Medicalpress
Obecnie stłuszczeniowa choroba wątroby związana z zaburzeniami metabolicznymi (MASLD, ang. metabolic dysfunction-associated steatotic liver disease) po cichu staje się jednym z największych zagrożeń dla zdrowia wątroby. To najczęstsza przewlekła choroba wątroby, która przekształciła się w globalną epidemię, dotykającą około 30% populacji na całym świecie.
Zachorowalność na stłuszczeniową chorobę wątroby związaną z zaburzeniami metabolicznymi (MASLD) stale rośnie. Według szacunków, do 2040 roku nawet 55% dorosłych może zmagać się z tym schorzeniem – to niemal trzykrotnie więcej niż w 1990 roku i aż o 43% więcej niż w 2020.

Konsekwencje tego trendu powinny budzić niepokój: MASLD należy obecnie do najszybciej rosnących przyczyn zachorowań na raka wątroby – od 1990 roku liczba przypadków wzrosła aż o 205%. Co więcej, schorzenie to często stanowi kluczowy czynnik prowadzący do zaawansowanych stadiów chorób wątroby, takich jak przewlekły stan zapalny i marskość.

Nadal głównym czynnikiem ryzyka rozwoju MASLD pozostaje niezdrowy styl życia – nadmierna podaż kalorii, zwłaszcza z tłuszczów i cukrów, a także brak aktywności fizycznej. Oznacza to, że trend wzrostowy można odwrócić poprzez poprawę nawyków żywieniowych w społeczeństwie. Co ważne, wiele przypadków tej choroby jest odwracalnych, jeśli zostaną odpowiednio wcześnie rozpoznane i poddane leczeniu.

Cichy zabójca wątroby – kluczem do profilaktyki jest zrównoważona i pełnowartościowa dieta
Wątroba pełni wiele kluczowych funkcji życiowych. Oprócz metabolizowania cukrów, tłuszczów i białek, uczestniczy w procesach detoksykacji organizmu, reguluje poziom cholesterolu oraz wspiera układ odpornościowy. Choć posiada niezwykłą zdolność do regeneracji, jej przeciążenie – spowodowane niewłaściwą dietą, alkoholem czy lekami – może prowadzić do uszkodzeń. Problem polega na tym, że proces ten charakteryzuje się objawami, które łatwo przeoczyć – a gdy pojawią się poważne symptomy, bywa już za późno. Chora wątroba nie boli.

W celu zwiększenia świadomości na temat roli, jaką odgrywa utrzymanie w zdrowiu tego “cichego”, lecz niezwykle istotnego narządu, eksperci w obszarze zdrowia wskazują na trzy proste kroki, które każdy z nas może podjąć, by zadbać o swoją wątrobę:

Krok pierwszy: Wprowadź zdrowy styl życia i prawidłowe nawyki żywieniowe

Zbilansowana dieta oraz regularna aktywność fizyczna odgrywają kluczową rolę w utrzymaniu zdrowia wątroby. Eksperci zalecają dietę bogatą w warzywa, owoce, pełnoziarniste produkty zbożowe oraz źródła białka o niskiej zawartości tłuszczów, przy jednoczesnym ograniczeniu nadmiernego spożycia cukrów, rafinowanych węglowodanów i tłuszczów nasyconych. Regularny ruch – np. spacery czy jazda na rowerze – może również wspierać utrzymanie prawidłowej masy ciała.

Krok drugi: Regularnie monitoruj stan zdrowia
Regularne badania kontrolne u lekarza – obejmujące ocenę funkcji wątroby, poziomu lipidów we krwi oraz glukozy – mogą pomóc we wczesnym wykrywaniu zaburzeń metabolicznych. Wczesna diagnoza umożliwia szybką interwencję, w tym modyfikację stylu życia oraz w razie potrzeby wdrożenie odpowiedniego leczenia.

Dowiedz się więcej na temat diagnozowania problemów z wątrobą: Jak zadbać o wątrobę?   

Krok trzeci: Rozważ wsparcie
Fosfolipidy niezbędne, obecne na przykład w lekach dostępnych bez recepty, to naturalne substancje, które pomagają budować i utrzymywać prawidłową strukturę błon komórkowych – również tych w komórkach wątroby. Badania kliniczne[v] opisują ich wpływ na wspieranie funkcji wątroby. Przed rozpoczęciem stosowania jakiegokolwiek suplementu diety lub produktu leczniczego należy zawsze skonsultować się z lekarzem lub farmaceutą.
W Światowym Dniu Stłuszczenia Wątroby przesłanie jest jasne: wątroba pełni kluczową rolę w naszym organizmie – zadbaj o nią, nie czekaj, aż będzie za późno.
Wzrost zakażeń wirusem hMPV w Chinach, wzbudza obawy i rodzi pytanie: czy grozi nam kolejna epidemia? – HMPV nie ma potencjału pandemicznego. Odnotowany wzrost liczby infekcji jest typowy dla tej pory roku – uspokaja lek. Agnieszka Motyl, Dyrektor Działu Jakości i Standardów Medycznych w Medicover, specjalistka medycyny rodzinnej i epidemiolog.
Na przełomie grudnia i stycznia pojawiły się niepokojące doniesienia płynące z Chin, o gwałtownym wzroście w tym kraju zakażeń metapneumowirusami (hMPV). Porównywano to z początkami COVID-19.
 
Zakażenia metapneumowirusami są sezonowe i pojawiają się głównie w porze zimowej
 
Medicalpress.pl zapytał epidemiolożkę Agnieszkę Motyl, czym jest wirus hMPV i czy jest groźny.  
 
– HMPV, czyli ludzki metapneumowirus to wirus zawierający genom w postaci jednoniciowego kwasu rybonukleinowego (RNA), należący do rodziny pneumowirusów (Pneumoviridae). Jest blisko spokrewniony z wirusem syncytialnym (RSV). Wyróżniono dwie grupy hMPV: A i B i podgrupy (klady): A1, A2, B1 i B2. Metapenumowirusy występują od lat na całym świecie. Wywołują ostre zakażenia dróg oddechowych, które w strefie klimatu umiarkowanego występują najczęściej późną zimą i wiosną – tłumaczy specjalistka, i dodaje: – Zakażenia hMPV są powszechne, szczególnie w wieku dziecięcym. Ponowne infekcje występują przez całe życie. Większość zakażeń ma postać łagodną, samoograniczająca się, niekiedy zakażenie hMPV może przekształcić się w zapalenie oskrzelików, oskrzeli lub zapalenie płuc. U pacjentów z grup ryzyka może dojść do niewydolności oddechowej. Ciężkie, wymagające hospitalizacji zakażenia hMPV, często są wynikiem koinfekcji, czyli jednoczesnego zakażenia innymi wirusami – RSV, czy wirusem grypy.
 
Do grupy najbardziej narażonych na ciężki przebieg zakażenia należą dzieci z niedojrzałym układem immunologicznym, seniorzy z osłabioną odpornością, a także m.in. pacjenci w trakcie chemioterapii i po przebytych przeszczepach.
 
Objawy zakażenia hMPV
 
Jak wskazuje lek. Agnieszka Motyl, Dyrektor Działu Jakości i Standardów Medycznych w Medicover, specjalistka medycyny rodzinnej i epidemiolog, objawy kliniczne zakażenia hMPV u dzieci są podobne do powodowanych przez zakażenia RSV, dotyczą zarówno dolnych, jak i górnych dróg oddechowych. Do najczęstszych objawów należą: kaszel, nieżyt nosa, gorączka, świszczący oddech.
 
W przypadku zajęcia dolnych dróg oddechowych może rozwinąć się zapalenie oskrzelików, oskrzeli, płuc. Zakażenie hMPV powoduje również nasilenie objawów astmy – tłumaczy.
 
U dorosłych zakażenie może przebiegać bezobjawowo lub w postaci łagodnych objawów górnych dróg oddechowych.
 
U seniorów lub osób z osłabioną odpornością czy przewlekłymi chorobami układu oddechowego może dojść do ciężkiego zapalenia płuc.
 
Leczenie ma charakter objawowy
 
Obecnie nie ma specyficznej terapii przeciwwirusowej w leczeniu hMPV. Leczenie ma charakter objawowy – wyjaśnia lek. Agnieszka Motyl. – W profilaktyce należy stosować standardowe środki zapobiegające przenoszeniu infekcji sezonowych, czyli dbać o higienę rąk, unikać bliskiego kontaktu z osobami, które są chore oraz zachęcać do noszenia maseczek osoby z objawami infekcji dróg oddechowych.
 
HMPV nie ma potencjału pandemicznego
 
W ocenie ekspertów, hMPV nie ma potencjału pandemicznego.
 
Odnotowany wzrost liczby infekcji hMPV jest typowy dla tej pory roku. Jest również wynikiem wprowadzenia możliwości testowania w kierunku hMPV, stąd zaczynamy lepiej dostrzegać zjawisko, które towarzyszyło nam już od dawna – podsumowuje epidemiolożka Agnieszka Motyl.
Autor: red. Katarzyna Redmerska, redakcja Medicalpress
Wyspecjalizowane i dostępne ośrodki leczenia, kompleksowe diagnozy, przeciwdziałanie niedożywieniu pacjentów – tylko w ten sposób, zdaniem lekarzy, możemy powstrzymać prawdziwą „epidemię” nowotworów. Każdego roku w Polsce nawet 170 tys. osób dowiaduje się, że choruje na raka.

Nowotwory, zaliczane do chorób cywilizacyjnych, każdego roku odpowiadają za około 25 proc. wszystkich zgonów w Polsce w ciągu roku — w tym ponurym zestawieniu wyprzedzają je jedynie choroby układu krążenia. Na świecie rak powoduje śmierć 41 mln osób rocznie, również plasując się tuż za problemami sercowo-naczyniowymi. Opracowanie standardów i strategii walki z tą „epidemią XXI wieku” była przedmiotem debaty pt. „Choroby cywilizacyjne — wyzwania organizacyjne i terapeutyczne w onkologii”, zorganizowanej przez „Puls Medycyny” w Centrum Prasowym PAP. 

Maciej Miłkowski, wiceminister zdrowia, powiedział, że jego resort koncentruje się obecnie na rozwoju diagnostyki genetycznej. 
Chodzi między innymi o stworzenie standardów, kiedy należy wykonać poszczególne badania. Pacjent po rozpoznaniu powinien mieć zapewnioną dokładną diagnozę molekularną oraz jasno wytyczoną ścieżkę dalszego leczenia – powiedział minister Miłkowski.
Kontynuując ten wątek, dr Katarzyna Pogoda z Narodowego Instytutu Onkologii im. M. Skłodowskiej-Curie – Państwowego Instytutu Badawczego w Warszawie, opowiedziała o znaczeniu badań molekularnych BRCA 1 i BRCA 2 w profilaktyce i leczeniu raka piersi. 
Diagnostyka genetyczna dla pacjentek z tym nowotworem jest dla nas kluczowa. Przede wszystkim w kontekście profilaktyki oraz potencjalnej operacji przy wczesnym raku, podczas której chirurg może, w ramach jednego zabiegu, wykonać obustronną mastektomię i wyleczyć daną osobę z nowotworu – tłumaczyła ekspertka. 
Anna Kupiecka, założycielka i prezeska Fundacji „Onkocafe – Razem Lepiej”, wyjaśniała, jak ważna dla pacjentów jest pełna informacja na temat wszystkich możliwych badań, uzyskana na jak najwcześniejszym etapie. 
Gabinet lekarski powinien być miejscem, w którym pacjenci dostają wyczerpującą pomoc i wsparcie. Trudno wymagać od nich, zwłaszcza na pierwszym etapie choroby, gdy ciągle towarzyszy im stres i napięcie, by to oni podpowiadali lekarzom, jakie badania powinni mieć zrobione – zaapelowała Anna Kupiecka. 
Prof. Maciej Krzakowski, konsultant krajowy w dziedzinie onkologii klinicznej, wśród wyzwań stojących przed polską onkologią wymienił m.in. potrzebę większej kompleksowości postępowania, zwiększającej dostęp do wszystkich możliwych metod leczenia. 
Ten cel można osiągnąć poprzez tworzenie kompleksowych ośrodków diagnostyczno-terapeutycznych – powiedział profesor. – Ponadto potrzebna jest kontrola jakości leczenia oraz nowoczesne kształcenie nie tylko lekarzy, ale też pielęgniarek, gdyż to one mają najczęstszy kontakt z pacjentami – dodał. 
Jak przypomniała dr Anna Dańska-Bidzińska ze Szpitala Klinicznego im. ks. Anny Mazowieckiej w Warszawie, w ciągu ostatnich 20 lat podwoiła się w Polsce liczba zachorowań i zgonów w grupie kobiet powyżej 65. roku życia związanych z rakiem trzonu macicy. 
Być może wpływ na tę śmiertelność ma rozproszenie leczenia onkologicznego oraz deficyt diagnostyki obrazowej, skutkujące niedoszacowaniem stopnia klinicznego zaawansowania nowotworu– powiedziała. Dr Dańska-Bidzińska. 
Ekspertka dodała, że zalecenia Polskiego Towarzystwa Ginekologów i Położników dokładnie określiły ścieżkę prowadzenia kobiet chorych na raka trzonu macicy.
Dziś wiemy, że nie jest to jedna choroba, ale cztery podtypy molekularne, z których każdy charakteryzuje się innym rokowaniem, innymi wskazaniami do leczenia i innym ryzykiem nawrotu. Tak naprawdę pacjentka na samym początku, kiedy kierowana jest na leczenie operacyjne, powinna zapytać, czy jest to ośrodek, który dysponuje możliwością diagnostyki molekularno-genetycznej – podkreśliła. 
Z kolei prof. Andrzej Deptała, kierownik Kliniki Onkologii i Hematologii Centralnego Szpitala Klinicznego MSWiA w Warszawie, opowiedział o leczeniu raka jelita grubego. Na tę chorobę zapada w Polsce rocznie ponad 18 tys. osób. 
Polki i Polacy niechętnie chodzą na badania profilaktyczne. Na kolonoskopię zgłasza się około 17 proc. osób, które mogłyby się zbadać. W takich warunkach trudno liczyć na poprawę statystyk w tym obszarze – wyjaśniał profesor.
Dr Agnieszka Kolasińska-Ćwikła z Kliniki Onkologii i Radioterapii COI w Warszawie, przypomniała, że chociaż rak tarczycy nie jest najczęściej występującym nowotworem (dziewiątym na świecie, jeśli chodzi o zachorowania), to dziś dotyka on pacjentów czterokrotnie częściej niż w latach dziewięćdziesiątych.
Nawet u trzydziestu procent chorych ten nowotwór nawraca lub się rozsiewa, przez co standardowe w innych przypadkach, dziesięcioletnie przeżycia, spadają do około dziesięciu procent. Z tego koło dziesięć-piętnaście procent chorych rozwija oporność na terapię jodem radioaktywnym, która jest jednym z elementów leczenie raka tarczycy, co dodatkowo pogarsza ich rokowania – powiedziała specjalistka.
Poważnym wyzwaniem w leczeniu pacjentów onkologicznych jest niedożywienie, stanowiące główną przyczynę zgonu co piątego pacjenta onkologicznego. 
Zależy nam na tym, żeby można było wprowadzić interwencję żywieniową bardzo wcześnie, unikając skrajnego wyniszczenia pacjentów. Niedożywienie oznacza zły stan ogólny, który powoduje nieskuteczność leczenia. Chodzi o to, żeby wprowadzić takie zasady na każdym etapie leczenia choroby nowotworowej, by pacjenci mieli szansę nie być niedożywionymi – powiedział prof. Przemysław Matras, prezes Polskiego Towarzystwa Żywienia Klinicznego.
Prof. Matras dodał, że całe środowisko związane z leczeniem żywieniowym postuluje stworzenie nowego stanowiska specjalisty: dietetyka klinicznego, który pracowałby w każdym szpitalu, zajmując się zarówno rozpoznawaniem niedożywienia, jak i kierowaniem pacjenta na odpowiednią ścieżkę. 
Znane jest badanie kliniczne wskazujące, że jedno euro wydane na problemy związane z żywieniem klinicznym przynosi pięćdziesiąt cztery euro oszczędności. Lepsza kondycja pacjentów zwiększa bowiem ich szansę szybszego powrotu do zdrowia – podkreślił prof. Matras. 

Źródło: PAP MediaRoom

Wyspecjalizowane i dostępne ośrodki leczenia, kompleksowe diagnozy, przeciwdziałanie niedożywieniu pacjentów – tylko w ten sposób, zdaniem lekarzy, możemy powstrzymać prawdziwą „epidemię” nowotworów. Każdego roku w Polsce nawet 170 tys. osób dowiaduje się, że choruje na raka.

Nowotwory, zaliczane do chorób cywilizacyjnych, każdego roku odpowiadają za około 25 proc. wszystkich zgonów w Polsce w ciągu roku — w tym ponurym zestawieniu wyprzedzają je jedynie choroby układu krążenia. Na świecie rak powoduje śmierć 41 mln osób rocznie, również plasując się tuż za problemami sercowo-naczyniowymi. Opracowanie standardów i strategii walki z tą „epidemią XXI wieku” była przedmiotem debaty pt. „Choroby cywilizacyjne — wyzwania organizacyjne i terapeutyczne w onkologii”, zorganizowanej przez „Puls Medycyny” w Centrum Prasowym PAP. 

Maciej Miłkowski, wiceminister zdrowia, powiedział, że jego resort koncentruje się obecnie na rozwoju diagnostyki genetycznej. 
Chodzi między innymi o stworzenie standardów, kiedy należy wykonać poszczególne badania. Pacjent po rozpoznaniu powinien mieć zapewnioną dokładną diagnozę molekularną oraz jasno wytyczoną ścieżkę dalszego leczenia – powiedział minister Miłkowski.
Kontynuując ten wątek, dr Katarzyna Pogoda z Narodowego Instytutu Onkologii im. M. Skłodowskiej-Curie – Państwowego Instytutu Badawczego w Warszawie, opowiedziała o znaczeniu badań molekularnych BRCA 1 i BRCA 2 w profilaktyce i leczeniu raka piersi. 
Diagnostyka genetyczna dla pacjentek z tym nowotworem jest dla nas kluczowa. Przede wszystkim w kontekście profilaktyki oraz potencjalnej operacji przy wczesnym raku, podczas której chirurg może, w ramach jednego zabiegu, wykonać obustronną mastektomię i wyleczyć daną osobę z nowotworu – tłumaczyła ekspertka. 
Anna Kupiecka, założycielka i prezeska Fundacji „Onkocafe – Razem Lepiej”, wyjaśniała, jak ważna dla pacjentów jest pełna informacja na temat wszystkich możliwych badań, uzyskana na jak najwcześniejszym etapie. 
Gabinet lekarski powinien być miejscem, w którym pacjenci dostają wyczerpującą pomoc i wsparcie. Trudno wymagać od nich, zwłaszcza na pierwszym etapie choroby, gdy ciągle towarzyszy im stres i napięcie, by to oni podpowiadali lekarzom, jakie badania powinni mieć zrobione – zaapelowała Anna Kupiecka. 
Prof. Maciej Krzakowski, konsultant krajowy w dziedzinie onkologii klinicznej, wśród wyzwań stojących przed polską onkologią wymienił m.in. potrzebę większej kompleksowości postępowania, zwiększającej dostęp do wszystkich możliwych metod leczenia. 
Ten cel można osiągnąć poprzez tworzenie kompleksowych ośrodków diagnostyczno-terapeutycznych – powiedział profesor. – Ponadto potrzebna jest kontrola jakości leczenia oraz nowoczesne kształcenie nie tylko lekarzy, ale też pielęgniarek, gdyż to one mają najczęstszy kontakt z pacjentami – dodał. 
Jak przypomniała dr Anna Dańska-Bidzińska ze Szpitala Klinicznego im. ks. Anny Mazowieckiej w Warszawie, w ciągu ostatnich 20 lat podwoiła się w Polsce liczba zachorowań i zgonów w grupie kobiet powyżej 65. roku życia związanych z rakiem trzonu macicy. 
Być może wpływ na tę śmiertelność ma rozproszenie leczenia onkologicznego oraz deficyt diagnostyki obrazowej, skutkujące niedoszacowaniem stopnia klinicznego zaawansowania nowotworu– powiedziała. Dr Dańska-Bidzińska. 
Ekspertka dodała, że zalecenia Polskiego Towarzystwa Ginekologów i Położników dokładnie określiły ścieżkę prowadzenia kobiet chorych na raka trzonu macicy.
Dziś wiemy, że nie jest to jedna choroba, ale cztery podtypy molekularne, z których każdy charakteryzuje się innym rokowaniem, innymi wskazaniami do leczenia i innym ryzykiem nawrotu. Tak naprawdę pacjentka na samym początku, kiedy kierowana jest na leczenie operacyjne, powinna zapytać, czy jest to ośrodek, który dysponuje możliwością diagnostyki molekularno-genetycznej – podkreśliła. 
Z kolei prof. Andrzej Deptała, kierownik Kliniki Onkologii i Hematologii Centralnego Szpitala Klinicznego MSWiA w Warszawie, opowiedział o leczeniu raka jelita grubego. Na tę chorobę zapada w Polsce rocznie ponad 18 tys. osób. 
Polki i Polacy niechętnie chodzą na badania profilaktyczne. Na kolonoskopię zgłasza się około 17 proc. osób, które mogłyby się zbadać. W takich warunkach trudno liczyć na poprawę statystyk w tym obszarze – wyjaśniał profesor.
Dr Agnieszka Kolasińska-Ćwikła z Kliniki Onkologii i Radioterapii COI w Warszawie, przypomniała, że chociaż rak tarczycy nie jest najczęściej występującym nowotworem (dziewiątym na świecie, jeśli chodzi o zachorowania), to dziś dotyka on pacjentów czterokrotnie częściej niż w latach dziewięćdziesiątych.
Nawet u trzydziestu procent chorych ten nowotwór nawraca lub się rozsiewa, przez co standardowe w innych przypadkach, dziesięcioletnie przeżycia, spadają do około dziesięciu procent. Z tego koło dziesięć-piętnaście procent chorych rozwija oporność na terapię jodem radioaktywnym, która jest jednym z elementów leczenie raka tarczycy, co dodatkowo pogarsza ich rokowania – powiedziała specjalistka.
Poważnym wyzwaniem w leczeniu pacjentów onkologicznych jest niedożywienie, stanowiące główną przyczynę zgonu co piątego pacjenta onkologicznego. 
Zależy nam na tym, żeby można było wprowadzić interwencję żywieniową bardzo wcześnie, unikając skrajnego wyniszczenia pacjentów. Niedożywienie oznacza zły stan ogólny, który powoduje nieskuteczność leczenia. Chodzi o to, żeby wprowadzić takie zasady na każdym etapie leczenia choroby nowotworowej, by pacjenci mieli szansę nie być niedożywionymi – powiedział prof. Przemysław Matras, prezes Polskiego Towarzystwa Żywienia Klinicznego.
Prof. Matras dodał, że całe środowisko związane z leczeniem żywieniowym postuluje stworzenie nowego stanowiska specjalisty: dietetyka klinicznego, który pracowałby w każdym szpitalu, zajmując się zarówno rozpoznawaniem niedożywienia, jak i kierowaniem pacjenta na odpowiednią ścieżkę. 
Znane jest badanie kliniczne wskazujące, że jedno euro wydane na problemy związane z żywieniem klinicznym przynosi pięćdziesiąt cztery euro oszczędności. Lepsza kondycja pacjentów zwiększa bowiem ich szansę szybszego powrotu do zdrowia – podkreślił prof. Matras. 

Źródło: PAP MediaRoom

– Wyszczepialność w Polsce jest porównywalna z Gambią czy Senegalem. Nie można jej porównać do krajów starej Europy, bo tam jest ona dużo wyższa. W przypadku grypy sięga 70 proc., a w Polsce miejscami jest na poziomie 2 proc., więc różnica jest dramatyczna. Wszyscy, którzy pracują w ochronie zdrowia, powinni systematycznie, spokojnie, małymi krokami przekonywać pacjentów do szczepień. Chodzi o to, żeby przyszedł w Polsce taki czas, że ludzie będą chcieli się szczepić, ponieważ patogeny nam nie odpuszczą. – mówi dr n. farm. Leszek Borkowski.
– Zastanawiam się, dlaczego wielu ludzi przestało wierzyć w postęp nauki. Przecież każdy chce wsiąść do nowego samochodu czy pojechać nowoczesnym pociągiem, mieć w ręku nowoczesny telefon lub komputer, a jednocześnie boimy się szczepień. To jest niezrozumiałe, bo przecież dążymy do postępu i trzeba z niego korzystać – mówi dr n. farm. Leszek Borkowski, prezes Fundacji Razem w Chorobie. Jak ocenia, podejście Polaków do szczepień się pogarsza, co obrazuje chociażby przykład wyszczepialności przeciw grypie, który w Polsce jest rekordowo niski i oscyluje raptem wokół 7 proc. W tym roku sytuacja epidemiczna z powodu grypy jest najpoważniejsza od 10 lat.

– Podejście Polaków do szczepień się pogorszyło. Wcześniej nie obserwowano tak silnych ruchów antyszczepionkowych, szczepienia były obowiązkowe i wszyscy się szczepili, dzięki czemu jako kraj po II wojnie światowej poradziliśmy sobie z całą masą chorób zakaźnych i wydawało się, że będzie wspaniale. Ale nie było, co pokazała pandemia wirusa SARS-CoV-2, która zabrała w Polsce prawie 120 tys. ludzi. Wielu z nich żyłoby, gdyby było zaszczepionych – mówi agencji Newseria Biznes dr n. farm. Leszek Borkowski.

W Polsce pandemia COVID-19, która zaczęła się w marcu 2020 roku, spowodowała dotąd blisko 6,4 mln zakażeń i prawie 119 tys. zgonów. Walkę z wirusem, okupioną dotkliwymi dla gospodarki restrykcjami i lockdownami, umożliwiły dopiero szczepionki, które pojawiły się pod koniec grudnia 2020 roku. Do 8 stycznia br. podano w Polsce łącznie blisko 57,9 mln dawek, a liczba osób w pełni zaszczepionych przekracza 22,6 mln. To ok. 60 proc. populacji.

– Wyszczepialność w Polsce jest porównywalna z Gambią czy Senegalem. Nie można jej porównać do krajów starej Europy, bo tam jest ona dużo wyższa. W przypadku grypy sięga 70 proc., a w Polsce miejscami jest na poziomie 2 proc., więc różnica jest dramatyczna – mówi prezes Fundacji Razem w Chorobie. – Wszyscy, którzy pracują w ochronie zdrowia, powinni systematycznie, spokojnie, małymi krokami przekonywać pacjentów do szczepień. Chodzi o to, żeby przyszedł w Polsce taki czas, że ludzie będą chcieli się szczepić, ponieważ patogeny nam nie odpuszczą. COVID-19 nie był z pewnością ostatnią pandemią i nie wiadomo, kiedy pojawi się nowa. Może to być za 50 lat, a może za dwa lata.

W badaniu CBOS z października 70 proc. ankietowanych Polaków zadeklarowało, że zaszczepiło się przeciwko COVID-19 przynajmniej jedną dawką. Ponad jedna czwarta poprzestała na podstawowej dawce i nie zdecydowała się na szczepienia przypominające. W kolejnych tego typu badaniach widać rosnący odsetek osób, które deklarują nieszczepienie się (30 proc.). Eksperci łączą to ze spadającą liczbą zakażeń i lżejszym przebiegiem COVID-19 w ostatnich miesiącach, co z kolei wpływa na mniejszą presję społeczną w kwestii szczepień. Przytaczane w ramach rządowej kampanii „Chcę zrozumieć” badania, które zostały opublikowane w magazynie „Lancet”, wskazują, że w trakcie rocznej akcji (od grudnia 2021 do grudnia 2022 roku) szczepionki przeciwko COVID-19 zapobiegły prawie 20 mln zgonom w 185 krajach.
– Zastanawiam się, dlaczego wielu ludzi przestało wierzyć w postęp nauki. Przecież każdy chce wsiąść do nowego samochodu, pociągu, mieć w ręku nowoczesny telefon lub komputer, a jednocześnie boimy się szczepień. To jest niezrozumiałe, bo przecież dążymy do postępu i trzeba z niego skorzystać – podkreśla dr n. farm. Leszek Borkowski. – Wszystkie te bzdury, które krążą o wszczepianiu chipów, są równie dobre jak opowiadanie, że na Księżycu są niedźwiedzie. Czasami takie nierozsądne i nieprzemyślane opinie krążą, żyją własnym życiem, ale człowiek po to ma rozum, żeby z niego korzystał. I kiedy to robi, to mniej choruje.
Prezes Fundacji Razem w Chorobie wskazuje, że żadna szczepionka nie chroni przed zachorowaniem w 100 proc., a jej skuteczność często zależy m.in. od upływu czasu i indywidualnych predyspozycji. Mimo to szczepienia pozostają podstawową metodą profilaktyki i dają największą szansę na łagodny przebieg choroby.
– Szczepienie nie jest wieczne, każde szczepienie daje słabszy efekt w czasie i to zależy od rodzaju szczepionki i organizmu pacjenta. Jeden zaszczepiony w dzieciństwie będzie wciąż odporny po czterdziestce, drugi już nie. To wychodzi, kiedy badamy przeciwciała, czyli odporność na daną infekcję, np. w związku z wyjazdem do egzotycznego kraju. Okazuje się, że dorośli ludzie często tych przeciwciał nie mają, więc trzeba doszczepiać – mówi farmakolog.
Oprócz COVID-19 w tym sezonie jesienno-zimowym największym zmartwieniem szpitali i przychodni jest również wirus RSV, szczególnie niebezpieczny dla małych dzieci, seniorów, osób z chorobami kardiologicznymi albo układu oddechowego, a także silny nawrót zachorowań na grypę, która może prowadzić do bardzo poważnych powikłań zdrowotnych. Jej transmisję ułatwia brak obostrzeń antycovidowych, które w pandemicznych latach ograniczyły liczbę zachorowań. Dlatego – choć organizacje zdrowia publicznego co roku przypominają o tym, jak ważne są szczepienia przeciw grypie – w tym roku te zalecenia mogą się okazać szczególnie ważne. 
Jak informuje OPZG, tak poważnej sytuacji epidemicznej z powodu grypy nie było w Polsce od 10 lat. Przytaczane przez program dane epidemiologiczne Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego – Państwowego Zakładu Higieny wskazują, że w okresie od 1 września do 31 grudnia 2022 roku doszło do ponad 2,43 mln przypadków zachorowań na grypę oraz 12,2 tys. skierowań pacjentów do szpitali. W trakcie dwóch ostatnich tygodni grudnia zmarły 24 osoby. Dlatego OPZG apeluje o rozwiązania, które mają odciążyć placówki podstawowej opieki medycznej. Chodzi m.in. o możliwość szczepienia dzieci przez farmaceutów czy uruchomienie mobilnych punktów szczepień, wprowadzenie powszechnego systemu e-skierowań na szczepienia przeciw grypie dla wszystkich Polaków, przy uwzględnieniu ich refundacji.
W Polsce tymczasem poziom wyszczepialności przeciw grypie jest bardzo niski – w sezonie 2021/2022 nie sięgnął nawet 7 proc., co i tak było wynikiem dwukrotnie wyższym niż w ostatnich 10 latach (dane Ogólnopolskiego Programu Zwalczania Grypy). Wciąż bowiem pokutuje mit, że grypa to cięższe przeziębienie, przez co wielu pacjentów – zamiast się szczepić lub odwiedzić lekarza – woli przechorować ją w domu.
 Wszystko, co robimy, powinno być poparte rzetelną wiedzą. Samoleczenie jest dobrym rozwiązaniem, ponieważ odciąża gabinety lekarskie i SOR-y w szpitalach z błahych problemów, ale powinno być to robione z umiarem. Trzeba pamiętać, że leki to nie cukierki i im mniej, tym lepiej. Namawiam, żeby brać je rozsądnie i jeżeli nie posiadamy wystarczającej wiedzy, korzystać z fachowej porady farmaceutów w ramach opieki farmaceutycznej. Dziś łatwiej się dostać do apteki, których mamy w Polsce dużo, niż odczekać w przychodni wśród zainfekowanych – mówi dr n. farm. Leszek Borkowski.

źródło: newseria

– Wyszczepialność w Polsce jest porównywalna z Gambią czy Senegalem. Nie można jej porównać do krajów starej Europy, bo tam jest ona dużo wyższa. W przypadku grypy sięga 70 proc., a w Polsce miejscami jest na poziomie 2 proc., więc różnica jest dramatyczna. Wszyscy, którzy pracują w ochronie zdrowia, powinni systematycznie, spokojnie, małymi krokami przekonywać pacjentów do szczepień. Chodzi o to, żeby przyszedł w Polsce taki czas, że ludzie będą chcieli się szczepić, ponieważ patogeny nam nie odpuszczą. – mówi dr n. farm. Leszek Borkowski.
– Zastanawiam się, dlaczego wielu ludzi przestało wierzyć w postęp nauki. Przecież każdy chce wsiąść do nowego samochodu czy pojechać nowoczesnym pociągiem, mieć w ręku nowoczesny telefon lub komputer, a jednocześnie boimy się szczepień. To jest niezrozumiałe, bo przecież dążymy do postępu i trzeba z niego korzystać – mówi dr n. farm. Leszek Borkowski, prezes Fundacji Razem w Chorobie. Jak ocenia, podejście Polaków do szczepień się pogarsza, co obrazuje chociażby przykład wyszczepialności przeciw grypie, który w Polsce jest rekordowo niski i oscyluje raptem wokół 7 proc. W tym roku sytuacja epidemiczna z powodu grypy jest najpoważniejsza od 10 lat.

– Podejście Polaków do szczepień się pogorszyło. Wcześniej nie obserwowano tak silnych ruchów antyszczepionkowych, szczepienia były obowiązkowe i wszyscy się szczepili, dzięki czemu jako kraj po II wojnie światowej poradziliśmy sobie z całą masą chorób zakaźnych i wydawało się, że będzie wspaniale. Ale nie było, co pokazała pandemia wirusa SARS-CoV-2, która zabrała w Polsce prawie 120 tys. ludzi. Wielu z nich żyłoby, gdyby było zaszczepionych – mówi agencji Newseria Biznes dr n. farm. Leszek Borkowski.

W Polsce pandemia COVID-19, która zaczęła się w marcu 2020 roku, spowodowała dotąd blisko 6,4 mln zakażeń i prawie 119 tys. zgonów. Walkę z wirusem, okupioną dotkliwymi dla gospodarki restrykcjami i lockdownami, umożliwiły dopiero szczepionki, które pojawiły się pod koniec grudnia 2020 roku. Do 8 stycznia br. podano w Polsce łącznie blisko 57,9 mln dawek, a liczba osób w pełni zaszczepionych przekracza 22,6 mln. To ok. 60 proc. populacji.

– Wyszczepialność w Polsce jest porównywalna z Gambią czy Senegalem. Nie można jej porównać do krajów starej Europy, bo tam jest ona dużo wyższa. W przypadku grypy sięga 70 proc., a w Polsce miejscami jest na poziomie 2 proc., więc różnica jest dramatyczna – mówi prezes Fundacji Razem w Chorobie. – Wszyscy, którzy pracują w ochronie zdrowia, powinni systematycznie, spokojnie, małymi krokami przekonywać pacjentów do szczepień. Chodzi o to, żeby przyszedł w Polsce taki czas, że ludzie będą chcieli się szczepić, ponieważ patogeny nam nie odpuszczą. COVID-19 nie był z pewnością ostatnią pandemią i nie wiadomo, kiedy pojawi się nowa. Może to być za 50 lat, a może za dwa lata.

W badaniu CBOS z października 70 proc. ankietowanych Polaków zadeklarowało, że zaszczepiło się przeciwko COVID-19 przynajmniej jedną dawką. Ponad jedna czwarta poprzestała na podstawowej dawce i nie zdecydowała się na szczepienia przypominające. W kolejnych tego typu badaniach widać rosnący odsetek osób, które deklarują nieszczepienie się (30 proc.). Eksperci łączą to ze spadającą liczbą zakażeń i lżejszym przebiegiem COVID-19 w ostatnich miesiącach, co z kolei wpływa na mniejszą presję społeczną w kwestii szczepień. Przytaczane w ramach rządowej kampanii „Chcę zrozumieć” badania, które zostały opublikowane w magazynie „Lancet”, wskazują, że w trakcie rocznej akcji (od grudnia 2021 do grudnia 2022 roku) szczepionki przeciwko COVID-19 zapobiegły prawie 20 mln zgonom w 185 krajach.
– Zastanawiam się, dlaczego wielu ludzi przestało wierzyć w postęp nauki. Przecież każdy chce wsiąść do nowego samochodu, pociągu, mieć w ręku nowoczesny telefon lub komputer, a jednocześnie boimy się szczepień. To jest niezrozumiałe, bo przecież dążymy do postępu i trzeba z niego skorzystać – podkreśla dr n. farm. Leszek Borkowski. – Wszystkie te bzdury, które krążą o wszczepianiu chipów, są równie dobre jak opowiadanie, że na Księżycu są niedźwiedzie. Czasami takie nierozsądne i nieprzemyślane opinie krążą, żyją własnym życiem, ale człowiek po to ma rozum, żeby z niego korzystał. I kiedy to robi, to mniej choruje.
Prezes Fundacji Razem w Chorobie wskazuje, że żadna szczepionka nie chroni przed zachorowaniem w 100 proc., a jej skuteczność często zależy m.in. od upływu czasu i indywidualnych predyspozycji. Mimo to szczepienia pozostają podstawową metodą profilaktyki i dają największą szansę na łagodny przebieg choroby.
– Szczepienie nie jest wieczne, każde szczepienie daje słabszy efekt w czasie i to zależy od rodzaju szczepionki i organizmu pacjenta. Jeden zaszczepiony w dzieciństwie będzie wciąż odporny po czterdziestce, drugi już nie. To wychodzi, kiedy badamy przeciwciała, czyli odporność na daną infekcję, np. w związku z wyjazdem do egzotycznego kraju. Okazuje się, że dorośli ludzie często tych przeciwciał nie mają, więc trzeba doszczepiać – mówi farmakolog.
Oprócz COVID-19 w tym sezonie jesienno-zimowym największym zmartwieniem szpitali i przychodni jest również wirus RSV, szczególnie niebezpieczny dla małych dzieci, seniorów, osób z chorobami kardiologicznymi albo układu oddechowego, a także silny nawrót zachorowań na grypę, która może prowadzić do bardzo poważnych powikłań zdrowotnych. Jej transmisję ułatwia brak obostrzeń antycovidowych, które w pandemicznych latach ograniczyły liczbę zachorowań. Dlatego – choć organizacje zdrowia publicznego co roku przypominają o tym, jak ważne są szczepienia przeciw grypie – w tym roku te zalecenia mogą się okazać szczególnie ważne. 
Jak informuje OPZG, tak poważnej sytuacji epidemicznej z powodu grypy nie było w Polsce od 10 lat. Przytaczane przez program dane epidemiologiczne Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego – Państwowego Zakładu Higieny wskazują, że w okresie od 1 września do 31 grudnia 2022 roku doszło do ponad 2,43 mln przypadków zachorowań na grypę oraz 12,2 tys. skierowań pacjentów do szpitali. W trakcie dwóch ostatnich tygodni grudnia zmarły 24 osoby. Dlatego OPZG apeluje o rozwiązania, które mają odciążyć placówki podstawowej opieki medycznej. Chodzi m.in. o możliwość szczepienia dzieci przez farmaceutów czy uruchomienie mobilnych punktów szczepień, wprowadzenie powszechnego systemu e-skierowań na szczepienia przeciw grypie dla wszystkich Polaków, przy uwzględnieniu ich refundacji.
W Polsce tymczasem poziom wyszczepialności przeciw grypie jest bardzo niski – w sezonie 2021/2022 nie sięgnął nawet 7 proc., co i tak było wynikiem dwukrotnie wyższym niż w ostatnich 10 latach (dane Ogólnopolskiego Programu Zwalczania Grypy). Wciąż bowiem pokutuje mit, że grypa to cięższe przeziębienie, przez co wielu pacjentów – zamiast się szczepić lub odwiedzić lekarza – woli przechorować ją w domu.
 Wszystko, co robimy, powinno być poparte rzetelną wiedzą. Samoleczenie jest dobrym rozwiązaniem, ponieważ odciąża gabinety lekarskie i SOR-y w szpitalach z błahych problemów, ale powinno być to robione z umiarem. Trzeba pamiętać, że leki to nie cukierki i im mniej, tym lepiej. Namawiam, żeby brać je rozsądnie i jeżeli nie posiadamy wystarczającej wiedzy, korzystać z fachowej porady farmaceutów w ramach opieki farmaceutycznej. Dziś łatwiej się dostać do apteki, których mamy w Polsce dużo, niż odczekać w przychodni wśród zainfekowanych – mówi dr n. farm. Leszek Borkowski.

źródło: newseria

Wirus RS, który w okresie jesienno-zimowym atakuje drogi oddechowe, zagraża dzieciom urodzonym przedwcześnie, ale nie tylko im. Jest równie groźny dla noworodków, które urodziły się  z wrodzoną wada serca, zaburzeniami nerwowo-mięśniowymi czy mukowiscydozą. Każde dziecko z grupy ryzyko powinno być zabezpieczone przed wirusem RS w sezonie zwiększonej zachorowalności, a więc od października do kwietnia. Eksperci medyczni z obszarów neonatologii, kardiologii dziecięcej i neurologii dziecięcej połączyli siły, przygotowali rekomendacje i jednym głosem mówią o konieczności włączenia dzieci z grup ryzyka do bezpłatnego programu profilaktyki zakażeń RSV. 
Wirus RS groźny dla dzieci z wrodzonymi wadami serca.
Wirus RS to syncytialny wirus nabłonka oddechowego, który wywołuje infekcje dolnych dróg oddechowych. Statystyki pokazują, że 100% dzieci ma z nim kontakt do 2. roku życia. Wirus RS jest odpowiedzialny za 70% infekcji u dzieci w 1. roku życia. Może wywołać zapalenie oskrzelików, i zapalenie płuc, co jest szczególnie niebezpieczne dla dzieci, których organizm jest niedojrzały lub osłabiony z powodu dodatkowych chorób. Infekcja wywołana wirusem RS może mieć ciężki przebieg i wymagać leczenia w szpitalu na oddziale intensywnej terapii z wykorzystaniem wsparcia oddechowego lub wentylacji mechanicznej. Każda taka infekcje to dodatkowe obciążenie dla małego organizmu, zatrzymanie prawidłowego rozwoju, a w przypadku dzieci oczekujących na zabieg kardiochirurgiczny nawet bezpośrednie zagrożenie życia. U dzieci zarażonych wirusem RS bardzo często występują dodatkowe powikłania – może to być odma opłucnowa, zapalenie ucha środkowego. Świszczący oddech i reaktywne drogi oddechowe mogą utrzymywać się nawet przez 5-8 lat po ostrej infekcji i prowadzić do poważnego powikłania, jakim jest astma oskrzelowa. Dlatego w sezonie występowania wirusa warto zabezpieczyć przed nim dziecko.

Konsekwencje zakażeń wirusem RS
Wirus RS atakuje drogi oddechowe i podczas namnażania dochodzi do łączenia się sąsiednich komórek w duże zespoły tworząc syncytia. Dzieci mają duże trudności w oddychaniu, a to może prowadzić do niedotlenienia i dalszych powikłań.

W momencie narodzin wcześniaki są 10-krotnie bardziej narażone na zakażenia dolnych dróg oddechowych, niż dzieci urodzone o czasie. Objętość płuc wcześniaków urodzonych w 30. tygodniu ciąży jest trzykrotnie mniejsza, a powierzchnia płuc czterokrotnie mniejsza w porównaniu z objętością i wielkością płuc dziecka urodzonego o czasie. Jeżeli na to nałoży się infekcja wywołana wirusem RS, to niedojrzałe drogi oddechowe są dodatkowo zwężone przez wydzielinę w nich zalegającą. Leczenie infekcji musi przeważnie odbywać się w oddziale intensywnej terapii, a powrót wcześniaka do szpitala to zawsze krok wstecz w jego rozwoju. Warto zrobić wszystko, aby nie dopuścić do ponownej hospitalizacji. Pobyt w szpitalu to niepotrzebny stres nie tylko dla maleńkiego dziecka, ale również dla jego rodziców – podkreśla prof. dr hab. n. med. Maria Katarzyna Borszewska-Kornacka, prezes Fundacji Koalicja dla Wcześniaka.

Dzieci z wrodzonymi wadami serca są bardziej narażone na infekcje niż ich zdrowi rówieśnicy. Infekcje wywołane wirusem RS są szczególnie groźne w pierwszych miesiącach życia, zwłaszcza u dzieci, które czekają na zabieg kardiochirurgiczny. Infekcja RSV może wpłynąć na opóźnienie operacji kardiochirurgicznej, a pamiętajmy, że w przypadku niektórych dzieci jest ona ratująca życie. Każda infekcja to pogorszenie ogólnego stanu zdrowia dziecka, a to może wpłynąć na ogólne rokowania  – mówi dr n. med. Maria Miszczak-Knecht, konsultant krajowa w dziedzinie kardiologii dziecięcej.

Dzieci z zaburzeniami nerwowo-mięśniowymi poddawane są długotrwałej i regularnej rehabilitacji. Każda infekcja to zaprzestanie ćwiczeń na kilka, a czasem nawet na kilkanaście dni. Brak rehabilitacji może zatrzymać postępy leczenia i wpłynąć na pogorszenie stanu zdrowia tych dzieci i ich sprawności fizycznej – dodaje prof. hab. n. med. Ewa Emich-Widera, konsultant krajowa w dziedzinie neurologii dziecięcej.
 
Eksperci medyczni opracowali rekomendacje
W Polsce obowiązuje program lekowy, w ramach którego dzieci spełniające kryteria otrzymują bezpłatną immunoprofilaktykę. Są to dzieci urodzone przed 33. tygodniem ciąży i te z groźnym  powikłaniem wcześniactwa, jakim jest dysplazja oskrzelowo-płucną. Jednak to nie jedyna grupa dzieci, która powinna być objęta tym programem. Dlatego eksperci medyczni opracowali rekomendacje dotyczące dzieci, które powinny być objęte profilaktyka zakażeń RSV.

Wirus RS jest groźny dla najmniejszych dzieci, ale nie tylko dla wcześniaków. Dlatego wspólnie z konsultantem krajowym w dziedzinie neurologii dziecięcej i kardiologii dziecięcej przygotowaliśmy dokument, w którym wskazujemy grupy dzieci, które powinny być zabezpieczone przed wirusem RS, bo konsekwencje zakażeń są dla nich bardzo poważne. To przede wszystkim dzieci z wrodzonymi wadami serca, dzieci z rdzeniowym zanikiem mięśni (SMA), a także dzieci z mukowiscydozą. Mamy nadzieję, że nasze zalecenia pozwolą szybko podjąć decyzję o włączeniu tych dzieci do bezpłatnego programu lekowego – podkreśla prof. dr hab. n. med. Ewa Helwich, konsultant krajowa w dziedzinie neonatologii.

Bardzo dziękuję za ostatnie decyzje dotyczące dzieci z rdzeniowym zanikiem mięśni (SMA)podjęte przez Ministerstwo Zdrowia. Włączenie tej grupy dzieci do programu profilaktyki zakażeń wirusem RS, po wprowadzeniu badań przesiewowych i refundacji wszystkich dostępnych terapii, byłoby dopełnieniem wzorcowej opieki nad dziećmi z SMA w Polsce – dodaje prof. Ewa Emich-Widera.

Obecnie obowiązujący program profilaktyki zakażeń wirusem RS
Nie ma szczepionki przeciwko wirusowi RS, dlatego najskuteczniejszą metodą zabezpieczenia przed zakażeniem jest immunoprofilaktyka, czyli podanie gotowych przeciwciał.

W Polsce obowiązuje program lekowy, w ramach którego z bezpłatnej immunoprofilaktyki mogą skorzystać wcześniaki, które spełniają kryteria kwalifikacji. Są to:
 – dzieci, które nie ukończyły 1. roku życia i urodziły się do 28. tygodnia ciąży (28 tygodni i 6 dni) lub stwierdzono u nich dysplazję oskrzelowo-płucną;
 – dzieci, które nie ukończyły 6. miesiąca życia i urodziły się między 29. a 32. tygodniem ciąży (32 tygodnie i 6 dni).

Wcześniaki są w tej chwili zabezpieczane przed wirusem RS. Jednak jeszcze nie wszystkie. Organizacje pacjentów: grupa wsparcia dla rodziców wcześniaka Calineczki, Fundacja Koalicja dla wcześniaka, Fundacja Laboratorium Marzeń, Fundacja Mali Wojownicy, Fundacja MatkoweLove, Fundacja Przed Czasem i Stowarzyszenie Za wcześnie zrzeszone w Ogólnopolskim Porozumieniu Razem dla wcześniaków nie ustępują w działaniach, które mają doprowadzić do włączenia kolejnych grup dzieci urodzonych przedwcześnie do programu lekowego. We wrześniu wysłali apel do Ministerstwa Zdrowia, w którym wskazują, że immunoprofilaktyką powinny być objęte dzieci urodzone przed 35. tygodniem ciąży i z masą urodzeniową ciała (poniżej 1500 gramów) oraz dzieci z dysplazją oskrzelowo-płucną w drugim sezonie zakażeń, a więc przed ukończeniem przez nie 24. miesiąca życia.

Sezon zakażeń wirusem RS zaczął się kilka dni temu – 1 października. Miejmy nadzieję, że dzieci z grup ryzyka wskazane przez ekspertów w rekomendacjach będą jak najszybciej włączone do programu lekowego i jeszcze w tym sezonie zwiększonej zachorowalności skorzystają z bezpłatnej ochrony przed wirusem RS. 

źródło: Koalicja dla Wcześniaka

Wirus RS, który w okresie jesienno-zimowym atakuje drogi oddechowe, zagraża dzieciom urodzonym przedwcześnie, ale nie tylko im. Jest równie groźny dla noworodków, które urodziły się  z wrodzoną wada serca, zaburzeniami nerwowo-mięśniowymi czy mukowiscydozą. Każde dziecko z grupy ryzyko powinno być zabezpieczone przed wirusem RS w sezonie zwiększonej zachorowalności, a więc od października do kwietnia. Eksperci medyczni z obszarów neonatologii, kardiologii dziecięcej i neurologii dziecięcej połączyli siły, przygotowali rekomendacje i jednym głosem mówią o konieczności włączenia dzieci z grup ryzyka do bezpłatnego programu profilaktyki zakażeń RSV. 
Wirus RS groźny dla dzieci z wrodzonymi wadami serca.
Wirus RS to syncytialny wirus nabłonka oddechowego, który wywołuje infekcje dolnych dróg oddechowych. Statystyki pokazują, że 100% dzieci ma z nim kontakt do 2. roku życia. Wirus RS jest odpowiedzialny za 70% infekcji u dzieci w 1. roku życia. Może wywołać zapalenie oskrzelików, i zapalenie płuc, co jest szczególnie niebezpieczne dla dzieci, których organizm jest niedojrzały lub osłabiony z powodu dodatkowych chorób. Infekcja wywołana wirusem RS może mieć ciężki przebieg i wymagać leczenia w szpitalu na oddziale intensywnej terapii z wykorzystaniem wsparcia oddechowego lub wentylacji mechanicznej. Każda taka infekcje to dodatkowe obciążenie dla małego organizmu, zatrzymanie prawidłowego rozwoju, a w przypadku dzieci oczekujących na zabieg kardiochirurgiczny nawet bezpośrednie zagrożenie życia. U dzieci zarażonych wirusem RS bardzo często występują dodatkowe powikłania – może to być odma opłucnowa, zapalenie ucha środkowego. Świszczący oddech i reaktywne drogi oddechowe mogą utrzymywać się nawet przez 5-8 lat po ostrej infekcji i prowadzić do poważnego powikłania, jakim jest astma oskrzelowa. Dlatego w sezonie występowania wirusa warto zabezpieczyć przed nim dziecko.

Konsekwencje zakażeń wirusem RS
Wirus RS atakuje drogi oddechowe i podczas namnażania dochodzi do łączenia się sąsiednich komórek w duże zespoły tworząc syncytia. Dzieci mają duże trudności w oddychaniu, a to może prowadzić do niedotlenienia i dalszych powikłań.

W momencie narodzin wcześniaki są 10-krotnie bardziej narażone na zakażenia dolnych dróg oddechowych, niż dzieci urodzone o czasie. Objętość płuc wcześniaków urodzonych w 30. tygodniu ciąży jest trzykrotnie mniejsza, a powierzchnia płuc czterokrotnie mniejsza w porównaniu z objętością i wielkością płuc dziecka urodzonego o czasie. Jeżeli na to nałoży się infekcja wywołana wirusem RS, to niedojrzałe drogi oddechowe są dodatkowo zwężone przez wydzielinę w nich zalegającą. Leczenie infekcji musi przeważnie odbywać się w oddziale intensywnej terapii, a powrót wcześniaka do szpitala to zawsze krok wstecz w jego rozwoju. Warto zrobić wszystko, aby nie dopuścić do ponownej hospitalizacji. Pobyt w szpitalu to niepotrzebny stres nie tylko dla maleńkiego dziecka, ale również dla jego rodziców – podkreśla prof. dr hab. n. med. Maria Katarzyna Borszewska-Kornacka, prezes Fundacji Koalicja dla Wcześniaka.

Dzieci z wrodzonymi wadami serca są bardziej narażone na infekcje niż ich zdrowi rówieśnicy. Infekcje wywołane wirusem RS są szczególnie groźne w pierwszych miesiącach życia, zwłaszcza u dzieci, które czekają na zabieg kardiochirurgiczny. Infekcja RSV może wpłynąć na opóźnienie operacji kardiochirurgicznej, a pamiętajmy, że w przypadku niektórych dzieci jest ona ratująca życie. Każda infekcja to pogorszenie ogólnego stanu zdrowia dziecka, a to może wpłynąć na ogólne rokowania  – mówi dr n. med. Maria Miszczak-Knecht, konsultant krajowa w dziedzinie kardiologii dziecięcej.

Dzieci z zaburzeniami nerwowo-mięśniowymi poddawane są długotrwałej i regularnej rehabilitacji. Każda infekcja to zaprzestanie ćwiczeń na kilka, a czasem nawet na kilkanaście dni. Brak rehabilitacji może zatrzymać postępy leczenia i wpłynąć na pogorszenie stanu zdrowia tych dzieci i ich sprawności fizycznej – dodaje prof. hab. n. med. Ewa Emich-Widera, konsultant krajowa w dziedzinie neurologii dziecięcej.
 
Eksperci medyczni opracowali rekomendacje
W Polsce obowiązuje program lekowy, w ramach którego dzieci spełniające kryteria otrzymują bezpłatną immunoprofilaktykę. Są to dzieci urodzone przed 33. tygodniem ciąży i te z groźnym  powikłaniem wcześniactwa, jakim jest dysplazja oskrzelowo-płucną. Jednak to nie jedyna grupa dzieci, która powinna być objęta tym programem. Dlatego eksperci medyczni opracowali rekomendacje dotyczące dzieci, które powinny być objęte profilaktyka zakażeń RSV.

Wirus RS jest groźny dla najmniejszych dzieci, ale nie tylko dla wcześniaków. Dlatego wspólnie z konsultantem krajowym w dziedzinie neurologii dziecięcej i kardiologii dziecięcej przygotowaliśmy dokument, w którym wskazujemy grupy dzieci, które powinny być zabezpieczone przed wirusem RS, bo konsekwencje zakażeń są dla nich bardzo poważne. To przede wszystkim dzieci z wrodzonymi wadami serca, dzieci z rdzeniowym zanikiem mięśni (SMA), a także dzieci z mukowiscydozą. Mamy nadzieję, że nasze zalecenia pozwolą szybko podjąć decyzję o włączeniu tych dzieci do bezpłatnego programu lekowego – podkreśla prof. dr hab. n. med. Ewa Helwich, konsultant krajowa w dziedzinie neonatologii.

Bardzo dziękuję za ostatnie decyzje dotyczące dzieci z rdzeniowym zanikiem mięśni (SMA)podjęte przez Ministerstwo Zdrowia. Włączenie tej grupy dzieci do programu profilaktyki zakażeń wirusem RS, po wprowadzeniu badań przesiewowych i refundacji wszystkich dostępnych terapii, byłoby dopełnieniem wzorcowej opieki nad dziećmi z SMA w Polsce – dodaje prof. Ewa Emich-Widera.

Obecnie obowiązujący program profilaktyki zakażeń wirusem RS
Nie ma szczepionki przeciwko wirusowi RS, dlatego najskuteczniejszą metodą zabezpieczenia przed zakażeniem jest immunoprofilaktyka, czyli podanie gotowych przeciwciał.

W Polsce obowiązuje program lekowy, w ramach którego z bezpłatnej immunoprofilaktyki mogą skorzystać wcześniaki, które spełniają kryteria kwalifikacji. Są to:
 – dzieci, które nie ukończyły 1. roku życia i urodziły się do 28. tygodnia ciąży (28 tygodni i 6 dni) lub stwierdzono u nich dysplazję oskrzelowo-płucną;
 – dzieci, które nie ukończyły 6. miesiąca życia i urodziły się między 29. a 32. tygodniem ciąży (32 tygodnie i 6 dni).

Wcześniaki są w tej chwili zabezpieczane przed wirusem RS. Jednak jeszcze nie wszystkie. Organizacje pacjentów: grupa wsparcia dla rodziców wcześniaka Calineczki, Fundacja Koalicja dla wcześniaka, Fundacja Laboratorium Marzeń, Fundacja Mali Wojownicy, Fundacja MatkoweLove, Fundacja Przed Czasem i Stowarzyszenie Za wcześnie zrzeszone w Ogólnopolskim Porozumieniu Razem dla wcześniaków nie ustępują w działaniach, które mają doprowadzić do włączenia kolejnych grup dzieci urodzonych przedwcześnie do programu lekowego. We wrześniu wysłali apel do Ministerstwa Zdrowia, w którym wskazują, że immunoprofilaktyką powinny być objęte dzieci urodzone przed 35. tygodniem ciąży i z masą urodzeniową ciała (poniżej 1500 gramów) oraz dzieci z dysplazją oskrzelowo-płucną w drugim sezonie zakażeń, a więc przed ukończeniem przez nie 24. miesiąca życia.

Sezon zakażeń wirusem RS zaczął się kilka dni temu – 1 października. Miejmy nadzieję, że dzieci z grup ryzyka wskazane przez ekspertów w rekomendacjach będą jak najszybciej włączone do programu lekowego i jeszcze w tym sezonie zwiększonej zachorowalności skorzystają z bezpłatnej ochrony przed wirusem RS. 

źródło: Koalicja dla Wcześniaka

Jeszcze do niedawna o infekcjach wywoływanych wirusem grypy czy wirusem RS myśleliśmy dopiero w okresie jesienno-zimowym i wtedy zachęcaliśmy do ochrony przed nimi – zwłaszcza rodziców małych dzieci. W tym roku, choć lato mamy w pełni, coraz częściej słyszymy o zwiększonej zachorowalności i infekcjach wywołanych tymi wirusami. Dodatkowo zagraża nam koronawirus, który pomimo zniesienia obostrzeń wciąż jest wśród nas. Chcąc przybliżyć najważniejsze informacje dotyczące wirusa RS już dziś przedstawiamy prawdy i mity na temat RSV.
MIT: Wirus RS jest mało powszechny
Wirus RS jest wszechobecnym i bardzo powszechnym wirusem, z którym wszyscy mogą mieć kontakt – zarówno dorośli, jak i dzieci. Przenosi się droga kropelkową – poprzez kichanie, kaszel lub dotykanie powierzchni, na których może on przetrwać nawet do 6 godzin. Niekiedy infekcja wywołana wirusem RS może być bardzo łagodna, dlatego osoba chora, zwłaszcza dorosła, nie podejrzewa, że jej przyczyną jest wirus RS.
Prawie 100% dzieci będzie miało kontakt z tym wirusem przynajmniej raz do ukończenia 2. roku życia. Jest odpowiedzialny za ok. 70% infekcji u dzieci do 2. roku życia. RSV jest bardzo niebezpieczny dla dzieci urodzonych przedwcześnie, dzieci z wrodzonymi wadami serca i dzieci z przewlekłą chorobą płuc.

PRAWDA: Na całym świecie wirus RS jest drugą przyczyną zgonów wśród dzieci do 1. roku życia
W 2017 roku Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) oszacowała, ze RSV powoduje około 33 miliony poważnych infekcji dróg oddechowych rocznie i jest przyczyną ponad 3 milionów hospitalizacji i prawie 60 000 zgonów każdego roku na całym świecie. Połowa tych hospitalizacji i zgonów dotyczy dzieci poniżej 6. miesiąca życia. Wirus RS jest drugą przyczyną zgonów wśród dzieci do 1. roku życia, pierwszą przyczyną jest zgonów jest malaria.

PRAWDA/MIT: Epidemie wywoływane przez RSV mają charakter sezonowy
Na całym świecie infekcje wywoływane wirusem RS są odnotowywane głównie z miesiącach jesienno-zimowych. W Polsce sezon zakażeń trwa od października do kwietnia. Jednak w związku z pandemią koronawirusa od dwóch lat sezonowość wirusa RS została zaburzona i coraz częściej zakażenia występują już w miesiącach letnich – nawet w połowie sierpnia. Naukowcy z Australii wykazali, że zmieniła się sezonowość wirusa RS i teraz występuje on już w miesiącach letnich.
 
MIT: Zakażenie wirusem RS nie ma wpływu na ryzyko zachorowania na COVID-19
Zakażenie wirusem RS może znacznie obniżyć odporność i zwiększyć ryzyko zachorowania na COVID-19 i grypę u dzieci i dorosłych. Co więcej – te infekcje mogą występować w tym samym czasie , a zakażenie RS może pogorszyć przebieg zachorowania na COVID. Dlatego ważne jest ustalenie przyczyny infekcji a najlepszym sposobem jest wykonanie testu.

PRAWDA: Nie ma szczepionki, która może zabezpieczyć przed wirusem RS
Jedyną formą zabezpieczenia przed wirusem RS jest immunizacja bierna, czyli podanie gotowych przeciwciał, które zwalczają wirusa, gdy dojdzie do kontaktu z nim. Immunizacja to nie szczepienie, bo nie mobilizuje organizmu do wytwarzania własnych przeciwciał. To broń na wirusy i bakterie szczególnie ważna dla dzieci, u których układ odpornościowy nie jest w pełni dojrzały.

PRAWDA: Dzieci urodzone przedwcześnie są ochronione przed wirusem RS
W Polsce immunoprofilaktyka bierna zabezpieczająca przed wirusem RS jest dostępna w ramach bezpłatnego programu lekowego. Mogą z niej skorzystać dzieci, które są najbardziej narażone na zakażenie i u których konsekwencje przebycia infekcji RSV są najcięższe. Są to:

MIT:
Jedna dawka immunoprofilaktyki zabezpieczy dziecko na cały sezon zakażeń RSV
Immunoprofilaktyka to nie szczepienie, a więc po jej podaniu organizm nie wytwarza własnych przeciwciał, a ich czas działania i niszczenia wirusa jest ograniczony. Podane gotowe przeciwciała są obecne w organizmie dziecka przez ok 20-25 dni. Podanie jednej dawki leku nie zabezpieczy dziecka na cały sezon zwiększonej zachorowalności, a jedynie na 1 miesiąc. Dlatego konieczne jest podawanie większej liczby dawek profilaktyki w miesięcznych odstępach. Najlepiej, aby było to 5 dawek leku. Tylko wtedy można zapewnić ochronę przez cały sezon zachorowalności.

MIT: Jak podaję immunizację zabezpieczającą przed RSV to nie mogę zaszczepić dziecka na inne choroby zakaźne w tym samym czasie
Nie ma żadnych ograniczeń dotyczących jednoczesnej profilaktyki zakażeń RSV ze szczepieniami przeciwko chorobom zakaźnym, które są zapisane w Programie Szczepień Ochronnych. Immunizacja to nie szczepienie, dlatego może być podana nawet tego samego dnia, podczas jednej wizyty w poradni. Nie musi być zachowany odstęp czasowy między podaniem immunoprofilaktyki a szczepionką. Podanie szczepionki przeciwko odrze, śwince i różyczce (MMR) i ospie wietrznej nie musi być odraczane u niemowląt otrzymujących profilaktykę RSV. Profilaktyka RSV nie koliduje także ze szczepionka przeciwko wirusowemu zapaleniu wątroby typu B, przeciw błonicy, tężcowi, krztuścowi (DTaP), Hib, grypie, skoniugowanej szczepionce przeciwko pneumokokom (PCV) lub inaktywowanej szczepionce przeciw wirusowi polio.

PRAWDA: Mogę zabezpieczyć dziecko przed wirusem RS kupując immunoprofilaktykę z własnych środków
Ryzyko ciężkiego przebiegu infekcji wywoływanych przez wirusa RS dotyczy nie tylko wcześniaków, ale również dzieci z wrodzonymi wadami serca, dzieci z zaburzeniami nerwowo-mięśniowymi, z zaburzeniami odporności, dzieci z zespołem Downa, czy dzieci z mukowiscydozą. W tej chwili w Polsce nie wszystkie dzieci z grup ryzyka objęte są bezpłatną immunoprofilaktyką. Rodzice dzieci, które nie kwalifikują się do programu lekowego mogą podać zabezpieczenie prywatnie, kupując lek z własnych środków. Należy zgłosić się do lekarza neonatologa lub pediatry, który wyjaśni w jaki sposób to zrobić.  

ZABEZPIECZ SWOJE DZIECKO PRZED WIRUSEM RS!
 
źródło: Koalicja dla Wcześniaka
Jeszcze do niedawna o infekcjach wywoływanych wirusem grypy czy wirusem RS myśleliśmy dopiero w okresie jesienno-zimowym i wtedy zachęcaliśmy do ochrony przed nimi – zwłaszcza rodziców małych dzieci. W tym roku, choć lato mamy w pełni, coraz częściej słyszymy o zwiększonej zachorowalności i infekcjach wywołanych tymi wirusami. Dodatkowo zagraża nam koronawirus, który pomimo zniesienia obostrzeń wciąż jest wśród nas. Chcąc przybliżyć najważniejsze informacje dotyczące wirusa RS już dziś przedstawiamy prawdy i mity na temat RSV.
MIT: Wirus RS jest mało powszechny
Wirus RS jest wszechobecnym i bardzo powszechnym wirusem, z którym wszyscy mogą mieć kontakt – zarówno dorośli, jak i dzieci. Przenosi się droga kropelkową – poprzez kichanie, kaszel lub dotykanie powierzchni, na których może on przetrwać nawet do 6 godzin. Niekiedy infekcja wywołana wirusem RS może być bardzo łagodna, dlatego osoba chora, zwłaszcza dorosła, nie podejrzewa, że jej przyczyną jest wirus RS.
Prawie 100% dzieci będzie miało kontakt z tym wirusem przynajmniej raz do ukończenia 2. roku życia. Jest odpowiedzialny za ok. 70% infekcji u dzieci do 2. roku życia. RSV jest bardzo niebezpieczny dla dzieci urodzonych przedwcześnie, dzieci z wrodzonymi wadami serca i dzieci z przewlekłą chorobą płuc.

PRAWDA: Na całym świecie wirus RS jest drugą przyczyną zgonów wśród dzieci do 1. roku życia
W 2017 roku Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) oszacowała, ze RSV powoduje około 33 miliony poważnych infekcji dróg oddechowych rocznie i jest przyczyną ponad 3 milionów hospitalizacji i prawie 60 000 zgonów każdego roku na całym świecie. Połowa tych hospitalizacji i zgonów dotyczy dzieci poniżej 6. miesiąca życia. Wirus RS jest drugą przyczyną zgonów wśród dzieci do 1. roku życia, pierwszą przyczyną jest zgonów jest malaria.

PRAWDA/MIT: Epidemie wywoływane przez RSV mają charakter sezonowy
Na całym świecie infekcje wywoływane wirusem RS są odnotowywane głównie z miesiącach jesienno-zimowych. W Polsce sezon zakażeń trwa od października do kwietnia. Jednak w związku z pandemią koronawirusa od dwóch lat sezonowość wirusa RS została zaburzona i coraz częściej zakażenia występują już w miesiącach letnich – nawet w połowie sierpnia. Naukowcy z Australii wykazali, że zmieniła się sezonowość wirusa RS i teraz występuje on już w miesiącach letnich.
 
MIT: Zakażenie wirusem RS nie ma wpływu na ryzyko zachorowania na COVID-19
Zakażenie wirusem RS może znacznie obniżyć odporność i zwiększyć ryzyko zachorowania na COVID-19 i grypę u dzieci i dorosłych. Co więcej – te infekcje mogą występować w tym samym czasie , a zakażenie RS może pogorszyć przebieg zachorowania na COVID. Dlatego ważne jest ustalenie przyczyny infekcji a najlepszym sposobem jest wykonanie testu.

PRAWDA: Nie ma szczepionki, która może zabezpieczyć przed wirusem RS
Jedyną formą zabezpieczenia przed wirusem RS jest immunizacja bierna, czyli podanie gotowych przeciwciał, które zwalczają wirusa, gdy dojdzie do kontaktu z nim. Immunizacja to nie szczepienie, bo nie mobilizuje organizmu do wytwarzania własnych przeciwciał. To broń na wirusy i bakterie szczególnie ważna dla dzieci, u których układ odpornościowy nie jest w pełni dojrzały.

PRAWDA: Dzieci urodzone przedwcześnie są ochronione przed wirusem RS
W Polsce immunoprofilaktyka bierna zabezpieczająca przed wirusem RS jest dostępna w ramach bezpłatnego programu lekowego. Mogą z niej skorzystać dzieci, które są najbardziej narażone na zakażenie i u których konsekwencje przebycia infekcji RSV są najcięższe. Są to:

MIT:
Jedna dawka immunoprofilaktyki zabezpieczy dziecko na cały sezon zakażeń RSV
Immunoprofilaktyka to nie szczepienie, a więc po jej podaniu organizm nie wytwarza własnych przeciwciał, a ich czas działania i niszczenia wirusa jest ograniczony. Podane gotowe przeciwciała są obecne w organizmie dziecka przez ok 20-25 dni. Podanie jednej dawki leku nie zabezpieczy dziecka na cały sezon zwiększonej zachorowalności, a jedynie na 1 miesiąc. Dlatego konieczne jest podawanie większej liczby dawek profilaktyki w miesięcznych odstępach. Najlepiej, aby było to 5 dawek leku. Tylko wtedy można zapewnić ochronę przez cały sezon zachorowalności.

MIT: Jak podaję immunizację zabezpieczającą przed RSV to nie mogę zaszczepić dziecka na inne choroby zakaźne w tym samym czasie
Nie ma żadnych ograniczeń dotyczących jednoczesnej profilaktyki zakażeń RSV ze szczepieniami przeciwko chorobom zakaźnym, które są zapisane w Programie Szczepień Ochronnych. Immunizacja to nie szczepienie, dlatego może być podana nawet tego samego dnia, podczas jednej wizyty w poradni. Nie musi być zachowany odstęp czasowy między podaniem immunoprofilaktyki a szczepionką. Podanie szczepionki przeciwko odrze, śwince i różyczce (MMR) i ospie wietrznej nie musi być odraczane u niemowląt otrzymujących profilaktykę RSV. Profilaktyka RSV nie koliduje także ze szczepionka przeciwko wirusowemu zapaleniu wątroby typu B, przeciw błonicy, tężcowi, krztuścowi (DTaP), Hib, grypie, skoniugowanej szczepionce przeciwko pneumokokom (PCV) lub inaktywowanej szczepionce przeciw wirusowi polio.

PRAWDA: Mogę zabezpieczyć dziecko przed wirusem RS kupując immunoprofilaktykę z własnych środków
Ryzyko ciężkiego przebiegu infekcji wywoływanych przez wirusa RS dotyczy nie tylko wcześniaków, ale również dzieci z wrodzonymi wadami serca, dzieci z zaburzeniami nerwowo-mięśniowymi, z zaburzeniami odporności, dzieci z zespołem Downa, czy dzieci z mukowiscydozą. W tej chwili w Polsce nie wszystkie dzieci z grup ryzyka objęte są bezpłatną immunoprofilaktyką. Rodzice dzieci, które nie kwalifikują się do programu lekowego mogą podać zabezpieczenie prywatnie, kupując lek z własnych środków. Należy zgłosić się do lekarza neonatologa lub pediatry, który wyjaśni w jaki sposób to zrobić.  

ZABEZPIECZ SWOJE DZIECKO PRZED WIRUSEM RS!
 
źródło: Koalicja dla Wcześniaka
Światowa Organizacja Zdrowia, po zebraniu komitetu nadzwyczajnego, uznała w zeszłym tygodniu małpią ospę za globalne zagrożenie dla zdrowia publicznego  pomimo że eksperci WHO nie byli zgodni w ocenie sytuacji. Dlatego dyrektor generalny WHO Tedros Adhanom Ghebreyesus po raz pierwszy podjął decyzję o wprowadzeniu globalnego alertu mimo braku konsensusu wśród ekspertów zasiadających w komitecie.
W Polsce sytuacja jest stabilna, choć  ze względu na doświadczenia związane z COVID-19  małpia ospa budzi społeczny niepokój. Jak wskazuje dr Aneta Afelt z Uniwersytetu Warszawskiego, niekoniecznie wywoła ona jednak nową epidemię, ponieważ nie rozprzestrzenia się tak łatwo jak SARS-CoV-2. Pewne jest jednak, że w nadchodzących latach takich chorób odzwierzęcych będzie się pojawiać coraz więcej.

– To, że w nasze, ludzkie środowisko wkraczają wirusy, które pochodzą nawet z obszarów odległych geograficznie, jest normalne we współczesności. Żyjemy w zglobalizowanym społeczeństwie, jesteśmy połączeni szlakami komunikacyjnymi transportu regionalnego, transportu międzykontynentalnego, chętnie przemieszczamy się z powodów turystycznych, edukacyjnych, biznesowych, szukając pracy. To wszystko powoduje, że jesteśmy wektorem najprzeróżniejszych patogenów  bakterii wirusów, grzybów i pasożytów – mówi dr Aneta Afelt, pracownik Centrum Modelowania Matematycznego i Komputerowego Uniwersytetu Warszawskiego, członek Zespołu ds. COVID-19 przy Polskiej Akademii Nauk.

Według danych WHO od początku stycznia do 21 lipca br. odnotowano ponad 15,3 tys. potwierdzonych laboratoryjnie i 72 prawdopodobnych przypadków małpiej ospy (w tym pięć zgonów) w 74 krajach świata. Prawie 3/4 zakażeń, zgłoszonych w ciągu ostatnich czterech tygodni, odnotowano w Europie.

Europejskie Centrum ds. Zapobiegania i Kontroli Chorób (ECDC) podaje, że do 21 lipca br. w 27 krajach UE wystąpiło prawie 8,7 tys. potwierdzonych przypadków tej choroby  najwięcej w Hiszpanii, Niemczech, Francji, Holandii, Portugalii i we Włoszech. Z kolei poza UE największymi ogniskami są w tej chwili Wielka Brytania, Stany Zjednoczone, Kanada i Brazylia. Wszystkie wymienione kraje odpowiadają łącznie za ponad 88 proc. przypadków małpiej ospy zgłoszonych na całym świecie  wynika z danych WHO. Niepokojący jest jednak fakt, że w ostatnim tygodniu aż 26 krajów zgłosiło wzrost tygodniowej liczby przypadków, przy czym najwyższy odnotowano we Francji.

W Polsce  według danych ECDC z 21 lipca br.  potwierdzonych przypadków małpiej ospy było dokładnie 40. „Pacjent zero” pojawił się już 10 czerwca br. w Warszawie, ale  jak informował niedawno wiceminister zdrowia Waldemar Kraska  na razie sytuacja w Polsce jest stabilna, a osoby zakażone małpią ospą przechodzą ją dość łagodnie. Mimo to MZ zamówiło już tysiąc szczepionek przeciwko tej chorobie dla pracowników służby zdrowia.

Ze względu na doświadczenia związane z COVID-19 rosnąca liczba zachorowań na małpią ospę budzi społeczny niepokój. Jednak  jak wskazuje dr Aneta Afelt z Uniwersytetu Warszawskiego  na razie patogen nie rozprzestrzenia się tak łatwo jak SARS-CoV-2 i niekoniecznie wywoła następną, globalną epidemię.

– Małpia ospa przemieszcza się poprzez kontakty intymne, jak do tej pory wykazano. Tak więc jest wiele parametrów, które decydują o tym, czy jakaś inwazja patogenu przyjmie charakter epidemiczny lub pandemiczny. Nasze zachowanie też wpływa na tę transmisję – mówi członek Zespołu ds. COVID-19 przy Polskiej Akademii Nauk.

W raporcie z 21 lipca br. WHO wskazuje, że „za wyjątkiem krajów obszarów Afryki Zachodniej i Środkowej trwająca epidemia małpiej ospy nadal dotyka głównie mężczyzn uprawiających seks z mężczyznami, którzy zgłosili niedawno stosunek z jednym lub wieloma partnerami”. Transmisja patogenu odbywa się bowiem głównie przez płyny ustrojowe, ale może do niej dość także poprzez kontakt ze skażonymi przedmiotami (jak np. pościel), a w sprzyjających warunkach  przy bezpośrednim, przedłużonym kontakcie twarzą w twarz z osobą zakażoną  może się też przenosić drogą kropelkową. Niewykluczone jest więc, że wirus może zainfekować tzw. grupy wysokiego ryzyka, w tym dzieci, kobiety w ciąży i osoby z obniżoną odpornością. Między innymi dlatego w piątek, 22 lipca br. Europejska Agencja Leków (EMA) zatwierdziła już stosowanie szczepionki Imvanex przeciwko ospie prawdziwej w celu rozszerzenia jej zastosowania o ochronę osób dorosłych przed małpią ospą.

Małpia ospa to zakaźna, odzwierzęca choroba zakaźna wywoływana przez wirus ospy małpiej (MPXV) należący do rodzaju Orthopoxvirus  tego samego, do którego należy też wirus ospy prawdziwej, która w 1980 roku została uznana przez WHO za całkowicie wyeliminowaną. Obecnie rządom poszczególnych państw zaleca się „podnoszenie świadomości wśród lekarzy i szpitali, podejmowanie środków ochronnych i edukowanie obywateli, jak chronić się przed infekcją”. 

Choroba do tej pory występowała głównie w zachodniej i środkowej Afryce. Kilka miesięcy temu pojawiła się jednak w krajach europejskich i od tego czasu dość szybko się rozprzestrzenia. Na ogół ma jednak łagodny przebieg. Według WHO najbardziej charakterystyczne symptomy to gorączka i ból głowy, obrzęk węzłów chłonnych oraz wysypka lub zmiany skórne, które zaczynają się na twarzy i mogą się rozprzestrzeniać na resztę ciała. Objawy zazwyczaj trwają od dwóch do czterech tygodni.

– Ten wirus został zidentyfikowany w Afryce Środkowej w latach 70. Dopiero niedawno pojawiły się informacje o tym, że zaczął szybko ewoluować, a po drugie  zaczął być wyprowadzany poza swoją naturalną niszę ekologiczną w Afryce – mówi dr Aneta Afelt.

Podobnie jak COVID-19 małpia ospa to tzw. zoonoza, a więc choroba odzwierzęca (przeniesiona ze zwierzęcia na człowieka). Jednak wirusy, które wywołują obie te choroby, znacząco się od siebie różnią.

– Przypadek małpiej ospy jest inny niż wirusa SARS-CoV-2. To są dwa różne patogeny. SARS-CoV-2 to jest wirus RNA, natomiast wirus małpiej ospy to z kolei wirus DNA. To oznacza, że jest nieco bardziej  nazwijmy to  zaawansowany, ewolucyjnie bardziej rozwinięty – mówi ekspertka.

Co ciekawe, wirus małpiej ospy faktycznie po raz pierwszy został odkryty u małp. Jednak największym rezerwuarem u zwierząt są gryzonie, głównie wiewiórki i szczury.

– Wbrew pozorom wirus małpiej ospy nie jest transmitowany przez małpy, ale przez gryzonie, np. przez szczury. To powoduje, że jego odległość do człowieka jest mniejsza niż w przypadku wirusa SARS-CoV-2, w przypadku którego pierwotnymi nosicielami były nietoperze – mówi dr Aneta Afelt. – Natomiast jest jasne, że między nietoperzem a formą, która przeszła na człowieka, były zwierzęta pośrednie. I jak dużo tych zwierząt pośrednich było, tego jeszcze nie wiemy, trwają badania.

Jak wskazuje, można się spodziewać, że w nadchodzących latach tzw. zoonoz, czyli chorób odzwierzęcych, będzie się pojawiać coraz więcej. Wynika to  m.in. z łatwości przemieszczania się w zglobalizowanym społeczeństwie.

– Jako społeczność nabraliśmy dużego apetytu na to, żeby poznać świat, ale również żeby mieć ten świat u siebie w domu, np. na talerzu. Przywykliśmy w Polsce do tego, że mamy awokado, mamy inne egzotyczne owoce, egzotyczne warzywa i mięso, jak np. mięso krokodyla, strusia. To wszystko powoduje, że mamy do czynienia z globalnym transportem ludności, zwierząt, żywności, towarów wszelkiego rodzaju, co niestety uruchamia drogi transmisji różnego rodzaju patogenów na różnych etapach ich faz życiowych  mówi członek Zespołu ds. COVID-19 przy Polskiej Akademii Nauk.

źródło: newseria

Światowa Organizacja Zdrowia, po zebraniu komitetu nadzwyczajnego, uznała w zeszłym tygodniu małpią ospę za globalne zagrożenie dla zdrowia publicznego  pomimo że eksperci WHO nie byli zgodni w ocenie sytuacji. Dlatego dyrektor generalny WHO Tedros Adhanom Ghebreyesus po raz pierwszy podjął decyzję o wprowadzeniu globalnego alertu mimo braku konsensusu wśród ekspertów zasiadających w komitecie.
W Polsce sytuacja jest stabilna, choć  ze względu na doświadczenia związane z COVID-19  małpia ospa budzi społeczny niepokój. Jak wskazuje dr Aneta Afelt z Uniwersytetu Warszawskiego, niekoniecznie wywoła ona jednak nową epidemię, ponieważ nie rozprzestrzenia się tak łatwo jak SARS-CoV-2. Pewne jest jednak, że w nadchodzących latach takich chorób odzwierzęcych będzie się pojawiać coraz więcej.

– To, że w nasze, ludzkie środowisko wkraczają wirusy, które pochodzą nawet z obszarów odległych geograficznie, jest normalne we współczesności. Żyjemy w zglobalizowanym społeczeństwie, jesteśmy połączeni szlakami komunikacyjnymi transportu regionalnego, transportu międzykontynentalnego, chętnie przemieszczamy się z powodów turystycznych, edukacyjnych, biznesowych, szukając pracy. To wszystko powoduje, że jesteśmy wektorem najprzeróżniejszych patogenów  bakterii wirusów, grzybów i pasożytów – mówi dr Aneta Afelt, pracownik Centrum Modelowania Matematycznego i Komputerowego Uniwersytetu Warszawskiego, członek Zespołu ds. COVID-19 przy Polskiej Akademii Nauk.

Według danych WHO od początku stycznia do 21 lipca br. odnotowano ponad 15,3 tys. potwierdzonych laboratoryjnie i 72 prawdopodobnych przypadków małpiej ospy (w tym pięć zgonów) w 74 krajach świata. Prawie 3/4 zakażeń, zgłoszonych w ciągu ostatnich czterech tygodni, odnotowano w Europie.

Europejskie Centrum ds. Zapobiegania i Kontroli Chorób (ECDC) podaje, że do 21 lipca br. w 27 krajach UE wystąpiło prawie 8,7 tys. potwierdzonych przypadków tej choroby  najwięcej w Hiszpanii, Niemczech, Francji, Holandii, Portugalii i we Włoszech. Z kolei poza UE największymi ogniskami są w tej chwili Wielka Brytania, Stany Zjednoczone, Kanada i Brazylia. Wszystkie wymienione kraje odpowiadają łącznie za ponad 88 proc. przypadków małpiej ospy zgłoszonych na całym świecie  wynika z danych WHO. Niepokojący jest jednak fakt, że w ostatnim tygodniu aż 26 krajów zgłosiło wzrost tygodniowej liczby przypadków, przy czym najwyższy odnotowano we Francji.

W Polsce  według danych ECDC z 21 lipca br.  potwierdzonych przypadków małpiej ospy było dokładnie 40. „Pacjent zero” pojawił się już 10 czerwca br. w Warszawie, ale  jak informował niedawno wiceminister zdrowia Waldemar Kraska  na razie sytuacja w Polsce jest stabilna, a osoby zakażone małpią ospą przechodzą ją dość łagodnie. Mimo to MZ zamówiło już tysiąc szczepionek przeciwko tej chorobie dla pracowników służby zdrowia.

Ze względu na doświadczenia związane z COVID-19 rosnąca liczba zachorowań na małpią ospę budzi społeczny niepokój. Jednak  jak wskazuje dr Aneta Afelt z Uniwersytetu Warszawskiego  na razie patogen nie rozprzestrzenia się tak łatwo jak SARS-CoV-2 i niekoniecznie wywoła następną, globalną epidemię.

– Małpia ospa przemieszcza się poprzez kontakty intymne, jak do tej pory wykazano. Tak więc jest wiele parametrów, które decydują o tym, czy jakaś inwazja patogenu przyjmie charakter epidemiczny lub pandemiczny. Nasze zachowanie też wpływa na tę transmisję – mówi członek Zespołu ds. COVID-19 przy Polskiej Akademii Nauk.

W raporcie z 21 lipca br. WHO wskazuje, że „za wyjątkiem krajów obszarów Afryki Zachodniej i Środkowej trwająca epidemia małpiej ospy nadal dotyka głównie mężczyzn uprawiających seks z mężczyznami, którzy zgłosili niedawno stosunek z jednym lub wieloma partnerami”. Transmisja patogenu odbywa się bowiem głównie przez płyny ustrojowe, ale może do niej dość także poprzez kontakt ze skażonymi przedmiotami (jak np. pościel), a w sprzyjających warunkach  przy bezpośrednim, przedłużonym kontakcie twarzą w twarz z osobą zakażoną  może się też przenosić drogą kropelkową. Niewykluczone jest więc, że wirus może zainfekować tzw. grupy wysokiego ryzyka, w tym dzieci, kobiety w ciąży i osoby z obniżoną odpornością. Między innymi dlatego w piątek, 22 lipca br. Europejska Agencja Leków (EMA) zatwierdziła już stosowanie szczepionki Imvanex przeciwko ospie prawdziwej w celu rozszerzenia jej zastosowania o ochronę osób dorosłych przed małpią ospą.

Małpia ospa to zakaźna, odzwierzęca choroba zakaźna wywoływana przez wirus ospy małpiej (MPXV) należący do rodzaju Orthopoxvirus  tego samego, do którego należy też wirus ospy prawdziwej, która w 1980 roku została uznana przez WHO za całkowicie wyeliminowaną. Obecnie rządom poszczególnych państw zaleca się „podnoszenie świadomości wśród lekarzy i szpitali, podejmowanie środków ochronnych i edukowanie obywateli, jak chronić się przed infekcją”. 

Choroba do tej pory występowała głównie w zachodniej i środkowej Afryce. Kilka miesięcy temu pojawiła się jednak w krajach europejskich i od tego czasu dość szybko się rozprzestrzenia. Na ogół ma jednak łagodny przebieg. Według WHO najbardziej charakterystyczne symptomy to gorączka i ból głowy, obrzęk węzłów chłonnych oraz wysypka lub zmiany skórne, które zaczynają się na twarzy i mogą się rozprzestrzeniać na resztę ciała. Objawy zazwyczaj trwają od dwóch do czterech tygodni.

– Ten wirus został zidentyfikowany w Afryce Środkowej w latach 70. Dopiero niedawno pojawiły się informacje o tym, że zaczął szybko ewoluować, a po drugie  zaczął być wyprowadzany poza swoją naturalną niszę ekologiczną w Afryce – mówi dr Aneta Afelt.

Podobnie jak COVID-19 małpia ospa to tzw. zoonoza, a więc choroba odzwierzęca (przeniesiona ze zwierzęcia na człowieka). Jednak wirusy, które wywołują obie te choroby, znacząco się od siebie różnią.

– Przypadek małpiej ospy jest inny niż wirusa SARS-CoV-2. To są dwa różne patogeny. SARS-CoV-2 to jest wirus RNA, natomiast wirus małpiej ospy to z kolei wirus DNA. To oznacza, że jest nieco bardziej  nazwijmy to  zaawansowany, ewolucyjnie bardziej rozwinięty – mówi ekspertka.

Co ciekawe, wirus małpiej ospy faktycznie po raz pierwszy został odkryty u małp. Jednak największym rezerwuarem u zwierząt są gryzonie, głównie wiewiórki i szczury.

– Wbrew pozorom wirus małpiej ospy nie jest transmitowany przez małpy, ale przez gryzonie, np. przez szczury. To powoduje, że jego odległość do człowieka jest mniejsza niż w przypadku wirusa SARS-CoV-2, w przypadku którego pierwotnymi nosicielami były nietoperze – mówi dr Aneta Afelt. – Natomiast jest jasne, że między nietoperzem a formą, która przeszła na człowieka, były zwierzęta pośrednie. I jak dużo tych zwierząt pośrednich było, tego jeszcze nie wiemy, trwają badania.

Jak wskazuje, można się spodziewać, że w nadchodzących latach tzw. zoonoz, czyli chorób odzwierzęcych, będzie się pojawiać coraz więcej. Wynika to  m.in. z łatwości przemieszczania się w zglobalizowanym społeczeństwie.

– Jako społeczność nabraliśmy dużego apetytu na to, żeby poznać świat, ale również żeby mieć ten świat u siebie w domu, np. na talerzu. Przywykliśmy w Polsce do tego, że mamy awokado, mamy inne egzotyczne owoce, egzotyczne warzywa i mięso, jak np. mięso krokodyla, strusia. To wszystko powoduje, że mamy do czynienia z globalnym transportem ludności, zwierząt, żywności, towarów wszelkiego rodzaju, co niestety uruchamia drogi transmisji różnego rodzaju patogenów na różnych etapach ich faz życiowych  mówi członek Zespołu ds. COVID-19 przy Polskiej Akademii Nauk.

źródło: newseria

Skala problemu przeraża – jak wynika z raportu, z nadwagą i otyłością zmaga się niemal 30 proc. ośmiolatków i około 20 proc. dzieci i młodzieży w wieku 10-16 lat. Istnieje poważne ryzyko, że wkraczając w dorosłość dołączą do ponad 2,5 mln osób cierpiących na cukrzycę (co 12 dorosły Polak). Eksperci przypominają, że nie ma żadnej innej przewlekłej choroby o tak znaczącej liczbie powikłań i zaburzeń. Co najistotniejsze – ryzyko zachorowania na cukrzycę typu 2. u osób otyłych jest zdecydowanie wyższe niż u osób szczupłych, a wraz ze wzrostem masy ciała rośnie też ryzyko jej rozwoju. 
Polskie dzieci są zaliczane do najszybciej tyjących w Europie – już co piąte z nich boryka się z nadwagą lub otyłością, stanowiąc grupę ryzyka rozwoju cukrzycy typu 2. Naukę zdrowych nawyków żywieniowych i regularnej aktywności fizycznej należy rozpoczynać od najmłodszych lat, zwłaszcza w szkołach – i to właśnie do nich adresowane są wnioski raportu otwarcia polskiej wersji programu Cities Changing Diabetes (CCD), zaprezentowanym podczas konferencji w Centrum Prasowym PAP.

W 2019 roku Polska, jako pierwszy kraj w Europie Środkowo-Wschodniej, dołączyła do światowego programu Cities Changing Diabetes (CCD), którego celem jest zatrzymanie galopującej epidemii cukrzycy typu 2.

„Idea programu polega na opracowaniu dla ośrodków miejskich w każdym z państw w nim uczestniczących osobnej strategii działań, uwzględniającej ich specyfikę. Cel jest jednak zawsze ten sam: zahamowanie niebezpiecznego trendu przyrostu masy ciała ich mieszkańców, a w przyszłości – jego odwrócenie” – tłumaczy dr n. ekon. Małgorzata Gałązka-Sobotka, kierownik projektu CCD w Polsce.

Działania profilaktyczne, edukacyjne i lecznicze w ramach tej inicjatywy koncentrują się na największych metropoliach, bo to właśnie w nich choroba zbiera największe żniwo. Program obejmuje już ponad 130 milionów osób w 41 miastach na całym świecie, takich jak: Szanghaj, Kopenhaga, Rzym, Huston czy Buenos Aires.

„Obecnie już ponad połowa populacji świata mieszka w miastach, a do 2050 roku wartość ta przekroczy dwie trzecie. Jeżeli nie podejmiemy zdecydowanych działań już teraz, ognisk epidemii cukrzycy w metropoliach będzie jeszcze więcej” – zaznaczyła Magdalena Paradzińska, dyrektor generalna Novo Nordisk Polska.

Otrzymanie zaproszenia do uczestnictwa w globalnym programie wiązało się z opracowaniem przez stronę polską raportu, określającego grupę docelową i zbiór rekomendowanych działań na najbliższe lata. W prace zaangażowało się grono kilkudziesięciu wybitnych ekspertów – lekarzy, naukowców, samorządowców, przedstawicieli administracji rządowej. Przedstawiony podczas konferencji prasowej w siedzibie PAP dokument pt. „Szkoła, gmina, system – partnerstwo przeciw epidemii otyłości i cukrzycy” stanowi efekt ich wielomiesięcznych prac i analiz.

„Zdecydowaliśmy się skoncentrować działania na środowisku polskich szkół – na dzieciach i młodzieży oraz towarzyszących im w rozwoju nauczycielach. Przeciętnie uczniowie spędzają w nich 41 godzin tygodniowo i to właśnie wtedy kształtują oni swoje postawy prozdrowotne, także w rozmowach z pedagogami i poprzez obserwację ich postaw” – tłumaczyła dr Gałązka-Sobotka. 

Skala problemu przeraża – jak wynika z raportu, z nadwagą i otyłością zmaga się niemal 30 proc. ośmiolatków i około 20 proc. dzieci i młodzieży w wieku 10-16 lat. Istnieje poważne ryzyko, że wkraczając w dorosłość dołączą do ponad 2,5 mln osób cierpiących na cukrzycę (co 12 dorosły Polak). Eksperci przypominają, że nie ma żadnej innej przewlekłej choroby o tak znaczącej liczbie powikłań i zaburzeń. Co najistotniejsze – ryzyko zachorowania na cukrzycę typu 2. u osób otyłych jest zdecydowanie wyższe niż u osób szczupłych, a wraz ze wzrostem masy ciała rośnie też ryzyko jej rozwoju. 

„Sytuację dodatkowo pogorszyła pandemia — znaczne ograniczenie naszej aktywności i >>bliskość lodówki<<. Podczas kolejnych lockdownów połowa Polaków przytyła średnio 6 kilogramów” – informował prof. dr hab. n. med. Leszek Czupryniak, przedstawiciel Rady Naukowej CCD w Polsce. 

„To dlatego walkę z nadwagą i otyłością prowadzącymi do cukrzycy rozpoczynamy w szkołach. Gdy pacjent trafia do lekarza, oznacza to właściwie naszą porażkę, bo pozostaje tylko łagodzić skutki nieuleczalnej choroby. Natomiast my chcemy zdusić ten problem w zarodku, aby dzisiejsze dzieciaki uniknęły kłopotów w przyszłości i umiały przekazywać odpowiednie wzorce następnym pokoleniom” – dodał. 

Obraz zdrowia i stylu życia polskich uczniów, zawarty w raporcie, odnosi się do różnorodnych czynników behawioralnych, generujących nadwagę i otyłość, a w konsekwencji przyczyniających się do rozwoju cukrzycy typu 2.

„Jaki obraz widzimy? Zapowiedź zdrowotnego dramatu. Polski nastolatek spędza biernie przed monitorem średnio 12 godzin dziennie, a tylko 17 proc. nastolatków jest umiarkowanie aktywnych fizycznie wg zaleceń WHO. Co więcej, 40 proc. młodzieży w wieku 10-17 lat regularnie dosładza potrawy i napoje, a tylko jeden na trzech nastolatków je warzywa i owoce w zalecanej ilości. Co piąty nastolatek ma już za sobą doświadczenie diet odchudzających, a aż 40% zgłasza powtarzające się dolegliwości psychosomatyczne” – mówi Marta Pawłowska, redaktor prowadząca raportu „Szkoła, gmina, system – partnerstwo przeciw epidemii otyłości i cukrzycy”. 

Autorzy raportu tłumaczą, że idea promocji zdrowego trybu życia w szkole musi mieć charakter kompleksowy i wielowymiarowy. Z opracowania wynika, że 20 proc. siódmoklasistów przychodzi na pierwszą lekcję bez śniadania. A dokładniej przyjeżdża, gdyż 61 proc. uczniów klas II i 43 proc. uczniów klas VII dociera do szkoły w sposób zmotoryzowany. Nie wystarczy więc usunąć ze sklepików szkolnych niezdrowych słodyczy – należy zastanowić się nad wprowadzeniem nowego przedmiotu „Wiedza o zdrowiu” oraz nad sposobami na ciągłą edukację rodziców. 

„Często w stronę dziecka rzuca się uwagę, że jego nadmierna masa ciała wynika z łakomstwa i lenistwa. Powody nadwagi i otyłości są jednak dużo głębsze, systemowe – często to brak odpowiedniej infrastruktury, wiedzy, a przede wszystkim – wzorców, jakie powinni dawać dorośli, czyli rodzice, opiekunowie i nauczyciele” – zauważył dr hab. n. med. Michał Brzeziński z Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego.

W związku z tym rekomendacje zawarte w raporcie CCD stanowią zbiór postulatów, które, choć dotyczą placówek edukacyjnych, mają znacznie szerszy charakter. Znajdują się wśród nich m.in.:

W realizację postulatów zawartych w raporcie zaangażowały się już dwa największe miasta w Polsce – Warszawa i Kraków, które na etapie opracowywania dokumentu przeprowadziły wśród ponad 4200 nauczycieli szkół podstawowych, podlegających władzom samorządowym, ankietę dotyczącą ich doświadczenia i wiedzy na temat cukrzycy. Okazuje się, że większość pedagogów jest świadoma istnienia problemu i deklaruje chęć uczestnictwa w działaniach dedykowanych swoim podopiecznym. Władze obu miast koncentrują się obecnie na przygotowywaniu nowych projektów społecznych i edukacyjnych, mających na celu zahamowanie epidemii otyłości i cukrzycy wśród ich najmłodszych mieszkańców. 

„Jako miasto partnerskie programu CCD, planujemy organizację na terenie jednego z Domów Pomocy Społecznej kuchni dedykowanej uczniom ze specjalnymi potrzebami żywieniowymi. Wierzymy, że pomoże to rozwiązać problemy wielu rodzin, zmagających się z kosztami przygotowywania dla swoich dzieci posiłków spełniających specjalne wymogi zdrowotne” – zaznaczyła Elżbieta Kois-Żurek, dyrektor wydziału Polityki Społecznej i Zdrowia Urzędu Miasta Krakowa.

„Samorządowcy ze stolicy skupiają się z kolei na przygotowaniach do wdrożenia nowego projektu pt. >>Program polityki zdrowotnej w zakresie profilaktyki oraz leczenia nadwagi i otyłości u dzieci i młodzieży do 15 r.ż. zamieszkałych na terenie m.st. Warszawy<< – powiedziała Beata Krzysztoń-Ulijasz, naczelnik wydziału w Biurze Polityki Zdrowotnej Urzędu M. St. Warszawy.

Podsumowując konferencję, dr Małgorzata Gałązka-Sobotka podkreślała, że program CCD nie narzuca odgórnych rozwiązań, a raczej mobilizuje środowiska szkolne i całe społeczności do podjęcia się trudnego, lecz koniecznego zadania zmiany nawyków żywieniowych i trybu życia dzieci i młodzieży.

„Zamiast nakazywać, lepiej zachęcać – wtedy osiąga się trwały, długofalowy efekt. Uczestniczymy w programie globalnym, ale działania prowadzimy jak najbardziej lokalnie” – oceniła kierownik projektu w Polsce.

„Bardzo cieszy fakt, że w walce z otyłością wśród najmłodszych swoje siły połączyły wszystkie instytucje i środowiska. Nasz resort bardzo docenia oddolne inicjatywy, kibicuje im i deklaruje pełne wsparcie w realizacji założeń programu” – zapowiedział Maciej Miłkowski, podsekretarz stanu w Ministerstwie Zdrowia.

Link do raportu: „Szkoła, gmina, system – partnerstwo przeciw epidemii otyłości i cukrzycy”


Źródło: PAP