Medicalpress

Dezinformacja zdrowotna może sprawić, że chory na raka trafi do lekarza, kiedy na skuteczne leczenie będzie już za późno. Może też podważyć zaufanie do lekarzy i instytucji publicznych tak bardzo, że ludzie odmówią współpracy nawet w sytuacji realnego zagrożenia z zewnątrz – ostrzegli eksperci.

Rozmawiali o tym w piątek w Warszawie podczas debaty „Diagnoza z algorytmu, terapia z TikToka. Co zrobić z infodemią?”. W spotkaniu wzięli udział prof. Wiesław Jędrzejczak z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, prof. Dominik Batorski z Uniwersytetu Warszawskiego, Monika Waćkowska-Kabaczyńska z Głównego Inspektoratu Sanitarnego, prezes Stowarzyszenia Pravda Jakub Śliż, reporter Mirosław Wlekły oraz Paweł Nowacki, współzałożyciel Stowarzyszenia Praktyków Transformacji Cyfrowej.

Debata podsumowywała projekt „Snake Oil Nation: Investigating Pseudoscientific Health Practices in Poland”, poświęcony rosnącemu w Polsce rynkowi pseudonaukowych praktyk zdrowotnych. Jego autorzy badali, jak prywatne kliniki, influencerzy i marki sprzedają niepotwierdzone naukowo terapie i produkty oraz jak zdobywają zaufanie odbiorców.

W trakcie spotkania przytoczono dane z raportu Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu pokazujące, że od stycznia 2025 r. do maja 2026 r. temat dezinformacji medycznej pojawił się w ponad 32 tys. publikacji w mediach, których łączny zasięg wyniósł ok. 2,6 mld. Na platformach społecznościowych odnotowano ponadto 347 tys. wpisów, które mogły dotrzeć łącznie do odbiorców ok. 850 mln razy. Dane obejmowały zarówno treści dezinformacyjne, jak i materiały je prostujące.

Prof. Dominik Batorski z UW zwrócił uwagę, że spora część dezinformacji medycznej jest motywowana ekonomicznie. W ramach projektu analizowano więc także reklamy produktów okołomedycznych. Jednoznacznie pseudonaukowe treści stanowiły tylko kilka procent z nich, ale osiągały ogromne zasięgi, a część reklam znikała dopiero wtedy, gdy zdążyła już dotrzeć do odbiorców.

Ekspert zauważył jednak, że problem nie ogranicza się do najbardziej oczywistych przykładów pseudonauki. – Mamy całkiem sporą szarą strefę produktów, które są produktami okołomedycznymi i ich stosowanie ma pewne korzyści, ale są reklamowane w sposób, który jest problematyczny – powiedział.

Jak wyjaśnił, chodzi m.in. o obietnice niemające pokrycia w faktach. Na samych platformach należących do Meta badacze znaleźli dziesiątki tysięcy tego typu reklam. Zdaniem prof. Batorskiego jednym ze sposobów walki z dezinformacją powinna być demonetyzacja takich treści. Potrzebna jest też większa odpowiedzialność platform za rozpowszechnianie fałszywych informacji.

Naukowiec podkreślił też, że poszczególne środowiska powinny skuteczniej reagować na pseudonaukowe praktyki we własnych szeregach. Dotyczy to nie tylko lekarzy, ale także mediów, którym – jak zauważył – zdarzało się promować osoby tworzące pseudomedyczne treści.

Jak podkreślił Mirosław Wlekły, który w ramach projektu przygotował reportaż o osobach korzystających z pseudonaukowych terapii, błędem jest przekonanie, że dezinformacji medycznej ulegają wyłącznie osoby słabo wykształcone lub mało krytyczne. Jej promotorzy często są charyzmatyczni i potrafią przekonać do siebie ludzi, którzy szukają pomocy w trudnej sytuacji. Dlatego ofiarą dezinformacji może stać się każdy, zwłaszcza gdy medycyna nie jest w stanie zaoferować mu (lub jego bliskim) prostego i pewnego rozwiązania.

– Te osoby pełnią rolę lekarzy, naukowców, spowiedników, psychologów. Ludzie z problemami zdrowotnymi szukają ratunku gdziekolwiek, a tu znajdują zazwyczaj stuprocentowe odpowiedzi. Nauka jest po prostu skomplikowana i mało w niej odpowiedzi: tak albo nie, białe albo czarne – powiedział.

Jak dodał, wejście w takie środowisko może prowadzić do przyjmowania kolejnych, coraz dalej idących teorii spiskowych. Zauważył, że treści pseudomedyczne często łączą się tam z narracjami prorosyjskimi, antyukraińskimi czy podważającymi zmiany klimatu.

Jakub Śliż ze Stowarzyszenia Pravda zwrócił uwagę na potrzebę przynależności. Wokół alternatywnych terapii tworzą się grupy ludzi, którzy wzajemnie się wspierają i spotykają także poza internetem. Jego zdaniem problem jest przez to niezwykle trudny do pokonania, bo jakakolwiek próba zewnętrznej interwencji może zostać odebrana jako atak i kolejny dowód na to, że „system” ich zwalcza.

Śliż mówił też, że fact-checkerzy są w trudniejszej sytuacji niż dezinformatorzy. Muszą sprawdzać źródła i tłumaczyć złożone zagadnienia, podczas gdy fałszywy przekaz może odwołać się do emocji i błyskawicznie rozprzestrzenić w internecie.

Prof. Wiesław Jędrzejczak wskazał, że pseudonauka często zyskuje wiarygodność dzięki językowi. Proste produkty i praktyki są opisywane za pomocą terminów brzmiących naukowo, co może sprawiać wrażenie, że stoją za nimi wiedza i badania. Jako przykłady podał „wodę modyfikowaną genetycznie” oraz określenie „suplement diety”, które brzmi znacznie bardziej specjalistycznie niż „dodatek do pożywienia”.

Monika Waćkowska-Kabaczyńska z GIS mówiła o ogromnej asymetrii między działaniem dezinformatorów i administracji publicznej. – Influencer może w ciągu 30 sekund nagrać film, puścić go na kanale i on zaczyna żyć, być podawany dalej, robić zasięgi. My każdą informację musimy zweryfikować, ustalić źródło, często skonsultować merytorycznie i prawnie. To zajmuje czas (…), bo za każdą informacją, którą wypuszczamy jako urząd, ktoś bierze odpowiedzialność prawną i służbową – wyjaśniła.

W jej opinii prawdziwe informacje są też przeważnie mniej atrakcyjne. Komunikat, że dowody naukowe nie potwierdzają skuteczności danej terapii, przegrywa emocjonalnie z historią człowieka, który twierdzi, że lekarze nie potrafili mu pomóc, ale zrobiła to określona metoda.

Waćkowska-Kabaczyńska podkreśliła też, że skutki dezinformacji mogą wykraczać daleko poza zakup suplementu. Może ona podważać zaufanie do lekarzy, urzędów i instytucji państwa, a w skrajnym przypadku prowadzić do odmowy współpracy także podczas realnego zagrożenia zewnętrznego.

Dlatego GIS stawia na edukację i budowanie odporności na dezinformację od najmłodszych lat. Prowadzi programy dla uczniów i seniorów, czyli grup szczególnie narażonych na fałszywe informacje.

Waćkowska-Kabaczyńska zwróciła również uwagę na potrzebę uproszczenia języka administracji. – Jeżeli administracja będzie się chowała za bardzo trudnym językiem, nie zbuduje zaufania. Dlatego prosty język jest kluczowy, żeby docierać do ludzi z jasnym przekazem. Musimy szkolić urzędników, bo przez lata nabyte przyzwyczajenie do mówienia ex cathedra i w trzeciej osobie bardzo trudno jest wyplenić – podkreśliła.

Żródło: Nauka w Polsce

Przewlekła chrypka, ból gardła, trudności z połykaniem czy niegojące się owrzodzenie języka łatwo przypisać infekcji. Jeżeli jednak takie objawy utrzymują się przez kilka tygodni, mogą być sygnałem znacznie poważniejszego problemu. W Polsce około 60 proc. nowotworów głowy i szyi jest rozpoznawanych dopiero w późnym stadium zaawansowania klinicznego. Jednocześnie zmienia się profil osób, które chorują. Coraz większego znaczenia nabierają nowotwory związane z zakażeniem HPV, występujące również u młodszych osób, które nigdy nie paliły papierosów ani nie nadużywały alkoholu. Na ten problem ma zwrócić uwagę kampania „Nie odbieraj sobie głosu”, rozpoczęta przez Główny Inspektorat Sanitarny, Centrum Medyczne Kształcenia Podyplomowego i Narodowy Instytut Onkologii – PIB.

Przez lata nowotwory głowy i szyi kojarzono przede wszystkim z paleniem tytoniu i nadużywaniem alkoholu. Te czynniki ryzyka nie straciły znaczenia, ale dziś nie opisują już całego problemu. Coraz wyraźniej widoczna jest rola wirusa brodawczaka ludzkiego, zwłaszcza w rozwoju raka części ustnej gardła, obejmującej m.in. migdałki i nasadę języka. NIO zwraca uwagę, że w Polsce, podobnie jak w innych krajach Europy, obserwowany jest wzrost liczby zachorowań na nowotwory głowy i szyi wśród osób poniżej 40. roku życia, które nie należą do grup tradycyjnie kojarzonych z największym ryzykiem tej choroby.

„Rozpoczynamy kampanię „Nie odbieraj sobie głosu”, by przypomnieć, że zakażenie wirusem HPV nie dotyczy wyłącznie kobiet” – podkreśla prof. Krzysztof J. Filipiak, dyrektor-rektor Centrum Medycznego Kształcenia Podyplomowego. „Coraz więcej nowotworów głowy i szyi – związanych z zakażeniem HPV – rozpoznaje się również u mężczyzn, dlatego to właśnie do nich kierujemy szczególny apel: by nie ignorowali niepokojących objawów i korzystali z profilaktyki. Zależy nam na tym, by podkreślić, jak ważne są szczepienia i badania profilaktyczne”.

Problem polega również na tym, że pierwsze objawy nowotworów tej grupy mogą wydawać się banalne. Chrypka, ból gardła, niedrożność nosa czy trudności z przełykaniem znacznie częściej przywodzą na myśl infekcję niż chorobę onkologiczną. To może sprzyjać odkładaniu wizyty u lekarza, szczególnie gdy dolegliwości nie są bardzo nasilone.

W kampanii zwrócono uwagę na praktyczną zasadę trzech tygodni. Jeżeli niepokojący objaw utrzymuje się dłużej i nie ma związku z infekcją, powinien skłonić do konsultacji.

„Bardzo ważne jest, by każdy, kto zaobserwuje u siebie trwające powyżej 3 tygodni, nie związane z infekcją, objawy takie jak: przewlekła chrypka, problemy z połykaniem, guz szyi, ból gardła, czerwone lub białe naloty w jamie ustnej, niegojące się owrzodzenie języka, niedrożność nosa lub krwawy wyciek z nosa, zgłosił się do lekarza laryngologa” – podkreśla prof. Karolina Dżaman, kierownik Kliniki Otolaryngologii CMKP.

Czas ma w tych nowotworach szczególne znaczenie. Według informacji przedstawionych przez organizatorów kampanii rozpoczęcie leczenia w pierwszym stadium choroby daje szansę na wyleczenie nawet u 95 proc. pacjentów. Tymczasem w Polsce sytuacja wygląda odwrotnie, niż wynikałoby to z możliwości współczesnej diagnostyki i leczenia: większość przypadków jest rozpoznawana późno.

„Niestety, w Polsce ok. 60% wszystkich nowotworów głowy i szyi jest diagnozowanych u chorych w późnym stadium zaawansowania klinicznego, przez co efekty leczenia są niezadowalające” – podkreśla prof. Andrzej Kawecki, zastępca dyrektora ds. klinicznych NIO-PIB i kierownik Kliniki Nowotworów Głowy i Szyi.

Późne rozpoznanie ma konsekwencje wykraczające poza samą skuteczność terapii. Lokalizacja tych nowotworów sprawia, że zarówno choroba, jak i konieczność intensywnego leczenia mogą wpływać na podstawowe funkcje decydujące o codziennym funkcjonowaniu człowieka.

„Wczesne wykrycie zwiększa szansę na całkowite wyleczenie. Jeśli pacjent zgłosi się w zaawansowanym stadium nowotworu głowy i szyi, często to oznacza upośledzenie podstawowych funkcji życiowych, takich jak: mówienie, jedzenie, oddychanie, węch, smak czy wzrok, co istotnie negatywnie wpływa na jakość życia a wyniki leczenia pomimo jego intensywności są gorsze” – zaznacza prof. Kawecki.

Szczepienia przeciw HPV mają zapobiegać nowym zakażeniom typami wirusa objętymi szczepionką. Największą korzyść przynoszą przed kontaktem z wirusem, dlatego programy szczepień koncentrują się przede wszystkim na dzieciach i młodzieży. WHO traktuje szczepienia przeciw HPV jako jedno z podstawowych narzędzi profilaktyki chorób wywoływanych przez wirusa, a Europejski Kodeks Walki z Rakiem rekomenduje wysoką wyszczepialność zarówno dziewcząt, jak i chłopców.

„Możemy znacząco zmniejszyć te statystyki, jeśli zaczniemy się szczepić” – mówi dr Paweł Grzesiowski, Główny Inspektor Sanitarny.

W Polsce bezpłatny program szczepień przeciw HPV obejmuje dzieci w wieku od 9 do 14 lat. Dostępne są w nim szczepionki 2-walentna i 9-walentna. Szczepionka 2-walentna jest ponadto bezpłatna w ramach refundacji dla osób od 9. do 18. roku życia, a u dorosłych dostępna z 50-procentową refundacją.

Sama dostępność szczepionki nie rozwiązuje jednak problemu późnego wykrywania nowotworów u osób, które już zachorowały. Kampania „Nie odbieraj sobie głosu” łączy więc dwa wątki, które w praktyce powinny być traktowane równolegle: ograniczanie przyszłej liczby nowotworów związanych z HPV oraz wcześniejsze rozpoznawanie choroby u obecnych pacjentów.

Od 21 do 25 września odbywa się Europejski Tydzień Profilaktyki Nowotworów Głowy i Szyi. W tym czasie w wybranych ośrodkach w Polsce, w tym w Klinice Otolaryngologii CMKP, będzie można zapisać się na badania profilaktyczne.

Źródło: NIO

Od tradycyjnych papierosów po e-papierosy, podgrzewacze tytoniu i saszetki nikotynowe – w ciągu ostatnich trzech dekad znacząco zmienił się rynek produktów zawierających nikotynę i sposób ich używania. Niezmienna pozostaje potrzeba skutecznego leczenia uzależnienia. Telefoniczna Poradnia Pomocy Palącym działająca przy Narodowym Instytucie Onkologii obchodzi 30-lecie działalności. Z niewielkiej poradni z jedną linią telefoniczną rozwinęła się w system udzielający około 7,5 tys. sesji poradnictwa rocznie. Jubileusz przypada w czasie, gdy codziennie tytoń pali 17,1 proc. osób w Polsce, a nowe produkty nikotynowe stają się szczególnie istotnym wyzwaniem wśród młodzieży.

Skala wyzwania nadal jest duża. Według najnowszego zestawienia Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (ang. Organisation for Economic Co-operation and Development – OECD) codziennie tytoń pali 17,1 proc. osób w Polsce. To więcej niż wynosi średnia dla państw OECD – 14,8 proc. Jednocześnie, coraz większego znaczenia nabierają nowe produkty nikotynowe. Główny Inspektorat Sanitarny wskazuje, że codziennie z e-papierosów korzysta 5,9 proc. dorosłych, a wśród młodzieży w wieku 15–16 lat niemal 40 proc. deklarowało ich używanie w ciągu miesiąca poprzedzającego badanie.

– To dane, które wyjaśniają, dlaczego współczesna profilaktyka uzależnień nie może ograniczać się do znanych od lat komunikatów o szkodliwości palenia. Zmienia się rynek, sposób przyjmowania nikotyny i społeczny kontekst jej używania. Wraz z nimi musi zmieniać się także system pomocy, , tak aby adekwatnie odpowiadał na nowe wzorce używania nikotyny i rzeczywiste potrzeby osób uzależnionych – podkreśla prof. Paweł Koczkodaj, kierownik Pracowni Prewencji Pierwotnej i Polityki Zdrowotnej NIO-PIB

Od jednej linii do …

Choć świadomość społeczna dotycząca szkodliwości palenia dziś jest nieporównywalnie większa z tą z okresu zmian systemowych w Polsce, eksperci już dekady temu wiedzieli, że to – nomen omen – palący społecznie problem. Odpowiedzią na potrzebę profesjonalnego i łatwo dostępnego wsparcia osób uzależnionych było uruchomienie w listopadzie 1996 roku przez Fundację Promocja Zdrowia Telefonicznej Poradni Pomocy Palącym – pierwszej tego typu placówki w Europie Środkowej i Wschodniej. Trzy lata później, TPPP została włączona w struktury Zakładu Epidemiologii i Prewencji Pierwotnej Nowotworów Narodowego Instytutu Onkologii. Dziś misja Poradni jest tak samo aktualna jak na początku: pomagać osobom uzależnionym od nikotyny w drodze do życia bez niej.

– Początkowo Poradnia działała zaledwie przez kilka godzin w tygodniu. Do dyspozycji była jedna linia, a zespół tworzyły dwie osoby. W udzielanie pomocy angażowali się także lekarze, psychologowie czy studenci medycyny. Były to początki bardzo skromne organizacyjnie, ale szybko okazało się, jak duże jest zapotrzebowanie na taką formę wsparcia. Telefon stawał się dla wielu osób pierwszym miejscem, w którym mogły, bez poczucia oceniania, opowiedzieć o swoim uzależnieniu, zapytać, jak przygotować się do rzucenia palenia i uzyskać w tym zakresie konkretną pomoc – mówi Irena Przepiórka-Rosłońska, kierująca Telefoniczną Poradnią Pomocy Palącym.

To właśnie rosnąca liczba takich rozmów najlepiej pokazywała, że Poradnia jest potrzebna

Z czasem zainteresowanie rosło, dlatego wydłużano godziny działania i rozbudowywano zaplecze. Dziś TPPP jest dostępna przez sześć dni w tygodniu: od poniedziałku do piątku w godz. 9.00–21.00 oraz w soboty w godz. 9.00–15.00. Z jednej linii telefonicznej powstał system umożliwiający równoczesną obsługę pięciu połączeń. Zmianę skali działalności najlepiej pokazuje liczba kontaktów z Poradnią. Z kilkuset połączeń rocznie w pierwszych latach działalności do ponad 600 miesięcznie –  do około 7,5 tys. sesji poradnictwa rocznie. 

Ważnym momentem działalności TPPP było także uruchomienie w 2002 roku tzw. „srebrnego”, czyli niskopłatnego numeru 801 108 108. Dzięki temu kontakt z Poradnią stał się łatwiejszy i bardziej dostępny dla osób z całego kraju, niezależnie od miejsca zamieszkania. Był to istotny krok w kierunku upowszechnienia telefonicznego wsparcia w rzucaniu palenia i zwiększenia zasięgu działalności.

Dwa lata później, informacja o możliwości uzyskania pomocy zaczęła pojawiać się także na opakowaniach wyrobów tytoniowych, choć nie na wszystkich:

– Numer Poradni pojawiał się zaledwie na co czternastym opakowaniu wyrobów tytoniowych. Dziś może się wydawać, że to niewiele, ale w tamtym czasie był to ogromny krok naprzód. Po raz pierwszy informacja o możliwości uzyskania profesjonalnej pomocy zaczęła docierać bezpośrednio do osób palących – dokładnie w miejscu, w którym stykały się one ze swoim uzależnieniem. Dla Poradni oznaczało to zupełnie nową skalę dotarcia i szansę, by z pomocą wyjść poza osoby, które już wcześniej wiedziały o jej istnieniu – kontynuuje Irena Przepiórka-Rosłońska

Przełom przyniosły lata 2016–2017 i wdrożenie unijnej dyrektywy dotyczącej wyrobów tytoniowych. Numer TPPP znalazł się na nowych, umieszczanych na każdym opakowaniu wyrobów tytoniowych, ostrzeżeniach zdrowotnych, dzięki czemu informacja o wsparciu stała się znacznie bardziej widoczna. Liczba połączeń wyraźnie wzrosła – w tym okresie sięgała około 10 tys. rocznie – a Poradnia, dzięki wcześniej rozwiniętej infrastrukturze, była przygotowana, by na ten wzrost odpowiedzieć.

Nie tylko telefon

Uzależnienie od nikotyny jest chorobą przewlekłą i nawracającą, wymagającą spojrzenia medycznego, psychologicznego i społecznego. Nie istnieje jeden schemat skuteczny dla każdego. Zadaniem konsultanta jest więc nie tylko przekazywanie wiedzy, ale również pomoc w rozpoznaniu indywidualnej sytuacji, zasobów i sposobu działania możliwego do zastosowania przez konkretną osobę. Początkowo pomoc Poradni miała wyłącznie charakter reaktywny – konsultanci odbierali telefony od osób, które same zgłaszały się po wsparcie. W 2005 roku uruchomiono także serwis proaktywny. Konsultanci mogą w jego ramach sami kontaktować się z osobami potrzebującymi pomocy, które zgłaszają taką potrzebę m.in. za pośrednictwem strony internetowej.

W 2007 roku na pomoc Poradni zaczęła być dostępna także przez internet: poprzez porady e-mailowe i stronę jakrzucicpalenie.pl, później również przez media społecznościowe. W 2010 roku uruchomiono profil Poradni na Facebooku. Od 2015 roku na stronie działa także poradnia internetowa, w której eksperci odpowiadają na indywidualne pytania osób szukających wsparcia. Każdego roku w tej formie udzielanych jest około 350–400 porad eksperckich.

Wraz z rozwojem Poradni zwiększał się również jej zespół – od dwóch osób na początku działalności do siedmiu obecnie. Konsultanci mają zapewnione regularne superwizje i uczestniczą w szkoleniach podnoszących ich kompetencje. TPPP pracuje zgodnie ze standardami European Network of Quitlines oraz w oparciu o zasady Evidence Based Medicine, co gwarantuje wysoką jakość poradnictwa oraz zgodność stosowanych metod z aktualną wiedzą naukową i sprawdzonymi modelami postępowania.

30 lat doświadczeń i rozmowa o przyszłości

Jubileusz TPPP przypada w momencie, w którym profilaktyka nowotworowa ponownie staje się w Warszawie przedmiotem międzynarodowej debaty. 16 września 2026 roku w Narodowym Instytucie Onkologii odbędzie się 2nd European Summit on Cancer Prevention and Control – spotkanie ekspertów zdrowia publicznego, naukowców, lekarzy, przedstawicieli instytucji europejskich, administracji oraz organizacji pacjenckich. Wśród uczestników i prelegentów znajdą się przedstawiciele m.in. IARC, WHO, OECD, Komisji Europejskiej oraz europejskich i krajowych środowisk eksperckich.

Dyskusja będzie dotyczyć nie tylko wiedzy o czynnikach ryzyka, ale przede wszystkim tego, jak przekładać ją na rozwiązania, które rzeczywiście działają: skuteczną politykę zdrowotną, regulacje, programy profilaktyczne, ograniczanie nierówności i lepsze docieranie do różnych grup społecznych.

– Skuteczna profilaktyka nowotworów wymaga znacznie więcej niż przekazywania wiedzy o czynnikach ryzyka – mówi prof. Paweł Koczkodaj

W tym kontekście, 30 lat działalności TPPP to coś więcej niż jubileusz jednej poradni. To trzy dekady praktycznych doświadczeń pokazujących, że profilaktyka musi być dostępna, elastyczna i gotowa reagować na zmiany zachowań społecznych. 

Dziś te doświadczenia stają się także częścią szerszej rozmowy o tym, jak powinna wyglądać profilaktyka kolejnych dekad. I właśnie dlatego historia TPPP nie jest tylko spojrzeniem wstecz. Jest jednym z punktów odniesienia w debacie o tym, co należy robić dalej.

Źródło: NIO

Skutki zdrowotne zmian klimatycznych wykraczają daleko poza negatywny wpływ fal upałów na zdrowie – ocenił w rozmowie z PAP Główny Inspektor Sanitarny dr Paweł Grzesiowski, obecny na poniedziałkowej debacie klimatycznej w Sejmie.

Jak dodał specjalista, są to również: wzrost zagrożenia tropikalnymi chorobami zakaźnymi czy zakłócenia w funkcjonowaniu placówek medycznych w ekstremalnych warunkach pogodowych, wskazał specjalista.

– W kontekście zdrowia i bezpieczeństwa publicznego musimy rozpatrywać zmiany klimatyczne znacznie szerzej niż fale upałów. Póki co, fale upałów są krótkie w naszej szerokości geograficznej. Nawet gdy weźmiemy pod uwagę Europę Południową, to jest to kwestia paru tygodni w roku – powiedział PAP Główny Inspektor Sanitarny dr Paweł Grzesiowski, obecny na pierwszej Narodowej debacie o bezpieczeństwie klimatycznym Polek i Polaków.

Podkreślił, że ryzyko dla zdrowia ludzi stwarzają również ekstremalne opady deszczu, zmiany w środowisku i związane z nimi przesunięcia geograficznych zasięgów różnych gatunków zwierząt i roślin. Te zmiany oznaczają np., że zmienia się również ryzyko występowania potencjalnych chorób odzwierzęcych.

– Jeżeli do Polski docierają komary zdolne do przenoszenia wirusa Zachodniego Nilu, malarii, wirusa gorączki chikungunya czy dengi, to w przyszłości tego typu choroby zakaźne mogą stać się naszą codziennością, mimo że nie jesteśmy krajem tropikalnym – powiedział dr Grzesiowski. Dodał, że ocieplenie klimatu sprzyja też przenoszeniu całej gamy chorób odkleszczowych, nie tylko boreliozy czy kleszczowego zapalenia mózgu.

Specjalista podkreślił, że zmiany klimatu mogą także sprzyjać zaostrzeniu wielu niezakaźnych chorób przewlekłych. – Są to wszystkie choroby wieku podeszłego, w których nawodnienie organizmu ma kluczowe znaczenie, czyli cukrzyca, choroby nerek, układu krążenia – wymieniał dr Grzesiowski.

Wskazał, że związane z globalnym ociepleniem częstsze występowanie ekstremalnych zjawisk pogodowych stanowi ogromne obciążenie dla placówek ochrony zdrowia. – W czasie skrajnych warunków pogodowych rośnie zapotrzebowanie na energię elektryczną – na przykład latem uruchamiamy klimatyzację, która zużywa mnóstwo prądu. Jednocześnie, mamy większe zagrożenie blackoutem. Tego lata mieliśmy takie zdarzenia w Hiszpanii czy Portugalii, które dla placówek medycznych są bardzo groźne – wskazał specjalista.

W jego opinii, na to system ochrony zdrowia musi być odporny. – Banki krwi, przechowywanie szczepionek i niektórych leków, praca urządzeń medycznych – to wszystko zależy od dostaw prądu. Dlatego musimy mieć szpitale, magazyny, odporne na blackout związany ze zmianą klimatu – ocenił dr Grzesiowski.

Jak podsumował, konieczne jest przygotowanie całego systemu ochrony zdrowia do sprawnego radzenia sobie z jej zdrowotnymi skutkami.

W poniedziałek w sali Kolumnowej Sejmu odbyła się Narodowa debata o bezpieczeństwie klimatycznym Polek i Polaków. Została zorganizowana przez Komitet ds. Kryzysu Klimatycznego Polskiej Akademii Nauk we współpracy z Pracownią na rzecz Wszystkich Istot, Koalicją Klimatyczną oraz Państwową Radą Ochrony Przyrody. Patronat nad debatą objęli Marszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty oraz Prezes Polskiej Akademii Nauk prof. Marek Konarzewski. (PAP)

Źródło: Nauka w Polsce

Główny Inspektorat Sanitarny wydał ostrzeżenie dotyczące jednej partii sera „Gałka z Zakopanego”. W produkcie wykryto bakterie Listeria monocytogenes, które mogą powodować listeriozę. Sprzedaż wskazanej partii została wstrzymana, a GIS apeluje do konsumentów, aby jej nie spożywali.

Ostrzeżenie publiczne dotyczące żywności zostało opublikowane przez Główny Inspektorat Sanitarny 19 sierpnia 2026 r. Państwowa Inspekcja Sanitarna została poinformowana przez Carrefour Polska o wykryciu Listeria monocytogenes w jednej partii sera podpuszczkowego.

Ostrzeżenie dotyczy produktu:

GIS podkreśla, że produktu z wymienionej partii nie należy spożywać.

Produkt jest wycofywany ze sprzedaży

Po otrzymaniu informacji o wykryciu bakterii producent rozpoczął procedurę wycofania produktu z rynku oraz działania mające ustalić źródło zanieczyszczenia.

Carrefour Polska wstrzymał sprzedaż partii objętej ostrzeżeniem, a wycofane produkty zostały przekazane do utylizacji. Informacje dla konsumentów zamieszczono również na stronie internetowej sieci, w miejscach sprzedaży oraz w punktach obsługi klienta.

Postępowanie wyjaśniające w zakładzie wszczął także Powiatowy Lekarz Weterynarii w Nowym Targu. Produkcja zakwestionowanego produktu została wstrzymana do czasu uzyskania wyników potwierdzających jego bezpieczeństwo. Państwowa Inspekcja Sanitarna monitoruje proces wycofywania produktu z rynku.

Czym jest listerioza?

Listerioza jest chorobą zakaźną wywoływaną przez bakterie Listeria monocytogenes. Do zakażenia może dojść m.in. poprzez spożycie skażonej żywności.

U osób zdrowych zakażenie może przebiegać bezobjawowo lub powodować dolegliwości przypominające infekcję żołądkowo-jelitową. Szczególne znaczenie ma jednak ryzyko ciężkiego przebiegu u osób należących do grup podwyższonego ryzyka, w tym kobiet w ciąży, noworodków, osób starszych oraz osób z obniżoną odpornością.

W ciężkich przypadkach zakażenie może prowadzić m.in. do sepsy lub zapalenia opon mózgowo-rdzeniowych. U kobiet w ciąży listerioza może stanowić zagrożenie dla przebiegu ciąży i płodu.

GIS zaleca, aby osoby, u których po spożyciu produktu objętego ostrzeżeniem wystąpią objawy choroby, skontaktowały się z lekarzem.

Źródło: Główny Inspektorat Sanitarny, „Ostrzeżenie publiczne dotyczące żywności: wykrycie obecności bakterii Listeria monocytogenes w jednej partii sera podpuszczkowego”, 19.08.2026.

Główny Inspektorat Sanitarny przypomniał w środę, że legionelloza stanowi istotne wyzwanie dla zdrowia publicznego. Sanepid wskazał na kluczową rolę nadzoru nad instalacjami wodnymi oraz profilaktyki. Podkreślił, że choroba nie przenosi się z człowieka na człowieka.

Bakterie Legionella sp. rozwijają się i przeżywają w wodzie o temperaturze od około 20st. C do 50 st. C, dlatego latem zagrożenie wzrasta. Naturalnym rezerwuarem tych drobnoustrojów są zbiorniki wodne, jednak powszechnie występują one również w sztucznych systemach – m.in. w instalacjach wodociągowych, prysznicach, urządzeniach kąpielowych, myjniach, klimatyzatorach czy sprzęcie medycznym.

GIS podkreślił w środowym komunikacie na stronie, że do zakażenia dochodzi najczęściej poprzez wdychanie aerozolu wodnego zawierającego bakterie (np. pod prysznicem, w wannie z hydromasażem czy z fontanny), a także w wyniku zachłyśnięcia się skażoną wodą. Dotychczas nie potwierdzono przenoszenia bakterii z człowieka na człowieka, co oznacza, że choroba nie rozprzestrzenia się poprzez bezpośredni kontakt z osobą zakażoną.

Okres inkubacji legionellozy wynosi od 2 do 10 dni, a pierwsze objawy, jak wysoka gorączka, bóle mięśni i głowy czy suchy kaszel, mogą przypominać grypę. Stopniowo u chorych pojawiają się inne dolegliwości, jak bóle brzucha, biegunka, zaburzenia świadomości i problemy neurologiczne postać płucną, łagodną i ciężką.

GIS zaznaczył, że ryzyko zachorowania można skutecznie ograniczać dzięki właściwemu utrzymaniu instalacji wodnych i systematycznemu nadzorowi. Państwowa Inspekcja Sanitarna prowadzi ciągłe działania kontrolne, ze szczególnym uwzględnieniem obiektów użyteczności publicznej, placówek ochrony zdrowia i budynków zamieszkania zbiorowego.(PAP)

Źródło: Nauka w Polsce

Wdrożenie unijnej dyrektywy dotyczącej jakości wody przeznaczonej do spożycia przez ludzi wprowadza w Polsce nowe standardy nadzoru nad bezpieczeństwem dostaw wody. Zmiany obejmują cały łańcuch jej dostarczania, od ujęcia i uzdatniania po instalacje wewnętrzne w budynkach. W związku z nowymi obowiązkami dla przedsiębiorstw wodociągowych PGW Wody Polskie, Główny Inspektorat Sanitarny oraz resorty zdrowia i infrastruktury organizują specjalistyczne szkolenia dla dostawców wody.
W ostatnim czasie weszły w życie regulacje, które wprowadzają bardziej kompleksowe podejście do bezpieczeństwa wody przeznaczonej do spożycia przez ludzi. Dla każdego z nas oznacza to dużo wyższy poziom bezpieczeństwa wody, która płynie z naszych kranów.

Nowe przepisy dla dostawców wody (przedsiębiorstw wodociągowych czy hurtowych dostawców) wprowadzają ważne usprawnienia i zmiany. Dlatego też PGW Wody Polskie wraz z Głównym Inspektoratem Sanitarnym i przy wsparciu Ministerstwa Zdrowia oraz Ministerstwa Infrastruktury przygotowały bezpłatne szkolenia dla podmiotów dostarczających wodę, które odbywają się w dniach 17-18.06.2026 r. w Warszawie.

Uczestnicy będą mieli możliwość zapoznania się z zasadami stosowania nowych przepisów oraz obowiązkami wynikającymi z wprowadzonych zmian. Prezentacje przeprowadzą eksperci z urzędów zaangażowanych w przygotowanie wdrażanych przepisów.

Co zmieniają nowe przepisy

Nowe przepisy poprawiają bezpieczeństwo wody przeznaczonej do spożycia przez ludzi poprzez nowoczesny system nadzoru i zarządzania ryzykiem obejmujący cały łańcuch dostaw wody – od źródła i ujęcia wody do kranu. Ich celem jest jeszcze skuteczniejsza ochrona zdrowia ludzi poprzez wcześniejsze identyfikowanie i ograniczanie zagrożeń mogących wpływać na jakość wody.

Dostawcy wody mają obowiązek stosować tzw. podejście oparte na analizie ryzyka. Oznacza to ocenę zagrożeń i zarządzanie nimi na każdym etapie dostarczania wody – od ujęcia, przez system zaopatrzenia, aż po instalacje wewnętrzne w budynkach tzw. wewnętrzne systemy wodociągowe.

Nowe podejście obejmuje cały łańcuch dostarczania wody, czyli m.in.:

Dla części nowych wymagań przewidziano okresy przejściowe, aby podmioty odpowiedzialne za dostarczanie wody mogły stopniowo dostosować się do nowych obowiązków.

Większy nacisk na instalacje wewnętrzne w budynkach

Nowe przepisy zwracają szczególną uwagę na jakość wody w instalacjach znajdujących się w obiektach priorytetowych. Zaliczane są do nich m.in. szpitale i domy opieki czy ośrodki turystyczne, a także budynki użyteczności publicznej, w których wytwarzany jest aerozol wodny. Obowiązkowe będzie monitorowanie m.in. zawartości ołowiu oraz bakterii Legionella w ciepłej wodzie. Określono też jak pobierać próbki i jakie działania podejmować w zależności od wyników.

Więcej o przepisach dotyczących wody przeznaczonej do spożycia przez ludzi

Rozporządzenie Ministra Zdrowia z dnia 22 maja 2026 r. w sprawie jakości wody przeznaczonej do spożycia przez ludzi razem z ustawą z dnia 13 marca 2026 r. zmieniającą przepisy dotyczące zbiorowego zaopatrzenia w wodę oraz odprowadzania ścieków (której przepisy obowiązują od 21 maja 2026 r.), stanowią wdrożenie dyrektywy (UE) 2020/2184 z dnia 16 grudnia 2020 r. dotyczącej jakości wody przeznaczonej do spożycia przez ludzi.

KLIKNIJ PO DODATKOWE INFORMACJE

Źródło: MZ

Światowa Organizacja Zdrowia ogłosiła zagrożenie zdrowia publicznego o zasięgu międzynarodowym (PHEIC) w związku z ogniskiem gorączki krwotocznej Ebola wywołanej wirusem Bundibugyo w Demokratycznej Republice Konga. Główny Inspektorat Sanitarny poinformował również o przypadkach importowanych w Ugandzie. Eksperci podkreślają, że choć globalne ryzyko oceniane jest obecnie jako niskie, sytuacja w regionie pozostaje bardzo poważna. Nie istnieje zatwierdzona szczepionka ani specyficzne leczenie przeciw tej odmianie wirusa Ebola.

Czterech pracowników ochrony zdrowia zmarło w ciągu kilku dni

Jak wynika z informacji przekazanych przez GIS, 5 maja 2026 r. WHO otrzymała alert dotyczący nieznanej choroby o wysokiej śmiertelności w strefie zdrowia Mongbwalu w prowincji Ituri w Demokratycznej Republice Konga. W ciągu czterech dni zmarło tam czterech pracowników ochrony zdrowia. 13 maja zespół szybkiego reagowania rozpoczął dochodzenie epidemiologiczne w Mongbwalu i Rwampara Health Zone. Dwa dni później potwierdzono, że zachorowania wywołuje wirus Bundibugyo. Do 15 maja zgłoszono 77 podejrzanych przypadków i 67 zgonów w dwóch strefach zdrowia DRK – Rwampara i Mongbwalu – oraz w Bunia Health Zone. Zidentyfikowano także 65 osób z kontaktu, z czego 15 uznano za kontakty wysokiego ryzyka.

GIS podkreśla, że działania epidemiologiczne utrudniają niestabilna sytuacja bezpieczeństwa oraz ograniczenia w przemieszczaniu się. Część osób z kontaktu rozwinęła objawy i zmarła przed izolacją. Większość podejrzanych przypadków dotyczy osób między 20. a 39. rokiem życia, a ponad 60 proc. stanowią kobiety. Według ekspertów może to wskazywać na znaczącą transmisję wirusa w gospodarstwach domowych i podczas opieki nad chorymi członkami rodziny.

Przypadki także w Ugandzie

15 maja Ministerstwo Zdrowia Ugandy poinformowało WHO o laboratoryjnie potwierdzonym przypadku choroby wywołanej wirusem Bundibugyo u starszego mieszkańca DRK, który przyjechał do Ugandy w celu uzyskania pomocy medycznej. W ciągu kolejnych 24 godzin wykryto drugi przypadek u osoby podróżującej z Demokratycznej Republiki Konga.

Obecnie zdarzenie oceniane jest jako przypadki importowane, bez dowodów na lokalną transmisję wirusa w Ugandzie. Trwa dochodzenie mające ustalić źródła zakażenia i drogi szerzenia się choroby.

Czym jest wirus Bundibugyo?

BVD to jedna z odmian wirusa Ebola wywołująca ciężką gorączkę krwotoczną. Wirus przenosi się na ludzi poprzez kontakt z krwią lub wydzielinami zakażonych dzikich zwierząt, m.in. nietoperzy czy małp, a następnie może szerzyć się między ludźmi.

Okres inkubacji wynosi od 2 do 21 dni. Do czasu wystąpienia objawów zakażona osoba nie jest zakaźna. Choroba zaczyna się zwykle nagle – gorączką, silnym osłabieniem, bólem mięśni, głowy i gardła. Mogą pojawić się także wymioty, biegunka, wysypka, niewydolność nerek i wątroby oraz krwawienia wewnętrzne i zewnętrzne.

W poprzednich ogniskach BVD w Ugandzie i DRK śmiertelność wynosiła od 30 do 50 proc. Ostatnie ognisko tej odmiany Eboli odnotowano w 2021 r. w Demokratycznej Republice Konga – zgłoszono wtedy 59 przypadków, w tym 34 zgony.

WHO zwraca uwagę, że w przeciwieństwie do wirusa Ebola Zair nie istnieje obecnie zatwierdzona szczepionka ani specyficzne leczenie przeciw wirusowi Bundibugyo. Trwają jednak prace badawcze nad opracowaniem skutecznych metod terapii i profilaktyki.

Źródło: GIS

Główny Inspektorat Sanitarny poinformował o zagrożeniu związanym z jednym z produktów przeznaczonych do kontaktu z żywnością. W wyniku badań przeprowadzonych przez Państwową Inspekcję Sanitarną wykryto migrację pierwszorzędowych amin aromatycznych z łyżki do spaghetti do żywności. Substancje te uznawane są za szkodliwe dla zdrowia, dlatego produkt został wycofany ze sprzedaży, a konsumenci zostali wezwani do zaprzestania jego używania.
Wykryto migrację niebezpiecznych związków

Badania laboratoryjne przeprowadzone w ramach urzędowej kontroli bezpieczeństwa żywności wykazały, że z jednej z dostępnych na rynku łyżek kuchennych przeznaczonych do serwowania makaronu mogą przenikać do żywności pierwszorzędowe aminy aromatyczne. Związki te należą do grupy substancji chemicznych, które w określonych warunkach mogą uwalniać się z materiałów mających kontakt z żywnością.
Pierwszorzędowe aminy aromatyczne są szczególnie niepożądane w materiałach kuchennych, ponieważ część z nich wykazuje działanie toksyczne i potencjalnie rakotwórcze. Z tego powodu przepisy dotyczące bezpieczeństwa materiałów przeznaczonych do kontaktu z żywnością w Unii Europejskiej przewidują bardzo restrykcyjne limity ich migracji.

Szczegóły dotyczące produktu

Ostrzeżenie dotyczy konkretnego produktu dostępnego w sprzedaży detalicznej:
Produkt wycofany ze sklepów

Jak poinformowano w komunikacie, dystrybutor w Polsce – firma TEDi Sieć Handlowa – po otrzymaniu informacji o niezgodności niezwłocznie podjął działania zapobiegawcze.
9 kwietnia 2026 roku produkt został wycofany z sal sprzedaży we wszystkich sklepach sieci na terenie Polski. Jednocześnie przekazano informację do działu jakości w centrali firmy w Niemczech w celu dalszej weryfikacji sprawy i ustalenia przyczyn problemu.
Równolegle organy Państwowej Inspekcji Sanitarnej prowadzą postępowanie wyjaśniające dotyczące tej partii produktu.

Co powinni zrobić konsumenci

Sanepid apeluje do osób, które kupiły wskazaną w komunikacie łyżkę do spaghetti, aby nie używały jej do kontaktu z żywnością.
Takie ostrzeżenia są standardowym elementem systemu nadzoru nad bezpieczeństwem produktów przeznaczonych do kontaktu z żywnością. Jeśli badania laboratoryjne wskazują na możliwość migracji niepożądanych substancji chemicznych, produkty są wycofywane z obrotu, a konsumenci informowani o potencjalnym ryzyku.
W przypadku wątpliwości dotyczących bezpieczeństwa produktu zaleca się zaprzestanie jego użytkowania oraz skontaktowanie się ze sprzedawcą lub producentem.

Źródło: komunikat Głównego Inspektoratu Sanitarnego, 10.04.2026

Rynek suplementów diety w Polsce rozwija się dynamicznie od wielu lat i dziś należy do największych segmentów rynku produktów zdrowotnych. Jego wartość szacuje się na około 8 miliardów złotych rocznie, przy czym tempo wzrostu w ostatnich latach utrzymuje się na poziomie około 10 proc. rocznie. Wraz z rosnącą skalą sprzedaży coraz wyraźniej ujawniają się jednak napięcia pomiędzy regulacją prawną, możliwościami nadzoru państwa oraz realnymi praktykami rynkowymi. Z jednej strony system prawny jest rozbudowany i obejmuje liczne przepisy krajowe oraz unijne dotyczące bezpieczeństwa żywności, reklamy czy ochrony konsumentów. Z drugiej – jego stosowanie w praktyce napotyka ograniczenia wynikające z konstrukcji przepisów, rozproszenia kompetencji instytucji oraz skali nieformalnego obrotu produktami funkcjonującymi poza oficjalnym systemem nadzoru.

W debacie nad funkcjonowaniem tego rynku coraz częściej powraca pytanie, czy problemem jest brak regulacji, czy raczej sposób ich stosowania. Dyskusja ta nabiera szczególnego znaczenia w kontekście prac legislacyjnych dotyczących zmian w ustawie o bezpieczeństwie żywności i żywienia, a także w świetle rosnącej liczby sygnałów o nielegalnych produktach obecnych w obrocie oraz sporach dotyczących praktyk reklamowych.

System prawny istnieje, ale jego stosowanie rodzi wątpliwości

Jednym z kluczowych elementów systemu nadzoru nad suplementami diety pozostaje ustawa o bezpieczeństwie żywności i żywienia. W praktyce szczególne znaczenie ma art. 32 tej ustawy, który daje organom Państwowej Inspekcji Sanitarnej możliwość czasowego wstrzymania wprowadzania do obrotu lub wycofania z rynku produktu niespełniającego wymagań określonych dla środków spożywczych.

W obecnym brzmieniu przepis ten przewiduje możliwość podjęcia takiej decyzji w przypadku podejrzenia niezgodności produktu z wymaganiami prawa. W praktyce oznacza to bardzo niski próg działania organów nadzoru. Już samo pojawienie się wątpliwości co do składu lub sposobu prezentacji produktu może skutkować natychmiastowym wstrzymaniem jego sprzedaży do czasu zakończenia postępowania wyjaśniającego. Jak ujęła to Grażyna Osęka z Foodie Sp. z o. o. Sp. k., „Artykuł 32 ustawy o bezpieczeństwie żywności i żywienia w obecnym brzmieniu mówi, że w przypadku podejrzenia, iż środek spożywczy niespełniający wymagań znajduje się w obrocie, państwowy powiatowy inspektor sanitarny podejmuje decyzję o czasowym wstrzymaniu wprowadzenia do obrotu lub wycofaniu z obrotu. W praktyce dzieje się to zbyt automatycznie, bez przeprowadzenia postępowań dowodowych i ustalenia stanu faktycznego.”

Z punktu widzenia organów państwa rozwiązanie to ma charakter ostrożnościowy i wynika z zasad ochrony zdrowia publicznego. Taką interpretację przedstawił również Główny Inspektor Sanitarny. W odczytanym podczas posiedzenia piśmie dr Paweł Grzesiowski wskazał, że „Artykuł 32 ustawy o bezpieczeństwie żywności i żywienia daje organom terenowym Państwowej Inspekcji Sanitarnej możliwość czasowego wstrzymania wprowadzania środka spożywczego do obrotu lub jego wycofania w przypadku podejrzenia, że nie spełnia on określonych wymagań. Celem tego przepisu jest zastosowanie zasady ostrożności wynikającej z rozporządzenia 178/2002. (…) Dalsze zmiany w obszarze suplementów diety mogą być zasadne, jednak powinny zmierzać do ujednolicenia i doprecyzowania wymagań dla tej kategorii produktów, która na poziomie Unii Europejskiej jest regulowana jedynie częściowo.”

Z perspektywy przedsiębiorców mechanizm ten bywa jednak postrzegany jako uruchamiany zbyt automatycznie, bez uprzedniego ustalenia stanu faktycznego i przeprowadzenia analizy ryzyka. W praktyce prowadzi to do sporów administracyjnych oraz postępowań odwoławczych, a w niektórych przypadkach także do roszczeń odszkodowawczych wobec państwa. W ocenie Grażyny Osęki: „Obecne brzmienie przepisów ustawy o bezpieczeństwie żywności i żywienia i praktyka nie spełnia standardów prawa UE. Postępowania prowadzone są bez przeprowadzenia ustaleń dowodowych stanu faktycznego, jak również bez odpowiedniej analizy ryzyka, którą nakazują przeprowadzać każdorazowo przepisy unijne. Zasadne jest w związku z tym rozpoczęcie prac nad nowelizacją, która wzmocni standardy dowodowej analizy ryzyka, a tym samym wytrąci argument, że polskie przepisy są niezgodne z prawem unijnym.”

W środowisku prawnym i branżowym pojawia się więc postulat zmiany konstrukcji przepisu poprzez zastąpienie przesłanki podejrzenia przesłanką stwierdzenia naruszenia oraz wyraźne wprowadzenie zasady proporcjonalności w stosowaniu środków administracyjnych. Zwolennicy takiego rozwiązania wskazują, że mogłoby ono uporządkować praktykę stosowania prawa i zbliżyć ją do standardów wynikających z prawa unijnego, które nakłada obowiązek przeprowadzania analizy ryzyka przed zastosowaniem restrykcyjnych środków ograniczających działalność gospodarczą. Jak argumentowała Grażyna Osęka, „W artykule 32 ust. 1 mamy zapis o podejrzeniu, natomiast w ustępie drugim użyto słowa stwierdzenie. Powstaje więc paradoks: w sytuacji naprawdę krytycznej – gdy mamy do czynienia z produktem leczniczym albo wyrobem medycznym ukrytym pod postacią środka spożywczego – organ musi coś stwierdzić. Natomiast w ustępie pierwszym wystarczy samo podejrzenie. W praktyce oznacza to, że inspektor, mając jakiekolwiek pismo z GIS-u czy wątpliwość co do produktu, automatycznie wydaje decyzję o wstrzymaniu.”

To właśnie w tym miejscu pojawia się spór o granice stosowania zasady ostrożności. „Zasada ostrożności nie może być stosowana automatycznie tylko dlatego, że pojawiło się podejrzenie. Musi być poprzedzona analizą ryzyka i ustaleniem stanu faktycznego. Jeżeli państwo chce ograniczyć działalność gospodarczą, musi wykazać dowody, że takie wstrzymanie jest zasadne z punktu widzenia ochrony zdrowia publicznego. Tymczasem obecne brzmienie przepisu powoduje, że w pierwszym ustępie nie wiadomo, jakie podejrzenia mogą być podstawą decyzji” – podkreślała Osęka.

Zmiana ta miałaby charakter punktowy, ale mogłaby wpłynąć na sposób funkcjonowania całego systemu nadzoru nad produktami wprowadzanymi do obrotu.

Najsłabszym ogniwem pozostaje system zgłoszeń do GIS

Jeszcze większe kontrowersje budzi jednak inny element regulacji rynku suplementów diety – system zgłaszania produktów do Głównego Inspektora Sanitarnego.

Zgodnie z obowiązującymi przepisami każdy suplement diety przed pierwszym wprowadzeniem do obrotu powinien zostać zgłoszony do GIS. Zgłoszenie to stanowi podstawowy element kontroli bezpieczeństwa produktu, ponieważ umożliwia organom nadzoru analizę jego składu, oznakowania i sposobu prezentacji. Jak przypominała dr n. praw. Ewa Butkiewicz, ekspertka Krajowej Rady Suplementów i Odżywek, „Najważniejszą bramką, przez którą musi przejść suplement diety, żeby zostać uznanym za legalny, jest powiadomienie Głównego Inspektora Sanitarnego o pierwszym wprowadzeniu do obrotu. Celem tego powiadomienia jest poddanie produktu kontroli GIS-u pod kątem składu, jakości i oznakowania, co ma służyć zapewnieniu bezpieczeństwa konsumentów.”

W praktyce mechanizm ten nie zawsze działa w sposób skuteczny. Brak zgłoszenia produktu do GIS jest obecnie traktowany jako wykroczenie, za które grozi mandat. Sankcja ta ma charakter wykroczeniowy i w wielu przypadkach nie stanowi realnego czynnika odstraszającego. Jak mówiła Grażyna Osęka, „Mandaty za niezgłoszenie produktu do GIS wynoszą od 20 do 5000 zł i w praktyce często są to kwoty rzędu 500 czy 1000 zł. Przedsiębiorca dostaje mandat, ale nie dostaje nakazu wpisania produktu do systemu. (…) Ja nie chciałam tego tak wprost powiedzieć, ale to się bardzo opłaca. Jeżeli ktoś chce być poza systemem i szybko wchodzić i schodzić z produktami z rynku i nie ma uczciwych zamiarów, to nie powinien zgłaszać się do systemu.”

Jednocześnie przedsiębiorca, który nie zgłosi produktu do systemu, pozostaje w dużej mierze poza jego zasięgiem. Brak notyfikacji oznacza, że produkt nie pojawia się w rejestrze, a tym samym organy nadzoru mogą w ogóle nie mieć wiedzy o jego istnieniu. W praktyce oznacza to, że wykrycie takiego produktu często zależy od przypadkowej kontroli, sygnału od konkurencji lub zgłoszenia konsumenckiego. Osęka zwracała uwagę, że „Jeżeli firma zgłasza produkt do GIS-u, to praktyka wygląda tak, że Główny Inspektor Sanitarny bardzo często odpisuje i prosi o dodatkowe wyjaśnienia. Nierzadko taka notyfikacja powoduje też wizytę inspekcji sanitarnej u przedsiębiorcy. W pozostałych przypadkach inspekcja musi najpierw wiedzieć, że taki przedsiębiorca w ogóle istnieje i że dany produkt został zgłoszony. Jeżeli produktu nie ma w rejestrze, to w wielu przypadkach po prostu nie ma wiedzy, że on funkcjonuje na rynku.”

W efekcie powstaje paradoks regulacyjny. Podmioty działające zgodnie z prawem, zgłaszające swoje produkty do systemu, podlegają regularnemu nadzorowi i kontrolom. Natomiast przedsiębiorcy funkcjonujący poza systemem mogą przez długi czas pozostawać niewidoczni dla organów państwa. „To jest niespójność systemowa, która ma bardzo istotne skutki praktyczne. Po pierwsze jest to wykroczenie i zagrożenie finansowe nie jest odstraszające. Osłabia to szybkość działania organów i ich skuteczność, a sankcje w praktyce nie są realnie egzekwowane” – podsumowała Osęka.

Dlatego wśród proponowanych zmian legislacyjnych pojawia się postulat przeniesienia naruszenia polegającego na braku zgłoszenia produktu do reżimu administracyjnych kar pieniężnych. W takim modelu sankcja mogłaby być powiązana z wartością wprowadzonego do obrotu produktu lub osiągniętego przychodu, co w większym stopniu odzwierciedlałoby skalę potencjalnego naruszenia.

Reklama suplementów – obszar szczegółowo regulowany

Równolegle do dyskusji o systemie zgłoszeń i kontroli pojawia się pytanie o regulację reklamy suplementów diety. W debacie publicznej bywa ona przedstawiana jako obszar wymagający nowych przepisów, jednak analiza obowiązujących regulacji prowadzi do odmiennych wniosków. Jak podkreślała Agata Zalewska-Gawrych z Food and Pharma Legal, „Mamy segment rynku, który jest elementem systemu regulowanego na wielu poziomach. Te regulacje bardzo szczegółowe wynikają zarówno z poziomu unijnego, jak i krajowego. (…) To, co można rozważać, dotyczy raczej sposobu egzekwowania już istniejących obowiązków.” 

Kluczowe znaczenie mają przepisy unijne dotyczące informacji przekazywanych konsumentom oraz oświadczeń żywieniowych i zdrowotnych. „Już z przepisów unijnych, w tym z rozporządzenia 1169, wynika zakaz wprowadzania konsumenta w błąd (…) oraz przypisywania właściwości, których produkt nie posiada” – wskazywała ekspertka.

System ten uzupełniają przepisy krajowe, w tym ustawa o bezpieczeństwie żywności i żywienia, ustawa o ochronie konkurencji i konsumentów czy ustawa o przeciwdziałaniu nieuczciwym praktykom rynkowym, a w określonych sytuacjach także prawo farmaceutyczne. „Jeżeli suplement diety jest prezentowany w taki sposób, że wynika z niego, iż posiada właściwości lecznicze, mogą mieć do niego zastosowanie przepisy prawa farmaceutycznego” – zaznaczała Zalewska-Gawrych.

Nadzór nad reklamą sprawuje kilka instytucji publicznych. Jak wskazywała mec. Magdalena Wawrzyniak z Food and Pharma Legal, przedsiębiorcy działają w systemie szerokiej kontroli i sankcji: „Mamy również Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, gdzie kara może sięgać do 10 proc. obrotu za poprzedni rok finansowy firmy, a także Głównego Inspektora Farmaceutycznego (…) Do tego dochodzi Inspekcja Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych. Tych podstaw do kontroli i do nakładania kar jest więc naprawdę bardzo dużo.”

W praktyce oznacza to, że system sankcji w obszarze reklamy jest już rozbudowany, a wyzwaniem pozostaje raczej spójność jego stosowania. Jak zwracała uwagę Wawrzyniak, kontrola obejmuje dziś również przestrzeń cyfrową: „Inspekcja Sanitarna bardzo dobrze kontroluje social media. (…) Cytaty z takich komunikatów są wprost przywoływane w decyzjach inspekcji, która stwierdza nieprawidłowości w reklamie.” Jej zdaniem kluczowe znaczenie ma dziś raczej ujednolicenie praktyki działania organów nadzoru niż wprowadzanie kolejnych regulacji.

Istotną rolę w tym obszarze odgrywa również samoregulacja branżowa. Funkcjonujący od lat kodeks dobrych praktyk reklamy suplementów diety określa dodatkowe standardy komunikacji marketingowej i stał się podstawą porozumienia nadawców dotyczącego emisji takich reklam w mediach audiowizualnych. Jak zauważała Agata Zalewska-Gawrych z Food and Pharma Legal, „Na przedsiębiorcach (…) spoczywają rozliczne obowiązki dotyczące zarówno treści komunikacji, jak i formy oraz kontekstu komunikacji reklamowej. Dodatkowo nakłada się na to kwestia samoregulacji i to właśnie ona odzwierciedla dążenie przedsiębiorców do zapewnienia bezpieczeństwa konsumenta poprzez przyjmowanie nawet wyższych standardów niż te, które wynikają wprost z przepisów prawa”.

Szara strefa – problem trudny do oszacowania

Największym wyzwaniem pozostaje jednak funkcjonowanie nielegalnych suplementów diety w tzw. szarej strefie.

Produkty te często nie są zgłoszone do systemu, a ich pochodzenie bywa trudne do ustalenia. „Nielegalne suplementy diety są zwykle produktami niewiadomego pochodzenia. Są wytwarzane w nielegalnych wytwórniach, często za granicą, trafiają do kraju w drodze przemytu albo poprzez przesyłki deklarowane jako coś innego. Warunki ich produkcji są dalekie od standardów, a składy często nieznane lub zanieczyszczone, nierzadko zawierają też substancje zabronione” – mówiła dr Ewa Butkiewicz.

Nielegalne produkty trafiają do sprzedaży różnymi kanałami – od tradycyjnych punktów sprzedaży po platformy internetowe, media społecznościowe czy sprzedaż transgraniczną w ramach e-commerce. W niektórych przypadkach dystrybucja obejmuje także sieci działające w tzw. darknecie.

Skala zjawiska pozostaje trudna do oszacowania. Jak wskazywała dr n. praw. Ewa Butkiewicz, ekspertka Krajowej Rady Suplementów i Odżywek: „Wartość szarej strefy jest w zasadzie nie do oszacowania. W jednym z raportów Najwyższej Izby Kontroli wprost stwierdzono, że jej skali nie potrafią określić ani instytucje publiczne, ani podmioty zajmujące się badaniem rynku. Trudno więc oszacować także wartość należnych danin publicznych, które powinny trafiać do budżetu państwa.”

Zjawisko to ma znaczenie nie tylko z punktu widzenia ochrony zdrowia konsumentów. Wpływa także na konkurencję na rynku, ponieważ podmioty działające nielegalnie nie ponoszą kosztów związanych z kontrolą jakości, notyfikacją produktu czy spełnianiem wymogów regulacyjnych. Jednocześnie, jak zwracała uwagę ekspertka, państwo ma ograniczone możliwości reagowania. „Walka z nielegalnymi suplementami diety jest utrudniona między innymi przez szczupłe kadry w instytucjach kontrolnych, ograniczone możliwości techniczne i niewystarczające środki finansowe. W praktyce bardzo ogranicza to skuteczną identyfikację i eliminację nielegalnych produktów z rynku.”

Granice kontroli państwa

Z punktu widzenia administracji publicznej jednym z najtrudniejszych obszarów nadzoru pozostaje handel internetowy.

W ostatnich latach liczba małych przesyłek trafiających do Unii Europejskiej wzrosła do poziomu przekraczającego pięć miliardów rocznie. Skala ta sprawia, że kontrola każdej przesyłki jest w praktyce niemożliwa. Jak przyznał Piotr Żak z Departamentu Ceł Ministerstwa Finansów i Krajowej Administracji Skarbowej, „Rzeczą, z którą rzeczywiście się mierzymy i która jest trudna, jest e-commerce. Do Unii Europejskiej w ubiegłym roku trafiło ponad pięć miliardów małych paczek i wszystkie administracje celne mają z tym problem. W przypadku suplementów diety właśnie w takich przesyłkach identyfikujemy największe ryzyko.”

W odpowiedzi na to wyzwanie administracje celne stosują analizę ryzyka oraz specjalne procedury kontrolne. „Już ponad trzy lata temu wprowadziliśmy suplementy diety do tzw. słownika negatywnego. Oznacza to, że nie mogą być odprawiane w uproszczonych procedurach e-commerce. Nawet pojedyncza przesyłka musi być zgłoszona w ramach pełnego zgłoszenia celnego, z pełnym zakresem danych, co pozwala nam prowadzić dokładniejszą analizę ryzyka” – wyjaśniał przedstawiciel KAS.

Jednocześnie administracja skarbowa podkreśla, że jej kompetencje w tym obszarze są ograniczone. Główna odpowiedzialność za nadzór nad rynkiem suplementów diety spoczywa na wyspecjalizowanych organach zajmujących się bezpieczeństwem żywności. Jak wyjaśniał Piotr Żak: „Krajowa Administracja Skarbowa posiada w zakresie suplementów diety pewne kompetencje i stara się je wykonywać we właściwy sposób. Nie jest to jednak nasze kluczowe zadanie, ponieważ w Polsce są powołane organy, które bezpośrednio zajmują się tym rynkiem. Nasze działania koncentrują się głównie na obszarze kontroli celnej.”

W praktyce oznacza to, że skuteczność systemu zależy od współpracy wielu instytucji – od inspekcji sanitarnych, przez organy celne i administrację skarbową, po organy ścigania. Jedną z istotnych cech obecnego modelu jest także rozdzielenie momentu importu od obowiązku zgłoszenia produktu do rejestru GIS. Jak zaznaczał Żak, „Istotne jest to, że obowiązek wpisu suplementu diety do rejestru prowadzonego przez Głównego Inspektora Sanitarnego jest w przepisach oddzielony od formalności celnych. Na etapie importu taki wpis nie musi jeszcze istnieć – może nastąpić później, przed wprowadzeniem produktu na rynek.”

Przedstawiciel KAS zwracał też uwagę na szczególnie trudny obszar produktów z pogranicza kategorii prawnych. „Dużym problemem są produkty z pogranicza – sytuacje, w których przedsiębiorcy deklarują, że dany produkt jest suplementem diety, podczas gdy w naszej ocenie jest to produkt leczniczy. Jeżeli widzimy, że zawiera on substancję czynną typową dla leków, nie traktujemy go jako suplementu i nie dopuszczamy takiej przesyłki do importu” – mówił.

Istotne są również granice możliwości ingerencji państwa na poziomie surowców. W odniesieniu do importu składników wykorzystywanych później do produkcji nielegalnych suplementów Piotr Żak wyjaśniał: „Jeżeli surowiec jest importowany legalnie i nie podlega ograniczeniom w obrocie, każdy może go sprowadzić. Natomiast sposób jego wykorzystania na rynku – czy będzie legalny, czy nie – nie pozostaje już w naszej gestii. To trochę jak z nożem: ktoś może go sprowadzić do krojenia, a ktoś inny użyć do popełnienia przestępstwa.”

Rynek, który wymaga uporządkowania

Analiza funkcjonowania rynku suplementów diety prowadzi do wniosku, że system regulacyjny jest rozbudowany, ale jego skuteczność zależy od kilku czynników: spójności przepisów, realnej egzekwowalności sankcji oraz możliwości monitorowania rynku, który w coraz większym stopniu przenosi się do internetu.

Dyskusja nad zmianami legislacyjnymi koncentruje się dziś wokół trzech głównych obszarów: korekty przepisów dotyczących wstrzymywania produktów z rynku, uszczelnienia systemu zgłoszeń do GIS oraz poprawy narzędzi monitorowania nielegalnych produktów w sprzedaży internetowej. Równolegle trwa spór o to, czy w obszarze reklamy potrzebne są nowe ograniczenia, czy raczej większa przewidywalność stosowania prawa. Nie bez znaczenia pozostaje również rola samoregulacji, która – przynajmniej w ocenie części uczestników rynku – już dziś pełni funkcję porządkującą i wyprzedzającą część rozwiązań ustawowych.

Wszystkie te elementy mają wspólny cel – zwiększenie przejrzystości rynku i wzmocnienie ochrony konsumentów przy jednoczesnym zachowaniu stabilnych warunków działania dla legalnie funkcjonujących przedsiębiorstw.

Źródło: opracowanie redakcji Medicalpress na podstawie zapisu posiedzenia Parlamentarnego Zespołu ds. Żywności Prozdrowotnej i Żywienia z 25 marca 2026 r.
W przestrzeni cyfrowej zdrowie stało się jednym z najczęściej komentowanych i jednocześnie najbardziej zniekształcanych tematów. Właśnie dlatego NASK oraz Główny Inspektorat Sanitarny podpisały porozumienie o współpracy w zakresie przeciwdziałania dezinformacji, ze szczególnym uwzględnieniem fałszywych treści dotyczących zdrowia i medycyny. Instytucje podkreślają, że wspólne działania mają wzmocnić bezpieczeństwo informacyjne obywateli i zwiększyć odporność społeczeństwa na manipulacje w infosferze.
Skala problemu jest dziś trudna do przecenienia. Informacje o zdrowiu krążą w mediach społecznościowych, podcastach i krótkich materiałach wideo, często pozbawione kontekstu naukowego i odpowiedzialności za skutki. W takim środowisku granica między opinią a faktem zaciera się wyjątkowo łatwo. W efekcie decyzje zdrowotne podejmowane są nie na podstawie wiedzy, lecz emocji i algorytmów.

Szef GIS, dr n. med. Paweł Grzesiowski, nie pozostawia wątpliwości co do wagi inicjatywy. „Współpraca z NASK to konkretne narzędzie w walce z dezinformacją medyczną – zjawiskiem, które może realnie zagrażać zdrowiu i życiu. Sprawdzona informacja może uratować zdrowie, fałszywa – zniszczyć zaufanie do nauki i skutecznych metod leczenia. Dlatego razem stawiamy na rzetelną wiedzę i edukację społeczeństwa. Wierzymy, że działania te realnie wzmacniają odporność informacyjną obywateli”.

Z kolei szef NASK, dr inż. Radosław Nielek, zwraca uwagę na dynamikę współczesnego obiegu informacji. „Dziś informacje o zdrowiu można znaleźć wszędzie – w krótkich, viralowych rolkach, ale też, w tak ostatnio popularnych, dłuższych podcastach. Problem w tym, że nie zawsze trafiamy na fakty. Główny Inspektorat Sanitarny to rzetelne źródło wiedzy m.in. o szczepieniach czy o wycofanych produktach żywnościowych. My w NASK każdego roku zgłaszamy platformom społecznościowym dziesiątki tysięcy dezinformujących materiałów. Nasze partnerstwo to naturalne połączenie – sprawdzonej wiedzy, z codzienną walką z dezinformacją”.

W tle porozumienia jest świadomość, że dezinformacja medyczna nie jest abstrakcyjnym zjawiskiem komunikacyjnym. Dotyczy szczepień, onkologii, transplantologii, badań profilaktycznych, diet, chorób przewlekłych i tak zwanych cudownych terapii. Fałszywe treści rozchodzą się szybko, budzą silne emocje i podważają zaufanie do systemu ochrony zdrowia. W praktyce mogą prowadzić do rezygnacji z profilaktyki, opóźnionej diagnozy, pogorszenia stanu zdrowia, podejmowania ryzykownych pseudoterapii czy nawet zagrożenia życia w sytuacjach nagłych.

Porozumienie zakłada szeroką i długofalową współpracę. Instytucje zapowiadają wymianę wiedzy eksperckiej, opracowywanie rekomendacji i strategii dla instytucji publicznych, wspólne kampanie informacyjne oraz analizę i promocję dobrych praktyk. Celem ma być budowa odpornego społeczeństwa informacyjnego, które potrafi rozpoznawać manipulacje i oddzielać wiedzę naukową od narracji pseudomedycznych.

To istotny sygnał w czasie, gdy zaufanie do medycyny i nauki stało się jednym z fundamentów bezpieczeństwa publicznego. Dezinformacja w obszarze zdrowia nie jest wyłącznie problemem wizerunkowym. Jest realnym czynnikiem ryzyka klinicznego. Jeśli pacjent podejmuje decyzję terapeutyczną na podstawie nieprawdziwych informacji, konsekwencje ponosi nie tylko on sam, lecz także cały system.

Wspólna inicjatywa NASK i GIS wpisuje się w szerszy kontekst budowania kompetencji zdrowotnych społeczeństwa. W świecie, w którym każdy może publikować treści medyczne, a algorytmy premiują sensację nad rzetelnością, rola instytucji publicznych jako wiarygodnych źródeł wiedzy staje się kluczowa. Porozumienie nie rozwiąże problemu natychmiast, ale może stać się punktem zwrotnym w systemowym podejściu do ochrony pacjentów przed skutkami dezinformacji.

Źródło: GIS
W sezonie jesienno-zimowym 2025 2026 jedynie 22,3 proc. dorosłych Polaków przyjęło co najmniej jedno szczepienie ochronne. Aż 77,7 proc. nie poddało się żadnej formie profilaktyki szczepiennej. Takie dane przynosi raport „Polska na szczepieniach 2026” przygotowany przez Kliniki.pl na podstawie badania zrealizowanego metodą CAWI przez agencję SW Research na reprezentatywnej próbie dorosłych mieszkańców Polski.
Wyniki badania pokazują wyraźnie, że problem niskiej wyszczepialności wśród dorosłych ma charakter systemowy i nie dotyczy wyłącznie pojedynczych grup społecznych. Najczęściej deklarowanym szczepieniem było szczepienie przeciw grypie, które przyjęło 10,4 proc. respondentów. Szczepienie przeciw COVID 19 zadeklarowało 6,2 proc., przeciw wirusowi RSV 6,0 proc., a przeciw krztuścowi 4,9 proc.

Dane te pozostają spójne z informacjami publikowanymi przez Główny Inspektorat Sanitarny. Z danych dostępnych na portalu ezdrowie.gov.pl wynika, że wyszczepialność przeciw grypie w populacji ogólnej utrzymuje się na poziomie około 6 proc., co potwierdza utrzymujący się niski poziom zainteresowania szczepieniami sezonowymi.

Decyzja, nie bariera organizacyjna

Szczególnie istotne są powody rezygnacji ze szczepień wskazywane przez respondentów. Najczęściej nie były to czynniki organizacyjne ani finansowe, lecz decyzje oparte na przekonaniach i postrzeganiu potrzeby szczepienia.

W populacji ogólnej najczęściej wskazywano na przekonanie, że szczepienie nie było potrzebne, co zadeklarowało 25,2 proc. badanych. Brak zaufania do szczepionek wskazało 14,9 proc. respondentów. 12,0 proc. zadeklarowało brak zalecenia lekarza, a 8,9 proc. brak propozycji szczepienia. Obawy przed działaniami niepożądanymi zgłosiło 8,8 proc. badanych.

Znacznie rzadziej wskazywano na bariery praktyczne. Brak czasu deklarowało około 4 do 5 proc. respondentów, wysoki koszt około 2,5 proc., a problemy z dostępnością szczepień miały charakter marginalny.

Oznacza to, że kluczowym problemem nie jest infrastruktura ani organizacja systemu, lecz percepcja ryzyka, potrzeby i bezpieczeństwa szczepień.

Rodzice bardziej aktywni, ale też bardziej nieufni

Raport pokazuje także różnice między grupami społecznymi. Rodzice dzieci do 18. roku życia częściej niż ogół dorosłych podejmowali działania profilaktyczne, ale jednocześnie częściej deklarowali brak zaufania do szczepionek. W tej grupie 19,0 proc. wskazało brak zaufania wobec 14,9 proc. w populacji ogólnej.

Najczęstszym powodem nieszczepienia wśród rodziców pozostawało przekonanie o zbędności szczepienia, które zadeklarowało 23,3 proc. badanych z tej grupy.

Ta ambiwalencja pokazuje, że nawet osoby bardziej zaangażowane w kwestie zdrowotne nie są wolne od wątpliwości dotyczących profilaktyki.

Autorzy raportu podkreślają, że dominujące bariery mają charakter poznawczy i decyzyjny. Oznacza to, że wyzwaniem nie jest wyłącznie zapewnienie dostępu do szczepień, lecz odbudowa zaufania do profilaktyki oraz konsekwentna, jednoznaczna rekomendacja medyczna. Brak zalecenia lekarza wskazany przez 12 proc. respondentów pokazuje, jak duże znaczenie ma komunikacja w gabinecie lekarskim. Rekomendacja specjalisty pozostaje jednym z najsilniejszych czynników wpływających na decyzję o szczepieniu, a jej brak może być odbierany jako sygnał, że szczepienie nie jest konieczne.

W kontekście sezonowych wzrostów zachorowań na grypę, COVID 19 czy RSV oraz narastających ognisk krztuśca, niski poziom wyszczepialności w populacji dorosłych staje się istotnym problemem epidemiologicznym i systemowym.

Pełne wyniki raportu „Polska na szczepieniach 2026” dostępne są na stronie polskanaszczepieniach.pl

Źródło: Materiał Prasowy

Tej zimy pierwszy szczyt zachorowań na grypę w Polsce przypadł w grudniu. Od pierwszych dni stycznia liczba przypadków ponownie rośnie i już znacząco przekracza te grudniowe. Lekarze spodziewają się, że druga połowa lutego może przynieść gwałtowny wzrost infekcji dróg oddechowych. Dlatego przypominają o podstawowych zasadach profilaktyki: częstym myciu rąk i unikaniu kontaktów z chorymi. Apelują też o szczepienia, szczególnie osób starszych i przewlekle chorych. Na tę formę ochrony przed grypą wciąż decyduje się niewielki odsetek populacji.
– W tym roku występują głównie infekcje górnych dróg oddechowych: zapalenie zatok, grypa, COVID-19. Myślę, że szczyt zachorowań na grypę jest jeszcze przed nami. Były święta, było mniej kontaktów społecznych, teraz mamy ferie, więc być może druga połowa lutego będzie okresem, kiedy zachorowań będzie dużo więcej – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Piotr Grzyb, specjalista chorób wewnętrznych, nefrolog z enel-med.

Z danych udostępnionych przez Centrum e-Zdrowia wynika, że pierwszy wzrost zachorowań na grypę przypadł w tym sezonie na połowę grudnia. Notowano wtedy ok. 110 przypadków na 100 tys. mieszkańców, podczas gdy w analogicznym okresie 2024 roku było ich niemal dwa razy więcej (208,7). Od 5 stycznia br. ponownie notowane są wzrosty zachorowań – w trzecim tygodniu tego miesiąca było to ok. 130 przypadków na 100 tys. mieszkańców, a w czwartym – już 270. Rok temu zachorowań było jeszcze więcej, ponad 360, co może oznaczać, że tegoroczny szczyt jeszcze przed nami.

– Objawy zachorowania na grypę są podobne. Najczęściej są to gorączka, bóle mięśniowe, silny ból gardła, kaszel, nocne poty, czasami towarzyszą temu objawy z przewodu pokarmowego, ale najczęściej są to objawy związane właśnie z układem oddechowym – wymienia lekarz.

Jak poinformował Główny Inspektorat Sanitarny, w sezonie 2025/2026 w Polsce i Europie dominuje nowy wariant K grupy A(H3N2), który odpowiadał za ok. połowę nowych zachorowań w grudniu. Szczep charakteryzuje się tym, że szybko się rozprzestrzenia. Niekoniecznie jednak zachorowanie wiąże się z cięższym przebiegiem. GIS podkreślił, że choroba zwykle ustępuje samoistnie po kilku dniach, maksymalnie po tygodniu. Kaszel, zmęczenie i uczucie rozbicia mogą się jednak utrzymywać nawet przez kilka tygodni. Choć grypa zwykle przebiega stosunkowo łagodnie, to może prowadzić do groźnych powikłań – m.in. zapalenia płuc, anginy paciorkowcowej czy zapalenia mięśnia sercowego. Na ciężki przebieg najbardziej narażone są osoby w wieku powyżej 65 lat i dzieci do piątego roku życia, a także kobiety w ciąży i osoby z chorobami przewlekłymi.

– Proszę wszystkich, żeby co roku się szczepili na grypę. To jest udowodniony sposób zapobiegania zachorowaniom, a w szczególności występowania powikłań. Jeżeli ktoś ma nadciśnienie, cukrzycę, otyłość, chorobę sercowo-naczyniową, czyli jest po zawale, przebył udar mózgu, ma przewlekłą chorobę nerek, to powinien się szczepić co roku – apeluje Piotr Grzyb.

W ramach profilaktyki lekarze zalecają też częste mycie rąk wodą i mydłem, a w przypadku gdy nie jest to możliwe – środkiem dezynfekującym na bazie alkoholu, unikanie bliskiego kontaktu z osobami chorymi, a w przypadku wystąpienia objawów grypowych pozostanie w domu.

– Trzeba dbać o swoje kontakty, czyli nie spotykać się z osobami, o których wiemy, że są chore. To jest też apel do pracodawców, żeby nie tolerowali pracowników, którzy przychodzą chorzy na grypę czy z infekcją układu oddechowego, bo oni są w stanie zakazić cały open space. Tak samo, jeśli czujemy się źle, mamy gorączkę, kaszel, nie odwiedzajmy seniorów czy osób chorych, bo będziemy je narażać na zachorowanie, nie tylko grypą, ale być może COVID-em, RSV czy innym wirusem, który powoduje infekcję dróg oddechowych – podkreśla lekarz. – Mam wrażenie, że wróciliśmy do czasów sprzed pandemii. W dalszym ciągu przychodzimy chorzy do pracy, nie myjemy rąk, w związku z czym jest większa liczba infekcji przewodu pokarmowego, których w trakcie pandemii nie było. Nadal jest kiepsko ze szczepieniami, szczególnie jeśli chodzi o grypę czy o COVID-19.

Szczepionkę przeciwko grypie przyjęło dotychczas ponad 2,24 mln osób. To ponad jedna trzecia więcej niż rok temu, ale wciąż tylko kilka procent Polaków. Z kolei przeciwko COVID-19 zaszczepiło się 568 tys. To o około 60 tys. więcej niż rok wcześniej, ale jednocześnie o ponad 200 tys. mniej niż przed dwoma laty. Lekarze obserwują też w społeczeństwie stopniowe odchodzenie od rygorów sanitarnych, które skutkowały ograniczeniem zakażeń w czasach pandemii.

Źródło: Newseria