Medicalpress

Coraz więcej dzieci i młodzieży korzysta z kasków podczas jazdy rowerem i hulajnogą elektryczną – wynika z pierwszych obserwacji Policji po wejściu w życie nowych przepisów w czerwcu. Obowiązek używania kasków przez osoby do 16. roku życia ma zwiększyć bezpieczeństwo najmłodszych. PZU przekazało policjantom w całym kraju 3,6 tys. kasków, które są rozdawane dzieciom podczas kontroli i spotkań profilaktycznych. 

– Pierwsze tygodnie od wprowadzenia nowych przepisów na pewno należy ocenić pozytywnie. Widzimy coraz większą popularność tej podstawowej ochrony, szczególnie wśród najmłodszych użytkowników dróg. Do noszenia kasków zachęcamy jednak od wielu lat wszystkich, którzy korzystają z hulajnóg elektrycznych czy rowerów. Najmłodsi to największa grupa użytkowników tych pojazdów, szczególnie jeżeli mówimy o hulajnogach elektrycznych – mówi agencji Newseria Biznes podinsp. Robert Opas z Biura Ruchu Drogowego Komendy Głównej Policji.

Od 3 czerwca osoby do 16. roku życia korzystające z rowerów, hulajnóg elektrycznych, a także urządzeń transportu osobistego (UTO) mają obowiązek jazdy w kasku. Za dopuszczenie dziecka do jazdy bez kasku opiekunowi może grozić grzywna do 100 zł. To kolejna regulacja, która ma wzmocnić ochronę niepełnoletnich użytkowników jednośladów. Dodatkowo w marcu tego roku podniesiono z 10 do 13 lat minimalny wiek uprawniający do korzystania z hulajnogi elektrycznej na drodze. Dzieci poniżej 13. roku życia mogą jeździć na hulajnodze elektrycznej jedynie w strefie zamieszkania i pod opieką osoby dorosłej. Aby poruszać się hulajnogą elektryczną od 13. roku życia, należy posiadać kartę rowerową.

– Popularność hulajnóg elektrycznych powoduje to, że tych zdarzeń niestety na polskich drogach jest coraz więcej. Co prawda ta dynamika od wprowadzenia nowych przepisów zmalała, ale w tym roku odnotowaliśmy już 1204 wypadki z udziałem kierujących hulajnogami elektrycznymi, o 235 więcej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Zginęło w nich 17 osób, czyli o siedem osób więcej – wskazuje podinsp. Robert Opas. – Popularność rowerów jest jeszcze większa, natomiast tutaj odnotowujemy spadki zdarzeń drogowych: wypadków było 2707, mniej o 69 niż rok temu, a ofiar – 94, o 11 mniej.

Z danych Policji wynika, że w ostatnich latach wzrosła liczba wypadków z udziałem użytkowników hulajnóg elektrycznych: z 543 w 2022 roku do 1158 w 2025 roku. Polskie Obserwatorium Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego ITS wskazuje, że użytkownicy hulajnóg elektrycznych i urządzeń transportu osobistego stanowią coraz większą grupę ofiar wypadków, a w ubiegłym roku ich liczba zwiększyła się ponad dwukrotnie.

Z badań przywoływanych przez ITS wynika, że stosowanie kasku przez rowerzystów zmniejsza ryzyko śmiertelnych urazów głowy o ponad 70 proc., a w przypadku użytkowników hulajnóg elektrycznych – o ponad 40 proc.

– Popularność kasków jest związana z wprowadzeniem nowych przepisów, które obligują najmłodszych do korzystania z nich, ale też powodują odpowiedzialność opiekunów czy rodziców, jeżeli ten obowiązek nie jest dopełniony. Chcielibyśmy jednak, żeby przede wszystkim rozwaga i rozsądek decydowały o tym, żeby z tych kasków korzystać – podkreśla ekspert z Biura Ruchu Drogowego Komendy Głównej Policji.

W działania profilaktyczne prowadzone przez Policję włączyło się PZU, które przekazało funkcjonariuszom ruchu drogowego 3,6 tys. kasków. Trafiły one do jednostek w całym kraju i zostały przekazane dzieciom i młodzieży podczas kontroli w rejonach szkół, ale także w trakcie spotkań edukacyjnych, festynów, pikników profilaktycznych i innych działań prowadzonych w ramach akcji „Bezpieczna droga do szkoły”. Inicjatywa jest częścią programu Rowerowa Polska PZU, który promuje aktywność fizyczną i bezpieczne poruszanie się po drogach.

– PZU jest od wielu lat partnerem Policji i pomaga nam w różnego rodzaju akcjach. Tutaj mówimy o edukacji i profilaktyce, ale też o realnych działaniach, które mogą spowodować, że osoby, które zapomniały o kasku bądź z jakiegoś powodu go nie nabyły dla swoich pociech, będą mogły skorzystać z pierwszego ostrzeżenia, połączonego jednocześnie z wyposażeniem dziecka w kask – mówi podinsp. Robert Opas.

Przekazane przez PZU kaski trafiły do policjantów ruchu drogowego w całej Polsce. Zostały rozdysponowane do Komendy Stołecznej Policji oraz komend wojewódzkich Policji w Białymstoku, Bydgoszczy, Gdańsku, Gorzowie Wielkopolskim, Katowicach, Kielcach, Krakowie, Lublinie, Łodzi, Olsztynie, Opolu, Poznaniu, Radomiu, Rzeszowie, Szczecinie i Wrocławiu.

Źródło: Newseria

Zbliża się kolejny sezon zakażeń RSV, a znaczna część najmłodszych dzieci nadal pozostaje bez bezpośredniej ochrony przed ciężkim przebiegiem infekcji. W Polsce działa program profilaktyki dla wybranych grup ryzyka, bezpłatnie szczepione przeciw RSV mogą być m.in. wcześniaki oraz kobiety w ciąży. Dostępne jest również długodziałające przeciwciało monoklonalne. To ostatnie rodzice muszą jednak obecnie sfinansować samodzielnie. Eksperci podkreślają, że największym wyzwaniem pozostaje ochrona niemowląt, które nie kwalifikują się do programu B.40 i nie uzyskały ochrony dzięki szczepieniu matki.

RSV (syncytialny wirus oddechowy) jest szczególnym zagrożeniem dla najmłodszych dzieci. Zakażenie może początkowo wyglądać niegroźnie – od kataru czy kaszlu – a następnie w krótkim czasie doprowadzić do poważnych problemów z oddychaniem.

– Ta choroba przebiega bardzo podstępnie. Nawet jeśli pierwszego dnia dziecko przyjdzie z katarem czy kaszlem do pediatry, w drugiej, trzeciej dobie może dojść do niewydolności oddechowej. Ten przebieg u najmłodszych dzieci, w pierwszym kwartale życia, jest najcięższy – mówiła prof. Teresa Jackowska, prezes Polskiego Towarzystwa Pediatrycznego, podczas posiedzenia Parlamentarnego Zespołu ds. Zdrowia Matki i Dziecka poświęconego profilaktyce zakażeń RSV.

Doświadczenia rodziców pokazują, jak szybko może zmienić się stan niemowlęcia.

– W ciągu trzech dni stan Mai zmienił się tak drastycznie, że stwierdziłam, że pojadę do szpitala. Maja zaczęła bardzo ciężko oddychać, nie oddychała w ogóle przez nos. […] Podczas RSV dzieci mają takie straszne napady kaszlu, które trwają 2–3 minuty, podczas których nie mogą odkaszlnąć i nie mogą oddychać. To było przerażające dla mnie. […] Leżałyśmy dwa tygodnie w szpitalu – opowiadała mama Mai.

Do szpitali trafiają przede wszystkim najmłodsze dzieci

Skalę problemu pokazują dane przedstawione podczas posiedzenia. Jak wskazał prof. Marcin Czech z Instytutu Matki i Dziecka w Warszawie, w 2025 roku odnotowano 14 982 hospitalizacje z powodu RSV wśród dzieci do 2. roku życia. Łączny koszt ich leczenia szpitalnego wyniósł około 105 mln zł, a najmłodsze dzieci odpowiadały za blisko 61 proc. wszystkich hospitalizacji związanych z RSV.

Dane z programu „Prevent RSV”, obejmującego 21 oddziałów pediatrycznych w Polsce, wskazują, że liczba hospitalizacji w monitorowanych placówkach nie maleje i utrzymuje się na poziomie około tysiąca w sezonie.

Prawie 90 proc. hospitalizowanych w rejestrze stanowią dzieci poniżej 2. roku życia. Najdłuższego pobytu w szpitalu wymagają najmłodsze niemowlęta.

– Ci najmniejsi pacjenci, którzy mają miesiąc, dwa, trzy, cztery miesiące, wymagają najdłuższej hospitalizacji. To jest mediana 8 i więcej dni. – wskazał prof. Jan Mazela, neonatolog, pediatra, koordynator programu „Prevent RSV”..

Ciężkie zakażenie nie dotyczy wyłącznie wcześniaków

Jednym z najważniejszych problemów pozostaje fakt, że do szpitali trafiają nie tylko wcześniaki czy dzieci z chorobami zwiększającymi ryzyko ciężkiego przebiegu RSV. Znaczną część hospitalizowanych stanowią dzieci, które przed zakażeniem nie miały rozpoznanych czynników ryzyka.

W Polsce od 2008 roku funkcjonuje program lekowy B.40, w którym stosowany jest paliwizumab – krótkodziałające przeciwciało monoklonalne przeznaczone dla określonych grup dzieci obciążonych zwiększonym ryzykiem ciężkiego zakażenia RSV. Program był przez lata stopniowo rozszerzany, jednak nadal obejmuje jedynie niewielką część populacji.

Dane przedstawione przez ekspertów pokazują jednocześnie, że w chronionych grupach hospitalizacje z powodu RSV należą do rzadkości.

– Dane wskazują na to, że dzieci te, mimo największego narażenia, nie chorowały ciężko i nie wymagały hospitalizacji. To pokazuje, że immunizacja, którą im oferowaliśmy, jest skuteczna – podkreśliła prof. Ewa Helwich z Instytutu Matki i Dziecka. 

Profilaktyka ma szczególne znaczenie, bo nie ma leczenia przyczynowego

Znaczenie profilaktyki wynika również z ograniczonych możliwości leczenia dziecka, które już zachoruje. Postępowanie w ciężkim zakażeniu RSV ma przede wszystkim charakter objawowy i wspomagający – obejmuje m.in. tlenoterapię i, w zależności od stanu pacjenta, różne formy wspomagania oddychania.

– Profilaktyka jest dlatego taka ważna, że pomimo upływu czasu i starań niestety nie mamy nowych metod terapeutycznych i postępowanie w sytuacji, w której dojdzie już do zakażenia, szczególnie do jego ciężkich postaci, skupia się na leczeniu zachowawczym – podkreślił prof. Tomasz Szczapa, konsultant krajowy w dziedzinie neonatologii i prezes Polskiego Towarzystwa Neonatologicznego.

Dane z rejestru „Prevent RSV” wskazują ponadto, że około połowa hospitalizowanych dzieci otrzymywała antybiotyki, mimo że zakażenie RSV ma etiologię wirusową.

– Praktycznie 50 proc. otrzymuje antybiotyki. […] To jest leczenie wspomagające, a nie leczenie przyczynowe, bo takiego nie ma, więc jeżeli byśmy mogli mieć skuteczną profilaktykę, moglibyśmy uniknąć takiej terapii – powiedział prof. Jan Mazela.

Jak można dziś chronić niemowlęta przed RSV?

Obecnie dostępnych jest kilka sposobów profilaktyki. Dzieci należące do określonych grup ryzyka mogą korzystać z programu B.40. Drugą możliwością jest szczepienie kobiety w ciąży – wytworzone przez matkę przeciwciała są przekazywane dziecku i zapewniają mu ochronę w pierwszych miesiącach życia.

Problem polega na tym, że nie wszystkie kobiety korzystają ze szczepienia, a nie każde dziecko może uzyskać w ten sposób odpowiednią ochronę.

Trzecią możliwością jest nirsewimab – długodziałające przeciwciało monoklonalne, którego pojedyncze podanie może zapewnić ochronę przez sezon RSV. Preparat jest dostępny w Polsce, ale poza obecnym systemem publicznego finansowania rodzice muszą pokryć jego koszt samodzielnie.

Eksperci podkreślają, że szczepienie kobiety w ciąży i podawanie przeciwciał niemowlętom nie powinny być traktowane jako konkurencyjne strategie.

– To, o co zabiegamy już od dłuższego czasu, kolejny sezon, mógłbym powiedzieć, to kwestia zabezpieczenia tej części populacji, która obecnie dostępu do tych metod zapobiegania zakażeniom nie ma. Przy czym wydaje się, że te metody wszystkie, o których powiedziałem, są do siebie komplementarne. Idealny jest taki model, w którym moglibyśmy zarówno ze szczepień korzystać, które są już dostępne, ale jednocześnie też u tych dzieci, których matki zaszczepione nie były, mieć możliwość podania długodziałających przeciwciał monoklonalnych – powiedział prof. Tomasz Szczapa.

Nirsewimab z pozytywnymi rekomendacjami AOTMiT

W ostatnich tygodniach nastąpił istotny krok w kierunku możliwego rozszerzenia dostępu do tej formy profilaktyki. Prezes AOTMiT wydał dwie pozytywne rekomendacje dotyczące objęcia refundacją nirsewimabu: w ramach programu lekowego B.40 dla dzieci urodzonych w sezonie RSV oraz w ramach refundacji aptecznej dla noworodków i niemowląt urodzonych poza sezonem, w pierwszym dla nich sezonie zakażeń RSV. 

– Ta ocena jest rzeczywiście pozytywna, natomiast jest tam zastrzeżenie odnośnie obniżenia ceny zbytu netto, więc tutaj to już jest poniekąd po stronie producenta, a poniekąd po stronie Ministerstwa Zdrowia, jak te negocjacje przebiegną – mówiła Katarzyna Skrętowska-Szyszko, dyrektorka Zespołu Zdrowia w Biurze Rzeczniczki Praw Dziecka.

Na razie nie oznacza to jednak decyzji o objęciu preparatu refundacją.

– Z naszej perspektywy czekamy. Ja jednak liczę na to, że to się zakończy pozytywnie. Oczywiście nikt z nas tutaj nie ma żadnej pewności i gwarancji co do tego – podkreśliła Katarzyna Skrętowska-Szyszko.

Przedstawicielki Koalicji dla Wcześniaka relacjonowały podczas posiedzenia, że w czasie niedawnego spotkania w Ministerstwie Zdrowia styczeń 2027 roku miał zostać wskazany jako najwcześniejszy możliwy termin uruchomienia finansowania. Termin ten nie został jednak oficjalnie potwierdzony, a według relacji uczestniczek spotkania jego realizacja zależy od przebiegu negocjacji.

Profilaktyka kosztuje, ale hospitalizacje również

Argumentem w dyskusji o rozszerzeniu profilaktyki są także koszty ponoszone przez system ochrony zdrowia. Według danych przedstawionych przez prof. Marcina Czecha hospitalizacje dzieci do 2. roku życia z powodu RSV kosztowały w 2025 roku około 105 mln zł.

Ekspert wskazywał również na doświadczenia państw, w których po wprowadzeniu szerokiej profilaktyki obserwowano znaczące zmniejszenie liczby hospitalizacji.

– Mamy dane pochodzące z różnych krajów mówiące o tym, że immunizacja połączona ze szczepieniami ochronnymi, czyli profilaktyka pierwotna zakażenia RSV, jest korzystna dla systemu. Obserwujemy w wielu krajach europejskich i pozaeuropejskich znaczną redukcję hospitalizacji, która sięga nawet ponad 80 proc. – mówił prof. Marcin Czech.

Zwracał jednocześnie uwagę, że ocena profilaktyki powinna uwzględniać zarówno wydatki związane z jej finansowaniem, jak i możliwe efekty zdrowotne oraz koszty hospitalizacji, których można uniknąć.

– Po stronie efektów to jest działanie niesłychanie skuteczne, obarczone bardzo niewielkim ryzykiem działań niepożądanych. […] Także zarówno po stronie kosztów, jak i po stronie efektów widać, że jest to godne rozważenia – powiedział prof. Marcin Czech.

Edukacja potrzebna, ale nie zastąpi dostępu

Osobnym problemem pozostaje wiedza rodziców o RSV i dostępnych możliwościach profilaktyki. Biuro Rzecznika Praw Pacjenta zwracało uwagę, że informacja powinna docierać do kobiet już podczas ciąży, a nie dopiero wtedy, gdy chore dziecko trafia do lekarza czy szpitala.

– Prawo do informacji powinno już być w gabinecie, kiedy przychodzi kobieta w ciąży. […] Jeżeli jest wyszczepialność około 30 proc. kobiet w ciąży, to gdzieś ta informacja ucieka, czyli gdzieś ta pacjentka nie dostaje informacji – mówiła Marzanna Bieńkowska, zastępca dyrektora Departamentu Współpracy w Biurze Rzecznika Praw Pacjenta.

Przedstawiciele NFZ wskazywali na możliwość większego wykorzystania podstawowej opieki zdrowotnej oraz edukacji przedporodowej. Fundusz zapowiedział również dalsze działania informacyjne dotyczące RSV w okresie zimowym.

– Na pewno będziemy również uwzględniać i kontynuować nasze działania. Planując tematykę kampanii edukacyjnych na przede wszystkim ten okres zimowy, będziemy w podejmowanych działaniach podkreślać właśnie wagę profilaktyki RSV – powiedziała Irena Łaba z Departamentu Obsługi Klientów i Profilaktyki NFZ.

Eksperci zwracali jednak uwagę, że sama edukacja nie rozwiąże problemu, jeśli za informacją o skutecznej profilaktyce nie idzie możliwość skorzystania z niej w ramach publicznego systemu.

– Edukacja kobiet w ciąży jest na pewno niedostateczna i my to widzimy, ale tutaj mamy odnośnik do konkretnego, bezpłatnego produktu. Natomiast […] do jakiego produktu mamy odnieść naszą edukację, jeżeli tego produktu nie mamy? […] Nie możemy odnieść do tego, żeby rodzice z własnych funduszy sobie tę profilaktykę zafundowali – mówiła prof. Maria Katarzyna Borszewska-Kornacka, prezeska Fundacji Koalicja dla Wcześniaka.

Przed kolejnym sezonem RSV Polska dysponuje więc kilkoma możliwościami ochrony najmłodszych dzieci, ale nadal nie tworzą one systemu obejmującego wszystkie niemowlęta. Po pozytywnych, warunkowych rekomendacjach AOTMiT dalszy etap zależy od procesu refundacyjnego i warunków finansowych. Do czasu jego zakończenia część rodziców nadal będzie mogła skorzystać z długodziałającego przeciwciała jedynie odpłatnie.

Źródło: posiedzenie Parlamentarnego Zespołu ds. Zdrowia Matki i Dziecka „Profilaktyka zakażeń wirusem RSV”, 16 września 2026 r.; AOTMiT – zlecenia nr 52/2026 i 53/2026.
Redakcja: Medicalpress

Jedna wizyta dziecka w gabinecie stomatologicznym mogła kosztować Narodowy Fundusz Zdrowia ponad 600 zł. W rozliczeniu pojawiały się jednocześnie usunięcie kamienia nazębnego, instruktaż higieny, badanie stomatologiczne i lakierowanie zębów. Problem w tym, że u małych dzieci twardy kamień nazębny występuje bardzo rzadko, a cały pakiet finansowany ze środków publicznych mógł kosztować więcej niż podobna usługa wykonywana prywatnie. NFZ postanowił uporządkować system. Od 1 września 2026 r. obowiązuje nowy pakiet profesjonalnej higienizacji dla dzieci i nowa wycena świadczeń.

Sprawa zwróciła uwagę Funduszu nie tylko ze względu na pojedyncze wysokie rozliczenia. NFZ odnotował wzrost liczby raportowanych świadczeń, a według danych Funduszu tylko w 2025 r. na tę pozycję przeznaczono ponad 500 mln zł.

Mechanizm był stosunkowo prosty. Gabinety mogły raportować podczas jednej wizyty kilka odrębnie wycenianych procedur, w tym usunięcie złogów nazębnych, badanie lekarskie, instruktaż higieny oraz lakierowanie zębów. Dodatkowo świadczenia udzielane dzieciom były objęte bonusem finansowym zwiększającym ich wycenę o 50 proc. W efekcie suma należności za jedną wizytę mogła przekraczać 600 zł.

Szczególne wątpliwości wzbudziło raportowanie usuwania kamienia nazębnego u dzieci. Jak wskazuje NFZ, twardy kamień nazębny u małych pacjentów pojawia się niezwykle rzadko, zwłaszcza na wczesnych etapach rozwoju. Nie oznacza to oczywiście, że dzieci nie wymagają profesjonalnej higienizacji. Problem dotyczył raczej konstrukcji i sposobu rozliczania świadczeń, które nie zawsze odpowiadały rzeczywistemu charakterowi zabiegów wykonywanych u najmłodszych pacjentów.

Skala wydatków skłoniła NFZ do zwrócenia się do Ministerstwa Zdrowia o doprecyzowanie zasad realizacji i finansowania profilaktycznych świadczeń stomatologicznych dla dzieci. Ministerstwo zleciło Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji przygotowanie nowej wyceny. W pracach uczestniczyła również prof. Dorota Olczak-Kowalczyk, konsultant krajowa w dziedzinie stomatologii dziecięcej.

Efektem jest nowy pakiet profesjonalnej higienizacji przeznaczony dla dzieci. Obejmuje usuwanie złogów miękkich, czyli m.in. osadu nazębnego i resztek pokarmowych, wraz z instruktażem prawidłowej higieny jamy ustnej. Pakiet może zostać uzupełniony o lakierowanie zębów.

Zmiana jest istotna także z punktu widzenia jakości świadczenia. AOTMiT określiła minimalny czas, jaki powinien zostać przeznaczony na jego realizację. Wizyta obejmująca instruktaż higieny ma trwać co najmniej 30 minut, natomiast pakiet bez instruktażu co najmniej 20 minut. Wprowadzenie minimalnego czasu ma ograniczyć sytuacje, w których kilka procedur jest formalnie rozliczanych podczas jednej wizyty, ale czas przeznaczony na pacjenta budzi wątpliwości co do możliwości ich pełnego wykonania.

Jednocześnie nowe stawki zastępują dotychczasowy mechanizm podwyższania o 50 proc. wyceny świadczeń wykonywanych u dzieci. To ważny element zmian, ponieważ pokazuje, że Fundusz nie rezygnuje z dodatkowego finansowania profilaktyki stomatologicznej najmłodszych, lecz próbuje powiązać pieniądze z konkretnie zdefiniowanym zakresem i czasem świadczenia.

Nowe rozwiązanie stawia jednak szersze pytanie o sposób finansowania publicznej stomatologii. Wysoka wartość rozliczenia nie musi sama w sobie oznaczać nieprawidłowości, podobnie jak cena świadczenia komercyjnego nie jest automatycznie właściwym punktem odniesienia dla taryfy NFZ. Publiczny płatnik finansuje świadczenia według określonych produktów rozliczeniowych, a nie cenników prywatnych gabinetów. Jeżeli jednak sposób łączenia kilku procedur powoduje, że ich łączna wartość znacząco przewyższa koszt porównywalnej usługi na rynku, a jednocześnie gwałtownie rośnie liczba takich rozliczeń, jest to sygnał, że konstrukcja finansowania wymaga ponownej oceny.

W tym przypadku skala była wystarczająca, by uruchomić proces taryfikacji. Projekty nowych zasad były konsultowane społecznie na początku maja i ponownie pod koniec lipca 2026 r., a po analizie uwag prezes NFZ wydał zarządzenie nr 95/2026/DSOZ. Nowe zasady obowiązują od 1 września. Nie jest to więc zapowiedź ani projekt, lecz rozwiązanie już wdrożone do systemu.

Zmiany nie kończą jednak porządkowania wycen w stomatologii. NFZ informuje, że AOTMiT planuje również przegląd taryf dotyczących stomatologii zachowawczej, w tym wypełnień. Może to być znacznie szersza dyskusja, ponieważ problemy publicznej stomatologii nie sprowadzają się wyłącznie do ryzyka nadmiernego finansowania niektórych kombinacji świadczeń. Od lat równie istotnym pytaniem pozostaje to, czy wycena innych procedur jest wystarczająca, aby gabinetom opłacało się wykonywać je w ramach kontraktu z NFZ.

Historia pakietu higienizacyjnego pokazuje więc dwie strony tego samego problemu. System musi chronić publiczne pieniądze przed sytuacjami, w których konstrukcja rozliczeń pozwala uzyskać nieproporcjonalnie wysoką zapłatę za pojedynczą wizytę. Jednocześnie taryfy muszą być na tyle realistyczne, by pacjent rzeczywiście miał gdzie skorzystać z gwarantowanego świadczenia. W stomatologii dziecięcej szczególne znaczenie ma jeszcze trzeci element: profilaktyka powinna być nie tylko właściwie wyceniona, ale przede wszystkim rzeczywiście wykonywana.

Źródło: NFZ

RSV jest jedną z najczęstszych przyczyn hospitalizacji niemowląt w Polsce, a prawie 95% dzieci hospitalizowanych z powodu zakażenia wirusem nie wykazywało wcześniej żadnego z czynników ryzyka ciężkiego przebiegu choroby. Niebawem rozpocznie się kolejny sezon infekcyjny. Czy zatem jesteśmy wystarczająco przygotowani do tego, aby uchronić najmłodszych przez ciężkim przebiegiem infekcji i jej długoterminowymi konsekwencjami. Na ten temat rozmawiali eksperci podczas konferencji inaugurującej kampanię edukacyjną „Czas na gotowość przed RSV”, organizowaną przez Fundację Instytutu Matki i Dziecka w Warszawie.

– Z perspektywy szpitala pediatrycznego każdy sezon infekcyjny jest dużym wyzwaniem organizacyjnym, ale przede wszystkim oznacza realne obciążenie dla dzieci, ich rodzin i personelu medycznego. RSV może w krótkim czasie doprowadzić do znacznego wzrostu liczby hospitalizacji najmłodszych pacjentów. Dlatego o przygotowaniu do sezonu powinniśmy myśleć nie tylko w kontekście zwiększania dostępności łóżek czy zabezpieczenia personelu, ale przede wszystkim poprzez skuteczną profilaktykę i ograniczanie liczby ciężkich zakażeń. Im więcej przypadków możemy przewidzieć i im większej liczbie hospitalizacji możemy zapobiec, tym lepiej przygotowany jest cały system. Wczesna ochrona najmłodszych pacjentów to inwestycja w ich zdrowie, ale również w stabilność i bezpieczeństwo pediatrycznej opieki zdrowotnej – podkreśla dr. n. med. Alicja Karney, pediatra, wakcynolog, dyrektor Instytutu Matki i Dziecka w Warszawie.

RSV – zagrożenie, którego przebieg trudno przewidzieć

RS to wirus oddechowy, który jest jednym z patogenów wywołujących zakażenia dróg oddechowych u niemowląt. Szczególnie narażone na ciężki przebieg są najmłodsze dzieci, których układ oddechowy i odpornościowy wciąż się rozwijają. Jednocześnie przebieg zakażenia może być trudny do przewidzenia. W przypadku ciężkiej infekcji może dojść do zapalenia oskrzelików i niewydolności oddechowej wymagającej tlenoterapii, a niekiedy również wentylacji mechanicznej. Dodatkowo, wirus ten charakteryzuje niezwykle wysoka zakaźność, co przekłada się na szybki wzrost liczby osób zakażonych w krótkim czasie. – Większość zakażeń pochodzi z kontaktu z bliskimi – 54,8% transmisji pochodzi od najbliższego otoczenia dziecka (rodzeństwo, rodzice, dziadkowie), co sprawia, że nawet zdrowe noworodki są narażone na zakażenie tuż po urodzeniu – zaznacza prof. dr hab. n. med. Marcin Czech, specjalista epidemiolog, specjalista zdrowia publicznego IMiD.


Ponad 94 tysiące zakażeń RSV w Polsce w 2025 roku

RSV jest wyzwaniem nie tylko dla pojedynczego pacjenta i jego rodziny. W sezonie jesienno-zimowym duża liczba zakażeń w krótkim czasie przekłada się na zwiększone obciążenie oddziałów pediatrycznych, a równolegle rośnie wówczas liczba dzieci hospitalizowanych z powodu innych infekcji sezonowych, tj. grypa czy COVID-19. Skalę zjawiska pokazują najnowsze dane epidemiologiczne przywołane w przygotowanym przez Fundację Instytutu Matki i Dziecka „Kompasie gotowości na RSV u niemowląt”. Od 1 stycznia do 15 grudnia 2025 roku w Polsce odnotowano ponad 94 tys. przypadków RSV. Wśród dzieci do 2. roku życia liczba wzrosła z ponad 18 tys. do ponad 33 tys. Dla szpitali nie są to wyłącznie statystyki. W szczycie sezonu infekcyjnego oddziały pediatryczne oraz oddziały intensywnej terapii dla dzieci mogą pracować na granicy swoich możliwości. Duża liczba przyjęć obserwacyjnych, oznacza zajmowanie kolejnych łóżek szpitalnych i rosnące obciążenie personelu. Infekcje mogą również prowadzić do przesuwania planowych przyjęć dzieci leczonych z powodu innych chorób.

Gotowość to nie tylko więcej łóżek

Doświadczenia innych państw pokazują, że odpowiedzią na problem może być szersze wykorzystanie profilaktyki, w tym immunizacji niemowląt z wykorzystaniem długo działających przeciwciał monoklonalnych, które zapewniają ochronę przed ciężkim przebiegiem zakażenia. Obecnie 23 kraje europejskie rekomendują immunizację niemowląt przeciw RSV, a 19 finansuje ją systemowo. Dane pochodzące m.in. z Hiszpanii, Francji, Stanów Zjednoczonych i Chile wskazują, że szeroka profilaktyka może ograniczać liczbę hospitalizacji niemowląt o 70-98%[4]. Istotne jest również, aby ochrona nie zależała od miesiąca urodzenia – co drugie niemowlę hospitalizowane z powodu RSV urodziło się poza sezonem epidemicznego występowania wirusa.

– W Polsce nie funkcjonuje obecnie powszechny program profilaktyki RSV obejmujący wszystkie niemowlęta. Dotychczasowa ochrona z wykorzystaniem przeciwciał monoklonalnych koncentrowała się przede wszystkim na wybranych grupach dzieci szczególnie narażonych na ciężki przebieg zakażenia. Dyskusja o gotowości na kolejny sezon nie powinna zatem ograniczać się wyłącznie do pytania, czy system dysponuje wystarczającą liczbą łóżek i personelu. Równie istotne jest pytanie, ilu ciężkim zakażeniom i hospitalizacjom najmłodszych pacjentów można wcześniej zapobiec – mówi dr hab. n. med. Paweł Krajewski, kierownik Kliniki Neonatologii i Intensywnej Terapii Noworodka IMiD.


Gdy choruje niemowlę, skutki odczuwa cała rodzina

Dla rodzica za słowem „hospitalizacja” nie kryje się jednak liczba w zestawieniu epidemiologicznym. To nagłe pogorszenie stanu kilkutygodniowego czy kilkumiesięcznego dziecka, droga do szpitala, oczekiwanie na informacje od lekarza i niepewność, jak zakażenie będzie rozwijało się w kolejnych godzinach. To stres o zdrowie i przyszłość własnego dziecka, którego nie da się porównać z żadnym innym.

Dlatego jednym z fundamentów skutecznej ochrony pozostaje również edukacja. Rodzice potrzebują wiarygodnych i zrozumiałych informacji o ryzyku związanym z zakażeniem oraz dostępnych możliwościach profilaktyki. Chaos informacyjny może utrudniać podejmowanie decyzji profilaktycznych, szczególnie gdy rodzicom brakuje poczucia wsparcia.

– To był jeden z powodów, dla których postanowiliśmy jako Fundacja Matki i Dziecka głośno mówić o konieczności ochrony przed RSV. Z wirusem możemy skutecznie mierzyć się tylko wspólnie – jako rodzice, którzy mają wiedzę o dostępnych sposobach ochrony dziecka, oraz jako system ochrony zdrowia, który powinien zapewniać dostęp do najskuteczniejszych obecnie metod profilaktyki. Edukacja o profilaktyce jest jednym z naszych najważniejszych celów. Cieszy nas, że mamy dziś dostęp do profilaktyki przeciw RSV – przeciwciała monoklonalnego dla wcześniaków czy szczepienia dla kobiet w ciąży, które może pomóc chronić dziecko już od pierwszych miesięcy życia. Niestety, z tej możliwości korzysta obecnie zaledwie jedna na cztery ciężarne. To pokazuje, jak wiele mamy jeszcze do zrobienia w obszarze edukacji i budowania świadomości. W ramach kampanii „Czas na gotowość przed RSV” chcemy nie tylko mówić o zagrożeniu, jakie niesie ze sobą RSV, ale przede wszystkim pokazywać konkretne możliwości ochrony i wskazywać rozwiązania, które mogą poprawić obecną sytuację. Wierzę, że wspólnymi siłami uda nam się zwiększyć świadomość i sprawić, że kolejny sezon infekcyjny będzie spokojniejszy – zarówno dla rodziców i ich dzieci, jak i dla całego systemu ochrony zdrowia” – podsumowała spotkanie dr n. o zdrowiu Dorota Kleszczewska.

O Fundacji Instytutu Matki i Dziecka

Fundacja Instytutu Matki i Dziecka od 2014 roku działa na rzecz ochrony zdrowia dzieci, młodzieży i kobiet w ciąży, wspierając pacjentów oraz ich rodziny, a także działalność Instytutu Matki i Dziecka. Ważnym obszarem jej aktywności są profilaktyka i edukacja zdrowotna oraz upowszechnianie rzetelnej wiedzy medycznej. Fundacja współpracuje ze środowiskiem medycznym i naukowym, realizując inicjatywy służące zwiększaniu świadomości zdrowotnej oraz poprawie jakości opieki.

Źródło: inf pras

Rozpoznanie krótkowzroczności u dziecka i dobranie okularów nie oznacza jeszcze, że problem został rozwiązany. Wada może postępować, dlatego coraz większą rolę odgrywa tzw. kontrola krótkowzroczności. Jakimi metodami można dziś spowalniać jej rozwój i dlaczego znaczenie ma wczesne rozpoczęcie działania?

Dlaczego sama korekcja nie wystarczy? 

Kiedy specjalista zdiagnozuje u dziecka krótkowzroczność, początkowym rozwiązaniem są najczęściej okulary korekcyjne z soczewkami jednoogniskowymi wypukło-wklęsłymi, tzw. „minusy”. Dzięki nim dziecko zaczyna wyraźnie widzieć, łatwiej odczytuje to, co jest na tablicy, rozpoznaje osoby z daleka i może wrócić do codziennych aktywności bez mrużenia oczu. Rodzic ma więc poczucie, że problem został rozwiązany. Często zapomina się jednak o tym, że standardowe okulary co prawda korygują jak wyraźny jest obraz, ale nie zatrzymują procesu wydłużania się gałki ocznej, który stoi za rozwojem krótkowzroczności. Dlatego dziś coraz częściej mówi się nie tylko o korekcji, ale także o kontroli krótkowzroczności, czyli działaniach, których celem jest spowolnienie narastania wady. Czym różnią się oba te procesy?

Korekcja krótkowzroczności polega na takim skorygowaniu wady, aby dziecko mogło wyraźnie widzieć przedmioty znajdujące się w różnej, szczególnie dalszej, odległości. Kontrola krótkowzroczności to natomiast działania, których celem jest spowolnienie narastania wady. To ważne rozróżnienie, ponieważ samo zapewnienie ostrego widzenia nie oznacza, że krótkowzroczność przestanie się pogłębiać. Im wcześniej zaczniemy reagować na tempo jej rozwoju, tym większa szansa na ograniczenie ryzyka pojawienia się poważnych problemów ze zdrowiem oczu w przyszłości, takich jak jaskra, zaćma czy odwarstwienie siatkówki – podkreśla Sylwia Kijewska, optometrystka, ekspertka Hoya Lens Poland.

Dostępne metody kontroli krótkowzroczności

Rodzice, którzy chcą lepiej zrozumieć, jakie możliwości daje dziś kontrola krótkowzroczności, mogą sięgnąć do wytycznych Polskiego Towarzystwa Okulistycznego, dotyczących postępowania u dzieci i młodzieży.

Ogólnie dostępne metody kontroli krótkowzroczności można podzielić na dwie główne grupy: optyczne i farmakologiczne.

Metody optyczne:

Metody farmakologiczne:

Kontrola krótkowzroczności to proces

Sama decyzja o rozpoczęciu kontroli krótkowzroczności to dopiero początek. Wybraną metodę trzeba dopasować do dziecka, a następnie obserwować, jak oko reaguje na zastosowane rozwiązanie. Regularne wizyty u specjalisty pozwalają ocenić postęp wady i w razie potrzeby modyfikować sposób postępowania. Równie ważna jest codzienna konsekwencja, ponieważ nawet najlepiej dobrana metoda nie przyniesie oczekiwanych rezultatów, jeśli nie będzie stosowana zgodnie z zaleceniami.

Wybór metody kontroli krótkowzroczności powinien zawsze uwzględniać wiek dziecka, jego codzienne aktywności, możliwości i komfort. Nie każda metoda będzie odpowiednia dla każdego pacjenta. Atropina czy ortokorekcja wymagają bezpośredniego kontaktu z powierzchnią oka, co dla niektórych dzieci może być barierą. Na tym tle okulary z soczewkami wykorzystującymi rozogniskowanie wielosegmentowe mogą być prostszym rozwiązaniem, szczególnie dla dzieci, które nie są gotowe na bardziej wymagające metody. Jednocześnie trzeba pamiętać, że żadna z dostępnych metod nie daje gwarancji całkowitego zatrzymania progresji wady. Dlatego tak ważne są wczesne wykrycie krótkowzroczności, regularne kontrole i możliwie szybkie dobranie rozwiązania odpowiedniego dla konkretnego dziecka – mówi Sylwia Kijewska, optometrystka i ekspertka Hoya Lens Poland.

Codzienna profilaktyka i regularność badań

Dbanie o wzrok dziecka nie kończy się na dobraniu odpowiedniej korekcji czy metody kontroli krótkowzroczności. Równie ważne są codzienne nawyki i cykliczne badania, które pozwalają odpowiednio wcześnie zauważyć niepokojące zmiany. Dziecko powinno mieć możliwość spędzania co najmniej dwóch godzin dziennie na świeżym powietrzu, korzystać z naturalnego światła i robić regularne przerwy podczas nauki czy korzystania z ekranów: pomocna może być zasada 20-20-20 (co 20 minut 20 sekund patrzenia w dal na odległość 20 stóp, czyli ok. 6 metrów). Jednocześnie wzrok warto kontrolować regularnie, nawet jeśli dziecko nie zgłasza żadnych problemów. W przypadku zdrowych oczu zaleca się badania co najmniej raz w roku, a przy zdiagnozowanej krótkowzroczności częściej, zgodnie z zaleceniami specjalisty. Takie podejście pozwala nie tylko wspierać prawidłowy rozwój wzroku, ale także szybko reagować, jeśli wada zaczyna się pogłębiać.

Przyszłość wygląda obiecująco

Choć krótkowzroczność nadal pozostaje jednym z największych wyzwań współczesnej okulistyki i optometrii, dzięki najnowszym technologiom, możliwości jej kontroli systematycznie się zwiększają.

Dla rodziców oznacza to przede wszystkim większą szansę na ograniczenie postępu krótkowzroczności i lepszą ochronę wzroku dziecka w przyszłości. Jeszcze kilka lat temu taki kierunek rozwoju wydawał się odległą perspektywą. Dziś staje się coraz bardziej realny.

Technologia rozwija się bardzo szybko i daje nam coraz bardziej precyzyjne narzędzia do kontroli krótkowzroczności. Nie oznacza to jeszcze, że potrafimy całkowicie zatrzymać wadę u każdego dziecka, ale jesteśmy zdecydowanie bliżej tego celu niż kiedykolwiek wcześniej. Najważniejsze, aby wykorzystać te możliwości odpowiednio wcześnie – podsumowuje Sylwia Kijewska, optometrystka i ekspertka Hoya Lens Poland.

Źródło: mat. pras.

Związek między czasem spędzanym przed ekranem a rozwojem psychospołecznym dzieci okazuje się mniej jednoznaczny, niż często się zakłada. Tak wynika z badania szkockiej kohorty, w którym uczestników obserwowano od 5. do 15. roku życia.

Sam czas spędzany przed ekranem nie był konsekwentnie związany z gorszym rozwojem emocjonalnym, behawioralnym i społecznym dzieci – wynika z analizy szkockiej kohorty obejmującej obserwację od 5. do 15. roku życia. Wyraźniejszy związek zaobserwowano przede wszystkim u 15-latków grających w gry elektroniczne co najmniej 5 godzin dziennie. Autorzy badania opublikowanego w „JAMA Network Open” wskazują, że w ocenie korzystania z ekranów znaczenie może mieć nie tylko liczba godzin, ale także rodzaj aktywności, wiek dziecka i kontekst rodzinny.

Telewizory, smartfony, tablety, gry i media społecznościowe stały się stałym elementem codzienności dzieci i nastolatków. Jednocześnie od lat trwa dyskusja o tym, czy rosnący czas spędzany przed ekranem wpływa negatywnie na ich rozwój emocjonalny i społeczny.

Dotychczasowe wyniki badań nie były jednoznaczne. Jednym z problemów jest fakt, że wiele analiz miało charakter przekrojowy i nie uwzględniało w wystarczającym stopniu czynników rodzinnych, które mogą wpływać zarówno na sposób korzystania z urządzeń cyfrowych, jak i funkcjonowanie psychiczne dziecka.

Naukowcy z Wielkiej Brytanii postanowili więc przyjrzeć się temu problemowi w dłuższej perspektywie.

Dzieci obserwowane od 5. do 15. roku życia

Autorzy wykorzystali dane z badania Growing Up in Scotland, dużej szkockiej kohorty urodzeniowej. Analiza objęła 3786 dzieci w wieku 5 lat, 3126 w wieku 10 lat oraz 2598 nastolatków w wieku 15 lat.

Dane pochodziły z lat 2009–2010, 2014–2015 oraz 2019–2020. W przypadku dzieci 5- i 10-letnich informacje o korzystaniu z ekranów przekazywali rodzice lub opiekunowie. Piętnastolatkowie raportowali je samodzielnie. Uwzględniano wyłącznie czas ekranowy poza zajęciami szkolnymi.

Rozwój psychospołeczny oceniano za pomocą kwestionariusza Strengths and Difficulties Questionnaire (SDQ), obejmującego m.in. trudności emocjonalne, problemy z zachowaniem, nadpobudliwość, relacje z rówieśnikami oraz zachowania prospołeczne.

Co istotne, modele statystyczne uwzględniały szeroki zestaw potencjalnych czynników zakłócających, w tym sytuację ekonomiczną rodziny, zdrowie rodziców, relację rodzic–dziecko, strukturę rodziny, poziom wykształcenia czy wyniki testów poznawczych.

Czas przed ekranem zwiększał się wraz z wiekiem

Mediana pozaszkolnego czasu ekranowego wynosiła około 2 godzin dziennie w wieku 5 lat i 3 godziny w wieku 10 lat.

Co najmniej 3 godziny dziennie przed ekranem spędzało 25 proc. pięciolatków i 52,4 proc. dziesięciolatków. W wieku 15 lat 28,4 proc. uczestników korzystało z mediów społecznościowych i komunikatorów przez co najmniej 3 godziny dziennie, a 21,2 proc. grało w gry elektroniczne przez co najmniej 3 godziny.

Mimo wzrostu ekspozycji badacze nie stwierdzili prostego związku między większą liczbą godzin przed ekranem a gorszym funkcjonowaniem psychospołecznym.

U 5- i 10-latków nie stwierdzono wyraźnego związku

Po uwzględnieniu czynników rodzinnych i społecznych całkowity czas ekranowy w wieku 5 i 10 lat nie był związany z większym prawdopodobieństwem podwyższonego wyniku całkowitego trudności w kwestionariuszu SDQ.

Inny wynik pojawił się w analizie podłużnej. Dzieci, które w wieku 5 lat spędzały przed ekranem co najmniej 5 godzin dziennie, miały około 2,7-krotnie większe prawdopodobieństwo podwyższonego wyniku trudności w wieku 10 lat w porównaniu z dziećmi korzystającymi z ekranów krócej niż godzinę dziennie.

Zależność ta nie utrzymała się jednak w wieku 15 lat, a dodatkowe analizy czułości nie potwierdzały jej konsekwentnie. Autorzy podkreślają więc, że nie można na tej podstawie wnioskować o trwałym wpływie bardzo wysokiego czasu ekranowego we wczesnym dzieciństwie.

Pięć godzin grania dziennie wyróżniało się u 15-latków

Najbardziej jednoznaczny wynik dotyczył gier elektronicznych w wieku 15 lat.

Nastolatkowie deklarujący granie przez co najmniej 5 godzin dziennie mieli 2,61 razy większe prawdopodobieństwo podwyższonego wyniku trudności psychospołecznych niż osoby grające krócej niż godzinę dziennie. Zależność pozostała istotna również po korekcie uwzględniającej wielokrotne porównania.

Nie oznacza to jednak, że badanie wykazało, iż intensywne granie powoduje problemy emocjonalne lub behawioralne. W przypadku analizy 15-latków oceniano korzystanie z ekranów i funkcjonowanie psychospołeczne w tym samym okresie, dlatego nie można określić kierunku zależności.

Możliwe jest zarówno to, że bardzo intensywne granie wiąże się z większym ryzykiem trudności, jak i to, że młodzi ludzie już doświadczający problemów częściej sięgają po gry.

Media społecznościowe: wynik wymagający ostrożności

Interesujący, ale trudniejszy do interpretacji rezultat dotyczył mediów społecznościowych i komunikatorów.

Piętnastolatkowie korzystający z nich przez 1–2 godziny dziennie mieli niższe prawdopodobieństwo podwyższonego wyniku trudności niż osoby deklarujące mniej niż godzinę dziennie. Po korekcie statystycznej związek utrzymał się dla kategorii 1–2 godziny.

Autorzy zdecydowanie przestrzegają jednak przed interpretowaniem tego wyniku jako dowodu na ochronne działanie mediów społecznościowych. Nastolatkowie korzystający z nich bardzo mało mogą różnić się od rówieśników np. pod względem relacji społecznych, a osoby lepiej funkcjonujące społecznie mogą po prostu częściej używać komunikatorów do kontaktu z innymi.

Liczy się nie tylko „ile”, ale również „jak”

Zdaniem autorów wyniki pokazują ograniczenia podejścia, w którym czas ekranowy traktowany jest jako jedna, jednorodna ekspozycja.

Godzina rozmowy z przyjaciółmi przez komunikator, oglądania filmu, gry, nauki czy biernego przeglądania krótkich treści może mieć zupełnie inne znaczenie dla rozwoju dziecka.

Badanie nie zbierało jednak informacji o treści oglądanych materiałów ani celu korzystania z urządzeń. Nie oceniano również takich czynników jak wspólne korzystanie z ekranów z rodzicami, pora dnia czy charakter konkretnych platform.

Autorzy wskazują, że przyszłe zalecenia powinny uwzględniać nie tylko czas, ale również rodzaj treści, kontekst korzystania z urządzeń, wiek dziecka oraz zaangażowanie rodziców.

Badanie ma ważne ograniczenia

Wyniki należy interpretować z uwzględnieniem kilku ograniczeń.

Czas ekranowy był deklarowany przez rodziców lub samych nastolatków, a nie mierzony obiektywnie. Sposób pomiaru różnił się także pomiędzy poszczególnymi grupami wiekowymi.

Ponadto badacze nie dysponowali informacjami o rodzaju oglądanych treści. Kohorta była również mało zróżnicowana etnicznie, a w kolejnych etapach badania częściej tracono kontakt z rodzinami znajdującymi się w trudniejszej sytuacji społeczno-ekonomicznej.

Istotne jest również to, że część danych pochodzi sprzed kilku lat. Większość 15-latków badano przed pandemią COVID-19, a cyfrowe środowisko dzieci bardzo szybko się zmienia – szczególnie wraz z rozwojem krótkich form wideo i nowych platform społecznościowych.

Sama liczba godzin może nie wystarczyć

Autorzy podsumowują, że w całym okresie dzieciństwa i dorastania związki pomiędzy zwiększonym korzystaniem z ekranów a rozwojem psychospołecznym były ograniczone i niespójne.

Ich zdaniem zalecenia koncentrujące się wyłącznie na ograniczaniu liczby godzin przed ekranem mogą nie oddawać złożoności problemu. Potrzebne są badania pozwalające określić, jaki rodzaj korzystania z technologii, w jakim wieku, w jakim kontekście i u których dzieci może być problematyczny, a kiedy może przynosić korzyści, np. poprzez podtrzymywanie relacji społecznych, dostęp do wiedzy czy możliwości edukacyjne.

Źródło: McQuaid F., Skafida V., McQuillan R. i wsp., Screen Use and Emotional, Behavioral, and Social Development in Children, JAMA Network Open, 2026;9(8):e2626804. doi:10.1001/jamanetworkopen.2026.26804.

Powrót do szkoły to dla dziecka czas nowych wyzwań, intensywnej nauki i wielu godzin spędzonych na czytaniu, pisaniu oraz pracy z ekranami. Dlatego przygotowania do nowego roku szkolnego warto rozpocząć nie tylko od skompletowania wyprawki, ale także od zadbania o zdrowie i dobre samopoczucie ucznia. Jednym z najważniejszych elementów takich przygotowań jest kontrola wzroku. Pozwala ona wykryć ewentualne problemy, mogące wpływać na koncentrację i prawidłowy rozwój dziecka. Warto również wiedzieć, jakie sygnały mogą świadczyć o trudnościach z widzeniem oraz jak na co dzień wspierać zdrowie oczu najmłodszych.

Jak przygotować dziecko do nowego roku szkolnego?

Okres wakacji to czas, kiedy wielu rodziców organizuje dzieciom badania profilaktyczne. Najczęściej obejmują one kontrolę słuchu, wizytę u stomatologa czy ocenę postawy ciała. Nie mniej istotnym elementem takich przygotowań powinno być również badanie kontrolne wzroku. Nawet jeśli u dziecka nie została wcześniej rozpoznana wada wzroku, dobrze jest raz w roku zaplanować wizytę u okulisty lub optometrysty. W przypadku młodych pacjentów ze zdiagnozowaną wadą wzroku, badania powinny być wykonywane częściej, zgodnie z zaleceniami specjalisty.

Pierwsze badanie wzroku dziecka najlepiej przeprowadzić u okulisty, który oceni zarówno jakość widzenia, jak i stan zdrowia oczu oraz wykluczy ewentualne schorzenia. W regularnej kontroli wzroku ważną rolę odgrywa również optometrysta, który przeprowadza kompleksowe badanie wzroku, obejmujące m.in. ocenę wady wzroku, ostrości widzenia, akomodacji i widzenia obuocznego. W przypadku wykrycia nieprawidłowości może zalecić dalsze postępowanie lub konsultację z odpowiednim specjalistą – wyjaśnia Sylwia Kijewska, optometrystka i ekspertka Hoya Lens Poland.

Jak wzrok wpływa na codzienne funkcjonowanie ucznia?

Bóle głowy, zmęczenie oczu podczas czytania, a także trudności z koncentracją i utrzymaniem uwagi należą do najczęstszych objawów niewykrytych lub nieskorygowanych problemów ze wzrokiem. Ich konsekwencją mogą być trudności w nauce oraz pogorszenie codziennego funkcjonowania w szkole. Niepokój rodziców powinny wzbudzić takie zachowania, jak przysuwanie książek lub zeszytów bardzo blisko twarzy, siadanie tuż przed telewizorem, mrużenie oczu czy niechęć do wykonywania zadań wymagających dłuższego wysiłku wzrokowego. Choć takie oznaki często wydają się niegroźne, mogą świadczyć o problemach ze wzrokiem i nie powinny być lekceważone.

Nieskorygowana wada wzroku może nie tylko utrudniać przyswajanie wiedzy, ale również negatywnie wpływać na motywację do nauki oraz osiągane wyniki. Dlatego regularne kontrole u specjalisty są ważnym elementem profilaktyki. Pozwalają wcześnie wykryć ewentualne nieprawidłowości i zapewnić dziecku odpowiednie warunki do nauki oraz prawidłowego rozwoju.

Współczesny styl życia dzieci i młodzieży sprzyja pogłębianiu się problemów ze wzrokiem. Coraz mniej czasu poświęcają na aktywność na świeżym powietrzu, a coraz więcej na czynności wymagające intensywnej pracy wzrokowej z bliska. Wielogodzinne korzystanie z komputerów, smartfonów i tabletów stanowi istotne obciążenie dla narządu wzroku. Nie bez znaczenia pozostają również uwarunkowania genetyczne. Jeśli wada wzroku występuje u jednego z rodziców, prawdopodobieństwo jej pojawienia się u dziecka jest wyraźnie większe – podkreśla Sylwia Kijewska, optometrystka i ekspertka Hoya Lens Poland.

Warto pamiętać, że nieskorygowana wada wzroku lub źle dobrane okulary mogą zaburzać prawidłowy rozwój widzenia u dziecka. W takiej sytuacji układ wzrokowy musi stale kompensować niewyraźny lub zniekształcony obraz, co może powodować dyskomfort, szybsze zmęczenie wzroku, bóle głowy oraz trudności z koncentracją podczas czytania i nauki.

Szczególnej uwagi wymaga postępująca krótkowzroczność. W miarę pogłębiania się wady, zwiększa się ryzyko wystąpienia w przyszłości poważnych powikłań okulistycznych, takich jak jaskra, zaćma czy odwarstwienie siatkówki. Choroby te mogą przez długi czas rozwijać się bez wyraźnych objawów, a w zaawansowanym stadium prowadzić do trwałego pogorszenia widzenia1. Dlatego tak ważne są regularne badania wzroku, monitorowanie postępu oraz odpowiednio dobrane metody kontroli krótkowzroczności.

Jak chronić wzrok dziecka na co dzień?

Oprócz regularnych wizyt kontrolnych u specjalisty, ogromne znaczenie dla zdrowia oczu mają codzienne nawyki. Jednym z najważniejszych jest przebywanie na świeżym powietrzu i związana z nim ekspozycja na światło słoneczne. Badania pokazują, że regularne spędzanie czasu na zewnątrz może zmniejszać ryzyko rozwoju krótkowzroczności, która jest jedną z najczęściej występujących wad wzroku u dzieci, a także sprzyjać wolniejszemu postępowi wady. Warto zachęcać najmłodszych do aktywności na świeżym powietrzu, które sprzyjają częstemu patrzeniu w dal i jednocześnie sprawiają im przyjemność. Spacery, jazda na rowerze, gry z piłką czy obserwowanie przyrody to doskonałe sposoby na połączenie aktywności fizycznej z troską o wzrok.

Ważne jest także odpowiednie przygotowanie miejsca do nauki oraz dbanie o właściwe nawyki podczas korzystania z urządzeń elektronicznych. Monitor komputera powinien znajdować się w takiej odległości, aby dziecko nie mogło dosięgnąć go opuszkami palców przy wyprostowanych rękach. Niezależnie od rodzaju urządzenia warto pamiętać o regularnych przerwach. Zgodnie z zasadą 20–20–20 co 20 minut należy na co najmniej 20 sekund przenieść wzrok na obiekt znajdujący się w odległości około 6 metrów (20 stóp). Istotną rolę odgrywa również właściwe oświetlenie miejsca do nauki. Zarówno natężenie, jak i barwa światła powinny zapewniać komfort pracy oraz równomiernie oświetlać biurko i całe pomieszczenie. Nie bez znaczenia dla narządu wzroku pozostaje także codzienna dieta. Odpowiednia ilość witamin A, C i E oraz składników mineralnych, takich jak cynk, selen i magnez, pomaga wspierać zdrowie oczu.

Prawidłowe widzenie ma ogromny wpływ na funkcjonowanie dziecka w szkole, jego naukę oraz rozwijanie zainteresowań. Z tego względu regularne badania wzroku powinny stanowić stały element profilaktyki, szczególnie przed rozpoczęciem nowego roku szkolnego. Dziecko, które dobrze widzi, łatwiej przyswaja wiedzę, chętniej uczestniczy w zajęciach i z większą pewnością siebie podejmuje szkolne wyzwania. Wczesne wykrycie nieprawidłowości pozwala odpowiednio wcześnie wdrożyć właściwe postępowanie i stworzyć dziecku lepsze warunki do nauki oraz prawidłowego rozwoju – podsumowuje Sylwia Kijewska, optometrystka i ekspertka Hoya Lens Poland.

Źródło: inf pras

Zaburzenia mikrobioty jelitowej mogą się wiązać z wieloma problemami zdrowotnymi. Jej skład ma znaczenie dla układu odpornościowego, metabolizmu, a nawet zdrowia psychicznego. Naukowcy przypominają, że duże znaczenie dla kształtowania mikrobioty ma okres pierwszego tysiąca dni życia. Przyglądają się potencjalnej roli biotyków w zapobieganiu i łagodzeniu wybranych schorzeń u dzieci.

– Skład mikrobioty jelitowej jest istotny dla naszego zdrowia, również psychicznego. Mówi się często o połączeniu mózg–jelito. Żeby skład mikrobioty był zbilansowany, żeby była homeostaza, a nie dysbioza, potrzebne są odpowiednia dieta i nawyki oraz ewentualna suplementacja biotykami – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria dr hab. Katarzyna Neffe-Skocińska z Katedry Technologii Gastronomicznej i Higieny Żywności Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie. – To bardzo szerokie pojęcie, obejmujące zarówno probiotyki, prebiotyki, synbiotyki, czyli połączenie probiotyku z prebiotykiem, jak i postbiotyki. Coraz częściej mówi się również o parabiotykach, czyli o martwych komórkach korzystnych mikroorganizmów.

Autorzy przeglądu „Biotics and Children’s and Adolescents’ Health: A Narrative Review”, opublikowanego w 2024 roku w czasopiśmie „Children”, wskazują na potencjalną skuteczność probiotyków, prebiotyków i synbiotyków w wybranych schorzeniach u dzieci, jednocześnie podkreślając potrzebę dalszych badań klinicznych. Zauważają, że dysbioza, czyli zaburzenia równowagi, może się wiązać m.in. z chorobami przewodu pokarmowego, alergiami, zaburzeniami metabolicznymi, otyłością i niektórymi problemami psychicznymi.

Z przeglądu publikacji, dokonanego przez greckich naukowców, wynika, że szczególne znaczenie ma kształtowanie mikrobioty w pierwszym tysiącu dni życia dziecka. To ważny okres dla rozwoju metabolizmu, układu odpornościowego czy funkcji poznawczych. Dlatego wspieranie prawidłowego składu mikrobioty od początku życia może mieć znaczenie dla zdrowia w przyszłości.

– Mówi się, że czym „wykarmimy” mikrobiotę za młodu, taka ona będzie później przez całe nasze życie. Duży wpływ mają na to nasz sposób odżywiania i nawyki żywieniowe, które przejmujemy od rodziców. Istotne jest też środowisko, w którym się wychowujemy: czy jest to środowisko miejskie, wiejskie, małe miasto, a także czy żyjemy w kraju rozwijającym się, czy rozwiniętym – tłumaczy ekspertka SGGW.

Wyjaśnia, że utrzymanie prawidłowego składu mikrobioty jelitowej u dzieci jest utrudnione z powodu szerokiego dostępu do wysokoprzetworzonej żywności, a także spożywania dużej ilości tłuszczów utwardzonych i cukrów prostych.

Jak przekonuje ekspertka, jednym z głównych źródeł korzystnych bakterii w diecie są produkty fermentowane.

– Nie możemy jednak mówić, że w żywności fermentowanej są probiotyki, ponieważ są to mikroorganizmy, które mają udowodnione naukowo działanie prozdrowotne, muszą być na to dowody naukowe. Zbilansowana dieta obejmująca kiszonki, zakwas z buraków, ogórki, kapustę kiszoną jest jak najbardziej pożądana – mówi dr hab. Katarzyna Neffe-Skocińska. – Jednak suplementacji też bym nie odsuwała na bok.

Zdaniem ekspertki najlepszym rozwiązaniem jest wprowadzanie biotyków do diety pod kontrolą lekarza lub dietetyka. Jak podkreśla, osoby, które chcą to zrobić samodzielnie, powinny zwracać uwagę na etykiety produktów. Istotne są rodzaj, gatunek i szczep bakterii probiotycznych. Producenci suplementów często nie uwzględniają jednak tej ostatniej informacji na etykiecie produktu. 

– Przykładowo w nazwie Lactobacillus rhamnosus GG pierwszy człon oznacza rodzaj, rhamnosus to gatunek, a GG szczep. Ten ostatni człon na etykiecie również powinien się znajdować – wskazuje. – Bardzo istotną informacją jest także dawka, czyli koncentracja korzystnych bakterii w takim preparacie. Według organizacji zajmujących się tym zagadnieniem minimalna dawka terapeutyczna to 10⁶ jednostek tworzących kolonię (CFU) na gram produktu lub suplementu albo na mililitr preparatu.

Jak podkreśla, pozostaje pytanie, jak zaplanować takie kuracje u dzieci: przez jaki czas, jakie szczepy czy połączenia szczepów bakterii wybrać. To wciąż otwarty kierunek do dalszych badań.

Szczegółowe wytyczne dotyczące stosowania probiotyków i prebiotyków u dzieci i dorosłych w chorobach przewodu pokarmowego publikuje Światowa Organizacja Gastroenterologii (World Gastroenterology Organization, WGO). Dotyczą one konkretnych szczepów lub ich kombinacji w konkretnych wskazaniach, a każde z nich wymaga podania innego dawkowania i czasu kuracji. Według WGO niektóre preparaty mogą być pomocne m.in. w nieżycie żołądkowo-jelitowym, zapobieganiu biegunce związanej z antybiotykoterapią, zapobieganiu martwiczemu zapaleniu jelit u wcześniaków, leczeniu kolki niemowlęcej czy czynnościowego bólu brzucha.

Globalny rynek szeroko pojętych produktów probiotycznych (m.in. żywności i napojów probiotycznych, suplementów diety i produktów dla zwierząt), według raportu Grand View Research z 2025 roku, wyceniany jest na 114 mld dol. Prognozy wskazują na silny trend wzrostowy – do 2033 roku rynek ma urosnąć niemal trzykrotnie i osiągnąć wartość 301,2 mld dol. (CAGR na poziomie 12,8 proc. w latach 2026–2033).

Źródło: Newseria

Lato dla części osób w wieku 15–24 lat bywa okresem zwiększonego obciążenia psychicznego – informują eksperci z Instytutu Psychiatrii i Neurologii. Analizy epidemiologiczne wskazują m.in. na współwystępowanie fal upałów z podwyższoną dynamiką kryzysów psychicznych.

Jak wynika z badań opublikowanych w „American Journal of Psychiatry”, w cieplejszych miesiącach odnotowuje się statystyczny wzrost liczby samobójstw – średnio o 2,68 proc. na każdy wzrost temperatury o 1 st. C, przy czym statystyka ta była wyższa w grupie kobiet.

Eksperci podkreślają jednak, że warunki atmosferyczne nigdy nie są bezpośrednią przyczyną tragedii. Zaznaczają, że temperatura działa jako dodatkowy, środowiskowy stresor. Wysokie temperatury i upalne noce mogą istotnie pogarszać jakość snu, co bezpośrednio wpływa na stabilność emocjonalną, a zmiany neurochemiczne wywołane upałami mogą nasilać lęk i impulsywność u osób, które już wcześniej zmagały się z głębokim kryzysem.

Wskazują, że sezon wakacyjny wiąże się ze zmianami w codziennym funkcjonowaniu młodzieży i utratą dotychczasowej rutyny. „Rozregulowanie rytmu dobowego, przerwy w procesie terapeutycznym i ograniczony dostęp do placówek pomocowych, zmiana środowiska rówieśniczego, wyjazdy bliskich, którzy stanowią sieć wsparcia, czy zwiększona ekspozycja na wyidealizowane obrazy codzienności w mediach społecznościowych mogą wpływać na pogorszenie funkcjonowania psychicznego młodych osób, osłabiać ich mechanizmy radzenia sobie ze stresem i zwiększać poczucie destabilizacji” – czytamy.

Z danych Komendy Głównej Policji wynika, że choć w latach 2023–2025 w całej populacji odnotowano spadek liczby samobójstw o 8,7 proc., jednak w grupie dzieci i młodzieży do 19. roku życia nastąpił wzrost o 11 proc. „Dane te nie odnoszą się wyłącznie do miesięcy letnich, ale pokazują, że młode osoby pozostają szczególnie wrażliwą grupą, wymagającą stałej uwagi i łatwego dostępu do pomocy psychologicznej, wobec której należy wdrażać systemowe działania profilaktyczne” – zaznaczają eksperci Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie.

Wskazują, że długotrwale utrzymujące się obniżone samopoczucie i brak odpowiedniego wsparcia mogą stopniowo wyczerpywać zasoby adaptacyjne młodego człowieka. Z czasem, narastające poczucie bezradności i izolacji stwarza ryzyko wystąpienia kryzysu zdrowia psychicznego, w tym również kryzysu suicydalnego.

Zwracają uwagę, że młody człowiek w kryzysie może szukać pomocy w różnych miejscach – u lekarza rodzinnego, pedagoga szkolnego, psychologa, farmaceuty, pielęgniarki środowiskowej, ratownika medycznego czy funkcjonariusza służb mundurowych. Zaznaczają, że każda z tych osób może być pierwszym ogniwem w systemie wsparcia, dlatego tak ważne jest, by wiedziała, jak właściwie reagować.

„Bardzo rzadko osoba w kryzysie trafia od razu do psychiatry. Najczęściej wcześniej kontaktuje się z lekarzem podstawowej opieki zdrowotnej, nauczycielem, farmaceutą czy funkcjonariuszem służb. Dlatego tak ważne jest, aby wszystkie te środowiska posługiwały się wspólnymi zasadami postępowania i wiedziały, jak reagować na sygnały ostrzegawcze” – podkreśliła, cytowana w komunikacie, dr Daria Biechowska z Instytutu Psychiatrii i Neurologii.

Instytut Psychiatrii i Neurologii w Warszawie od lat podkreśla znaczenie ciągłości opieki i wczesnego reagowania na sygnały ostrzegawcze. Wskazuje, że w okresie wakacyjnym, kiedy zmienia się rytm funkcjonowania szkół, poradni i części placówek, utrzymanie stałego wsparcia ma szczególne znaczenie.

„Kryzys psychiczny wymaga koordynacji działań. Jeśli szkoła, podstawowa opieka zdrowotna, służby ratunkowe i specjalistyczne placówki psychiatryczne działają w oderwaniu od siebie, ryzyko przeoczenia sygnałów rośnie. Współpraca zwiększa szanse na wczesną interwencję” – wskazał dr hab. Łukasz Wieczorek z Instytutu Psychiatrii i Neurologii.

Eksperci zaznaczają, że nie zawsze trudności psychiczne zaczynają się od wyraźnego komunikatu o złym samopoczuciu. Często pierwszym sygnałem są subtelne, ale utrzymujące się zmiany w sposobie funkcjonowania – inne niż dotąd reakcje, wyraźna rezygnacja z kontaktu, brak inicjatywy czy widoczne napięcie. Jeśli takie zmiany utrzymują się przez kilka dni i odbiegają od dotychczasowego zachowania, warto zatrzymać się i zapytać, co się dzieje.

Wskazują, że szczególnie niepokojące mogą być sytuacje, gdy młoda osoba: przestaje odpowiadać na wiadomości i izoluje się od rówieśników, mówi o braku sensu, beznadziei lub byciu „ciężarem” dla innych, nagle porzuca dotychczasowe pasje i aktywności, reaguje nadmierną drażliwością lub impulsywnością, wyraźnie zmienia rytm snu (np. nie śpi nocą i przesypia większość dnia).

Podkreślają, że w takich momentach najważniejsze jest, by nie pozostawiać tej osoby samej z trudnymi emocjami. „Spokojna, uważna rozmowa – bez ocen, bez moralizowania i bez prób natychmiastowego »naprawiania« sytuacji może być pierwszym krokiem do realnego wsparcia. Często to właśnie bliscy jako pierwsi zauważają subtelne zmiany, dlatego ich rola jest kluczowa” – czytamy.

„W okresie wakacyjnym szczególnie ważne jest utrzymanie względnie stałego rytmu dnia, planowanie przerw w terapii z wyprzedzeniem oraz podtrzymywanie regularnego kontaktu z bliskimi. Nawet krótka, spokojna rozmowa może mieć znaczenie. Zadbane relacje i przewidywalność codzienności są jednym z najważniejszych czynników ochronnych” – dodano.

„Rozwój kryzysu zdrowia psychicznego ma często charakter stopniowy, a jego pierwsze symptomy bywają mało uchwytne. Dlatego tak ważne jest, aby zwracać uwagę na zmiany w codziennym funkcjonowaniu młodej osoby.” – przypomniała dr Biechowska.

Więcej materiałów edukacyjnych, wskazówek dotyczących reagowania na sygnały ostrzegawcze oraz opracowań eksperckich można znaleźć w Bibliotece „Zapobiegajmy samobójstwom”: https://zapobiegajmysamobojstwom.pl/biblioteka

Osoby przeżywające trudności i myślące o odebraniu sobie życia lub chcące pomóc osobie zagrożonej samobójstwem mogą skorzystać z całodobowych, bezpłatnych telefonów pomocowych: 800 70 22 22 – Centrum Wsparcia dla Osób Dorosłych w Kryzysie Psychicznym (całodobowo), 116 123 – Telefon Wsparcia Emocjonalnego dla Dorosłych (całodobowo), 116 111 – Telefon Zaufania dla Dzieci i Młodzieży (całodobowo, dostępny również czat online na stronie 116111.pl), 800 12 12 12 – Dziecięcy Telefon Zaufania Rzecznika Praw Dziecka (całodobowo), 800 100 100 – Telefon dla Rodziców i Nauczycieli w sprawie Bezpieczeństwa Dzieci (wsparcie m.in. dla dorosłych zaniepokojonych sytuacją dziecka), 112 – numer alarmowy w sytuacji bezpośredniego zagrożenia zdrowia lub życia. (PAP)

Źródło: Nauka w Polsce

Letnie dni sprzyjają zabawie i aktywności na świeżym powietrzu. Choć rodzice coraz częściej pamiętają o kremach z filtrem i nakryciach głowy dla swoich pociech, ochrona oczu dzieci przed światłem słonecznym nadal bywa pomijana. Tymczasem to właśnie najmłodsi są bardziej narażeni na uszkodzenia wzroku spowodowane promieniowaniem UV, ponieważ struktury ich oka nie są jeszcze w pełni rozwinięte i przepuszczają więcej promieniowania UV do wnętrza gałki ocznej.

Dlatego odpowiednio dobrane okulary przeciwsłoneczne powinny być stałym elementem letniej profilaktyki zdrowotnej dzieci. Na jakie parametry warto zwrócić uwagę podczas ich wyboru?

Dlaczego ochrona oczu dziecka przed słońcem jest tak ważna?

Dziecięcy wzrok jest szczególnie podatny na negatywne skutki promieniowania ultrafioletowego, ponieważ soczewki oczu najmłodszych są bardziej przezierne, co pozwala na dotarcie większej ilości światła o krótkiej długości fali do siatkówki[1].

Promieniowanie UV akumuluje się m.in. w rogówce i soczewce, które pełnią funkcję naturalnych filtrów, jednak nie zapewniają pełnej ochrony przed jego szkodliwym działaniem. W efekcie, najmłodsi są bardziej narażeni na rozwój poważnych chorób wzroku w dorosłości, takich jak zaćma czy zwyrodnienie plamki żółtej – tłumaczy Sylwia Kijewska, optometrystka, ekspertka Hoya Lens Poland.

W związku z tym odpowiednia ochrona przeciwsłoneczna powinna stać się codziennym nawykiem, zwłaszcza podczas letnich aktywności na świeżym powietrzu. Nadmierna ekspozycja na promieniowanie UV może prowadzić do uszkodzeń spojówki i rogówki, powodować podrażnienia, przesuszenie oczu, a także obniżać jakość widzenia. Intensywne światło słoneczne może dodatkowo zmniejszać kontrast widzenia i wpływać na komfort dziecka podczas zabawy. Z tego względu okulary przeciwsłoneczne powinny być traktowane jako podstawowy element ochrony przed słońcem, podobnie jak nakrycie głowy czy krem z filtrem UV.

Jakie okulary przeciwsłoneczne wybrać dla dziecka?

Wybór okularów przeciwsłonecznych nie powinien być przypadkowy. Często zdarza się, że rodzice kupują dziecku okulary przeciwsłoneczne ze względu na ich atrakcyjny kolor lub ciekawy wzór, nie zwracając przy tym większej uwagi na poziom ochrony, jaki zapewniają. Tymczasem wygląd okularów nie powinien być najważniejszym kryterium wyboru. Kluczowe znaczenie mają przede wszystkim obecność odpowiedniego filtra UV, jakość zastosowanych soczewek oraz właściwe dopasowanie oprawek do kształtu twarzy dziecka.

Warto dodać, że zwykłe ciemne okulary, bez filtra UV, mogą zaszkodzić bardziej niż ich brak. Powodują, że źrenica się rozszerza, dostosowując się do ciemniejszych warunków. W konsekwencji, do wnętrza oka przedostaje się większa ilość szkodliwego promieniowania. Dodatkowo osłabieniu ulega naturalny odruch mrużenia oczu, który stanowi jedną z podstawowych barier chroniących przed nadmiernym nasłonecznieniem[2].

Dlatego trzeba wybierać okulary przeciwsłoneczne ze sprawdzonego źródła, najlepiej w salonie optycznym, a nie w przypadkowych miejscach sprzedaży. Przy zakupie należy zwrócić uwagę na oznaczenie CE, które potwierdza zgodność produktu z normami Unii Europejskiej. Podobny symbol może być jednak mylący: oznaczenie „China Export” wygląda bardzo podobnie, ale nie gwarantuje odpowiedniego poziomu ochrony. Istotnym parametrem zapewniającym bezpieczeństwo jest filtr UV 400, który chroni oczy przed pełnym zakresem promieniowania ultrafioletowego. Liczy się też dopasowanie: okulary, które uciskają skronie albo zsuwają się z nosa, dziecko szybko zdejmie i już ich nie założy – dodaje Sylwia Kijewska, optometrystka, ekspertka Hoya Lens Poland.

Należy również pamiętać, że współczesne okulary przeciwsłoneczne mogą pełnić więcej niż jedną funkcję. Obecnie możliwe jest połączenie ochrony przed promieniowaniem słonecznym z korekcją wad wzroku, co pozwala jednocześnie poprawić jakość widzenia i ograniczyć ryzyko pogłębiania się problemów okulistycznych w przyszłości. Z tego względu warto skonsultować wybór okularów ze specjalistą, który pomoże dobrać rozwiązanie uwzględniające zarówno skuteczną ochronę oczu, jak i indywidualne potrzeby wzrokowe dziecka.

Jak dbać o oczy dziecka podczas letnich aktywności?

Oprócz odpowiednio dobranych okularów przeciwsłonecznych, dobrze jest pamiętać o kilku dodatkowych nawykach, które wspierają ochronę wzroku dziecka:

Wdrożenie tych prostych zasad może znacząco zmniejszyć ryzyko negatywnego wpływu słońca i innych czynników środowiskowych na wzrok dziecka. Nie należy też zapominać o regularnych kontrolach okulistycznych, które pozwalają wcześnie wykryć ewentualne wady i wspierają prawidłowy rozwój wzroku.

Ponad 1,3 tys. dzieci z woj. dolnośląskiego urodzonych w latach 2022-2026 przebadali specjaliści z Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu ramach programu wczesnego wykrywania wad wrodzonych. Uczelnia przekazała, że skuteczność diagnostyczna badań genetycznych sięgała 65 procent.
W przesłanym we wtorek komunikacie Uniwersytet Medyczny we Wrocławiu poinformował, że w ramach „Programu polityki zdrowotnej w zakresie wczesnego wykrywania wad rozwojowych u noworodków i niemowląt” opieką objęto dzieci z województwa dolnośląskiego urodzone w latach 2022–2026, u których występowały wady rozwojowe, zespoły wad lub zaburzenia neurorozwoju. Do połowy 2026 roku przebadano ponad 1,3 tys. dzieci, a skuteczność diagnostyczna u pacjentów zakwalifikowanych do szerokoprzepustowych badań genetycznych wyniosła 65 procent.

„W chorobach rzadkich diagnoza jest momentem przełomowym. Dla lekarza oznacza możliwość zaplanowania dalszego postępowania, ale dla rodziny bardzo często jest końcem wieloletniej niepewności. Możemy wreszcie nazwać problem, określić ryzyko, zaproponować opiekę i powiedzieć rodzicom, czego mogą się spodziewać” – podkreślił cytowany w komunikacie prof. Robert Śmigiel, kierownik Kliniki Pediatrii, Endokrynologii, Diabetologii i Chorób Metabolicznych UMW oraz Uniwersyteckiego Centrum Chorób Rzadkich we Wrocławiu.

Na Uniwersytecie Medycznym we Wrocławiu od lat prowadzone są interdyscyplinarne badania nad chorobami rzadkimi, ich podłożem genetycznym, przebiegiem klinicznym oraz możliwościami leczenia i wsparcia pacjentów. Prace zespołów UMW przyczyniły się m.in. do rozpoznania nowych przyczyn zaburzeń rozwoju u dzieci, opisania mutacji w genach związanych z chorobami neurometabolicznymi i rozwojowymi oraz lepszego zrozumienia mechanizmów wielu zespołów genetycznych.

Badania prowadzone na UMW dotyczą m.in. chorób neurometabolicznych, zaburzeń neurorozwojowych, zespołów genetycznych i wad wrodzonych. Naukowcy analizują zarówno przyczyny genetyczne chorób, jak i ich konsekwencje kliniczne, psychologiczne oraz społeczne. Wśród obszarów badawczych znajdują się m.in. zespół Downa, zespół Pradera-Williego, zespół DiGeorge’a, zespół Angelmana, zespołu Pitta-Hopkinsa, zespołu Kabuki, zespołu CHARGE, FASD (jako diagnostyka różnicowa genetycznych zaburzeń rozwoju u dzieci), padaczki uwarunkowane genetycznie, wrodzone zarośnięcie przełyku czy wrodzone defekty surfaktantu odpowiedzialne za ciężką niewydolność oddechową u noworodków urodzonych o czasie oraz inne wrodzone wady metabolizmu.

Jednym z najważniejszych efektów prac naukowców i klinicystów z UMW jest udział w opracowywaniu rekomendacji diagnostyczno-terapeutycznych. Dotyczą one m.in. zespołu Pitta-Hopkinsa, zespołu
Pradera-Williego, zespołu Kabuki, zespołu Schaafa-Yang, delecji 22q11.2, zespołu Beckwitha-Wiedemanna, zespołu GAPO, FASD, padaczki związanej z mutacją w genie CDKL5 oraz wrodzonego zarośnięcia przełyku.

Takie zalecenia mają bezpośrednie znaczenie dla pacjentów. Pozwalają ujednolicić diagnostykę, leczenie, rehabilitację i monitorowanie stanu zdrowia, a lekarzom różnych specjalności pomagają prowadzić pacjenta według wspólnego, sprawdzonego schematu.

„W chorobach rzadkich jest to szczególnie ważne, ponieważ pacjent często wymaga opieki wielospecjalistycznej, w tym opieki pediatry, genetyka, neurologa, neonatologa, psychologa, fizjoterapeuty, dietetyka i wielu innych specjalistów” – podkreślił prof. Robert Śmigiel, członek Rady Chorób Rzadkich przy Ministerstwie Zdrowia oraz Zespołu Koordynacyjnego ds. Leczenia Chorób Ultrarzadkich przy NFZ.

Dodał, że nie wystarczy postawić rozpoznanie genetyczne i zakończyć proces diagnostyczny. Pacjent oraz jego rodzina potrzebują planu opieki, informacji, wsparcia psychologicznego i dostępu do specjalistów, którzy rozumieją specyfikę danej choroby.

Uniwersytet Medyczny we Wrocławiu rozwija także zaplecze organizacyjne dla pacjentów z chorobami rzadkimi. Utworzone Uniwersyteckie Centrum Chorób Rzadkich ma zapewniać kompleksową, koordynowaną i wielospecjalistyczną diagnostykę oraz opiekę nad pacjentem i jego rodziną. Centrum integruje różne jednostki kliniczne, dzięki czemu łatwiej prowadzić chorego przez kolejne etapy diagnostyki, leczenia i opieki długoterminowej.

Ważnym elementem działań jest również edukacja. Prof. Śmigiel jest przewodniczącym zespołu redakcyjnego rządowej Platformy Informacyjnej „Choroby Rzadkie”, która gromadzi informacje o ścieżkach diagnostycznych, możliwościach leczenia i dostępnych formach wsparcia. Platforma jest skierowana zarówno do pacjentów i ich rodzin, jak i do specjalistów systemu ochrony zdrowia.

„W chorobach rzadkich wiedza jest formą pomocy. Rodzice potrzebują rzetelnych informacji, a lekarze dostępu do aktualnych zaleceń. Dobrze przygotowana edukacja skraca dystans między nauką a praktyką i pomaga uniknąć przypadkowości w opiece nad pacjentem” – zaznaczył prof. Śmigiel.

Działania UMW obejmują także współpracę z organizacjami pacjenckimi i fundacjami. Konferencje, spotkania rodzicielskie i inicjatywy edukacyjne organizowane m.in. we współpracy z Fundacją „Potrafię Pomóc” pozwalają rodzinom lepiej rozumieć chorobę, wymieniać doświadczenia i budować sieci wsparcia. Przykładem takiej aktywności jest także powstanie Polskiego Stowarzyszenia Dzieci z Atrezją Przełyku, wspierającego rodziny dzieci z wrodzonym zarośnięciem przełyku. W skład rady naukowej stowarzyszenia wchodzą naukowcy UMW: prof. Dariusz Patkowski, prof. Robert Śmigiel oraz prof. Anna Rozensztrauch.

Badacze z Wrocławia współpracują również z ośrodkami zagranicznymi, m.in. z Uniwersytetem w Göteborgu i The Queen Silvia Children’s Hospital w Szwecji, w ramach projektu „Joint Initiative: EA-QOL International”. Projekt koncentruje się na ocenie jakości życia dzieci z chorobami przewlekłymi i rzadkimi oraz ich rodzin. Współpraca międzynarodowa pozwala porównywać doświadczenia różnych systemów opieki i lepiej projektować wsparcie dla pacjentów oraz opiekunów.

„Naszym celem jest, aby dziecko z chorobą rzadką nie było pozostawione samo sobie w systemie. Nowoczesna medycyna powinna prowadzić rodzinę krok po kroku: od podejrzenia choroby, przezdiagnostykę, po długofalową opiekę. To właśnie w takim modelu wiedza naukowa naprawdę służy pacjentom” – podsumował prof. Śmigiel. (PAP)

Źródło: Nauka w Polsce

Ponad 80 proc. nastolatków na świecie nie osiąga zalecanego poziomu aktywności fizycznej. Eksperci zwracają uwagę, że to nie tylko kwestia braku odpowiednich nawyków, ale także warunków, w których żyją – dostępu do bezpiecznych miejsc zabawy, terenów rekreacyjnych czy zajęć sportowych. Europejski projekt B-Challenged ma pomóc tworzyć środowisko sprzyjające aktywności na świeżym powietrzu i zdrowemu stylowi życia, szczególnie w mniej uprzywilejowanych społecznościach.
– Tylko 7–30 proc. dzieci i młodzieży w wieku 5–17 lat na całym świecie wykazuje wystarczający poziom aktywności fizycznej, co w konsekwencji wiąże się z wyższym ryzykiem wystąpienia chorób niezakaźnych związanych ze stylem życia, takich jak otyłość, cukrzyca typu 2, a także problemów psychicznych – podkreśliła w rozmowie z agencją Newseria dr Teatske Altenburg, profesor nadzwyczajna w Amsterdam University Medical Center (Amsterdam UMC) i kierowniczka projektu B-Challenged.

Zgodnie z wytycznymi Światowej Organizacji Zdrowia dzieci i młodzież powinny podejmować średnio co najmniej 60 minut dziennie aktywności fizycznej o umiarkowanej lub wysokiej intensywności. Tylko niewielki odsetek dzieci i nastolatków w Polsce spełnia te zalecenia przez cały tydzień.

W Polsce tylko około połowy dzieci codziennie podejmuje aktywną zabawę na poziomie uznawanym za korzystny dla zdrowia. Dodatkowo jak pokazują badania Akademii Wychowania Fizycznego w Warszawie w ramach projektu „WF z AWF”, ponad 90 proc. dzieci nie jest wszechstronnie przygotowanych do prowadzenia aktywnego stylu życia, a jedynie 12–30 proc. potrafi poprawnie wykonywać podstawowe umiejętności ruchowe, takie jak bieganie, skakanie czy rzucanie piłką.

– Główną przyczyną braku aktywności fizycznej nie jest brak motywacji, ponieważ dzieci mają wewnętrzną motywację do aktywności – zwłaszcza uczniowie szkół podstawowych, którzy po prostu się bawią, najlepiej na świeżym powietrzu. Uważam jednak, że brakuje bezpiecznych, atrakcyjnych i dobrze utrzymanych przestrzeni, w których mogłyby się one bawić na świeżym powietrzu – stwierdziła badaczka z Amsterdam UMC. – Być może brakuje również odpowiednich, przystępnych cenowo zajęć pozalekcyjnych organizowanych dla dzieci – dodaje.

Coraz większą część wolnego czasu dzieci spędzają przed ekranami. Z raportu NASK wynika, że korzystają z internetu średnio niemal pięć godzin dziennie w dni powszednie, a w weekendy jeszcze więcej.

– Wiele dzieci doświadcza FOMO, czyli strachu przed tym, że coś je ominie, więc cały czas mówią o tym, co się dzieje online, i chcą być częścią rozmów na ten temat. Myślę więc, że są dwie strony medalu – jedna to za mało możliwości aktywności fizycznej i ograniczenia w dostępie do przestrzeni do tego przeznaczonych, a z drugiej atrakcyjność spędzania czasu w sieci – tłumaczy dr Teatske Altenburg.

Badania prowadzone w wielu krajach pokazują, że dzieci mieszkające w mniej uprzywilejowanych dzielnicach częściej zmagają się z nadwagą i otyłością, rzadziej uczestniczą w zorganizowanych zajęciach sportowych i mają ograniczony dostęp do bezpiecznych miejsc zabawy.

– Jeżeli w okolicy brakuje terenów rekreacyjnych, ścieżek rowerowych czy bezpiecznych przestrzeni do zabawy, dzieci mają mniej okazji do codziennego ruchu – ocenia dr Anna Dzielska, adiunkt, p.o. kierowniczka Zakładu Zdrowia Dzieci i Młodzieży w Instytucie Matki i Dziecka.

To właśnie na tych obszarach koncentruje się europejski projekt badawczy B-Challenged realizowany w Danii, Niemczech, Polsce, Hiszpanii i Holandii. Skupia się on na dzieciach w wieku 6–12 lat mieszkających w dzielnicach, gdzie występują bariery w dostępie do infrastruktury sprzyjającej aktywności fizycznej. W Polsce jest to warszawska Praga-Północ.

– Projekt B-Challenged ma na celu wspieranie korzystnych dla zdrowia zachowań dzieci poprzez tworzenie lepszego środowiska do zabawy na świeżym powietrzu i prawidłowych zachowań żywieniowych. To ważne, ponieważ na zdrowie dzieci wpływają nie tylko ich indywidualne wybory, ale również warunki, w których żyją, uczą się i spędzają wolny czas – podkreśla dr Anna Dzielska.

W projekcie biorą udział nie tylko naukowcy i przedstawiciele samorządów lokalnych, ale także rodzice, nauczyciele i same dzieci.

– To, co wyróżnia projekt, to podejście oparte na współtworzeniu rozwiązań. Zamiast narzucać gotowe działania, angażujemy społeczności lokalne w ich projektowanie. Dzięki temu zwiększamy szanse, że proponowane zmiany będą skuteczne, akceptowane i trwałe – podkreśla kierowniczka Zakładu Zdrowia Dzieci i Młodzieży w Instytucie Matki i Dziecka.

Badacze sprawdzają, jakie bariery utrudniają dzieciom zabawę na świeżym powietrzu i codzienny ruch. Następnie wspólnie z pozostałymi grupami uczestników programu przygotują rekomendacje zmian. Gotowe modele będą mogły być wdrażane także w innych miastach.

– Problemy związane ze zdrowiem dzieci i ich stylem życia są złożone i nie mogą być rozwiązane przez jedną instytucję czy jeden sektor. Naukowcy dostarczają wiedzy i dowodów naukowych, samorządy mają możliwość wprowadzania zmian w przestrzeni publicznej i lokalnej polityce, a mieszkańcy, w tym grupy, do których mają być kierowane te działania, najlepiej znają swoje potrzeby. Dopiero połączenie tych perspektyw pozwala tworzyć skuteczne rozwiązania – przekonuje dr Anna Dzielska.

– Zawsze należy konsultować z dziećmi elementy tworzone z myślą o nich. Projektowanie placu zabaw przyjaznego dla dzieci we współpracy z nimi powinno być wymogiem prawnym – dodaje dr Teatske Altenburg.

Źródło: Newseria

Czy szklanka soku owocowego to zawsze zdrowy wybór? Od lat jest on postrzegany jako lepsza alternatywa dla słodzonych napojów gazowanych. Najnowsze badanie opublikowane w prestiżowym czasopiśmie Circulation pokazuje jednak, że częste picie soków owocowych w dzieciństwie – podobnie jak spożywanie napojów słodzonych cukrem – może wiązać się z większym ryzykiem rozwoju nadciśnienia tętniczego w dorosłym życiu. Jednocześnie naukowcy podkreślają, że zupełnie inaczej wygląda sytuacja w przypadku całych owoców.
Nie sama fruktoza, ale jej źródło ma znaczenie

Fruktoza od dawna budzi zainteresowanie naukowców badających wpływ diety na zdrowie sercowo-naczyniowe. Występuje zarówno w owocach, jak i sokach owocowych czy napojach słodzonych cukrem. Dotychczas nie było jednak jasne, czy to właśnie ilość spożywanej fruktozy odpowiada za zwiększone ryzyko chorób, czy może większe znaczenie ma produkt, z którego pochodzi.

Odpowiedzi na to pytanie postanowili poszukać naukowcy z Kanady i Stanów Zjednoczonych. W badaniu przeanalizowano dane pochodzące z projektu Growing Up Today Study (GUTS), obejmującego ponad 25 tysięcy uczestników, których obserwowano nawet przez 25 lat – od dzieciństwa aż do dorosłości. Średni wiek uczestników wynosił około 12 lat na początku badania i 36 lat pod koniec obserwacji.

Nadciśnienie rozwinęło się u 6 proc. uczestników

W trakcie obserwacji nadciśnienie tętnicze rozpoznano u około 6,3 proc. badanych. Naukowcy przeanalizowali ich sposób żywienia, uwzględniając między innymi spożycie napojów słodzonych cukrem, soków owocowych, całych owoców oraz całkowite spożycie fruktozy.

Najbardziej zaskakujący okazał się jeden z głównych wniosków.

Sama ilość spożywanej fruktozy nie wiązała się ze zwiększonym ryzykiem nadciśnienia. Znaczenie miało natomiast to, z jakiego produktu pochodziła.

Słodkie napoje i duże ilości soków zwiększały ryzyko

Osoby, które od dzieciństwa najczęściej piły napoje słodzone cukrem – co najmniej dwie porcje dziennie – miały o 52 proc. wyższe ryzyko rozwoju nadciśnienia tętniczego niż osoby spożywające je rzadziej niż trzy razy w tygodniu.

Podobną zależność zaobserwowano w przypadku soków owocowych. U osób pijących co najmniej półtorej porcji soku dziennie ryzyko nadciśnienia było o 35 proc. wyższe niż u tych, którzy sięgali po sok rzadziej niż raz w tygodniu.

Autorzy zwracają jednak uwagę, że nie oznacza to, iż każda szklanka soku jest szkodliwa. Niewielkie ilości soku nie wiązały się ze wzrostem ryzyka, natomiast problem pojawiał się przy jego regularnym, wysokim spożyciu.

Całe owoce to zupełnie inna historia

W przeciwieństwie do soków, spożywanie całych owoców nie zwiększało ryzyka nadciśnienia.

Zdaniem autorów może to wynikać z obecności błonnika, który spowalnia wchłanianie naturalnych cukrów oraz zwiększa uczucie sytości. Owoce dostarczają także polifenoli i wielu innych związków bioaktywnych, które korzystnie wpływają na układ sercowo-naczyniowy. Część tych składników jest tracona podczas produkcji soków.

To właśnie dlatego coraz więcej wytycznych żywieniowych zaleca wybieranie całych owoców zamiast ich płynnej postaci.

Niewielka zmiana może przynieść korzyści

Jednym z najciekawszych elementów badania była analiza pokazująca, co mogłoby się stać, gdyby uczestnicy zastąpili jedną porcję słodzonego napoju innym produktem.

Okazało się, że zamiana jednej porcji napoju słodzonego cukrem dziennie na:

Z kolei zastąpienie jednej porcji soku owocowego dziennie całym owocem wiązało się z 19 proc. niższym ryzykiem rozwoju nadciśnienia tętniczego.

Dlaczego płynne cukry działają inaczej?

Naukowcy przypominają, że napoje – zarówno słodzone cukrem, jak i soki – dostarczają znacznych ilości cukrów prostych w postaci płynnej. Organizm nie odczuwa ich w taki sam sposób jak cukrów obecnych w całych owocach.

Płynne kalorie słabiej sycą, dlatego łatwiej spożyć ich więcej, nie ograniczając ilości kolejnych posiłków. Nadmiar fruktozy metabolizowany jest przede wszystkim w wątrobie, gdzie może sprzyjać zwiększonej produkcji kwasu moczowego i zaburzeniom gospodarki lipidowej. Z czasem procesy te mogą wpływać na wzrost ryzyka chorób sercowo-naczyniowych, w tym nadciśnienia.

Jednocześnie autorzy podkreślają, że sok owocowy nie jest odpowiednikiem słodkiego napoju gazowanego. Zawiera witaminy, składniki mineralne i polifenole, które częściowo mogą łagodzić niekorzystny wpływ cukrów. Dlatego kluczowe znaczenie ma przede wszystkim ilość spożywanego soku oraz jego miejsce w codziennej diecie.

Co wybrać zamiast słodkich napojów?

Całe owoce – dostarczają naturalnych cukrów, ale także błonnika, witamin i związków bioaktywnych.
Wodę – najlepszy napój do codziennego nawadniania organizmu.
Mleko – jest źródłem białka, wapnia i innych składników odżywczych, dlatego może być lepszym wyborem niż słodzone napoje.
Sok owocowy? Tak, ale z umiarem. 100-procentowy sok może być elementem zdrowej diety, jednak nie powinien zastępować całych owoców ani być spożywany w dużych ilościach każdego dnia.

Napoje słodzone cukrem warto traktować jako okazjonalny dodatek, a nie codzienny element jadłospisu.

Źródło: Nguyen M., AlEssa H.B., Glenn A.J. i wsp. Consumption of Fructose-Containing Food and Beverage Sources in Childhood Through to Adulthood and Risk of Hypertension: A Prospective Cohort Study. Circulation. 2026. DOI: 10.1161/CIRCULATIONAHA.125.077666.