Medicalpress
Coraz więcej decyzji terapeutycznych w onkologii zapada jeszcze przed rozpoczęciem leczenia – w pracowni patomorfologii. To właśnie badania immunohistochemiczne i diagnostyka molekularna pozwalają precyzyjnie określić typ nowotworu, jego cechy biologiczne oraz dobrać terapię najlepiej dopasowaną do pacjenta. O rosnącej roli tych metod oraz wyzwaniach związanych z jakością diagnostyki dyskutowali światowej klasy eksperci podczas jubileuszowej, 10. edycji Academy of Immunohistochemistry – Diagnostic Immunohistochemistry and Molecular Pathology, która odbyła się w Krakowie.
Immunohistochemia jest dziś jedną z kluczowych metod diagnostyki nowotworów. To dzięki niej patomorfolodzy mogą nie tylko ocenić ich obraz histologiczny (czyli budowę komórek i tkanek widoczną pod mikroskopem), ale także sprawdzić ich cechy biologiczne i określić, z jakim typem nowotworu mają do czynienia. Od tej odpowiedzi coraz częściej zależy wybór leczenia – operacji, radioterapii, leczenia systemowego, terapii celowanej albo immunoterapii.

Znaczeniu immunohistochemii i diagnostyki molekularnej poświęcona była jubileuszowa, 10. edycja międzynarodowego kursu Academy of Immunohistochemistry – Diagnostic Immunohistochemistry and Molecular Pathology, która pod koniec czerwca odbyła się w Krakowie. Wzięli w nim udział patomorfolodzy, diagności laboratoryjni, biolodzy molekularni oraz eksperci zajmujący się diagnostyką nowotworów z Polski i zagranicy.

Dyrektorem naukowym kursu był prof. dr hab. n. med. Janusz Ryś, Dyrektor Oddziału Narodowego Instytutu Onkologii w Krakowie oraz Kierownik Zakładu Patomorfologii Nowotworów krakowskiego NIO. Profesor Ryś od początku współtworzy krakowską Akademię Immunohistochemii, która od 2014 roku rozwija się jako specjalistyczne forum wymiany wiedzy, doświadczeń i dobrych praktyk w diagnostyce nowotworów.

– W onkologii rozpoznanie nie jest formalnością. To moment, od którego zależy całe dalsze postępowanie. Immunohistochemia pozwala nam uwiarygodnić diagnozę, zawęzić rozpoznanie i uniknąć sytuacji, w której pacjent trafia na niewłaściwą ścieżkę leczenia – mówi prof. Janusz Ryś.

Immunohistochemia polega na wykrywaniu w komórkach określonych białek, czyli markerów, za pomocą specjalnie dobranych przeciwciał. Dla pacjenta oznacza to, że materiał pobrany podczas biopsji lub operacji można ocenić nie tylko pod kątem obrazu histologicznego, ale także pod kątem cech, które pomagają określić biologiczny charakter guza.

Dzięki takim badaniom patomorfolog może ustalić, czy nowotwór różnicuje się na przykład w kierunku nabłonkowym, mezenchymalnym albo limfatycznym, a więc czy mamy do czynienia z rakiem, mięsakiem, chłoniakiem lub innym typem choroby. To szczególnie ważne wtedy, gdy różne nowotwory wyglądają podobnie, ale wymagają zupełnie odmiennego leczenia.

– Nowotwory nie zawsze zachowują się podręcznikowo. Potrafią się do siebie upodabniać, imitować inne typy guzów, a czasem zacierać granicę między tym, co widać w klasycznym obrazie mikroskopowym, a tym, co naprawdę decyduje o ich charakterze. Dlatego potrzebujemy narzędzi, które pozwalają spojrzeć głębiej. – podkreśla prof. Ryś.

Szczególne znaczenie immunohistochemia ma w diagnostyce nowotworów rzadkich, nisko zróżnicowanych i trudnych do jednoznacznego zaklasyfikowania. W takich przypadkach właściwie dobrany panel przeciwciał może potwierdzić albo wykluczyć określone rozpoznanie. Wynik badania wpływa nie tylko na ustalenie ostatecznego histologicznego podtypu nowotworu, który zapisany jest w raporcie patomorfologicznym, ale przede wszystkim na decyzje podejmowane przez zespół leczący pacjenta.

Jednym z najważniejszych tematów krakowskiej Akademii była jakość badań immunohistochemicznych. W tej dziedzinie ogromne znaczenie ma zarówno dobór markerów, jak i sposób wykonania badania oraz interpretacja wyniku. Nieprawidłowo przeprowadzone lub błędnie odczytane badanie może skierować diagnostykę na niewłaściwe tory, a w konsekwencji wpłynąć na wybór leczenia.

– W immunohistochemii sama technologia nie wystarczy. Potrzebne są standardy, doświadczenie i świadomość ograniczeń tej metody. To właśnie dlatego tak ważne są spotkania, podczas których eksperci rozmawiają nie tylko o możliwościach diagnostycznych, ale także o pułapkach i błędach, których trzeba unikać – zaznacza prof. Ryś.

Jubileuszowa edycja kursu miała intensywny, praktyczny charakter. Program obejmował wykłady dotyczące m.in. diagnostyki nowotworów przewodu pokarmowego, narządu rodnego, skóry, nerek, układu moczowego, tkanek miękkich oraz układu limfoproliferacyjnego. Wśród wykładowców znalazły się największe światowe autorytety w dziedzinie diagnostyki patomorfologicznej i molekularnej, m.in. Markku Miettinen, Jason L. Hornick, Jerzy Lasota czy Olli Carpén.

Od początku organizatorzy Akademii stawiają na bezpośredni kontakt uczestników z wykładowcami, analizę trudnych przypadków i dyskusję nad realnymi problemami diagnostycznymi. W poprzednich dziewięciu edycjach wydarzenia udział wzięło blisko 900 uczestników, a krakowski kurs zyskał rozpoznawalność w międzynarodowym środowisku specjalistów zajmujących się diagnostyką nowotworów.

– Od początku zależało nam, aby to nie była konferencja wyłącznie o technologii. Najważniejsze jest to, jak wynik badania przekłada się na decyzję kliniczną. Immunohistochemia ma sens wtedy, kiedy pomaga odpowiedzieć na konkretne pytanie diagnostyczne i realnie wspiera lekarzy prowadzących pacjenta – mówi prof. Ryś.

Rozwój immunohistochemii dobrze pokazuje, jak zmieniła się współczesna onkologia. Metoda, która początkowo była wykorzystywana głównie w badaniach naukowych, stała się elementem codziennej praktyki klinicznej. Postęp technologiczny, automatyzacja badań, coraz czulsze systemy detekcji oraz rozwój diagnostyki molekularnej sprawiły, że patomorfologia dostarcza dziś informacji niezbędnych do planowania nowoczesnego leczenia. Akademia Immunohistochemii pokazała również rolę Narodowego Instytutu Onkologii w rozwijaniu specjalistycznej diagnostyki i edukacji medycznej. Krakowski Oddział NIO-PIB prowadzi zaawansowaną diagnostykę patomorfologiczną i molekularną nowotworów oraz uczestniczy w kształceniu specjalistów, których praca ma bezpośredni wpływ na jakość leczenia pacjentów.

Współczesna onkologia wymaga coraz dokładniejszego poznania biologii choroby. Dlatego immunohistochemia, patomorfologia i diagnostyka molekularna są dziś integralną częścią procesu leczenia. To od nich zależy, czy pacjent otrzyma rozpoznanie wystarczająco precyzyjne, aby możliwe było dobranie terapii zgodnej z aktualną wiedzą medyczną.

Źródło: NIO

Medycyna nuklearna staje się jednym z kluczowych elementów nowoczesnej diagnostyki i leczenia, szczególnie w onkologii, hematologii i kardiologii. Podczas XIX Zjazdu Polskiego Towarzystwa Medycyny Nuklearnej eksperci oraz przedstawiciele organizacji pacjentów zwracali uwagę, że mimo dynamicznego rozwoju tej dziedziny jej potencjał w Polsce nadal ograniczają limity finansowania, nierówny dostęp do badań, braki kadrowe oraz niewystarczająca świadomość zarówno pacjentów, jak i części środowiska medycznego.
Podczas debaty odbywającej się w ramach tegorocznego Zjazdu Polskiego Towarzystwa Medycyny Nuklearnej (PTMN) specjaliści reprezentujący różne dziedziny medycyny oraz organizacje pacjentów podkreślali, że medycyna nuklearna nie jest wyłącznie specjalistyczną diagnostyką obrazową. W onkologii, hematologii, endokrynologii i kardiologii staje się jednym z warunków nowoczesnego leczenia.

Pozwala ocenić nie tylko strukturę narządu, ale przede wszystkim jego funkcję, aktywność choroby i odpowiedź na terapię.

Jak podkreśla prof. dr hab. n. med. Leszek Królicki z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, konsultant krajowy w dziedzinie medycyny nuklearnej:

„Medycyna nuklearna, w odróżnieniu od tomografii komputerowej, od rezonansu magnetycznego, nawet od ultrasonografii, przedstawia zaburzenia czynnościowe. Przedstawia przepływ krwi, czynność układów receptorowych, mechanizmów transportujących i ten element stanowi bardzo ważny wkład w to, by wybrać właściwą metodę leczenia”.

Diagnostyka, która zmienia decyzje terapeutyczne

Współczesna medycyna nuklearna coraz częściej łączy diagnostykę z terapią. Badania PET-CT pomagają określić zaawansowanie choroby, monitorować skuteczność leczenia i zdecydować, czy terapię należy kontynuować, zmienić albo zintensyfikować. Szczególne znaczenie ma teranostyka — podejście, w którym ten sam cel molekularny służy najpierw do rozpoznania choroby, a następnie do jej leczenia.

„My jako medycy nuklearni możemy rzeczywiście zaproponować postawienie ostatecznej diagnozy. To nie wszystko: jesteśmy w stanie określić stopień zaawansowania choroby, a dopiero wtedy tak naprawdę klinicysta rozpoczyna właściwe leczenie — precyzyjne, takie, które ma szansę uratować życie czy przedłużyć pacjentowi życie” — mówi prof. dr hab. n. med. Zbigniew Adamczewski, kierownik Zakładu Medycyny Nuklearnej Centralnego Szpitala Klinicznego Uniwersytetu Medycznego w Łodzi, przewodniczący Komitetu Organizacyjnego XIX Zjazdu PTMN.

W hematologii znaczenie PET-CT jest już niepodważalne. Jak zaznacza prof. dr hab. n. med. Tomasz Wróbel, kierownik Kliniki Hematologii, Terapii Komórkowych i Chorób Wewnętrznych Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu: „Współczesna hematologia nie może istnieć bez medycyny nuklearnej. Głównie mam na myśli badanie PET-CT, dlatego że leczenie nowotworów układu chłonnego, chłoniaków, ale też szpiczaka plazmocytowego, bez badania PET-CT właściwie nie jest współczesnym leczeniem”.

Limity, kolejki i utracony czas pacjenta

Największym problemem pozostaje dostępność. Rozszerzenie wskazań refundacyjnych zwiększyło liczbę pacjentów, którzy mogą skorzystać z badań PET-CT, ale nie rozwiązało problemu finansowania. Limity powodują, że pacjenci czekają, a lekarze szukają rozwiązań zastępczych.

„Co z tego, że limit kryterialny przejdzie pięciuset pacjentów, jeśli mamy pieniędzy na zrefundowanie jedynie trzystu. Czyli komu powiedzieć, kto jest bardziej chory, kto jest mniej chory?” — pyta dr n. med. Andrzej Kołodziejczyk, past prezes Polskiego Towarzystwa Medycyny Nuklearnej, specjalista medycyny nuklearnej reprezentujący 4. Wojskowy Szpital Kliniczny oraz Dolnośląskie Centrum Onkologii, Pulmonologii i Hematologii we Wrocławiu.

W opinii specjalistów opóźnienia mogą mieć bezpośrednie konsekwencje kliniczne. W raku płuca kilkutygodniowe lub kilkumiesięczne oczekiwanie na badanie może oznaczać utratę szansy na leczenie radykalne.

„Może się okazać, że na przykład ten pacjent z rakiem płuca zamiast za dwa tygodnie ma badanie za trzy miesiące, a w tym czasie jego stopień zaawansowania może dramatycznie się zwiększyć i pacjent już nie będzie mógł być operowany” — mówi prof. dr hab. n. med. Rafał Czepczyński z Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu, prezes Polskiego Towarzystwa Medycyny Nuklearnej.

Także w hematologii czas ma znaczenie krytyczne. Badanie PET-CT wykonane zbyt późno może przestać być użyteczne.

„Jeżeli wynik przyjdzie za późno, to w zasadzie nie jesteśmy w stanie już go racjonalnie wykorzystać. Jeżeli badanie jest wykonane zbyt późno, jest wykonane bezsensownie” — podkreśla prof. Tomasz Wróbel.

Na znaczenie limitów z perspektywy pacjentów onkologicznych zwracał uwagę również Szymon Chrostowski, prezes Fundacji Wygrajmy Zdrowie.

„Myślę, że to jest największy problem pacjentów — karta diagnostyki i leczenia onkologicznego miała ułatwić dostęp do diagnostyki, ale kiedy pacjent wypada z tej ścieżki, zaczyna się bardzo duży problem z limitami” — mówi Szymon Chrostowski, prezes Fundacji Wygrajmy Zdrowie.

Pacjent sam szuka miejsca na badanie

Z perspektywy pacjentów problemem jest nie tylko długość kolejek, ale też nierówny dostęp regionalny i brak koordynacji. Chorzy często sami szukają placówki, w której badanie można wykonać szybciej — nierzadko w innym mieście.

„Z perspektywy pacjentów ważnym problemem jest brak dostępności i równości w dostępności tego badania. Jest regionalnie nierówny” — mówi Joanna Frontczak-Kazana z Fundacji Onkologicznej Alivia, członkini prezydium Rady Organizacji Pacjentów przy Rzeczniku Praw Pacjenta.

Jak dodaje, system powinien prowadzić pacjenta przez diagnostykę, a nie przerzucać na niego odpowiedzialność za znalezienie świadczenia.

„Wciąż mamy brak koordynacji. Ponieważ ten dostęp jest nierówny, choć coraz lepszy, pacjenci muszą sami poszukiwać miejsc, w których ewentualnie mogliby takie badanie wykonać szybciej”.

Perspektywę pacjenta z rakiem prostaty przedstawił także przedstawiciel Stowarzyszenia Gladiator, wskazując, że dobrze wyjaśniona diagnostyka może budzić ciekawość, a nie lęk.

„Kiedy powiedziano mi, że będzie to badanie izotopami, podszedłem do tego z wielkim zaciekawieniem. Ani się nie bałem, ani nie przyjąłem tego z entuzjazmem — byłem ciekaw, jak to technicznie wygląda” — mówi przedstawiciel Stowarzyszenia Gladiator.

Jednocześnie zwrócił uwagę na szerszy problem profilaktyki i niskiej zgłaszalności mężczyzn na badania.

„Bardzo ciężko namówić, szczególnie panów, na jakiekolwiek badania, chociażby te pierwsze, przesiewowe” — podkreśla przedstawiciel Stowarzyszenia Gladiator.

Kardiologia też potrzebuje medycyny nuklearnej

Choć medycyna nuklearna najczęściej kojarzona jest z onkologią, jej znaczenie rośnie także w kardiologii. Badania SPECT i PET mogą pomagać m.in. w ocenie ukrwienia mięśnia sercowego, ryzyka kolejnych zdarzeń sercowo-naczyniowych oraz rokowania po zawale.

„Bardzo często pacjenci kardiologiczni nie mają bladego pojęcia, że tego typu badania mogą być wykorzystywane do obrazowania chociażby ukrwienia mięśnia sercowego czy oceny ryzyka przyszłych zdarzeń sercowo-naczyniowych” — mówi Agnieszka Wołczenko, prezes Stowarzyszenia EcoSerce.

Jak podkreśla, nowoczesna diagnostyka powinna być szerzej uwzględniana w standardzie opieki nad pacjentem kardiologicznym.

„My potrzebujemy ścieżki diagnostycznej maksymalnie rozbudowanej o wszystkie najnowsze technologie, które są dostępne w Europie, spełniają standardy i są rekomendowane w wytycznych” — dodaje Agnieszka Wołczenko.

To pokazuje, że wyzwaniem nie jest wyłącznie dostępność badań, ale także szersze uwzględnienie medycyny nuklearnej w ścieżkach diagnostycznych poza onkologią.

Odczarować słowo „nuklearna”

Jednym z wyzwań pozostaje również potrzeba dalszego szerzenia wiedzy o medycynie nuklearnej. Słowo „nuklearna” nadal budzi lęk, a pacjenci często obawiają się izotopów bardziej niż konsekwencji opóźnionej diagnostyki lub progresji choroby.

„Musimy odkłamać rzeczywistość strachu przed izotopem. Często brak świadomości powoduje, że pacjent boi się przyjść do medyków nuklearnych, ponieważ to są IZOTOPY. Nie przejmuje się wszystkimi innymi niekorzyściami, progresją choroby, a boi się izotopów” — wyjaśnia prof. dr hab. n. med. Marek Ruchała, kierownik Katedry i Kliniki Endokrynologii, Przemiany Materii i Chorób Wewnętrznych Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu, konsultant krajowy w dziedzinie endokrynologii.

Edukacja jest istotna także w odniesieniu do środowiska lekarskiego. Część lekarzy nadal nie kieruje pacjentów na badania medycyny nuklearnej, ponieważ nie zna pełnych możliwości tej dziedziny.

„Częściej jest tak, że lekarze nie kierują na te badania, ponieważ nie wiedzą, że mamy tak duże możliwości diagnostyczne, nie mówiąc już o terapeutycznych” — zaznacza prof. Rafał Czepczyński.

O potrzebie prostego, dobrze przygotowanego języka edukacji mówiła również Aleksandra Rudnicka, dziennikarka medyczna, rzeczniczka osób objętych opieką paliatywną i rzeczniczka Stowarzyszenia Onkologicznego Sanitas.

„Zauważyłam, że wiele placówek, które świadczą usługi medycyny nuklearnej, przygotowuje pacjentów. Informują o tym, co pacjenta czeka, czego nie powinien jeść, jak będzie wyglądało badanie. To bardzo ważne” — mówi Aleksandra Rudnicka.

Jak dodaje, oswojenie pacjenta z procedurą pomaga zmniejszyć lęk i zwiększa poczucie bezpieczeństwa.

Strategiczna inwestycja, nie koszt

Eksperci wskazują, że medycyna nuklearna powinna zostać potraktowana jako strategiczny element systemu ochrony zdrowia. Jej rozwój oznacza szybszą diagnostykę, trafniejsze decyzje terapeutyczne, mniej nietrafionych terapii i lepsze wykorzystanie publicznych środków.

„Medycyna nuklearna w kontekście leczniczym jest traktowana po macoszemu. To jest rzeczywisty problem, bo przecież techniki medycyny nuklearnej to jest jedna z najbardziej dynamicznie rozwijających się części medycyny” — mówi prof. dr hab. n. med. Piotr Rutkowski, chirurg onkolog, przedstawiciel Narodowego Instytutu Onkologii w Warszawie, przewodniczący Polskiego Towarzystwa Onkologicznego.

Zdaniem przedstawicieli organizacji pacjentów rozmowa z decydentami powinna jasno pokazywać, że inwestycja w diagnostykę i leczenie to nie wydatek, ale sposób na ograniczenie późniejszych kosztów systemu.

„Warto rozmawiać językiem pieniędzy. Podkreślać, że wykorzystanie technik medycyny nuklearnej płatnikowi po prostu się opłaci, a wydatki w odniesieniu do całego procesu leczniczego będą niższe” — mówi Dorota Korycińska, prezes Ogólnopolskiej Federacji Onkologicznej oraz Stowarzyszenia Neurofibromatozy Polska.

Medycyna nuklearna nie jest odległą przyszłością. To narzędzie, którego pacjenci potrzebują już dziś — w diagnostyce, kwalifikacji do leczenia, monitorowaniu terapii i coraz częściej również w samym leczeniu. Warunkiem jest jednak system, który pozwoli wykorzystać jej potencjał wtedy, kiedy dla pacjenta ma to największe znaczenie: na czas.

Żródło: inf pras

Polscy pacjenci onkologiczni coraz częściej zyskują dostęp do innowacyjnych terapii, jednak bez odpowiedniej diagnostyki molekularnej wiele z nich pozostaje jedynie teoretycznie dostępnych. Eksperci i organizacje pacjenckie alarmują, że proces wdrażania nowoczesnych badań genetycznych trwa latami i nie podlega ustawowym terminom, w przeciwieństwie do procedur refundacyjnych dotyczących leków. W efekcie chorzy mogą nie otrzymać leczenia dopasowanego do profilu genetycznego nowotworu. Zdaniem specjalistów konieczne jest pilne wprowadzenie systemowych zmian, które przyspieszą dostęp do diagnostyki warunkującej skuteczne leczenie w ramach medycyny personalizowanej.
Medycyna personalizowana opiera się na prostym mechanizmie – aby podać nowoczesny lek celowany, najpierw należy precyzyjnie zdiagnozować mutację genetyczną nowotworu. Dziś w polskim systemie ochrony zdrowia dochodzi do tragicznego w skutkach paradoksu. Departament Polityki Lekowej sprawnie refunduje innowacyjne terapie, ale brak odpowiednich procedur i wycen w koszyku świadczeń gwarantowanych uniemożliwia wykonanie badań warunkujących ich podanie.

Tysiąc dni czekania

Jaskrawym przykładem problemu jest ścieżka wprowadzania kompleksowego profilowania genomowego (CGP) – dotyczącego raka płuca i badania HRD u pacjentek z rakiem jajnika. Agencja Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji (AOTMiT) wydała pozytywną rekomendację dla badań we wrześniu 2023 roku, do dziś – po upływie niemal 1000 dni – świadczenie to nie doczekało się wdrożenia i finansowania.

– Diagnostyka genetyczna to absolutny fundament celowanego leczenia onkologicznego. Nawet najnowocześniejszy i najdroższy lek na świecie nie zadziała, jeśli najpierw nie zidentyfikujemy precyzyjnie molekularnego celu w guzie pacjenta. Dlatego szeroki i szybki dostęp do tych badań to dziś nie jest innowacyjny dodatek, ale warunek konieczny, który bezpośrednio decyduje o szansach chorego na przeżycie – podkreśla dr Andrzej Tysarowski, kierownik Centrum Genetyki i Genomiki PIM MSWiA, konsultant wojewódzki w dziedzinie laboratoryjnej genetyki medycznej na Mazowszu.
Szpitalne łóżko dla pobrania krwi, czyli systemowe marnotrawstwo 

Kolejnym obszarem wymagającym pilnej interwencji jest kwestia tzw. płynnej biopsji (ctDNA). To nieinwazyjne badanie genetyczne z krwi pozwala na wykrycie krążącego DNA nowotworu. Jest ono ratunkiem dla pacjentów, u których nie można pobrać tkanki (np. w raku płuca) lub gdy archiwalny wycinek stracił ważność (częsty problem w raku prostaty). Niestety, archaiczne przepisy wymuszają niepotrzebną hospitalizację pacjentów w celu wykonania procedury, którą z powodzeniem można by zrealizować w trybie ambulatoryjnym.

– Zmuszanie szpitali do kładzenia pacjenta na oddział wyłącznie po to, by pobrać mu krew do badania, to klasyczne marnowanie publicznych pieniędzy i blokowanie miejsc dla osób realnie potrzebujących opieki szpitalnej – podkreśla dr Michał Chrobot, prezes Polskiego Towarzystwa Koderów Medycznych. – Potrzebujemy pilnego stworzenia prostego kodu rozliczeniowego dla płynnej biopsji w trybie ambulatoryjnym. Rozwiązanie tego problemu nie wymaga rewolucji, a jedynie dostosowania koszyka świadczeń do realiów współczesnej medycyny.

System wymaga gorsetu czasowego 

Obecnie, po złożeniu przez Towarzystwa Naukowe wniosku o nowe świadczenie diagnostyczne, procedura nie podlega żadnym reżimom czasowym. Eksperci zgodnie postulują, by proces ten objąć rygorem analogicznym do tego, który funkcjonuje w ustawie refundacyjnej.

– W onkologii czas to po prostu życie. Dla pacjentów to sytuacja dramatyczna i niezrozumiała, gdy dowiadują się, że ratujący życie lek jest teoretycznie dostępny, ale z powodu braku pieczątki czy rozporządzenia na badanie nie mogą go otrzymać – podsumowuje Dorota Korycińska, Prezes Ogólnopolskiej Federacji Onkologicznej. – Oczekujemy od decydentów nałożenia na cały proces decyzyjny sztywnych ram czasowych – maksymalnie półtora roku do dwóch lat od złożenia wniosku do realnej dostępności w placówkach. Musimy przestać leczyć objawy niewydolności systemu, a zacząć wdrażać trwałe, systemowe rozwiązania.

Wdrożenie diagnostyki od 2027 roku, ale z gwarancją stabilnego finansowania

– Pragnę zapewnić, że Ministerstwo Zdrowia w pełni dostrzega kluczowe znaczenie nowoczesnej diagnostyki molekularnej w skutecznej terapii chorób nowotworowych. Pozytywnie zaopiniowane przez Prezesa AOTMiT (Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji) świadczenia związane z diagnostyką genetyczną – zaawansowane profilowanie genomowe CGP, oceniające m.in. status HRD w raku jajnika, biopsja płynna w diagnostyce raka płuca realizowana w warunkach ambulatoryjnych – zostały przez nas merytorycznie zaakceptowane do realizacji. Wdrażanie tak zaawansowanych procedur wymaga jednak pełnego i stabilnego zabezpieczenia. Ze względu na obecne uwarunkowania budżetowe oraz konieczność zachowania dyscypliny w dysponowaniu środkami publicznymi, pełna realizacja tych świadczeń została ujęta w planach i przesunięta na 2027 rok. To odpowiedzialna decyzja, która gwarantuje, że gdy pacjenci otrzymają dostęp do tych badań, ich finansowanie będzie niezagrożone, stabilne i ciągłe – tłumaczy Dominika Janiszewska-Kajka, zastępca dyrektora Departamentu Analiz i Strategii w Ministerstwie Zdrowia.  –  Jednocześnie informuję, że wielogenowe testy w raku piersi znajdują się obecnie w fazie intensywnych konsultacji. Dokładamy wszelkich starań, aby proces ich oceny przebiegał sprawnie. Ministerstwo Zdrowia doskonale rozumie i podziela głębokie poczucie pilności tych wdrożeń. Początek roku 2027 przyniesie zmianę systemową, na którą Państwo od dawna czekali – dodaje.

Zmiany w diagnostyce coraz bliżej

Choć w Polsce przyspieszono refundację innowacyjnych leków onkologicznych, dostęp do kluczowej diagnostyki genetycznej wciąż wymaga usprawnień, co utrudnia pełne wykorzystanie dostępnych terapii. Eksperci i organizacje pacjenckie podkreślają potrzebę wprowadzenia jasnych ram czasowych i uproszczenia zasad finansowania badań, aby poprawić ścieżkę pacjenta. Jednocześnie Ministerstwo Zdrowia deklaruje wdrożenie nowych świadczeń od 2027 roku, co ma zapewnić stabilne i systemowe rozwiązania w tym obszarze.

Źródło: inf pras

Rząd przyjął projekt nowelizacji ustawy o Krajowej Sieci Onkologicznej, przygotowany przez Ministerstwo Zdrowia. Zmiany mają uprościć organizację opieki onkologicznej, ograniczyć obowiązki administracyjne placówek medycznych oraz usprawnić proces leczenia pacjentów. Jednym z najważniejszych elementów reformy będzie wprowadzenie elektronicznej karty diagnostyki i leczenia onkologicznego DiLO, która od 2027 roku ma funkcjonować wyłącznie w formie cyfrowej. Projekt zakłada również większą rolę Narodowego Funduszu Zdrowia w monitorowaniu jakości leczenia oraz doprecyzowanie roli koordynatora opieki onkologicznej.
Proponowane rozwiązania są odpowiedzią na postulaty zgłaszane przez szpitale uczestniczące w Krajowej Sieci Onkologicznej. Celem zmian jest przede wszystkim umożliwienie lekarzom i placówkom większego skupienia na leczeniu pacjentów, a mniejszego na formalnościach.

Jedną z kluczowych zmian będzie wprowadzenie elektronicznej karty diagnostyki i leczenia onkologicznego, czyli karty DiLO. Dokument będzie prowadzony cyfrowo, co ma usprawnić zarówno wystawianie, jak i aktualizację danych dotyczących leczenia pacjentów onkologicznych. System ma częściowo uzupełniać informacje automatycznie dzięki integracji z systemami informatycznymi placówek medycznych.

Przewidziano okres przejściowy – do końca 2026 roku możliwe będzie korzystanie zarówno z papierowej, jak i elektronicznej wersji karty. Od 2027 roku DiLO ma funkcjonować już wyłącznie w formie elektronicznej.

Projekt zakłada także ograniczenie obowiązków administracyjnych szpitali należących do Krajowej Sieci Onkologicznej. Placówki nie będą musiały tworzyć dodatkowych systemów zapisów ani odrębnych infolinii onkologicznych. Funkcje te mają zostać przejęte przez centralne rozwiązania, takie jak e-rejestracja oraz Telefoniczna Informacja Pacjenta Narodowego Funduszu Zdrowia.

Większą rolę w systemie otrzyma również Narodowy Fundusz Zdrowia. NFZ będzie odpowiadał za monitorowanie jakości opieki onkologicznej, analizowanie danych dotyczących leczenia oraz publikowanie wyników oceny jakości. Według projektodawców ma to ograniczyć dodatkowe obowiązki sprawozdawcze nakładane na szpitale i ośrodki monitorujące.

Nowelizacja doprecyzowuje również rolę koordynatora opieki onkologicznej. Jego zadaniem będzie organizacja procesu leczenia pacjenta oraz pomoc w przechodzeniu przez kolejne etapy diagnostyki i terapii.

W projekcie pojawia się także definicja ciągłości opieki onkologicznej. Ma ona ułatwić lepsze połączenie leczenia specjalistycznego z dalszą opieką nad pacjentem, w tym z opieką realizowaną w podstawowej opiece zdrowotnej.

Zmiany obejmą również proces akredytacji placówek medycznych. Procedura ma zostać uproszczona i skrócona, co – jak wskazuje resort zdrowia – pozwoli szybciej wdrażać zaktualizowane standardy jakości i bezpieczeństwa leczenia.

Zgodnie z projektem nowe przepisy mają wejść w życie zasadniczo po 14 dniach od ogłoszenia ustawy w Dzienniku Ustaw.

Źródło: KPRM

Z okazji Dnia Służby Zdrowia Koalicja Onkozdrowia Kobiet zwraca uwagę na kluczowe wnioski raportu „Dogonić Europę – zdrowie kobiet w Polsce, perspektywa onkologiczna”. Analiza pokazuje wyraźnie: choć dostęp do terapii w ostatnich latach się poprawia, to system wciąż nie nadąża w najważniejszym miejscu – na etapie diagnostyki.
Autorzy raportu podkreślają, że punktem wyjścia dla skutecznego leczenia powinno być pełne rozpoznanie biologii choroby. Tymczasem w praktyce nadal zdarza się, że decyzje terapeutyczne podejmowane są bez kompletnej diagnostyki molekularnej i immunohistochemicznej, w tym oznaczeń czynników predykcyjnych takich jak PD-L1. Oznacza to, że pacjentki nie zawsze otrzymują leczenie najlepiej dopasowane do swojego nowotworu, a system ponosi koszty terapii, które mogą być mniej efektywne.

Rak trzonu macicy i rak płuca – dwa przykłady systemowych słabości

Skala problemu najlepiej widoczna jest na przykładzie raka trzonu macicy. W 2022 roku w Polsce odnotowano 5995 nowych przypadków i 1755 zgonów, a kraj osiągnął najwyższy w Unii Europejskiej wskaźnik umieralności – 10,6 zgonów na 100 tys. kobiet przy średniej unijnej wynoszącej 6,2. Co szczególnie niepokojące, wzrost liczby zgonów utrzymuje się od lat, mimo że leczenie operacyjne jest szeroko dostępne. Zestawienie tych danych prowadzi do wniosku, że problem nie leży wyłącznie w dostępności świadczeń, ale także w ich organizacji i jakości – w tym w rozproszeniu leczenia oraz niewystarczającym wykorzystaniu diagnostyki.

Jeszcze wyraźniej znaczenie diagnostyki widać w raku płuca, który stał się najczęstszą przyczyną zgonów onkologicznych kobiet i odpowiada już za około 17% zgonów, wyprzedzając raka piersi. Jednocześnie liczba kobiet leczonych z powodu tego nowotworu dynamicznie rośnie, co wpisuje się w obserwowany trend tzw. feminizacji raka płuca. W tym przypadku czas i jakość diagnostyki mają kluczowe znaczenie – to od nich zależy możliwość zastosowania terapii celowanych i immunoterapii. W praktyce jednak proces diagnostyczny bywa rozciągnięty w czasie, rozproszony między ośrodkami i nie zawsze obejmuje pełne badania.

Dodatkowym wyzwaniem pozostaje sposób prowadzenia diagnostyki. W wielu ośrodkach nadal stosowany jest model etapowego testowania pojedynczych markerów – choć w części, głównie większych placówek, wykonywane są już ograniczone panele badań. W praktyce oznacza to jednak niespójność systemu i uzależnienie zakresu diagnostyki od miejsca leczenia, przy jednoczesnym ograniczonym dostępie do wysokoprzepustowych metod profilowania molekularnego. Tymczasem diagnostyka powinna być personalizowana, a lekarz – w oparciu o obraz kliniczny pacjentki – powinien mieć dostęp do pełnego spektrum badań umożliwiających optymalne leczenie. Z danych NFZ za 2022 rok wynika, że jedynie około jedna trzecia pacjentów onkologicznych w Polsce miała wykonane badania molekularne, a zaawansowaną diagnostykę przeprowadzono zaledwie u 8–12% chorych.

W efekcie pacjentka może utracić szansę na kwalifikację do najlepiej dopasowanego leczenia. Oznacza to nie tylko ryzyko gorszych wyników klinicznych, ale także nieefektywne wykorzystanie środków publicznych.

Jednym z kluczowych ograniczeń pozostaje brak refundacji wysokoprzepustowych badań genetycznych, takich jak sekwencjonowanie nowej generacji (NGS), w tym kompleksowe profilowanie genomowe (CGP). Metody te umożliwiają jednoczesną analizę setek genów (nawet 300–500) oraz ocenę istotnych wskaźników, takich jak niestabilność mikrosatelitarna (MSI) czy obciążenie mutacyjne guza (TMB), które mają bezpośrednie znaczenie dla doboru terapii.

Choć nie każda pacjentka wymaga tak szerokiej diagnostyki, brak dostępu do niej w uzasadnionych klinicznie przypadkach ogranicza możliwość zastosowania najbardziej odpowiedniego leczenia. Jednocześnie system refundacyjny wciąż nie obejmuje części kluczowych technologii diagnostycznych – takich jak płynna biopsja i analiza krążącego DNA nowotworowego (ctDNA), badania wykonywane na świeżym materiale w trybie ambulatoryjnym czy kompleksowe profilowanie genomowe jako odrębna procedura.

Jak wskazują również analizy ekspertów, m.in. raport Polskiej Grupy Raka Płuca (2025), obecny model finansowania diagnostyki nie nadąża za rozwojem medycyny precyzyjnej, co w praktyce ogranicza dostęp pacjentek do nowoczesnych, skuteczniejszych terapii.

Diagnostyka to inwestycja, nie koszt

Raport wskazuje na fundamentalny problem systemowy: brak spójności między wytycznymi klinicznymi a koszykiem świadczeń finansowanych ze środków publicznych. W efekcie nowoczesna diagnostyka – choć rekomendowana – nie zawsze jest standardem w praktyce klinicznej. Dotyczy to m.in. testów wielogenowych i kompleksowego profilowania       genomowego (CGP), które w wielu krajach europejskich są stosowane od lat, podczas gdy w Polsce nadal dominują modele ograniczonej diagnostyki. Co istotne, kluczowe znaczenie ma nie koszt pojedynczego badania, lecz konsekwencje braku pełnej diagnostyki. Niedopasowane leczenie oznacza nie tylko gorsze wyniki kliniczne, ale także wyższe koszty dla systemu – związane z nieskuteczną terapią, kolejnymi liniami leczenia oraz wydłużonym procesem opieki nad pacjentką. Odpowiednio dobrana diagnostyka stanowi więc fundament trafnych decyzji terapeutycznych i efektywnego wykorzystania środków publicznych.

Eksperci zwracają również uwagę na konieczność lepszej organizacji systemu, w tym rozwój wyspecjalizowanych ośrodków kompetencji, szczególnie w obszarach takich jak rak płuca, gdzie diagnostyka i leczenie wymagają wysokiej koordynacji. Brak takiego podejścia oznacza nie tylko dłuższą ścieżkę pacjentki, ale także niższą efektywność całego systemu.

Problem ten wpisuje się w szerszy obraz zdrowia kobiet w Polsce. Nowotwory pozostają jedną z głównych przyczyn przedwczesnych zgonów – odpowiadają za 42% zgonów kobiet w wieku 45–64 lata i 27% w grupie 25–44 lata. Polska znajduje się również wśród krajów OECD o najwyższym poziomie utraconych lat życia z powodu nowotworów, co pokazuje skalę wyzwań systemowych. Jednocześnie długość życia kobiet w Polsce pozostaje o około 2–2,5 roku niższa niż średnia unijna.

Nowoczesna diagnostyka to lepsze decyzje terapeutyczne

Eksperci zwracają uwagę, że skuteczność leczenia onkologicznego kobiet zależy od całego procesu – od profilaktyki, przez diagnostykę, aż po jakość życia w trakcie i po terapii. W Polsce nadal niewystarczający pozostaje udział w badaniach przesiewowych, takich jak mammografia, a jednocześnie zbyt rzadko uwzględnia się konsekwencje leczenia, w tym m.in. menopauzę indukowaną terapią onkologiczną. To pokazuje, że poprawa wyników leczenia wymaga podejścia systemowego – obejmującego zarówno wcześniejsze wykrywanie chorób, dostęp do nowoczesnej diagnostyki, jak i kompleksową opiekę nad pacjentką.

Najważniejsze kierunki zmian wskazane w raporcie Koalicji Onkozdrowia Kobiet obejmują:

Nie możemy mówić o nowoczesnym leczeniu onkologicznym bez nowoczesnej diagnostyki. Dziś w Polsce wciąż zdarza się, że decyzje terapeutyczne podejmowane są bez pełnego obrazu biologii choroby. Tymczasem w wielu krajach Europy takie podejście jest standardem od lat. Polki nie mogą na to dłużej czekać – podkreśla Anna Kupiecka, prezes Fundacji OnkoCafe i inicjatorka Koalicji Onkozdrowia Kobiet.

Źródło danych: raport „Dogonić Europę – zdrowie kobiet w Polsce, perspektywa onkologiczna”, Warszawa 2025
Źródło: Komunikat Prasowy

Rak pęcherza moczowego pozostaje jednym z tych nowotworów, które w statystykach widać wyraźnie, ale w debacie publicznej przez długi czas zajmowały miejsce na drugim planie. Tymczasem co roku rozpoznaje się w Polsce około 7–8 tysięcy nowych przypadków, a liczba zgonów sięga 3–4 tysięcy. To choroba, która dotyczy przede wszystkim mężczyzn, wiąże się z wysokim odsetkiem nawrotów i wymaga nie tylko leczenia, ale także wieloletniego nadzoru. Problemem nie jest już wyłącznie sam dostęp do terapii. Coraz wyraźniej widać, że jednym z najsłabszych ogniw systemu pozostaje etap wcześniejszy: rozpoznanie pierwszych objawów, reakcja pacjenta, czujność lekarza podstawowej opieki zdrowotnej i sprawne skierowanie do diagnostyki urologicznej.
Największe opóźnienia powstają jeszcze przed rozpoznaniem

Jednym z najważniejszych problemów pozostaje fakt, że wielu pacjentów trafia do systemu zbyt późno. Dotyczy to zarówno momentu zgłoszenia się do lekarza, jak i dalszego przechodzenia przez ścieżkę diagnostyczną. Dr hab. n. med. Jakub Kucharz, prof. NIO-PIB, kierownik Oddziału Zachowawczego w Klinice Nowotworów Układu Moczowego Narodowego Instytutu Onkologii i członek Zarządu Polskiego Towarzystwa Onkologii Klinicznej, zwraca uwagę, że pacjenci bardzo często trafiają do specjalistów już w zaawansowanym stadium choroby. Jak dodaje, wynika to nie tylko z późnej zgłaszalności do lekarza, ale także z ograniczeń w dostępie do urologa oraz z częstych obciążeń współistniejących, które dodatkowo komplikują leczenie.

To właśnie na tym etapie rozstrzygają się późniejsze szanse chorego. Prof. Kucharz podkreśla, że w analizach ścieżki pacjenta z rakiem urotelialnym jako dwa najbardziej problematyczne odcinki wyraźnie wyłaniają się czas od wystąpienia objawów do zgłoszenia się do lekarza podstawowej opieki zdrowotnej oraz czas od wizyty u lekarza rodzinnego do konsultacji urologicznej. W jego ocenie to właśnie tutaj koncentrują się opóźnienia, które później rzutują na stadium zaawansowania choroby w momencie rozpoznania.

Krwiomocz to sygnał alarmowy, ale nie jedyny

W praktyce klinicznej najważniejszym objawem alarmowym pozostaje krwiomocz. Dr n. med. Tomasz Syryło z Polskiego Towarzystwa Urologicznego podkreśla, że „takim objawem wysoce niepokojącym, który powinien zwrócić uwagę już na etapie diagnostyki u lekarzy rodzinnych, jest bezbólowy nawracający krwiomocz, który powinien być sygnałem alarmowym i zmusić pacjentów, aby zgłosili się na diagnostykę pogłębioną do poradni lub oddziałów urologicznych”. Ten sygnał wciąż jednak zbyt często nie uruchamia wystarczająco szybkiej reakcji.

Eksperci zwracali uwagę, że problem nie polega wyłącznie na braku wiedzy pacjentów. Równie istotna jest czujność po stronie systemu ochrony zdrowia. Prof. Kucharz zaznacza, że potrzebna jest „edukacja nie tylko społeczeństwa, ale także lekarzy podstawowej opieki zdrowotnej, tak aby zachowywali odpowiednią czujność onkologiczną”. Jak dodaje, w praktyce klinicznej sposób myślenia powinien być bardzo prosty: „jeśli widzimy pacjenta z jakimikolwiek niepokojącymi objawami, najpierw należy wykluczyć nowotwór, a dopiero później rozważać inne przyczyny”.

Ta zasada ma szczególne znaczenie właśnie w raku pęcherza, ponieważ objawy bywają bagatelizowane lub tłumaczone bardziej pospolitymi przyczynami. Krwinkomocz czy krwiomocz są nieraz interpretowane jako skutek leczenia przeciwzakrzepowego, infekcji, intensywnego wysiłku fizycznego czy kamicy układu moczowego. Taki tok rozumowania może wydawać się logiczny, ale równocześnie osłabia czujność onkologiczną.

Prof. Kucharz zwraca uwagę, że nie można uspokajać się wyłącznie dlatego, że pacjent nie prezentuje klasycznego krwiomoczu. „To nie jest tak, że krwiomocz czy krwinkomocz to jedyny objaw. Pamiętajmy, że szereg innych dolegliwości – takich jak ból, uczucie niepełnego opróżnienia pęcherza czy nawracające infekcje dróg moczowych – również wymaga diagnostyki” – podkreśla. Jak dodaje, brak krwiomoczu nie powinien usypiać czujności diagnostycznej: „jeżeli chory ma objawy niepokojące, nie możemy się uspokoić tylko dlatego, że nie ma krwiomoczu. Taki pacjent wymaga diagnostyki, w tym badania cystoskopowego i wykluczenia przyczyny onkologicznej”.

Nie ma prostego screeningu, więc kluczowa pozostaje wczesna diagnostyka objawowa

Rak pęcherza moczowego należy do tych nowotworów, dla których nie istnieje dziś prosty i skuteczny program badań przesiewowych na poziomie populacyjnym. Jak przypominała przedstawicielka Ministerstwa Zdrowia Agnieszka Molenda-Wiśniewska, w praktyce jedynym badaniem, które może zwrócić uwagę na problem już na poziomie podstawowej opieki zdrowotnej, pozostaje badanie ogólne moczu. To właśnie ono może ujawnić obecność krwiomoczu i stać się punktem wyjścia do dalszej diagnostyki.

Dr n. med. Tomasz Syryło z Polskiego Towarzystwa Urologicznego podkreśla, że w takiej sytuacji kolejnym krokiem powinno być badanie obrazowe, ale wykonane w sposób pozwalający na rzeczywistą ocenę pęcherza moczowego. „Kolejnym badaniem po badaniu ogólnym moczu, które wskazuje na obecność krwiomoczu makroskopowego albo mikroskopowego, jest badanie USG. Apelujemy do lekarzy rodzinnych, aby zlecali je z pełnym pęcherzem moczowym, ponieważ tylko wypełniony pęcherz sprawia, że badanie może być diagnostyczne” – zaznacza.

Jednocześnie eksperci przypominają, że mimo wielu lat badań nadal nie udało się opracować prostego markera, który mógłby stać się podstawą populacyjnego screeningu raka pęcherza. Jak mówi dr Syryło, „cały czas trwają poszukiwania uniwersalnego markera – zarówno w moczu, jak i we krwi – który pozwoliłby na wczesne wykrywanie raka urotelialnego. Na razie nie mamy jednak markerów o takiej czułości i swoistości, które umożliwiałyby wprowadzenie powszechnych badań przesiewowych”.

System ma narzędzia, ale nie zawsze wykorzystuje je odpowiednio wcześnie

W praktyce oznacza to, że ciężar wczesnego wykrywania nadal opiera się głównie na czujności klinicznej i sprawności organizacyjnej systemu. A z tym, bywa różnie. Dr Bernard Waśko z Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego i członek Krajowej Rady Onkologicznej przypominał, że właśnie w tej „przedszpitalnej” części ścieżki kryją się największe rezerwy poprawy. Jego zdaniem jeden z kluczowych problemów polega na niewystarczającym wykorzystaniu karty DILO na odpowiednio wczesnym etapie. Jak podkreślał, w części województw karta bywa zakładana dopiero w szpitalu, przed konsylium, co podważa jej sens jako narzędzia przyspieszającego diagnostykę. „Mamy w Polsce bardzo zróżnicowaną sytuację. Mamy wiele do zrobienia w tej części przedszpitalnej diagnostyki, ale mamy do tego narzędzia i zróbmy tak, żeby te narzędzia były stosowane” – mówił.

Rak pęcherza moczowego jest chorobą, w której czas ma wyjątkowo duże znaczenie. Dr Syryło zwraca uwagę, że Polska nie odstaje znacząco od ośrodków europejskich, jeśli chodzi o wyposażenie czy możliwości techniczne. „Problem dotyczy przede wszystkim czasu – zarówno momentu, w którym pacjent trafia do urologa, jak i czasu potrzebnego do podjęcia leczenia radykalnego” – zaznacza. Jak dodaje, diagnostyka pogłębiona, wymagająca badań obrazowych, często się wydłuża, a pacjenci nierzadko zbyt długo oczekują również na sam zabieg. Tymczasem – podkreśla ekspert – cystektomia radykalna powinna zostać wykonana możliwie szybko: „najpóźniej w ciągu około 90 dni, czyli trzech miesięcy. Jeżeli czas oczekiwania jest dłuższy, przekłada się to bezpośrednio na gorsze wyniki leczenia”.

To nie jest jedna choroba i nie wystarcza jedno podejście terapeutyczne

Rak pęcherza moczowego jest chorobą wyraźnie niejednorodną. Jak przypomina dr Syryło, około 70 proc. przypadków stanowią nowotwory powierzchowne, natomiast około 30 proc. – nowotwory naciekające, które wiążą się z odmiennym rokowaniem i wymagają innej strategii leczenia. W wielu przypadkach podstawową metodą terapii pozostaje elektroresekcja przezcewkowa guza pęcherza moczowego wykonywana w oddziałach urologii, która na tym etapie bywa leczeniem wystarczającym. W postaciach naciekających konieczne jest jednak leczenie radykalne, w tym cystektomia, czyli jedna z najbardziej rozległych operacji w urologii.

W tym kontekście środowisko kliniczne coraz częściej zwraca uwagę na potrzebę objęcia refundacją cystektomii wykonywanej z wykorzystaniem chirurgii robotycznej. Dr Syryło podkreśla, że „pacjenci odnoszą z zastosowania tej metody największą korzyść”, apelując jednocześnie do decydentów o rozważenie finansowania tej techniki. Przy tak rozległym zabiegu potencjalne korzyści wynikające z zastosowania chirurgii robotycznej mogą mieć dla chorych szczególne znaczenie.

Nowoczesne leczenie jest dostępne szerzej niż kilka lat temu, ale nadal niepełnie

Nie oznacza to jednak, że w ostatnich latach nie nastąpił postęp. Przeciwnie – rak pęcherza moczowego przestał być obszarem całkowicie pomijanym w nowoczesnym leczeniu systemowym. Prof. Kucharz przypomina, że jeszcze kilka lat temu możliwości terapeutyczne w raku urotelialnym były bardzo ograniczone. „Jeszcze niedawno nie mieliśmy żadnej nowoczesnej terapii dla tych chorych. Program lekowy w ogóle nie istniał w tej chorobie” – zauważa.

Dziś sytuacja wygląda inaczej. „Pojawiło się wiele nowych możliwości leczenia i można powiedzieć, że znacząca część wartościowych opcji terapeutycznych jest już dostępna dla naszych pacjentów” – podkreśla onkolog.

W tym sensie system przeszedł wyraźną zmianę. Ministerstwo Zdrowia wskazywało, że program lekowy B.141 obejmuje kilka opcji terapeutycznych, zależnie od stopnia zaawansowania choroby: leczenie uzupełniające, podtrzymujące, immunoterapię w chorobie miejscowo zaawansowanej lub przerzutowej, terapie celowane oraz leczenie skojarzone w pierwszej linii u wybranych pacjentów. Z przedstawionych danych wynikało również, że liczba chorych włączanych do programu systematycznie rośnie: z nieco ponad 300 pacjentów w 2023 roku do 894 osób w 2024 roku, a po 11 miesiącach 2025 roku już do 1375 pacjentów. Wydatki na ten obszar przekroczyły 140 mln zł.

Środowisko kliniczne przyznaje, że dostęp do leczenia poprawił się w ostatnich latach w sposób znaczący, ale jednocześnie nie ukrywa, że nadal pozostają istotne luki. Jedną z nich jest pełna dostępność terapii skojarzonych w pierwszej linii leczenia zaawansowanego raka urotelialnego. Organizacje pacjenckie zwracały uwagę, że to właśnie ten brakujący element mógłby dopełnić obecny program lekowy i jeszcze bardziej zbliżyć polską praktykę do aktualnych standardów międzynarodowych. Wśród rozwiązań wskazywano przede wszystkim schemat łączący immunoterapię pembrolizumabem z koniugatem przeciwciało–lek enfortumabem wedotyną, który w badaniach klinicznych wykazał wyraźną poprawę wyników leczenia w porównaniu z dotychczasowym standardem terapii. W sytuacji, gdy takie leczenie ma już ugruntowaną pozycję w międzynarodowych wytycznych i wykazuje przewagę pod względem przeżycia całkowitego lub czasu wolnego od progresji choroby, długie oczekiwanie na decyzję refundacyjną przekłada się na realne konsekwencje dla pacjentów.

Warto przy tym zauważyć, że poprawa dostępu do nowych terapii nie rozwiązuje wszystkich problemów automatycznie. Prof. Kucharz słusznie zaznacza, że na ocenę wpływu nowych refundacji na przeżycie czy czas wolny od nawrotu potrzebny jest dłuższy okres obserwacji. Zmiany w programie lekowym są stosunkowo świeże, w dużej mierze z ostatnich 2–3 lat, dlatego skutki systemowe będą widoczne dopiero z czasem. Nie zmienia to jednak faktu, że kierunek zmian jest oceniany jako ważny i potrzebny.

Chirurgia robotyczna i radioterapia

Równolegle do leczenia systemowego rozwija się również chirurgia robotyczna. Ministerstwo informowało, że liczba takich operacji rośnie, a zabiegi są koncentrowane w głównych ośrodkach, co ma sprzyjać zarówno jakości leczenia, jak i bezpieczeństwu chorych. Przy najbardziej złożonych operacjach znaczenie ma nie tylko dostęp do technologii, ale także doświadczenie zespołu oraz pełne zaplecze diagnostyczne i pooperacyjne.

W dyskusji pojawił się też wątek radioterapii, o którym – jak zauważył prof. Krzysztof Składowski, konsultant krajowy w dziedzinie radioterapii onkologicznej – mówi się przy raku pęcherza rzadziej niż o chirurgii czy leczeniu systemowym. Nie oznacza to jednak, że radioterapia nie ma znaczenia. Profesor przypominał, że nie jest to metoda pierwszego wyboru w leczeniu zasadniczym, ale pozostaje ważną opcją uzupełniającą po nieradykalnych zabiegach oraz w leczeniu nieoperacyjnych nawrotów. „To leczenie może przynieść naprawdę ewidentny zysk w postaci długiego przeżycia, wieloletniego nawet przeżycia” – mówił.

Rak pęcherza to choroba przewlekła także po zakończeniu leczenia

Osobnym, ale bardzo istotnym problemem jest przewlekły charakter tej choroby. Jak przypominała przedstawicielka resortu zdrowia, rak pęcherza moczowego wiąże się z bardzo wysokim odsetkiem nawrotów, sięgającym 50–70 proc., zwłaszcza w postaciach nienaciekających. To oznacza, że pacjent nie znika z systemu po zakończeniu leczenia radykalnego. Wymaga wieloletnich kontroli, nadzoru urologicznego i onkologicznego, a niekiedy ponownych interwencji. W 2023 roku w Polsce leczonych lub monitorowanych było 58 tysięcy pacjentów z tym rozpoznaniem, a liczba ta w ciągu pięciu lat wzrosła o około 20 proc.

To właśnie dlatego dyskusja o raku pęcherza nie może ograniczać się do samej dostępności do leków. Równie ważne są organizacja diagnostyki, jakość ścieżki pacjenta, sprawność współpracy między POZ, AOS i leczeniem szpitalnym oraz to, czy system faktycznie wychwytuje chorych na etapie, kiedy nowotwór jest jeszcze ograniczony do pęcherza. Z perspektywy klinicznej i zdrowia publicznego to właśnie tu znajduje się największy potencjał poprawy wyników.

Bez edukacji i czujności onkologicznej system nadal będzie reagował zbyt późno

Nieprzypadkowo więc tak mocno wybrzmiewał wątek edukacji. Dotyczy on nie tylko pierwszych objawów, ale także czynników ryzyka. Jednym z najważniejszych pozostaje palenie tytoniu, nadal zbyt rzadko kojarzone społecznie z rakiem pęcherza moczowego. Tymczasem eksperci przypominali, że to właśnie tytoń jest głównym czynnikiem etiologicznym tej choroby. Zwracano też uwagę na narażenia zawodowe, zwłaszcza w grupach mających kontakt z substancjami chemicznymi, w tym w przemyśle chemicznym, petrochemicznym czy w służbach narażonych na ekspozycję na dym i związki toksyczne.

Z tego wszystkiego wyłania się obraz choroby, która z jednej strony jest dziś lepiej leczona niż jeszcze kilka lat temu, ale z drugiej nadal zbyt często rozpoznawana zbyt późno. I być może właśnie w tym tkwi sedno problemu. W raku pęcherza moczowego nie wystarczy już mówić tylko o kolejnych technologiach i refundacjach, choć one pozostają ważne. Równie ważne jest to, czy pacjent z pierwszym objawem trafi do właściwej diagnostyki odpowiednio wcześnie, czy lekarz nie zbagatelizuje sygnału ostrzegawczego, czy system nie zatrzyma chorego w kolejkach i rozproszonej ścieżce, zanim w ogóle rozpocznie się leczenie.

Źródło: opracowanie redakcyjne na podstawie posiedzenia Podkomisji stałej do spraw onkologii „Rozpatrzenie informacji na temat systemu opieki nad pacjentami z podejrzeniem lub rozpoznaniem raka pęcherza moczowego”, 26 marca 2026 r.; cytowane wypowiedzi pochodzą z tego posiedzenia.

Od drugiego kwartału 2026 r. Narodowy Fundusz Zdrowia wprowadzi nowy sposób rozliczania nadwykonań w części ambulatoryjnych świadczeń diagnostycznych kosztochłonnych. Zmiany dotyczą czterech obszarów diagnostyki: tomografii komputerowej, rezonansu magnetycznego, gastroskopii oraz kolonoskopii. Zgodnie z zarządzeniem Prezesa NFZ z 31 marca 2026 r. nowe zasady obejmą świadczenia udzielane od 1 kwietnia 2026 r., natomiast badania wykonane w pierwszym kwartale tego roku zostaną rozliczone na dotychczasowych zasadach.

Zmiany są efektem konsultacji społecznych projektu przedstawionego przez Fundusz w marcu. Ostateczna wersja rozwiązań została zmodyfikowana po uwagach środowiska medycznego i organizacji świadczeniodawców. Najważniejsza korekta dotyczy wysokości współczynników finansowania nadwykonań – zostały one podniesione względem pierwotnej propozycji.

Nowe przepisy zostały wprowadzone zarządzeniem nr 34/2026/DSOZ zmieniającym wcześniejsze regulacje dotyczące zawierania i realizacji umów w ambulatoryjnej opiece specjalistycznej.

Nielimitowane świadczenia, ale inne rozliczanie nadwykonań

Podstawowa zasada pozostaje bez zmian – diagnostyka w tych obszarach nadal ma charakter świadczeń nielimitowanych. Oznacza to, że placówki mogą wykonywać badania także po wyczerpaniu wartości kontraktu zawartego z NFZ. Zmienia się natomiast sposób finansowania świadczeń wykonanych ponad wartość umowy.

Po przekroczeniu kwoty określonej w kontrakcie zastosowanie będzie miał współczynnik korygujący, czyli stawka degresywna. W praktyce oznacza to, że nadwykonania nie będą finansowane w pełnej wysokości ceny świadczenia.

W ostatecznej wersji regulacji ustalono następujące poziomy finansowania:
W zarządzeniu zapisano również, że rozliczenie tych świadczeń będzie następować na wniosek świadczeniodawcy składany do końca miesiąca następującego po zakończeniu okresu rozliczeniowego, w którym nastąpiło przekroczenie wartości kontraktu.

Jednocześnie wprowadzono istotną zmianę organizacyjną: rozliczenie nadwykonań ma następować po zakończeniu roku, a nie – jak dotychczas – po zakończeniu kwartału.

Zmiany po konsultacjach społecznych

Projekt nowych zasad finansowania nadwykonań został opublikowany przez NFZ w marcu 2026 r. i skierowany do konsultacji publicznych. W toku konsultacji napłynęły uwagi od ponad 240 podmiotów – w tym organizacji świadczeniodawców, samorządów zawodowych oraz konsultantów krajowych.

Jak wynika z uzasadnienia zarządzenia, najczęściej zgłaszane zastrzeżenia dotyczyły przede wszystkim:
W odpowiedzi na te uwagi Fundusz zdecydował się zmodyfikować projekt. Najważniejszą zmianą było podwyższenie proponowanych współczynników finansowania nadwykonań. W pierwotnej propozycji zakładano poziom 40 proc. wartości świadczenia, ostatecznie jednak podniesiono go do 50 proc. w diagnostyce obrazowej i 60 proc. w endoskopii.

Dodatkowo uwzględniono postulaty dotyczące przesunięcia terminu wejścia zmian w życie. Początkowo miały one obowiązywać od początku roku, ostatecznie jednak zdecydowano o ich wprowadzeniu od 1 kwietnia 2026 r.

Wyłączenia ze zmian

Nowy sposób rozliczania nadwykonań nie obejmie wszystkich świadczeń diagnostycznych. Zmiany dotyczą wyłącznie czterech procedur zaliczanych do ambulatoryjnych świadczeń diagnostycznych kosztochłonnych.

Jednocześnie z regulacji wyłączono kilka grup pacjentów i programów zdrowotnych. Nowe zasady nie obejmują świadczeń udzielanych:
W przypadku pacjentów onkologicznych diagnostyka jest finansowana w ramach pakietu onkologicznego i podlega odrębnym zasadom rozliczeń.

Jak podkreśla wiceprezes NFZ Jakub Szulc:
„W momencie, kiedy posługujemy się kartą DiLO, to wchodzimy również w rygor określonych terminów, jeśli chodzi o konieczność przeprowadzenia diagnostyki i rozpoczęcia leczenia”.

Z kolei prezes NFZ Filip Nowak zaznacza, że wprowadzane zmiany mają wzmocnić priorytet pacjentów onkologicznych w dostępie do diagnostyki:
„Obecnie wprowadzane rozwiązania to przywrócenie priorytetu pacjentom onkologicznym. Pamiętajmy, że dziś wciąż część pacjentów jest poza DiLO, a zmiany, które wprowadzamy, pomogą tych pacjentów włączyć do szybkiej ścieżki onkologicznej i sprawią, że najbardziej potrzebujący dostaną pomoc w pierwszej kolejności”.

Rosnące koszty diagnostyki

Jednym z głównych powodów wprowadzenia nowych zasad rozliczeń jest rosnąca presja na budżet Narodowego Funduszu Zdrowia. W ostatnich latach wydatki na diagnostykę ambulatoryjną wzrosły znacznie szybciej niż liczba wykonywanych świadczeń.
Jak wskazuje NFZ, w ciągu czterech lat – między 2021 a 2025 rokiem – średni koszt finansowanych badań wzrósł bardzo dynamicznie:
Jednocześnie liczba wykonywanych świadczeń w ambulatoryjnej opiece specjalistycznej wzrosła jedynie o około 20 proc., podczas gdy ich wartość zwiększyła się o ponad 150 proc.

Jak podkreśla prezes NFZ Filip Nowak:
„Największy udział w świadczeniach nielimitowanych mają świadczenia w zakresie Ambulatoryjnej Opieki Specjalistycznej. Na przestrzeni lat liczba wykonanych świadczeń w tym zakresie wzrosła zaledwie o 20%, ale ich wartość aż o 152%. Kupujemy więc tylko nieco więcej świadczeń za ogromne pieniądze”.

Dodatkowym obciążeniem dla budżetu Funduszu są koszty wynikające z ustawowych podwyżek wynagrodzeń w ochronie zdrowia. Według danych NFZ w 2026 r. skumulowany koszt rekomendacji Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji związanych m.in. z finansowaniem wzrostu wynagrodzeń przekroczy 70 mld zł, czyli ponad jedną trzecią planu finansowego Funduszu.

Diagnostyka jako rynek kontraktów

Fundusz zwraca również uwagę na specyfikę rynku diagnostyki obrazowej i endoskopii. W wielu pracowniach badania wykonywane są przez lekarzy zatrudnionych na kontraktach, a wynagrodzenie specjalistów często stanowi procent wartości procedury.

Według NFZ aż 95 proc. personelu lekarskiego w tych obszarach pracuje w formule kontraktowej.

Jak podkreśla wiceprezes NFZ Jakub Szulc:
„Propozycja, z którą wychodzimy, ma dać narzędzia pracodawcom do zapanowania nad galopującymi stawkami na medycznym rynku pracy. Musimy bowiem dbać o jak najbardziej racjonalne wydatkowanie środków przy budżecie, którym dysponujemy”.

Nieprawidłowości w rozliczeniach badań

Dodatkowym impulsem do zmian były wyniki kontroli przeprowadzonych przez NFZ w pracowniach diagnostyki obrazowej. Kontrole wykazały przypadki nieprawidłowego rozdzielania badań wykonywanych u jednego pacjenta.

Jak wskazuje Fundusz, zdarzały się sytuacje, w których pacjent wymagający badania kilku odcinków kręgosłupa był kierowany na kilka oddzielnych badań rezonansu magnetycznego w krótkich odstępach czasu, często na podstawie kilku oddzielnych skierowań.

Tymczasem – jak podkreśla NFZ – w wielu przypadkach diagnostyka mogłaby zostać wykonana podczas jednego badania.

W trakcie kontroli stwierdzono tego rodzaju nieprawidłowości w ponad 8,2 tys. badań rezonansu magnetycznego spośród około 12 tys. analizowanych przypadków. W efekcie koszt badań został zawyżony o ponad 1 mln zł, przy łącznej wartości świadczeń wynoszącej około 4,9 mln zł.

Zespół ekspertów i nowe standardy

Wraz z wprowadzeniem nowych zasad finansowania nadwykonań prezes NFZ powoła również specjalny zespół ekspertów. W jego skład wejdą przedstawiciele środowiska medycznego, w tym konsultant krajowa w dziedzinie radiologii i diagnostyki obrazowej prof. Edyta Szurowska.
Zespół ma przygotować m.in.:
Fundusz zapowiada również stały monitoring realizacji świadczeń diagnostycznych, aby ocenić rzeczywiste skutki wprowadzonych zmian dla dostępności badań.

Oczekiwany efekt finansowy

Według szacunków NFZ zmiana sposobu rozliczania nadwykonań w czterech obszarach ambulatoryjnej diagnostyki kosztochłonnej pozwoli uwolnić około 625 mln zł rocznie.
Środki te – jak deklaruje Fundusz – mają zostać wykorzystane przede wszystkim na utrzymanie priorytetowego dostępu do diagnostyki dla pacjentów wymagających pilnej interwencji medycznej, w tym chorych onkologicznych.

Źródła: Narodowy Fundusz Zdrowia – komunikat „Zmiany w finansowaniu nadwykonań po konsultacjach społecznych” (31.03.2026); Zarządzenie nr 34/2026/DSOZ Prezesa Narodowego Funduszu Zdrowia z 31 marca 2026 r. zmieniające zarządzenie w sprawie określenia warunków zawierania i realizacji umów w rodzaju ambulatoryjna opieka specjalistyczna.

Polska onkologia działa dziś pod podwójną presją. Z jednej strony rośnie liczba pacjentów, świadczeń i publicznych nakładów, z drugiej coraz wyraźniej widać, że sam wzrost finansowania nie rozwiązuje problemów związanych z organizacją diagnostyki, dostępnością badań i rzeczywistą drogą pacjenta od podejrzenia choroby do rozpoczęcia leczenia. W tle pozostaje także pytanie, czy system rzeczywiście nadąża za współczesną medycyną precyzyjną, skoro coraz więcej decyzji terapeutycznych zależy nie od samego rozpoznania nowotworu, lecz od jakości, kompletności i szybkości diagnostyki.
Skala wyzwania jest duża. Jak wskazywała Dominika Janiszewska-Kajka, zastępca dyrektora Departamentu Analiz i Strategii Ministerstwa Zdrowia, „Karta DiLO stanowi podstawowy instrument organizujący przyspieszoną ścieżkę diagnostyczno-terapeutyczną w onkologii. Na dzień 4 marca 2026 roku wystawiono ponad 71 tys. kart DiLO. Największy udział w ich wystawieniu ma ambulatoryjna opieka specjalistyczna – 47%, podstawowa opieka zdrowotna odpowiada za około 35%, a leczenie szpitalne za 18%. W ujęciu wieloletnim obserwujemy stały wzrost liczby wystawianych kart DiLO. Zjawisko to nasiliło się po 2020 roku, a w latach 2023–2025 osiągnęło najwyższy poziom.”
Rosnąca liczba kart nie oznacza jednak automatycznie sprawnej diagnostyki. Jak zaznaczała przedstawicielka resortu zdrowia, „Z danych NFZ wynika, że diagnostyka wstępna została zrealizowana w przewidzianym terminie w 58% przypadków, natomiast diagnostyka pogłębiona w 65% przypadków. Dane za 2026 rok wskazują na obniżenie poziomu terminowości diagnostyki onkologicznej.”
W tym samym czasie rośnie skala świadczeń onkologicznych i ich finansowanie. Jak wskazywała Dominika Janiszewska-Kajka, „W latach 2023–2025 systematycznie rosła liczba pacjentów korzystających ze świadczeń onkologicznych – z około 2,5 mln do 2,6 mln. Wartość refundacji świadczeń onkologicznych wzrosła z 21 mld zł w 2023 roku do 26,8 mld zł w 2025 roku. W 2025 roku refundacja leczenia szpitalnego przekroczyła 22,5 mld zł, podczas gdy ambulatoryjna opieka specjalistyczna wynosiła niespełna 2 mld zł. Istotne znaczenie dla możliwości finansowania świadczeń w 2026 roku ma przekazanie do NFZ dodatkowych 4 mld zł, co zwiększyło dotację podmiotową do poziomu 30 mld zł.”

DiLO jako narzędzie monitorowania

Karta DiLO została wprowadzona jako mechanizm monitorowania diagnostyki onkologicznej. Jak mówił dyrektor Instytutu Zdrowia Publicznego Bernard Waśko, „Karta DiLO służy monitorowaniu diagnostyki w określonych przedziałach czasowych – odpowiednio około 3–4 tygodni dla diagnostyki wstępnej i pogłębionej. Jeżeli spojrzymy na dane zagregowane, to mniej więcej dwie trzecie pacjentów mieści się w tych terminach, około 60% (…) Na pierwszy rzut oka wygląda to więc całkiem nieźle. Natomiast jest to obraz tylko powierzchowny.
Ograniczeniem pozostaje fakt, że system obejmuje tylko pacjentów, którzy od początku zostali włączeni do ścieżki DiLO. „Te czasy możemy mierzyć tylko dla pacjentów, którzy mają założoną kartę DiLO od początku podejrzenia choroby. Natomiast ucieka nam z radaru duża grupa pacjentów leczonych poza systemem DiLO. To jest problem systemowy (…)” – wskazywał Bernard Waśko.
W skali kraju liczba kart może sprawiać wrażenie spójnej z epidemiologią chorób nowotworowych. „Za 2024 rok mamy około 403 tysięcy wystawionych kart DiLO. Jeśli porównamy to z liczbą zachorowań na nowotwory w Polsce, która wynosi nieco poniżej 200 tysięcy rocznie, to relacja kart DiLO do potwierdzonych rozpoznań wynosi nieco powyżej dwa do jednego (…) Problem tkwi jednak w tym, na jakim etapie ta karta jest zakładana.
Kluczowe znaczenie ma moment jej wystawienia. „Istotą problemu jest to, czy karta DiLO zakładana jest na etapie POZ, w AOS, czy dopiero w szpitalu. Karty zakładane w szpitalu również mieszczą się w statystyce, ale w rzeczywistości diagnostyka już wtedy się zakończyła (…) De facto ci pacjenci znikają nam z systemu monitorowania” – mówił Bernard Waśko.
Różnice widać szczególnie w analizach regionalnych. „Jeżeli spojrzymy głębiej w dane, widać ogromne różnice między województwami. W niektórych regionach, jak podkarpackie, lubelskie czy lubuskie, około 40% kart DiLO zakładanych jest dopiero w szpitalu (…) Jednocześnie w tych samych województwach tylko około 10–14% kart zakładanych jest w POZ. Tymczasem są też województwa, w których w POZ zakłada się ponad 40% kart, a w szpitalach zaledwie 7–8%.”
Jednym z planowanych rozwiązań jest wprowadzenie elektronicznej karty e-DiLO. Jak wskazywał Bernard Waśko, „Środkiem zaradczym ma być wprowadzenie elektronicznej karty e-DiLO jako obowiązkowego narzędzia w diagnostyce i leczeniu onkologicznym. Pozwoli to zapewnić kompletność danych i możliwość rzeczywistego monitorowania całego procesu diagnostycznego (…)”
W tym kierunku zmierzają także zapowiadane zmiany organizacyjne. Ministerstwo Zdrowia zapowiedziało wprowadzenie obowiązkowej karty DiLO oraz silniejsze powiązanie ścieżki pacjenta z zaleceniami diagnostyczno-terapeutycznymi i oceną jakości w ramach Krajowej Sieci Onkologicznej.
Znaczenie etapu diagnostycznego widać również w danych epidemiologicznych. „Polska ma o około 10% gorsze wskaźniki umieralności z powodu nowotworów niż średnia unijna. Jednocześnie zachorowalność jest u nas niższa niż w wielu krajach UE (…) W dużej mierze wynika to z problemów na etapie opieki przedszpitalnej” – wskazywał Bernard Waśko.
Na problem zwracają uwagę także organizacje pacjenckie. Z danych przywoływanych przez Fundację Onkologiczną Alivia wynika, że znaczna część leczenia niektórych nowotworów odbywa się poza ścieżką DiLOw przypadku raka gruczołu krokowego nawet około 70%, podczas gdy w raku piersi około 5%. Badanie ankietowe fundacji wskazało również, że jedna trzecia pacjentów otrzymała rozpoznanie po ponad trzech miesiącach od pojawienia się pierwszych objawów, a blisko 20% czekało na diagnozę ponad pół roku.
Dyskusję uzupełnił wątek finansowania diagnostyki obrazowej. W konsultacjach publicznych pojawiła się propozycja zmian w rozliczaniu nadwykonań badań takich jak tomografia komputerowa, rezonans magnetyczny, kolonoskopia czy gastroskopia, zakładająca rozliczenie części świadczeń po zakończeniu okresu rozliczeniowego z zastosowaniem współczynnika 0,40. Badania obrazowe pozostają jednym z podstawowych elementów diagnostyki onkologicznej, dlatego sposób ich finansowania ma bezpośredni wpływ na dostępność diagnostyki i czas rozpoznania choroby.
Właśnie dlatego tak ważne wydaje się powiązanie przyszłej obowiązkowej e-DILO z rozliczaniem świadczeń i wskaźnikami jakości w ramach Krajowej Sieci Onkologicznej. Ministerstwo Zdrowia zapowiedziało, że od stycznia karta DiLO ma stać się obowiązkowa, a ścieżka pacjenta będzie coraz silniej powiązana z zaleceniami diagnostyczno-terapeutycznymi i oceną jakości. Jeżeli te rozwiązania zostaną konsekwentnie wdrożone, mogą pomóc ograniczyć sytuację, w której system formalnie premiuje monitorowanie, a praktycznie wynagradza jego omijanie.

Medycyna precyzyjna nie działa bez uporządkowanej genetyki

Drugim dużym obszarem wyzwań pozostaje organizacja diagnostyki genetycznej i molekularnej. Współczesna onkologia coraz rzadziej opiera się wyłącznie na rozpoznaniu histopatologicznym. Coraz częściej o doborze terapii decydują warianty genetyczne, profile molekularne i markery predykcyjne, a także możliwość wykonania badań w odpowiedniej kolejności, czasie i jakości. W praktyce oznacza to, że genetyka przestaje być dodatkiem do leczenia, a staje się jego elementem warunkującym właściwą terapię.
Jak wskazywała dr hab. Edyta Borkowska, konsultantka krajowa w dziedzinie laboratoryjnej genetyki medycznej, „Wszystkim nam zależy na tym, aby diagnostyka onkologiczna była jak najbardziej spersonalizowana. Każdy z nas może mieć inne zmiany genetyczne i to właśnie w oparciu o te zmiany możemy być skutecznie leczeni.” Za tym podejściem stoi jednak pytanie o organizację systemu badań: gdzie powinny być wykonywane, kto odpowiada za ich interpretację i jakie standardy powinny obowiązywać.
Prof. Borkowska przypominała, że badania genetyczne i molekularne powinny być realizowane w medycznych laboratoriach diagnostycznych, których funkcjonowanie reguluje ustawa o medycynie laboratoryjnej. W praktyce organizacyjnej pojawiają się jednak rozwiązania, które powodują rozproszenie kompetencji w tym obszarze. W takim modelu szczególnego znaczenia nabiera nie tylko samo wykonanie badania, lecz także sposób interpretacji wyników.
Jak podkreślała konsultantka krajowa, „Technika NGS to nie jest jedna metoda. Mamy sekwencjonowanie pierwszej, drugiej, trzeciej, a nawet czwartej generacji, a każde z tych podejść wymaga wielu lat doświadczenia, aby odpowiedzialnie interpretować wyniki badań. Absolutnie najważniejszym etapem jest interpretacja danych. Odbywa się ona w oparciu o narzędzia bioinformatyczne i bazy danych klinicznych, które pozwalają na właściwą klasyfikację wariantów. Cała trudność polega na rozróżnieniu, który wariant jest patogenny, a który łagodny. To naprawdę nie jest łatwe zadanie i wymaga dużego doświadczenia.”
W tej perspektywie kluczowe znaczenie ma analiza i autoryzacja wyniku, który może bezpośrednio wpływać na decyzję terapeutyczną. Jednocześnie problem nie wynika wyłącznie z dostępności specjalistów. Jak zaznaczała prof. Borkowska, „W Polsce jest obecnie około 280 specjalistów laboratoryjnej genetyki medycznej. Pod ich nadzorem mogą pracować zespoły diagnostów i innych specjalistów, więc jesteśmy w stanie zapewnić tę diagnostykę. Diagnostyka działa najlepiej, gdy mamy duży wolumen próbek. Bardzo proszę, aby kierować ich jak najwięcej – każda próbka, która do nas trafia, na pewno zostanie przeanalizowana. Martwimy się raczej tymi próbkami, które mogłyby do nas trafić, a nie trafiają.
W dyskusji pojawił się także wątek standardów jakości w patomorfologii. Ministerstwo Zdrowia pracuje nad wprowadzeniem docelowego systemu akredytacji zakładów patomorfologii. Wcześniejsze standardy funkcjonowały w formie pilotażu, w którym jednostki spełniające określone wymagania mogły uzyskać czasowy certyfikat akredytacyjny i rozliczać badania na uprzywilejowanych zasadach. Nowe rozwiązania mają wprowadzić stały system akredytacji jakościowej i uporządkować zasady funkcjonowania tych jednostek w systemie ochrony zdrowia.
Zmiany te mają również doprecyzować podział kompetencji między patomorfologią a diagnostyką genetyczną, ponieważ obie dziedziny pełnią w procesie diagnostycznym różne, ale uzupełniające się funkcje. W tym kontekście prof. Borkowska wskazywała: „Czy naprawdę Ministerstwo uważa, że patomorfolodzy – według obecnego programu specjalizacji – są grupą zawodową kompetentną do nadzoru i autoryzacji wyników badań genetycznych? Bardzo prosiłabym o uspójnienie regulacji i przywrócenie jednolitej ścieżki wykonywania badań genetycznych – tam, gdzie od początku były projektowane, czyli w medycznych laboratoriach diagnostycznych.”
Podobny problem organizacyjny sygnalizowała dr hab. Małgorzata Oczko-Wojciechowska z Narodowego Instytutu Onkologii w Gliwicach. W praktyce część mniejszych ośrodków zleca pojedyncze, fragmentaryczne badania molekularne, co prowadzi do zużycia ograniczonego materiału tkankowego zanim trafi on do ośrodka zdolnego wykonać pełną diagnostykę. W takich sytuacjach może pojawić się konieczność ponownego pobrania materiału lub ograniczenie możliwości dalszych analiz. Ekspertka zwracała również uwagę na ograniczoną dostępność poradnictwa genetycznego dla pacjentów z podejrzeniem nowotworów dziedzicznych.

Testy wielogenowe: nie każda pacjentka potrzebuje chemioterapii

Jednym z przykładów roli diagnostyki molekularnej w podejmowaniu decyzji terapeutycznych są testy wielogenowe stosowane u części pacjentek z rakiem piersi. Ich zastosowanie dotyczy ściśle określonej grupy chorych i sytuacji klinicznej, w której klasyczna ocena patomorfologiczna nie pozwala jednoznacznie określić optymalnej strategii leczenia.
Jak wyjaśniała prof. Renata Duchnowska, specjalistka w dziedzinie onkologii klinicznej, „W raku luminalnym HER2-ujemnym we wczesnym stadium często nie jesteśmy w stanie, na podstawie samych czynników kliniczno-patomorfologicznych, zdecydować, czy pacjentka powinna otrzymać chemioterapię okołooperacyjną, czy wystarczy hormonoterapia. Testy wielogenowe pozwalają lepiej zrozumieć biologię nowotworu – (…) Aktywacja określonych szlaków sprawia, że jeden nowotwór rokuje lepiej, inny gorzej – i jeden wymaga leczenia z udziałem chemioterapii, a inny nie.”
Znaczenie tych badań polega często na ograniczeniu leczenia do sytuacji, w których przynosi ono realną korzyść. Jak podkreślała prof. Duchnowska, „Test wielogenowy wykonuje się tylko raz w życiu – na etapie rozpoznania, przy kwalifikacji do leczenia uzupełniającego. (…) Z badań wynika, że nawet około 50% chorych, które według klasycznej oceny uznalibyśmy za wysokiego ryzyka, w ogóle nie potrzebuje chemioterapii. Jeśli chemioterapia nie przynosi korzyści, to po co ją stosować? To dodatkowe koszty i dodatkowe cierpienie dla pacjentki.”
Testy wielogenowe są uwzględniane w zaleceniach międzynarodowych towarzystw naukowych. Jak przypominał dr Andrzej Tysarowski, konsultant wojewódzki w dziedzinie laboratoryjnej genetyki medycznej, „Testy wielogenowe są zalecane przez międzynarodowe towarzystwa naukowe, takie jak NCCN czy ESMO. Do AOTMiT trafiły informacje o zastosowaniu tych testów w wielu nowotworach jednocześnie. W efekcie oceniano je w szerokim kontekście, podczas gdy zasadność ich stosowania była udowodniona tylko w raku piersi. Dlatego ponowiono wniosek o ocenę skuteczności tych testów wyłącznie w raku piersi, gdzie ich wartość kliniczna jest udowodniona.”
Ekspert zwracał również uwagę, że chodzi o jedno konkretne badanie o jasno określonej metodologii i populacji pacjentek. „Mówimy tu o jednym, konkretnym badaniu. To nie jest tak, że można je wykonać różnymi metodami – jest to określony test wykonywany w konkretnym laboratorium, w którym został zwalidowany. Populacja pacjentek w Polsce, które mogłyby być objęte tym badaniem, szacowana jest na około 3000 przypadków rocznie. (…)”
Decyzja dotycząca ewentualnego włączenia testów wielogenowych do koszyka świadczeń gwarantowanych ma zapaść po analizie Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji. Jak informowała Dominika Janiszewska-Kajka, zastępca dyrektora Departamentu Analiz i Strategii Ministerstwa Zdrowia, „14 kwietnia otrzymamy rekomendację z AOTMiT-u w zakresie zakwalifikowania [testów wielogenowych] do koszyka świadczeń gwarantowanych. Zostanie oceniona efektywność kliniczno-kosztowa – podkreślam kliniczna, ponieważ choć argumenty ekonomiczne są ważne, to przeważają aspekty bezpieczeństwa pacjentki. (…) Bardzo uważnie obserwujemy i przyglądamy się temu procesowi analitycznemu, oczekując na wyniki agencji.”
Przedstawicielka resortu zdrowia wskazywała jednocześnie, że analiza ta jest częścią szerszego przeglądu systemu badań genetycznych w onkologii. „Agencja [AOTMiT] otrzymała bardzo duże zlecenie dotyczące uporządkowania badań genetycznych, ponieważ obecnie mamy zbyt duże rozproszenie zarówno procedur, jak i sposobu ich rozliczania. 14 kwietnia dostaniemy efekt pracy agencji, ale także ekspertów, którzy pracują przy realizacji tego zlecenia.”

Szybkość diagnostyki nie zależy wyłącznie od technologii

Nowoczesna onkologia opiera się na patomorfologii i diagnostyce molekularnej. Znaczenie ma nie tylko dostępność technologii, lecz także organizacja procesu diagnostycznego i moment wykonania badań, które wpływają na decyzje terapeutyczne.
Na znaczenie organizacji diagnostyki zwracał uwagę prof. Artur Kowalik ze Świętokrzyskiego Centrum Onkologii. Jak mówił, „Często słyszymy argument, że na badania się długo czeka – i to jest prawda. Tylko trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie dlaczego. Duża grupa pacjentów trafia tam, gdzie nie powinna, czyli nie do ośrodków kompleksowych. Materiał jest wożony między placówkami, nie ma własnej patomorfologii, a w dużych centrach, gdzie specjaliści mogą się konsultować na miejscu, wszystko odbywa się znacznie szybciej.”
W wielu przypadkach opóźnienia wynikają z organizacji systemu, a nie z braku technologii. Dotyczy to również badań zaawansowanych. Jak wskazywał prof. Kowalik, „Te drogie testy, o których mówimy, są tak naprawdę dokładnie policzone. Na przykład kompleksowy test CGP w raku płuca dotyczy około trzech tysięcy chorych w całej Polsce (…) Podobnie jest w raku jajnika, gdzie mówimy o około 2,5 tysiąca badań HRD. To nie są więc liczby niekontrolowane.
Jedną z najważniejszych praktycznych barier pozostaje sposób rozliczania. Prof. Kowalik mówił wprost, że „Największą trudnością w praktyce klinicznej pozostaje sposób rozliczania badań. Wiele materiałów pobieranych jest ambulatoryjnie – na przykład biopsje prostaty czy inne biopsje tkankowe – i potem bardzo trudno jest je rozliczyć w ramach refundacji. Podobnie jest z płynną biopsją, o której dziś mówimy coraz częściej. To są realne bariery, które utrudniają lekarzom zlecanie badań.”
Problem dotyczy również interpretacji obowiązujących przepisów. „Według obecnej interpretacji przepisów, jeżeli materiał został pobrany ambulatoryjnie, to badanie można wykonać, ale pojawia się problem z jego refundacją. (…) lekarz ma pacjenta w poradni, widzi potrzebę wykonania badania, a system mu to utrudnia.”
W tym kontekście pojawia się postulat większej koncentracji diagnostyki. „Powinniśmy krok po kroku ewoluować w stronę względnej centralizacji diagnostyki. W Polsce na różnych etapach diagnostyki i leczenia rakiem płuca zajmuje się kilka tysięcy podmiotów. Jak w takim systemie zbierać dane i panować nad jakością? Bez pewnego poziomu centralizacji będzie to po prostu bardzo trudne.”
Skutki rozproszenia widać w podstawowych wskaźnikach diagnostycznych. Jak wskazywał prof. Kowalik, „Tylko około 30% pacjentów z rakiem płuca ma wykonaną kompleksową diagnostykę molekularną. (…) Powód jest prosty – pacjenci trafiają do ośrodków, które nie są przygotowane do prowadzenia takiej diagnostyki.” 

Największym wyzwaniem nie jest brak wiedzy, ale brak spójności

Z tej debaty o diagnostyce wyłania się obraz systemu, który nie cierpi na brak wiedzy eksperckiej ani na brak świadomości problemów. Przeciwnie – środowisko bardzo precyzyjnie wskazuje, gdzie są luki: w monitorowaniu ścieżki pacjenta, w momencie wystawiania karty DILO, w rozproszeniu badań genetycznych, w braku jasnych zasad zlecania i rozliczania procedur, w niedostatecznej centralizacji najbardziej wymagających elementów diagnostyki, w słabym osadzeniu poradnictwa genetycznego i w ryzyku dalszego ograniczania dostępności badań obrazowych. Problem polega na tym, że system przez lata narastał warstwowo, a kolejne rozwiązania nie zawsze były ze sobą zgodne.
Dlatego najważniejsze pytanie nie brzmi już dziś, czy Polska potrzebuje nowoczesnej diagnostyki onkologicznej, bo to pozostaje bezdyskusyjne. Pytanie brzmi raczej, czy potrafi zbudować taki model organizacyjny, w którym pacjent trafi do właściwego miejsca odpowiednio wcześnie, materiał zostanie wykorzystany racjonalnie, badania zostaną wykonane tam, gdzie są do tego kompetencje, wynik wróci na czas, a finansowanie nie będzie premiowało omijania systemu. Dopiero wtedy wzrost liczby świadczeń i miliardów wydawanych na onkologię może zacząć przekładać się nie tylko na większą aktywność systemu, ale na realnie lepsze wyniki leczenia.

Źródło: zapis posiedzenia Podkomisji stałej do spraw organizacji ochrony zdrowia z 11.03.2026 r. oraz wypowiedzi uczestników posiedzenia

Rak pęcherza moczowego nadal kojarzy się w Polsce przede wszystkim z mężczyznami – i statystyki rzeczywiście to potwierdzają. Jednocześnie u kobiet rozpoznanie bywa stawiane później, ponieważ pierwsze objawy często przypominają typowe dolegliwości ze strony układu moczowego lub problemy ginekologiczne. W tej chorobie czas od pojawienia się objawów do rozpoczęcia diagnostyki ma istotne znaczenie dla rokowania.
Podczas ostatniego posiedzenia Parlamentarnego Zespołu ds. Mężczyzn dr n. med. Bożena Sikora-Kupis z Kliniki Nowotworów Układu Moczowego Narodowego Instytutu Onkologii im. Marii Skłodowskiej-Curie przedstawiła kompleksowe ujęcie raka pęcherza moczowego. Jednym z najmocniej zaakcentowanych wątków była jednak sytuacja kobiet, u których nieswoiste objawy i opóźnienia w kierowaniu do diagnostyki urologicznej mogą wpływać na stadium rozpoznania.

Dane przedstawione podczas posiedzenia warto uzupełnić o wnioski międzynarodowego raportu Women Unseen: Tackling the Gender Care Gap in Bladder Cancer – Call to Action Report, który analizuje doświadczenia pacjentek i przebieg ich ścieżki diagnostycznej. W raporcie przytoczono m.in. wyniki ankiety WBCPC (Patient and Carer Experience Survey, maj 2023), z których wynika, że 39% kobiet na początku było leczonych jak w przypadku zakażenia układu moczowego, podczas gdy wśród mężczyzn odsetek ten wynosił 21%. Jednocześnie 54% badanych nie znało objawów raka pęcherza przed rozpoznaniem, a 64% nie wiedziało, że widoczna krew w moczu może być jego symptomem – mimo że jest to najczęstszy objaw choroby.

Te dane pokazują, że nieswoistość pierwszych dolegliwości oraz ograniczona świadomość objawów mogą wydłużać drogę do właściwej diagnostyki. W sytuacji, gdy krwiomocz ma charakter epizodyczny, a dominują objawy typowe dla infekcji dolnych dróg moczowych, decyzja o pogłębieniu diagnostyki bywa odkładana, co w przypadku nowotworu może oznaczać rozpoznanie na bardziej zaawansowanym etapie.

Statystyki: wciąż częściej mężczyźni, ale kobiety to istotna grupa pacjentek

Zacznijmy od aktualnych danych epidemiologicznych. Na świecie rak pęcherza moczowego zajmuje dziesiąte miejsce pod względem częstości występowania. W Polsce w 2023 roku wśród mężczyzn był czwartym najczęściej rozpoznawanym nowotworem, natomiast wśród kobiet znajdował się poza pierwszą dziesiątką. W liczbach oznacza to ponad 5000 nowych zachorowań rocznie u mężczyzn i blisko 2000 u kobiet.
Podobne proporcje dotyczą zgonów – w 2023 roku odnotowano niemal 3000 zgonów wśród mężczyzn i około 1000 wśród kobiet.
Różnice te sprawiają, że rak pęcherza bywa postrzegany przede wszystkim jako nowotwór mężczyzn. Jednocześnie około 2000 nowych zachorowań rocznie wśród kobiet oznacza, że nie jest to problem marginalny – zwłaszcza w kontekście danych wskazujących na częstsze rozpoznanie w bardziej zaawansowanym stadium w tej grupie pacjentek.

Ryzyko: palenie nie ma płci, a wiek nie jest już jedyną granicą

Wiek pozostaje jednym z najważniejszych czynników epidemiologicznych. Ponad 90% przypadków dotyczy osób po 55. roku życia, a mediana wieku w chwili rozpoznania wynosi 73 lata. Rak pęcherza jest więc klasycznie nowotworem populacji starszej. Jednocześnie – jak podkreślała ekspertka – w praktyce klinicznej obserwuje się coraz więcej młodszych pacjentów. – „Mój najmłodszy pacjent z rakiem pęcherza to 37-latek.” – zaznaczyła dr n. med. Bożena Sikora-Kupis.
Wśród czynników ryzyka kluczowe znaczenie ma palenie tytoniu. To najważniejszy, dobrze udokumentowany czynnik kancerogenny w raku pęcherza. W kontekście kobiet istotne jest to, że rozpowszechnienie palenia w młodszych kohortach wiekowych nie różni się już tak wyraźnie między płciami. W grupie 30–39 lat odsetek palących kobiet i mężczyzn jest zbliżony, w kolejnych dekadach życia różnice zmniejszają się, a w części przedziałów wiekowych ponownie się wyrównują.
Jeżeli główny czynnik ryzyka rozkłada się coraz bardziej równomiernie w populacji kobiet i mężczyzn, można oczekiwać, że struktura zachorowań również będzie się stopniowo zmieniać. W tym kontekście szczególnego znaczenia nabiera czujność diagnostyczna wobec kobiet oraz wczesna interpretacja pierwszych objawów.

Objawy: epizodyczny krwiomocz i nieswoiste dolegliwości

Najczęstszym objawem raka pęcherza moczowego jest krwiomocz. W części przypadków ma on charakter makroskopowy, czyli widoczny gołym okiem jako zmiana zabarwienia moczu. Zdarza się jednak, że ilość krwi jest niewielka i może zostać wykryta jedynie w badaniu ogólnym moczu jako krwiomocz mikroskopowy.
Krwiomocz w raku pęcherza często ma charakter epizodyczny. Może pojawić się jednorazowo, ustąpić samoistnie i powrócić dopiero po wielu tygodniach lub miesiącach. Najczęściej nie towarzyszy mu ból lub występują jedynie niewielkie dolegliwości ze strony dolnych dróg moczowych. Właśnie ta bezbolesność oraz przemijający charakter objawu sprawiają, że bywa on bagatelizowany lub nie staje się bezpośrednim powodem zgłoszenia się do lekarza.
Rak pęcherza może również manifestować się objawami typowymi dla podrażnienia dolnych dróg moczowych. Należą do nich częstomocz, parcia naglące, pieczenie podczas mikcji, uczucie niepełnego opróżnienia pęcherza czy okresowe zatrzymanie moczu. Objawy te są nieswoiste i znacznie częściej wynikają ze schorzeń łagodnych, takich jak zakażenia układu moczowego, jednak w każdym przypadku – zwłaszcza jeśli utrzymują się lub nawracają – wymagają pogłębionej diagnostyki urologicznej.
W bardziej zaawansowanych stadiach choroby mogą pojawić się objawy związane z miejscowym naciekaniem lub utrudnieniem odpływu moczu, takie jak ból w podbrzuszu, trudności w oddawaniu moczu i stolca, bóle okolicy lędźwiowej czy bezmocz. Na tym etapie choroba często wymaga już leczenia radykalnego i wielospecjalistycznego podejścia terapeutycznego.

Kobiety: interpretacja objawów i opóźnienia diagnostyczne

Raport Women Unseen pokazuje, że doświadczenia pacjentek często różnią się od ścieżki diagnostycznej mężczyzn. 31% kobiet deklarowało, że ich objawy nie zostały potraktowane poważnie podczas pierwszej wizyty lekarskiej. W analizowanym w raporcie badaniu z Anglii (2009–2010) 27% kobiet miało trzy lub więcej konsultacji przed skierowaniem na właściwe badania – wobec 11% mężczyzn. Oznacza to tygodnie, a nierzadko miesiące przesunięcia momentu rozpoznania.
Jednym z elementów tego mechanizmu jest interpretacja pierwszych objawów. Wnioski raportu wskazują, że u kobiet widoczna krew w moczu bywa łączona z częstszymi przyczynami dolegliwości, w tym problemami ginekologicznymi czy zmianami okołomenopauzalnymi. Gdy krwiomocz ma charakter przemijający, a objawy bólowe są niewielkie, decyzja o pogłębieniu diagnostyki może zostać odłożona.
Na ten sam problem zwraca uwagę dr n. med. Bożena Sikora-Kupis. Jak podkreśla, krwiomocz „bardzo często jest interpretowany jako zakażenie układu moczowego (ZUM), zapalenie pęcherza, niejednokrotnie jednak jest też mylony z krwawieniem z dróg rodnych”. Sama wstępna kwalifikacja objawu jako infekcji nie jest zaskakująca, ponieważ zakażenia układu moczowego należą do najczęstszych przyczyn podobnych dolegliwości. Kluczowe znaczenie ma jednak moment, w którym objawy nawracają, a diagnostyka nie zostaje rozszerzona.
Ekspertka zaznacza, że „powtarzające się epizody zakażenia układu moczowego, również powinny wzbudzić taką czujność i skierowanie pacjenta do dalszej diagnostyki”. W praktyce jednym z czynników wydłużających czas do rozpoznania bywa wielokrotne leczenie antybiotykami bez wykonania badań obrazowych – jak wskazuje dr Sikora-Kupis – „Lekarz POZ leczy pacjentkę antybiotykami, jednym, drugim, trzecim. Nie wykonuje żadnej diagnostyki. (…) zanim pacjentka dostanie skierowanie do poradni urologicznej, naprawdę minie wiele tygodni. A tak naprawdę musi czekać na konsultację do poradni urologicznej”. Nawet po skierowaniu do specjalisty proces nie zawsze przebiega natychmiastowo. „Z tego co wiem, to na pierwszej konsultacji koledzy urolodzy nie robią od razu cystoskopii, tylko znowu pacjentka musi czekać na wykonanie tych badań obrazowych. Więc to wszystko trwa, a niestety w przypadku raka pęcherza moczowego, szczególnie zaawansowanego, niestety czas odgrywa wielką rolę”.
Dr n. med. Bożena Sikora-Kupis zwraca uwagę, że w przypadku kobiet należy uwzględniać nie tylko uwarunkowania systemowe, ale także potencjalne różnice biologiczne, w tym wpływ hormonów płciowych na proces karcynogenezy oraz odmienną ekspresję receptorów. W praktyce klinicznej obserwuje się również, że „w przypadku pań mamy częstsze występowanie bardziej agresywnych wariantów i niestety większy odsetek nowotworów naciekających mięśniówkę w chwili rozpoznania”.
Równolegle istotny pozostaje wymiar społeczno-systemowy. „Niższa czujność onkologiczna wobec kobiet, ponieważ utarło się tak naprawdę, że rak pęcherza moczowego jest równy chorobie mężczyzn” – podkreśla ekspertka. Takie postrzeganie choroby może wpływać na interpretację pierwszych objawów i moment skierowania do specjalistycznej diagnostyki.
W efekcie ścieżka od pierwszego objawu do rozpoznania może być rozciągnięta w czasie na kilku etapach: w podstawowej opiece zdrowotnej, na etapie kwalifikacji do specjalisty oraz w oczekiwaniu na badania diagnostyczne. W raku pęcherza każde z tych opóźnień może wpływać na stadium rozpoznania i dalsze rokowanie.

Jeśli jest jedno zdanie, które warto zapamiętać, to właśnie to, które padło w finale wykładu: „każdy makroskopowy krwiomocz na pewno wymaga pilnej diagnostyki urologicznej niezależnie od płci”.

Raport Women Unseen dokłada do tego drugi, równie praktyczny wniosek: luka nie polega tylko na biologii, ale na tym, jak system reaguje na kobietę z objawami. Jeśli prawie dwie trzecie pacjentów nie wie, że krew w moczu jest objawem, jeśli kobiety częściej słyszą „to ZUM”, a część z nich potrzebuje trzech i więcej wizyt, zanim ruszy właściwa diagnostyka, to poprawa rokowań zaczyna się nie w sali operacyjnej, tylko wcześniej: w POZ, w gabinecie urologa, w decyzji o zleceniu diagnostyki, w edukacji i w „czujności na objaw”, który ma być sprawdzony, a nie przeczekany. Rak pęcherza może statystycznie częściej dotyczyć mężczyzn, ale w diagnostyce kobiet, zbyt często zaczyna się mylnego rozpoznania: „to tylko zapalenie pęcherza”.

Źródła: Wykład dr n. med. Bożeny Sikory-Kupis (Klinika Nowotworów Układu Moczowego) podczas posiedzenia Parlamentarnego Zespołu ds. Mężczyzn z 24.02.2026 r.; Women Unseen: Tackling the gender care gap in bladder cancer – Call to Action Report (m.in. dane WBCPC Patient and Carer Experience Survey, May 2023; informacje o rozpoznaniu „UTI” oraz świadomości objawów).
Jubileuszowa XXX Konferencja Naukowa „Postępy w Ginekologii Onkologicznej” odbędzie się 10-11 września 2026 roku w Bachleda Hotel Kasprowy w Zakopanem. Tegoroczna edycja ma szczególny charakter, ponieważ będzie jednocześnie świętem trzydziestu odsłon spotkania, które od lat stanowi jedno z ważnych forów wymiany wiedzy i doświadczeń w polskiej ginekologii onkologicznej. Organizatorzy podkreślają, że jubileusz ma być okazją nie tylko do prezentacji najnowszych osiągnięć, ale także do podsumowania dorobku minionych lat i rozmowy o kierunkach rozwoju tej dziedziny.
Konferencja adresowana jest do szerokiego grona specjalistów zaangażowanych w diagnostykę i leczenie nowotworów narządu rodnego. Zaproszenie kierowane jest do ginekologów, ginekologów onkologów, chemioterapeutów, radioterapeutów i radiologów, a także do pielęgniarek, pielęgniarzy, położnych i położników. W komunikacie organizatorzy zwracają uwagę, że w ginekologii onkologicznej szczególnie liczą się praca zespołowa oraz sprawna komunikacja pomiędzy członkami zespołu terapeutycznego, co przekłada się na lepsze efekty leczenia i wspiera rozwój całego środowiska.

Program jubileuszowej edycji ma pokazać pełne spektrum możliwości współczesnej ginekologii onkologicznej, od profilaktyki onkologicznej, przez diagnostykę obrazową i molekularną, po chirurgię oraz leczenie systemowe i radioterapię. Organizatorzy zaprosili ekspertów z wiodących ośrodków medycznych w kraju. W gronie prelegentów mają znaleźć się także doświadczeni operatorzy, chemioterapeuci i radioterapeuci, którzy podzielą się praktyką prowadzenia kompleksowego leczenia pacjentek w podejściu nowoczesnym i spersonalizowanym, integrując różne metody terapeutyczne.

Ważnym elementem tegorocznego spotkania jest wyraźny podział programu na działania praktyczne i sesje naukowe. Pierwszego dnia, 10 września, zaplanowano warsztaty praktyczne oraz sesję naukowo szkoleniową przeznaczoną dla pielęgniarek i położnych. Drugiego dnia, 11 września, odbędą się sesje naukowe dla lekarzy. Organizatorzy podkreślają, że sukces leczenia pacjentek w ginekologii onkologicznej w dużej mierze zależy od sprawnej współpracy całego zespołu, w którym kluczową rolę odgrywa zarówno personel lekarski, jak i pielęgniarski.

Osobny akcent w zaproszeniu dotyczy roli pielęgniarek, pielęgniarzy, położnych i położników. W komunikacie skierowanym do tej grupy zawodowej organizatorzy wskazują, że profesjonalizm, zaangażowanie i empatia personelu pielęgniarskiego mają nieoceniony wpływ na cały proces terapeutyczny, od diagnostyki, przez leczenie operacyjne i onkologiczne, po rekonwalescencję, rehabilitację i długofalowe wsparcie pacjentek oraz ich rodzin. Jubileuszowa konferencja ma być przestrzenią do wymiany doświadczeń, prezentacji dobrych praktyk i pogłębiania wiedzy wspierającej holistyczne podejście do opieki onkologicznej.

Sesję Naukowo Szkoleniową Pielęgniarek i Położnych zaplanowano na pierwszy dzień wydarzenia, 10 września, wstępnie od około godziny 15:00-16:00. Organizatorzy zachęcają także do udziału w sesjach naukowych odbywających się drugiego dnia konferencji, 11 września od około godziny 09:00. Podkreślono, że udział pielęgniarek i położnych jest bezpłatny, wymaga jednak wcześniejszej rejestracji.

Jubileuszowa edycja konferencji po raz kolejny odbędzie się w Zakopanem. Organizatorzy zwracają uwagę na walor miejsca i terminu. Wrzesień pod Tatrami ma sprzyjać zarówno skupieniu na programie naukowym, jak i mniej formalnym rozmowom oraz budowaniu współpracy między ośrodkami. Komfortowe warunki lokalowe i położenie centrum konferencyjnego mają zapewnić uczestnikom pełne uczestnictwo w programie, a wydarzenie ma być także okazją do odnowienia wieloletnich kontaktów koleżeńskich i nawiązania nowych relacji.

Do udziału w konferencji zachęcają przewodniczący Komitetu Naukowego prof. dr hab. n. med. Zbigniew Kojs oraz prof. dr hab. n. med. Hubert Wolski. Z kolei tematyka sesji pielęgniarsko położniczej przygotowywana jest przez prof. Iwonę Malinowską Lipień i prof. Dorotę Matuszyk z Instytutu Pielęgniarstwa i Położnictwa Wydziału Nauk o Zdrowiu Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, prof. Huberta Wolskiego z Instytutu Medycznego Akademii Nauk Stosowanych w Nowym Targu oraz prezesa Tadeusza Wadasa z Małopolskiej Izby Pielęgniarek i Położnych w Krakowie.

Rejestracja uczestników odbywa się poprzez stronę wydarzenia. Organizatorzy informują także o możliwości rezerwacji noclegu w preferencyjnych stawkach dla uczestników.

Biuro Organizacyjne Bachleda Kongresy Eventy Sp. z o. o. mieści się przy ul. Krupówki 29 w Zakopanem. Kontakt możliwy jest mailowo pod adresem biuro@grupabachleda.pl oraz telefonicznie pod numerem +48 882 830 792.

Źródło: Komunikat Prasowy

Tylko co piąty Polak regularnie wykonuje badania profilaktyczne w kierunku nowotworów, mimo że niemal dziewięciu na 10 wie, iż wczesne wykrycie choroby zwiększa szanse na wyleczenie – wynika z badania opinii publicznej zrealizowanego na zlecenie enel-med. Aż 27 proc. respondentów deklaruje, że nie bada się w ogóle pod kątem chorób onkologicznych. Odpowiedzią na tę lukę między świadomością a działaniem ma być uruchomione w Warszawie Centrum Zdrowia i Profilaktyki Onkologicznej, które chce sprawnie przeprowadzać pacjentów przez diagnostykę i kolejne kroki profilaktyki.
– Mamy w Polsce lukę między świadomością a działaniem profilaktycznym. 89 proc. respondentów deklaruje, że jest świadomych profilaktyki, szczególnie profilaktyki onkologicznej. Wiedzą, że ona zwiększa możliwości wyleczenia. Natomiast ta świadomość niestety nie napędza działania, tylko 21 proc. respondentów poddaje się profilaktyce, ze szczególnym uwzględnieniem onkologii, natomiast 27 proc. w ogóle nie bada się pod kątem narażeń onkologicznych – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Jacek Rozwadowski, prezes enel-med.

Najskuteczniejszą odpowiedzią na choroby nowotworowe jest dobrze zorganizowana profilaktyka i regularne badania. Wyniki badań pokazują jednak, że mimo rosnącej wiedzy o chorobach nowotworowych profilaktyka nadal nie jest priorytetem dla dużej części społeczeństwa.

– Częstą przyczyną jest strach przed diagnozą. W przypadkach onkologicznych to duży stres. Bardzo istotna jest także podstępność niektórych nowotworów – komórki nowotworowe nie dają na początku objawów bólowych, tak że jeżeli nas nic nie boli, to po prostu nie zamierzamy się wybrać do lekarza. To ból często napędza nasze decyzje prozdrowotne – tłumaczy Jacek Rozwadowski.

Z badania zleconego przez enel-med wynika, że bariery, które najczęściej zatrzymują profilaktykę w kierunku chorób onkologicznych na etapie decyzji, to przede wszystkim brak objawów (36 proc.), lęk przed diagnozą i koszty (po 22 proc. wskazań), co także zniechęca do regularnych kontroli zdrowia.

W naukowych analizach strach przed diagnozą opisuje się jako tzw. lęk nowotworowy, który może prowadzić do unikania badań mimo świadomości ryzyka.

– Nie wynika to z tego, że jesteśmy niedbali, tylko bardzo chcemy wierzyć, że póki niczego nie wiemy, to znaczy, że wszystko jest w porządku. Badanie i diagnoza kojarzą nam się z czymś ostatecznym, a tak naprawdę to jest początek. Na początku mamy skierowanie na badania i wyznaczoną dalszą ścieżkę i na żadnym z tych etapów nie jest powiedziane, że to będzie katastrofa, natomiast my to tak interpretujemy – mówi Sylwia Bartczak, psycholożka z enel-med. – Lęk antycypacyjny na pewno jest główną przyczyną unikania badań. Jeżeli coś nas bardzo przeraża i bardzo się tego boimy, to staramy się tego unikać.

W chorobach nowotworowych zwlekanie z badaniami może oznaczać, że zostaną one wykryte w zaawansowanym stadium, co pogarsza rokowania.

– Nowotwory wykryte wcześnie stwarzają największe możliwości osiągnięcia sukcesu, czyli wyleczenia. Wcześnie najczęściej oznacza bezobjawowo. Mamy przykłady nowotworów, które wykrywamy przypadkowo, na przykład guzy nerki, ale kluczowe jest, by nowotwory mogące stanowić zagrożenie dla życia Polaków wykrywać na odpowiednio wczesnym etapie i ograniczyć się do wykrywania tylko takich nowotworów – podkreśla prof. dr hab. n. med. Jakub Dobruch, urolog, enel-med, konsultant medyczny Centrum Zdrowia i Profilaktyki Onkologicznej. – Wraz z upływem lat, a pracuję w urologii od 2000 roku, obserwuję bardzo pozytywne zjawisko: wykrywamy nowotwory wcześniej, leczymy mniej chorych dotkniętych nowotworami zaawansowanymi. Nadal niemała grupa mężczyzn trafia do nas z powodu zaawansowanych, co najmniej miejscowo, nowotworów gruczołu krokowego. 

W odpowiedzi na te wyzwania enel-med otworzył w Warszawie Centrum Zdrowia i Profilaktyki Onkologicznej, które ma porządkować ścieżkę diagnostyczną pacjenta i ograniczać konieczność samodzielnego planowania wielu etapów badań w różnych miejscach. Zgodnie z założeniami placówka łączy diagnostykę obrazową, zaplecze laboratoryjne oraz konsultacje specjalistyczne, a także wsparcie psychologiczne dla pacjentów, którzy odwlekają badania ze względu na stres i obawy.

 Centrum Zdrowia i Profilaktyki Onkologicznej wyciąga rękę do wszystkich tych, którzy są świadomi, a trudno im podjąć skuteczną akcję. W jednym miejscu skumulowaliśmy sprzęt, specjalistów, ścieżki dedykowane konkretnym nowotworom, konkretnym grupom wiekowym i płciom, tak że mamy nadzieję, że pomagamy trochę rozświetlić ten mętny obraz poruszania się w profilaktyce onkologicznej – podkreśla Jacek Rozwadowski.

Jak wyjaśnia, centrum porządkuje i upraszcza ścieżkę diagnostyczną. Pacjent ma wiedzieć, jakie badania są rekomendowane, kiedy i dlaczego, oraz jak szybko może je wykonać. Oferta została zbudowana zgodnie z wiedzą o najczęstszych potrzebach diagnostycznych kobiet i mężczyzn oraz nowotworach o największym znaczeniu epidemiologicznym. Uruchomiono programy obejmujące m.in. diagnostykę raka piersi, chorób ginekologicznych, prostaty i układu moczowego, raka płuc, raka jelita grubego oraz żołądka.

– Chcielibyśmy, żeby to centrum było pierwszym z kilku kolejnych, które będziemy otwierać. To jest po prostu potrzeba czasu, żeby takie dedykowane, specjalistyczne centra powstawały. Gros schorzeń nowotworowych we wczesnym stadium po prostu umyka nam w standardowej profilaktyce. Regularność jest tutaj kluczem do sukcesu – mówi prezes enel-med.

Mimo postępu w diagnostyce i rosnącej wiedzy medycznej Polaków problem ma również wymiar systemowy. Najwyższa Izba Kontroli w raporcie z 2025 roku zwraca uwagę na niewystarczającą zgłaszalność do programów badań przesiewowych, mimo finansowania działań edukacyjnych i promocyjnych. W przypadku badań w kierunku raka szyjki macicy zgłaszalność spadła z 16 proc. w 2019 roku do 11 proc. w 2023 roku, a w przypadku raka piersi zmniejszyła się z 39 proc. do 27 proc. Tymczasem bez wzrostu zgłaszalności do badań przesiewowych trudno będzie osiągnąć cele Narodowej Strategii Onkologicznej,
w tym poprawę wyników leczenia i ograniczenie liczby zgonów możliwych do uniknięcia dzięki wcześniejszemu wykryciu choroby.

Źródło: Newseria

Dzień Dziadka to dobra okazja do tego, aby mówić o zdrowiu mężczyzn – zwłaszcza tych po 50. roku życia. Ta grupa najbardziej zagrożona zachorowaniem na raka prostaty, a jednocześnie najmniej skłonna do badań profilaktycznych i regularnych wizyt u lekarza. Tymczasem współczesna medycyna oferuje narzędzia, które pozwalają zapobiegać i leczyć nowotwory u mężczyzn skuteczniej niż kiedykolwiek wcześniej. Warunkiem jest jednak to, aby chorobę wykryć odpowiednio wcześnie, oraz aby pacjent miał realny dostęp do diagnostyki i nowoczesnego leczenia.
Rak prostaty (gruczołu krokowego) jest najczęściej rozpoznawanym nowotworem u mężczyzn w Polsce i jedną z głównych przyczyn zgonów onkologicznych. Każdego roku diagnozę tę słyszy ponad 20 tys. mężczyzn, a zdecydowana większość zachorowań dotyczy osób po 50. roku życia. Niepokoi, że nowotwory gruczołu krokowego charakteryzuje się najwyższą dynamiką wzrostu zachorowalności, a szczególnie duże przyspieszenie tempa wzrostu obserwowane jest w ostatniej dekadzie. Zachorowalność rośnie wraz ze starzeniem się społeczeństwa, jednak śmiertelność nie spada w takim tempie, jak pozwalałby na to postęp medycyny.

Eksperci podkreślają, że rak prostaty z punktu widzenia medycyny jest dziś chorobą, z którą można sobie dobrze radzić – pod warunkiem wczesnego wykrycia i sprawnie działającego systemu opieki medycznej. W stadium wczesnym możliwe jest leczenie radykalne, a nawet w chorobie zaawansowanej dostępne są terapie wydłużające życie i poprawiające jego jakość. Problem polega na tym, że postęp medyczny nie zawsze przekłada się na realne korzyści dla pacjentów, jeśli zawodzi organizacja i finansowanie leczenia onkologicznego.

Największa bariera: męska niechęć do badań

Rak prostaty przez długi czas może rozwijać się bezobjawowo albo dawać niespecyficzne dolegliwości, które łatwo zbagatelizować. Wielu mężczyzn latami odkłada wizytę u lekarza, wykonanie prostego badania PSA czy konsultację urologiczną. Skutkiem są rozpoznania stawiane zbyt późno – wtedy, gdy choroba jest już zaawansowana. Konsekwencje tej postawy dotykają całe rodziny.

– „Mój tato zmarł z powodu zbyt późno rozpoznanego nowotworu gruczołu krokowego. Ciężka operacja, przerzuty do kości, a potem do płuc. Dziewięć lat życia z rozprzestrzeniającym się rakiem. Kiedy choroba onkologiczna wchodzi do domu, zmienia się życie nie tylko osoby chorej, ale całej rodziny” – mówi Beata Borucka, twórczyni Silver TV, córka pacjenta z rakiem prostaty.

Podobne doświadczenia opisuje Joanna, której ojciec choruje na raka prostaty: – „O tym, że tata choruje na raka prostaty, dowiedziałam się dopiero po kilku latach od diagnozy. Tata kurczowo trzymał się informacji, że jeszcze nie trzeba działać. Dziś choroba zaczęła postępować. Widzę, jak trudno jest mu pytać lekarzy o to, co naprawdę ważne. Gdybym wiedziała wcześniej, próbowałabym interweniować”.

Program „Moje Zdrowie” to realna szansa na wczesne wykrycie choroby

Kluczową rolę w odwracaniu tych dramatycznych scenariuszy odgrywa profilaktyka. Jednym z najważniejszych narzędzi jest program Moje Zdrowie, realizowany przez Narodowy Fundusz Zdrowia. To bezpłatny bilans zdrowia dorosłego człowieka, dostępny dla każdej osoby ubezpieczonej w NFZ, która ukończyła 20 lat.

Z programu można korzystać:

Dla mężczyzn po 50. roku życia szczególnie istotne jest to, że w pakiecie badań znajduje się oznaczenie poziomu PSA, czyli podstawowego biomarkera raka prostaty. Program obejmuje również m.in. morfologię krwi, badanie stężenia glukozy, kreatyniny, lipidogram oraz – w zależności od wieku i czynników ryzyka – badania rozszerzone. Udział w programie jest prosty: wystarczy wypełnić ankietę zdrowotną (online w Internetowym Koncie Pacjenta lub w stacjonarnie w przychodni POZ), wykonać badania i odbyć podsumowującą wizytę u lekarza, zakończoną przygotowaniem indywidualnego planu zdrowotnego.

Terapia radioligandowa – przełom, który w Polsce wciąż nie jest dostępny

Jednym z największych przełomów ostatnich lat w leczeniu zaawansowanego raka prostaty jest terapia radioligandowa, wykorzystująca osiągnięcia medycyny nuklearnej. Metoda ta polega na precyzyjnym dostarczeniu promieniowania bezpośrednio do komórek nowotworowych, dzięki wykorzystaniu antygenu PSMA, który w dużej ilości występuje na komórkach raka prostaty. Terapia radioligandowa jest stosowana u pacjentów z rozsianym rakiem prostaty opornym na kastrację, u których zostały wyczerpane standardowe opcje leczenia. Badania kliniczne i doświadczenia z krajów Europy Zachodniej pokazują, że metoda ta wydłuża życie pacjentów, opóźnia progresję choroby, zmniejsza dolegliwości bólowe i pozwala zachować lepszą jakość życia, przy korzystnym profilu bezpieczeństwa.

W wielu krajach europejskich – m.in. w Niemczech, Francji, Włoszech czy krajach skandynawskich – terapia radioligandowa jest refundowana i stanowi element standardowej opieki onkologicznej. W Polsce pacjenci mają do niej dostęp jedynie w ramach procedury Ratunkowego Dostępu do Technologii Lekowych (RDTL), co oznacza długą, niepewną i indywidualną ścieżkę administracyjną.

– „Terapia radioligandowa to jeden z największych przełomów w leczeniu zaawansowanego raka prostaty. W wielu krajach Europy jest już standardem, a w Polsce wciąż pozostaje wyjątkiem. Ale pacjenci z rakiem prostaty nie mają czasu czekać – dla nich każdy miesiąc ma znaczenie. Dlatego liczymy na jak najszybszą refundację i realne udostępnienie tej nowoczesnej metody leczenia chorym w Polsce” – podkreśla Anna Kupiecka, prezes Fundacja OnkoCafe.

– „Postęp medycyny nie poprawi statystyk przeżyć, jeśli nie pójdą za nim decyzje systemowe. Potrzebujemy równocześnie profilaktyki, sprawnej diagnostyki i dostępu do nowoczesnego leczenia – inaczej dziadkowie nadal będą przegrywać z chorobą, jaką jest rak prostaty” – dodaje.

To może być najważniejszy prezent

Ogromną rolę w dbaniu o zdrowie mężczyzn odgrywają ich bliscy, i coraz częściej są to także wnuki. – „Zabierz dziadka na badania, pomóż mu wypełnić ankietę programu Moje Zdrowie, porozmawiaj z nim o PSA. Profilaktyka to prezent, który naprawdę może uratować życie” – apeluje Anna Kupiecka.

Dzień Dziadka to dobry moment, aby zacząć rozmowę, która może zmienić przyszłość całej rodziny. Bo w raku prostaty czas ma znaczenie, a medycyna – jeśli tylko damy jej szansę – potrafi dziś naprawdę wiele.

Źródło: Komunikat Prasowy

W polskiej onkologii wciąż zbyt wielu pacjentów trafia na leczenie wtedy, gdy medycyna ma już bardzo ograniczone możliwości. Tym bardziej zwracają uwagę ośrodki, które realnie skracają czas do diagnozy – nie w deklaracjach, lecz w codziennej praktyce. Świętokrzyskie Centrum Onkologii wypracowało model, który w wielu miejscach kraju wciąż pozostaje niedoścignionym standardem: pacjent z podejrzeniem raka płuca uzyskuje kluczowy materiał diagnostyczny w ciągu 24 godzin od przyjęcia. To radykalnie zmienia los chorych, szczególnie tych w zaawansowanym stadium, dla których każdy dodatkowy dzień zwłoki oznacza ryzyko utraty szans na skuteczne leczenie. O tym, jak wygląda szybka ścieżka diagnostyczna w praktyce, jakie decyzje organizacyjne za nią stoją i dlaczego dziś liczy się już nie tylko sprzęt, lecz całe skoordynowane zaplecze specjalistyczne, rozmawiamy z dr. Piotrem Matuszewskim, kierownikiem Pracowni Broncho-ezofagoskopii w ŚCO.
Rozmowa z doktorem Piotrem Matuszewskim, specjalistą chirurgii klatki piersiowej, kierownikiem Pracowni Broncho-ezofagoskopii w Klinice Chirurgii Klatki Piersiowej ŚCO

21 listopada obchodzony jest na całym świecie Światowy Dzień Rzucania Palenia. Wszyscy już wiemy, że palenie tytoniu pod każdą postacią, czy to papierosów tradycyjnych, czy ich elektronicznych i innych zamienników, jest czynnikiem powodującym raka płuca. Rocznie w naszym województwie stwierdza się ponad 750 nowych zachorowań na ten nowotwór. Proszę powiedzieć, co jest najistotniejsze w leczeniu raka płuca?

– Najistotniejsze jest to, na jakim etapie, w jakim stadium choroby pacjenci uzyskują rozpoznanie będące podstawą do wdrożenia leczenia. Zwykle niestety za późno. W skali kraju dużym problemem jest to, że od momentu możliwości uzyskania rozpoznania, poprzez wszystkie etapy diagnostyki, które trzeba spełnić, do momentu rozpoczęcia leczenia określonego na konsylium, upływa tyle czasu, że choroba postępując może pozbawić pacjenta szans na skuteczniejszą terapię. Takie są realia. My je próbujemy modyfikować w naszym ośrodku. Pan profesor Stanisław Góźdź, dyrektor Świętokrzyskiego Centrum Onkologii powiedział kilka lat temu: diagnostyka w raku płuca ma priorytet, ma być wykonywana jak najszybciej, jak najsprawniej. Dlatego przekształciliśmy działalność naszej kliniki pod kątem tej diagnostyki. 

Czy da się w ciągu 1 dnia zdiagnozować raka płuca?

– Nigdzie na świecie nie ma takiego ośrodka, który byłby w stanie rozpoznać w ciągu jednego dnia wszystkie parametry choroby nowotworowej, pozwalające na przedstawienie pacjenta na konsylium. Natomiast oczywiście możliwa jest jednodniowa diagnostyka pacjenta z podejrzeniem raka płuca w celu uzyskania materiału wystarczającego do rozpoznania tej choroby oraz następnie do późniejszego oznaczenia wszelkich innych parametrów takich jak, szczegółowe badanie histopatologiczne, immunohistochemiczne, badania z zakresu biologii molekularnej czyli tak zwana genetyka guza oraz badania PDL-1. Są one niezbędne do wdrożenia pełnego i coraz częściej skutecznego leczenia. I taką jednodniową diagnostykę w zakresie pobrania materiału prowadzimy w przypadku wszelkich nowotworów występujących w zakresie klatki piersiowej od kilku lat. 

Tego typu działania zostały wprowadzone w Klinice Chirurgii Klatki Piersiowej Świętokrzyskiego Centrum Onkologii już w 2021 roku. Na czym one polegają?

-Zostałem oddelegowany do Pracowni Broncho-ezofagoskopii, aby maksymalnie zintensyfikować działania pracowni, żeby nie było pacjenta z podejrzeniem raka płuca, czy z podejrzeniem nowotworu klatki piersiowej, który czeka na diagnostykę z pobraniem materiału nie wiadomo jak długo. Nasi pacjenci, którzy przychodzą do poradni, trafiają na diagnostykę najpóźniej w ciągu 7 dni od momentu wizyty w poradni. Natomiast wszelkie badania potrzebne do ustalenia przyczyny choroby (związane z pobraniem materiału do badań potwierdzających chorobę nowotworową) odbywają się w ciągu 24 godzin od przyjęcia pacjenta do naszej kliniki. W tej chwili pacjenci przychodzą już wcześniej przygotowani, ponieważ w naszej poradni otrzymują instrukcje dotyczące zarządzania leczeniem przeciwkrzepliwym, ponieważ z reguły są to pacjenci z wielochorobowością, przyjmujący wiele leków, więc musimy ich przygotować do naszych badań, będących diagnostyką inwazyjną i wiążących się z przerwaniem ciągłości tkanek. Zatem odpowiednio przez nas przygotowany pacjent zgłasza się do naszej kliniki rano, a cały jego pobyt, związany z pobraniem materiału potrzebnego wykonania wszystkich badań niezbędnych do potwierdzenia raka płuc, zawiera się w ciągu 24 godzin. My chcemy podczas jednodniowego pobytu uzyskać materiał, który daje nam bardzo wysokie prawdopodobieństwo, że to będzie jednorazowa wizyta pacjenta w klinice, poświęcona diagnostyce. Natomiast bolączką w skali kraju jest to, że szpitale mają płacone za procedury najdroższe, a te procedury wykonywane są w niektórych ośrodkach sekwencyjnie, na przykład: pacjent przychodzi na bronchoskopię, ale ponieważ nie można policzyć niczego więcej, w związku z tym jest kierowany na EBUS czyli przezoksrzelową biopsję węzłów chłonnych za dwa tygodnie, później, jeżeli potrzebne jest coś więcej, ma wykonywane kolejne badania za dwa tygodnie i ten proces diagnostyczny się wydłuża.

Chory i lekarze tracą czas. Ale czy w takim razie taka skrócona ścieżka, jaką wypracowało ŚCO się opłaca szpitalowi? Bo pacjentowi na pewno tak.

-My wychodzimy z założenia, że dla nas najważniejszy jest pacjent i dla pacjentów wykonujemy wszystkie niezbędne badania podczas jednego pobytu. Mamy płacone za procedurę najdroższą, niemniej jednak nie stać nas na utratę czasu.

Czyli w ŚCO pacjent ma wykonane w ciągu jednego dnia wszystkie niezbędne badania, w tym EBUS i EUS-B, nie trzeba go umawiać co dwa tygodnie, jak wymaga płatnik? Mamy analogiczną sytuację, jak jeszcze kilka miesięcy temu przed zmianą przepisów dotyczących diagnostyki pacjentów z mutacją w genie BRCA1/BRCA2, kiedy szpitale musiały naginać rzeczywistość, tworzyć fikcyjne hospitalizacje, żeby NFZ zapłacił za pobranie materiału do badań. Albo wykonywały te badania bez możliwości uzyskania refundacji.

-Niestety tak jest. System na nas nakłada spełnienie warunków i uzyskanie odpowiedzi na pytania dotyczące bardzo szczegółowej parametryzacji choroby. Na konsylium może stawić się pacjent z rozpoznanym rakiem płuca w zakresie histopatologicznym, immunohistochemicznym, biologii molekularnej i bardzo precyzyjnie określonym stopniem zaawansowania zgodnie TNM po badaniach tomografii komputerowej oraz PET CT. Dlatego chcemy maksymalne dużo uzyskać za jednym pobytem pacjenta, bo są to bardzo często ludzie bardzo schorowani, dla których przyjazd na kolejną porcję badań diagnostycznych jest rzeczą karkołomną, nie tylko ze względu ich ogólną wydolność, ale także ze względu na barierę komunikacyjną, bo często są to również chorzy z małych wiosek lub bez braku możliwości indywidualnego transportu. Dla nas kluczowe jest, aby u tych pacjentów wykonać maksymalnie dużo w zakresie diagnostyki w ciągu tych 24 godzin, łącznie z diagnostyką obrazową lub konsultacją kardiologiczną. A na razie mówimy tylko o podstawowej diagnostyce otwierającej pacjentowi drzwi do konsylium. Natomiast mówiąc o pełnym postępowaniu diagnostyczno-terapeutycznym musimy pamiętać, że w Polsce są tylko trzy ośrodki, które dysponują nie tylko pełnym zapleczem diagnostycznym, ale pełnym zapleczem terapeutycznym w zakresie leczenia operacyjnego, chemioterapii czy innego leczenia systemowego oraz radioterapii pod jednym dachem. Gdzie pacjent nie musi wędrować z jednego ośrodka do drugiego. W naszym ośrodku mamy na miejscu pracownię histopatologiczną na najwyższym poziomie. Zakład Patologii Nowotworów ŚCO (dostarcza nam wynik w tempie ekspresowym w skali kraju) oraz ośrodek PET.

Ile czekają pacjenci ŚCO na wynik? Średni czas oczekiwania w skali kraju wynosi ponad 14 dni.

-W naszym ośrodku 10-dniowy czas oczekiwania na wynik jest rzadkością. Zwykle otrzymujemy wyniki histopatologiczne do 5 dni. Odpowiedź na pytanie, z jakim nowotworem mamy do czynienia, mam zwykle w ciągu kilku dni i mając tę zwrotną odpowiedź w systemie, możemy już zlecać dodatkowe badania w postaci panelu NGS (badań genetycznych), do czego wskazania są jedynie wówczas gdy mamy do czynienia z rozpoznaniem raka gruczołowego płuca lub raka niedrobnokomórkowego. Jeśli mamy raka płaskonabłonkowego, zlecamy PDL-1. To wszystko jest przez nas monitorowane w naszym systemie. Zlecenie z dnia na dzień, po uzyskaniu wyniku badania histopatologicznego powoduje, że ten materiał trafia natychmiast do pracowni biologii molekularnej, którą mamy własną i jedną z lepszych w Polsce.

Warto zauważyć, że w 2011 roku Zakład Diagnostyki Molekularnej ŚCO jako pierwszy w Polsce został wyposażony w aparaturę do diagnostyki niezbędnej w terapii personalizowanej.

-I tak jest do tej pory. My nie czekamy na wynik, nie szukamy outsorcingu, która pracownia wykona dla nas taniej badania. Cały czas mamy wyniki na bardzo wysokim poziomie o tych samych parametrach jakościowych. Dzięki naszej wieloletniej współpracy z Zakładem Patologii Nowotworów i Zakładem Diagnostyki Molekularnej mamy dopracowane do perfekcji ścieżki diagnostyczne. Nic nam nie umyka, cały czas trzymamy rękę na pulsie. Warto podkreślić, że pacjenci z rakiem płuca mają w naszym ośrodku również do dyspozycji PET i są traktowani priorytetowo, ponieważ mamy świadomość bardzo niewielkiego marginesu czasu kiedy musimy podjąć leczenie, bo to są bardzo agresywne nowotwory.

Ile osób rocznie korzysta w ŚCO z diagnostyki w kierunku raka płuca?

-Rocznie z diagnostyki korzysta coraz więcej osób. W ciągu roku wykonujemy ponad 1000 bronchoskopii, ponad 400 EBUS-TBNA, powyżej 200 ezofagoskopii (czyli gastroskopii z oceną przełyku) i około 50 EUS-B czyli przezprzełykowego ukłucia węzłów chłonnych śródpiersia za pomocą aparatu ebus. 
Diagnozujemy również pacjentów z innych województw, którzy stanowią blisko 10 %. Czasem bywa, że jesteśmy dla tych pacjentów trzecim szpitalem, w którym dopiero udaje się potwierdzić u nich raka płuca i określić ścieżkę leczenia. Pacjenci przychodzą bardzo często w nieoperacyjnym stadium choroby i nie mają żadnych niepokojących objawów. Częste są sytuacje, gdy pacjent z guzem wielkości pięści lub większym przychodzi bez żadnych objawów i jest zaskoczony tym, że coś u niego znaleziono. Niestety rokowanie jest tym bardziej niekorzystne, im bardziej zaawansowana jest choroba. Tu dochodzimy do clue rozpoznania. Musimy pamiętać, że spośród 100 % pacjentów z rakiem płuca tylko ok.20 % kwalifikuje się ze względu na stan zaawansowania choroby do zabiegu operacyjnego, a leczyć chcemy wszystkich. 80 % nie otrzyma leczenia operacyjnego, część z tych pacjentów nie otrzyma żadnego leczenia ze względu na swój stan ogólny, u nich będzie stosowane leczenie objawowe. Jednak lwią część będą jednak stanowić pacjenci, którzy z jednej strony nie mogą być operowani, ale z drugiej strony mogą być leczeni onkologicznie z wykluczeniem operacji. I tu wchodzimy z radiochemioterapią, czy nowymi metodami leczenia systemowego w postaci immunoterapii czy leczenia celowanego inhibitorami kinazy tyrozynowej, a do tego potrzebne są te wszystkie badania molekularne, o których wspominaliśmy. 
Gdybyśmy chcieli na dwóch ścieżkach postawić diagnostykę pacjenta w ŚCO i innym ośrodku, nawet pulmonologicznym, to są dwie różne rzeczywistości. To samo dotyczy leczenia. U nas zdarza się, że pacjenci z nieoperacyjnym rakiem płuca są przyjmowani do leczenia systemowego w ciągu jednego dnia od konsylium. Dla pacjentów radiochemioterapeutycznych te procedury są wszczynane w ciągu kilku dni. Bo dla pacjenta liczy się każdy dzień. 

Rozmawiała Izabela Opalińska