdalnej w wymagane prawem elementy wyposażenia komputerowego, które mają istotny wpływ dla długofalowe skutki zdrowotne pracowników. Musimy mieć również świadomość, że wiele ze zdarzeń wypadkowych powstałych w trakcie wykonywania pracy zdalnej ma swój początek w nieprawidłowej organizacji otoczenia, w którym obowiązki są realizowane. I tak np. poprawnie działająca i bezpieczna instalacja elektryczna, wykorzystywanie sprawnego stanowiska pracy czy utrzymania ładu i porządku, może mieć znaczący wpływ na ograniczenie możliwości wypadków, a w konsekwencji zmniejszenie składki na ubezpieczenie wypadkowe – podsumowuje Ekspert ds. bezpieczeństwa pracy W&W Consulting.

Źródło: GUS

Zauważalna jest tendencja starzenia się kadry medycznej w systemie ochrony zdrowia. Wyzwaniem staje się racjonalne planowanie rozwoju kadr medycznych i zachęcenie odpowiedniej liczby osób do kształcenia na kierunkach medycznych – czytamy w analizie GUS.
Osoby uprawnione do wykonywania zawodów medycznych

W 2022 r. prawo wykonywania zawodu posiadało 310,0 tys. pielęgniarek, 41,1 tys. położnych, 37,9 tys. farmaceutów i 17,9 tys. diagnostów laboratoryjnych. W wartościach bezwzględnych, w stosunku do 2021 r., najbardziej wzrosła liczba pielęgniarek – o 4,2 tys.

Podobnie jak w roku poprzednim, również w 2022 r. zaobserwowano feminizację zawodów pielęgniarek i położnych. W 2022 r. wśród pielęgniarek posiadających prawo wykonywania zawodu odsetek kobiet wyniósł około 97,2%.
W grupie pielęgniarek i położnych widoczne były zmiany w strukturze wiekowej. Nadal obserwujemy wzrost liczby pielęgniarek w wieku 50 lat lub więcej oraz do 39 lat. W 2022 roku najwięcej pielęgniarek uprawnionych do wykonywania zawodu było w wieku 50-59 lat – 98,0 tys., jednak kolejną liczną grupą są pielęgniarki w wieku 60-69 lat (79,2 tys.) i 40-49 lat (55,3 tys.).

Podobnie jak w poprzednim roku, najmniej liczną grupę stanowiły pielęgniarki w wieku 80 lat lub więcej (1,7 tys.) i do 29 lat – 22,5 tys. W 2022 r. pielęgniarek w grupie wieku 70 lat lub więcej było prawie 27,2 tys., co stanowiło 8,7% ogólnej liczby osób z uprawnieniami do wykonywania zawodu pielęgniarki (5,9% w roku poprzednim).
Wśród pielęgniarek zaobserwowano zróżnicowanie struktury wieku mężczyzn i kobiet: wśród mężczyzn dominował udział osób w dwóch grupach wieku: 30-39 lat (powyżej 30% w obu analizowanych latach) i 40-49 lat (powyżej 28%), podczas gdy wśród kobiet zdecydowanie dominowały osoby w wieku 50-59 lat (około 32% w obu analizowanych latach).

Podobne tendencje jak w roku poprzednim wystąpiły w strukturze wieku położnych. W roku 2022 najliczniejsza była grupa położnych w wieku 50-59 lat – 12,1 tys., a ich udział w ogólnej liczbie położnych wynosił 29,5% (we wcześniejszych latach ponad 30%). Drugą pod względem liczby położnych była grupa w wieku 60-69 lat – 9,1 tys., co stanowiło 22,2% udziału. Natomiast najmniej liczna była grupa położnych w wieku 70 lat lub więcej – około 3,3 tys. (2,2 tys. w roku poprzednim). Położnych w wieku 30–39 lat było 4,9 tys. osób, co stanowiło 12% wszystkich osób uprawnionych do wykonywania tego zawodu.

Zdecydowaną większość wśród osób wykonujących zawód położnej stanowiły kobiety (99,8% kobiet w obu analizowanych latach). Całkowita liczba mężczyzn wykonujących w 2022 r. ten zawód wyniosła 78 osób, w 2021 r. – 76, dlatego dane mężczyzn z tej grupy zawodowej zostały ograniczone do danych ogólnych.

Personel medyczny pracujący bezpośrednio z pacjentem

Populacja uprawnionych do wykonywania wybranych zawodów medycznych w Polsce obejmuje wszystkie osoby mające takie prawo, bez względu na status na rynku pracy i miejsce pracy, dlatego bardziej miarodajną informacją w odniesieniu do dostępności personelu medycznego jest liczba osób pracujących bezpośrednio z pacjentem.

Spośród pielęgniarek pracujących bezpośrednio z pacjentem największą ich liczbę odnotowano w 2022 r. w województwach: mazowieckim (34,9 tys.) i śląskim (25,0 tys.). Najniższa liczba pielęgniarek pracująca bezpośrednio z pacjentem wystąpiła w województwach najmniejszych: lubuskim (4,1 tys.) i opolskim (4,7 tys.).

Największa liczba pielęgniarek pracujących bezpośrednio z pacjentem w przeliczeniu na 10 tys. mieszkańców w 2022 r. wystąpiła w województwach: świętokrzyskim (69,0), lubelskim (67,7) i podkarpackim (64,5), a najmniejsza w województwach: pomorskim (45,9), lubuskim (46,6) i wielkopolskim (47,8). Średnia dla Polski wyniosła 57 pielęgniarek na 10 tys. mieszkańców.

Wśród położnych najwięcej osób pracowało z pacjentem w 2022 r. w największych województwach: mazowieckim (4,8 tys. osób), śląskim (3,3 tys.) i wielkopolskim (2,8 tys.), a najmniej w lubuskim (0,5 tys. osób), opolskim oraz w warmińsko-mazurskim (po 0,6 tys. położnych).

W odniesieniu do liczby kobiet mieszkających w województwie – najwięcej położnych wystąpiło w 2022 r. w województwach: podkarpackim (17,1 osób na 10 tys. kobiet) i podlaskim (16,9), a najmniej w województwach: lubuskim (10,7) oraz pomorskim i warmińsko-mazurskim (odpowiednio 11,7 i 11,8). Średnia dla Polski wyniosła 14 położnych na 10 tys. kobiet.

W przypadku diagnostów laboratoryjnych (średnia dla Polski 3,3 w 2022 r.) i farmaceutów (średnia dla Polski 7,5 w 2022 r.) nie ma istotnych różnic pomiędzy średnią osób pracujących z pacjentem w tych zawodach medycznych a liczbą osób w poszczególnych województwach w przeliczeniu na 10 tys. mieszkańców.

W przypadku fizjoterapeutów średnia dla Polski na 10 tys. mieszkańców w 2022 r. wyniosła 9,3 osób (wzrasta z roku na rok), przy czym najwyższy wskaźnik odnotowano w województwie podkarpackim (prawie 16 osób), a najmniejszy w wielkopolskim (5 fizjoterapeutów na 10 tys. mieszkańców).

Liczba osób pracujących bezpośrednio z pacjentem w zawodzie farmaceuty w ostatnich trzech latach (2020–2022) utrzymuje się na tym samym poziomie (powyżej 28 tys. farmaceutów).
Największą liczbą bezwzględną farmaceutów pracujących w aptekach i punktach aptecznych w 2022 r. charakteryzowało się największe województwo: mazowieckie – ponad 4 tys. osób, natomiast najmniejszą województwa o najmniejszej liczbie mieszkańców: opolskie – 661 osób i lubuskie – 582 osoby.

Pełniejszy obraz przedstawia analiza liczby farmaceutów w przeliczeniu na 10 tys. mieszkańców w poszczególnych województwach. Wskaźnik ten był najwyższy w województwach: łódzkim i lubelskim – wyniósł 9 farmaceutów na 10 tys. mieszkańców, najniższy natomiast w województwie warmińsko-mazurskim (5 osób), przy czym średni wskaźnik dla Polski wyniósł w 2022 r. 7,5.

Podobnie jak w grupie osób posiadających prawo wykonywania zawodu pielęgniarki i położnej, odnotowano dominujący udział kobiet wykonujących ten zawód i pracujących bezpośrednio z pacjentem, znacznie wyraźniejszy wśród położnych (prawie 99,8% kobiet w obydwóch latach) niż wśród pielęgniarek, gdzie kobiety stanowiły blisko 96,8% w 2022 r. – o 0,2 p. proc. mniej niż w 2021 r.

Wśród kobiet wykonujących pracę pielęgniarki najliczniejszą grupą były osoby w wieku 50–59 lat, które stanowiły 40% w 2022 r. i 38,8% rok wcześniej. Natomiast wśród mężczyzn dominują osoby w wieku 30–39 lat (33,4%, o 0,1 p. proc. więcej niż przed rokiem).

Całkowita liczba mężczyzn pracujących bezpośrednio z pacjentem wykonujących zawód położnej w 2022 r. wynosiła 61 osób, w 2021 r. – 57. Najliczniejszą grupą wśród położnych kobiet pracujących bezpośrednio z pacjentem w 2022 r. były osoby w wieku 50-59 lat (35,5%, rok wcześniej – 35,9%). Wśród farmaceutów pracujących bezpośrednio z pacjentem przeważają kobiety, w ostatnich 3 latach (2020-2022) ich udział w każdym roku wynosił około 83%.

W grupie pielęgniarek średni wiek osoby pracującej bezpośrednio z pacjentem w 2022 roku wynosił 50 lat. Wśród mężczyzn był on zdecydowanie niższy (ok. 41 lat) niż wśród kobiet (50 lat).

Średni wiek ogółu położnych pracujących z pacjentem w 2022 r. wynosił 47 lat (46 lat w roku poprzednim). Ze względu na ogromną dominację kobiet w zawodzie położnej podobnie wyglądał średni wiek kobiet w 2022 r., który wyniósł około 47 lat i był wyższy niż przeciętny wiek mężczyzn (38 lat).

Wyjaśnienia metodyczne

W odniesieniu do czterech zawodów medycznych: lekarzy, lekarzy dentystów, pielęgniarek i położnych zastosowano wyniki analizy źródeł administracyjnych, w tym głównie rejestrów. Ta metoda pozwoliła na uzyskanie danych wynikowych o znacznie lepszej jakości niż dotychczas stosowane. Prezentowane dane odnoszą się do stanu na dzień 31 grudnia 2022 r., z wyjątkiem danych o absolwentach kierunków medycznych, gdzie wykorzystane zostały dane za rok akademicki 2021/2022.

Dane na temat kadry medycznej pochodzą z Ministerstwa Zdrowia (w tym dane z Ministerstwa Obrony Narodowej), Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji oraz GUS. Dane o kadrze pracującej bezpośrednio z pacjentem dotyczą osób pracujących w placówkach opieki zdrowotnej a także w żłobkach, klubach dziecięcych i domach pomocy społecznej, gdzie świadczona praca uznawana jest jako wykonywanie zawodu medycznego, bez względu na formę zatrudnienia (samozatrudnienie, umowa o pracę, umowa cywilno-prawna). Każdy pracownik jest liczony tylko raz, w głównym miejscu pracy.

Ze względu na niepełną realizację obowiązku statystycznego przez podmioty lecznicze, szczególnie praktyki zawodowe, dane dotyczące osób pracujących z pacjentem mogą być niższe niż stan faktyczny. Dlatego, w wyniku przeprowadzonych prac metodologicznych, dane dotyczące lekarzy, lekarzy dentystów, pielęgniarek i położnych za lata 2020, 2021 i 2022 zostały oszacowane w oparciu wyłącznie o źródła administracyjne, w tym rejestry. Dane te są nieporównywalne z danymi publikowanymi wcześniej.

W pracach nad algorytmem, służącym do oszacowania liczby lekarzy, lekarzy dentystów, pielęgniarek i położnych wykorzystano następujące źródła administracyjne:
W pracach wykorzystano także zbiory opracowane w GUS na potrzeby innych badań statystycznych, np. zbiór BJS (Baza Jednostek Statystycznych), co pozwoliło na uniknięcie powielania części prac.

Źródło informacji: Kurier mp.pl

Średni wiek lekarza pracującego bezpośrednio z pacjentem w 2022 roku wyniósł ok. 49 lat, o rok więcej niż w 2021 roku, przy czym wśród kobiet był on nieco niższy niż wśród mężczyzn – czytamy w analizie statystycznej GUS.
Osoby uprawnione do wykonywania zawodów medycznych

W 2022 r. prawo wykonywania zawodu posiadało 158,9 tys. lekarzy i 44,3 tys. lekarzy dentystów. Podobnie jak w roku poprzednim, również w 2022 r. zaobserwowano feminizację zawodów lekarzy i lekarzy dentystów, znacznie wyraźniejszą w grupie lekarzy dentystów niż w grupie lekarzy. W 2022 r. wśród lekarzy odsetek kobiet wyniósł około 59,5%, podczas gdy w grupie lekarzy dentystów kobiety stanowiły 76,3%.

W 2022 r. utrzymały się niepokojące zjawiska w strukturze wieku lekarzy i lekarzy dentystów uprawnionych do wykonywania zawodu. Wśród lekarzy, podobnie jak w latach poprzednich, najliczniejsza była grupa osób w wieku 50-59 lat. Ich liczba wyniosła 32,1 tys., a udział w ogólnej liczbie stanowił 20,2% (20,6% w roku 2021).
Jednocześnie zaobserwowano wzrost liczby lekarzy w grupach wieku: 30-39 lat, w której liczba lekarzy wyniosła 30,8 tys. i stanowiła 19,4% ogółu lekarzy posiadających prawo wykonywania zawodu (w 2021 r. – 28,5 tys., tj. 18,3%) oraz w wieku 70-79 lat – 16,0 tys., tj. 10,1% ogółu lekarzy w 2022 r. posiadających prawo wykonywania zawodu (w 2021 r. – 14,4 tys., tj. 9,2%).

Zmniejszył się natomiast udział lekarzy w najmłodszej grupie wieku do 29 lat – 16,9 tys., w stosunku do 18,2 tys. w 2021 r. oraz w wieku 40-49 lat (22,6 tys. w 2022 r., a w 2021 r. – 23,3 tys.).
Odnotowano zróżnicowanie struktury wieku mężczyzn i kobiet lekarzy. Wśród mężczyzn dominującą grupę (około 23% w obu analizowanych latach) stanowiły osoby w wieku 50-59 lat, podczas gdy wśród kobiet dominowały osoby w wieku 30-39 lat (około 20% w obu analizowanych latach).

W grupie lekarzy dentystów zmiany te przebiegały nieco inaczej. W przedstawionych trzech ostatnich latach (2020–2022) najwięcej było osób w wieku 30-39 lat i analogicznie, jak w przypadku lekarzy – 50-59 lat. Udział trzydziestolatków w ogólnej liczbie lekarzy wyniósł w 2022 r. 21% i był o 0,3 p. proc. większy niż w 2021 r. W stosunku do roku poprzedniego, w 2022 r. o 0,4 p. proc. zwiększył się udział osób w wieku 50-59 lat i wyniósł 20,8%. Natomiast udział osób najmłodszych – w wieku do 29 lat wyniósł w 2022 r. 10,3%, tj. 4,6 tys. osób (spadek o 0,6 tys. osób w stosunku do 2021 r.).

Odnotowano zróżnicowanie struktury wieku mężczyzn i kobiet lekarzy dentystów: wśród mężczyzn dominującą grupę (około 25% w obu analizowanych latach) stanowiły osoby w wieku 30-39 lat, podczas gdy wśród kobiet dominowały osoby w wieku 50-59 lat (około 21% w obu analizowanych latach).
Lekarze pracujący bezpośrednio z pacjentem

W 2022 r. liczba lekarzy pracujących bezpośrednio z pacjentem wyniosła 131,4 tys. a lekarzy dentystów – 34,9 tys.
Najwięcej lekarzy pracowało bezpośrednio z pacjentem w 2 największych województwach: mazowieckim – 23,7 tys. i śląskim 15,9 tys. a najmniej w najmniejszych województwach: lubuskim i opolskim (po 2,3 tys.). Lepszą zatem miarą dostępności lekarza jest ich liczba przypadająca na określoną liczbę mieszkańców.

W odniesieniu do liczby mieszkańców w 2022 r. na pierwszym miejscu uplasowały się województwa: mazowieckie i łódzkie (odpowiednio 43,1 oraz 41,1 lekarzy w przeliczeniu na 10 tys. mieszkańców). Najmniejsza liczba lekarzy w przeliczeniu na 10 tys. mieszkańców w 2022 r. wystąpiła w województwach: lubuskim (23,8) i opolskim (24,8), które należą do grupy mniejszych województw, z relatywnie małą liczbą mieszkańców w miastach stanowiących siedziby władz wojewódzkich, oraz warmińsko-mazurskim (25,7) i podkarpackim (27,5). Średnia dla Polski wyniosła 35 lekarzy na 10 tys. mieszkańców.

Wśród lekarzy dentystów najwięcej osób pracowało bezpośrednio z pacjentem w 2022 r. w województwach: mazowieckim (6,0 tys.) i śląskim (3,8 tys.), a najmniej w województwach: opolskim i lubuskim (po 0,7 tys.).
W odniesieniu do liczby mieszkańców – najwięcej lekarzy dentystów pracujących bezpośrednio z pacjentem wystąpiło w 2022 r. w województwach: łódzkim (11,1 lekarzy dentystów na 10 tys. mieszkańców), a następnie: mazowieckim (10,8) i podlaskim (10,7), a najmniej w województwach: kujawsko-pomorskim (6,2) i warmińsko-mazurskim (6,7). Średnia dla Polski wyniosła 9 lekarzy dentystów na 10 tys. mieszkańców.

W grupie lekarzy uprawnionych do wykonywania zawodu liczba lekarzy specjalistów wyniosła w 2022 r. 102,9 tys., co stanowiło 64,7% ogólnej liczby lekarzy (w 2021 r. – 101,4 tys., czyli 65,2% ogólnej liczby lekarzy), natomiast wśród lekarzy dentystów liczba specjalistów wyniosła w 2022 r. 8,6 tys. (19,4%), analogicznie jak w roku poprzednim.

Wśród lekarzy pracujących bezpośrednio z pacjentem w 2022 r. było 87,8 tys. specjalistów (66,6%), rok wcześniej – 87,3 tys., podczas gdy w grupie lekarzy dentystów liczba specjalistów wyniosła 6,4 tys. (18,2%) i była o 0,1 tys. wyższa niż w roku poprzednim (6,3 tys.).

W latach 2021-2022 najwięcej lekarzy (przeszło 18 tys. w każdym z przedstawionych lat) posiadało specjalizację w dziedzinie chorób wewnętrznych. Na drugim miejscu znalazła się medycyna rodzinna (10,6 tys. w 2022 r. i 10,1 tys. rok wcześniej), a na kolejnym – pediatria (przeszło 7 tys. w obu analizowanych latach).

W grupie lekarzy dentystów uprawnionych do wykonywania zawodu liczba lekarzy specjalistów wyniosła w 2022 r. 8,6 tys. (19,4%), analogicznie jak w roku poprzednim.

Wśród lekarzy dentystów pracujących bezpośrednio z pacjentem w 2022 r. było 6,4 tys. specjalistów (18,2%) i było to 0,1 tys. więcej niż w roku poprzednim (6,3 tys.).

Analogicznie jak w grupie osób posiadających prawo wykonywania zawodu zaobserwowano feminizację zawodów lekarzy i lekarzy dentystów pracujących bezpośrednio z pacjentem, wyraźniejszą wśród lekarzy dentystów (74,0% kobiet w 2022 r., o 0,1 p. proc. więcej w poprzednim roku) niż wśród lekarzy, gdzie kobiety stanowiły powyżej 58,0% w obydwóch latach.

Wśród lekarzy mężczyzn pracujących bezpośrednio z pacjentem w 2022 r. najliczniejszą grupę (24,4%) stanowiły osoby w wieku 50-59 lat (rok wcześniej – około 25,1%). W przypadku lekarzy kobiet w 2022 r. najliczniejszą grupę stanowiły osoby w wieku 30-39 lat (23,8% – o 1,3 p. proc. więcej niż w 2021 r.). Drugą w kolejności liczną grupą wśród kobiet lekarzy były osoby w wieku 50-59 lat (20,6% w 2022 r., o 0,7 p. proc. mniej niż w poprzednim roku).

Wśród lekarzy dentystów pracujących bezpośrednio z pacjentem w 2022 r. najwięcej osób należało do grupy wieku 30-39 lat (24,8%, rok wcześniej – 24,4%) i była to grupa najliczniejsza także wśród mężczyzn (27,2%, a w poprzednim roku – 27,3%). Wśród kobiet najliczniejszą grupą w tym zawodzie medycznym były osoby w wieku 50-59 lat, które stanowiły 24,9% w 2022 r. w obu analizowanych latach.

Średni wiek lekarza pracującego bezpośrednio z pacjentem w 2022 r. wyniósł ok. 49 lat, o rok więcej niż w 2021 r., przy czym wśród kobiet był on nieco niższy niż wśród mężczyzn (odpowiednio 48 i 50 lat).

Średni wiek lekarza dentysty pracującego bezpośrednio z pacjentem w 2022 r. wynosił 46 lat i pozostał na zbliżonym poziomie jak w latach poprzednich (45 lat). W 2022 r. w tej grupie zawodów medycznych średni wiek kobiet (powyżej 47 lat) był nieco wyższy niż wiek mężczyzn (45 lat) i również pozostał na zbliżonym poziomie w porównaniu z rokiem poprzednim.

Wyjaśnienia metodyczne

W odniesieniu do czterech zawodów medycznych: lekarzy, lekarzy dentystów, pielęgniarek i położnych zastosowano wyniki analizy źródeł administracyjnych, w tym głównie rejestrów. Prezentowane dane odnoszą się do stanu na dzień 31 grudnia 2022 r., z wyjątkiem danych o absolwentach kierunków medycznych, gdzie wykorzystane zostały dane za rok akademicki 2021/2022.
Dane na temat kadry medycznej pochodzą z Ministerstwa Zdrowia (w tym dane z Ministerstwa Obrony Narodowej), Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji oraz GUS. Dane o kadrze pracującej bezpośrednio z pacjentem dotyczą osób pracujących w placówkach opieki zdrowotnej a także w żłobkach, klubach dziecięcych i domach pomocy społecznej, gdzie świadczona praca uznawana jest jako wykonywanie zawodu medycznego, bez względu na formę zatrudnienia (samozatrudnienie, umowa o pracę, umowa cywilno-prawna). Każdy pracownik jest liczony tylko raz, w głównym miejscu pracy.

Ze względu na niepełną realizację obowiązku statystycznego przez podmioty lecznicze, szczególnie praktyki zawodowe, dane dotyczące osób pracujących z pacjentem mogą być niższe niż stan faktyczny. Dlatego, w wyniku przeprowadzonych prac metodologicznych, dane dotyczące lekarzy, lekarzy dentystów, pielęgniarek i położnych za lata 2020, 2021 i 2022 zostały oszacowane w oparciu wyłącznie o źródła administracyjne, w tym rejestry. Dane te są nieporównywalne z danymi publikowanymi wcześniej.

W pracach nad algorytmem, służącym do oszacowania liczby lekarzy, lekarzy dentystów, pielęgniarek i położnych wykorzystano następujące źródła administracyjne:

W pracach wykorzystano także zbiory opracowane w GUS na potrzeby innych badań statystycznych, np. zbiór BJS (Baza Jednostek Statystycznych), co pozwoliło na uniknięcie powielania części prac.

Źródło informacji: 

Wbrew obiegowym opiniom, osoby w wieku 50+ są grupą świadomą ekologicznie. O ich prośrodowiskowych postawach, potrzebach edukacji i potencjale międzypokoleniowego dialogu w kolejnym odcinku podcastu E.ON Talks. Rozmawia Joanna Waszak, prowadząca cykl „Klimat na zmiany”, i Marzena Rudnicka, prezeska Fundacji Krajowego Instytutu Gospodarki Senioralnej.

Zgodnie z prognozami Głównego Urzędu Statystycznego, w 2030 roku w Polsce grupa osób w wieku 60+ będzie liczyła blisko 11 milionów. Czyli tyle, ile obecna populacja Czech. W 2050 będzie to już 40 proc. naszego społeczeństwa. Inaczej mówiąc – każde dwie na pięć osób, które mijamy codziennie na ulicy. Czy jest to grupa świadoma ekologicznie? Jak mówić do niej o działaniach prośrodowiskowych? Czego starsi i młodsi mogą się od siebie wzajemnie nauczyć? Na te pytania w odcinku „Jak angażować pokolenie silver w działania dla klimatu?” odpowiadają Joanna Waszak, kierowniczka komunikacji marketingowej w E.ON Polska oraz jej gościni – Marzena Rudnicka, prezeska Fundacji Krajowego Instytutu Gospodarki Senioralnej.

Nieświadome nawyki a postawy proekologiczne

Pokolenie „silver”, czyli osoby po 50 roku życia, to jedna z grup najczęściej wskazywanych jako te, które najbardziej będą odczuwały skutki zmian klimatycznych. Jednocześnie to populacja, która wychowywała się w czasach, gdy o tej problematyce nie mówiło się zbyt wiele. 
Pewne postawy seniorów są absolutnie proekologiczne. Jednak oni sami tego w ten sposób nie nazywają. Podam dla przykładu podejście „naprawiam – nie wyrzucam”, czyli zużycie wielorazówek. Kiedyś głównie osoby starsze kupowały w second handach, a teraz stało się to modne np. wśród młodego pokolenia tzw. Zetek. Zatem można powiedzieć, że tutaj starsi byli prekursorami tego ekologicznego trendu. Warto również wspomnieć o przerabianiu rzeczy, czyli uszyciu torby z nienoszonej sukienki czy nauczeniu wnuczki szydełkowania. Natomiast stereotypy mówią, że osoby starsze w ogóle nie są proekologiczne – tłumaczy Marzena Rudnicka.
Takie podejście może być bardzo krzywdzące, ponieważ nie tylko zamyka możliwość nawiązania porozumienia, ale przede wszystkim nie pozwala zauważyć roli, jaką dojrzałe osoby mogą pełnić w społeczeństwie. 
Tymczasem okazuje się, że mogą być wręcz inspiratorami zmian wśród młodszych pokoleń. Osoby starsze nie tylko segregują śmieci, ale przywiązują do tego dużą wagę. Nie trzeba ich tego uczyć i myślę, że w dużej mierze te osoby mogą też takiej uważności co do poszanowania środowiska nauczyć młodszych – wskazuje ekspertka.
W toku rozważań, rozmówczynie zwracają również uwagę na potrzebę nawiązania współpracy międzypokoleniowej oraz edukacji. 

Proekologiczny język porozumienia
Jeżeli myślimy o edukacji, to oczywiście w pewnych obszarach jest ona potrzebna. Mówimy tutaj między innymi o starych piecach, o śladzie węglowym czy starych samochodach. Są to obszary, w których wymagana jest edukacja. Ważne natomiast, aby była ona prowadzona językiem zrozumiałym dla starszego pokolenia – podkreśla Marzena Rudnicka.
Dla zobrazowania problemu można posłużyć się na przykład słowem „aplikacja”, które dla dwóch pokoleń ma skrajnie odmienne znaczenie. Dla osób młodszych jest aplikacją w telefonie, a dla starszych jest naszywką na bluzkę. Co istotne, z określonymi słowami wiążą się również konkretne skojarzenia.
Stereotypowy senior to osoba 75+, o lasce, w berecie z antenką, która idzie do kościoła i wisi przewieszona na parapecie przez okno. Dlatego lubię określenie „dojrzałe osoby”, bo wtedy niekoniecznie widzimy osobę starszą, ale patrzmy z perspektywy stylu życia i możliwości, jakie ona ma – mówi Marzena Rudnicka.
W kontekście prowadzenia owocnego dialogu między przedstawicielami różnych grup wiekowych, istnieje kilka ważnych zasad. Starsi powinni m.in. wysłuchiwać potrzeb i obaw młodszych. Z kolei młodzież powinna wyjść poza wspominane wcześniej stereotypy, docenić i czerpać z pozytywnych nawyków starszych.
 
Wszystkie odcinki E.ON Talks są dostępne na Spreaker, Spotify, iTunes i Podcasty Google. Materiał można też odsłuchać i zobaczyć na stronie E.ON.
 
źródło: Biuro prasowe E.ON
Polacy wciąż nie zachowują dostatecznej ostrożności w miejscu pracy. Jak wynika z najnowszego opracowania GUS „Wypadki przy pracy w 2021 roku” w ubiegłym roku wypadkom w trakcie pełnienia obowiązków zawodowych uległo blisko 69 tys. osób. To o 9,6 proc. więcej niż w 2020 roku.
W 2021 roku wskaźnik wypadkowości wyniósł 4,75 wobec 4,54 w 2020 roku, natomiast łączna liczba dni niezdolności do pracy, która spowodowana była wypadkiem, osiągnęła poziom 3 mln, co oznacza wzrost o 8,6 proc. w stosunku do 2020 roku. W przeliczeniu na jednego poszkodowanego to aż 44 dni. Niezdolność do pracy spowodowana wypadkiem trwała najczęściej 4-13 dni oraz 31-90 dni.

Mimo że pracodawcy robią wiele, by takim wypadkom zapobiegać, nie wszystkich da się uniknąć. Ponad 60 proc. przyczyn wywołujących niebezpieczne zdarzenia przy pracy w analizowanym okresie stanowiły nieprawidłowe zachowania pracowników. Kolejną przyczyną (8,5 proc.) był niewłaściwy stan przedmiotu wykorzystywanego podczas realizacji obowiązków. Najczęściej wypadki przy pracy spowodowane były poślizgnięciem, potknięciem się lub upadkiem (31,5 proc.).

Okazuje się, że wraz ze stażem pracy i doświadczeniem zawodowym maleje ryzyko wystąpienia urazu. Według udostępnionych właśnie statystyk najwięcej wypadków w zakładzie pracy spotkało osoby, które na danym stanowisku nie przepracowały nawet roku – dotyczy to aż 30 proc. poszkodowanych. Z punktu widzenia pracodawców, ważne jest zatem prawidłowe szkolenie i wprowadzenie w specyfikę pracy nowozatrudnionych osób.
Co warte odnotowania – podobnie jak w ubiegłych latach, w 2021 r. wypadkom przy pracy najczęściej ulegali mężczyźni (62,9 proc.). Najwyższy udział poszkodowanych odnotowano w sekcji przetwórstwo przemysłowe, natomiast w przypadku kobiet w sekcji opieka zdrowotna i pomoc społeczna.

– Na zwiększenie liczby wypadków w pracy mógł mieć wpływ powrót pracowników, przynajmniej częściowy, do trybu stacjonarnego. Jednak jak pokazują wyniki naszego badania, blisko 40 proc. jego uczestników wskazało, że dzięki home office zyskali bardziej komfortowe warunki do pracy. Brak konieczności codziennych dojazdów oraz możliwość wykonywania obowiązków w domowym zaciszu traktowany jest przez zatrudnionych jako zaleta. Jednak nawet w tej z pozoru znanej i pewnej przestrzeni możemy w każdej chwili ulec wypadkowi, dlatego tak ważne jest prawne uregulowanie kwestii pracy zdalnej  – mówi Anna Kwiatkowska, menadżer ds. produktów grupowych i oferty benefitowej w Nationale-Nederlanden.
 
Regulacje potrzebne na już
Aby model pracy zdalnej lub hybrydowej był stosowany transparentnie i dawał pełną ochronę pracownikowi niezbędne jest podejście systemowe. Brak prawnego uregulowania dla wielu firm wciąż pozostaje sporym wyzwaniem. W domu nie zawsze istnieje możliwość zagwarantowania takich samych zabezpieczeń jak w firmie, które dostosowane są do obowiązujących przepisów. Pojawia się pytanie, czy gdy na przykład pracownik obleje się wrzątkiem, robiąc kawę we własnej kuchni, to jest to wypadek w pracy czy nie? Lub co robić w przypadku roszczeń wysuwanych przez pracowników w razie zdarzenia, do którego dojdzie poza siedzibą przedsiębiorstwa?  

Zmienić to może szykowany projekt zmian w Kodeksie pracy, które dotyczą pracy zdalnej. Mają się w nim znaleźć szczegółowe rozwiązania w zakresie praw oraz obowiązków pracownika i pracodawcy. Według założeń nowe przepisy zaczną obowiązywać na początku 2023 roku. Zastąpią one tzw. ustawę covidową, która do tej pory porządkowała zasady home office.

Uregulują one m.in. kwestie dotyczące korzystania przez pracownika z urządzeń technicznych, pokrycia kosztów energii elektrycznej i niezbędnych usług telekomunikacyjnych czy okazjonalnej pracy zdalnej. Nowe zapisy doprecyzują również zakres stosowania przepisów BHP w przypadku pracy zdalnej. Ponadto pracodawca będzie musiał ocenić ryzyko zawodowe i na tej podstawie opracować informację dotyczącą właściwego sposobu organizacji zatrudnienia na odległość.

Bezpieczeństwo pracownika na pierwszym miejscu
Warto mieć na uwadze, że niezdolność do pracy spowodowana wypadkiem, to wyzwanie nie tylko dla pracownika, ale i pracodawcy. Może on ponieść dodatkowe koszty wynikające z nieobecności osoby zatrudnionej, jak również wydatki związane z ewentualnym zastępstwem. Dlatego rolą odpowiedzialnego pracodawcy jest dbanie o prawidłowe środowisko pracy i bezpieczeństwo pracownika. Na rynku dostępne są rozwiązania zapewniające szeroki zakres ochrony, szczególnie w nieuregulowanym stanie prawnym.

W niepewnej sytuacji warto poszukiwać alternatyw, które będą pomocne w przypadku nieprzewidzianych zdarzeń. Dobrym i adekwatnym wyjściem jest ubezpieczenie grupowe. Jak wynika z naszego badania dla blisko 70 proc. pracowników  ważne jest, aby pracodawca zapewnił im taką polisę. Jednocześnie tylko 30 proc. przyznało, że firma, w której pracują, ją oferuje. W razie nieszczęśliwego wypadku, ciężkiej choroby czy pobytu w szpitalu gwarantuje ona praktyczną pomoc i wsparcie finansowe. Ubezpieczenie zapewnia obu stronom poczucie bezpieczeństwa i kompleksowe zabezpieczenie – mówi Anna Kwiatkowska, menadżer ds. produktów grupowych i oferty benefitowej w Nationale-Nederlanden.
źródło: NN
Polacy wciąż nie zachowują dostatecznej ostrożności w miejscu pracy. Jak wynika z najnowszego opracowania GUS „Wypadki przy pracy w 2021 roku” w ubiegłym roku wypadkom w trakcie pełnienia obowiązków zawodowych uległo blisko 69 tys. osób. To o 9,6 proc. więcej niż w 2020 roku.
W 2021 roku wskaźnik wypadkowości wyniósł 4,75 wobec 4,54 w 2020 roku, natomiast łączna liczba dni niezdolności do pracy, która spowodowana była wypadkiem, osiągnęła poziom 3 mln, co oznacza wzrost o 8,6 proc. w stosunku do 2020 roku. W przeliczeniu na jednego poszkodowanego to aż 44 dni. Niezdolność do pracy spowodowana wypadkiem trwała najczęściej 4-13 dni oraz 31-90 dni.

Mimo że pracodawcy robią wiele, by takim wypadkom zapobiegać, nie wszystkich da się uniknąć. Ponad 60 proc. przyczyn wywołujących niebezpieczne zdarzenia przy pracy w analizowanym okresie stanowiły nieprawidłowe zachowania pracowników. Kolejną przyczyną (8,5 proc.) był niewłaściwy stan przedmiotu wykorzystywanego podczas realizacji obowiązków. Najczęściej wypadki przy pracy spowodowane były poślizgnięciem, potknięciem się lub upadkiem (31,5 proc.).

Okazuje się, że wraz ze stażem pracy i doświadczeniem zawodowym maleje ryzyko wystąpienia urazu. Według udostępnionych właśnie statystyk najwięcej wypadków w zakładzie pracy spotkało osoby, które na danym stanowisku nie przepracowały nawet roku – dotyczy to aż 30 proc. poszkodowanych. Z punktu widzenia pracodawców, ważne jest zatem prawidłowe szkolenie i wprowadzenie w specyfikę pracy nowozatrudnionych osób.
Co warte odnotowania – podobnie jak w ubiegłych latach, w 2021 r. wypadkom przy pracy najczęściej ulegali mężczyźni (62,9 proc.). Najwyższy udział poszkodowanych odnotowano w sekcji przetwórstwo przemysłowe, natomiast w przypadku kobiet w sekcji opieka zdrowotna i pomoc społeczna.

– Na zwiększenie liczby wypadków w pracy mógł mieć wpływ powrót pracowników, przynajmniej częściowy, do trybu stacjonarnego. Jednak jak pokazują wyniki naszego badania, blisko 40 proc. jego uczestników wskazało, że dzięki home office zyskali bardziej komfortowe warunki do pracy. Brak konieczności codziennych dojazdów oraz możliwość wykonywania obowiązków w domowym zaciszu traktowany jest przez zatrudnionych jako zaleta. Jednak nawet w tej z pozoru znanej i pewnej przestrzeni możemy w każdej chwili ulec wypadkowi, dlatego tak ważne jest prawne uregulowanie kwestii pracy zdalnej  – mówi Anna Kwiatkowska, menadżer ds. produktów grupowych i oferty benefitowej w Nationale-Nederlanden.
 
Regulacje potrzebne na już
Aby model pracy zdalnej lub hybrydowej był stosowany transparentnie i dawał pełną ochronę pracownikowi niezbędne jest podejście systemowe. Brak prawnego uregulowania dla wielu firm wciąż pozostaje sporym wyzwaniem. W domu nie zawsze istnieje możliwość zagwarantowania takich samych zabezpieczeń jak w firmie, które dostosowane są do obowiązujących przepisów. Pojawia się pytanie, czy gdy na przykład pracownik obleje się wrzątkiem, robiąc kawę we własnej kuchni, to jest to wypadek w pracy czy nie? Lub co robić w przypadku roszczeń wysuwanych przez pracowników w razie zdarzenia, do którego dojdzie poza siedzibą przedsiębiorstwa?  

Zmienić to może szykowany projekt zmian w Kodeksie pracy, które dotyczą pracy zdalnej. Mają się w nim znaleźć szczegółowe rozwiązania w zakresie praw oraz obowiązków pracownika i pracodawcy. Według założeń nowe przepisy zaczną obowiązywać na początku 2023 roku. Zastąpią one tzw. ustawę covidową, która do tej pory porządkowała zasady home office.

Uregulują one m.in. kwestie dotyczące korzystania przez pracownika z urządzeń technicznych, pokrycia kosztów energii elektrycznej i niezbędnych usług telekomunikacyjnych czy okazjonalnej pracy zdalnej. Nowe zapisy doprecyzują również zakres stosowania przepisów BHP w przypadku pracy zdalnej. Ponadto pracodawca będzie musiał ocenić ryzyko zawodowe i na tej podstawie opracować informację dotyczącą właściwego sposobu organizacji zatrudnienia na odległość.

Bezpieczeństwo pracownika na pierwszym miejscu
Warto mieć na uwadze, że niezdolność do pracy spowodowana wypadkiem, to wyzwanie nie tylko dla pracownika, ale i pracodawcy. Może on ponieść dodatkowe koszty wynikające z nieobecności osoby zatrudnionej, jak również wydatki związane z ewentualnym zastępstwem. Dlatego rolą odpowiedzialnego pracodawcy jest dbanie o prawidłowe środowisko pracy i bezpieczeństwo pracownika. Na rynku dostępne są rozwiązania zapewniające szeroki zakres ochrony, szczególnie w nieuregulowanym stanie prawnym.

W niepewnej sytuacji warto poszukiwać alternatyw, które będą pomocne w przypadku nieprzewidzianych zdarzeń. Dobrym i adekwatnym wyjściem jest ubezpieczenie grupowe. Jak wynika z naszego badania dla blisko 70 proc. pracowników  ważne jest, aby pracodawca zapewnił im taką polisę. Jednocześnie tylko 30 proc. przyznało, że firma, w której pracują, ją oferuje. W razie nieszczęśliwego wypadku, ciężkiej choroby czy pobytu w szpitalu gwarantuje ona praktyczną pomoc i wsparcie finansowe. Ubezpieczenie zapewnia obu stronom poczucie bezpieczeństwa i kompleksowe zabezpieczenie – mówi Anna Kwiatkowska, menadżer ds. produktów grupowych i oferty benefitowej w Nationale-Nederlanden.
źródło: NN