Medicalpress
Dolnośląskie Centrum Patomorfologii oferuje nowe możliwości w zakresie patomorfologii, diagnostyki onkologicznej oraz badań molekularnych. „Patomorfologia to wymagająca dziedzina, lecz jest niezwykle istotna, szczególnie dla pacjentów onkologicznych. W DCP łączymy innowację i zasoby technologiczne z wiedzą i doświadczeniem specjalistów medycznych, by odpowiadać na zapotrzebowanie lekarzy i pacjentów zarówno pod katem precyzji, jak i czasu wykonywanych badań” – podkreślił Tomasz Łaszkiewicz, dyrektor generalny ALAB laboratoria, podczas konferencji inaugurującej pracę ośrodka.
Należące do Grupy ALAB Dolnośląskie Centrum Patomorfologii (DCP) to laboratorium patomorfologiczne o pow. blisko 400 mkw., wyposażone w zaawansowany sprzęt, zaprojektowane zgodnie z najwyższymi standardami jakości i ergonomii pracy. Pracują w nim doświadczeni lekarze patomorfolodzy oraz technicy histopatologii. Grupa ALAB dysponuje dziewięcioma pracowniami patomorfologicznymi w kraju.

Eksperci podczas konferencji podali, że ośrodki Grupy ALAB pomogły w zeszłym roku w diagnostyce 750 tys. pacjentów. Podkreślili również, że laboratorium kładzie duży nacisk na to, by pacjenci nie musieli czekać na wyniki badań patomorfologicznych dłużej niż 14 dni.

„Wiem, że na rynku bywa z tym różnie, natomiast nam zależy, żeby w każdym z ośrodków ten czas był ograniczony do niezbędnego minimum. Udaje się to osiągnąć dzięki logistyce, automatyzacji procesów, zasadom organizacyjnym” – zaznaczył dyrektor Tomasz Łaszkiewicz.

Jak wskazał kierownik Dolnośląskiego Centrum Patomorfologii prof. dr hab. n. med. Piotr Ziółkowski, dostępność ośrodków patomorfologii w Polsce jest ograniczona, a na Dolnym Śląsku jest to szczególnie odczuwalne. Dlatego powstanie DCP jest tak ważne dla regionu.

„Mamy miejsce, gdzie mogą być diagnozowane schorzenia, wymagające często bardzo szybkiej decyzji. Zdaję sobie sprawę z tego, że nie zawsze szybko znaczy dobrze i dobrze to znaczy też szybko. Bardzo ciężko jest połączyć te dwa aspekty ze sobą, ale będziemy robili co w naszej mocy, żeby sprostać oczekiwaniom klinicystów i pacjentów” – powiedział prof. Piotr Ziółkowski.

Profesor podkreślił, że patomorfologia pełni kluczową rolę w onkologii.

„Bez diagnostyki patomorfologicznej – co potwierdzają to sami onkolodzy – nie ma w zasadzie skutecznego leczenia. Dlatego, że ustalenie rozpoznania, jakie są ewentualnie czynniki prognostyczne czy predykcyjne do dalszego postępowania z pacjentem, w zasadzie jest w stanie zrobić tylko patomorfolog” – wskazał kierownik DCP.

Dodał, że DCP będzie w stanie obsłużyć wiele dolnośląskich jednostek, które do tej pory borykały się z problemem dostępu do laboratorium i były zmuszone wysyłać wycinki pooperacyjne, np. do Świnoujścia, Krakowa, Białegostoku. Jego zdaniem patomorfolodzy i klinicyści uzupełniają się i powinni się uczyć od siebie nawzajem.

„Myślę, że to jest ten kierunek, w którym patomorfologia powinna podążać – czyli bardziej takiej patomorfologii klinicznej, a nie takiej, która jest gdzieś jako oderwana specjalizacja i robi coś tylko dla siebie, bo tak de facto to my jesteśmy dla klinicystów” – dodał prof. Piotr Ziółkowski.

Jak podkreśliła dr hab. n. med. Dorota Waśko-Czopnik, gastroenterolog, dietetyk kliniczny, praca klinicystów „nie istnieje bez histopatologii”, wiele dziedzin medycyny nie może się obejść bez histopatologii, a skrócenie czasu oceny wycinków histopatologicznych jest szczególnie ważne w wątpliwych sytuacjach.

„Współpraca gastroenterologów z histopatologią jest nieoceniona. To nie tylko potwierdzenie diagnozy, to również ukierunkowanie, wybór terapii, ocena rokowania, ale także minimalizacja naszych błędów diagnostycznych” – wyliczała prof. Dorota Waśko-Czopnik.

Podkreśliła, że histopatologia bardzo pomaga w ustaleniu, czy zmiana jest łagodna, czy złośliwa, a także typu nowotworu oraz stopnia zaawansowania choroby. Wskazała również, że skrócenie czasu oceny wycinków i większa precyzja dają możliwość bardziej efektywnego leczenia pacjentów i rozwoju.

„Współpraca kliniczno-patologiczna jest ważna zwłaszcza teraz, gdy zmieniają się refundacje, gdy pewne leczenie możemy włączyć tylko po uzyskaniu wyniku histopatologicznego” – podkreśliła prof. Dorota Waśko-Czopnik.

Źródło: PAP MediaRoom

Foto: PAP MediaRoom

Redakcja Medicalpress wraz z Polskim Towarzystwem Onkologicznym zaprasza na debatę ekspercką z cyklu „Onkologia – Wspólna Sprawa”, która odbędzie się 10 marca 2026 r. (wtorek) o godz. 15:00. Spotkanie będzie poświęcone możliwościom personalizacji terapii onkologicznych za sprawą diagnostyki predykcyjnej, oceny biomarkerów i zaburzeń genetycznych (diagnostyka molekularna).

Jeszcze kilkanaście lat temu onkologia opierała się głównie na podziale według lokalizacji nowotworu – rak płuca, rak piersi, rak jelita grubego – i dość podobnych schematach leczenia dla większości pacjentów. Dziś właściwie w każdej jednostce chorobowej mówi się o zupełnie innym paradygmacie: leczenie zaczyna się od zrozumienia biologii konkretnego guza – jego mutacji, biomarkerów, ekspresji białek czy zaburzeń szlaków molekularnych. To właśnie na tym opiera się medycyna personalizowana – czyli dobór terapii nie tylko do rodzaju nowotworu, ale do jego profilu molekularnego i indywidualnych cech pacjenta. 

Prelegenci:

Moderacja: Marek Kustosz, redaktor naczelny Medicalpress

Transmija na YouTube
https://www.youtube.com/live/hmz0kAQUxDE 

 
– Choć widzimy poprawę – np. około 20% pacjentów z rakiem płuca to dziś chorzy operacyjni – to wciąż ogromna grupa zgłasza się w zaawansowanym stadium. A wtedy szybka i precyzyjna diagnostyka staje się absolutną podstawą skutecznego leczenia. Mam tu na myśli nie tylko diagnostykę radiologiczną, ale przede wszystkim patomorfologiczną i molekularną. Niestety, ten proces trwa często zbyt długo – podkreśla prof. Renata Langfort, kierownik Zakładu Patomorfologii Instytutu Gruźlicy i Chorób Płuc w Warszawie.
Pani Profesor, coraz częściej mówi się o potrzebie kompleksowej diagnostyki w raku płuca. Dlaczego to dziś tak istotne?
Prof. Renata Langfort:
Dlatego, że choć widzimy poprawę – np. około 20% pacjentów z rakiem płuca to dziś chorzy operacyjni – to wciąż ogromna grupa zgłasza się w zaawansowanym stadium. A wtedy szybka i precyzyjna diagnostyka staje się absolutną podstawą skutecznego leczenia. Mam tu na myśli nie tylko diagnostykę radiologiczną, ale przede wszystkim patomorfologiczną i molekularną. Niestety, ten proces trwa często zbyt długo. Sytuacja jest zdecydowanie lepsza w ośrodkach, które mają własny zakład patomorfologii. Gorzej, gdy materiał musi być przesyłany: najpierw do patomorfologa, potem do zakładu genetyki. To generuje opóźnienia, które są bardzo niebezpieczne z punktu widzenia pacjenta.
Dlaczego w raku płuca materiał diagnostyczny jest tak trudny do pozyskania?
Prof. Renata Langfort:
To zupełnie inna sytuacja niż np. w raku piersi. W przypadku raka płuca pobranie materiału wiąże się najczęściej z bronchoskopią, nakłuciem przezoskrzelowym lub biopsją przez ścianę klatki piersiowej. To są trudne i często inwazyjne procedury, a uzyskany materiał jest bardzo ograniczony – mamy do dyspozycji dosłownie kilka milimetrów tkanki. Dlatego jakość tego materiału i sposób jego obróbki są dziś absolutnie kluczowe.
Jak bardzo zmieniła się rola patomorfologa na przestrzeni lat?
Prof. Renata Langfort:
Ogromnie. Jeszcze 10–15 lat temu rozpoznanie raka płuca opierało się głównie na rozmazach cytologicznych. To była szybka i tania diagnostyka – bez kosztownego sprzętu, bez dodatkowych badań. Ale też nie miało to większego znaczenia, bo wszyscy pacjenci z niedrobnokomórkowym rakiem płuca otrzymywali wtedy takie samo leczenie. Dziś jesteśmy w zupełnie innym miejscu. Dziś nie wystarczy powiedzieć, że to rak niedrobnokomórkowy. Musimy wiedzieć, czy to typ płaskonabłonkowy, czy gruczołowy. Od tego zależy dalsza ścieżka leczenia, w tym ocena czynników predykcyjnych. Potrzebna jest diagnostyka immunohistochemiczna, oznaczenie ekspresji białka PD-L1, badania molekularne – EGFR, ALK i inne. To wszystko wymaga bardzo dobrej jakości materiału i dobrze zorganizowanego procesu diagnostycznego.

I właśnie ten proces diagnostyczny jest dziś wąskim gardłem?

Prof. Renata Langfort:
Tak, zdecydowanie. I to mimo tego, że wiele się już zmieniło. Diagnostyka to dziś skomplikowany algorytm, który musi być zsynchronizowany z dostępem do programów lekowych. Ale żeby to wszystko działało, potrzebujemy nie tylko dobrego materiału, ale też finansowania. Od lat mówimy, że diagnostyka patomorfologiczna nie była wystarczająco finansowana. Obecnie jedynie ośrodki, które przeszły akredytację, mogą rozliczać pełen zakres badań. Problem w tym, że pilotaż akredytacyjny zakończył się w 2023 roku i nie został przedłużony. W efekcie większość zakładów wciąż nie ma szans na refundację badań, które są wymagane do wdrożenia leczenia.

Powiedziała Pani, że bez finansowania diagnostyka nie zadziała. Ale rozumiem, że problemem nie są tylko pieniądze?

Prof. Renata Langfort:
Tak, problem jest głębszy. Tu chodzi także o kontrolę jakości – a konkretnie o brak realnego mechanizmu egzekwowania standardów w patomorfologii. Mieliśmy ogromną nadzieję, że to się zmieni dzięki systemowi akredytacji, który został wdrożony jako pilotaż. W 2022 roku około 40 zakładów patomorfologii przeszło przez ten proces. Sprawdzano jakość utrwalenia materiału, kompletność rozpoznań, stosowanie standardów diagnostycznych. Wreszcie powstał dwutomowy podręcznik ze standardami w patomorfologii. To był naprawdę milowy krok naprzód. Ale pilotaż się zakończył. I od tego czasu – mimo wielu apeli – nie został wznowiony. Choć jest zapewnienie resortu zdrowia, że wkrótce to się stanie.

Dlaczego?

Prof. Renata Langfort:
Bo w tej chwili – mówiąc zupełnie otwarcie – nie ma „bata” nad laboratoriami. Nie ma narzędzi, które egzekwowałyby przestrzeganie tych wypracowanych standardów. A przecież mówimy o diagnostyce onkologicznej – o decyzjach, które decydują o życiu lub śmierci pacjenta. Brak akredytacji to brak wymagań, brak kontroli, brak zobowiązań do zapewnienia jakości. I to nas bardzo boli. Wiem, że to może brzmieć ostro, ale tak naprawdę bez tej akredytacji cofamy się o lata. Bo co z tego, że mamy nowoczesne leki, świetne programy terapeutyczne, skoro nie mamy gwarancji, że pacjent dostał prawidłową diagnozę? To nie powinno zależeć od tego, do którego ośrodka trafi.

Czyli akredytacja była nie tylko paszportem do refundacji badań?

Prof. Renata Langfort:
Dawała też pewność, że zakład działa zgodnie z wymaganiami jakościowymi. A dziś – poza kilkoma większymi ośrodkami – nikt tego nie sprawdza. I nikt nie może wymagać. Dlatego tak bardzo potrzebujemy powrotu do akredytacji – jako narzędzia kontroli, standaryzacji, ale też jako jasnego komunikatu, że państwo traktuje diagnostykę poważnie. Bo bez dobrej diagnostyki nie ma dobrego leczenia. I nie ma nadziei dla pacjentów.
Czy brak akredytacji może przekładać się także na skuteczność leczenia – np. w terapii celowanej czy immunoterapii?
Prof. Renata Langfort:
Niestety tak. Weźmy choćby przykład oznaczania ekspresji białka PD-L1. To badanie jest dziś kluczowe zarówno przy kwalifikacji pacjentów do immunoterapii w ramach programów lekowych, jak i przed leczeniem operacyjnym – bo od marca tego roku mamy też możliwość zastosowania leczenia neoadjuwantowego. Ale żeby takie leczenie zastosować, trzeba wcześniej wykonać to konkretne badanie. W ośrodkach akredytowanych oznaczanie PD-L1 jest standardem – robi się je rutynowo u każdego pacjenta. Problem pojawia się tam, gdzie nie ma akredytacji. Tam badania immunohistochemiczne – w tym PD-L1 – nie są refundowane. A ponieważ to są koszty, często zapada decyzja, żeby ich po prostu nie wykonywać. Zakłada się, że skoro pacjent i tak nie będzie leczony w tym ośrodku, to niech potrzebne badania wykona placówka, w której będzie prowadzona terapia. I to znowu wydłuża cały proces, komplikuje ścieżkę pacjenta i może opóźnić podjęcie leczenia.
Jak często zdarza się, że trzeba powtarzać biopsję, bo materiał się „skończył”?
Prof. Renata Langfort:
Zdarza się niestety bardzo często. Proszę sobie wyobrazić – mamy 4–5 mm tkanki. Jeśli materiał trafia do kilku ośrodków, każdy z nich wykonuje swoje skrawy, swoje badania… i nagle okazuje się, że nic już nie zostało. A przecież z tego jednego wycinka trzeba postawić rozpoznanie, określić podtyp, ocenić czynniki predykcyjne i jeszcze wykonać badania molekularne.
A czy nie dałoby się po prostu pobrać większej ilości materiału na początku? Żeby potem nie zabrakło go do kolejnych badań?
Prof. Renata Langfort:
To często padające pytanie, ale odpowiedź jest bardziej złożona. Mówimy tu o materiale przedoperacyjnym – uzyskanym z bronchoskopii, biopsji przez ścianę klatki piersiowej czy nakłucia przezoskrzelowego węzłów chłonnych. To są procedury, które technicznie nie pozwalają na pobranie dużych fragmentów. Ten materiał jest niezwykle drobny, liczy się każdy milimetr. Dlatego właśnie tak ważna jest świadomość po stronie bronchoskopisty – wiemy dziś, że powinien pobrać przynajmniej trzy wycinki, a nie jeden. Przy biopsji transtorakalnej również – najlepiej mieć trzy „wałeczki” tkanki. Ale nie zawsze to możliwe. Czasem decyduje stan pacjenta – jego wydolność, tolerancja badania. To wszystko trzeba uwzględnić. Dlatego też materiał, który dostajemy, traktujemy jako „unikatowy”. I tu pojawia się kluczowy element: musimy od początku wiedzieć, czego oczekuje klinicysta. Jeżeli chodzi tylko o ustalenie rozpoznania, bo pacjent nie będzie leczony – nie wykonujemy dalszych badań. Ale jeśli wiemy, że pacjent jest planowany do terapii, że nie ma przeszłości onkologicznej, wtedy od razu przygotowujemy materiał tak, by starczył na ocenę czynników predykcyjnych, na diagnostykę molekularną.

Dziś często patomorfolog dostaje tylko kartkę papieru – skierowanie bez żadnych danych o pacjencie. A przecież wystarczyłoby dodać informację, że pacjent np. miał wcześniej raka piersi. Brak takiej wiedzy może sprawić, że nowa zmiana zostanie uznana za pierwotnego raka płuca, co może mieć dramatyczne skutki. Zdarza się też, że z braku takich informacji nie wykonuje się badań różnicujących, np. immunohistochemii, która pozwala określić, czy to rak gruczołowy czy płaskonabłonkowy. A przecież to kluczowe dla decyzji terapeutycznych.
Dlatego tak bardzo podkreślamy wagę kontaktu między patomorfologiem a klinicystą. W Instytucie Gruźlicy i Chorób Płuc mamy wszystko na miejscu – torakochirurgię, onkologię, genetykę, patomorfologię – i regularnie odbywamy wspólne spotkania zespołów interdyscyplinarnych. Dla nas, patomorfologów, to nieocenione źródło wiedzy. Tam, gdzie tej integracji brakuje, diagnostyka zawsze będzie kulawa. To z pozoru drobna rzecz, ale dla nas – patomorfologów – absolutnie kluczowa. Bo przy tak małym materiale każda informacja może zadecydować o tym, czy badanie się uda, czy trzeba będzie wszystko zaczynać od nowa.
A czy są jakieś proste rozwiązania, które mogłyby usprawnić ten obieg materiału i zaoszczędzić czas?
Prof. Renata Langfort:
Tak – jednym z nich jest tzw. skierowanie warunkowe na badania molekularne. Chodzi o to, żeby już na etapie pobrania materiału klinicysta wpisał do skierowania informację, że jeśli materiał okaże się odpowiedni jakościowo, to należy go przekazać dalej do badań predykcyjnych.
To oszczędza jeden cały etap. W standardzie: najpierw rozpoznanie, potem decyzja klinicysty, potem zlecenie badań. A czas leci. Warunkowe skierowanie pozwala od razu ruszyć z kolejnymi badaniami, zanim materiał się „rozejdzie”. A przypomnę – mamy 4–5 mm, to nic. I każdy kolejny krok zwiększa ryzyko, że z tego nic już nie zostanie.
Jakie są inne „niewidoczne” problemy, które wpływają na jakość diagnostyki?
Prof. Renata Langfort:
Choćby warunki techniczne. Wciąż wiele zakładów patomorfologii nie ma klimatyzacji. Latem, przy 30-stopniowych upałach, materiał pobrany do formaliny może się po prostu zdegradować, zanim trafi do zakładu. To dyskwalifikuje go z dalszych badań, szczególnie molekularnych. To są rzeczy, o których rzadko się mówi, ale one realnie wpływają na jakość rozpoznań.
Czy tworzenie Lung Cancer Units może poprawić sytuację?
Prof. Renata Langfort:
Bardzo na to liczę. Bo chociaż nie zawsze wszystko musi być „pod jednym dachem”, to dobrze zaprojektowana sieć współpracujących ośrodków, z jasnym przepływem materiału, określonymi zadaniami i specjalizacjami, bardzo poprawi sytuację. To kończy chaos. W takim modelu wiadomo, kto pobiera materiał, kto go opracowuje, kto wykonuje badania molekularne. Czas jest wtedy naszym sprzymierzeńcem, a nie wrogiem.
Pani Profesor, na koniec – czy naprawdę zainwestowanie w diagnostykę może przynieść oszczędności?
Prof. Renata Langfort:
Oczywiście. Nie ma nic droższego niż źle postawiona diagnoza lub brak diagnozy. Koszty powtórnych badań, nieefektywnego leczenia czy opóźnionych decyzji są olbrzymie – nie tylko dla systemu, ale przede wszystkim dla pacjenta. Dlatego inwestycja w nowoczesną, szybką, kompleksową diagnostykę to nie wydatek – to fundament skutecznego leczenia raka płuca.

Materiał powstał na podstawie dyskusji ekspertów i rozmowy z Panią Profesor podczas śniadania prasowego Polskiej Grupy Raka Płuca z dnia 11.06.25

W imieniu Polskiego Towarzystwa Onkologicznego zapraszamy do oglądania debaty eksperckiej online z cyklu „Onkologia – Wspólna Sprawa” pt. „Od diagnozy do terapii: rola badań patomorfologicznych i predykcyjnych w skutecznym leczeniu pacjentów onkologicznych”, która odbędzie się 25 marca (wtorek) o godz. 15:00.
Transmisja na żywo na YouTube: 
https://www.youtube.com/live/7Z2oyq-_P3A?si=K9B5AslZf8p5UY3g

Uczestnicy debaty:

Tematyka debaty:

Zapraszamy do oglądania i zadawania pytań.

Rak endometrium, znany jako nowotwór trzonu macicy, to wciąż cichy zabójca kobiet. W Polsce w ostatnich latach obserwuje się wzrost zachorowań. „Dziennie 16 kobiet dowiaduje się, że ma raka trzonu macicy” – mówi dr Anna Dańska-Bidzińska z Oddziału Ginekologii Onkologicznej Szpitala Klinicznego WUM im. księżnej Anny Mazowieckiej.

 

W Europie 1 do 2 kobiet spośród 100 zachoruje na raka trzonu macicy, czyli endometrium. W krajach Unii Europejskiej rocznie 88 tys. kobiet usłyszy diagnozę o zachorowaniu na ten nowotwór. Niestety, liczba ta stale się zwiększa, również Polsce. Temu problemowi i sposobom, za pomocą których można mu zaradzić, poświęcona była warszawska konferencja „Onkologia 2023 – perspektywy”
Jeśli porównalibyśmy rok 2019 z rokiem 1999 – to mamy podwojenie liczby zachorowań w Polsce. W tej chwili jest ponad 6 tys. przypadków rocznie. Dziennie 16 kobiet dowiaduje się, że ma raka trzonu macicy – wskazuje uczestniczka konferencji dr Anna Dańska-Bidzińska z Oddziału Ginekologii Onkologicznej Szpitala Klinicznego WUM w Warszawie i dodaje, że rak trzonu macicy to choroba cywilizacyjna, związana z otyłością, nieodpowiednim trybem życia.
Statystyki pokazują, że rak endometrium stanowi siódmą co do częstości przyczynę zgonów w Europie Zachodniej. Co gorsze, również w naszym kraju, w ciągu ostatnich 10 lat zaobserwowano istotny wzrost śmiertelności, szczególnie w grupie chorych powyżej 65. roku życia. W 1999 roku mieliśmy 761 zgonów z powodu raka trzonu macicy, a w 2019 aż 1859 kobiet umarło z tej przyczyny.

Dr Dańska-Bidzińska przyznaje, że rak trzonu macicy przez lata jawił się jako choroba rozpoznana. „Wydawało się, że wszystko o tej chorobie wiemy i wiemy też, jak leczyć chore, aby one przeżyły. Jednak ostatnie lata przyniosły nowe klasyfikacje nowotworu” – zauważa ekspertka.

Określono cztery typy molekularne raka endometrium, w zależności od zaawansowania stadium choroby. Badania zaś wykazały, że prawidłowe rozpoznanie typu molekularnego podnosi szansę na przeżycie pacjentki.
Chore w wyższych stopniach zaawansowania, które mają korzystny typ molekularny, mogą mieć o wiele lepsze rokowania i szanse wieloletniego przeżycia, niż pacjentki w I stopniu z mniej korzystnym typem molekularnym – wyjaśnia dr Dańska-Bidzińska.
Rak trzonu macicy występuje przeważnie u kobiet po 50. roku życia, a więc po menopauzie. Do 20 proc. przypadków może zdarzyć się u kobiet młodszych, wciąż miesiączkujących.
Dziś wiemy, że istotna jest nie tylko diagnostyka patomorfologiczna, immunohistochemiczna, ale również diagnostyka molekularna, która pozwala na zakwalifikowanie chorej do leczenia – zaznacza dr Dańska-Bidzińska, podkreślając jednocześnie, że bardzo ważnym elementem jest również diagnostyka obrazowa, która pozwala na ocenę rozległości, czyli zaawansowania choroby, już przed planowanym leczeniem operacyjnym.
W momencie rozpoznania około 75 proc. kobiet ma chorobę ograniczoną do macicy (stopień I), a to o tyle napawa nadzieją, że wskaźnik przeżycia 5-letniego na tym etapie wynosi 90 proc.
Wszystko zależy od momentu, w którym pacjentka do nas trafia – tłumaczy dr Dańska-Bidzińska i dodaje, że im wcześniejsze rozpoznanie choroby, tym lepsze efekty leczenia.
Standardową procedurą jest usunięcie macicy z przydatkami oraz w niektórych przypadkach z węzłami chłonnymi. Obecnie preferowana metodą jest chirurgia minimalnie inwazyjna, czyli laparoskopia, w ramach której przeprowadza się także procedurę oceny węzłów chłonnych procedurą węzła wartowniczego, co pozwala na uniknięcie szerokiego ich usuwania.
Kiedy dojdzie do nawrotu choroby i pacjentka była już leczona chemioterapią, ma po tej metodzie leczenia progresję, wtedy możemy spróbować zakwalifikować ją do nowoczesnej metody leczenia, czyli do immunoterapii. Metody dostępnej w Polsce, choć nierefundowanej – stwierdza dr Anna Dańska-Bidzińska.
Ekspertka podkreśla jednak, że ta opcja terapeutyczna nie jest dedykowana wszystkim pacjentkom z rakiem trzonu macicy.
Daje jednak szansę tym pacjentkom z chorobą w stadium zaawansowanym, dla których wcześniej nie było żadnej propozycji leczenia i wydłużania życia – przyznaje.
Jedną ze skuteczniejszych form leczenia jest immunoterapia. Na przykład przeciwciała blokujące receptor tzw. programowanej śmierci komórki.
Nowoczesne terapie wykazują szczególną skuteczność w nawrotowym lub zaawansowanym traku trzonu macicy z upośledzeniem mechanizmu naprawy niesparowanych zasad – objaśnia dr Dańska-Bidzińska.
Jak podkreśla onkolożka, immunoterapia daje „wysoki odsetek odpowiedzi i odpowiedzi długo trwającej”. „I co ważne, przy bardzo dobrym profilu tolerancji na lek wśród pacjentek” – mówi ekspertka.

Dr dr Anna Dańska-Bidzińska przyznaje, że w Polsce nie mamy jeszcze możliwości leczenia terapiami immunologicznymi w pełnej refundacji NFZ. Jednak pojawiły się szanse na zmianę tego statusu. W ostatnich dniach poinformowano, że w Ministerstwie Zdrowia toczą się negocjacje o refundacjach terapii chorych na endometrium.
Są przygotowane dwa zakresy i jest powołany zespół. Na pewno w lipcu nie można spodziewać się decyzji. Mam nadzieję, że będę miał tę możliwość, żeby podpisać taką decyzję refundacyjną – powiedział wiceminister zdrowia, Tomasz Miłkowski.
źródło: PAP MediaRoom