Medicalpress

Kolorowa skala od zielonego „A” do czerwonego „E” miała ułatwiać wybór żywności, ale od lat budziła kontrowersje. Ministerstwo Zdrowia zdecydowało o rezygnacji z Nutri-Score w ramach polityki zdrowotnej państwa. Nie oznacza to jednak automatycznego zniknięcia oznaczeń ze wszystkich produktów dostępnych w polskich sklepach.

System miał upraszczać zakupy i w kilka sekund podpowiadać konsumentowi, który produkt ma korzystniejszy profil żywieniowy. Zamiast stać się powszechnym standardem, Nutri-Score od lat wywołuje jednak spory wśród producentów, dietetyków i przedstawicieli administracji. Teraz Ministerstwo Zdrowia przesądziło, że system nie będzie elementem polskiej polityki zdrowotnej.

Nutri-Score jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych systemów znakowania żywności na froncie opakowania. Produkty otrzymują ocenę od zielonego „A” do czerwonego „E”, wyliczaną na podstawie algorytmu uwzględniającego ich skład i wartość odżywczą. Założenie jest proste: konsument nie musi studiować tabeli wartości odżywczej, aby szybko porównać produkty.

Jednocześnie Polska nie rezygnuje z prób wpływania na wybory żywieniowe konsumentów. Kierunek wydaje się jednak inny: zamiast jednej syntetycznej oceny produktu resort coraz mocniej sięga po regulacje dotyczące konkretnych kategorii żywności i środowisk, w których dokonywane są wybory.

Dobrym przykładem są szkoły. Od 1 września 2026 roku obowiązują nowe przepisy dotyczące żywności sprzedawanej dzieciom i młodzieży oraz posiłków serwowanych w szkołach i przedszkolach. Ograniczają one dostęp do wysoko przetworzonej żywności o niskiej wartości odżywczej, zwiększają znaczenie warzyw, owoców i produktów pełnoziarnistych oraz wskazują wodę jako podstawowy napój.

Resort zwraca uwagę, że problem nie jest marginalny. Według danych przywoływanych przez Ministerstwo Zdrowia nawet 80 proc. dzieci w Polsce nie spożywa rekomendowanej ilości warzyw i owoców, a rosnący odsetek dzieci i nastolatków ma nieprawidłową masę ciała. Niewłaściwa dieta i otyłość zwiększają ryzyko chorób przewlekłych w późniejszym życiu, w tym chorób układu krążenia i niektórych nowotworów.

Rezygnacja z Nutri-Score nie kończy dyskusji o znakowaniu żywności. Przesuwa ją raczej na inne pytanie: jak przekazywać informacje o wartości odżywczej w sposób wystarczająco prosty, by były użyteczne podczas codziennych zakupów, a jednocześnie na tyle precyzyjny, by pojedyncza litera nie była odbierana jako ostateczny werdykt na temat tego, czy dany produkt jest „zdrowy”.

Dla konsumenta najważniejsza konsekwencja jest więc mniej spektakularna, niż może sugerować hasło o „końcu Nutri-Score”. Kolorowe oznaczenie nie powinno być traktowane jako jedyne kryterium wyboru żywności, podobnie jak jego brak nie zwalnia z czytania składu i tabeli wartości odżywczej. A dla państwa pozostaje znacznie trudniejsze zadanie: stworzenie takich warunków informacyjnych i regulacyjnych, które rzeczywiście pomagają dokonywać zdrowszych wyborów, zamiast jedynie przenosić odpowiedzialność na konsumenta.

Produkty spożywcze opatrzone stwierdzeniami dotyczącymi wartości prozdrowotnych, np. naturalny, ekologiczny, bez cukru, nie zawsze są zdrowsze od pozostałych. Często mają nawet mniej korzystny skład – potwierdziła analiza obejmująca niemal 150 tys. produktów spożywczych i napojów wprowadzonych na rynek USA.

Analizę przeprowadzili prof. Miguel Gomez z Cornell University oraz Pei Zhou, badaczka w jego zespole. Wykorzystali dane dotyczące niemal 150 tys. nowych produktów wprowadzanych na rynek w Stanach Zjednoczonych w ciągu dziesięciu lat, zgromadzone przez firmę badania rynku Mintel. Wyniki opublikowali w „Nature Food”.

„Pewnego dnia poszłam do supermarketu i zauważyłam zwykły serek śmietankowy oraz jego wariant o obniżonej zawartości tłuszczu” – powiedziała Zhou, cytowana w prasowym komunikacie. – „Zmniejszono w nim ilość tłuszczu, ale jednocześnie zawierał więcej cukrów ogółem i sodu. Na opakowaniach znajduje się tak wiele informacji dotyczących właściwości zdrowotnych. Naszym głównym pytaniem było, czy produkty z takimi oznaczeniami są rzeczywiście zdrowsze od tych, które ich nie mają”.

Zespół z Cornell zastosował Nutrient Profiling Model, system oceny opracowany przez brytyjską Food Standards Agency. Model ten uwzględnia całościowy skład odżywczy produktu: odejmuje punkty za nadmiar cukru, sodu, tłuszczów nasyconych i kalorii, a przyznaje je m.in. za zawartość błonnika, białka oraz owoców i warzyw.

Po zastosowaniu tego kryterium do produktów dostępnych na amerykańskim rynku badacze stwierdzili, że dwie trzecie analizowanych, nowo wprowadzonych produktów miało ogólnie mniej korzystny profil żywieniowy, mimo że połowa z nich miała na opakowaniu deklaracje dotyczące wartości zdrowotnych.

Problem często wynikał z „kompromisów” związanych ze zmianami receptury na pozornie zdrowsze. Na przykład napój oznaczony jako „o obniżonej zawartości sodu” częściej zawierał dodatkową ilość cukru. Z kolei pakowana żywność reklamowana jako „bez tłuszczów trans” często zawierała więcej tłuszczów nasyconych i sodu. Samo oświadczenie było więc zgodne z prawdą, ale, jak wskazują wyniki badania, ogólna wartość odżywcza produktu niekoniecznie się poprawiała. Czasem nawet ulegała pogorszeniu.

Największe rozbieżności zaobserwowano w przypadku napojów. Oznaczenia takie jak „niska zawartość sodu”, „bez cukru” czy „niska zawartość tłuszczów nasyconych” najczęściej nie odpowiadały rzeczywistej ogólnej jakości odżywczej produktu.

Szczególnie interesujące okazały się oznaczenia, które formalnie nie są deklaracjami żywieniowymi. Terminy takie jak „naturalny”, „ekologiczny”, „bez GMO” czy „pełnoziarnisty” nie informują bezpośrednio o zawartości cukru, sodu czy tłuszczu. Wcześniejsze badania cytowane przez autorów pokazują jednak, że konsumenci często interpretują określenie „naturalny” jako synonim „zdrowy”. Naukowcy określają ten mechanizm mianem efektu aureoli.

„W naszej pracy przedstawiamy pewne wskazówki dla decydentów. Ogólną ideą jest odejście od pojedynczych stwierdzeń na rzecz szerszej oceny profilu składników odżywczych” – powiedział prof. Gomez. Jak wyjaśnił, w krajach takich jak Chile czy Meksyk stosuje się oznaczenia przypominające znaki ostrzegawcze, informujące o wysokiej zawartości sodu, cukru lub tłuszczu, a system ten ogranicza również sposób eksponowania takich produktów w sklepach.

Na razie badacze mają dość prostą radę dla wszystkich konsumentów: informacja na przedniej stronie opakowania jest zwykle jedynie wskazówką, a nie pełną oceną produktu. Bardziej kompletny obraz jego wartości odżywczej daje tabela umieszczona z tyłu opakowania, uwzględniająca jednocześnie m.in. cukry dodane, sód czy tłuszcze nasycone. (PAP)

Źródło: Nauka w Polsce

Leki stosowane w leczeniu otyłości i cukrzycy zaczynają wpływać na rynek daleko poza gabinetami lekarskimi i aptekami. Osoby przyjmujące preparaty z grupy GLP-1 jedzą mniej, częściej wybierają mniejsze porcje i zwracają większą uwagę na zawartość białka. Dla branży spożywczej to sygnał, że wraz ze spadkiem apetytu milionów konsumentów może zmienić się również model biznesowy oparty przez lata na coraz większych porcjach, przekąskach i dodatkowych produktach. Do nowej rzeczywistości dostosowuje się nawet McDonald’s.

Jeszcze kilka lat temu dyskusja o semaglutydzie czy tirzepatydzie była przede wszystkim dyskusją medyczną. Dziś GLP-1 stają się również zjawiskiem ekonomicznym. W Stanach Zjednoczonych około 10 proc. dorosłych przyjmuje obecnie leki z tej grupy – wynika z danych przytoczonych przez McDonald’s podczas Investor Day we wrześniu 2026 roku. Firma uważnie obserwuje, co ta grupa klientów robi po wejściu do restauracji.

– 84 proc. gospodarstw domowych, w których są użytkownicy GLP-1, odwiedza McDonald’s. To szansa – mówiła inwestorom Skye Anderson, prezes McDonald’s USA.

Fast food w epoce mniejszego apetytu

Według Anderson osoby stosujące leki na otyłość i cukrzycę sięgają w McDonald’s m.in. po Chicken McNuggets, Filet-O-Fish czy Happy Meals. Firma dostrzega jednak zainteresowanie jedzeniem, które zapewnia sytość bez konieczności spożywania dużej porcji. Dlatego rozważa rozwinięcie oferty bardziej skoncentrowanej na białku, m.in. o sałatkowe miski z kurczakiem, grillowanego kurczaka czy jajka.

Nie chodzi wyłącznie o chwilową modę. GLP-1 zmieniają fizjologię apetytu, a wraz z nią zachowania konsumentów. Leki z tej grupy zwiększają uczucie sytości i ograniczają spożycie energii. W przypadku części pacjentów oznacza to, że dotychczasowa restauracyjna logika „więcej za niewiele więcej” zaczyna tracić atrakcyjność.

Badania Circana pokazują, że użytkownicy GLP-1 nie tyle całkowicie rezygnują z restauracji, ile zmieniają sposób zamawiania. Wybierają więcej dań głównych, a mniej dodatków, przekąsek i pieczywa. Z kolei według National Restaurant Association częstymi zmianami są mniejsze porcje, wybór produktów bogatszych w białko oraz większa ilość warzyw.

Mniej chipsów, słodyczy i fast foodów

Skalę zmiany dobrze pokazują dane dotyczące zakupów spożywczych. Badacze z Cornell University połączyli informacje o stosowaniu GLP-1 z rzeczywistymi transakcjami gospodarstw domowych. Wyniki opublikowano w „Journal of Marketing Research”.

W ciągu sześciu miesięcy od rozpoczęcia terapii gospodarstwa domowe ograniczały wydatki na żywność w sklepach średnio o 5,3 proc. W gospodarstwach o wyższych dochodach spadek przekraczał 8 proc. O około 8 proc. zmniejszały się również wydatki w restauracjach szybkiej obsługi, w tym fast foodach i kawiarniach.

Największe spadki dotyczyły kalorycznej, wysoko przetworzonej żywności. Wydatki na słone przekąski zmniejszały się o około 10 proc., a wyraźne spadki obserwowano również w przypadku słodyczy, wypieków i ciastek. Nieliczne kategorie notowały wzrosty należały do nich m.in. jogurty, świeże owoce i batony odżywcze.

Nowsze badania konsumenckie PwC pokazują podobny kierunek. W 2026 roku już 21 proc. badanych amerykańskich gospodarstw domowych deklarowało obecność aktualnego użytkownika GLP-1. Wydatki na zakupy spożywcze były w tej grupie niższe, a konsumenci przesuwali je m.in. z przekąsek, słodzonych napojów i alkoholu w stronę świeżych produktów, białka i suplementów.

Białko staje się nowym polem walki o klienta

Dlaczego McDonald’s mówi akurat o białku?

Pacjent stosujący GLP-1 może spożywać znacznie mniej jedzenia, dlatego znaczenie ma nie tylko liczba kalorii, ale również jakość tego, co znajduje się w mniejszej porcji. Podczas redukcji masy ciała tracona jest bowiem nie tylko tkanka tłuszczowa, ale również część beztłuszczowej masy ciała. Zbyt mała podaż białka przy silnie ograniczonym apetycie może dodatkowo utrudniać zachowanie masy mięśniowej.

Wspólne stanowisko American College of Lifestyle Medicine, American Society for Nutrition, Obesity Medicine Association i The Obesity Society wskazuje więc na konieczność zwracania uwagi na odpowiednią podaż białka. Eksperci zaznaczają jednocześnie, że samo zwiększenie ilości białka nie wystarcza do ochrony mięśni – istotny jest także trening oporowy. Preferowane źródła to m.in. ryby, jaja, nabiał, rośliny strączkowe czy chudy drób.

To ważne zastrzeżenie w kontekście nowej marketingowej mody. Napis „high protein” nie sprawia automatycznie, że produkt staje się optymalnym wyborem dla osoby leczonej z powodu otyłości.

Big Food już znalazł nowego klienta

McDonald’s nie jest pierwszą firmą, która zauważyła zmianę. Nestlé już w 2024 roku wprowadziło w USA markę Vital Pursuit stworzoną z myślą m.in. o osobach stosujących leki GLP-1. Mrożone dania mają mniejsze, dopasowane do apetytu porcje, zwiększoną zawartość białka, błonnika i wybranych składników odżywczych.

W 2026 roku koncern nadal rozwija produkty adresowane do tej grupy konsumentów. Inni producenci również próbują zagospodarować nową kategorię – pojawiają się produkty oznaczane jako „GLP-1 friendly”, mniejsze porcje oraz żywność eksponująca zawartość białka i błonnika.

Badania ekonomiczne sugerują, że nie jest to wyłącznie marketingowa intuicja. Analiza opublikowana w 2026 roku w „Food Policy” wskazuje, że stosowanie GLP-1 może zwiększać gotowość konsumentów do płacenia za część produktów białkowych.

Rynek dostał więc dość czytelny sygnał: jeśli klient zjada mniej, trzeba sprawić, aby właśnie tę mniejszą porcję kupił od konkretnej marki.

Czy „GLP-1 friendly” znaczy zdrowe?

Dostosowanie wielkości porcji czy zwiększenie zawartości białka może odpowiadać realnym potrzebom osób, których apetyt podczas leczenia znacząco się zmniejszył. Nie oznacza to jednak, że każdy produkt reklamowany w kontekście GLP-1 jest automatycznie zdrowy.

W USA określenie „GLP-1 friendly” nie stanowi regulowanej przez FDA kategorii żywności. Eksperci zwracają uwagę, że konsument powinien patrzeć na cały skład i wartość odżywczą produktu, a nie wyłącznie na hasło marketingowe czy zawartość białka. Część żywności kierowanej do tej grupy nadal może zawierać dużo sodu, tłuszczu czy kalorii.

Także zalecenia dla pacjentów nie sprowadzają się do „jedz więcej białka”. Obejmują odpowiednią jakość diety, warzywa i owoce, błonnik, nawodnienie oraz dostosowanie posiłków do tolerancji leczenia. Przy nudnościach zaleca się m.in. unikanie bardzo tłustych i smażonych potraw.

Dlatego wysokobiałkowa kanapka czy porcja kurczaka w restauracji może być elementem diety, ale nie staje się przez samą zawartość białka produktem „leczniczym” ani koniecznym dodatkiem do farmakoterapii.

Ozempic zmienia więcej niż obwód pasa

Przez dziesięciolecia duża część rynku spożywczego rozwijała się w kierunku zwiększania konsumpcji: większych opakowań, większych porcji, zestawów, przekąsek i dodatkowych produktów kupowanych między posiłkami. GLP-1 uderzają dokładnie w mechanizm, na którym ten model korzystał czyli apetyt.

PwC wylicza, że po 6–8 miesiącach stosowania GLP-1 wydatki gospodarstw domowych w restauracjach szybkiej obsługi spadają o 8,7 proc. Jednocześnie 35 proc. użytkowników oczekuje od restauracji mniejszych porcji za proporcjonalnie niższą cenę.

Dlatego 84 proc. gospodarstw domowych z użytkownikami GLP-1 odwiedzających McDonald’s jest dla firmy ważną informacją. Klienci nie zniknęli. Zmieniło się natomiast pytanie, jak sprzedać im posiłek, kiedy chcą zjeść mniej.

Odpowiedzią branży stają się białko, błonnik, mniejsze porcje i większa koncentracja składników odżywczych. To, co zaczęło się jako rewolucja w farmakologicznym leczeniu otyłości i cukrzycy, coraz wyraźniej staje się więc także rewolucją konsumencką.

I być może jednym z najbardziej wymownych dowodów jej skali jest to, że do ery GLP-1 swoje menu zaczyna dostosowywać największa sieć fast foodów na świecie.

Do 2050 roku zachorowalność na raka na całym świecie wzrośnie o 66,7 proc., a liczba nowych przypadków wyniesie blisko 35 mln. W Europie ma ona wzrosnąć o 19,2 proc., do poziomu 5,16 mln – wynika z najnowszych prognoz Międzynarodowej Agencji Badań nad Rakiem (IARC). Eksperci podkreślają, że wśród czynników ryzyka znajdują się m.in. wiek i styl życia, a edukacja zdrowotna powinna być obowiązkowym przedmiotem nauczanym w szkole.

– Dane Międzynarodowej Agencji Badań nad Rakiem sugerują, że w ciągu kolejnych dekad będziemy mieli lawinowy wzrost zachorowalności na nowotwory złośliwe w całej Europie. Jest to sygnał dla osób, które projektują systemy opieki zdrowotnej w Europie, aby podjąć to wyzwanie – mówi w rozmowie z agencją Newseria dr hab. n. med. Paweł Koczkodaj, kierownik Pracowni Prewencji Pierwotnej i Polityki Zdrowotnej w Zakładzie Epidemiologii i Prewencji Pierwotnej Nowotworów Narodowego Instytutu Onkologii im. Marii Skłodowskiej-Curie – Państwowego Instytutu Badawczego.

W Europie do 2024 roku zdiagnozowano 4,33 mln nowotworów. Do 2050 roku ta liczba ma wzrosnąć o 833 tys. i tym samym osiągnąć poziom 5,16 mln. Tak wynika z najnowszych danych IARC.

– Coraz częściej mówimy o tym, że coraz więcej osób choruje na nowotwory złośliwe. Powinniśmy pamiętać o tym, że nadal ich najsilniejszym czynnikiem ryzyka pozostaje rosnący wiek. Jesteśmy na progu zjawiska, które nazywa się silver tsunami. Widzimy, że populacja europejska i Polski bardzo szybko się starzeje. Obserwujemy taką zależność wykładniczą, że jest coraz więcej przypadków zachorowań, co nie znaczy, że w młodszych grupach ryzyka ich nie ma – tłumaczy dr hab. n. med. Paweł Koczkodaj.

Jak podaje Światowa Organizacja Zdrowia (WHO), częstość występowania nowotworów gwałtownie rośnie wraz z wiekiem, najprawdopodobniej z powodu kumulacji narażenia na czynniki ryzyka. Wiąże się to z tendencją do zmniejszania się skuteczności mechanizmów naprawy komórkowej.

– Na przykładzie raka jelita grubego widać, że coraz więcej młodych osób choruje. Powstaje więc naturalne pytanie, dlaczego tak się dzieje? Mamy tutaj kilka odpowiedzi. Jedną z nich jest to, że rak jelita grubego jest bardzo mocno związany z naszym stylem życia, który, w szczególności w środowiskach wysoko zurbanizowanych czy w populacjach wysoko rozwiniętych, pozostawia wiele do życzenia – wyjaśnia ekspert Instytutu Onkologii im. Marii Skłodowskiej-Curie – Państwowego Instytutu Badawczego.

W Europie do 2024 roku zdiagnozowano 328,5 tys. nowotworów jelita grubego, a liczba ta do 2050 roku ma wzrosnąć o 27,1 proc., do 417,7 tys.

– Mówimy tutaj przede wszystkim o nadwadze i otyłości. Podwyższone BMI jest bardzo silnym czynnikiem, który zwiększa ryzyko zachorowania na raka jelita grubego. Do tego rosnące spożycie alkoholu czy palenie papierosów, narażenie na działanie dymu tytoniowego. Dieta ubogoresztkowa, czyli wysoko przetworzona, zawierająca mięso czerwone oraz wysoko przetworzone – peklowane, wędzone czy solone, powoduje, że w młodszych grupach wiekowych również w przypadku tego rodzaju nowotworu możemy mówić o wzrostach – podkreśla dr hab. n. med. Paweł Koczkodaj.

Jak podaje WHO, rak jelita grubego często nie daje żadnych objawów lub są one łagodne we wczesnym stadium. Gdy się pojawią, mogą obejmować m.in. biegunkę, zaparcia lub zwężenie stolca, krew w stolcu, skurcze brzucha, ból lub wzdęcia, które nie ustępują, niewyjaśnioną nagłą utratę wagi bez podejmowania żadnych starań, uporczywe zmęczenie czy też niedokrwistość.

– Generalnie rosnący wiek nadal pozostaje decydującym czynnikiem, który zwiększa ryzyko występowania chorób nowotworowych, w tym złośliwych. Często też możemy przeczytać w literaturze, że wczesne zachorowania w najmłodszych grupach wiekowych są związane z genetycznym obciążeniem, więc dla większości z nas zagrożenie niestety wzrasta wraz z wiekiem – zaznacza ekspert Instytutu Onkologii im. Marii Skłodowskiej-Curie – Państwowego Instytutu Badawczego.

Z ostatnich dostępnych danych Krajowego Rejestru Nowotworów wynika, że w 2023 roku w Polsce zdiagnozowano 192 922 przypadków nowotworów złośliwych, w tym 96 925 u mężczyzn i 95 997 u kobiet.

– Jeżeli popatrzymy na dane epidemiologiczne, które dotyczą Polski, widzimy, że tzw. duża trójka nowotworów wśród obydwu płci pozostaje mniej więcej taka sama w ostatnich latach. Jeżeli chodzi o mężczyzn, to na pierwszym miejscu mamy raka gruczołu krokowego, czyli raka prostaty. Następnie raka płuca i jelita grubego. Wśród kobiet na pierwszym miejscu jest rak piersi, następnie płuca i jelita grubego – podkreśla dr hab. n. med. Paweł Koczkodaj.

W 2023 roku na nowotwór złośliwy gruczołu krokowego zachorowało 23 710 Polaków. Rok wcześniej było to 21,5 tys., a dwa lata wcześniej nieco ponad 18 tys.

– Jeżeli chodzi o raka gruczołu krokowego, to wykazuje on największą dynamikę zachorowań. Widzimy bardzo duży przyrost. Natomiast rak piersi to jest ten nowotwór, o którym mówimy już bardzo dużo i jest to najczęstszy nowotwór na świecie, niezależnie od płci. To też jest przedmiotem dużego zmartwienia osób, które zajmują się prewencją chorób nowotworowych – zaznacza ekspert Instytutu Onkologii im. Marii Skłodowskiej-Curie – Państwowego Instytutu Badawczego.

U 21,7 tys. Polek w 2023 roku wykryto nowotwór piersi. W 2022 roku było to 22 tys. przypadków, a w 2021 roku – 21,3 tys. 

– W przypadku raka piersi wiemy, że mamy pewną listę czynników ryzyka, które predysponują kobietę do zachorowania. Światowa Organizacja Zdrowia podkreśla, że w przypadku ponad 50 proc. zachorowań nie możemy zidentyfikować czynników ryzyka modyfikowalnych, poza dwoma, które są niemodyfikowalne, czyli płeć żeńska oraz wiek powyżej 40. roku życia. Prewencja wtórna, czyli mammografia, odgrywa tutaj kluczowe znaczenie – podkreśla dr hab. n. med. Paweł Koczkodaj.

WHO szacuje, że  w 2024 roku na świecie zdiagnozowano raka piersi u 2,4 mln kobiet i odnotowano 694 tys. zgonów. Występuje w każdym kraju na świecie u kobiet w każdym wieku po okresie dojrzewania, ale jego częstość wzrasta w późniejszym wieku. 

– Zachorowania wśród osób młodych często są związane z mutacjami genetycznymi, natomiast dla większości populacji ze środowiskiem, w którym żyjemy, i z czynnikami modyfikowalnymi. Edukacja zdrowotna jest podstawą i ona powinna rzeczywiście zaistnieć. Nie lubię tego określenia, że powinna być obowiązkowa. Ona powinna być naturalnym elementem programu w szkołach – uważa ekspert Instytutu Onkologii im. Marii Skłodowskiej-Curie – Państwowego Instytutu Badawczego.

Źródło: Newseria

Stopień przetworzenia produktów zbożowych może zwiększyć ryzyko rozwoju nieswoistych chorób zapalnych jelit (IBD). Analiza z udziałem naukowców z Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu wskazuje, że większe spożycie bardziej przetworzonego pieczywa wiązało się z chorobami jelit.

Nieswoiste choroby zapalne jelit, do których należą m.in. choroba Leśniowskiego-Crohna i wrzodziejące zapalenie jelita grubego, występują na świecie coraz częściej. Ich rozwój zależy od wielu czynników: genetycznych, immunologicznych i środowiskowych. Coraz więcej uwagi poświęca się także diecie – jako jednemu z elementów, które mogą wpływać na ryzyko choroby.

Naukowcy związani z międzynarodowym projektem PURE przyjrzeli się tym razem produktom zbożowym. Chcieli sprawdzić, czy dla ryzyka IBD znaczenie ma nie tylko to, ile ich jemy, ale również sposób, w jaki są przetwarzane.

W badaniu uczestniczyli naukowcy z Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu. W przesłanym w czwartek komunikacie uczelnia przekazała, że analiza objęła ponad 140 tys. dorosłych z 27 krajów, obserwowanych przez wiele lat.

W tym okresie rozpoznano 467 nowych przypadków nieswoistych chorób zapalnych jelit. Badacze uwzględnili w analizach m.in. wiek i płeć uczestników, ich aktywność fizyczną, palenie tytoniu, miejsce zamieszkania oraz ogólną jakość diety. Pozwoliło to dokładniej ocenić związek pomiędzy spożyciem poszczególnych produktów zbożowych a ryzykiem zachorowania.

Wyniki pokazały, że wyższe spożycie bardziej przetworzonych produktów zbożowych było związane z większym ryzykiem rozwoju IBD. W przypadku produktów zbożowych o niższym stopniu przetworzenia podobnej zależności nie stwierdzono.

„Dieta jest jednym z ważniejszych modyfikowalnych czynników ryzyka nieswoistych chorób zapalnych jelit. Badanie pokazuje, że szczególne znaczenie mogą mieć właśnie ultraprzetworzone produkty zbożowe, dlatego wyniki mają istotne znaczenie zarówno dla zaleceń żywieniowych, jak i strategii profilaktycznych” – powiedziała, cytowana w komunikacie, dr Alicja Basiak-Rasała z Zakładu Badań Populacyjnych i Profilaktyki Chorób Cywilizacyjnych UMW.

Wśród produktów uwzględnionych w obserwacjach znalazły się m.in. pakowane przemysłowo pieczywo, ciasta, ciastka oraz produkty instant na bazie makaronu. Autorzy badania podkreślają jednak, że wyników nie należy odnosić do wszystkich produktów zbożowych.

„To badanie koncentrowało się właśnie na produktach zbożowych i wykazało szczególnie silny związek z produktami wysoko przetworzonymi. Jednocześnie wysokiej jakości pieczywo o niższym stopniu przetworzenia lub spożycie ryżu nie zwiększało ryzyka wystąpienia chorób zapalnych jelit” – wyjaśniła Basiak-Rasała.

Badanie nie pozwala wskazać jednego konkretnego składnika odpowiedzialnego za obserwowany związek. Co więcej, podobnej zależności nie stwierdzono w przypadku wielu innych grup żywności, m.in. nieprzetworzonego czerwonego mięsa, drobiu, nabiału, produktów skrobiowych, warzyw, owoców czy roślin strączkowych. Badacze nie potwierdzili również związku między spożyciem sodu a ryzykiem rozwoju IBD.

Uwagę naukowców zwraca więc sam przemysłowy sposób przetwarzania żywności. Wśród czynników, które mogą odgrywać rolę, wymieniają dodatki technologiczne stosowane w produkcji, takie jak emulgatory, konserwanty czy maltodekstryny.

Badania eksperymentalne sugerują, że niektóre z nich mogą wpływać na skład mikrobioty jelitowej, osłabiać barierę jelitową i sprzyjać odpowiedzi zapalnej organizmu. Szacuje się, że nawet aż 40 proc. emulgatorów w diecie spożywa się właśnie z przetworzonymi produktami zbożowymi.

„Całkowite wyeliminowanie produktów wysokoprzetworzonych jest dziś w praktyce bardzo trudne. Warto jednak jak najczęściej wybierać produkty świeże i minimalnie przetworzone oraz dbać o dietę bogatą w błonnik, pełnoziarniste produkty zbożowe, warzywa, owoce i rośliny strączkowe. Dobrym modelem żywienia pozostaje dieta śródziemnomorska, którą wiązano w innych badaniach z niższym ryzykiem wystąpienia IBD” – podsumowała dr Basiak-Rasała.

Publikacja powstała na podstawie danych z międzynarodowego badania PURE (Prospective Urban Rural Epidemiology) – jednego z największych projektów epidemiologicznych analizujących wpływ czynników społecznych, środowiskowych oraz związanych ze stylem życia na rozwój chorób przewlekłych. Projekt jest obecnie realizowany w 27 krajach. Jego inicjatorem jest prof. Salim Yusuf z McMaster University w Kanadzie.

Polską kohortę PURE od 2007 roku prowadzą na Uniwersytecie Medycznym we Wrocławiu prof. Katarzyna Zatońska oraz prof. Andrzej Szuba. To jedno z największych i najdłużej realizowanych badań populacyjnych w Polsce. Jego wyniki regularnie znajdują odzwierciedlenie w międzynarodowych publikacjach i pomagają lepiej zrozumieć znaczenie modyfikowalnych czynników wpływających na zdrowie – napisano w komunikacie uczelni.(PAP)

Źródło: Nauka w Polsce

Starzenie się organizmu ma związek m.in. ze stanami zapalnymi, skróceniem telomerów, uszkodzeniami mitochondriów czy zaburzeniami odżywiania komórek. Otyłość przyspiesza liczne spośród tych procesów – wynika z przeglądu badań.

Otyłość nie tylko utrudnia życia i pogarsza bieżące zdrowie, ale też aktywnie przyspiesza proces starzenia się organizmu – twierdzą naukowcy z Sichuan University i innych ośrodków z Chin, autorzy przeglądu badań opublikowanego w piśmie „Genes & Diseases”.

Publikacja po pierwsze wskazuje, że starzenie się jest napędzane przez liczne procesy biologiczne, m.in. przewlekły stan zapalny, skracanie telomerów, zaburzenia funkcjonowania mitochondriów, niestabilność genomu, zaburzenia homeostazy białek, wyczerpywanie się puli komórek macierzystych oraz zaburzenia wykrywania składników odżywczych.

Otyłość, jak informują naukowcy, wydaje się nasilać wiele z tych procesów, co sugeruje, że może przyspieszać biologiczne starzenie się, a nie tylko niezależnie zwiększać ryzyko chorób.

Podkreślają, że jeden z najsilniejszych związków dotyczy chronicznych, słabych stanów zapalnych. Wynikają one z tego, że do tkanki tłuszczowej naciekają komórki układu odpornościowego, produkujące cytokiny prozapalne. Powoduje to z kolei przewlekły stan zapalny w całym organizmie, sprzyjający insulinooporności, zaburzeniom metabolicznym, chorobom sercowo-naczyniowym i uszkodzeniom tkanek. Przypomina to przewlekły stan zapalny związany z naturalnym starzeniem się – wyjaśniają eksperci.

Dowody naukowe wskazują przy tym, że utrata wagi może osłabić wspomniane szkodliwe procesy.

Według naukowców pozytywne zmiany stylu życia, takie jak ograniczenie kalorii w diecie i zwiększenie ilości aktywności fizycznej, a także leczenie farmakologiczne i chirurgia bariatryczna, wiążą się z poprawą funkcjonowania metabolicznego oraz obniżeniem poziomu biologicznych markerów związanych ze starzeniem.

Badacze omawiają także nowoczesne leki przeciw otyłości, w tym liraglutyd, semaglutyd, tirzepatyd i orlistat, pod kątem ich potencjalnego wpływu na wydłużenie życia w zdrowiu. Mają one zmniejszać stan zapalny, poprawiać funkcjonowanie mitochondriów, zwiększać aktywności wydłużającej telomery telomerazy i ograniczać stresu oksydacyjnego.

Źródło: Nauka w Polsce

Ocet jabłkowy może nieznacznie wpływać na masę ciała i poziom glukozy we krwi, jednak dowody dotyczące jego skuteczności w odchudzaniu pozostają ograniczone i obarczone problemami metodologicznymi – wskazała dietetyczka Śląskiego Uniwersytetu Medycznego, powołując się na najnowsze analizy naukowe.
Ocet jabłkowy od lat jest przedstawiany jako domowy sposób na odchudzanie i poprawę metabolizmu. W ostatnim czasie jego popularność wzrosła za sprawą mediów społecznościowych oraz suplementów diety, wśród których są np. żelki z octem jabłkowym. Jak podkreśliła dietetyczka ze Śląskiego Uniwersytetu Medycznego dr nauk o zdrowiu Małgorzata Słoma-Krześlak, dostępne wyniki badań nie potwierdzają jednak spektakularnych efektów przypisywanych temu produktowi.

Najnowsze metaanalizy wskazują, że regularne spożywanie octu jabłkowego – najczęściej około 30 ml dziennie przez okres do 12 tygodni – wiązało się z niewielkim, statystycznie istotnym spadkiem masy ciała i wskaźnika BMI u osób z nadwagą, otyłością lub cukrzycą typu 2. Pewność tych dowodów pozostaje jednak ograniczona.

– Ocet jabłkowy może obniżać stężenie glukozy na czczo u osób z cukrzycą typu 2. Pewność dowodów dotyczących stężenia glukozy na czczo oceniono jako umiarkowaną, a analiza zależności dawka–odpowiedź sugerowała większy efekt przy wyższych dawkach, choć wyniki poszczególnych modeli statystycznych nie były w pełni spójne. W przypadku hemoglobiny glikowanej pewność dowodów oceniono jako niską – wyjaśniła dr Małgorzata Słoma-Krześlak.

Dietetyczka zwróciła uwagę, że jedna z najnowszych metaanaliz uwzględniała badanie, które w 2025 r. zostało wycofane z czasopisma naukowego z powodu poważnych zastrzeżeń dotyczących wiarygodności danych.

Chodzi o szeroko cytowane badanie opublikowane w 2024 r., opisujące duże efekty odchudzające u młodzieży. Artykuł został formalnie wycofany po wykazaniu przez innych badaczy nieprawidłowości w danych.

– To ważna lekcja: pojedyncze, chętnie udostępniane w mediach społecznościowych badanie nie jest dowodem samym w sobie, a rzetelna ocena naukowa wymaga czasu i krytycznej analizy metodologii – podkreśliła Słoma-Krześlak.

Autorka opracowania zaznaczyła, że obecnie nie ma wiarygodnych badań klinicznych oceniających skuteczność żelek z octem jabłkowym. Dostępne dowody dotyczą wyłącznie płynnego octu oraz, w jednym badaniu, kapsułek.

Według dietetyczki skład takich suplementów jest zróżnicowany, a producenci często nie podają rzeczywistej zawartości kwasu octowego, co uniemożliwia porównanie ich z dawkami stosowanymi w badaniach. Żelki mogą ponadto zawierać dodatek cukru lub substancji słodzących.

Słoma-Krześlak przypomniała również o możliwych działaniach niepożądanych. Nierozcieńczony ocet jabłkowy może podrażniać błony śluzowe i sprzyjać erozji szkliwa zębów, natomiast osoby stosujące insulinę, leki wywołujące hipoglikemię lub wpływające na gospodarkę potasową powinny skonsultować jego regularne stosowanie z lekarzem lub farmaceutą.

Dietetyczka podsumowała, że ocet jabłkowy nie jest metodą leczenia otyłości ani cukrzycy i nie powinien zastępować diety, aktywności fizycznej ani farmakoterapii.(PAP)

Źródło: Nauka w Polsce

Czy szklanka soku owocowego to zawsze zdrowy wybór? Od lat jest on postrzegany jako lepsza alternatywa dla słodzonych napojów gazowanych. Najnowsze badanie opublikowane w prestiżowym czasopiśmie Circulation pokazuje jednak, że częste picie soków owocowych w dzieciństwie – podobnie jak spożywanie napojów słodzonych cukrem – może wiązać się z większym ryzykiem rozwoju nadciśnienia tętniczego w dorosłym życiu. Jednocześnie naukowcy podkreślają, że zupełnie inaczej wygląda sytuacja w przypadku całych owoców.
Nie sama fruktoza, ale jej źródło ma znaczenie

Fruktoza od dawna budzi zainteresowanie naukowców badających wpływ diety na zdrowie sercowo-naczyniowe. Występuje zarówno w owocach, jak i sokach owocowych czy napojach słodzonych cukrem. Dotychczas nie było jednak jasne, czy to właśnie ilość spożywanej fruktozy odpowiada za zwiększone ryzyko chorób, czy może większe znaczenie ma produkt, z którego pochodzi.

Odpowiedzi na to pytanie postanowili poszukać naukowcy z Kanady i Stanów Zjednoczonych. W badaniu przeanalizowano dane pochodzące z projektu Growing Up Today Study (GUTS), obejmującego ponad 25 tysięcy uczestników, których obserwowano nawet przez 25 lat – od dzieciństwa aż do dorosłości. Średni wiek uczestników wynosił około 12 lat na początku badania i 36 lat pod koniec obserwacji.

Nadciśnienie rozwinęło się u 6 proc. uczestników

W trakcie obserwacji nadciśnienie tętnicze rozpoznano u około 6,3 proc. badanych. Naukowcy przeanalizowali ich sposób żywienia, uwzględniając między innymi spożycie napojów słodzonych cukrem, soków owocowych, całych owoców oraz całkowite spożycie fruktozy.

Najbardziej zaskakujący okazał się jeden z głównych wniosków.

Sama ilość spożywanej fruktozy nie wiązała się ze zwiększonym ryzykiem nadciśnienia. Znaczenie miało natomiast to, z jakiego produktu pochodziła.

Słodkie napoje i duże ilości soków zwiększały ryzyko

Osoby, które od dzieciństwa najczęściej piły napoje słodzone cukrem – co najmniej dwie porcje dziennie – miały o 52 proc. wyższe ryzyko rozwoju nadciśnienia tętniczego niż osoby spożywające je rzadziej niż trzy razy w tygodniu.

Podobną zależność zaobserwowano w przypadku soków owocowych. U osób pijących co najmniej półtorej porcji soku dziennie ryzyko nadciśnienia było o 35 proc. wyższe niż u tych, którzy sięgali po sok rzadziej niż raz w tygodniu.

Autorzy zwracają jednak uwagę, że nie oznacza to, iż każda szklanka soku jest szkodliwa. Niewielkie ilości soku nie wiązały się ze wzrostem ryzyka, natomiast problem pojawiał się przy jego regularnym, wysokim spożyciu.

Całe owoce to zupełnie inna historia

W przeciwieństwie do soków, spożywanie całych owoców nie zwiększało ryzyka nadciśnienia.

Zdaniem autorów może to wynikać z obecności błonnika, który spowalnia wchłanianie naturalnych cukrów oraz zwiększa uczucie sytości. Owoce dostarczają także polifenoli i wielu innych związków bioaktywnych, które korzystnie wpływają na układ sercowo-naczyniowy. Część tych składników jest tracona podczas produkcji soków.

To właśnie dlatego coraz więcej wytycznych żywieniowych zaleca wybieranie całych owoców zamiast ich płynnej postaci.

Niewielka zmiana może przynieść korzyści

Jednym z najciekawszych elementów badania była analiza pokazująca, co mogłoby się stać, gdyby uczestnicy zastąpili jedną porcję słodzonego napoju innym produktem.

Okazało się, że zamiana jednej porcji napoju słodzonego cukrem dziennie na:

Z kolei zastąpienie jednej porcji soku owocowego dziennie całym owocem wiązało się z 19 proc. niższym ryzykiem rozwoju nadciśnienia tętniczego.

Dlaczego płynne cukry działają inaczej?

Naukowcy przypominają, że napoje – zarówno słodzone cukrem, jak i soki – dostarczają znacznych ilości cukrów prostych w postaci płynnej. Organizm nie odczuwa ich w taki sam sposób jak cukrów obecnych w całych owocach.

Płynne kalorie słabiej sycą, dlatego łatwiej spożyć ich więcej, nie ograniczając ilości kolejnych posiłków. Nadmiar fruktozy metabolizowany jest przede wszystkim w wątrobie, gdzie może sprzyjać zwiększonej produkcji kwasu moczowego i zaburzeniom gospodarki lipidowej. Z czasem procesy te mogą wpływać na wzrost ryzyka chorób sercowo-naczyniowych, w tym nadciśnienia.

Jednocześnie autorzy podkreślają, że sok owocowy nie jest odpowiednikiem słodkiego napoju gazowanego. Zawiera witaminy, składniki mineralne i polifenole, które częściowo mogą łagodzić niekorzystny wpływ cukrów. Dlatego kluczowe znaczenie ma przede wszystkim ilość spożywanego soku oraz jego miejsce w codziennej diecie.

Co wybrać zamiast słodkich napojów?

Całe owoce – dostarczają naturalnych cukrów, ale także błonnika, witamin i związków bioaktywnych.
Wodę – najlepszy napój do codziennego nawadniania organizmu.
Mleko – jest źródłem białka, wapnia i innych składników odżywczych, dlatego może być lepszym wyborem niż słodzone napoje.
Sok owocowy? Tak, ale z umiarem. 100-procentowy sok może być elementem zdrowej diety, jednak nie powinien zastępować całych owoców ani być spożywany w dużych ilościach każdego dnia.

Napoje słodzone cukrem warto traktować jako okazjonalny dodatek, a nie codzienny element jadłospisu.

Źródło: Nguyen M., AlEssa H.B., Glenn A.J. i wsp. Consumption of Fructose-Containing Food and Beverage Sources in Childhood Through to Adulthood and Risk of Hypertension: A Prospective Cohort Study. Circulation. 2026. DOI: 10.1161/CIRCULATIONAHA.125.077666.
Jogurt na śniadanie, ogórki kiszone do obiadu, a do tego porcja świeżych warzyw i owoców. Okazuje się, że taki sposób odżywiania może mówić o jakości naszej diety więcej, niż dotychczas sądzono. Naukowcy z Francji wykazali, że osoby częściej sięgające po produkty prawdopodobnie zawierające żywe mikroorganizmy zazwyczaj odżywiają się zdrowiej i dostarczają organizmowi więcej cennych składników odżywczych. Nie oznacza to jednak, że to same mikroorganizmy odpowiadają za ten efekt – są raczej elementem szerszego, zdrowego modelu żywienia.
Do takich produktów należą przede wszystkim naturalne jogurty, kefiry, niektóre sery, a także surowe warzywa i owoce oraz wybrane produkty fermentowane, w tym kiszonki. To właśnie one od lat znajdują się w centrum zainteresowania badaczy zajmujących się mikrobiotą jelitową i wpływem diety na zdrowie.

Niemal każdy je produkty zawierające żywe mikroorganizmy

Badanie opublikowane w czasopiśmie Nutrition Bulletin objęło blisko 3900 dzieci i dorosłych uczestniczących w reprezentatywnym francuskim badaniu żywieniowym INCA3. Naukowcy ocenili, jak często badani spożywali produkty zakwalifikowane jako zawierające niskie, średnie lub wysokie ilości żywych mikroorganizmów.

Okazało się, że niemal wszyscy uczestnicy sięgali po produkty zawierające średnie lub wysokie ilości żywych mikroorganizmów. Dotyczyło to 97,7 proc. dzieci oraz 98,4 proc. dorosłych. Średnie dzienne spożycie takich produktów wynosiło około 167 g u dzieci i ponad 215 g u dorosłych.

Najważniejszym źródłem produktów o średniej zawartości żywych mikroorganizmów były surowe owoce i warzywa. Z kolei do produktów o najwyższej zawartości zaliczano przede wszystkim jogurty oraz sery niepasteryzowane.

Co ciekawe, mimo rosnącej popularności żywności fermentowanej, we Francji znacznie rzadziej spożywano kefir, tofu, miso, kiszoną kapustę czy inne fermentowane dodatki do potraw.

Mniej kalorii, więcej wartości odżywczych

Choć produkty zawierające żywe mikroorganizmy dostarczały jedynie niewielką część dziennej energii, okazały się ważnym źródłem wielu składników odżywczych.

U dorosłych odpowiadały za ponad 20 proc. dziennego spożycia wapnia, witaminy A, witaminy D oraz ryboflawiny. Podobne zależności obserwowano również u dzieci. Oznacza to, że produkty te dostarczają organizmowi stosunkowo dużo wartości odżywczych w stosunku do swojej kaloryczności.

Im więcej takich produktów, tym lepsza dieta

Najciekawsze wnioski dotyczyły jednak ogólnego sposobu odżywiania.

Osoby, które najczęściej spożywały produkty zawierające żywe mikroorganizmy, jednocześnie jadły więcej warzyw, owoców i naturalnych produktów mlecznych. Rzadziej natomiast sięgały po słodzone napoje, słodycze, słone przekąski czy wysoko przetworzone dania.

Dorośli częściej wybierali również produkty pełnoziarniste oraz ryby, natomiast dzieci spożywały więcej roślin strączkowych. Analiza wykazała także, że ich sposób odżywiania lepiej odpowiadał francuskim zaleceniom żywieniowym i zapewniał wyższe spożycie wielu niezbędnych witamin oraz składników mineralnych.

Badacze podkreślają, że produkty zawierające żywe mikroorganizmy mogą być dobrym wskaźnikiem ogólnie zdrowszego modelu żywienia.

Dlaczego fermentowane produkty są tak cenne?

Rosnące zainteresowanie produktami fermentowanymi nie jest przypadkowe. Naturalne jogurty, kefiry, maślanki czy tradycyjne kiszonki są źródłem bakterii fermentacji mlekowej, które pomagają utrzymać prawidłową równowagę mikrobioty jelitowej. Dzięki temu mogą wspierać funkcjonowanie przewodu pokarmowego oraz ograniczać rozwój niepożądanych drobnoustrojów.

Fermentacja pozwala również zachować wiele cennych składników odżywczych obecnych w warzywach i produktach mlecznych. Kiszonki dostarczają m.in. witaminy C, błonnika oraz związków o właściwościach przeciwutleniających, natomiast fermentowane produkty mleczne są dobrym źródłem wapnia, białka oraz – w przypadku produktów zawierających odpowiednie szczepy – bakterii probiotycznych, których korzystny wpływ na zdrowie został potwierdzony w badaniach klinicznych.

Eksperci podkreślają jednak, że największe korzyści przynosi nie pojedynczy produkt, lecz całościowy sposób odżywiania. Regularne spożywanie warzyw, owoców, produktów pełnoziarnistych oraz naturalnych produktów fermentowanych sprzyja budowaniu wartościowej, różnorodnej diety, która wspiera prawidłowe funkcjonowanie organizmu.

Co warto włączyć do codziennej diety?

Pamiętaj: samo spożywanie kiszonek czy jogurtów nie zastąpi zdrowej diety. Największe korzyści przynosi różnorodny jadłospis bogaty w warzywa, owoce, produkty pełnoziarniste i naturalne produkty fermentowane.

Źródło: Gazan R., Maillot M., Vieux F., Poinsot R., Drewnowski A. Association Between Dietary Live Microbes and Diet Quality Among Children and Adults in France. Nutrition Bulletin. 2026;51(2):245–257. DOI: 10.1111/nbu.70057

Przewlekłe zmęczenie coraz częściej traktowane jest jako jeden z objawów współczesnego stylu życia: nadmiaru pracy, niedoboru snu, stresu i zbyt małej regeneracji. Nowe badanie japońskich naukowców sugeruje jednak, że u części osób warto zwrócić uwagę także na mniej oczywisty czynnik – stan odżywienia organizmu, zwłaszcza poziom witaminy B12 i folianów oraz związaną z nimi homocysteinę.
Naukowcy z Osaka Metropolitan University przeanalizowali dane 602 zdrowych dorosłych mieszkańców Japonii. Uczestnikom oznaczono stężenie homocysteiny, witaminy B12 i folianów we krwi, a następnie oceniono poziom zmęczenia i motywacji przy użyciu kwestionariuszy, m.in. Chalder Fatigue Scale oraz wizualnej skali analogowej.

Homocysteina to aminokwas powstający w organizmie w toku przemian metioniny. Jej podwyższone stężenie od dawna jest analizowane przede wszystkim w kontekście ryzyka sercowo-naczyniowego, zaburzeń poznawczych, demencji czy złamań. Na jej poziom wpływa m.in. metabolizm witamin z grupy B, zwłaszcza folianów, witaminy B12 i witaminy B6. Niedobory tych składników mogą sprzyjać wzrostowi stężenia homocysteiny.

W badaniu wykazano, że osoby z wyższymi poziomami homocysteiny miały jednocześnie niższe stężenia witaminy B12 i folianów – zarówno wśród kobiet, jak i mężczyzn. Następnie autorzy sprawdzili, czy wyższa homocysteina wiąże się z nasileniem zmęczenia lub obniżeniem motywacji. Analizy przeprowadzono osobno dla kobiet i mężczyzn, uwzględniając czynniki mogące wpływać na zmęczenie, takie jak wiek, długość snu, czas pracy, aktywność fizyczna, BMI, funkcja nerek oraz różnorodność diety.

Wyniki sugerują różnice zależne od płci. U mężczyzn wyższe stężenie homocysteiny wiązało się z większym nasileniem zmęczenia fizycznego. U kobiet najwyższy poziom homocysteiny był związany z niższą motywacją. Autorzy podkreślają jednak, że zależności te nie były jednoznaczne we wszystkich analizach statystycznych – gdy homocysteinę potraktowano jako zmienną ciągłą, związek ze zmęczeniem i motywacją nie osiągnął istotności statystycznej. Dlatego wyniki należy traktować jako hipotezę wymagającą potwierdzenia, a nie jako dowód, że niedobór witamin bezpośrednio powoduje przewlekłe zmęczenie.

To ważne zastrzeżenie, ponieważ zmęczenie jest objawem wieloczynnikowym. Może wynikać z niedoboru snu, przeciążenia psychicznego, przewlekłego stresu, zaburzeń nastroju, chorób tarczycy, niedokrwistości, infekcji, chorób przewlekłych, zaburzeń metabolicznych czy stosowanych leków. Dieta i poziom mikroskładników są tylko jednym z możliwych elementów tej układanki.

Choć zmęczenie najczęściej kojarzy się z niedoborem snu, stresem lub przeciążeniem obowiązkami, niekiedy może być sygnałem innych zaburzeń zdrowotnych. Dlatego utrzymujące się przez dłuższy czas osłabienie, brak energii czy spadek motywacji nie powinny być bagatelizowane. W zależności od sytuacji klinicznej lekarz może zalecić diagnostykę obejmującą m.in. morfologię krwi, ocenę gospodarki żelazowej, funkcji tarczycy, a także oznaczenie stężenia witaminy B12, folianów i homocysteiny.

Prof. Hiroaki Kanouchi z Osaka Metropolitan University zwraca uwagę, że dotychczas homocysteina była kojarzona głównie z chorobami układu krążenia, demencją i złamaniami. „Nasze wyniki sugerują, że w przyszłości warto zwracać uwagę także na zmęczenie i motywację. Aby zapobiegać wzrostowi poziomu homocysteiny, ważne jest unikanie niedoborów witaminy B12 i folianów. Kluczowe jest utrzymywanie dobrze zbilansowanej diety na co dzień” – podkreśla badacz [tłum. red.].

Źródłem folianów są m.in. zielone warzywa liściaste, rośliny strączkowe, niektóre owoce, produkty pełnoziarniste oraz wzbogacane produkty zbożowe. Witamina B12 występuje przede wszystkim w produktach pochodzenia zwierzęcego, takich jak mięso, ryby, jaja i nabiał. Na jej niedobór bardziej narażone mogą być m.in. osoby na dietach roślinnych, osoby starsze, pacjenci z zaburzeniami wchłaniania oraz osoby przyjmujące niektóre leki.

Badanie nie oceniało wpływu suplementacji witaminy B12 lub folianów na poziom zmęczenia i motywacji, dlatego nie pozwala odpowiedzieć na pytanie, czy obniżenie stężenia homocysteiny przekłada się bezpośrednio na poprawę samopoczucia. Autorzy podkreślają, że potrzebne są dalsze badania, które pozwolą lepiej zrozumieć obserwowane zależności oraz ocenić ich znaczenie kliniczne.

Źródło: Kanouchi H. i wsp. Associations of Plasma Homocysteine Reflecting Vitamin B12 and Folate Status with Fatigue-Related Outcomes in Healthy Adults. Nutrients, 2026; 18(6):941. DOI: 10.3390/nu18060941.
Osaka Metropolitan University, Vitamin deficiencies may contribute to chronic fatigue and low motivation, 2026.
Kombucha przygotowana z zielonej herbaty i herbaty oolong wykazuje najwyższą aktywność antyoksydacyjną spośród badanych wariantów — wynika z analiz naukowców z Uniwersytetu Przyrodniczego i Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu. Badacze sprawdzili, jak pięć rodzajów herbaty wpływa na skład chemiczny, aromat i potencjalne właściwości biologiczne popularnego napoju fermentowanego. Wyniki pokazują, że kombucha nie jest jednym uniwersalnym produktem: jej charakter zależy w dużej mierze od surowca, z którego powstaje.
Interdyscyplinarny zespół naukowców porównał kombuchy przygotowane na bazie różnych rodzajów herbat: czarnej, zielonej, białej, oolong i pu-erh. Wyniki badań opublikowano w czasopiśmie Food Chemistry.

Badanie może mieć znaczenie nie tylko dla konsumentów, ale także dla producentów napojów fermentowanych. Pokazuje, że dobór herbaty może być narzędziem projektowania kombuchy o określonym profilu smakowym, aromatycznym i chemicznym. To ważne w sytuacji, gdy rynek żywności fermentowanej szybko się rozwija, a konsumenci coraz częściej pytają nie tylko o smak, ale również o skład i potencjalne właściwości produktów.

– Rodzaj herbaty działa jak swoista matryca, która kształtuje przebieg fermentacji oraz końcowy skład kombuchy – wyjaśnia dr hab. Helena Moreira, prof. UMW z Katedry Podstaw Nauk Medycznych i Immunologii UMW. – Poszczególne herbaty różnią się zawartością polifenoli, katechin, kofeiny i innych związków bioaktywnych, które są następnie metabolizowane przez mikroorganizmy SCOBY. W efekcie fermentacja przebiega z różną dynamiką, a końcowe napoje różnią się zarówno profilem chemicznym, jak i aromatycznym.

Fermentacja, która zmienia skład napoju

 
Kombucha powstaje dzięki działaniu SCOBY – symbiotycznej kultury bakterii i drożdży, która fermentuje słodzoną herbatę. Podczas tego procesu słodzona herbata zmienia się w kwaśny, lekko musujący napój. Drożdże rozkładają cukry do alkoholu i dwutlenku węgla, a bakterie przekształcają je dalej w kwasy organiczne, głównie kwas octowy i glukonowy, odpowiedzialne za charakterystyczny kwaśny smak kombuchy.

Równolegle zmienia się również skład związków bioaktywnych obecnych w herbacie. Naukowcy obserwowali przemiany polifenoli, katechin i lotnych związków aromatycznych odpowiedzialnych za smak oraz zapach kombuchy.

– Jednocześnie dochodzi do przemian polifenoli i lotnych związków aromatycznych obecnych w herbacie. W efekcie napój zyskuje charakterystyczny kwaśny, lekko musujący smak oraz bardziej złożony aromat – tłumaczy prof. Helena Moreira.

Analizy wykazały wyraźny wzrost stężenia związków odpowiadających za nuty kwiatowe i owocowe, takich jak linalol czy 2-fenyloetanol. Są to substancje naturalnie występujące również w kwiatach i olejkach eterycznych. Jednocześnie część związków charakterystycznych dla świeżo zaparzonej herbaty zanikała w trakcie fermentacji, a ich miejsce zajmowały nowe metabolity produkowane przez bakterie i drożdże SCOBY.

Badacze wykorzystali zaawansowane techniki chromatograficzne oraz spektrometrię mas, aby dokładnie prześledzić zmiany zachodzące w napoju podczas fermentacji. Dzięki temu mogli porównać setki związków chemicznych obecnych w kombuchach przygotowanych z różnych rodzajów herbat.

– Najbardziej zaskakująca była skala zmian zachodzących podczas fermentacji oraz to, jak silnie zależały one od rodzaju zastosowanej herbaty – mówi naukowczyni. – Mimo identycznych warunków fermentacji uzyskaliśmy kombuchy o bardzo odmiennych profilach lotnych związków aromatycznych.

Zielona i oolong wypadły najlepiej

Badania pokazały również, że różne rodzaje kombuch mogą wykazywać odmienne właściwości biologiczne. Kombuchy przygotowane na bazie herbat zielonych i oolong charakteryzowały się najwyższą aktywnością antyoksydacyjną i największą zdolnością neutralizowania wolnych rodników.

Wolne rodniki to reaktywne cząsteczki mogące uszkadzać komórki i przyspieszać procesy starzenia, dlatego związki o działaniu antyoksydacyjnym są intensywnie badane pod kątem potencjalnego wpływu na zdrowie.

– Wyniki naszych badań wskazują, że rodzaj herbaty wpływa nie tylko na smak i aromat, ale także na aktywność biologiczną kombuchy – podkreśla prof. Helena Moreira. – Szczególnie interesujące wyniki uzyskaliśmy dla kombuch przygotowanych z herbat zielonych i oolong, które wykazywały najwyższy potencjał biologiczny.

Naukowcy zaznaczają jednak, że choć wyniki badań laboratoryjnych są obiecujące, nie można jeszcze jednoznacznie mówić o konkretnych efektach zdrowotnych u ludzi. Konieczne są dalsze badania kliniczne, aby jednoznacznie potwierdzić wpływ poszczególnych rodzajów kombuch na zdrowie człowieka.

Nie każda kombucha jest taka sama

Rosnące zainteresowanie kombuchą wpisuje się w szerszy trend badań nad żywnością fermentowaną. Fermentacja może zwiększać biodostępność składników bioaktywnych, prowadzić do powstawania nowych metabolitów i wpływać na mikrobiotę jelitową.

– Żywność fermentowana znajduje się obecnie w centrum zainteresowania nauki, ponieważ łączy tradycyjne technologie z nowoczesnym podejściem do zdrowia i żywienia – mówi prof. Helena Moreira. – Kombucha jest bardzo dobrym przykładem produktu, w którym skład chemiczny, aktywność biologiczna i profil sensoryczny są efektem złożonych interakcji pomiędzy surowcem a mikroorganizmami fermentacyjnymi.

Badania pokazują również, że kombucha nie jest jednym, uniwersalnym produktem. W praktyce każda herbata może stworzyć napój o innym charakterze, zarówno smakowym, jak i chemicznym. Kombucha z herbat zielonych charakteryzowała się bardziej świeżym i roślinnym profilem aromatycznym, oolong dawała wyraźniejsze nuty kwiatowe i owocowe, natomiast kombuchy z herbat czarnych i pu-erh miały cięższy, bardziej ziemisty i fermentacyjny aromat.

W praktyce oznacza to, że wybór herbaty może być jednym z kluczowych etapów projektowania kombuchy – zarówno pod względem smaku, jak i składu chemicznego. Wyniki badań laboratoryjnych wskazują na wyraźne różnice pomiędzy wariantami napoju, ale nie zastępują badań klinicznych potrzebnych do oceny ewentualnego wpływu na zdrowie człowieka.

Materiał powstał na podstawie artykułu: Matrix-dependent modulation of chemical composition, volatile profile, and biological activity of kombucha beverages from different tea types, Akshay K. Chandran, Marcelina Stach, Jacek Łyczko, Zbigniew Lazar, Joanna Kawa-Rygielska, Helena Moreira, Anna Szyjka, Ewa Barg, Joanna Kolniak-Ostek.

Źródło: inf pras
Zwykle myślimy o nich jako o dodatku do potraw. Szczypta cynamonu do owsianki, odrobina oregano do sosu, kurkuma w zupie czy imbir w herbacie mają przede wszystkim poprawić smak i aromat posiłku. Tymczasem coraz więcej badań sugeruje, że przyprawy i zioła mogą wpływać nie tylko na walory kulinarne, ale również na funkcjonowanie organizmu. Naukowcy od lat sprawdzają, czy ich regularne spożywanie może wspierać zdrowie serca, metabolizm oraz mikrobiom jelitowy.
Przegląd badań opublikowany w czasopiśmie „Nutrition Reviews” podsumowuje wyniki kilku kontrolowanych badań klinicznych przeprowadzonych przez naukowców z Penn State University. Ich celem było sprawdzenie, czy codzienne spożywanie mieszanek popularnych przypraw i ziół może wpływać na czynniki ryzyka chorób sercowo-naczyniowych. Wyniki sugerują, że nawet kulinarne ilości przypraw mogą mieć korzystny wpływ na niektóre parametry zdrowotne.

Choroby serca nadal pozostają największym wyzwaniem

Choroby sercowo-naczyniowe pozostają główną przyczyną zgonów na świecie. Za ich rozwój odpowiada wiele czynników, w tym nadciśnienie tętnicze, otyłość, cukrzyca typu 2, zaburzenia lipidowe, przewlekły stan zapalny oraz nieprawidłowa dieta.

Od lat wiadomo, że sposób odżywiania ma ogromne znaczenie dla zdrowia układu krążenia. Większość zaleceń koncentruje się na zwiększeniu spożycia warzyw, owoców, produktów pełnoziarnistych czy zdrowych tłuszczów. Coraz częściej badacze zwracają jednak uwagę również na przyprawy i zioła, które zawierają liczne związki biologicznie aktywne, takie jak polifenole, flawonoidy, terpeny czy związki siarkowe.

W badaniach laboratoryjnych wiele z tych substancji wykazuje działanie przeciwutleniające i przeciwzapalne. Pytanie brzmi jednak, czy efekty obserwowane w laboratorium przekładają się również na korzyści zdrowotne u ludzi.

Co dzieje się po tłustym posiłku?

Jednym z pierwszych obszarów zainteresowania naukowców były zmiany zachodzące w organizmie bezpośrednio po spożyciu wysokokalorycznego, tłustego posiłku.

Po takim posiłku zwykle obserwuje się przejściowy wzrost stężenia trójglicerydów, insuliny oraz markerów stresu oksydacyjnego. U osób z nadwagą, otyłością lub innymi czynnikami ryzyka sercowo-naczyniowego reakcje te mogą być bardziej nasilone.

W jednym z badań uczestnicy spożywali wysokotłuszczowy posiłek zawierający mieszankę przypraw obejmującą m.in. czarny pieprz, cynamon, goździki, czosnek, imbir, oregano, paprykę, rozmaryn i kurkumę. Łączna ilość przypraw wynosiła około 14 gramów.

Okazało się, że po takim posiłku stężenie insuliny było średnio o 21 proc. niższe niż po analogicznym posiłku bez dodatku przypraw. Jeszcze większą różnicę zaobserwowano w przypadku trójglicerydów – ich poziom był niższy o około 31 proc. Jednocześnie wzrosła aktywność przeciwutleniająca osocza krwi.

Zdaniem autorów może to oznaczać, że przyprawy częściowo ograniczają niekorzystne reakcje metaboliczne wywoływane przez wysokotłuszczowe posiłki.

Stres może osłabiać korzystny efekt

W kolejnym badaniu naukowcy postanowili sprawdzić, czy podobne korzyści będą widoczne również wtedy, gdy organizm znajduje się pod wpływem stresu psychicznego.

Uczestnicy spożywali posiłek z dodatkiem przypraw, a następnie wykonywali zadania wywołujące stres, takie jak wystąpienie publiczne czy szybkie obliczenia matematyczne.

W warunkach spoczynkowych przyprawy ponownie przyczyniały się do obniżenia poposiłkowego stężenia trójglicerydów. Gdy jednak uczestnicy byli poddawani stresowi, efekt ten praktycznie zanikał.

Badacze przypuszczają, że może to wynikać z reakcji „walcz lub uciekaj”, która zmienia przepływ krwi i sposób gospodarowania energią przez organizm. Wyniki te pokazują, że nawet korzystne składniki diety nie działają w oderwaniu od innych czynników wpływających na zdrowie.

Korzyści widoczne już przy mniejszych ilościach

Choć 14 gramów przypraw dziennie może wydawać się dużą ilością, naukowcy chcieli sprawdzić, czy podobne efekty można osiągnąć przy dawkach bardziej zbliżonych do codziennego sposobu odżywiania.

W jednym z badań uczestnicy spożywali posiłki zawierające 2 lub 6 gramów mieszanki przypraw obejmującej m.in. bazylię, liść laurowy, czarny pieprz, cynamon, kolendrę, kumin, imbir, oregano, pietruszkę, rozmaryn, tymianek oraz kurkumę.

Najbardziej interesujące wyniki dotyczyły funkcji śródbłonka naczyń krwionośnych. Śródbłonek to cienka warstwa komórek wyściełająca wnętrze naczyń. Jego prawidłowe funkcjonowanie jest jednym z ważnych elementów ochrony przed miażdżycą.

Po spożyciu posiłku bez przypraw funkcja śródbłonka pogarszała się bardziej niż po posiłku zawierającym 6 gramów mieszanki przypraw. Dodatkowo po posiłku zawierającym 2 gramy przypraw odnotowano niższe stężenia trójglicerydów.

Wyniki sugerują, że korzystny wpływ mogą przynosić ilości przypraw możliwe do osiągnięcia w codziennej diecie.

Przyprawy a stan zapalny

Przewlekły, niskiego stopnia stan zapalny jest jednym z mechanizmów odpowiedzialnych za rozwój miażdżycy, cukrzycy typu 2 i wielu innych chorób przewlekłych.

W analizach przeprowadzonych przez badaczy zaobserwowano, że posiłki zawierające większe ilości przypraw ograniczały wydzielanie niektórych prozapalnych cytokin, takich jak interleukina 1β czy czynnik martwicy nowotworów alfa (TNF-α).

W późniejszym badaniu, obejmującym czterotygodniowe stosowanie diet zawierających różne ilości przypraw, zaobserwowano także obniżenie stężenia interleukiny 6 – jednego z najważniejszych markerów przewlekłego stanu zapalnego.

Co ciekawe, największe korzyści przeciwzapalne nie zawsze obserwowano przy najwyższych dawkach przypraw. Zdaniem autorów może to wskazywać na bardziej złożoną zależność między ilością spożywanych przypraw a odpowiedzią organizmu.

Czy przyprawy mogą wpływać na ciśnienie tętnicze?

Najważniejsze i najbardziej praktyczne wnioski pochodzą z czterotygodniowego badania obejmującego ponad 70 osób obciążonych czynnikami ryzyka chorób sercowo-metabolicznych.

Uczestnicy stosowali trzy warianty diety różniące się zawartością przypraw i ziół. W diecie o najwyższej zawartości przypraw spożywano około 6,6 grama przypraw dziennie na każde 2100 kcal.

Po czterech tygodniach zaobserwowano poprawę wartości całodobowego ciśnienia tętniczego mierzonego metodą ambulatoryjną. W porównaniu z dietami zawierającymi mniejsze ilości przypraw dieta bogatsza w przyprawy wiązała się z niższymi wartościami zarówno skurczowego, jak i rozkurczowego ciśnienia tętniczego.

Różnice nie były duże i wynosiły około 1,5–2 mm Hg, jednak z punktu widzenia zdrowia publicznego nawet niewielkie obniżenie średnich wartości ciśnienia w populacji może przekładać się na zmniejszenie liczby zawałów serca i udarów mózgu.

Co dzieje się w jelitach?

Coraz więcej badań wskazuje, że mikrobiom jelitowy może wpływać nie tylko na trawienie, ale również na funkcjonowanie układu odpornościowego, metabolizm oraz ryzyko chorób sercowo-naczyniowych.

Dlatego naukowcy przeanalizowali także próbki kału uczestników badania, aby sprawdzić, czy przyprawy wpływają na skład bakterii jelitowych.

Zaobserwowano wzrost liczebności niektórych grup bakterii, w tym należących do rodziny Ruminococcaceae oraz rodzaju Agathobacter. Bakterie te są związane z produkcją krótkołańcuchowych kwasów tłuszczowych, które odgrywają ważną rolę w utrzymaniu prawidłowej funkcji jelit i regulacji procesów zapalnych.

Autorzy podkreślają jednak, że są to wstępne obserwacje wymagające dalszego potwierdzenia w większych badaniach.

Nie tylko witaminy i minerały

Interesującym elementem pracy była również analiza metabolitów obecnych we krwi uczestników. Naukowcy wykryli ponad 90 różnych związków powstających po spożyciu przypraw i ziół.

Były to m.in. metabolity pochodzące z pieprzu, rozmarynu, czosnku, cynamonu czy imbiru. Wyniki potwierdzają, że związki biologicznie aktywne zawarte w przyprawach są wchłaniane przez organizm i mogą uczestniczyć w procesach wpływających na zdrowie.

Badacze planują obecnie dalsze analizy mające określić, które z tych substancji odpowiadają za obserwowane efekty dotyczące ciśnienia tętniczego, funkcji naczyń oraz stanu zapalnego.

Mały dodatek o potencjalnie dużym znaczeniu

Autorzy przeglądu podkreślają, że przyprawy i zioła nie powinny być traktowane jako alternatywa dla leczenia farmakologicznego czy zdrowego stylu życia. Nie zastąpią również dobrze zbilansowanej diety.

Dostępne dane sugerują jednak, że regularne dodawanie do posiłków takich składników jak cynamon, imbir, oregano, czosnek, rozmaryn czy kurkuma może wspierać korzystne procesy zachodzące w organizmie. Dotyczy to zwłaszcza regulacji ciśnienia tętniczego, odpowiedzi zapalnej, metabolizmu tłuszczów oraz funkcjonowania mikrobiomu jelitowego.

Choć potrzebne są dalsze badania obejmujące większe i bardziej zróżnicowane grupy pacjentów, obecne wyniki pokazują, że nawet niewielkie zmiany w codziennych nawykach żywieniowych mogą mieć znaczenie dla zdrowia. W przypadku przypraw korzyścią jest dodatkowo fakt, że są one łatwo dostępne, niedrogie i można je bez większego wysiłku włączyć do codziennych posiłków.

Źródło: Kris-Etherton PM, Rogers CJ, Oh ES i wsp. Cardiometabolic and Microbiome Effects of Spices and Herbs. Nutrition Reviews. 2026;84(Suppl. 1):70–75. 
Z okazji przypadającego 29 maja Światowego Dnia Układu Pokarmowego eksperci zwracają uwagę na rosnące znaczenie badań nad osią mikrobiota–jelita–mózg. Coraz więcej danych wskazuje, że mikroorganizmy zamieszkujące nasze jelita mogą wpływać nie tylko na procesy trawienne, ale również na funkcjonowanie układu nerwowego, odpornościowego czy samopoczucie psychiczne. Choć wiedza na temat mikrobioty dynamicznie się rozwija, wiele mechanizmów tej zależności pozostaje nadal przedmiotem badań.
Mikrobiota jelitowa – ekosystem ważny dla zdrowia

Mikrobiota jelitowa to złożony ekosystem mikroorganizmów zasiedlających przewód pokarmowy człowieka – przede wszystkim bakterii, ale również wirusów, grzybów i archeonów. Szacuje się, że w jelitach człowieka żyją biliony drobnoustrojów, które wspólnie tworzą środowisko istotne dla utrzymania równowagi organizmu. Ich skład zależy m.in. od diety, stylu życia, wieku czy stosowanych leków, zwłaszcza antybiotyków.

Jeszcze kilkanaście lat temu mikrobiota była kojarzona głównie z procesami trawiennymi. Dziś wiadomo, że jej znaczenie może być znacznie szersze. Rozwój nowoczesnych metod badawczych pozwolił naukowcom dokładniej analizować mikroorganizmy zasiedlające jelita oraz ich potencjalny wpływ na funkcjonowanie całego organizmu.

Oś mikrobiota–jelita–mózg

Od kilku lat szczególne zainteresowanie naukowców budzi tzw. oś mikrobiota–jelita–mózg, czyli system wzajemnej komunikacji pomiędzy przewodem pokarmowym, mikrobiotą jelitową i ośrodkowym układem nerwowym. Komunikacja ta odbywa się m.in. za pośrednictwem sygnałów nerwowych, hormonalnych, metabolicznych oraz immunologicznych.

Z perspektywy współczesnej medycyny oś mikrobiota–jelita–mózg stanowi przykład niezwykle złożonej sieci interakcji biologicznych, w której mikroorganizmy jelitowe uczestniczą w regulacji wielu procesów fizjologicznych. Jelita, wyposażone we własny układ nerwowy i pozostające w stałej komunikacji z mózgiem, tworzą środowisko, w którym sygnały metaboliczne, immunologiczne i neuroprzekaźnikowe wzajemnie się przenikają. W rezultacie mikrobiota staje się istotnym elementem wpływającym na homeostazę organizmu. Pomimo znaczącego postępu w badaniach, nadal nie wszystkie mechanizmy tej osi zostały w pełni poznane, co czyni ją jednym z kluczowych kierunków dalszych badań biomedycznych – mówi prof. dr hab. n. med. i n. o zdr. Marek Waluga, Przewodniczący Rady Naukowej Biocodex Microbiota Foundation oraz Członek Zarządu Sekcji Neurogastroenterologii i Motoryki Polskiego Towarzystwa Gastroenterologii. 

Jelita często określane są mianem „drugiego mózgu”, ponieważ posiadają rozbudowany układ nerwowy, zdolny do niezależnego przetwarzania informacji. Naukowcy analizują dziś, w jaki sposób mikrobiota może wpływać na komunikację między jelitami a mózgiem, a także jak czynniki takie jak stres, dieta, aktywność fizyczna czy jakość snu oddziałują na funkcjonowanie całej osi.

Nowe kierunki badań

Coraz częściej mówi się również o potencjalnej roli tzw. psychobiotyków, czyli wybranych szczepów mikroorganizmów badanych pod kątem wpływu na funkcjonowanie osi jelito–mózg. Eksperci podkreślają jednak, że ich działanie jest szczepozależne, a wyniki badań wymagają dalszego potwierdzenia.

Obecnie prowadzone są intensywne badania nad wpływem mikrobioty na zdrowie metaboliczne, odporność, funkcjonowanie układu nerwowego oraz rozwój różnych chorób przewlekłych. Coraz większe znaczenie przypisuje się także stylowi życia i codziennym nawykom, które mogą wpływać na różnorodność mikrobioty jelitowej.

Badania nad osią mikrobiota–jelita–mózg pokazują, jak bardzo złożone i wielokierunkowe są zależności pomiędzy mikrobiotą a organizmem człowieka. To obszar, który może w przyszłości odegrać istotną rolę w bardziej spersonalizowanym podejściu do zdrowia i profilaktyki. Dlatego tak ważna pozostaje edukacja społeczeństwa oraz popularyzacja wiedzy o mikrobiocie i jej znaczeniu dla organizmu – podkreśla dr n. med. i n. o zdr. Kinga Kazimierska-Gęca z Biocodex Microbiota Foundation.

Świadomość i edukacja

Eksperci zwracają uwagę, że mimo rosnącego zainteresowania mikrobiotą wiele pytań nadal pozostaje bez odpowiedzi. Dalszy rozwój badań może w przyszłości przyczynić się do lepszego zrozumienia zależności między jelitami, mikrobiotą i mózgiem oraz opracowania nowych kierunków profilaktyki i terapii.

Światowy Dzień Układu Pokarmowego stanowi okazję do zwiększania świadomości na temat zdrowia jelit oraz roli mikrobioty w funkcjonowaniu całego organizmu. Eksperci podkreślają, że edukacja społeczeństwa i popularyzacja wiedzy naukowej są kluczowe dla lepszego zrozumienia znaczenia mikrobioty dla zdrowia człowieka.

Źródło: inf pras