Medicalpress
Choć uwaga opinii publicznej i decydentów koncentruje się głównie na wydatkach Narodowego Funduszu Zdrowia, najnowsze analizy pokazują, że stanowią one jedynie niewielką część rzeczywistych kosztów chorób. Z raportów EconMed Europe wynika, że rak piersi oraz choroby siatkówki, takie jak AMD i DME, kosztowały polską gospodarkę w 2024 roku blisko 27,5 mld zł. Największe obciążenie stanowiły koszty pośrednie związane m.in. z utratą produktywności, absencjami w pracy, koniecznością sprawowania opieki nad chorymi oraz wydatkami ponoszonymi bezpośrednio przez pacjentów i ich rodziny.
Blisko 27,5 mld zł – tyle w 2024 roku kosztowało polską gospodarkę leczenie raka piersi i chorób siatkówki (AMD i DME). Z raportów EconMed Europe wynika, że w przypadku pierwszego obszaru terapeutycznego tylko 20 proc. kosztów stanowiły wydatki z NFZ, a w drugim – zaledwie 8 proc., chociaż to właśnie na tych kosztach bezpośrednich ponoszonych przez fundusz koncentruje się uwaga. Eksperci wskazują na znaczące wydatki ponoszone przez pacjentów, ale też wiele ukrytych, pośrednich kosztów tych chorób wynikających m.in. z absencji chorobowej pacjentów i ich bliskich, obniżonej produktywności czy utraty samodzielności.

– Obecne wskaźniki, jeżeli mówimy o kosztach technologii medycznej i chorób, niestety nie odzwierciedlają w pełni rzeczywistości. Patrzymy głównie na koszty bezpośrednie, na to, ile wydaje płatnik, czyli Narodowy Fundusz Zdrowia, co oczywiście jest rozsądne. Ale nie patrzymy na cały szereg innych kosztów pośrednich, związanych z utraconą produktywnością z powodu chorób. Nie patrzymy na to, ile wydają pacjenci z własnej kieszeni, ile my jako gospodarka tracimy na chorobach, a ile moglibyśmy zyskać, gdybyśmy skutecznie i efektywnie je leczyli – mówi agencji Newseria dr Michał Seweryn, wiceprezes EconMed Europe.

EconMed Europe opracowało dwa raporty, w których policzyło koszty społeczne raka piersi oraz chorób siatkówki (zwyrodnienia plamki związanego z wiekiem i cukrzycowego obrzęku plamki, czyli AMD i DME). Oba są dostępne na stronie Fundacji Zdrowia Publicznego: fzp.com.pl/raporty. Jak pokazuje raport „Systemowa analiza opieki onkologicznej nad pacjentami z rakiem piersi w Polsce”, w 2024 roku leczeniem z powodu raka piersi objętych było ponad 231 tys. Polek. Całkowite koszty tej choroby oszacowano na 18 mld zł, z czego koszty bezpośrednie po stronie NFZ wyniosły 3,58 mld zł (20 proc.), a po stronie pacjentek – 1,38 mld zł (7 proc.).

Z kolei raport „Systemowa analiza leczenia pacjentów z chorobami siatkówki – AMD i DME w Polsce” wskazuje, że liczba pacjentów w 2024 roku wyniosła nieco ponad 339 tys. Koszty leczenia całej populacji to ponad 9,4 mld zł. Całkowite koszty bezpośrednie ponoszone przez pacjentów, na które składały się prywatne wydatki medyczne i te związane z wizytami w ośrodku, wyniosły ponad 750 mln zł (8 proc.). Podobna była wysokość wydatków po stronie NFZ, w tym m.in. na program lekowy i leczenie szpitalne – 767 mln zł (8 proc.).

 Najbardziej zaskakujące jest to, że pomimo faktu, iż w takich chorobach wydajemy mnóstwo pieniędzy na leczenie, bardzo drogie leki, to okazuje się, że te wydatki płatnika stanowią zaledwie niewielką część kosztów, które ponosimy jako społeczeństwo – podkreśla dr Michał Seweryn. – W przypadku raka piersi 73 proc. kosztów to są właśnie koszty pośrednie, czyli niezwiązane z wydatkami płatnika. W przypadku chorób siatkówki, takich jak AMD i DME, koszty pośrednie wynosiły prawie 85 proc.

– Koncentrujemy się wyłącznie na kosztach, które ponosi Narodowy Fundusz Zdrowia. Nawet nie bierzemy pod uwagę kosztów ZUS-u, który też z pieniędzy publicznych opłaca absencje chorobowe czy renty, które są wskutek nieefektywnego działania na poziomie profilaktyki czy medycyny naprawczej – mówi dr Jakub Gierczyński, członek Prezydium Rady Ekspertów przy Rzeczniku Praw Pacjenta.

W kosztach pośrednich autorzy raportów uwzględnili te związane z krótko- i długotrwałą nieobecnością na rynku pracy, mniejszą produktywnością w miejscu pracy, kosztami pracy nieodpłatnej czy opieki nieformalnej. W przypadku AMD i DME wyniosły one w sumie 7,9 mld zł, a w przypadku raka piersi – 13,3 mld zł.

 W perspektywie kosztów społecznych patrzymy właśnie na to, ile tracimy z powodu tego, że chorzy nie pracują, ponieważ są nieobecni, muszą zrezygnować z pracy. Patrzymy na to, czy opiekunowie nie ponoszą dodatkowych kosztów, nie muszą się zwalniać z pracy lub ograniczać swoich etatów, czy chorzy nie tracą pieniędzy w związku z dodatkowymi wydatkami, które generuje ta choroba – wymienia dr Michał Seweryn.

Spośród aktywnych zawodowo pacjentek z rakiem piersi 66 proc. zrezygnowało z pracy z powodu choroby, a pracujące chore korzystały ze zwolnień lekarskich średnio 31 dni rocznie, a ich średnia produktywność spadła do 58 proc. Około 50 proc. pacjentek przeznaczało część swojego urlopu wypoczynkowego na leczenie, a 13 proc. musiało poświęcić na ten cel ponad 19 dni w roku. W przypadku AMD i DME, gdzie szczyt zachorowań przypada na 60.–75. rok życia, co trzeci pracujący pacjent zredukował wymiar pracy średnio o 13 godz. tygodniowo. 37 proc. pacjentów wskazało częste wizyty w ośrodku jako napotkaną trudność.

– Każda złotówka, którą wydaje NFZ na leczenie, to jest 3 zł, które wydają chorzy i ich rodziny. Patrzymy na chorobę i jej leczenie nie tylko przez pryzmat tego, ile wydajemy, ale bardziej jak na inwestycję. Dzięki temu, że lepiej i skuteczniej leczymy choroby, unikamy bardzo dużych kosztów – podkreśla wiceprezes EconMed Europe.

 Niestety Polaków trzeba cały czas przekonywać do tego, że inwestowanie w zdrowie i finanse osobiste to jest inwestycja z wysoką stopą zwrotu. Pojawiło się takie pojęcie jak finansowe zdrowie i myślę, że to bardzo ładnie odpowiada na to pytanie, czy zająć się zdrowiem, czy finansami. Zajmijmy się jednym i drugim – mówi Dominika Nawrocka, ekspertka ds. finansów osobistych, założycielka serwisu Kobieta i Pieniądze.

Jak wynika z danych McKinsey & Company z 2020 roku, każdy dolar zainwestowany w ochronę zdrowia przynosi oczekiwany zwrot gospodarczy w wysokości 24 dol.

– Gdy myślimy o następnych pokoleniach, warunkiem koniecznym jest patrzenie na inwestycje w innowacje w zdrowiu z perspektywy wartości społecznej. Przypomnę, że w 1950 roku oczekiwana długość życia kobiety wynosiła 62 lata, a mężczyzny – 56 lat. W 2025 roku jest to odpowiednio 82 i 76 lat – tłumaczy dr Jakub Gierczyński. – To jest sukces między innymi medycyny i zmiany stylu życia, więc musimy utrzymać dostęp do medycyny na najwyższym europejskim poziomie, żeby polskie społeczeństwo miało szansę uniknąć nadmiarowych zgonów i żyć z chorobą przewlekłą w sposób możliwie zbliżony do normalnego życia.

Jak podkreśla, kluczowe są nie tylko innowacje w medycynie, ale też większy nacisk na profilaktykę.

– W Polsce rodzi się 240 tys. dzieci rocznie przy zgonach na poziomie 400 tys., czyli 160 tys. osób więcej umiera, niż się rodzi. To znaczy, że zmierzamy nieuchronnie w kierunku depopulacji, czyli zmniejszenia się liczby Polaków w Polsce. Jeżeli nie poprawimy stanu zdrowia dzieci i młodzieży, osób w wieku produkcyjnym i osób senioralnych, to po prostu będzie dalej postępować. Wskaźnik zgonów możliwych do uniknięcia dzięki leczeniu i profilaktyce, jeżeli dotarlibyśmy do średniej unijnej, wynosi 36 tys. – wskazuje członek Prezydium Rady Ekspertów przy Rzeczniku Praw Pacjenta. 

Źródło: Newseria

Rynek pracy w Polsce zmierza w stronę jednego z największych wyzwań ostatnich lat. Deficyty kadrowe obejmują już niemal wszystkie regiony, a prognozy na 2026 rok pokazują, że braki pracowników dotkną kluczowe obszary gospodarki – od energetyki i budownictwa, przez transport i edukację, aż po ochronę zdrowia. Jak wynika z Barometru zawodów 2026 i najnowszego badania Grupy Progres, problem staje się tak poważny, że większość firm funkcjonuje dziś przy zbyt małych zespołach, a 69 proc. przedsiębiorstw otwarcie przyznaje, że nie jest w stanie obsadzić wakatów. W praktyce oznacza to wolniejsze działanie firm, dłuższe kolejki do usług, ograniczoną dostępność specjalistów i narastającą presję na pracodawców. Czy Polska jest gotowa na gospodarkę działającą przy chronicznym niedoborze pracowników?
Jak pokazuje badanie ankietowe pracodawców przeprowadzone przez Grupę Progres, siedem na dziesięć firm w Polsce zmaga się dziś z niedoborem pracowników, co oznacza, że większość przedsiębiorstw działa przy zbyt małej liczbie osób w stosunku do rosnącej skali realizowanych zadań. W 2026 r. niedobór pracowników szczególnie mocno dotknie kluczowe sektory gospodarki, takie jak energetyka, budownictwo, TSL, usługi medyczne, edukacja, finanse czy administracja.

Luka kadrowa będzie się pogłębiać, a wiele branż w 2026 roku stanie przed największym wyzwaniem rekrutacyjnym od lat. Obecnie wiele firm działa na pełnych obrotach, a rosnąca liczba obowiązków przy zbyt małej liczbie pracowników sprawia, że coraz trudniej im utrzymać tempo. Co więcej, sytuacja nie omija żadnego zakątka Polski – dziś w większości powiatów obserwujemy wyraźne deficyty kadrowe, które wpływają na funkcjonowanie lokalnych rynków pracy. Jeśli ten trend się utrzyma, spowolnienie pracy przedsiębiorstw odczują nie tylko pracodawcy i pracownicy, ale także klienci – poprzez dłuższy czas realizacji usług, mniejszą dostępność specjalistów czy ograniczoną ofertę. To szczególnie niepokojące, bo wiele z tych branż na co dzień dostarcza usługi i produkty niezbędne w życiu codziennym – podkreśla Joanna Dargiewicz, dyrektorka regionu w Grupie Progres.

Przestój na budowie, w elektrowni i na drogach

Braki kadrowe prognozowane są m.in. w energetyce i budownictwie, gdzie niedobór elektryków i energetyków obejmie 258 z 380 powiatów. Firmy poszukujące spawaczy napotkają trudności w 274 powiatach, w których liczba ofert znacznie przewyższy liczbę dostępnych specjalistów. Monterów instalacji budowlanych zabraknie w 196 powiatach, a operatorów sprzętu ciężkiego w 252 powiatach.
Kryzys kadrowy dotknie też kolejny sektor – transport. W znacznej większości polskich powiatów – 326 – będzie zbyt mało kandydatów do pracy kierowcy samochodów ciężarowych i ciągników siodłowych. Kierowców autobusów zabraknie w 232 powiatach.
Transport, budownictwo czy energetyka to szczególnie trudne obszary rekrutacyjne, bo mówimy o zawodach wymagających uprawnień, dużej odpowiedzialności i gotowości do pracy w trudnych warunkach. Tymczasem liczba osób zdobywających kwalifikacje w tych profesjach spada. Widzimy też rosnącą lukę pokoleniową – młodzi kandydaci rzadko wybierają te ścieżki zawodowe, podczas gdy doświadczeni specjaliści odchodzą na emerytury – zaznacza Joanna Dargiewicz, dyrektorka regionu w Grupie Progres.

Pusto nie tylko w szkołach i szpitalach

Deficyt lekarzy wystąpi w 323 powiatach, a pielęgniarek i położnych w 287 powiatach. Niełatwo będzie też znaleźć opiekunów osób starszych i osób z niepełnosprawnością – w 202 powiatach wystąpią znaczne niedobory chętnych na te stanowiska. Deficyt psychologów i psychoterapeutów odczują mieszkańcy 309 powiatów.
Sprawdzian rekrutacyjny czeka też edukację. W 256 powiatach odczuwalny będzie niedobór nauczycieli praktycznej nauki zawodu. Nauczyciele przedmiotów zawodowych będą poszukiwani w 252 powiatach. W szkołach specjalnych i oddziałach integracyjnych braki dotkną 243 powiaty. Obejmą one też nauczycieli języków obcych i przedmiotów ogólnokształcących – liczba powiatów, w których prognozowane są deficyty wyniesie 196.
Problem z pracownikami nie ominie też logistyki, księgowości oraz sektora bezpieczeństwa i służb mundurowych. Magazynierów będzie brakować w 190 powiatach, samodzielnych księgowych w 225 powiatach, a w 230 powiatach prognozowany jest niedobór pracowników służb mundurowych.

Dlaczego brakuje pracowników?

Jedną z głównych przyczyn deficytów kadrowych jest niewystarczająca liczba kandydatów, którzy aplikują na oferowane stanowiska. Wielu z tych, którzy biorą udział w procesach rekrutacyjnych, nie spełnia oczekiwań firm. Brakuje im odpowiednich kompetencji, uprawnień, doświadczenia lub kwalifikacji, co szczególnie dotyczy zawodów technicznych, specjalistycznych i regulowanych.
Rosną też oczekiwania samych kandydatów. Osoby poszukujące zatrudnienia coraz częściej odrzucają propozycje pracy ze względu na warunki zatrudnienia – nie chcą pracować w systemie zmianowym, unikają zawodów wymagających dużego wysiłku fizycznego i oczekują wyższego standardu organizacji pracy oraz wynagrodzeń. W efekcie nawet tam, gdzie kandydaci się pojawiają, trudno o dopasowanie ich potrzeb do możliwości przedsiębiorstw.
Jak wynika z badania Grupy Progres aż 73 proc. firm pytanych o największe problemy rekrutacyjne wskazuje na niewystarczającą liczbę kandydatów, co bezpośrednio utrudnia obsadzanie wakatów. 68 proc. przedsiębiorców podkreśla problem ich niedostatecznych kompetencji – brak odpowiednich umiejętności, uprawnień czy kwalifikacji. Natomiast 65 proc. pracodawców mówi o zbyt wysokich oczekiwaniach osób aplikujących, które często nie idą w parze z realiami rynku, zwłaszcza w branżach pracujących w systemie zmianowym lub wymagających dużej dyspozycyjności.
Jednocześnie widzimy coraz większą konkurencję o pracownika między branżami. Sektory, które jeszcze niedawno nie musiały zabiegać o kandydatów, dziś podnoszą wynagrodzenia, wprowadzają premie lub skracają procesy adaptacyjne. To napędza presję płacową i powoduje kolejne przetasowania, na które wiele firm – zwłaszcza z sektorów publicznych – nie jest przygotowanych – podsumowuje Joanna Dargiewicz, dyrektorka regionu w Grupie Progres.

Ponad 36 proc. Polaków nie podejmuje żadnej formy ruchu – nawet krótkiego spaceru czy jazdy na rowerze. Jak wynika z raportu Instytutu Badań Strukturalnych opracowanego na zlecenie Benefit Systems, brak aktywności fizycznej ma poważne konsekwencje nie tylko dla zdrowia społeczeństwa, ale także dla gospodarki i systemu ochrony zdrowia. Eksperci alarmują, że gdyby co druga nieaktywna osoba zaczęła ćwiczyć, liczba zgonów w Polsce spadłaby o niemal 14 proc., a oszczędności z tytułu mniejszej absencji chorobowej sięgnęłyby blisko 2 mld zł rocznie.

Co trzeci Polak nie podejmuje żadnej formy ruchu, w tym spacerów czy jazdy na rowerze – wynika z raportu Instytutu Badań Strukturalnych przygotowanego na zlecenie Benefit Systems. Ma to przełożenie nie tylko na ich zdrowie, ale i funkcjonowanie systemu ochrony zdrowia, ubezpieczeń społecznych oraz całej gospodarki. Gdyby co druga nieaktywna fizycznie osoba zaczęła ćwiczyć, liczba zgonów zmniejszyłaby się o 13,7 proc., a oszczędności wynikające z ograniczenia absencji chorobowych wyniosłyby 1,9 mld zł. Eksperci wskazują na potrzebę aktywizacji osób dorosłych w wieku produkcyjnym, ale również dzieci i młodzieży.

– Blisko siedmiu na 10 dorosłych Polaków rusza się zbyt mało, by osiągnąć korzyści zdrowotne wynikające z aktywności fizycznej. Naszym zadaniem – jako rządu, samorządu, nauczycieli, pracodawców, a także rodziców i po prostu świadomych obywateli – jest stworzyć warunki i kulturę, w której ruch stanie się naturalnym wyborem dla każdego. Inwestycja w aktywność fizyczną to inwestycja w zdrowie narodu i przyszłość nas wszystkich – podkreślił w trakcie EFNI Piotr Borys, sekretarz stanu w Ministerstwie Sportu i Turystyki.

Dane przytaczane w raporcie IBS „Korzyści z aktywności fizycznej Polek i Polaków. Ocena wpływu na zdrowie, gospodarkę i rynek pracy” wskazują, że niedostateczna aktywność fizyczna generuje znaczące koszty dla systemów opieki zdrowotnej. W 2013 roku było to 67,5 mld dol. w wydatkach na leczenie i stratach produktywności. W Polsce koszty te stanowiły około 0,46 proc. całkowitych wydatków na opiekę zdrowotną. Dla tegorocznego budżetu NFZ (ponad 183 mld zł) to ok. 842 mln zł. Do tego dochodzą także wydatki po stronie ubezpieczeń społecznych.

 Świadczenia związane z chorobami cywilizacyjnymi to są przede wszystkim świadczenia związane z niezdolnością do pracy. To są zwolnienia lekarskie, świadczenia rehabilitacyjne czy renty z tytułu niezdolności do pracy. W zeszłym roku te koszty wyniosły 57,5 mld zł i one stanowią 1,6 proc. PKB. Były niestety o 0,2 pp. wyższe w stosunku do poprzedniego roku – mówi agencji Newseria Elżbieta Dobrowolska, dyrektorka Departamentu Prewencji i Rehabilitacji w Zakładzie Ubezpieczeń Społecznych.

– Zdrowy pracownik to ten, który korzysta ze sportu. Aby korzystać ze sportu, potrzebne są również zachęty i tu jest ogromna rola pracodawców – wskazuje Piotr Borys.

MultiSport Index 2025 wskazuje, że 36 proc. Polaków w ciągu ostatniego miesiąca nie podjęło żadnej formy ruchu, nawet spaceru czy jazdy na rowerze. Co istotne, odsetek ten od kilku lat utrzymuje się na podobnym poziomie. Z analizy Benefit Systems wynika, że liczba osób, które spełniają normę WHO dotyczącą aktywności fizycznej, w 2024 roku wyniosła ogółem ponad 9,86 mln. Największą grupę stanowiły osoby z pokolenia Z (urodzeni między 1995 a 2012 rokiem – 4,42 mln, a najmniejszą z pokolenia baby boomers (1946–1964) – 388,5 tys. osób.

Symulacja Instytutu Badań Strukturalnych pokazuje, że gdyby co drugi niećwiczący Polak zaczął spełniać kryteria średniego poziomu aktywności fizycznej, odsetek osób korzystających z zasiłków chorobowych zmalałby z 23,14 proc. do 21,44 proc. (z 7,6 mln do 7 mln osób). Ponadto średni koszt nieobecności w pracy spadłby z 756 zł do 698 zł, a łączna kwota zmniejszyłaby się z 24,8 mld zł do 22,9 mld zł.

 Moglibyśmy ograniczyć liczbę zgonów o 13,7 proc., to jest populacja wielkości Tczewa lub Świdnicy. O milion spadłaby liczba zachorowań na choroby układu krążenia. W grupie chorób metabolicznych częstość występowania obniżyłaby się o 304,8 tys. osób. Poprawiłyby się także wskaźniki masy ciała, zarówno wśród osób z otyłością, jak i z nadwagą, łącznie o 577,2 tys. osób. Lista benefitów jest bardzo długa. Sama ochrona zdrowia zyskałaby 359 mln zł rocznie na takiej aktywności – podkreśla Rafał Światłowski, chief growth officer w Benefit Systems Oddział Fitness.

– Jeden dolar zainwestowany w profilaktykę zwraca się siedmiokrotnie, jeden dolar zainwestowany w szczepienia zwraca się szesnastokrotnie, a jeden dolar zainwestowany w leczenie chorób układu krążenia, chociażby nadciśnienia, zwraca się osiemnastokrotnie. To już pokazuje, jak ważne jest to z punktu widzenia nie tylko dobrostanu obywatela i jego stanu zdrowia, ale także dla gospodarki – mówi Marek Augustyn, zastępca prezesa Narodowego Funduszu Zdrowia.  

Raport MultiSport Index 2025 wskazuje, że aktywni Polacy sami widzą płynące ze sportu korzyści. 93 proc. z nich dostrzega pozytywny wpływ ruchu na zdrowie psychofizyczne, a 77 proc. przyznaje, że ma on przełożenie na wykonywanie obowiązków zawodowych. 

– Jesteśmy na rynku od ponad 20 lat jako usługodawca w branży fitness oraz operator kart sportowych. Widzimy, że pracodawcy robią bardzo dużo w tym zakresie. Zdają sobie sprawę, że aktywny pracownik mniej choruje, rzadziej jest nieobecny w pracy, jest bardziej efektywny, bardziej zmotywowany, co bezpośrednio przekłada się na wyniki firm i generalnie na gospodarkę – uważa Rafał Światłowski.

Dane Benefit Systems wskazują, że karta sportowa jest bardzo ważnym atrybutem pracodawcy dla 42 proc. aktywnych zawodowo Polaków. 84 proc. jej posiadaczy podejmuje aktywność raz w tygodniu, a wskaźnik ten dla ogółu ćwiczących wynosi 48 proc.

 Aby odciążyć pracodawców w tej samotnej walce, debatę na temat aktywności ruchu Polaków musimy wynieść na poziom ministerialny, samorządowy i całego społeczeństwa. Tu jest potrzebne interdyscyplinarne, holistyczne podejście do tematu – mówi chief growth officer w Benefit Systems Oddział Fitness. – Możemy czerpać również z przykładów zagranicznych, np. ze Szwecji, gdzie recepta na ruch jest sponsorowana przez państwo. Lekarz może przepisać pacjentowi pójście na spacer czy na siłownię. W ciągu pierwszych pięciu lat działania tej recepty w Szwecji z 11 wskaźników zdrowia dziewięć się poprawiło, widać więc, że to przynosi bardzo duże pozytywne efekty.

– Mamy mało czasu, dlatego że każdy dzień czy miesiąc niskiego poziomu aktywności fizycznej dzieci, młodzieży, dorosłych oznacza zwiększenie finansowania na zdrowie – mówi prof. Marcin Dornowski, prorektor ds. studenckich i kształcenia na Akademii Wychowania Fizycznego i Sportu w Gdańsku.

Dane z raportu Akademii Wychowania Fizycznego Józefa Piłsudskiego w Warszawie przygotowanego w ramach „WF z AWF. Aktywny dzisiaj dla zdrowia w przyszłości” za 2024 rok pokazują, że 94 proc. dzieci posiada niezadowalający poziom kompetencji ruchowych. W ubiegłorocznych badaniach prowadzonych w szkołach stwierdzono pogarszanie się wyników sprawnościowych dzieci i młodzieży. Zauważono m.in., że uczniowie osiągali gorsze wyniki w skoku w dal z miejsca o 10–12 proc. w porównaniu do ich rówieśników w 1999 roku. Również w beep teście, czyli biegu wahadłowym, chłopcy i dziewczynki systematycznie pogarszali swój wynik w stosunku do rówieśników z 1999 i 2009 roku, a wyniki dotyczące tzw. deski pokazują, że ta kompetencja ruchowa dramatycznie zanika u dziewczynek.  

– Dzisiaj aktywność ruchowa dzieci i młodzieży jest na skandalicznie niskim poziomie. Każde dziecko, żeby się rozwijać, potrzebuje jednej pełnej godziny aktywności fizycznej dziennie. Dlatego WF musi powrócić do szkoły, potrzeba większej liczby trenerów klubowych w zajęciach pozalekcyjnych, żeby dzieci kształtowały swoje nawyki od najmłodszych lat – podkreśla Piotr Borys, wiceminister sportu.

– Aspekt fizyczny jest niezwykle ważny od najmłodszych lat. To, co powinna dać edukacja młodemu człowiekowi, to świadomość, że ruch, aktywność fizyczna, zdrowe odżywianie zaprocentuje potem dobrym stanem zdrowia. Na to powinniśmy dzisiaj kłaść nacisk, bo młodego człowieka, który został nauczony, jak ważny jest element ruchu, kultury fizycznej dla jego zdrowia, nie trzeba będzie przekonywać do sportu – mówi Marek Augustyn.

O skutkach braku ruchu i konieczności aktywizowania zarówno dzieci i młodzieży, jak i dorosłych eksperci debatowali w trakcie panelu „Jakie są prawdziwe koszty bezruchu?” podczas Europejskiego Forum Nowych Idei, które odbyło się w ubiegłym tygodniu w Sopocie.

Źródło: Newseria

Polska znajduje się w czołówce krajów o najszybszym wzroście rozwoju choroby otyłościowej Badania sugerują, że wzrost ten trwa już od ponad dwudziestu lat1. Dane Głównego Urzędu Statystycznego wskazują, że nadwagę lub chorobę otyłościową stwierdzono u ponad połowy dorosłych mieszkańców Polski, czyli blisko 22 mln osób2. Według raportu Naczelnej Izby Kontroli z 2024 roku choroba otyłościowa dotyczyć może nawet 9 mln osób3. Więcej o wyzwaniach, jakie epidemia tej groźnej choroby stwarza w Polsce i na świecie można przeczytać w raporcie „Choroba otyłościowa – wyzwania społeczne, kliniczne i ekonomiczne” opublikowanym w październiku 2024 roku, nad którym patronat objęła Fundacja na Rzecz Leczenia Otyłości.
Otyłość została uznana za chorobę przez Światową Organizację Zdrowia (WHO) już ponad 50 lat temu. Obecnie jest to jeden z największych problemów zdrowotnych na świecie. Jest to choroba przewlekła, postępująca, nawracająca, ignorowana, wieloprzyczynowa i złożona (ICD-10: E66)4,5. Według Światowej Federacji Otyłości, nadwaga lub choroba otyłościowa w 2020 roku dotyczyła 38 proc. ludności, co stanowiło 2,6 miliarda osób. Blisko 1 miliard z nich to chorzy na otyłość. Szacunki wskazują, że do 2035 roku choroba będzie dotyczyć co drugiej dorosłej osoby na świecie6.

Stygmatyzacja – krzywdzący skutek choroby otyłościowej
Choroba otyłościowa wiąże się z ponad 200 groźnymi powikłaniami. To nie tylko schorzenia dotyczące zdrowia fizycznego. Z powodu napiętnowania chorych jako leniwych, którzy nie mają umiarkowania w jedzeniu i są niechętne aktywności fizycznej, pogarsza się także ich zdrowie psychiczne. Poniżające komentarze („spaślak”, „świnia” itp.), wymowne spojrzenia, odrzucenie przez towarzystwo, (tak częste również wśród dzieci i młodzieży), mogą znacznie obniżyć pewność siebie i samoocenę, a także wzbudzić poczucie winy wobec „doprowadzenia się do takiego stanu”.

Nie tylko społeczeństwo bywa uprzedzone do osób chorych na otyłość. Badania mówią o ponad ¾ chorych, którzy czują się dyskryminowani w gabinecie lekarskim7. „Proszę mniej jeść”, „coś Ty taki gruby, pobiegaj trochę” to częsta „diagnoza” jaką słyszą chorzy. Brak sprzętu medycznego, który pozwoliłby na zbadanie chorego, od krzesła po tomograf komputerowy, to kolejny problem, z którym mierzą się chorzy. Wstyd, zniechęcenie, by udać się do lekarza opóźnia diagnozę i leczenie z powodu choroby otyłościowej. Pogłębia to problem i prowadzi chorego w kierunku poważnych powikłań. Do lekarza trafiają dopiero, gdy ich stan zdrowia związany ze skutkami choroby pogorszy się.

Mimo rosnącej z roku na rok świadomości, że otyłość to choroba, wciąż ponad 80 proc. chorych, uważa że jest to wyłącznie ich prywatna sprawa8,9. Jednocześnie ponad 92 proc. chorych na otyłość postrzega dyskryminację jako powszechne zjawisko w Polsce10.

Jak wygląda leczenie choroby otyłościowej?
Choroba otyłościowa nie wynika wyłącznie, wbrew powszechnej opinii, ze spożywania niezdrowych przekąsek, gotowych dań czy słodzonych napojów. Nie jest to zaniedbanie, lenistwo czy „słabość” do słodyczy i fast foodów. Jej powodem mogą być zaburzenia hormonalne, psychologiczne, związane z zachowaniem, środowiskowe czy socjokulturowe11. Choroba charakteryzuje się nadmiernym lub nieprawidłowym nagromadzeniem tkanki tłuszczowej w organizmie, gdy spożycie kalorii jest wyższe niż ich spalanie. Chorobę otyłościową i jej stopień nasilenia najczęściej opiera się na ocenie wskaźnika BMI. Ten powszechnie znany parametr można wyliczyć samodzielnie. To iloraz masy ciała (kg) i wzrostu (m) podniesiony do kwadratu12. Jednak samo określenie BMI nie wystarczy – wymaga konsultacji z lekarzem, który przy uwzględnieniu indywidualnych cech pacjenta będzie w stanie postawić diagnozę, a co za tym idzie – określić metodę leczenia.

Ze względu na bardzo wysoką liczbę powikłań zdrowotnych (ponad 200), do jakich może doprowadzić choroba otyłościowa kluczowym jest, by zapobiec ich rozwojowi. Konsekwencje choroby to m.in.: choroby układu sercowo-naczyniowego, cukrzyca typu 2, choroby układu oddechowego, schorzenia układu szkieletowo-mięśniowego, nowotwory oraz zaburzenia psychiczne (zaburzenia snu, odżywiania, depresja, stany lękowe) i społeczne13. Bardzo istotnym powikłaniem jest ewidentne skrócenie długości życia średnio o 4 lata14.
Leczenie choroby otyłościowej opiera się na dwóch filarach – klinicznym i terapeutycznym. Cel kliniczny to procentowa redukcja masy ciała w stosunku do wagi początkowej pacjenta. Natomiast celem terapeutycznym jest osiągnięcie oczekiwanej poprawy stanu zdrowia, w tym zapobieganie lub zmniejszenie ryzyka wystąpienia powikłań związanych z chorobą otyłościową15.
Dostępne opcje leczenia to metody niewymagające wdrożenia leków (zmiana stylu życia), farmakoterapia oraz zabiegi bariatryczne (czyli leczenie chirurgiczne). Lekarz wybiera sposób leczenia, m.in. na podstawie ryzyka wystąpienia powikłań oraz określonego celu terapeutycznego 16,17.
– Każdy pacjent, z którym pracujemy w Fundacji, to inna historia i inne wyzwania. Łączy ich jednak więcej niż dzieli. Skutki choroby to nie tylko liczne komplikacje zdrowotne. To również wykluczenie i stygmatyzacja. Nie każdy jest w stanie sobie z tym poradzić, a takie zachowanie ze strony społeczeństwa bardzo wpływa na odwagę, by zwrócić się o pomoc do specjalisty. Otyłość to choroba przewlekła, która wymaga kompleksowego leczenia – to bardzo ważne, by ta kwestia mocno wybrzmiała w dyskusji publicznej. W Fundacji na rzecz Leczenia Otyłości staramy się budować świadomość, że nikt nie musi sam zmagać się chorobą. Naszym podopiecznym oferujemy nie tylko informacje zgodne z aktualną wiedzą medyczną, ale także edukację i motywację do zawalczenie o swoje zdrowie i życie. Skuteczna, indywidualnie dopasowana terapia, opieka specjalisty i wsparcie bliskich w procesie leczenia to klucz do zmiany jakości życia – mówi Katarzyna Głowińska, prezes zarządu Fundacji na Rzecz Leczenia Otyłości.

Wczesne rozpoznanie choroby otyłościowej i rozpoczęcie terapii już na poziomie podstawowej opieki zdrowotnej oznacza szybsze ograniczenie rozwoju konsekwencji choroby i powstrzymanie eskalacji problemu.

Choroba otyłościowa – czy ma wpływ na gospodarkę?
Choroba otyłościowa ma również wpływ na finanse państwa. Koszty bezpośrednie związane z leczeniem choroby oraz jej powikłań wynikają ze zwiększonych nakładów na opiekę medyczną. Mogą być one nawet o 44 proc. wyższe niż nad osobami o prawidłowej masie ciała18. W 2019 roku koszty pośrednie związane z nadwagą i chorobą otyłościową dotyczyły nieobecności w pracy, utratę produktywności pracowników i przedwczesnych zgonów19. To właśnie one odpowiadają za najwyższe koszty państwa. W 2019 roku w Polsce z powodu choroby otyłościowej odnotowano ich 57,5 tys. – choroba otyłościowa stała się ich czwartą przyczyną20,21. Z powodu choroby otyłościowej za niecałe 15 lat przewidywany czas życia przeciętnego Polaka skróci się niemal o 4 lata22. Każdy zainwestowany dolar w zapobieganie chorobie otyłościowej pozwoli na uzyskanie korzyści ekonomicznych i odzyskanie średnio 5,6 dolara każdego roku w ciągu następnych 30 lat23.
 
Lekarstwo przeciw chorobie otyłościowej
Obecne wyzwania związane z przeciwdziałaniem i leczeniem choroby otyłościowej obejmują brak kompleksowych programów profilaktycznych oraz wielodyscyplinarnego podejścia do leczenia. Wielu pacjentów zmaga się z trudnościami w zmianie stylu życia oraz napotyka na nierówny dostęp do leczenia. Problemy te wynikają z wysokich kosztów leczenia spowodowanych brakiem finansowania ze środków publicznych farmakoterapii, porad dietetycznych, konsultacji psychologicznych oraz fizjoterapii24,25,26.

Przeciwdziałanie rozwojowi choroby otyłościowej w Polsce wymaga opracowania skutecznej strategii, która pozwoli na powtrzymanie skutków zdrowotnych i ekonomicznych choroby. Ustanowienie pewnych standardów zarządzania chorobą otyłościową możliwe jest dzięki pilotażowemu programowi kompleksowej opieki KOS-BAR nad pacjentem z chorobą otyłościową olbrzymią (BMI 40+), który dotyczy chirurgicznego leczenia choroby. Pacjent jest pod stałą opieką specjalistów z różnych dziedzin w jednej placówce opieki medycznej27.

Aktualne dane dotyczące stylu życia Polaków są zatrważające. W ciągu 9. lat (2008-2017) wzrost spożywanego przez nas przetworzonego cukru (dosładzane produkty, słodycze) to niemal 12 kg28. Przekłada się to na niecały kilogram wzrostu masy ciała w przypadku wypijania jednej porcji napoju słodzonego codziennie przez rok29. Z kolei żadnej aktywności sportowej, (według danych z 2018 r.) nie uprawiało ok. 40 proc. Polaków30.

Zakrojone na szeroką skalę działania edukacyjne oraz stworzenie kompleksowego modelu opieki specjalistycznej31 przy zaangażowanie lekarzy różnych specjalizacji, fizjoterapeutów, psychologów, decydentów oraz społeczeństwa może przyczynić się do powstrzymania epidemii, jaką jest choroba otyłościowa. Dlatego tak ważne jest nieustanne edukowanie społeczeństwa, że to poważna choroba, z której pacjent nie wyleczy się sam, a nie kwestia estetyki.

źródło: FLO

Jak chcemy wykorzystać przewodnictwo w Radzie UE, żeby kształtować agendę zdrowotną, gospodarczą i konkurencyjną dla zwiększenia bezpieczeństwa Polaków i Europejczyków? W dniu 31.07.2024 r. w siedzibie Pracodawców RP w Warszawie odbył się okrągły stół – czyli debata z udziałem Katarzyny Kacperczyk, Podsekretarz Stanu w Ministerstwie Zdrowia, a także przedstawicieli Ministerstwa Rozwoju i Technologii: Marii Szymańskiej, Piotra Zabadały i Piotra Kulika. Wystąpienia eksperckie wygłosili również: prof. dr hab. Artur Nowak-Far, Marek Kustosz, dr hab. n. med. i n. o zdr. Dominik Olejniczak, dr Tomasz Rowiński, Waldemar Dubaniowski i Kamil Sobolewski. Debatę prowadził ekspert Pracodawców RP – Juliusz Krzyżanowski.

Członkowie Pracodawców RP mieli okazję podzielić się swoimi doświadczeniami oraz zadać pytania dotyczące przede wszystkim konkurencyjności i bezpieczeństwa Polski. Debata pozwoliła nakreślić szeroki kontekst polskiej prezydencji w Radzie UE, wskazując na problemy oraz wyzwania, z którymi będziemy się mierzyć.
 
Informacje o stanie przygotowań Ministerstwa Zdrowia do polskiej prezydencji przedstawiła Katarzyna Kacperczyk – Podsekretarz Stanu w Ministerstwie Zdrowia. Wskazała i szerzej omówiła trzy priorytety: zdrowie psychiczne, profilaktyka i cyfryzacja. 
 
Ze strony Ministerstwa Rozwoju i Technologii status przygotowań do prezydencji Polski w Radzie UE omówili: Maria Szymańska – Zastępca Dyrektora Departamentu Spraw Europejskich, Piotr Zabadała – Zastępca Dyrektora Departamentu Innowacji i Polityki Przemysłowej oraz Piotr KulikDepartament Handlu i Współpracy Międzynarodowej. Prezentacja skupiała się na dwóch priorytetach resortu: naprawa fundamentów rynku wewnętrznego oraz wzmocnienie konkurencyjności europejskiego przemysłu.
 
Polityczne szanse dla Polski związane z prezydencją w Radzie Unii Europejskiej przedstawił prof. dr hab. Artur Nowak-Far – Doradca Prezesa Zarządu Pracodawców RP, Szkoła Główna Handlowa – Katedra Integracji i Prawa Europejskiego.
 
Na temat zdrowia jako filaru bezpieczeństwa narodowego w swoim wystąpieniu „Nie ma bezpieczeństwa bez zdrowia” opowiadał Marek Kustosz – Prezes Fundacji „To się leczy”.
 
O profilaktyce i wczesnej diagnostyce jako podstawie zdrowej Europy mówił dr hab. n. med. i n. o zdr. Dominik Olejniczak – specjalista zdrowia publicznego, specjalista promocji zdrowia i edukacji zdrowotnej, Warszawski Uniwersytet Medyczny, Zakład Zdrowia Publicznego, Członek Komitetu Zdrowia Publicznego PAN w kadencji 2020-2023 r.
 
Podjęto również temat zdrowia psychicznego będącego wartością dla Polski i UE, o czym wspominał dr Tomasz Rowiński – psycholog, Szkoła Główna Handlowa, ThinkTank#dla ochrony zdrowia, współautor modelu środowiskowego centrum zdrowia psychicznego dla dzieci.
 
Kamil Sobolewski, Główny Ekonomista Pracodawców RP, podkreślał znaczenie czynników społeczno-ekonomicznych w wystąpieniu zatytułowanym „Zdrowie a demografia i konkurencyjność”.
 
O znaczeniu sztucznej inteligencji w budowaniu konkurencyjności Unii Europejskiej mówił Waldemar Dubaniowski – Doradca Prezesa Zarządu Pracodawców RP – w przemówieniu „Unia Europejska w wyścigu technologicznym z USA i Chinami. Dystans do nadrobienia”.
 
Debata zakończyła się pytaniami od członków Pracodawców RP, którzy zgłosili propozycje tematów, a także problemów w kontekście polskiej prezydencji w obszarach zdrowia, konkurencyjności i bezpieczeństwa. Ze strony przedstawicieli obu ministerstw padła deklaracja współpracy z Pracodawcami RP przy tworzeniu agendy polskiej prezydencji. 
 
 
 
źródło: Pracodawcy RP
Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP) wskazuje, że wydatki na ochronę zdrowia mogą realnie spaść poniżej 5% w 2022 roku – pomimo, iż w matematycznych wyliczeniach wyniosą więcej niż 6%. Wynika to z nominalnego wzrostu w wyniku inflacji – wydajemy więcej pieniędzy, co matematycznie daje wyższy wskaźnik. Niestety, realnie za te wyższe kwoty nabywamy mniej. Podobnie będzie z wydatkami na ochronę zdrowia. Nominalnie będą one wyższe, ale realnie pozwolą na sfinansowanie znacznie mniejszej ilości zakupów i usług. Wyższa inflacja co do zasady ułatwia realizację ustawy obligującej do zwiększania nakładów na zdrowie (7 procent PKB), bez rzeczywistego wzrostu wydatków w stosunku do PKB w roku bieżącym.
Dynamicznie zmieniająca się sytuacja polskiej gospodarki oraz jej otoczenia ma ogromny wpływ na perspektywy finansowania sektora ochrony zdrowia. Aby osiągnąć poziom wydatków 7 procent PKB przy regule „t-2” wystarczy realnie wydawać na zdrowie jedynie 5,6 procent PKB. Zgodnie z tą regułą porównujemy bowiem wydatki na zdrowie w roku bieżącym, np. 2022, z poziomem PKB sprzed dwóch lat, czyli 2020 r. Jednak spełnianie założeń ustawy przy jednoczesnym braku realnego zwiększenia środków na zdrowie, to jedynie „wzrost na papierze” – mówi Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich.

Obraz finansowania ochrony zdrowia w 2022 r. i kolejnych latach prezentuje się gorzej niż wynikało to z danych z poprzedniego kwartalnika. Jeśli nie zostaną zapowiedziane dodatkowe wydatki z NFZ lub budżetu państwa, realne nakłady na zdrowie w bieżącym roku spadną poniżej 5 proc. PKB, a więc do najniższego poziomu od 2019 r. Mamy do czynienia z paradoksalną sytuacją, w której poprawia się poziom finansowania ochrony zdrowia zgodnie z kryterium ustawowym (7 procent PKB na zdrowie), ale w świetle obiektywnych wskaźników stosowanych przez GUS i Eurostat musimy liczyć się ze znacznym spadkiem nakładów zdrowotnych w stosunku do PKB.

Czy środki UE mogą być wliczane do wydatków na ochronę zdrowia?
Jak wynika z danych ujawnionych przez Ministerstwo Zdrowia do wydatków na zdrowie za 2022 r. zostały wliczone środki unijne w wysokości 1,6 miliarda zł. Oznacza to, że część środków europejskich w ramach perspektywy finansowej na lata 2021-2027 oraz Krajowego Planu Odbudowy zostanie potraktowana jako zwiększenie nakładów na zdrowie w ramach kryterium ustawowego. Jednak w ustawie o wzroście nakładów na zdrowie nie ma zapisów, które pozwalają na doliczenie środków z funduszy europejskich do wskaźnika wydatków.

Przyjęcie wychodzącej poza zapisy ustawowe definicji wydatków na zdrowie o środki europejskie będzie miało istotne konsekwencje – uważa Arkadiusz Pączka, wiceprzewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich. – Sam napływ funduszy unijnych w 2023 r. może zaspokajać 42 procent wymaganego przez ustawę (7 procent PKB) wzrostu rocznych wydatków na zdrowie. Oznacza to, że realizacja ustawy będzie mogła następować w przyszłym roku przy znacznie mniejszym zwiększaniu wydatków budżetu państwa lub NFZ niż dotychczas zakładano.

Ukazała się II edycja kwartalnika MONITOR FINANSOWANIA OCHORNY ZDROWIA, projektu Federacji Przedsiębiorców Polskich, którego celem jest dostarczanie wiarygodnych, rzetelnych i aktualnych danych dotyczących finansowania systemu ochrony zdrowia w Polsce. Projekt jest realizowany przez Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE) i służy informowaniu opinii publicznej o wielkości i strukturze środków publicznych przeznaczanych na ochronę zdrowia.

Strona internetowa kampanii Monitor Finansowania Ochrony Zdrowia:
http://calpe.pl/monitor/
 
Rewizja wartości nakładów w stosunku do danych opublikowanych w poprzednim MONITORZE FINANSOWANIA OCHRONY ZDROWIA nastąpiła w wyniku przedstawienia przez Ministerstwo Finansów Wieloletniego Planu Finansowego Państwa na lata 2022-2025 oraz Aktualizacji Programu Konwergencji (APK), zawierających zaktualizowane prognozy makroekonomiczne w stosunku do zapisów uzasadnienia projektu budżetu państwa na rok 2022.

źródło: FPP

Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP) wskazuje, że wydatki na ochronę zdrowia mogą realnie spaść poniżej 5% w 2022 roku – pomimo, iż w matematycznych wyliczeniach wyniosą więcej niż 6%. Wynika to z nominalnego wzrostu w wyniku inflacji – wydajemy więcej pieniędzy, co matematycznie daje wyższy wskaźnik. Niestety, realnie za te wyższe kwoty nabywamy mniej. Podobnie będzie z wydatkami na ochronę zdrowia. Nominalnie będą one wyższe, ale realnie pozwolą na sfinansowanie znacznie mniejszej ilości zakupów i usług. Wyższa inflacja co do zasady ułatwia realizację ustawy obligującej do zwiększania nakładów na zdrowie (7 procent PKB), bez rzeczywistego wzrostu wydatków w stosunku do PKB w roku bieżącym.
Dynamicznie zmieniająca się sytuacja polskiej gospodarki oraz jej otoczenia ma ogromny wpływ na perspektywy finansowania sektora ochrony zdrowia. Aby osiągnąć poziom wydatków 7 procent PKB przy regule „t-2” wystarczy realnie wydawać na zdrowie jedynie 5,6 procent PKB. Zgodnie z tą regułą porównujemy bowiem wydatki na zdrowie w roku bieżącym, np. 2022, z poziomem PKB sprzed dwóch lat, czyli 2020 r. Jednak spełnianie założeń ustawy przy jednoczesnym braku realnego zwiększenia środków na zdrowie, to jedynie „wzrost na papierze” – mówi Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich.

Obraz finansowania ochrony zdrowia w 2022 r. i kolejnych latach prezentuje się gorzej niż wynikało to z danych z poprzedniego kwartalnika. Jeśli nie zostaną zapowiedziane dodatkowe wydatki z NFZ lub budżetu państwa, realne nakłady na zdrowie w bieżącym roku spadną poniżej 5 proc. PKB, a więc do najniższego poziomu od 2019 r. Mamy do czynienia z paradoksalną sytuacją, w której poprawia się poziom finansowania ochrony zdrowia zgodnie z kryterium ustawowym (7 procent PKB na zdrowie), ale w świetle obiektywnych wskaźników stosowanych przez GUS i Eurostat musimy liczyć się ze znacznym spadkiem nakładów zdrowotnych w stosunku do PKB.

Czy środki UE mogą być wliczane do wydatków na ochronę zdrowia?
Jak wynika z danych ujawnionych przez Ministerstwo Zdrowia do wydatków na zdrowie za 2022 r. zostały wliczone środki unijne w wysokości 1,6 miliarda zł. Oznacza to, że część środków europejskich w ramach perspektywy finansowej na lata 2021-2027 oraz Krajowego Planu Odbudowy zostanie potraktowana jako zwiększenie nakładów na zdrowie w ramach kryterium ustawowego. Jednak w ustawie o wzroście nakładów na zdrowie nie ma zapisów, które pozwalają na doliczenie środków z funduszy europejskich do wskaźnika wydatków.

Przyjęcie wychodzącej poza zapisy ustawowe definicji wydatków na zdrowie o środki europejskie będzie miało istotne konsekwencje – uważa Arkadiusz Pączka, wiceprzewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich. – Sam napływ funduszy unijnych w 2023 r. może zaspokajać 42 procent wymaganego przez ustawę (7 procent PKB) wzrostu rocznych wydatków na zdrowie. Oznacza to, że realizacja ustawy będzie mogła następować w przyszłym roku przy znacznie mniejszym zwiększaniu wydatków budżetu państwa lub NFZ niż dotychczas zakładano.

Ukazała się II edycja kwartalnika MONITOR FINANSOWANIA OCHORNY ZDROWIA, projektu Federacji Przedsiębiorców Polskich, którego celem jest dostarczanie wiarygodnych, rzetelnych i aktualnych danych dotyczących finansowania systemu ochrony zdrowia w Polsce. Projekt jest realizowany przez Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE) i służy informowaniu opinii publicznej o wielkości i strukturze środków publicznych przeznaczanych na ochronę zdrowia.

Strona internetowa kampanii Monitor Finansowania Ochrony Zdrowia:
http://calpe.pl/monitor/
 
Rewizja wartości nakładów w stosunku do danych opublikowanych w poprzednim MONITORZE FINANSOWANIA OCHRONY ZDROWIA nastąpiła w wyniku przedstawienia przez Ministerstwo Finansów Wieloletniego Planu Finansowego Państwa na lata 2022-2025 oraz Aktualizacji Programu Konwergencji (APK), zawierających zaktualizowane prognozy makroekonomiczne w stosunku do zapisów uzasadnienia projektu budżetu państwa na rok 2022.

źródło: FPP