Medicalpress

Polski rynek medycznych konopi przestał być niszowym marginesem farmakoterapii. Skala importu rośnie, liczba zarejestrowanych surowców zwiększa się, a zapotrzebowanie pacjentów jest dziś na tyle duże, że Polska należy już do największych rynków europejskich. Jednocześnie cały system nadal opiera się niemal wyłącznie na produkcie sprowadzanym z zagranicy, kosztownym i podatnym na zakłócenia logistyczne. W efekcie pacjent funkcjonuje w rzeczywistości, w której lek formalnie jest dostępny, ale w praktyce jego ciągłość, cena i organizacja terapii pozostają obciążone wieloma barierami.

Z dyskusji wokół obowiązujących przepisów wyłania się obraz rynku rozwijającego się szybciej niż krajowe instrumenty prawne i organizacyjne. Teoretycznie Polska od lat posiada podstawę ustawową umożliwiającą prowadzenie upraw medycznych konopi. W praktyce jednak nie przełożyło się to dotąd na realną i stabilną obecność krajowego surowca w aptekach. Powstał więc paradoks: państwo dopuściło medyczne wykorzystanie konopi, ale jednocześnie skonstruowało model, który nie doprowadził do zbudowania sprawnego krajowego łańcucha produkcji.

Pacjenci między importem a dostępnością terapii

Najbardziej odczuwają to pacjenci. Maciej Pawłowski, reprezentujący Stowarzyszenie Pacjentów Konopnych, zwracał uwagę, że rynek wciąż jest zakładnikiem importu, a to oznacza nie tylko wysokie ceny, lecz także problemy z ciągłością terapii. Jak podkreślał, „Często dochodzi do sytuacji, w której pacjent nie może kupić w aptece swojego leku z konopi, ponieważ producent boryka się z problemami importowymi.”. W jego ocenie dla osób leczonych przewlekle nie jest to jedynie niedogodność organizacyjna, ale realny problem terapeutyczny, bo – jak podkreśla – „pacjent musi przyjmować lek stale, nie może dochodzić do przerw w terapii”. Z tej perspektywy dyskusja o modelu uprawy nie jest sporem wyłącznie ustrojowym czy gospodarczym, lecz pytaniem o bezpieczeństwo i przewidywalność leczenia.

Do problemu dostępności dochodzi kwestia ceny. Mec. Daniel Wójtowicz wskazywał, że mimo nowelizacji przepisów w polskich aptekach nadal nie ma krajowej marihuany medycznej, a ta obecna na rynku jest droga. Jak mówił, „dzisiaj jeden gram marihuany medycznej kosztuje średnio około 65 zł, co sprawia, że koszt miesięcznej kuracji może sięgać nawet 1000 zł”. W jego ocenie koszt wytworzenia surowca w Polsce mógłby być realnie znacznie niższy, ale obowiązujący model prawny nie stworzył dotąd warunków do tego, by krajowa produkcja rzeczywiście ruszyła na większą skalę.

W ostatnich latach wolumen importu systematycznie rósł, a Polska stała się trzecim największym rynkiem medycznych konopi w Europie. Jednocześnie – jak zwracał uwagę Maciej Pawłowski – „0 g pochodzi z surowca krajowego”. Ten kontrast dobrze oddaje obecną sytuację: rynek istnieje, pacjenci są, pieniądze krążą, ale produkcja wciąż pozostaje poza Polską.

Regulacje, które nie doprowadziły do powstania krajowej produkcji

Wśród powodów tego stanu rzeczy najczęściej pojawia się konstrukcja art. 49a ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii, który dopuścił uprawę konopi innych niż włókniste wyłącznie przez państwowe instytuty badawcze, po uzyskaniu zezwolenia Głównego Inspektora Farmaceutycznego. W założeniu miał to być model bezpieczny, ściśle kontrolowany i nastawiony na potrzeby polskich pacjentów. W praktyce okazał się jednak rozwiązaniem trudnym do wdrożenia. Jak argumentował mec. Wójtowicz, instytuty zazwyczaj nie dysponują ani własną infrastrukturą, ani odpowiednim finansowaniem, a więc są zmuszone budować skomplikowane modele współpracy z podmiotami zewnętrznymi. To wydłuża cały proces o kolejne konkursy, negocjacje, przygotowanie dokumentacji, procedury administracyjne, kontrole zabezpieczeń, sprowadzenie materiału roślinnego i dalsze etapy prowadzące dopiero do rozpoczęcia uprawy.

Instytuty między misją publiczną a realiami finansowymi

W tej perspektywie problem nie sprowadza się do samego formalnego zakazu działania przez prywatnych producentów. Równie ważne jest to, że państwowe instytuty, którym powierzono tę misję, muszą często wykonywać ją w warunkach niedostosowanych do realiów przedsięwzięcia wymagającego wysokich nakładów, infrastruktury i specjalistycznego zaplecza technologicznego. Dr inż. Przemysław Baraniecki z Instytutu Włókien Naturalnych i Roślin Zielarskich Państwowego Instytutu Badawczego podkreśla, że „najistotniejszym problemem dla nas były i wciąż pozostają kwestie finansowe”. Jak zaznaczał, wysokość nakładów potrzebnych do uruchomienia takiego przedsięwzięcia okazała się dla instytutu zaporowa. „Nie mogliśmy sobie pozwolić ani na finansowanie z własnych środków, ani na zaciągnięcie tak dużego kredytu, który pozwoliłby sfinansować to przedsięwzięcie” – wyjaśniał, dodając, że w jego instytucie prace nad projektem ostatecznie nie są dziś kontynuowane.

Z kolei przedstawiciel Instytutu Uprawy Nawożenia i Gleboznawstwa – Państwowego Instytutu Badawczego w Puławach podkreślał, że ich zespół prowadzi projekt samodzielnie, na własny koszt i we własnym modelu organizacyjnym. Instytut korzysta wprawdzie z wydzierżawionego obiektu, ale – jak zaznaczono – bez powierzania zasadniczej części przedsięwzięcia zewnętrznemu wykonawcy. Według przedstawionych informacji instytut jest już zaawansowany w badaniach stabilności dwóch odmian i liczy na szybkie przejście do etapu rejestracji surowców farmaceutycznych.

Pokazuje to jednak, że tylko część instytutów jest w stanie zbudować odpowiednie zaplecze organizacyjne i finansowe. W praktyce obecny model sprawia, że uruchomienie produkcji staje się procesem długim, kosztownym i zależnym od zdolności konkretnej jednostki do samodzielnego udźwignięcia takiego przedsięwzięcia.

Spór o otwarcie rynku na podmioty prywatne

Na tym tle wraca pytanie o ewentualne otwarcie rynku na podmioty prywatne. Zwolennicy tej zmiany wskazują, że skoro obowiązujące wymogi dotyczące zabezpieczeń, kontroli i zezwoleń pozostają rygorystyczne, to nie ma przekonującego uzasadnienia, by samo prawo do wystąpienia o zgodę na uprawę było ograniczone wyłącznie do państwowych instytutów badawczych. Taką logikę prezentował m.in. poseł Przemysław Wipler, który pytał przedstawicieli administracji, czy przy zachowaniu wszystkich pozostałych rygorów deregulacja w zakresie kręgu uprawnionych podmiotów niosłaby realne ryzyka dla państwa. W jego ocenie obecna konstrukcja tworzy „biurokratyczne, niepotrzebne pośrednictwo”, a Polska, mimo korzystnych warunków, oddaje w praktyce cały rynek podmiotom zagranicznym.

Główny Inspektorat Farmaceutyczny nie zajął w tej sprawie stanowiska politycznego, ale sygnalizował, że temat wymaga analizy międzyresortowej. Magdalena Rychter, dyrektor Departamentu Nadzoru Farmaceutycznego GIF, przypominała, że organ jest przede wszystkim wykonawczy i działa w granicach obowiązującej ustawy. Zaznaczała jednocześnie, że sama uprawa substancji narkotycznej musi pozostawać pod odpowiednim nadzorem i że wymagania w tym zakresie „nie są na wyrost”. Dodała jednak, że przy właściwych zabezpieczeniach i dobrze zaprojektowanych regulacjach zmiany nie są wykluczone. 

Z drugiej strony część instytutów badawczych broniła obecnego rozwiązania. Przedstawiciel Instytutu Biotechnologii Przemysłu Rolno-Spożywczego argumentował, że prywatne podmioty są nastawione przede wszystkim na zysk, podczas gdy intencją ustawodawcy było zabezpieczenie potrzeb polskiego rynku i polskich pacjentów. W jego ocenie instytuty są w stanie docelowo zaspokoić krajowe zapotrzebowanie, zachowując przy tym reżimy bezpieczeństwa i przejrzystość działania. 

Dostęp do terapii i skutki ograniczenia „receptomatów”

Obok kwestii uprawy wyraźnie wybrzmiał także problem dostępu do leczenia na poziomie lekarz–pacjent. Maciej Pawłowski zwracał uwagę na skutki zmian związanych z ograniczeniem działalności tzw. receptomatów. W jego ocenie sama eliminacja praktyk polegających na wystawianiu recept bez rzeczywistego badania pacjenta była potrzebna, ale sposób interpretacji nowych przepisów doprowadził do nadmiernego ograniczenia telemedycyny. Jak argumentował, uznanie, że badanie osobiste musi oznaczać fizyczną obecność pacjenta i lekarza w jednym pomieszczeniu, uderza szczególnie w osoby z mniejszych miejscowości i w tych pacjentów, którzy nie mają łatwego dostępu do wyspecjalizowanych poradni. Według niego skutek jest taki, że ciężar kontynuacji terapii został w dużej mierze przerzucony na lekarzy podstawowej opieki zdrowotnej, którzy często nie mają odpowiedniego przygotowania do prowadzenia leczenia z użyciem konopi medycznych.

Z perspektywy nadzorczej zwrócono także uwagę na skutki zmian dotyczących tzw. receptomatów. Joanna Sosnowska, naczelnik Wydziału ds. Substancji Kontrolowanych w Departamencie Nadzoru Farmaceutycznego, stwierdziła wprost, że „te zapisy spowodowały, że preskrypcja marihuany w Polsce spadła prawie o 50%”. Ten spadek można oczywiście interpretować na różne sposoby: jako ograniczenie patologii, ale też jako sygnał pogorszenia dostępności legalnej terapii dla części pacjentów. 

Wiedza medyczna i kontekst zdrowia publicznego

Istotną rolę w całej debacie odgrywa także kwestia wiedzy medycznej. Pawłowski mówił o niewielkiej liczbie lekarzy gotowych do pogłębiania kompetencji w tym obszarze i wskazywał, że temat leczenia konopiami medycznymi praktycznie nie funkcjonuje w standardowym kształceniu medycznym. Do tego wątku odniósł się także dr n. społ. Artur Malczewski z Krajowego Centrum Przeciwdziałania Uzależnieniom, przypominając, że w 2022 roku na zlecenie KCPU powstała publikacja „Konopie i medyczne zastosowanie kanabinoidów. Praktyczne rekomendacje”. Jak zaznaczał, celem tego opracowania było właśnie dostarczenie środowisku lekarskiemu kompendium wiedzy o możliwych zastosowaniach kanabinoidów w leczeniu różnych chorób. W polskiej debacie medyczne konopie są często omawiane przede wszystkim w kategoriach regulacyjnych i politycznych, podczas gdy bez szerszego zaplecza edukacyjnego nawet najlepsze przepisy nie przełożą się na dojrzałą praktykę kliniczną.

Jednocześnie KCPU przypomina o drugim, znacznie szerszym tle zjawiska, czyli o ryzykach związanych z używaniem marihuany poza kontekstem medycznym. Z przedstawionych danych wynikało, że w grupie 15–16-latków skala używania marihuany spadła między 2019 a 2025 rokiem z 21 proc. do 17 proc., ale w populacji ogólnej odnotowano wzrost zarówno odsetka osób, które próbowały marihuany kiedykolwiek w życiu, jak i tych, które używały jej w ostatnim roku. 

System nadzoru i perspektywa regulacyjna

GIF podkreśla, że w swojej części system stara się działać sprawnie. Magdalena Rychter informowała, że wydano dotąd dwa zezwolenia dotyczące uprawy, z czego jedno pozostaje aktywne, a kolejny wniosek jest procedowany. Zaznaczała też, że wnioski importowe są obecnie rozpatrywane bez opóźnień, a średni czas procedowania skrócił się do około 14 dni. Jednocześnie urząd rozwija narzędzia monitorowania rynku, m.in. przez propozycję raportowania obrotu surowcami farmaceutycznymi do systemu SMOP. Z punktu widzenia nadzoru to ruch racjonalny: skoro rynek rośnie, konieczne jest lepsze śledzenie dystrybucji i wyłapywanie nieprawidłowości.

Rynek, który wciąż czeka na krajowy surowiec

To wszystko nie zmienia jednak podstawowego faktu, że Polska nadal pozostaje rynkiem importowym. Nawet jeśli administracja usprawniła część procedur, a niektóre instytuty są bliżej uruchomienia krajowego surowca niż jeszcze kilka lat temu, system nadal nie zapewnił pacjentom tego, co z perspektywy zdrowotnej i gospodarczej wydaje się najbardziej oczywiste: przewidywalnego, krajowego źródła produktu leczniczego dostępnego w rozsądnej cenie.

Właśnie dlatego dyskusja o medycznych konopiach coraz mniej przypomina spór ideologiczny, a coraz bardziej debatę o jakości regulacji. Dziś nie chodzi już o samo pytanie, czy terapia konopiami medycznymi ma prawo funkcjonować w Polsce, bo to zostało rozstrzygnięte wcześniej. Kluczowe staje się raczej to, czy państwo potrafi zbudować model, który rzeczywiście służy pacjentowi: zapewnia ciągłość leczenia, nie skazuje rynku wyłącznie na import, nie produkuje zbędnych barier biurokratycznych i jednocześnie nie rezygnuje z nadzoru właściwego dla substancji kontrolowanej.

Źródło: opracowanie redakcyjne na podstawie zapisu posiedzenia Parlamentarnego Zespołu ds. Legalizacji Marihuany pt. „Spotkanie z ekspertami dotyczące polskich regulacji prawnych w zakresie uprawy medycznych konopi oraz praktycznego funkcjonowania tego rynku”, 26 marca 2026 r., sala nr 04A, bud. U. Wypowiedzi cytowane w tekście pochodzą z tego posiedzenia.
Ministerstwo Zdrowia proponuje zmianę, która na pierwszy rzut oka wydaje się techniczna, ale w rzeczywistości dotyka jednego z fundamentów funkcjonowania systemu ochrony zdrowia. Do wykazu prac legislacyjnych trafił projekt rozporządzenia, który ma umożliwić realizację części świadczeń szpitalnych bez formalnego przyjęcia pacjenta na oddział. W praktyce oznacza to próbę odejścia od modelu, w którym niemal każda procedura realizowana w warunkach szpitalnych wymaga hospitalizacji, nawet jeśli trwa kilka godzin.
Dziś obowiązujące przepisy pozostają pod tym względem sztywne. Pacjent trafiający do szpitala, nawet na krótką procedurę diagnostyczną czy terapeutyczną, musi zostać formalnie przyjęty. Tymczasem, jak wskazuje Ministerstwo Zdrowia, „wielu pacjentów kierowanych do leczenia szpitalnego potrzebuje jedynie krótkotrwałego dostępu do specjalistycznej aparatury i wykwalifikowanego personelu medycznego”. To zdanie dobrze oddaje istotę problemu. System organizacyjny nie nadąża za zmianą technologii i praktyki klinicznej.

Nowy model zakłada wprowadzenie tzw. elastycznej organizacji leczenia. Obejmie on świadczenia, których czas realizacji nie przekracza 12 godzin. To rozwiązanie, które w teorii odpowiada na rosnącą liczbę procedur możliwych do wykonania w trybie krótkoterminowym. Rozwój diagnostyki, technik zabiegowych i monitorowania pacjenta sprawił, że wiele interwencji nie wymaga już wielodniowego pobytu w szpitalu.

Propozycja wpisuje się w szerszy trend widoczny w systemach ochrony zdrowia w Europie, gdzie coraz większy nacisk kładzie się na skracanie hospitalizacji i przenoszenie części świadczeń do trybu dziennego lub ambulatoryjnego. W polskich realiach problemem nie jest jednak wyłącznie sama długość pobytu, ale także sposób organizacji świadczeń i ich rozliczania.

Resort zdrowia przekonuje, że zmiana przyniesie korzyści zarówno pacjentom, jak i placówkom. Pacjent ma szybciej wracać do domu i codziennego funkcjonowania, a szpitale ograniczą koszty niezwiązane bezpośrednio z procedurą medyczną. W tle pojawia się jednak ważniejsze pytanie: czy system jest gotowy na taką zmianę organizacyjną?

Wprowadzenie nowego trybu świadczeń oznacza konieczność przedefiniowania ścieżki pacjenta. Granica między leczeniem ambulatoryjnym a szpitalnym zaczyna się zacierać. Pojawia się obszar pośredni, który wymaga nie tylko nowych przepisów, ale także jasnych standardów postępowania, odpowiedzialności i kwalifikacji pacjentów.

Ministerstwo podkreśla, że bezpieczeństwo pozostaje priorytetem. „W przypadku konieczności przedłużenia pobytu, świadczeniodawca będzie zobowiązany do zapewnienia całodobowego dostępu do hospitalizacji”. To kluczowy zapis, który ma zabezpieczać sytuacje, w których stan pacjenta ulega pogorszeniu. W praktyce jednak oznacza to konieczność utrzymania pełnej gotowości oddziałów, nawet jeśli część świadczeń będzie realizowana poza klasycznym trybem hospitalizacji.

Nowy model może poprawić dostępność świadczeń i lepiej wykorzystać zasoby, w tym kadry medycznej, która będzie mogła koncentrować się na pacjentach wymagających intensywnej opieki. Jednocześnie niesie ryzyko przeniesienia części odpowiedzialności organizacyjnej na lekarzy i zespoły medyczne, które będą musiały podejmować decyzje w warunkach większej niejednoznaczności.

Zmiana, którą proponuje Ministerstwo Zdrowia, dotyka więc nie tylko kwestii formalnych, ale także filozofii działania systemu. To próba przejścia od modelu opartego na strukturach do modelu opartego na potrzebach pacjenta i czasie trwania procedury. Pytanie, czy za zmianą przepisów pójdą odpowiednie narzędzia, finansowanie i organizacja pracy. Bo choć szpital bez hospitalizacji brzmi jak uproszczenie, w praktyce może oznaczać bardziej złożony system niż dotychczas.

Źródło: RCL