Medicalpress
Ognisko zakażeń wirusem Andes związane ze statkiem Hondius pokazało, że w kryzysach zdrowotnych jednym z największych wyzwań bywa nie tylko sam patogen, ale także sposób, w jaki informacja o zagrożeniu zaczyna żyć własnym życiem. Choć hantawirus może być groźny dla pojedynczych pacjentów, obecnie nie ma potencjału pandemicznego. Mimo to sprawa szybko uruchomiła znane z czasu COVID-19 lęki, uproszczenia i fałszywe narracje. 
Historia statku Hondius rozpoczęła się od medycznego alertu: ciężkich zachorowań, kwarantanny, ewakuacji pasażerów oraz komunikatów instytucji zdrowia publicznego, w tym WHO i ECDC. Bardzo szybko stała się jednak także testem społecznej odporności na dezinformację. W przestrzeni publicznej pojawiły się pytania znane z czasu pandemii COVID-19: czy grozi nam nowa pandemia, czy służby przekazują pełne informacje i czy działania sanitarne nie staną się pretekstem do ograniczania wolności.

Groźny dla pacjentów, ale nie pandemiczny

W przypadku hantawirusa kluczowe znaczenie ma nie tylko samo zakażenie, lecz także wariant wirusa i droga transmisji. Ognisko związane ze statkiem Hondius dotyczyło wariantu Andes, innego niż hantawirusy typowo występujące w Europie. Porównania z pandemią COVID-19 są więc w tym przypadku mylące.

–  Wirus Andes przenosi się przede wszystkim przez gryzonie i trafia do ludzi ze środowiska. Transmisja międzyludzka, poza wyjątkowymi sytuacjami bliskiego kontaktu, praktycznie nie występuje. Dlatego z punktu widzenia populacyjnego nie mówimy o wirusie, który ma potencjał wywołania nowej pandemii – wyjaśnia dr Andrzej Jarynowski z Wydziału Nauk o Zdrowiu Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu.

Dezinformacja szybsza niż wirus

Jednym z głównych źródeł chaosu informacyjnego było mylenie pojęć: osoby chorej, zakażonej, podejrzanej o zakażenie, objętej kwarantanną lub nadzorem epidemiologicznym. Stosowane w przestrzeni publicznej uproszczenia powodowały wrażenie, że liczba zakażeń jest większa, a sytuacja wymyka się spod kontroli. Tymczasem nadzór sanitarny czy kwarantanna po kontakcie nie oznaczają automatycznie potwierdzonego zakażenia.

Sprawa hantawirusa szybko została też włączona w znane schematy dezinformacyjne. W polskiej części internetu pojawiały się narracje o „nowej pandemii”, rzekomym „skutku ubocznym szczepionek” czy „ukrywaniu prawdy” przez instytucje zaufania publicznego. Część przekazów wykorzystywała prawdziwe elementy, na przykład obecność określonych zdarzeń w dokumentacji klinicznej, ale wyciągała z nich fałszywe wnioski.

–  W dokumentacji badań klinicznych nad szczepionkami odnotowuje się wszystkie zdarzenia medycznedotyczące uczestników badania, jak np. ciąża. To element monitorowania bezpieczeństwa, a nie automatyczny dowód związku ze szczepieniem. Prawdopodobnie pacjent niezależnie od szczepienia zakaził się w czasie badania hantawirusem i rozwinął hantawirusowy zespół płucny – wyjaśnia dr Jarynowski.  – Dezinformacja zaczyna się wtedy, gdy sam fakt raportowania takiego zdarzenia przedstawia się jako dowód szkodliwości szczepionki.

Właśnie dlatego w komunikacji zdrowotnej tak istotne jest szybkie tłumaczenie, jak działają procedury bezpieczeństwa i dlaczego techniczny język dokumentacji medycznej nie powinien być interpretowany poza kontekstem. Bez tego nawet neutralna informacja może stać się paliwem dla fałszywych narracji.

Ognisko na statku Hondius pokazało również, jak łatwo standardowe procedury sanitarne mogą zostać odczytane jako dowód katastrofy. Ewakuacja, izolacja, kwarantanna, kombinezony ochronne czy monitorowanie kontaktów są elementami zarządzania ryzykiem, ale w mediach społecznościowych mogą zostać przedstawione jako zapowiedź kolejnego globalnego kryzysu. Szczególnie po doświadczeniu COVID-19 część odbiorców interpretuje działania sanitarne nie jako środki ochronne, lecz jako zapowiedź ograniczeń.

Cisza informacyjna jako paliwo teorii spiskowych

Na podatny grunt trafił także brak relacji pasażerów publikowanych „na żywo” w mediach społecznościowych. W świecie, w którym niemal każde wydarzenie natychmiast pojawia się na TikToku, Instagramie czy YouTubie, cisza informacyjna z miejsca zdarzenia bywa odczytywana jako sygnał, że „coś jest ukrywane”. Ta luka szybko stała się pożywką dla spekulacji: pojawiły się teorie, że skoro nie ma bezpośrednich relacji, być może jest tam drugie dno – statek Hondius prowadzi działania wojskowe albo jakiś eksperyment.

–  Tymczasem Hondius był statkiem ekspedycyjnym, nie typowym ekskluzywnym wycieczkowcem. To droga, niszowa wyprawa, której uczestnikami były osoby starsze, dobrze sytuowane, niekoniecznie zainteresowane relacjonowaniem swojego życia w mediach społecznościowych. Brak masowych relacji nie musi więc oznaczać tajemnicy. Może wynikać po prostu z profilu pasażerów – wyjaśnia dr Jarynowski. Ten mechanizm pokazuje, że we współczesnej komunikacji kryzysowej problemem bywa nie tylko nadmiar informacji, ale także ich niedobór.

Komunikacja po COVID-19: szybciej, ale nadal z lukami

Jednocześnie dr Jarynowski ocenia, że komunikacja instytucji zdrowia publicznego była w tym przypadku skuteczniejsza niż w pierwszej fazie pandemii COVID-19. WHO, ECDC oraz krajowe służby szybciej publikowały komunikaty, przygotowywały materiały wyjaśniające i monitorowały reakcje społeczne. To pokazuje, że doświadczenie pandemii przełożyło się na lepsze procedury komunikacyjne i większą gotowość do reagowania na fałszywe narracje.

Nie oznacza to jednak, że sama dostępność komunikatów wystarcza. W kryzysach zdrowotnych instytucje muszą nie tylko podawać fakty, ale też wyjaśniać ich znaczenie: co oznacza kwarantanna, czym różni się podejrzenie zakażenia od potwierdzonego przypadku i dlaczego procedury ostrożnościowe nie są dowodem na katastrofalny scenariusz. Bez takiego kontekstu nawet szybka komunikacja może zostać wyparta przez emocjonalne i antyzdrowotne narracje.

Nieprecyzyjny język napędza kryzys

W kryzysach zdrowotnych precyzja języka jest równie ważna jak szybkość komunikacji. Nie wystarczy poinformować, że ktoś został objęty kwarantanną albo nadzorem epidemiologicznym – trzeba od razu doprecyzować zakres i znaczenie takich działań. Inaczej standardowe procedury zaczynają być odczytywane jako dowód, że sytuacja wymyka się spod kontroli.

– W tej sytuacji większym zagrożeniem społecznym okazuje się infodemia niż sam patogen. Hantawirus nie ma dziś potencjału epidemicznego w takim sensie, jakiego obawiamy się przy koronawirusach czy grypie ptaków. Natomiast fałszywe narracje rozchodzą się szybko, szczególnie wtedy, gdy ludzie pamiętają ograniczenia z czasów COVID-19 i boją się ich powrotu – podkreśla dr Andrzej Jarynowski.

Sprawa statku Hondius pokazuje, że przy kolejnych alarmach zdrowotnych stawką będzie nie tylko opanowanie samego zagrożenia, ale też szybkie zamknięcie przestrzeni dla domysłów. Wirus może wygasnąć po jednym ognisku. Dezinformacja zostaje dłużej – gotowa do użycia w następnym kryzysie.

Źródło: inf pras

Światowa Organizacja Zdrowia ogłosiła zagrożenie zdrowia publicznego o zasięgu międzynarodowym (PHEIC) w związku z ogniskiem gorączki krwotocznej Ebola wywołanej wirusem Bundibugyo w Demokratycznej Republice Konga. Główny Inspektorat Sanitarny poinformował również o przypadkach importowanych w Ugandzie. Eksperci podkreślają, że choć globalne ryzyko oceniane jest obecnie jako niskie, sytuacja w regionie pozostaje bardzo poważna. Nie istnieje zatwierdzona szczepionka ani specyficzne leczenie przeciw tej odmianie wirusa Ebola.

Czterech pracowników ochrony zdrowia zmarło w ciągu kilku dni

Jak wynika z informacji przekazanych przez GIS, 5 maja 2026 r. WHO otrzymała alert dotyczący nieznanej choroby o wysokiej śmiertelności w strefie zdrowia Mongbwalu w prowincji Ituri w Demokratycznej Republice Konga. W ciągu czterech dni zmarło tam czterech pracowników ochrony zdrowia. 13 maja zespół szybkiego reagowania rozpoczął dochodzenie epidemiologiczne w Mongbwalu i Rwampara Health Zone. Dwa dni później potwierdzono, że zachorowania wywołuje wirus Bundibugyo. Do 15 maja zgłoszono 77 podejrzanych przypadków i 67 zgonów w dwóch strefach zdrowia DRK – Rwampara i Mongbwalu – oraz w Bunia Health Zone. Zidentyfikowano także 65 osób z kontaktu, z czego 15 uznano za kontakty wysokiego ryzyka.

GIS podkreśla, że działania epidemiologiczne utrudniają niestabilna sytuacja bezpieczeństwa oraz ograniczenia w przemieszczaniu się. Część osób z kontaktu rozwinęła objawy i zmarła przed izolacją. Większość podejrzanych przypadków dotyczy osób między 20. a 39. rokiem życia, a ponad 60 proc. stanowią kobiety. Według ekspertów może to wskazywać na znaczącą transmisję wirusa w gospodarstwach domowych i podczas opieki nad chorymi członkami rodziny.

Przypadki także w Ugandzie

15 maja Ministerstwo Zdrowia Ugandy poinformowało WHO o laboratoryjnie potwierdzonym przypadku choroby wywołanej wirusem Bundibugyo u starszego mieszkańca DRK, który przyjechał do Ugandy w celu uzyskania pomocy medycznej. W ciągu kolejnych 24 godzin wykryto drugi przypadek u osoby podróżującej z Demokratycznej Republiki Konga.

Obecnie zdarzenie oceniane jest jako przypadki importowane, bez dowodów na lokalną transmisję wirusa w Ugandzie. Trwa dochodzenie mające ustalić źródła zakażenia i drogi szerzenia się choroby.

Czym jest wirus Bundibugyo?

BVD to jedna z odmian wirusa Ebola wywołująca ciężką gorączkę krwotoczną. Wirus przenosi się na ludzi poprzez kontakt z krwią lub wydzielinami zakażonych dzikich zwierząt, m.in. nietoperzy czy małp, a następnie może szerzyć się między ludźmi.

Okres inkubacji wynosi od 2 do 21 dni. Do czasu wystąpienia objawów zakażona osoba nie jest zakaźna. Choroba zaczyna się zwykle nagle – gorączką, silnym osłabieniem, bólem mięśni, głowy i gardła. Mogą pojawić się także wymioty, biegunka, wysypka, niewydolność nerek i wątroby oraz krwawienia wewnętrzne i zewnętrzne.

W poprzednich ogniskach BVD w Ugandzie i DRK śmiertelność wynosiła od 30 do 50 proc. Ostatnie ognisko tej odmiany Eboli odnotowano w 2021 r. w Demokratycznej Republice Konga – zgłoszono wtedy 59 przypadków, w tym 34 zgony.

WHO zwraca uwagę, że w przeciwieństwie do wirusa Ebola Zair nie istnieje obecnie zatwierdzona szczepionka ani specyficzne leczenie przeciw wirusowi Bundibugyo. Trwają jednak prace badawcze nad opracowaniem skutecznych metod terapii i profilaktyki.

Źródło: GIS

Rejs przez Antarktydę i jedne z najbardziej odległych wysp Atlantyku miał być wyjątkową ekspedycją dla miłośników przyrody i ekoturystyki. Zamiast tego zakończył się międzynarodowym dochodzeniem epidemiologicznym. Światowa Organizacja Zdrowia poinformowała o klastrze ciężkich zachorowań związanych z hantawirusem na pokładzie statku wycieczkowego. Do 4 maja potwierdzono siedem przypadków, w tym trzy zgony.
Choć WHO podkreśla, że ryzyko dla populacji globalnej pozostaje niskie, sytuacja zwróciła uwagę epidemiologów z kilku powodów. Choroba przebiegała gwałtownie, część pacjentów rozwinęła ciężką niewydolność oddechową, a dodatkowo nie można jeszcze jednoznacznie wykluczyć ograniczonej transmisji między ludźmi.

Rejs przez Antarktydę i nagłe zachorowania

Statek z 147 pasażerami i członkami załogi wypłynął 1 kwietnia z Ushuaia w Argentynie. Trasa obejmowała Antarktydę, Georgię Południową, Tristan da Cunha, Wyspę Świętej Heleny i Wyspę Wniebowstąpienia – regiony o wyjątkowej bioróżnorodności, ale też kontaktach z dziką przyrodą i siedliskami gryzoni, które stanowią naturalny rezerwuar hantawirusów.

Pierwszy pacjent zachorował już 6 kwietnia. Początkowo objawy przypominały zwykłą infekcję wirusową lub zatrucie pokarmowe: gorączka, ból głowy, biegunka. W ciągu kilku dni rozwinęła się jednak ciężka niewydolność oddechowa i pacjent zmarł na pokładzie statku. Kolejne przypadki przebiegały podobnie – od niespecyficznych objawów do gwałtownego pogorszenia stanu klinicznego, zapalenia płuc, zespołu ostrej niewydolności oddechowej (ARDS) i wstrząsu.

Szczególną uwagę zwrócił drugi przypadek. Kobieta, będąca bliskim kontaktem pierwszego chorego, opuściła statek na Wyspie Świętej Heleny z objawami ze strony przewodu pokarmowego. Jej stan gwałtownie pogorszył się podczas lotu do Johannesburga. Pacjentka zmarła po przyjęciu do szpitala, a badania PCR potwierdziły zakażenie hantawirusem. Rozpoczęto dochodzenie epidemiologiczne dotyczące pasażerów lotu.

Kolejny pacjent, ewakuowany medycznie do Republiki Południowej Afryki, trafił na oddział intensywnej terapii. Rozszerzony panel diagnostyczny w kierunku patogenów oddechowych początkowo był ujemny, jednak test PCR również potwierdził zakażenie hantawirusem. WHO poinformowała, że prowadzone są dalsze badania serologiczne, sekwencjonowanie i analizy metagenomiczne.

Hantawirus może prowadzić do ciężkiej niewydolności oddechowej

Hantawirusy należą do grupy wirusów odzwierzęcych przenoszonych głównie przez gryzonie. Człowiek zakaża się najczęściej poprzez kontakt z moczem, śliną lub odchodami zakażonych zwierząt albo przez wdychanie skażonych aerozoli. Zakażenia zwykle wiążą się z przebywaniem w miejscach zasiedlonych przez gryzonie – starych budynkach, magazynach, gospodarstwach rolnych czy terenach leśnych.

W Amerykach hantawirusy mogą powodować hantawirusowy zespół sercowo-płucny (HCPS/HPS), czyli jedną z najcięższych wirusowych chorób układu oddechowego. Początkowo objawy są mało charakterystyczne: gorączka, bóle mięśni, osłabienie, nudności, biegunka czy ból brzucha. Problem polega na tym, że po kilku dniach może dojść do nagłego rozwoju ciężkiej niewydolności oddechowej i wstrząsu.

W regionie obu Ameryk śmiertelność może sięgać nawet 50 proc.

To właśnie szybka progresja choroby sprawia, że hantawirusy budzą tak duży niepokój klinicystów. Pacjenci początkowo mogą wyglądać stosunkowo stabilnie, by w krótkim czasie wymagać wentylacji mechanicznej, leków wazopresyjnych, a czasem nawet pozaustrojowego wspomagania utlenowania krwi (ECMO).

WHO podkreśla jednak, że zakażenia hantawirusami pozostają rzadkie. W większości przypadków wirusy te nie przenoszą się łatwo między ludźmi. Wyjątkiem jest przede wszystkim Andes virus występujący w Ameryce Południowej, dla którego opisywano ograniczoną transmisję podczas bliskiego i długotrwałego kontaktu.

WHO: ryzyko globalne pozostaje niskie

To właśnie dlatego obecna sytuacja jest monitorowana tak uważnie. Pierwsze dwa przypadki były ze sobą epidemiologicznie powiązane, a dodatkowo obie osoby przed wejściem na statek podróżowały po Ameryce Południowej, w tym Argentynie. Na razie nie wiadomo jednak, czy zakażenia były wynikiem wspólnej ekspozycji środowiskowej, czy mogło dojść do transmisji między ludźmi.

Eksperci zwracają uwagę, że przypadek ten pokazuje również szerszy problem związany z rozwojem turystyki ekspedycyjnej i ekoturystyki. Podróże do odległych regionów świata coraz częściej oznaczają kontakt człowieka z ekosystemami, patogenami i rezerwuarami zwierzęcymi, z którymi wcześniej miał ograniczoną styczność.

WHO zaznacza, że większość rutynowych podróży turystycznych nie wiąże się z istotnym ryzykiem zakażenia hantawirusem. Zaleca jednak ostrożność podczas pobytu w regionach endemicznych, szczególnie tam, gdzie występują gryzonie. Kluczowe znaczenie mają podstawowe działania profilaktyczne: unikanie kontaktu z odchodami gryzoni, odpowiednia wentylacja pomieszczeń oraz stosowanie czyszczenia „na mokro” zamiast zamiatania, które może powodować unoszenie zakaźnych aerozoli.

Na pokładzie statku wdrożono środki bezpieczeństwa, izolację chorych oraz ograniczenie kontaktów między pasażerami. WHO prowadzi koordynację międzynarodową wspólnie z władzami Cabo Verde, Holandii, Wielkiej Brytanii, Hiszpanii i Republiki Południowej Afryki.

Obecnie statek pozostaje u wybrzeży Cabo Verde, a kolejne próbki są analizowane w laboratoriach referencyjnych.

WHO nie rekomenduje żadnych ograniczeń w podróżach ani handlu. Organizacja podkreśla jednak, że sytuacja pozostaje rozwojowa, a dochodzenie epidemiologiczne trwa.

Źródło: komunikat Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) „Disease Outbreak News: Hantavirus cluster linked to cruise ship travel – Multi-country”, 4 maja 2026 r.

Hantawirusy, mimo że mogą wywoływać ciężkie choroby u ludzi, nie są obecnie uznawane za realne źródło pandemii podobnej do COVID-19 – poinformowała PAP dr n. med. Barbara Sobala-Szczygieł ze Śląskiego Uniwersytetu Medycznego.

 
Jak wyjaśniła specjalistka chorób zakaźnych, hantawirusy są wirusami odzwierzęcymi, których głównym rezerwuarem są gryzonie. Do zakażenia człowieka dochodzi najczęściej drogą wziewną, poprzez kontakt z aerozolem zawierającym cząsteczki wirusa obecne w moczu, kale lub ślinie zwierząt.

Ryzyko rośnie m.in. podczas sprzątania zamkniętych przestrzeni – takich jak piwnice, stodoły czy magazyny – oraz w trakcie prac leśnych i rolniczych. Rzadziej zakażenia obserwowano w następstwie ugryzienia.

Dr Sobala-Szczygieł wskazała, że hantawirusy wywołują u ludzi dwa główne zespoły kliniczne: gorączkę krwotoczną z zespołem nerkowym (HFRS), typową dla Europy i Azji, oraz hantawirusowy zespół sercowo-płucny (HCPS/HPS), występujący w obu Amerykach. Oba schorzenia wiążą się z uszkodzeniem śródbłonka naczyń i zwiększoną ich przepuszczalnością, spadkiem liczby płytek krwi oraz ryzykiem wstrząsu, jednak różnią się dominującym zajęciem narządów – w HFRS przede wszystkim nerek, a w HCPS płuc i układu krążenia.

Początek choroby ma zwykle nieswoisty charakter. Jak podkreśliła ekspertka, obejmuje on m.in. gorączkę, dreszcze, bóle mięśni, ból głowy, osłabienie, nudności, wymioty i ból brzucha. W dalszym przebiegu może dochodzić do ciężkich powikłań – w HFRS do ostrej niewydolności nerek, a w HCPS do gwałtownego pogorszenia stanu z obrzękiem płuc, niedotlenieniem i wstrząsem.

Z przekazanych informacji wynika również, że obecnie nie ma powszechnie zatwierdzonego leczenia przeciwwirusowego hantawirusowych zakażeń. Leczenie ma charakter wspomagający i obejmuje m.in. kontrolę gospodarki płynowej i elektrolitowej, leczenie wstrząsu, tlenoterapię, wentylację mechaniczną oraz – w przypadku uszkodzenia nerek – dializoterapię.

Kluczowym czynnikiem ograniczającym potencjał pandemiczny hantawirusów jest – jak zaznaczyła dr Sobala-Szczygieł – bardzo niska zdolność transmisji między ludźmi. „Dla większości hantawirusów transmisja człowiek–człowiek nie jest typowa” – wskazała. Dodała, że jedynie pojedyncze ogniska zakażeń w Argentynie i Chile wiązano z bezpośrednim kontaktem z chorym, co dotyczyło wirusa Andes.

W ocenie specjalistki brak istotnej transmisji międzyludzkiej oraz brak dowodów na szerzenie się zakażeń przez osoby bezobjawowe sprawiają, że hantawirusy nie są obecnie rozpatrywane jako przyczyna kolejnej globalnej pandemii.(PAP)

Źródło: Nauka w Polsce

Długotrwałe narażenie na zanieczyszczenie powietrza zwiększa ryzyko zachorowania na nowotwory o 11 proc., a ryzyko zgonu z ich powodu – o 12 proc. To wnioski z jednego z najbardziej kompleksowych przeglądów dowodów naukowych, który pokazuje, że wpływ jakości powietrza na zdrowie wykracza daleko poza dobrze znany związek z rakiem płuca. W praktyce oznacza to, że czynnik środowiskowy, na który jednostka ma ograniczony wpływ, zaczyna odgrywać coraz większą rolę w epidemiologii nowotworów – i to w skali globalnej.

Nie tylko rak płuca

Zanieczyszczenie powietrza, a szczególnie drobne cząstki pyłu zawieszonego PM2.5, od lat uznawane są za istotny czynnik ryzyka chorób układu oddechowego i sercowo-naczyniowego. Najnowsze dane pokazują jednak, że jego wpływ na onkologię jest znacznie szerszy.

Najsilniejsze zależności obserwuje się w przypadku raka wątroby i jelita grubego. Wraz ze wzrostem stężenia PM2.5 ryzyko zachorowania na raka wątroby rośnie nawet o 32 proc., a raka jelita grubego o 18 proc. Wzrost ryzyka dotyczy także raka piersi i płuca.

Równolegle zwiększa się śmiertelność. Ekspozycja na zanieczyszczone powietrze wiąże się z 20-procentowym wzrostem ryzyka zgonu z powodu raka piersi, 14-procentowym w przypadku raka wątroby i 12-procentowym w raku płuca.

Szacuje się, że samo zanieczyszczenie powietrza odpowiada za około 434 tys. zgonów rocznie z powodu raka płuca. To ponad jedna czwarta możliwych do uniknięcia przypadków u kobiet i blisko co szósty u mężczyzn.

Nierówności zdrowotne zapisane w powietrzu

Jednym z najbardziej uderzających wniosków raportu jest nierównomierne rozłożenie ryzyka. Zanieczyszczenie powietrza nie dotyka wszystkich w równym stopniu – jego konsekwencje kumulują się w populacjach najbardziej narażonych społecznie i ekonomicznie.

„Nowotwory najszybciej rosną w krajach rozwijających się, które są najmniej przygotowane do radzenia sobie z tym problemem. Tymczasem to właśnie populacje najbardziej wrażliwe i niedostatecznie chronione – zwłaszcza osoby gotujące przy użyciu paliw stałych lub mieszkające w pobliżu zakładów przemysłowych – ponoszą nieproporcjonalnie duży ciężar związany z zanieczyszczeniem powietrza. To ludzkie oblicze niesprawiedliwości środowiskowej” (tłum. red.) – podkreśla Helen Clark, była premier Nowej Zelandii i współprzewodnicząca inicjatywy „Our Common Air”.

Szczególnie narażone są kobiety i dzieci. W warunkach, w których do gotowania i ogrzewania wykorzystuje się paliwa stałe (np. drewno, węgiel), kobiety mają aż o 69 proc. wyższe ryzyko rozwoju raka płuca. Wzrost ryzyka dotyczy również innych nowotworów, w tym raka szyjki macicy.

Podwyższone ryzyko obserwuje się także wśród osób pracujących na zewnątrz oraz mieszkańców terenów uprzemysłowionych – zwłaszcza tam, gdzie standardy środowiskowe są niewystarczające lub słabo egzekwowane.

„Czynnik, którego nie da się wyłączyć”

Eksperci podkreślają, że zanieczyszczenie powietrza różni się od wielu innych czynników ryzyka tym, że nie można go po prostu wyeliminować na poziomie indywidualnym.

„Dokonaliśmy ogromnego postępu w ograniczaniu śmiertelności z powodu nowotworów, ale zanieczyszczone powietrze w sposób cichy podważa te osiągnięcia. To czynnik, z którego nie można zrezygnować, i który w największym stopniu dotyka kobiety, dzieci oraz osoby żyjące w ubóstwie” (tłum. red.) – wskazuje Cary Adams, dyrektor generalny Union for International Cancer Control (UICC).

Z tego powodu ciężar odpowiedzialności za ograniczenie ryzyka przesuwa się z poziomu jednostki na poziom polityki publicznej – obejmującej energetykę, transport, przemysł i planowanie przestrzenne.

Dowody są wystarczające, by działać

Zdaniem ekspertów nie ma już potrzeby dalszego udowadniania problemu – dostępne dane są wystarczające, by wdrażać konkretne działania.

„Społeczność onkologiczna osiąga postępy w ograniczaniu innych głównych czynników ryzyka, takich jak palenie tytoniu, spożycie alkoholu czy infekcje wirusowe i bakteryjne. Coraz wyraźniej widać, że zanieczyszczenie powietrza również musi być uznane za istotny i możliwy do uniknięcia czynnik zwiększający ryzyko zachorowania na nowotwory i zgonu z ich powodu” (tłum. red.) – zaznacza dr Elisabete Weiderpass, dyrektor Międzynarodowej Agencji Badań nad Rakiem (IARC).

W praktyce oznacza to konieczność włączenia jakości powietrza do strategii walki z rakiem – na równi z profilaktyką, diagnostyką i leczeniem.

Polityka zdrowotna zaczyna się od powietrza

Lista skutecznych interwencji jest dobrze znana. Obejmuje m.in. zaostrzenie norm emisji, transformację energetyczną, poprawę jakości transportu publicznego oraz projektowanie miast sprzyjających ograniczaniu ruchu samochodowego.

Przykłady takich działań można znaleźć w miastach, które konsekwentnie ograniczają emisje i promują aktywne formy mobilności – jak Barcelona czy Bogotá – gdzie odnotowano realne spadki liczby zgonów możliwych do uniknięcia.

Problemem pozostaje jednak wdrażanie regulacji. Choć ponad 140 krajów przyjęło standardy jakości powietrza, tylko około jedna trzecia skutecznie je egzekwuje.

„Zanieczyszczenie powietrza odpowiada obecnie za więcej zgonów rocznie niż tytoń. Wymaga więc takiej samej uwagi politycznej ze strony rządów i ministrów zdrowia. Czyste powietrze jest kluczowe zarówno dla zapobiegania nowotworom, jak i poprawy przeżywalności” (tłum. red.) – podkreśla Nina Renshaw, dyrektor ds. zdrowia w Clean Air Fund.

Wyzwanie, które będzie narastać

Znaczenie problemu będzie rosło wraz z prognozowanym wzrostem liczby zachorowań na nowotwory – z 20 mln przypadków w 2022 roku do nawet 35 mln w 2050 roku.

W tym kontekście jakość powietrza przestaje być wyłącznie kwestią środowiskową. Staje się jednym z kluczowych elementów polityki zdrowotnej i realnym narzędziem wpływania na przyszłe obciążenie chorobami nowotworowymi.

Źródło: Union for International Cancer Control (UICC), 2026

W lutym swoją premierę miała pierwsza w Polsce publikacja w całości poświęcona epidemiologii nowotworów układu krwiotwórczego i chłonnego – Biuletyn Polskiego Rejestru Onko-Hematologicznego (PROH). Raport ten, opracowany przez Zespół działający w strukturach Krajowego Rejestru Nowotworów (KRN), zawiera kompleksową analizę zachorowań i zgonów tej grupy nowotworów w 2023 roku. 
Utworzenie PROH stanowi istotne rozszerzenie krajowego systemu monitorowania chorób nowotworowych. Po raz pierwszy w sposób systematyczny i ogólnopolski zgromadzono, uporządkowano oraz przeanalizowano dane dotyczące nowotworów hematologicznych, które dotychczas nie były objęte tak szczegółową i dedykowaną obserwacją epidemiologiczną. Raport Polskiego Rejestru Onko-Hematologicznego stanowi naturalne uzupełnienie corocznych raportów dotyczących nowotworów litych publikowanych przez KRN od lat 50. XX wieku. 

Czym są nowotwory hematoonkologiczne i dlaczego ich rejestracja jest ważna

Nowotwory układu krwiotwórczego i chłonnego stanowią istotne wyzwanie dla zdrowia publicznego ze względu na zróżnicowany przebieg kliniczny i konieczność wielospecjalistycznego leczenia, stanowiąc 6% nowotworów. Według najnowszego raportu najczęstszą grupą rozpoznań były chłoniaki (44%), a następnie białaczki (37%) oraz szpiczaki (19%). Rzetelna wiedza epidemiologiczna, oparta na precyzyjnej rejestracji przypadków, pozwala na bieżące śledzenie trendów zachorowalności i umieralności. Wysoka jakość tych danych realnie wspiera lekarzy w codziennej pracy oraz stanowi fundament dla optymalizacji procesów diagnostycznych i oceny skuteczności programów profilaktycznych.

Znaczenie publikacji dla praktyki klinicznej i polityki zdrowotnej

Publikacja ma wymiar strategiczny. Dostarcza ona wiarygodnych informacji niezbędnych nie tylko dla środowisk naukowych, ale i dla instytucji państwowych oraz organizacji pacjentów. Dzięki ustrukturyzowanym danym możliwe jest monitorowanie efektywności strategii leczenia, identyfikacja obszarów wymagających interwencji zdrowotnej oraz tworzenie rzetelnych ram dla nowych badań klinicznych. 

Co zawiera pierwszy biuletyn PROH

Biuletyn za rok 2023 obejmuje szczegółowe dane o liczbie nowych zachorowań i zgonów oraz strukturze demograficznej pacjentów. Wychodząc naprzeciw potrzebom środowiska hematologicznego, rejestr PROH wykorzystuje kody morfologiczne. Dzięki nim możliwa jest dokładniejsza i precyzyjniejsza ocena występowania poszczególnych nowotworów hematologicznych, co bezpośrednio przekłada się na wysoką jakość danych. Po raz pierwszy w takiej skali ujęto również wybrane stany przednowotworowe, co pozwala lepiej zrozumieć wcześniejsze etapy choroby zarówno u dzieci, jak i u dorosłych. Szczególną uwagę poświęcono populacji najmłodszych pacjentów. Dane dla dzieci zostały przedstawione niezwykle szczegółowo, co jest kluczowe, biorąc pod uwagę, że nowotwory hematologiczne odpowiadają aż za 44,2% wszystkich zachorowań w tej grupie wiekowej.

Rola Krajowego Rejestru Nowotworów

Polski Krajowy Rejestr Nowotworów (KRN) to jeden z najstarszych rejestrów populacyjnych w Europie. Jako główne źródło danych epidemiologicznych w kraju, stanowi wiarygodną bazę dla badań naukowych. Powołany w 2023 roku w strukturach KRN Polski Rejestr Onko-Hematologicznego (PROH) jest logicznym przedłużeniem systemu e-KRN+. Został utworzony, aby zapewnić kompleksowy wgląd w przebieg chorób onko-hematologicznych, uwzględniając dane kliniczne, stosowane terapie oraz wyniki leczenia zgodnie z najwyższymi standardami gromadzenia danych.

Publikacja jest dostępna na stronie Krajowego Rejestru Nowotworów 
https://onkologia.org.pl/sites/default/files/publications/2026-02/biuletyn_2023_proh-finalna_do_druku_nowe.pdf 

Źródło: NIO

Polska znajduje się jeszcze przed kulminacją sezonu grypowego. Jak wynika z informacji publikowanych przez Główny Inspektorat Sanitarny, szczyt zachorowań na grypę nastąpi w ciągu najbliższych dwóch tygodni. Ostrzeżenie to potwierdził w rozmowie z PAP Paweł Grzesiowski, wskazując, że obecny wzrost liczby infekcji jest etapem poprzedzającym najwyższą falę sezonową.
Dane epidemiologiczne gromadzone przez sanepid pokazują, że liczba zgłaszanych przypadków grypy systematycznie rośnie. W ostatnich tygodniach tempo zachorowań wyraźnie przyspieszyło, co wpisuje się w typowy przebieg sezonu grypowego w Polsce. Specjaliści podkreślają, że obecna sytuacja nie powinna być interpretowana jako schyłek epidemii, lecz jako zapowiedź jej najbardziej intensywnej fazy.

W tym sezonie dominującym patogenem pozostaje wirus grypy typu A, w szczególności wariant A H3N2. GIS zwraca uwagę, że niskie temperatury nie hamują transmisji wirusa. Przeciwnie, sprzyjają jej warunki zimowe, gdy większa liczba osób przebywa w zamkniętych pomieszczeniach, w szkołach, zakładach pracy i środkach transportu publicznego.

Główny Inspektorat Sanitarny przypomina, że mimo postępu medycyny grypa nadal pozostaje chorobą, która może prowadzić do poważnych powikłań. Dotyczy to zwłaszcza osób starszych, pacjentów z chorobami przewlekłymi, kobiet w ciąży oraz dzieci. W tych grupach ryzyko ciężkiego przebiegu infekcji oraz hospitalizacji jest zdecydowanie wyższe.

W kontekście zbliżającego się szczytu zachorowań sanepid apeluje o przestrzeganie podstawowych zasad profilaktyki. Szczególne znaczenie mają szczepienia przeciwko grypie, które nadal można wykonać i które istotnie zmniejszają ryzyko ciężkiego przebiegu choroby. Równie ważne są proste działania codzienne, takie jak częste mycie rąk, unikanie kontaktu z osobami objawowymi oraz pozostanie w domu w przypadku wystąpienia gorączki, kaszlu czy bólu mięśni.

Eksperci podkreślają, że najbliższe dni będą kluczowe zarówno dla systemu ochrony zdrowia, jak i dla samych pacjentów. Wzrost liczby zakażeń może przełożyć się na większe obciążenie podstawowej opieki zdrowotnej, oddziałów szpitalnych oraz szpitalnych oddziałów ratunkowych. Dlatego tak istotne jest, aby nie bagatelizować objawów i odpowiedzialnie reagować na sygnały płynące z organizmu.

Prognozy GIS nie pozostawiają wątpliwości. Szczyt zachorowań na grypę jest jeszcze przed nami, a najbliższe dwa tygodnie zdecydują o skali tegorocznej fali infekcji. To moment, w którym profilaktyka i indywidualna odpowiedzialność mogą realnie wpłynąć na ograniczenie liczby ciężkich przypadków i powikłań.

Źródło: GIS

Rok 2026 nie przyniesie jednej spektakularnej epidemii, ale może wystawić polski system zdrowia na próbę serii mniejszych, nakładających się zagrożeń. Grypa i RSV mogą mocniej uderzyć zimą, zmiany klimatu otwierają drzwi nowym chorobom, a dezinformacja medyczna staje się jednym z najistotniejszych problemów zdrowia publicznego. – Największym zagrożeniem nie jest dziś pojedynczy wirus, tylko brak czujności i chaos informacyjny – ocenia dr Andrzej Jarynowski z Wydziału Nauk o Zdrowiu Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu.
Prognoza epidemiologiczna na 2026 rok powstała w kontekście szybko zmieniającego się świata: ocieplającego się klimatu, starzenia społeczeństwa, migracji oraz rosnącej mobilności ludzi i towarów. Jej celem nie jest straszenie, ale wskazanie trendów i zjawisk, które już teraz wpływają na zdrowie Polaków i w nadchodzącym roku mogą się nasilić.

Rok 2025 był dobrym przykładem tego, jak łatwo emocje biorą górę nad faktami. Zaczęło się od paniki wokół ludzkiego metapneumowirusa w Chinach, później pojawiały się kolejne alarmistyczne doniesienia – od „nowych śmiercionośnych wariantów grypy” po rzekomo potwierdzoną cholerę. Jednocześnie realne problemy, takie jak choroby zwierząt przy granicach Polski czy powrót dawno niewidzianych zakażeń, wymagały spokojnej, technicznej pracy służb.

– 2025 rok nauczył nas, że kryzys informacyjny potrafi być groźniejszy niż sam patogen – podkreśla dr Jarynowski. – Jeśli komunikaty są niespójne albo przesadzone, ludzie przestają ufać także tym prawdziwym.

Koronawirus pozostaje w obiegu, ale jego rola znacząco się zmieniła. Jesienna fala COVID-19 w 2025 roku była przewidywalna i szybko wygasła, a obecne warianty nie konkurują już z innymi infekcjami sezonowymi.

– COVID stał się jednym z wielu wirusów oddechowych krążących zimą. Wystarczą podstawowe zasady: higiena, wietrzenie i zostawanie w domu w czasie choroby – mówi epidemiolog. Zdecydowanie większy niepokój budzą doniesienia o kolejnych zawleczeniach MERS do Europy oraz rozwój badań nad modyfikowaniem wirusów. – Technologia, w tym sztuczna inteligencja, sprawia, że tworzenie nowych wariantów jest dziś łatwiejsze niż kiedykolwiek. To wymaga międzynarodowej kontroli i odpowiedzialności – zaznacza.

Najpoważniejszym testem dla zdrowia publicznego na początku 2026 roku będzie jednak sezon grypowy. Wszystko wskazuje na to, że fala zachorowań może być silniejsza niż przeciętnie, choć rozłożona nierównomiernie w czasie i przestrzeni.

– Nie zobaczymy jednego, ogólnopolskiego szczytu. Ludzie będą chorować w różnym czasie w różnych regionach, co w praktyce oznacza lokalne ryzyko braków leków – prognozuje dr Jarynowski. W opinii eksperta, szczególnie trudny może być przełom stycznia i lutego, kiedy wysoka absencja chorobowa obejmie zarówno szkoły, jak i miejsca pracy. Równolegle, albo zaraz po, może dojść do kulminacji zakażeń RSV, zwłaszcza wśród niemowląt.

W ostatnich latach liczba rozpoznań rośnie, częściowo dzięki lepszej diagnostyce.

– Mamy skuteczne narzędzie ochrony najmłodszych: darmowe szczepienia kobiet w ciąży, które przekazują dziecku przeciwciała. To bardzo opłacalne i bezpieczne rozwiązanie, a jednocześnie wciąż niedostatecznie promowane – podkreśla ekspert. Jego zdaniem początek 2026 roku to ostatni moment, by nadrobić zaniedbania z poprzedniego sezonu.

W regionie Europy Środkowej rośnie także liczba zachorowań na wirusowe zapalenie wątroby typu A. Szczególnie dynamiczna sytuacja dotyczy Czech, co ma znaczenie dla Polaków podróżujących w okresie ferii.

– Ryzyko indywidualne pozostaje niskie, ale w zatłoczonych miejscach, takich jak schroniska czy punkty gastronomiczne, podstawowa higiena rąk robi ogromną różnicę – mówi dr Jarynowski. – Nie ma powodu, by rezygnować z wyjazdów, ale warto świadomie ograniczać ryzyko i rozważyć szczepienie przy częstych podróżach.

Coraz wyraźniej zaznacza się wpływ zmian klimatu na zdrowie. Dłuższy sezon aktywności kleszczy oznacza więcej przypadków boreliozy i kleszczowego zapalenia mózgu, a nowe gatunki kleszczy pojawiają się w miejscach, gdzie wcześniej ich nie było. W cieplejszych wodach rośnie ryzyko zakażeń bakteriami Vibrio, a stojąca, nagrzana woda sprzyja zakwitom toksycznych sinic.

– Choroby, które jeszcze niedawno kojarzyliśmy z południem Europy, stają się także naszym problemem – ocenia epidemiolog.

Niepokojący jest także stały wzrost chorób przenoszonych drogą płciową, widoczny nie tylko w dużych miastach, ale coraz częściej na prowincji. U nas do 2022 r. to był przede wszystkim problem Wrocławia, a obecnie zapadalność na kiły, rzeżączkę i HIV w ziemsko-miejskich powiatach naszego województwa podwyższyły się do poziomu stolicy Dolnego Śląska. Zdaniem dr. Jarynowskiego to efekt zmian społecznych i słabo funkcjonującej edukacji zdrowotnej. – Jeśli młodzi ludzie nie dostają rzetelnej wiedzy w szkole, trudno oczekiwać, że będą podejmować odpowiedzialne decyzje – mówi. Na tle wszystkich tych zagrożeń szczególnie wyróżnia się problem dezinformacji medycznej. Fałszywe alarmy, sensacyjne nagłówki i teorie spiskowe skutecznie podkopują zaufanie do ekspertów i instytucji.

– Możemy mieć najlepsze szczepionki i procedury, ale jeśli ludzie im nie wierzą, system przestaje działać – ocenia dr Jarynowski.

Prognoza na 2026 rok nie jest scenariuszem katastroficznym, lecz ostrzeżeniem. Polska ma doświadczenie, wyszkolone służby i coraz lepsze narzędzia analityczne. Kluczowe będzie jednak wzmocnienie edukacji zdrowotnej, spójna komunikacja i współpraca między instytucjami.

– To będzie rok wielu mniejszych wyzwań naraz. Od tego, jak na nie odpowiemy, zależy, czy przejdziemy go spokojnie, czy w permanentnym kryzysie – podsumowuje ekspert.

Prognozę przygotował dr Andrzej Jarynowski z Wydziału Nauk o Zdrowiu Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu we współpracy z Interdyscyplinarnym Zespołem Monitorowania Kryzysowego
i Epidemiologicznego. 

Źródło: Komunikat Prasowy

Świąteczne spotkania i zakupy w zatłoczonych sklepach sprzyjają rozprzestrzenianiu się wirusów atakujących układ oddechowy, również tych odpowiedzialnych za COVID-19. Przy okazji powrotu jesienno-zimowego sezonu infekcyjnego lekarze i epidemiolodzy przypominają o kluczowej roli szczepień. Od września do końca listopada br. wykonano łącznie ponad 540 tys. szczepień przeciw COVID-19. W ciągu ostatnich trzech miesięcy notuje się wyraźny wzrost tej liczby, co eksperci wiążą z narastającą świadomością ryzyka: odporność z czasem słabnie, a nowe warianty wirusa nadal potrafią wywoływać ciężki przebieg choroby, szczególnie u seniorów i osób zmagających się z chorobami przewlekłymi. 
Dane z raportu chorób zakaźnych opublikowanego przez Centrum e-Zdrowia pokazują, jak silnie COVID-19 wpisuje się w sezonowy rytm. Już w sierpniu odnotowano wzrost aktywności wirusa, a w połowie września wskaźnik zgłoszeń sięgnął 96,2 przypadków na 100 tys. mieszkańców, co wyraźnie kontrastuje z jednocyfrowymi wartościami notowanymi przez większą część roku. Od połowy listopada wskaźnik ustabilizował się nieco powyżej 20 przypadków na 100 tys. mieszkańców.

Eksperci podkreślają jednak, że te wahania nie oznaczają końca zagrożenia. Infekcje dróg oddechowych nasilają się zwykle w okresie świątecznym i zimą, kiedy częściej spotykamy się w pomieszczeniach, a wirusy łatwiej się rozprzestrzeniają. 

– Cały czas warto się zaszczepić przeciw COVID-19. W obecnym sezonie infekcyjnym dostępna jest szczepionka zaktualizowana do krążącego wariantu wirusa SARS-CoV-2, dzięki czemu pomaga utrzymać skuteczność szczepienia w miarę ewolucji koronawirusa – podkreśla dr hab. Ewa Augustynowicz, prof. Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego PZH-PIB, ekspertka Zakładu Epidemiologii Chorób Zakaźnych i Nadzoru. – Warto, aby o szczepieniu w pierwszej kolejności pamiętały osoby z grup ryzyka zachorowania na COVID-19 i z chorobami towarzyszącymi, osoby z ciężkimi zaburzeniami odporności. Z racji swojego stanu zdrowia mają one większe ryzyko ciężkiego przebiegu COVID-19 i ochrona jest im najbardziej potrzebna.

Od września do końca listopada wykonano ponad 540 tys. szczepień przeciw COVID-19. To dowód, że Polacy coraz częściej decydują się na ochronę przed zimowym wzrostem zachorowań. Wciąż jednak daleko do poziomu 793 tys. zaszczepionych sprzed dwóch sezonów. Eksperci podkreślają, że wiele osób nadal ma szansę wzmocnić odporność przed świątecznymi spotkaniami i wyjazdami.

 Szczepienie może przynieść korzyści również osobom z ogólnej populacji, także tym, które szczepiły się wcześniej. Odporność po szczepieniu zmniejsza się wraz z upływem czasu oraz gdy pojawiają się nowe warianty wirusa, stąd podanie kolejnej dawki przypominającej zwiększa efekty szczepienia wobec ciężkiej postaci COVID-19 i czasowo również wobec choroby o łagodniejszym przebiegu. Warto również wykorzystać wizytę na szczepienie przeciw COVID-19, aby rozszerzyć ochronę przed infekcjami i uzupełnić szczepienie, jeśli tego wcześniej nie zrobiliśmy, np. przeciw grypie czy RSV – tłumaczy prof. Ewa Augustynowicz.

Na sezon 2025/2026 szczepienia przypominające są zalecane m.in. przez Zespół ds. Szczepień Ochronnych, Polskie Towarzystwo Epidemiologów i Lekarzy Chorób Zakaźnych, WHO oraz grupę ETF przy Europejskiej Agencji Leków. Zgodnie z komunikatem Ministra Zdrowia szczepienia przeciw COVID-19 w sezonie 2025/2026 są udostępnione wszystkim dorosłym i młodzieży od 12. roku życia, a w określonych okolicznościach również dzieciom. Szczególna rekomendacja dotyczy osób starszych, przewlekle chorych i z obniżoną odpornością. E-skierowania wystawiane są automatycznie. Szczepionki i ich podanie są bezpłatne i dostępne zarówno w przychodniach opieki zdrowotnej, jak i w aptekach mających umowę z NFZ.

 Szczepienie to nie tylko indywidualna decyzja, ale także wspólna odpowiedzialność za zdrowie publiczne. W tym roku, dzięki poszerzeniu kompetencji farmaceutów w Polsce, pracownicy ochrony zdrowia – a szczególnie farmaceuci – mają jeszcze większe możliwości, by odgrywać kluczową rolę w ochronie społeczeństwa przed COVID-19 – podkreśla dr Mikołaj Konstanty, wiceprezes Naczelnej Rady Aptekarskiej i członek Rady Naukowej Narodowego Programu Zwalczania Chorób Zakaźnych.

W ostatnich sezonach znacząco wzrosła liczba szczepień wykonywanych w aptekach, co ułatwiło dostęp do profilaktyki, zwłaszcza osobom starszym. Eksperci wskazują, że decyzje o szczepieniu, szczególnie wśród seniorów, zapadają najczęściej podczas rozmowy z lekarzem rodzinnym, co sprawia, że rola POZ i aptek w edukacji zdrowotnej jest kluczowa.

– Prowadząc pacjentów i szczepiąc ich, możemy zwiększyć poziom wyszczepialności, ograniczyć ryzyko ciężkiego przebiegu choroby i wzmocnić odporność populacyjną nie tylko w sezonie jesienno-zimowym, ale też przez cały rok – przekonuje dr Mikołaj Konstanty.

Specjaliści zachęcają, by przed szczytem sezonu infekcyjnego sprawdzić status swoich szczepień na Internetowym Koncie Pacjenta i skonsultować ewentualne wątpliwości z lekarzem lub farmaceutą. Podkreślają, że dawka przypominająca przeciwko COVID-19 może być podana jednocześnie z innymi szczepieniami zalecanymi, w tym przeciw grypie i RSV, co pozwala kompleksowo się przygotować na okres zwiększonej zachorowalności.

Źródło: Newseria

Pilne opracowanie międzysektorowej strategii zdrowia publicznego oraz aktualizacja ustawy regulującej ten obszar to główne wnioski z dyskusji decydentów i ekspertów podczas Seminarium Szkoły Zdrowia Publicznego CMKP, które odbyło się 3 grudnia. Uczestnicy podkreślali, że bez tych działań system nie sprosta narastającym wyzwaniom zdrowotnym.
Wiceminister zdrowia dr. n. o zdr. Katarzyna Kęcka, podkreśliła, że ważne jest międzysektorowe podejście do zdrowia publicznego i wykorzystanie doświadczenia wszystkich grup zawodowym przy tworzeniu programów profilaktycznych. Wiceminister zdrowia Tomasz Maciejewski dodał, że rozwój technologii i dostęp do coraz większej ilości danych medycznych będzie pomagał kreować bardziej skuteczne polityki zdrowotne, konieczne w związku z licznymi wyzwaniami epidemiologicznymi.

Seminarium zainaugurował wykład prof. dr hab. Witolda Zatońskiego z Uniwersytetu Kaliskiego pt. Zdrowie publiczne w Polsce w latach 2000-2025: upadek, stagnacja czy odrodzenie? Prof. Zatoński podkreślił, że w ostatnich latach, niestety obserwujemy w Polsce dwa niepokojące trendy w zdrowiu publicznym.
– Po pierwsze częstość palenia przestała się zmniejszać. Po drugie gwałtownie wzrosło spożycie alkoholu – z około 6 do około 12 litrów etanolu rocznie na mieszkańca –  podkreślił prof. Zatoński. – W XXI wieku w zdrowiu publicznym alkohol stał się ojcem polskich chorób. Jedną z przyczyn było obniżenie w 2002 r.  o 30 proc. akcyzy na wyroby spirytusowe. W efekcie doszło od ogromnego wzrostu ich spożycia – mówił.
Profesor przypomniał, że największym sukcesem ostatnich dekad było odwrócenie epidemii tytoniowej i związanych z nią chorób oraz zgonów. Analizy epidemiologiczne pokazywały, że spadek rozpowszechnienia palenia tytoniu i konsumpcji papierosów w Polsce w latach 1990 – 2015 należał do najszybszych na świecie. 
– Po negatywnych zmianach związanych ze wzrostem spożycia alkoholu i palenia tytoniu  można spodziewać się, że śmiertelność  z powodu raka płuca znów zacznie rosnąć – mówił  prof. Zatoński. – Wolałbym już tego nie oglądać, ale takie będą skutki tych trendów, jeśli pilnie nie zaczniemy działać. Potrzebujemy strategii zdrowia publicznego i może powstania w Polsce – na wzór Szwecji – urzędu zajmującego się zdrowiem publicznym.
Ekspert zwrócił uwagę, że poprawa zdrowia Polaków wymaga jednoczesnego wzmocnienia edukacji zdrowotnej, zmian zachowań populacyjnych, wdrożenia progresywnej polityki zdrowotnej oraz podejścia „zdrowie we wszystkich politykach”.

Wykład „Zdrowie populacyjne jako podstawa planowania interwencji prozdrowotnych” wygłosił prof. Mateusz Jankowski.

W debacie dotyczącej najważniejszych wyzwań w zdrowiu publicznym udział wzięli: prof. GUM Łukasz Balwicki, konsultant krajowy w dziedzinie zdrowia publicznego, prof. UMŁ Monika Burzyńska, prodziekan Wydziału Nauk o Zdrowiu Uniwersytetu Medycznego w Łodzi, Bartłomiej Chmielowiec, Rzecznik Praw Pacjenta, prof. Krzysztof J. Filipiak, dyrektor CMKP, prof. Wojciech Hanke, przewodniczący Komitetu Zdrowia Publicznego Polskiej Akademii Nauk, Monika Kaczmarek, prezes Polskiego Stowarzyszenia Diabetyków, prof. Dorota Kozieł, zastępca dyrektora CMKP ds. pielęgniarstwa i innych zawodów medycznych, Tomasz Maciejewski, wiceminister zdrowia i dr n. med. Beata Małecka-Libera, przewodnicząca senackiej Komisji Zdrowia.

Eksperci do największych wyzwań w zdrowiu publicznym w Polsce zaliczyli: walkę ze wzrostem spożycia papierosów i spożycia alkoholu w Polsce, edukację zdrowotną dzieci i młodzieży, poprawę przestrzegania przez pacjentów zaleceń lekarskich, wzrost świadomości zdrowotnej wśród pacjentów, naukę komunikacji w zespole między specjalistami różnych zawodów medycznych oraz walkę z fake newsami medycznymi. Wskazywano także, że priorytetem powinno być powstanie strategii zdrowia publicznego oraz wzmacnianie i większe wykorzystywanie – także w zakresie profilaktyki – kompetencji różnych zawodów medycznych.

Dr n. med. Beata Małecka-Libera, przewodnicząca senackiej Komisji Zdrowia podkreśliła, że po latach zaniedbań w zdrowiu publicznym, jest czas na konkretne działania.
– Senat ustanowił 2025 Rokiem Edukacji Zdrowotnej i Profilaktyki, dlatego w tym roku bardzo dużo w Senacie rozmawialiśmy, właśnie o profilaktyce i zdrowiu publicznym – przypomniała Beata Małecka-Libera. – Mamy przygotowanych wiele rozwiązań, które powstały podczas spotkań z ekspertami. Pod kątem legislacyjnym udało nam się już je przygotować. Wiemy, że konieczne jest przygotowanie nowego Narodowego Programu Zdrowia i nowelizacja ustawy o zdrowiu publicznym. Jesteśmy także otwarci na debatę o tym, jakie działania są konieczne, by ograniczyć spożycie alkoholu i palenie papierosów – zadeklarowała.

Prof. Krzysztof J. Filipiak, dyrektor-rektor CMKP przypomniał, że wchodzimy w jubileusz 55-lecia CMKP, który obchodzić będziemy w przyszłym roku. Dyrektor przypomniał, że CMKP jest kontynuatorem Instytutu Doskonalenia i Specjalizacji Kadr Lekarskich, który został powołany w 1953 r. , a jego pierwszym dyrektorem był prof. Marcin Kacprzak, późniejszy rektor Akademii Medycznej w Warszawie.
– Prof. Marcin Kacprzak uważany jest de facto za pioniera medycyny społecznej w Polsce – mówił prof. Krzysztof J. Filipiak. – Zajmował się: higieną, medycyną społeczną, badaniami stanu zdrowia populacji, stanem opieki lekarskiej nad ludnością wiejską i miejską, gruźlicą na wsi, epidemiologią – tak wówczas, 70 lat temu, definiowano to, co dzisiaj nazywa się „zdrowiem publicznym”. A więc można śmiało powiedzieć, że spośród polskich uczelni medycznych, właśnie CMKP najdłużej – „uprawia” zdrowie publiczne spointował.

Prof. Piotr Jankowski, dziekan Szkoły Zdrowia Publicznego CMKP dodał, że w tej uczelni powstawały kluczowe inicjatywy, projekty i programy edukacyjne, które kształtowały system kształcenia specjalizacyjnego oraz standardy organizacji ochrony zdrowia.
– W odpowiedzi na dynamicznie zmieniające się wyzwania cywilizacyjne oraz pojawiające się nowe zagrożenia dla zdrowia publicznego, powołano w Szkole sześć nowych zakładów naukowych, które zajmować się będą: prawem medycznym, analizami systemu ochrony zdrowia, ekonomiką zdrowia, epidemiologią, medycyną stylu życia oraz zagadnieniami związanymi z pielęgniarstwem i innymi zawodami medycznymi – mówi prof. Jankowski.

Źródło: materiał prasowy

Lato, wakacyjne wyjazdy, spotkania przy stole i jedzenie poza domem – to wszystko sprzyja beztrosce, ale także zwiększa ryzyko zachorowania na wirusowe zapalenie wątroby typu A. Specjaliści z Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego we Wrocławiu alarmują, że choroba, zwana nieprzypadkowo „żółtaczką pokarmową” czy „chorobą brudnych rąk”, wcale nie zniknęła i coraz częściej atakuje również w Polsce.
Wystarczy chwila nieuwagi – dotknięcie nieumytymi rękami okolic oczu, nosa czy ust – by zwiększyć ryzyko infekcji. U dorosłych przebieg choroby zwykle bywa gwałtowny i często wymaga hospitalizacji. – „Najlepszym zabezpieczeniem przed tak zwaną chorobą brudnych rąk, czyli wirusowym zapaleniem wątroby typu A jest szczepienie, warto je zrealizować i mieć spokojną głowę, tym bardziej że są szczepionki dwuwalentne, czyli połączenie szczepionki przeciwko wirusowemu zapaleniu wątroby typu A i przeciwko wirusowemu zapaleniu wątroby typu B. W ten prosty sposób zabezpieczamy się długoterminowo, na około 10 lat” – podkreśla prof. dr hab. Jarosław Drobnik, naczelny epidemiolog USK we Wrocławiu.

Dane epidemiologiczne nie pozostawiają złudzeń. Według Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego PZH – PIB w 2022 roku w Polsce zgłoszono 233 przypadki WZW A, ponad dwa razy więcej niż w roku wcześniejszym. W 2024 liczba ta wzrosła do 319, a w bieżącym roku odnotowano już dwukrotny wzrost względem analogicznego okresu rok wcześniej. Lekarze dodają, że rzeczywista skala problemu jest większa – wiele osób przechodzi zakażenie bezobjawowo i nie trafia do statystyk. Polska nadal należy do krajów o niskiej zachorowalności, ale – jak podkreślają eksperci – nie wolno tracić czujności.

Higiena jest podstawowym orężem w walce z wirusami. Mycie rąk wodą i mydłem może zmniejszyć liczbę biegunek niemal o połowę, tymczasem wciąż bywa lekceważone. – „W sytuacji, kiedy siadamy do posiłku, bezwzględnie musimy pamiętać o umyciu rąk, szczególnie po skorzystaniu z toalety, ale nie tylko. Warto też np. w restauracji przetrzeć podane przez obsługę sztućce” – mówi prof. Drobnik.

Ostrożność warto zachować także w czasie podróży. Street food kusi zapachem i lokalnym kolorytem, ale jeśli widzimy brud czy chaos w miejscu przygotowywania jedzenia, lepiej odpuścić. – „Jeśli ktoś brudnymi rękami przygotowuje dla nas posiłek, to nawet jeśli sami zachowamy zasady higieny, istnieje ryzyko zakażenia. Najbezpieczniejsze są tak zwane potrawy z ognia, bo jest szansa, że w ten sposób unikniemy chorób wirusowych, jak i bakteryjnych” – dodaje ekspert. Podobne zasady dotyczą owoców i warzyw – zawsze należy je przepłukać, a w krajach o niższych standardach sanitarnych szczególną uwagę zwrócić na wodę i lód dodawany do napojów.

Objawy zakażenia wirusem HAV nie zawsze są jednoznaczne. Mogą przypominać przeziębienie – gorączka, osłabienie, bóle mięśni – ale też dotyczyć układu pokarmowego: nudności, wymioty, wzdęcia czy ból brzucha. U części chorych pojawia się żółtaczka. – „Nie u wszystkich takie objawy się pojawią, niektórzy przejdą to zakażenie łagodnie, w niemal stu procentach objawy są uleczalne” – zaznacza dr Jakub Zelig, specjalista chorób wewnętrznych, gastroenterologii i chorób zakaźnych z Kliniki Gastroenterologii, Hepatologii i Chorób Wewnętrznych USK.

U dzieci zakażenie przebiega zazwyczaj łagodnie, często bezobjawowo, ale u dorosłych ma cięższy i pełnoobjawowy charakter. Czas inkubacji wirusa wynosi od 2 do 7 tygodni, a choroba może trwać miesiącami. Im starszy pacjent, tym większe ryzyko powikłań.

Eksperci przypominają także, że podobne objawy dają inne typy wirusowych zapaleń wątroby. WZW B i WZW C przenoszone są drogą krwiopochodną, a zakażenia mogą prowadzić do przewlekłych chorób wątroby. – „Jeśli ktoś raz miał kontakt z wirusem HBV, to prawdopodobnie niewielka ilość materiału genetycznego tego wirusa pozostaje w jądrach komórkowych hepatocytów. U niektórych chorych może to być postać utajona, bez objawów, ale u innych możemy mieć do czynienia z przewlekle aktywnym WZW B” – wyjaśnia dr Zelig. Leczenie pozwala zahamować aktywność wirusa, ale jego całkowite usunięcie jest praktycznie niemożliwe.

Jeszcze inaczej wygląda przebieg WZW C, które często rozwija się „po cichu”. – „Wirusowe zapalenie wątroby typu C zazwyczaj nie ma ostrej fazy, ona się zdarza rzadko, najczęściej jest to takie ciche zakażenie bez objawów, aż ktoś się zorientuje, że coś się dzieje niedobrego z wątrobą. Może występować zmęczenie, złe samopoczucie czy obniżenie nastroju” – tłumaczy specjalista. Na szczęście tu medycyna dysponuje skutecznymi terapiami – kuracja trwa zwykle 2–3 miesiące i pozwala niemal stuprocentowo wyleczyć zakażenie.

Eksperci podkreślają, że choć Polska nadal pozostaje krajem o niskiej zapadalności na WZW A, to globalizacja, turystyka i mobilność społeczeństwa sprawiają, że wirusy nie znają granic. Higiena, czujność i szczepienia to klucz do bezpiecznych wakacji – i spokojnej głowy nie tylko w sezonie urlopowym.

Źródło: Uniwersytecki Szpital Kliniczny we Wrocławiu
Wirusowe zapalenie wątroby typu A, potocznie nazywane „chorobą brudnych rąk”, znów daje o sobie znać. Specjaliści z Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego we Wrocławiu ostrzegają: w sezonie urlopowym ryzyko zakażenia istotnie rośnie, a dane epidemiologiczne nie pozostawiają złudzeń – zachorowań jest coraz więcej.
Wzrost liczby przypadków HAV to problem, którego nie można lekceważyć. Jak podkreślają lekarze, infekcji sprzyjają podróże zagraniczne, częste zmiany miejsc pobytu, nieregularne posiłki, a także kontakt z nieodpowiednio przygotowaną żywnością. Zakażenie szerzy się drogą pokarmową i wystarczy zjeść skażony owoc lub nieumyć rąk przed posiłkiem, by narazić się na poważne konsekwencje zdrowotne.

Choroba zwykle zaczyna się niepozornie – przypomina grypę, z towarzyszącą jej gorączką, osłabieniem, bólami mięśni i stawów. Dopiero później mogą pojawić się bardziej charakterystyczne objawy: żółtaczka, bóle brzucha, ciemne zabarwienie moczu i odbarwiony stolec. W cięższych przypadkach konieczna jest hospitalizacja, a rekonwalescencja potrafi trwać tygodniami.

Eksperci z Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego zwracają uwagę na jedyną skuteczną metodę ochrony – szczepienie. Choć w Polsce szczepienie przeciwko WZW A nie należy do kalendarza szczepień obowiązkowych, lekarze rekomendują je szczególnie osobom planującym zagraniczne podróże, a także dzieciom, osobom pracującym w gastronomii oraz pacjentom z chorobami przewlekłymi.

Nie mniejszą rolę odgrywa higiena. Mycie rąk przed jedzeniem i po skorzystaniu z toalety, picie wody z pewnych źródeł, unikanie surowych potraw w nieznanych miejscach – to podstawowe, a często lekceważone zasady.

Z danych Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego wynika, że liczba zachorowań na WZW typu A w Polsce od kilku lat stopniowo rośnie. Zjawisko to ma charakter sezonowy, ze szczytem przypadającym na okres letni i jesienny – dokładnie wtedy, gdy Polacy najchętniej podróżują.

Odpowiedzialne planowanie wyjazdu to dziś nie tylko wybór kierunku, ale i zapobieganie ryzyku zdrowotnemu. Lekarze apelują o rozwagę: w sezonie wakacyjnym warto pamiętać nie tylko o bagażu, ale i o szczepieniach oraz o najprostszych zasadach higieny.

Źródło: Uniwersytecki Szpital Kliniczny we Wrocławiu

Dwa wykryte przypadki przecinkowca cholery (Vibrio cholerae) w Polsce wzbudziły niepokój. Jak poinformował Główny Inspektor Sanitarny i Konsultant Krajowy w dziedzinie chorób zakaźnych we wspólnym komunikacie opublikowanym 25 lipca, w obu przypadkach nie doszło do rozwoju pełnoobjawowej cholery. Zakażenia określono jako wibriozę – infekcję przewodu pokarmowego wywołaną przez przecinkowce, które nie wytwarzają toksyny cholerycznej.
Pierwszy przypadek dotyczył osoby mieszkającej w województwie zachodniopomorskim. „Stwierdzono wibriozę, czyli zakażenie przecinkowcem cholery nie produkującym toksyny” – poinformowano. Jak podkreślają autorzy komunikatu, u żadnej z osób objętych kwarantanną i nadzorem sanitarnym nie rozwinęły się objawy tej choroby, dlatego zakończono postępowanie sanitarne.

Drugi przypadek wykryto w województwie lubelskim. Również tutaj objawy były łagodne i wskazywały na wibriozę. „Do czasu zakończenia badań mikrobiologicznych, wdrożono prewencyjną 5-dniową kwarantannę domową dla osób z najbliższego kontaktu” – czytamy w komunikacie.

Wibrioza to choroba o mniejszym znaczeniu epidemicznym niż klasyczna cholera. Jej przebieg zazwyczaj ogranicza się do dolegliwości ze strony układu pokarmowego – bólu brzucha, wymiotów, biegunki, gorączki i osłabienia. Przenosi się głównie drogą pokarmową, przez skażoną wodę lub żywność. Okres inkubacji wynosi od 3 do 5 dni.

Latem ryzyko zakażenia rośnie, ponieważ wysokie temperatury sprzyjają namnażaniu się przecinkowców w środowisku. „W Polsce od wielu lat obserwuje się okresowo występowanie nietoksynotwórczych przecinkowców w zbiornikach wodnych, szczególnie w sezonie letnim” – przypomina Główny Inspektor Sanitarny dr Paweł Grzesiowski.

W tym momencie, według autorów komunikatu, nie ma podstaw do stwierdzenia zagrożenia epidemiologicznego dla społeczeństwa. Sytuacja jest stale monitorowana.

Wspólny komunikat podpisał również Konsultant Krajowy w dziedzinie chorób zakaźnych, prof. dr hab. med. Miłosz Parczewski.

Źródło: GIS