Medicalpress

W Etiopii rośnie częstość występowania pasożytów malarii z mutacjami związanymi z częściową opornością na leczenie artemizyniną oraz zmianami genetycznymi umożliwiającymi uniknięcie wykrycia przez powszechnie stosowane szybkie testy diagnostyczne. Wyniki ogólnokrajowego badania opublikowanego w „JAMA” pojawiają się w czasie gwałtownego wzrostu zachorowań na malarię – z mniej niż miliona przypadków w 2019 r. do ponad 10 mln w 2024 r. Badacze zaznaczają jednak, że narastająca oporność nie była główną przyczyną tej fali zachorowań.

Po wielu latach postępów w zwalczaniu malarii Etiopia ponownie mierzy się z gwałtownym wzrostem liczby zakażeń. W 2024 r. odnotowano w tym kraju ponad 10 mln przypadków choroby, podczas gdy w 2019 r. było ich mniej niż milion. Etiopski program zwalczania malarii wskazuje m.in. na zmienność klimatu, zakłócenia w funkcjonowaniu ochrony zdrowia oraz ograniczenia działań służących kontroli wektorów.

Naukowcy postanowili sprawdzić, czy do pogorszenia sytuacji epidemiologicznej przyczynia się również narastająca oporność Plasmodium falciparum – gatunku zarodźca odpowiedzialnego za najcięższe postacie malarii – zarówno na leczenie, jak i na stosowane testy diagnostyczne.

Ponad 2200 pacjentów z 11 regionów Etiopii

Badanie przeprowadzono w lipcu i sierpniu 2024 r. w 20 ośrodkach obserwacyjnych zlokalizowanych w 11 regionach Etiopii. Włączono do niego ponad 2200 pacjentów z objawową malarią. Próbki pasożytów analizowano pod kątem markerów genetycznych związanych z opornością na leki przeciwmalaryczne oraz zmian mogących wpływać na skuteczność diagnostyki.

Szczególną uwagę poświęcono wariantom genu pfk13, wiązanym z częściową opornością P. falciparum na artemizyninę – podstawę stosowanych obecnie terapii pierwszego wyboru – oraz delecjom genów pfhrp2 i pfhrp3.

Te ostatnie mają szczególne znaczenie diagnostyczne. Wiele szybkich testów na malarię wykrywa białko HRP2 wytwarzane przez pasożyta. Jeżeli odpowiedzialne za jego produkcję geny zostaną usunięte, zakażenie może pozostać niewykryte, mimo obecności P. falciparum we krwi.

Mutacja związana z opornością na artemizyninę coraz częstsza

Badacze stwierdzili wyraźny wzrost rozpowszechnienia mutacji pfk13 R622I, która jest w Etiopii najczęściej obserwowanym wariantem związanym z częściową opornością na artemizyninę. Analiza genetyczna wskazała również, że w różnych częściach kraju krąży i rozprzestrzenia się kilka linii pasożytów posiadających markery oporności.

Jednocześnie zwiększa się częstość występowania pasożytów z delecjami pfhrp2 i pfhrp3. Wśród prawidłowo zgenotypowanych próbek około jedna czwarta zawierała zmiany pozwalające pasożytowi uniknąć wykrycia przez szybkie testy oparte na HRP2.

Wśród wszystkich uczestników z potwierdzonym zakażeniem niemal dwie trzecie było zakażonych P. falciparum. Wyniki wspierają podjętą w Etiopii decyzję o stosowaniu alternatywnych szybkich testów diagnostycznych, które nie opierają się wyłącznie na wykrywaniu HRP2.

Oporność nie tłumaczy jednak gwałtownego wzrostu zachorowań

Autorzy podkreślają, że choć narastanie markerów oporności jest poważnym sygnałem ostrzegawczym, wyniki badania nie wskazują, aby to właśnie ono było główną przyczyną wzrostu liczby przypadków malarii w Etiopii.

– Nasze wyniki pokazują, że pasożyty malarii posiadające mutacje związane z opornością na leki i diagnostykę stają się w Etiopii coraz częstsze, co budzi istotne obawy dotyczące przyszłości kontroli malarii w tym regionie. Jednocześnie dane wskazują, że mutacje te nie były główną przyczyną niedawnego nawrotu zachorowań – mówi prof. Jonathan B. Parr, współautor senior badania i profesor nadzwyczajny medycyny na University of North Carolina at Chapel Hill.

Jak dodaje badacz, konieczne są dalsze inwestycje w profilaktykę, diagnostykę i nowe schematy leczenia, tak aby ograniczyć ryzyko dalszego rozprzestrzeniania się oporności.

Według autorów na sytuację epidemiologiczną najprawdopodobniej nakłada się kilka czynników, w tym zakłócenia działań służących zwalczaniu malarii oraz zmiany klimatyczne sprzyjające transmisji zakażeń.

Potrzebny stały nadzór nad opornością

Wyniki pokazują, że samo monitorowanie liczby zachorowań może być niewystarczające. Konieczny jest również nadzór molekularny pozwalający śledzić pojawianie się i rozprzestrzenianie wariantów pasożyta, które mogą zmniejszać skuteczność zarówno leczenia, jak i diagnostyki.

– Działania podejmowane w odpowiedzi na wzrost liczby przypadków malarii w Etiopii przynoszą już zachęcające rezultaty. Rosnąca częstość mutacji związanych z opornością podkreśla jednak znaczenie wzmacniania systemów nadzoru i oceny nowych metod leczenia, zanim oporność stanie się większym zagrożeniem – podkreśla dr Ashenafi Assefa, główny autor badania.

Autorzy wskazują, że regularne monitorowanie markerów genetycznych będzie miało kluczowe znaczenie dla dalszego doboru strategii diagnostycznych i terapeutycznych w Etiopii.

Badanie zostało przeprowadzone przez naukowców związanych m.in. z Ethiopian Public Health Institute, University of North Carolina at Chapel Hill i Brown University. Wyniki opublikowano 20 sierpnia 2026 r. w czasopiśmie „JAMA”.

Źródła:
Assefa A. i wsp., Resurgence of Malaria in Ethiopia, JAMA, 2026; doi: 10.1001/jama.2026.14688.
University of North Carolina at Chapel Hill, Institute for Global Health and Infectious Diseases, 20 sierpnia 2026 r.

Międzynarodowy zespół naukowców opracował system sztucznej inteligencji, który może znacząco zwiększyć skuteczność diagnostyki dziedzicznych chorób siatkówki. Choroby te są jedną z głównych przyczyn utraty wzroku u dzieci i osób młodych. Informuje o tym najnowsze wydanie periodyku „Nature Medicine”.

W badaniu uczestniczyli również naukowcy z Polski, w tym prof. Andrzej Grzybowski z Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie, kierownik Instytutu Okulistycznych Badań Naukowych w Poznaniu, a także dr hab. Adrian Smędowski, zastępca kierownika Katedry i Kliniki Okulistyki Śląskiego Uniwersytetu Medycznego w Katowicach.

Diagnostyka z wykorzystaniem sztucznej inteligencji jest szczególnie ważna w dziedzicznych chorobach siatkówki. Za rozwój tych schorzeń odpowiada ponad 300 genów, a podobny obraz kliniczny mogą wywołać różne mutacje. Rozpoznanie wymaga połączenia badania okulistycznego, wielomodalnego obrazowania oraz kosztownych badań genetycznych, które nie są powszechnie dostępne.

Ogromne znaczenie ma wczesne wykrycie tych schorzeń, gdyż coraz częściej opracowywane są terapie genowe. „Im szybciej zostanie ustalone najbardziej prawdopodobne podłoże genetyczne choroby, tym wcześniej pacjent może zostać zakwalifikowany do odpowiedniego leczenia lub badania klinicznego” – przekonuje w przekazanej PAP informacji prasowej prof. Andrzej Grzybowski.

System sztucznej inteligencji o nazwie PRetina4IRD analizuje fotografie dna oka, obrazy optycznej koherentnej tomografii (OCT) oraz podstawowe dane kliniczne pacjenta, aby przewidzieć najbardziej prawdopodobne podłoże genetyczne choroby jeszcze przed wykonaniem kosztownych badań genetycznych. Dzięki temu można zmniejszyć liczbę tych badań, typując u danej osoby najbardziej prawdopodobne genotypy.

Model opracowano na podstawie danych 1843 pacjentów (3376 oczu) z genetycznie potwierdzonymi dziedzicznymi chorobami siatkówki, pochodzących z dziewięciu ośrodków w Chinach, Korei Południowej i Polsce. Przeprowadzono także prospektywne, randomizowane badanie kliniczne obejmującym prawie 300 pacjentów z podejrzeniem dziedzicznych chorób siatkówki. Badanie to polegało na tym, że lekarzy losowo przydzielono do grupy korzystającej z Retina4IRD lub do grupy prowadzącej diagnostykę standardową bez wsparcia sztucznej inteligencji. W obu badaniach analizowano 17 najważniejszych kategorii genotypowych.

Wykazano, że lekarze korzystający ze wsparcia systemu Retina4IRD osiągnęli 88,5 proc. trafności w identyfikacji właściwego genu wśród pięciu najbardziej prawdopodobnych rozpoznań, w porównaniu z 67,3 proc. w grupie specjalistów pracujących bez pomocy sztucznej inteligencji. Zastosowanie systemu poprawiło również decyzje dotyczące dalszej diagnostyki i postępowania terapeutycznego.

Prof. Grzybowski stwierdził, że system sztucznej inteligencji wpływał na decyzje lekarzy. Ci, którzy korzystali z Retina4IRD częściej korygowali początkowe rozpoznanie w sposób zgodny z późniejszym wynikiem badania genetycznego, co wskazuje, że system skutecznie wspomagał proces podejmowania decyzji klinicznych.

Specjalista zaznaczył przy tym, że AI nie ma zastąpić badań genetycznych. „System ma wspomagać diagnostykę poprzez wskazanie najbardziej prawdopodobnych genotypów, natomiast ostateczne rozpoznanie nadal wymaga potwierdzenia badaniem genetycznym” – wskazał. Może zatem skrócić proces diagnostyczny, ograniczyć liczbę niepotrzebnych badań genetycznych, ułatwić wybór odpowiednich paneli genetycznych oraz przyspieszyć kwalifikację pacjentów do terapii genowych i badań klinicznych.

Retina4IRD obejmuje jednak jedynie 17 najważniejszych genotypów. Większość danych pochodzi z populacji azjatyckich, a system wykorzystuje wyłącznie fotografie dna oka i OCT, bez integracji innych badań, takich jak autofluorescencja czy elektroretinografia.

„Badanie pokazuje, że sztuczna inteligencja może wspierać przewidywanie genotypu na podstawie fenotypu okulistycznego oraz realnie poprawiać proces diagnostyczny, co stanowi istotny krok w kierunku medycyny precyzyjnej” – uważa prof. Grzybowski. Dodaje, że AI nie zastępuje lekarza, może jedynie usprawnić diagnostykę i poprawić trafność decyzji klinicznych.

Międzynarodowe badania wpisują się w działalność Polskiego Konsorcjum Sztucznej Inteligencji w Okulistyce, utworzonego w 2024 r. z inicjatywy prof. Andrzeja Grzybowskiego. Konsorcjum skupia czołowe polskie ośrodki kliniczne, akademickie i technologiczne oraz partnerów zagranicznych, tworząc platformę współpracy w zakresie rozwoju, walidacji i wdrażania metod sztucznej inteligencji do diagnostyki i leczenia chorób oczu. (PAP)

Źródło: Nauka w Polsce

Jeszcze kilka lat temu ścieżka pacjenta wyglądała podobnie niemal w całej Polsce – wizyta u lekarza rodzinnego, skierowanie do specjalisty, kolejne badania i często wielomiesięczne oczekiwanie na dalszą diagnostykę. Dziś coraz więcej placówek podstawowej opieki zdrowotnej (POZ) działa w modelu opieki koordynowanej (POZ-OK), który ma prowadzić pacjenta przez cały proces leczenia, angażując lekarza POZ, specjalistów, dietetyków oraz koordynatorów. To jedna z największych zmian organizacyjnych polskiego systemu ochrony zdrowia od lat.

Według danych Narodowego Funduszu Zdrowia (NFZ) na początku 2026 roku POZ-OK realizowało blisko 3 tys. placówek POZ, obejmując ponad 21 mln pacjentów, czyli około 61 proc. osób zapisanych do podstawowej opieki zdrowotnej. Model ten pozwala lekarzowi POZ zlecać szerszy zakres badań diagnostycznych, konsultować pacjenta ze specjalistami oraz planować jego leczenie w sposób bardziej kompleksowy.

– W dotychczasowym modelu pacjent po wizycie u lekarza rodzinnego otrzymywał skierowanie, co wiązało się z samodzielnym szukaniem poradni i długim oczekiwaniem na wizytę u specjalisty. W POZ-OK lekarz POZ zyskuje uprawnienia do zlecania szerszego pakietu badań diagnostycznych i samodzielnego konsultowania wyników z lekarzami specjalistami (np. kardiologiem czy endokrynologiem) –– wyjaśnia dr Robert Mordaka, lekarz specjalista zdrowia publicznego i współtwórca Doctor Robert – asystenta profilaktyki.

– Całym procesem, w tym umawianiem badań i obiegiem informacji, zarządza dedykowany koordynator, a leczenie opiera się na Indywidualnym Planie Opieki Medycznej (IPOM). Jest to przełomowa zmiana, ponieważ system odchodzi od rozproszonego leczenia pojedynczych epizodów chorobowych na rzecz ciągłego i kompleksowego zarządzania zdrowiem pacjenta w jednej placówce – podkreśla dr Kamil Trambowicz, specjalista chorób wewnętrznych.

Europa od lat stawia na koordynację

Polska nie jest wyjątkiem. W wielu krajach europejskich rozwój POZ-OK stał się odpowiedzią na starzenie się społeczeństw oraz rosnącą liczbę osób cierpiących na choroby przewlekłe.

Europejskie Biuro WHO (World Health Organization, Światowa Organizacja Zdrowia) definiuje opiekę koordynowaną jako sposób organizacji świadczeń obejmujący diagnozowanie, leczenie, rehabilitację, opiekę i promocję zdrowia. Jej celem jest nie tylko poprawa jakości leczenia, ale również zapewnienie ciągłości opieki oraz lepszej współpracy pomiędzy różnymi specjalistami.

Zmiana ta oznacza odejście od leczenia pojedynczych epizodów choroby na rzecz długofalowego zarządzania zdrowiem pacjenta.

– Współczesne systemy opieki zdrowotnej, w tym polski, muszą dostosowywać się do wyzwań demograficznych, takich jak starzenie się społeczeństw i rosnąca liczba osób cierpiących na choroby przewlekłe. Wymaga to zapewnienia pacjentom ciągłości opieki oraz zintegrowanej współpracy wielu specjalistów z dietetykami i pielęgniarkami. Taki kierunek pozwala skupić się na wczesnym wykrywaniu problemów i profilaktyce, zamiast na leczeniu zaawansowanych skutków chorób – mówi dr Robert Mordaka.

Eksperci zwracają uwagę, że na długość życia w zdrowiu wpływają przede wszystkim codzienne decyzje dotyczące aktywności fizycznej, sposobu odżywiania, snu, unikania używek oraz regularnych badań profilaktycznych. Coraz większe znaczenie zyskują również modele takie jak Life’s Essential 8, opracowany przez American Heart Association, wskazujący osiem najważniejszych obszarów wpływających na zdrowie i ryzyko chorób sercowo-naczyniowych.

System może prowadzić pacjenta, ale nie zastąpi jego decyzji

Eksperci zwracają uwagę, że nawet najlepiej zaprojektowany model opieki nie przyniesie oczekiwanych efektów, jeśli pacjenci nie będą aktywnie uczestniczyć w procesie leczenia i profilaktyki.

Regularne wykonywanie badań, stosowanie się do zaleceń lekarza czy zgłaszanie się na wizyty kontrolne nadal pozostają jednymi z największych wyzwań polskiego systemu ochrony zdrowia. To właśnie dlatego coraz częściej mówi się nie tylko o dostępności świadczeń, ale również o kompetencjach zdrowotnych (health literacy), czyli umiejętności podejmowania świadomych decyzji dotyczących własnego zdrowia.

– Nawet najlepiej zaprojektowany i najbardziej dostępny system medyczny zawiedzie, jeśli pacjent nie będzie świadomie i aktywnie zaangażowany w proces własnego leczenia. Samo zaoferowanie badań to za mało – pacjent musi regularnie się na nie zgłaszać, stosować się do zaleceń i zmieniać szkodliwe nawyki –podkreśla dr Kamil Trambowicz.

– Dzięki poradom edukacyjnym i dietetycznym przewidzianym w opiece koordynowanej chory przestaje być biernym odbiorcą usług, a staje się odpowiedzialnym partnerem lekarza –dodaje dr Robert Mordaka.

Przyszłość należy do profilaktyki

Rozwój POZ-OK wpisuje się w szerszy trend obecny w europejskich systemach ochrony zdrowia – przesuwanie ciężaru z leczenia skutków chorób na ich wczesne wykrywanie i zapobieganie.

Starzejące się społeczeństwo sprawia, że coraz większego znaczenia nabierają działania pozwalające wydłużać nie tylko życie, ale przede wszystkim okres życia w zdrowiu (health span). Oznacza to większą rolę lekarza POZ, regularnej diagnostyki oraz monitorowania pacjentów z chorobami przewlekłymi.

–  POZ-OK ma ogromny potencjał do wydłużenia okresu życia w dobrym zdrowiu (health span), ponieważ pozwala szybciej wykrywać choroby przewlekłe, monitorować je i zapobiegać ich groźnym powikłaniom. Aby model ten przyniósł ogólnokrajowy sukces, konieczne jest rozszerzenie go na 100% placówek – wyjania dr Robert Mordaka.

– Niezbędna jest także dalsza praca nad mentalnością społeczeństwa, by działania prozdrowotne i profilaktyka stały się powszechnym, codziennym nawykiem – podkresla dr Kamil Trambowicz.

Technologia jako wsparcie, nie zastępstwo

Coraz większą rolę w nowoczesnych systemach ochrony zdrowia odgrywają także rozwiązania cyfrowe, które pomagają pacjentom pamiętać o badaniach, monitorować realizację zaleceń i lepiej poruszać się po systemie. Eksperci podkreślają jednak, że ich zadaniem nie jest zastępowanie lekarza, lecz wspieranie zarówno pacjentów, jak i personelu medycznego w codziennym zarządzaniu procesem leczenia.

– Wiarygodne narzędzia cyfrowe stanowią dziś brakujące ogniwo w skutecznej opiece zdrowotnej, wspierając cel, jakim jest dłuższe życie w zdrowiu, zachowując przy tym najwyższe standardy bezpieczeństwa. W Centrum Medycznym, którym kieruję, kluczowe staje się wsparcie ze strony bezpiecznych rozwiązań cyfrowych, takich jak aplikacja Doctor Robert, która skutecznie łączy zaangażowanie pacjenta z organizacją pracy placówek medycznych – mówi dr Robert Mordaka.

Źródło: inf pras

Uniwersyteckie Centrum Kliniczne Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego (UCK WUM) pozyskało dla Kliniki Chorób Wewnętrznych i Kardiologii z Centrum Diagnostyki i Leczenia Żylnej Choroby Zakrzepowo-Zatorowej Szpitala Klinicznego Dzieciątka Jezus 12,5 mln złotych ze środków Krajowego Planu Odbudowy i Zwiększenia Odporności (KPO).

Z części tych funduszy zakupiono nowoczesny tomograf spektralny, który będzie służył pacjentom SOR, w tym pacjentom z ostrą zatorowością płucną i ostrymi zespołami wieńcowymi, jak np. zawały serca. Dzięki nowemu urządzeniu możliwe będzie prowadzenie szybkiej, nowoczesnej i bardzo precyzyjnej diagnostyki obrazowej pacjentów z udarami i obrażeniami wielonarządowymi.

Tomograf spektralny został zainstalowany na Szpitalnym Oddziale Ratunkowym Szpitala Klinicznego Dzieciątka Jezus (SDKJ), co fundamentalnie zmienia standardy obsługi pacjentów w stanach nagłego zagrożenia życia.

Jesteśmy w Szpitalnym Oddziale Ratunkowym, w sercu tego oddziału, czyli w bardzo ważnej Pracowni Diagnostycznej, która zyskuje nowoczesny sprzęt. Dzięki temu mamy świadomość, jak szybko i jak krótką ścieżką możemy diagnozować pacjentów. Czas jest ważny we wszystkich obszarach medycyny, ale w medycynie ratunkowej odgrywa absolutnie podstawową rolę. Te minuty przekładają się na sukces terapeutyczny wielu pacjentów. Ogromnie się cieszę, ponieważ każdy postęp w zakresie wyposażenia buduje nie tylko potencjał Szpitala Klinicznego Dzieciątka Jezus, lecz także Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego. Jest to potencjał służący nie tylko pacjentom, ale również dydaktyce i badaniom naukowym. – podkreśla Prof. Rafał Krenke, Rektor Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

Nowy aparat zainstalowano w miejscu, gdzie o zdrowiu i życiu często decydują minuty. Umiejscowienie sprzętu w samym sercu oddziału ratunkowego eliminuje konieczność uciążliwego i czasochłonnego transportu pacjentów w stanie ciężkim do Zakładu Radiologii Klinicznej umieszczonego w innym pawilonie.

Kluczowe korzyści z zakupu nowego sprzętu

Diagnoza w kilka minut: Nowoczesny tomograf umożliwia błyskawiczne wykonywanie badań obrazowych, co skraca czas oczekiwania na kluczowe decyzje terapeutyczne – m.in. przy udarach, zawałach czy ciężkich urazach wielonarządowych.

– Zakup nowego tomografu komputerowego z funduszy KPO to dla naszego szpitala krok milowy. Dzięki tej inwestycji skracamy ścieżkę diagnostyczną pacjenta na SOR do absolutnego minimum. Co równie ważne, nowy sprzęt pozwala odciążyć nasz Zakład Radiologii, podnosząc wydajność diagnostyczną całej placówki. – mówi Prof. Paweł Łęgosz, Zastępca Dyrektora ds. Lecznictwa w SKDJ UCK WUM, Kierownik Katedry i Kliniki Ortopedii i Traumatologii Narządu Ruchu.

Mniejsza dawka promieniowania i wyższa precyzja: Zastosowana w nowym aparacie zaawansowana technologia spektralna zapewnia najwyższą jakość obrazowania przy jednoczesnym znacznym obniżeniu dawki promieniowania, co zwiększa bezpieczeństwo pacjentów.

Dzięki zakupionemu tomografowi spektralnemu możliwe będzie prowadzenie szybkiej, nowoczesnej i bardzo precyzyjnej diagnostyki obrazowej u chorych z ostrymi schorzeniami sercowo naczyniowymi, w tym z podejrzeniem ostrej zatorowości płucnej oraz podejrzeniem ostrych zespołów wieńcowych.  Z 12,5 mln złotych z KPO większość została przeznaczona na unowocześnienie bazy sprzętowej Kliniki Chorób Wewnętrznych i Kardiologii z Centrum Diagnostyki i Leczenia Żylnej Choroby Zakrzepowo-Zatorowej: zakupiono wysokiej klasy echokardiografy, system do spiroergometrii, a także rozbudowano angiograf, telemetrię, system holterowski oraz monitoring chorych hospitalizowanych w Oddziale Intensywnej Opieki Kardiologicznej.

W 2025 roku Klinika uzyskała status Centrum Doskonałości Kardiologicznej Chorób Naczyń Płucnych. Od ponad 10 lat prowadzone w niej jest interwencyjne leczenie ostrej zatorowości płucnej w ramach PERT, tj. Zespołu Szybkiego Reagowania w Ostrej Zatorowości Płucnej (Pulmonary Embolism Response Team) stosując przezskórną trombektomię mechaniczną lub niskodawkową lokalną trombolizę. Wykonywane są plastyki tętnic płucnych u chorych z zakrzepowo zatorowym nadciśnieniem płucnym z wykorzystaniem wewnątrznaczyniowego obrazowania (ultrasonografii wewnątrznaczyniowej i optycznej konferencji tomografii).

Obecna inwestycja, zrealizowana ze środków KPO, pozwoli na dalszy rozwój zarówno Szpitala Klinicznego Dzieciątka Jezus UCK WUM jaki samej  Kliniki Chorób Wewnętrznych i Kardiologii z Centrum Diagnostyki i Leczenia Żylnej.

Nowy tomograf stanowi również realne wsparcie dla szpitalnego Zakładu Radiologii, gdzie od prawie roku funkcjonuje już podobne nowoczesne urządzenie. W godzinach mniejszego natężenia na oddziale ratunkowym aparat na SOR będzie wspomagał diagnostykę planową i hospitalizowanych pacjentów z innych oddziałów, co pozwala skrócić kolejki i usprawnić pracę całego szpitala.

Inwestycja została zrealizowana w ramach programu wsparcia systemu ochrony zdrowia z Krajowego  Planu Odbudowy i Zwiększenia Odporności (KPO) „Rozwój i modernizacja infrastruktury centrów opieki wysokospecjalistycznej i innych podmiotów leczniczych w obszarze kardiologii ośrodków zakwalifikowanych do ośrodków II  poziomu zabezpieczenia opieki kardiologicznej Krajowej Sieci Kardiologicznej (KSK)” , którego celem jest zwiększenie efektywności, dostępności oraz jakości świadczeń medycznych w Polsce.

źródło: WUM

Stwardnienie zanikowe boczne (ALS/SLA) to rzadka i postępująca choroba neurodegeneracyjna, która uderza w neurony ruchowe odpowiedzialne za pracę mięśni. W Polsce każdego roku taką diagnozę słyszy 800 osób, a z chorobą zmagają się łącznie 3 tys. pacjentów. Choć medycyna przez lata miała ograniczone narzędzia pomocy, pojawienie się nowoczesnych terapii celowanych sprawiło, że diagnostyka genetyczna przestała być jedynie naukową ciekawostką, a stała się niezbędnym etapem walki o zdrowie chorych.

ALS bywa niezwykle trudne do rozpoznania w początkowej fazie, ponieważ jego pierwsze sygnały są często niespecyficzne. Pacjenci mogą zauważyć u siebie osłabienie siły mięśni w rękach lub stopach, narastające trudności z wykonywaniem precyzyjnych ruchów (jak pisanie czy zapinanie guzików), a także zaburzenia mowy lub połykania. Od momentu wystąpienia pierwszych symptomów do postawienia ostatecznego rozpoznania mija w Polsce średnio od 9,5 miesiąca do nawet 2,5 roku.

– W stwardnieniu zanikowym bocznym podstawowym badaniem diagnostycznym jest EMG, które ocenia odnerwienie mięśni, zarówno tzw. mięśni opuszkowych, czyli unerwianych przez pień mózgu, jak i mięśni szkieletowych – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria dr hab. n. med. Magdalena Badura-Stronka, specjalistka genetyki klinicznej i neurologii z Uniwersytetu Medycznego im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu.

Sytuacja chorych zmieniła się diametralnie wraz z wprowadzeniem pierwszej terapii modyfikującej przebieg choroby u pacjentów z konkretną mutacją w genie SOD1. Tofersen, podawany dokanałowo, ogranicza produkcję wadliwego białka SOD1, co pozwala znacząco spowolnić, a nawet zatrzymać postęp choroby.

Ekspertka podkreśla, że choć dotychczas medycyna skupiała się głównie na łagodzeniu objawów, dziś mamy narzędzie uderzające w przyczynę.

– Sytuacja zmieniła się wraz z pojawieniem się tofersenu – zarówno neurolodzy znacznie częściej kierują pacjentów do poradni genetycznych, jak i sami chorzy częściej zgłaszają się na takie badania – podkreśla dr hab. n. med. Magdalena Badura-Stronka.

Współczesna nauka zidentyfikowała już ok. 40 genów związanych z rozwojem ALS, z których najczęstsze mutacje dotyczą genów C9orf72, TARDBP, FUS oraz SOD1. Ta ostatnia mutacja występuje u 2–3 proc. wszystkich chorych, ale – co niezwykle ważne – jej obecności nie da się stwierdzić bez przeprowadzenia badań genetycznych.

– Badania genetyczne są niezbędne, żeby wykryć pacjenta z patogennym wariantem genu SOD1. Taki chory nie różni się pod względem objawów od pacjentów z innymi postaciami ALS, dlatego bez badań genetycznych nie jesteśmy w stanie ustalić, kto kwalifikuje się do leczenia – wyjaśnia ekspertka.

Właśnie dlatego specjaliści apelują, by badania genetyczne wykonywać u każdego pacjenta z ALS, niezależnie od tego, czy w jego rodzinie zdarzały się wcześniej podobne zachorowania, czy jest to przypadek sporadyczny, występujący po raz pierwszy. Mimo że od października 2025 roku jest dostępne w Polsce przyczynowe leczenie w ramach programu lekowego B.176, wciąż mało osób korzysta z tej szansy.

– Zachęcamy neurologów, żeby szerzyli wiedzę o badaniach genetycznych w ALS, ale jednak tych pacjentów trafia do nas za mało – wskazuje dr Magdalena Badura-Stronka.

Jedną z największych przeszkód jest czas oczekiwania na wizytę u genetyka. W standardowych kolejkach pacjenci, nawet z pilnymi skierowaniami, czekają od kilku miesięcy do nawet trzech lat. W chorobie, w której średnia długość życia wynosi od trzech do pięciu lat od pojawienia się pierwszych objawów, takie opóźnienie jest dramatyczne.

– To zdecydowanie za długi czas, bo każdy miesiąc decyduje o obumieraniu neuronów rdzenia kręgowego. Temu pacjentowi trzeba jak najszybciej zrobić badania genetyczne i wdrożyć leczenie – alarmuje specjalistka genetyki klinicznej i neurologii z UM w Poznaniu.

Diagnostyka genetyczna to nie tylko szansa na leczenie, ale także ważna informacja dla rodziny. Choć może nieść trudne wiadomości – np. o ryzyku dziedziczenia mutacji przez dzieci – pozwala jednak na świadome planowanie i wczesną opiekę. Proces diagnostyczny w laboratoriach jest już dobrze przygotowany.

– Ten proces powinien być dosyć prosty, bo wiemy, co i jak badać, laboratoria genetyczne są do tego przygotowane – mówi dr Magdalena Badura-Stronka.

Ekspertka wskazuje jednocześnie, że głównym wyzwaniem pozostaje obecnie przepustowość poradni i świadomość konieczności szybkich badań. Dodaje, że edukacja pacjentów i środowiska medycznego to klucz do tego, by nikt z diagnozą ALS nie pozostał bez szansy na nowoczesną terapię. Każdy miesiąc ma znaczenie, a genetyka jest w tym wyścigu najważniejszym sojusznikiem chorych.

Źródło: Newseria

Zakończyła się ogólnopolska kampania „Panowie! Jazda po zdrowie!”, w ramach której Mobilna Stacja Kontroli Zdrowia Fundacji Hasco-Lek odwiedzała kolejne miasta w Polsce, zachęcając mężczyzn do profilaktyki i regularnego sprawdzania stanu zdrowia. W HascoBusie wykonano łącznie 2828 badań i konsultacji profilaktycznych.

Kampania odbywała się pod hasłem „Nie czekaj, aż zapali się kontrolka” i została pomyślana jako odpowiedź na jedną z najważniejszych barier w profilaktyce zdrowia mężczyzn: odkładanie badań na później. Wielu panów zgłasza się do lekarza dopiero wtedy, gdy objawy są już nasilone albo utrudniają codzienne funkcjonowanie. Organizatorzy kampanii chcieli pokazać, że podstawowe badania mogą być szybkie, bezbolesne i dostępne blisko miejsca zamieszkania, bez skierowania, wcześniejszej rejestracji i długiego oczekiwania.

Mobilna Stacja Kontroli Zdrowia odwiedziła miasta w różnych regionach kraju, docierając zarówno do dużych ośrodków, jak i mniejszych miejscowości. W HascoBusie mężczyźni mogli skorzystać m.in. z pomiaru ciśnienia tętniczego i tętna, jednokanałowego EKG, analizy składu ciała, testów sprawności funkcjonalnej FMS, konsultacji farmaceutycznej oraz badań USG. Taka formuła miała oswoić profilaktykę i pokazać, że „przegląd zdrowia” może być prostym, krótkim i realnie dostępnym działaniem.

Za nami ponad 2800 badań i konsultacji wykonanych w ramach ogólnopolskiej kampanii „Panowie! Jazda po zdrowie”, która łączy profilaktykę z edukacją i budowaniem świadomości zdrowotnej w społeczeństwie. Badania w HascoBusie były szybkie, bezbolesne i nieinwazyjne, a liczba chętnych potwierdziła, że obrany przez nas kierunek był słuszny, a mężczyźni w Polsce chcą się badać. Zebrane podczas trasy doświadczenia i obserwacje staną się podstawą raportu o zdrowiu mężczyzn w Polsce, którego publikację planujemy już w listopadzie – mówi Agnieszka Han, prezes zarządu Fundacji Hasco-Lek.

W pierwszym etapie kampanii wykonano 1128 badań i konsultacji, w drugim – 674. Trzeci etap objął m.in. Lądek-Zdrój, Milicz, Poznań, Gdańsk, Gdynię, Grudziądz i Warszawę. Podczas ostatnich przystanków wykonano 134 badania i konsultacje w Lądku-Zdroju, 134 w Miliczu, 153 w Poznaniu, 158 w Gdańsku, 159 w Gdyni, 128 w Grudziądzu oraz 160 podczas finału w Warszawie.

Wyniki kampanii pokazały, że mężczyźni chętnie korzystają z profilaktyki, jeśli badania są dostępne blisko, bezpłatnie i bez zbędnych formalności. Jednocześnie obserwacje ekspertów pracujących w HascoBusie potwierdziły, że nawet podstawowe badania mogą zwrócić uwagę na nieprawidłowości wymagające dalszej diagnostyki – także u osób, które wcześniej nie odczuwały wyraźnych objawów.

– Podczas badań USG wykrywaliśmy między innymi zwężenia tętnic szyjnych, zmiany w obrębie nerek i wątroby, guzy najądrzy czy nieprawidłowości wymagające dalszej diagnostyki. Część pacjentów nie miała wcześniej żadnych objawów, dlatego te badania bardzo dobrze pokazały, jak duże znaczenie ma profilaktyka – mówi Krzysztof Bilmin, dyrektor ds. medycznych w Hasco-Lek.

Nieprawidłowości zauważano także podczas podstawowych pomiarów wykonywanych w gabinecie pielęgniarskim. U części uczestników pojawiały się sygnały ze strony układu sercowo-naczyniowego, które mogły wymagać dalszej kontroli.

– W gabinecie pielęgniarki odnotowano liczne nieprawidłowości w zakresie parametrów układu sercowo-naczyniowego. U części uczestników stwierdzono podwyższone wartości ciśnienia tętniczego. Zaobserwowano również wiele zaburzeń rytmu serca, z których najczęściej występowało migotanie przedsionkówmówi Katarzyna Kozłowska-Panek.

Kampania „Panowie! Jazda po zdrowie!” miała nie tylko umożliwić wykonanie badań, ale też przełamywać stereotypy związane z męską profilaktyką. Organizatorzy zwracali uwagę na najczęstsze powody odkładania kontroli zdrowia: brak czasu, przekonanie, że „skoro nic nie boli, nie ma problemu”, lęk przed diagnozą czy traktowanie badań jako czegoś skomplikowanego i czasochłonnego.

Ważnym elementem kampanii było także zaangażowanie znanych osób, które swoim przykładem wspierały ideę męskiej profilaktyki. Na znak poparcia dla regularnych badań w HascoBusie przebadali się m.in. Rafał Sonik, Jasiek Mela oraz Maciej Wisławski. Kampanię poparli również m.in. ReZigiusz, Kajetan Kajetanowicz, Sebastian Karpiel-Bułecka, Maciej Janowski oraz Bartek Kowalski, zachęcając mężczyzn do tego, by nie odkładali troski o zdrowie na później.

Ogólnopolska trasa pokazała, że odpowiednio zaprojektowana profilaktyka może skutecznie zachęcać mężczyzn do działania. Mobilna, bezpłatna i nieinwazyjna forma badań pozwoliła dotrzeć do osób, które często nie zgłaszają się na kontrolę zdrowia z własnej inicjatywy.

Wnioski i obserwacje zebrane podczas kampanii zostaną rozwinięte w raporcie o zdrowiu mężczyzn w Polsce, którego publikacja planowana jest na listopad br.

Więcej informacji o kampanii:
https://fundacjahasco-lek.pl/kampania-panowie-jazda-po-zdrowie/

Źródło: inf pras

Sam fakt, że sztuczna inteligencja potrafi wygenerować poprawnie brzmiącą odpowiedź, nie oznacza jeszcze, że jest w pełni przystosowana do działania w sektorze ochrony zdrowia. Wprost proporcjonalnie do rozwoju możliwości technologii w medycynie rosną obawy o bezpieczeństwo, jakość danych, zgodność z praktyką kliniczną oraz realną wartość dla pacjenta. Dlatego coraz częściej zasadne wydaje się nie pytanie o to, czy AI działa, lecz gdzie i w jaki sposób powinna być wykorzystywana. To zagadnienie było przedmiotem rozmów ekspertów w ostatnim odcinku podcastu „LLMathon: How AI Can Serve Healthcare”.
Podcast stanowi podsumowanie doświadczeń i wniosków z Poland Healthcare Datathon 2025 – inicjatywy zorganizowanej we współpracy środowisk medycznych, naukowych i technologicznych, której inicjatorem był Roche. Podczas Datathonu interdyscyplinarne zespoły pracowały na rzeczywistych, zanonimizowanych danych klinicznych z Uniwersyteckiego Centrum Klinicznego w Gdańsku i w praktyce testowały możliwości dużych modeli językowych w polskojęzycznych scenariuszach medycznych.

Wnioski będące pokłosiem wydarzenia stały się punktem wyjścia do kolejnej dyskusji – o tym, jak odpowiedzialnie wdrażać sztuczną inteligencję do systemu ochrony zdrowia. W najnowszym odcinku podcastu, dostępnym na youtubowym kanale Roche, eksperci mówią nie tylko o potencjale dużych modeli językowych, ale również o całej architekturze rozwiązań AI i świadomym procesie jej wykorzystania.

Globalny algorytm musi zdać „egzamin z polskiego”

Choć wiele rozwiązań AI powstaje z myślą o globalnym zastosowaniu, ich skuteczność w ochronie zdrowia zależy od lokalnego kontekstu. Znaczenie mają język dokumentacji medycznej, organizacja pracy placówek, ścieżki pacjenta oraz charakterystyka danych odzwierciedlających specyfikę konkretnego systemu ochrony zdrowia.

Chcieliśmy, aby Healthcare Datathon składał się z wzajemnie uzupełniających się elementów pełnych zarówno merytorycznej dyskusji, jak i praktyki. Pierwszego dnia uczestnicy spotkali się podczas części wykładowej poświęconej zastosowaniom AI w ochronie zdrowia, gdzie swoją wiedzą dzielili się lekarze i eksperci z uczelni technicznych. Z kolei fundamentem drugiego dnia były ćwiczenia praktyczne, w tym m.in. LLMathon – mówi Adam Krenke, dyrektor do spraw strategii w Roche Polska.

Poland Healthcare Datathon 2025 zgromadził ponad 200 uczestników reprezentujących 14 uczelni i ośrodków badawczych z pięciu krajów. W 13 interdyscyplinarnych zespołach współpracowali lekarze, badacze, projektanci doświadczeń użytkownika, specjaliści danych, programiści oraz studenci.

Sztuczna inteligencja zweryfikowana na rzeczywistych danych

Jednym z najważniejszych elementów wydarzenia była możliwość pracy na autentycznych, zabezpieczonych danych klinicznych przekazanych przez Uniwersyteckie Centrum Kliniczne w Gdańsku.

W ramach Datathonu uczestnicy analizowali setki tysięcy rekordów hospitalizacji, poszukując czynników pozwalających przewidywać ryzyko ponownego przyjęcia pacjenta do szpitala. W ten sposób sprawdzaliśmy, czy algorytmy AI mogą pomóc identyfikować wzorce, które wspierałyby personel medyczny w podejmowaniu decyzji i skutecznym planowaniu opieki nad pacjentami – wyjaśnia Adam Krenke.

Kolejnym filarem projektu był LLMathon, podczas którego uczestnicy oceniali, jak duże modele językowe radzą sobie z pytaniami najczęściej zadawanymi przez pacjentów i lekarzy.

Dziś zarówno pacjenci, jak i lekarze coraz częściej korzystają z narzędzi opartych na AI. Problem polega na tym, że niewiele wiemy o ich rzeczywistej precyzji, jakości odpowiedzi czy ograniczeniach. Chcieliśmy zweryfikować to w praktyce, wykorzystując pytania opracowane wspólnie z lekarzami i organizacjami pacjenckimi – podkreśla ekspert.

Dane są paliwem dla AI, ale muszą być reprezentatywne

Eksperci zwracają uwagę, że skuteczność modeli sztucznej inteligencji zależy bezpośrednio od jakości i reprezentatywności danych, na których zostały wytrenowane.

 
AI może odegrać ogromną rolę w rozwoju ochrony zdrowia, jednak większość dostępnych danych pochodzi z krajów wysoko rozwiniętych. Istnieje ryzyko, że modele będą dobrze odpowiadać na potrzeby określonych populacji, a gorzej radzić sobie w innych grupach. Dlatego projektując algorytmy, należy równie starannie jak w badaniach klinicznych dobierać populacje, na których opierane są dane treningowe – stwierdza Krenke. 

O istocie znaczenia danych wspomina także Anna Romaniuk-Iwaszko, Marketing Network Lead for Digital Solutions w Roche.

Roche od lat rozwija innowacyjne terapie i rozwiązania diagnostyczne. Coraz większą rolę odgrywają także algorytmy kliniczne wspierające decyzje medyczne. Ogromna ilość danych generowanych każdego dnia w systemie ochrony zdrowia nadal pozostaje niewykorzystana. Naszym celem jest przekształcanie tych informacji w praktyczne wsparcie dla lekarzy, tak aby mogli efektywniej wykorzystywać swój czas, a pacjenci szybciej otrzymywali właściwą diagnozę – tłumaczy.

AI zastąpi relację lekarz-pacjent?

Eksperci zgodnie wskazują, że sztuczna inteligencja może wspierać wiele procesów administracyjnych, analitycznych i organizacyjnych, jednak nie powinna być postrzegana jako alternatywa dla pomocy drugiego człowieka.

– Najważniejsze jest to, aby nie stracić z oczu pacjenta. Sztuczna inteligencja pozostaje narzędziem w rękach człowieka. To od sposobu jej wykorzystania zależy, czy będzie realnym wsparciem dla ochrony zdrowia. Medycyna to nie tylko diagnoza i leczenie, ale również troska o jakość życia pacjenta, relacje, empatia i odpowiedzialność – mówi Katarzyna Kaliszewska-Czeremska, Customer Experience Lead and Strategist w Roche.

Podobnego zdania jest Sławomir Molenda, User Experience Expert w Roche Digital Technology.

Obecne modele językowe mogą rozpoznawać emocje i odpowiednio reagować na komunikaty pacjentów, ale nie są zdolne do rzeczywistego współodczuwania czy rozumienia doświadczenia choroby tak jak drugi człowiek. Możemy mówić jedynie o pewnym rodzaju empatii kognitywnej, skupionej na perspektywie intelektualnej i rozumieniu schematów myślowych. AI może wspierać komunikację, jednak nie zastąpi relacji terapeutycznej budowanej między pacjentem a lekarzem – zaznacza.

Istnieją jednak aspekty, w których modele AI mogą być dla pacjenta użyteczne.

Niektóre badania sugerują, że ludzie wolą interakcje medyczne z AI, ponieważ modele te są wolne od osądów czy stygmatyzacji. LLM-y mogą obiektywnie zmniejszać wstyd i w ten sposób pomagać pacjentom – dodaje Molenda.

Interdyscyplinarność warunkiem sukcesu

Jednym z najczęściej powracających tematów podczas wydarzenia była konieczność łączenia kompetencji z różnych dziedzin.

 
Interdyscyplinarność jest kluczowa. W projektach wykorzystujących AI w ochronie zdrowia nie istnieją jednoosobowe rozwiązania. Potrzebna jest wiedza kliniczna, technologiczna, projektowa i komunikacyjna. Dopiero połączenie tych kompetencji pozwala tworzyć rozwiązania niosące rzeczywistą opiekę i pomoc pacjentom – podkreśla Adam Krenke.

Interdyscyplinarności nie brakowało również w trakcie Datathonu – taką formę współpracy szczególnie docenili uczestnicy wydarzenia.

Największym zaskoczeniem była dla mnie otwartość i brak podziałów między studentami, naukowcami oraz lekarzami. Często w świecie akademickim można wyczuć pewien dystans. Tutaj każdy głos był równie ważny, a wszystkich łączyła wspólna misja i chęć wymiany doświadczeń – zauważa Zuzanna Warchoł, studentka Politechniki Gdańskiej. Z kolei Kacper Dobek, doktorant Politechniki Poznańskiej, zwraca uwagę na długofalowe korzyści płynące z projektu.

To doświadczenie pokazało, jak wiele dobrego może wydarzyć się, gdy spotykają się ludzie z różnych środowisk. Efekty Datathonu wykraczają poza Polskę – podobne inicjatywy zaczęły powstawać również w innych krajach Europy, inspirując kolejne zespoły do poszukiwania praktycznych zastosowań AI w medycynie. Namacalnym przykładem może być chociażby grudniowy Datathon we Francji, który, dzięki zdobytej w Gdańsku wiedzy, miałem okazję wesprzeć organizacyjnie – podsumowuje.

Źródło: inf pras

Ruszyła kolejna edycja ogólnopolskiej akcji profilaktycznej, w ramach której można bezpłatnie wykonać badanie gęstości mineralnej kości. Oprócz wybranych placówek medycznych badania prowadzi także mobilny osteobus, który odwiedzi około 200 miejscowości. Celem programu jest wcześniejsze wykrywanie osteoporozy i ograniczenie ryzyka groźnych złamań.
Tkanka kostna to dynamiczny układ, który ulega ciągłym procesom przebudowy, jednak z wiekiem traci swoją gęstość mineralną, co zwiększa ryzyko złamań. Dlatego tak ważna jest profilaktyka i regularna kontrola, szczególnie u kobiet po menopauzie oraz u mężczyzn po 70. roku życia.

Do udziału w badaniu szczególnie organizatorzy zachęca osoby, u których występują czynniki zwiększające ryzyko osłabienia kości. Należą do nich m.in. wątła budowa ciała (niskie BMI), stosowanie suplementacji, przebyte złamania kości w wieku dorosłym, a także choroby i stany przewlekłe. Ryzyko może zwiększać również mała aktywność ruchowa.

Łatwiejszy dostęp do badań

Z myślą o profilaktyce i wczesnym wykrywaniu osteoporozy organizatorzy akcji zachęcają do udziału w badaniu. 29 czerwca ruszyły bezpłatne badania w wybranych przychodniach medycznych, a w Polskę wyruszyła mobilna pracownia diagnostyczna. Osteobus odwiedzi około 200 miast w całej Polsce, umożliwiając wykonanie badań bez długiego oczekiwania na wizytę.

Szybkie i bezbolesne badanie

W przychodniach i osteobusie wykonywana jest densytometria, czyli pomiar gęstości mineralnej kości (BMD). Badanie pozwala ocenić stan tkanki kostnej oraz wykryć jej obniżoną gęstość, która może wiązać się ze zwiększonym ryzykiem osteoporozy i złamań.

Pomiar wykonywany jest przy użyciu niewielkiej dawki promieniowania rentgenowskiego (metoda DXA). Najczęściej analizowane są obszary szczególnie narażone na złamania osteoporotyczne – szyjka kości udowej oraz odcinek lędźwiowy kręgosłupa. Badanie trwa kilka minut, jest bezbolesne, nieinwazyjne i nie wymaga specjalnego przygotowania.

Po jego wykonaniu pacjent otrzymuje wynik, który pozwala ocenić gęstość mineralną kości. Należy skonsultować go z lekarzem, który na tej podstawie może zalecić odpowiednie postępowanie, w tym ewentualne leczenie.

Kontakt i zapisy

Sprawdź, w których przychodniach w Polsce prowadzone są badania oraz kiedy i gdzie będzie osteobus:

Telefon: 56 666 66 67

Poniedziałek-piątek: 8:00-20:00

Źródło: PAP MediaRoom
Foto: PAP MediaRoom

Niewydolność serca pozostaje jednym z największych wyzwań współczesnej kardiologii. Szacuje się, że na świecie żyje z nią już ponad 64 mln dorosłych, a liczba chorych systematycznie rośnie wraz ze starzeniem się społeczeństw oraz wzrostem częstości występowania otyłości, cukrzycy typu 2 i nadciśnienia tętniczego. W odpowiedzi na te zmiany światowe organizacje kardiologiczne opublikowały Drugą Uniwersalną Definicję Niewydolności Serca, która ma ujednolicić sposób rozpoznawania choroby, ułatwić prowadzenie badań naukowych i przede wszystkim poprawić opiekę nad pacjentami.
Dokument został opracowany wspólnie przez American Heart Association (AHA), American College of Cardiology (ACC), European Society of Cardiology (ESC), World Heart Federation oraz towarzystwa naukowe zajmujące się niewydolnością serca ze Stanów Zjednoczonych, Europy i Japonii. Stanowi aktualizację pierwszej uniwersalnej definicji opublikowanej w 2021 roku. Jednocześnie został opublikowany w najważniejszych światowych czasopismach kardiologicznych: „Circulation”, „Journal of the American College of Cardiology”, „European Heart Journal” oraz „Global Heart”.

Autorzy dokumentu zwracają uwagę, że mimo ogromnego postępu terapeutycznego nadal istnieją różnice w rozpoznawaniu i klasyfikowaniu niewydolności serca, co utrudnia porównywanie wyników badań oraz wdrażanie jednolitych standardów leczenia.

Jak podkreśla współprzewodnicząca zespołu ekspertów dr Mary Norine Walsh: „Niewydolność serca pozostaje poważnym wyzwaniem, które stale rośnie na całym świecie, a niespójności w jej definiowaniu ograniczają postęp w badaniach i leczeniu”. Zdaniem ekspertki nowa definicja ma stworzyć bardziej spójne ramy postępowania, które pozwolą wcześniej identyfikować osoby zagrożone chorobą i skuteczniej dobierać terapię.

Jednym z najważniejszych elementów nowego dokumentu jest przesunięcie akcentu z leczenia zaawansowanej niewydolności serca na jej możliwie najwcześniejsze wykrywanie. Eksperci podkreślają, że choroba rozwija się stopniowo, a działania profilaktyczne powinny rozpoczynać się jeszcze przed pojawieniem się pierwszych objawów klinicznych.

Nowa definicja wyraźnie wskazuje, że osoby z czynnikami ryzyka, takimi jak nadciśnienie tętnicze, cukrzyca, otyłość czy przebyte choroby serca, powinny być identyfikowane wcześniej, zanim rozwinie się pełnoobjawowa niewydolność serca. Takie podejście ma zwiększyć skuteczność profilaktyki i ograniczyć liczbę hospitalizacji.

Istotną zmianą jest również odejście od sztywnego definiowania niewydolności serca wyłącznie na podstawie wartości frakcji wyrzutowej lewej komory (LVEF). Dotychczas określone progi liczbowe decydowały o kwalifikacji pacjentów do poszczególnych grup. Nowe zalecenia zwracają uwagę, że parametry te mogą różnić się w zależności od wieku, płci czy pochodzenia etnicznego.

Zamiast tego eksperci proponują bardziej praktyczny podział na niewydolność serca z obniżoną, zachowaną oraz poprawioną frakcją wyrzutową, co ma lepiej odzwierciedlać rzeczywisty stan kliniczny pacjenta.

Autorzy dokumentu proponują również po raz pierwszy uniwersalny system klasyfikacji przyczyn niewydolności serca. Ma on ułatwić zarówno prowadzenie badań naukowych, jak i codzienną praktykę kliniczną poprzez dokładniejsze określenie mechanizmu prowadzącego do rozwoju choroby. W praktyce może to oznaczać łatwiejsze dobieranie terapii ukierunkowanych na konkretną przyczynę niewydolności serca, a nie wyłącznie leczenie jej objawów.

Dużo miejsca poświęcono także czynnikom społecznym wpływającym na zdrowie. Eksperci podkreślają, że przebieg niewydolności serca zależy nie tylko od biologii choroby, ale również od miejsca zamieszkania pacjenta, dostępności opieki medycznej, poziomu edukacji zdrowotnej oraz możliwości korzystania z nowoczesnych metod diagnostyki i leczenia. W dokumencie zwrócono uwagę na potrzebę uwzględniania tych różnic zarówno podczas planowania opieki nad pacjentami, jak i tworzenia polityki zdrowotnej.

Nowe podejście zmienia także sposób postrzegania samej choroby. Dotychczas niewydolność serca była często traktowana jako stan nieodwracalny i stale postępujący. Autorzy nowej definicji wskazują natomiast, że u części pacjentów możliwa jest poprawa funkcji serca, remisja, a nawet częściowy powrót do zdrowia. Oznacza to konieczność regularnej oceny stanu chorego i dostosowywania leczenia do zmieniającej się sytuacji klinicznej.

Jak podkreśla dr Mary Norine Walsh: „Nowe ramy prawne uznają, że niewydolność serca nie jest stanem statycznym. Koncentrując się na stadiach choroby, jej przyczynach i przebiegu – w tym na poprawie, remisji i powrocie do zdrowia – możemy lepiej dostosować opiekę i przyspieszyć działania profilaktyczne”.

Opublikowany dokument nie zmienia jeszcze obowiązujących wytycznych terapeutycznych, ale będzie stanowił podstawę do ich aktualizacji. Nowe zalecenia American Heart Association i American College of Cardiology dotyczące leczenia niewydolności serca mają zostać opublikowane pod koniec 2027 roku. Można jednak przypuszczać, że już dziś nowa definicja będzie stopniowo wpływać na sposób prowadzenia badań naukowych oraz organizację opieki nad pacjentami w wielu krajach.

Rosnąca liczba osób z niewydolnością serca sprawia bowiem, że coraz większego znaczenia nabiera nie tylko rozwój nowych terapii, ale również wcześniejsze rozpoznawanie choroby i skuteczniejsze zapobieganie jej rozwojowi. Aktualizacja międzynarodowej definicji jest kolejnym krokiem w kierunku bardziej spersonalizowanej opieki kardiologicznej, w której równie ważne jak leczenie staje się identyfikowanie pacjentów zagrożonych chorobą jeszcze przed wystąpieniem jej objawów.

Źródło: https://newsroom.heart.org/

 
Choć pacjenci rzadko mają z nimi bezpośredni kontakt, to właśnie od pracy histotechników i histotechnologów w dużej mierze zależy jakość diagnostyki patomorfologicznej. Narodowy Instytut Onkologii kontynuuje ogólnopolskie szkolenia i certyfikację tej grupy zawodowej w ramach Narodowej Strategii Onkologicznej, wzmacniając kompetencje specjalistów odpowiedzialnych za przygotowanie materiału tkankowego do oceny mikroskopowej.
 
Diagnostyka zaczyna się wcześniej, niż wielu pacjentów może przypuszczać. Zanim materiał tkankowy trafi do oceny lekarza patomorfologa, musi zostać odpowiednio zabezpieczony, opracowany i wybarwiony. To właśnie od jakości pracy histotechników i histotechnologów, czyli specjalistów odpowiedzialnych za przygotowanie materiału tkankowego do badania mikroskopowego, zależy, czy powstanie preparat, który pozwoli na precyzyjną ocenę, rozpoznanie choroby i zaplanowanie najlepszego leczenia.

Dlatego tak ważne jest systematyczne wzmacnianie kompetencji osób, które odpowiadają za ten kluczowy etap procesu diagnostycznego. Przygotowanie merytoryczne histotechników i histotechnologów ma bardzo duży wpływ na jakość rozpoznania patomorfologicznego.

W miniony weekend w Narodowym Instytucie Onkologii odbyły się szkolenia dla histotechnologów. To kontynuacja działań rozpoczętych w maju 2025 r. ubiegłego roku. Wówczas w NIO odbyły się pierwsze ogólnopolskie kursy doszkalające i doskonalące z certyfikacją dla tej grupy zawodowej.

Szkolenia realizowane są w ramach Narodowej Strategii Onkologicznej. Za ich merytoryczne przygotowanie odpowiada Zakład Patomorfologii Nowotworów Instytutu, a organizację koordynuje Krajowy Ośrodek Monitorujący, którego rolę pełni NIO. Ważną rolę w tym procesie odgrywają także Wojewódzkie Ośrodki Monitorujące, wspierające rozwój i upowszechnianie jednolitych standardów diagnostyki patomorfologicznej w całym kraju. Obecna formuła rozwija działania ubiegłoroczne, kiedy szkolenia i warsztaty odbywały się w organizacji wyłącznie Krajowego Ośrodka Monitorującego.

To współpraca, która ma bardzo praktyczny wymiar. Uczestnicy rozwijają kompetencje potrzebne nie tylko do prawidłowego przygotowania i procesowania materiału, ale także do identyfikacji nieprawidłowości i błędów w fazie przedzakładowej oraz eliminowania błędów w trakcie technicznej obróbki materiału. Wpływa to na jakość opracowywanych preparatów, jakość rozpoznania patomorfologicznego oraz decyzje dotyczące wyboru odpowiedniej terapii.

Certyfikacja histotechników i histotechnologów to także ważny krok w budowaniu rangi tych zawodów. To specjaliści, których praca przez lata pozostawała mniej widoczna, choć ma bezpośredni wpływ na jakość diagnozy i decyzje terapeutyczne podejmowane przez zespoły kliniczne.

Duże zainteresowanie szkoleniami pokazuje, że środowisko jest gotowe do dalszego rozwoju, a jednostki diagnostyki patomorfologicznej widzą realną wartość inwestowania w wiedzę, kompetencje i standardy. Podczas ubiegłorocznych edycji kursów dla histotechników i histotechnologów certyfikaty otrzymało 112 pracowników Jednostek Diagnostyki Patomorfologicznej z całej Polski.

To także dopiero początek. Kolejne edycje szkoleń, najbliższe zaplanowane na wczesną jesień tego roku, oraz programy dla osób rozpoczynających pracę w zawodzie mają szansę stać się stałym elementem systemowego rozwoju diagnostyki patomorfologicznej w Polsce – z korzyścią dla personelu, lekarzy i przede wszystkim pacjentów.

Więcej informacji o szkoleniach, harmonogram i zasady rejestracji można znaleźć na stronie Krajowego Ośrodka Monitorującego: https://kom.nio.gov.pl/ 

Źródło: NIO
Foto: NIO

Choć większość Polaków zdaje sobie sprawę, że przewlekły kaszel może być objawem poważnej choroby, wielu najpierw próbuje leczyć go domowymi sposobami i odkłada konsultację lekarską. Tymczasem eksperci ostrzegają, że utrzymujący się kaszel może świadczyć o chorobach śródmiąższowych płuc, w tym idiopatycznym włóknieniu płuc, których wczesne rozpoznanie ma kluczowe znaczenie dla skuteczności leczenia i spowolnienia postępu choroby.
Wyniki badania „Portret kaszlącego Polaka” zrealizowanego w ramach kampanii „Płuca Polski. Od kaszlu do włóknienia” pokazują, że przewlekły kaszel nadal bywa bagatelizowany, a pacjenci często trafiają do diagnostyki dopiero wtedy, gdy pojawiają się duszność i problemy z codziennym funkcjonowaniem.

Mimo rosnącej świadomości zdrowotnej Polacy nadal zbyt długo zwlekają z reakcją na  przewlekły kaszel. Około 3/4 respondentów (76%) zgadza się, że może on być objawem poważnej choroby, jednak co dziesiąty respondent przyznaje, że udałby się do lekarza dopiero po około 4 lub 8 tygodniach od pojawienia się kaszlu. Najczęściej badani czekają tydzień (33%) lub 2–3 tygodnie (28%), zanim zgłoszą się do specjalisty.

Badanie pokazuje wyraźną rozbieżność między świadomością zagrożenia a rzeczywistymi zachowaniami zdrowotnymi. Aż 85% badanych uważa, że długo utrzymującego się kaszlu nie powinno się lekceważyć, jednak prawie 73% respondentów deklaruje, że w pierwszej kolejności próbuje domowych sposobów leczenia. Ponad połowa badanych (57%) zgłosiłaby się do lekarza dopiero wtedy, gdy kaszel zacząłby znacząco utrudniać codzienne życie.

Przewlekły kaszel to objaw, którego nie należy ignorować, szczególnie jeśli utrzymuje się przez wiele tygodni. Może on towarzyszyć nie tylko częstym infekcjom czy astmie, ale również poważnym chorobom płuc, w tym chorobom śródmiąższowym płuc. Problem polega na tym, że przewlekły kaszel jest przez wielu Polaków normalizowany i „oswajany”, zamiast traktowany jako sygnał alarmowy. W praktyce pulmonologicznej nadal obserwujemy pacjentów, którzy trafiają do specjalisty zbyt późno, kiedy choroba jest już zaawansowana. Tymczasem szybka diagnostyka daje szansę na wcześniejsze wdrożenie leczenia, które może spowolnić rozwój chorobyprzestrzega dr n. med. Małgorzata Czajkowska-Malinowska, konsultant krajowa w dziedzinie chorób płuc.

Kaszel „do przeczekania”

Badanie pokazuje również, że Polacy mają bardzo ograniczoną wiedzę na temat samego przewlekłego kaszlu. Medycznie oznacza on kaszel utrzymujący się ponad 8 tygodni, jednak prawidłową odpowiedź wskazało jedynie 4% respondentów. Około połowa badanych uznaje za przewlekły kaszel objaw trwający tydzień (26%) lub dwa tygodnie (23%).

Do lekarza Polacy najczęściej zgłaszają się dopiero wtedy, gdy objawy zaczynają wpływać na codzienne funkcjonowanie. Najsilniejszym impulsem do konsultacji są trudności w oddychaniu i uczucie braku powietrza (34%), kaszel utrudniający sen lub codzienne aktywności (31%) oraz pojawienie się dodatkowych objawów, takich jak duszność czy ból w klatce piersiowej (28%). Jedynie 16% respondentów deklaruje, że udałoby się do lekarza z powodu utrzymującego się kaszlu mimo stosowania domowych metod leczenia.

Na opóźnianie diagnostyki wpływają także bariery systemowe. Ponad 1/3 badanych (36%) wskazuje długie kolejki do specjalistów, a 28% trudności z umówieniem wizyty w dogodnym terminie.

Choroby śródmiąższowe płuc – mało znane, poważne schorzenia

Choroby śródmiąższowe płuc (ILD, ang. interstitial lung diseases) to grupa ponad 200 schorzeń często związanych z uszkodzeniem i włóknieniem tkanki płuc. prowadzących do włóknienia tkanki płucnej. W efekcie płuca stopniowo tracą zdolność prawidłowej wymiany gazowej, a pacjenci coraz bardziej odczuwają duszność, przewlekły kaszel i obniżenie tolerancji wysiłku. Część ILD rozwija się w przebiegu chorób autoimmunologicznych lub w wyniku kontaktu z pyłami i substancjami toksycznymi, jednak w wielu przypadkach przyczyna pozostaje nieznana. Jedną z najcięższych postaci choroby jest idiopatyczne włóknienie płuc (IPF).

Szacuje się, że w Polsce z chorobami śródmiąższowymi płuc może żyć około 26 625 osób, jednak rzeczywista liczba pacjentów może być wyższa. Choroby te są trudne diagnostycznie, a ich objawy często przypominają inne schorzenia układu oddechowego lub niewydolność serca. Mimo powagi problemu świadomość społeczna dotycząca ILD pozostaje bardzo niska. O chorobach śródmiąższowych płuc słyszał jedynie co czwarty respondent (25%), a prawie 80% badanych deklaruje, że nigdy nie słyszało o idiopatycznym włóknieniu płuc (IPF). Co szczególnie niepokojące, tylko 30% respondentów wskazało choroby śródmiąższowe płuc jako możliwą przyczynę przewlekłego kaszlu. Nawet wśród osób deklarujących znajomość ILD wiedza o objawach pozostaje ograniczona – jedynie około 40% potrafiło wskazać typowe symptomy tych chorób, a 26% nie umiało wymienić żadnego objawu.

Włóknienie płuc to choroba, która wpływa na każdy aspekt życia pacjenta – od codziennego funkcjonowania po możliwość wykonywania najprostszych czynności. Wielu chorych przez długi czas bagatelizuje objawy lub słyszy, że przewlekły kaszel „sam przejdzie”. Dlatego tak ważna jest edukacja społeczna i budowanie świadomości, że utrzymujący się kaszel i duszność wymagają diagnostyki. Im szybciej pacjent trafi do specjalisty, tym większa szansa na spowolnienie postępu chorobypodkreśla Agnieszka Pilewska – Ślączko, Prezes Polskiego Towarzystwa Wspierania Chorych na Włóknienie Płuc.

O kampanii „Płuca Polski. Od kaszlu do włóknienia”

Kampania „Płuca Polski. Od kaszlu do włóknienia” od 2016 roku prowadzi działania edukacyjne dotyczące chorób płuc oraz znaczenia ich wczesnej diagnostyki. Tegoroczna odsłona kampanii poświęcona jest chorobom śródmiąższowym płuc (ILD), w tym idiopatycznemu włóknieniu płuc (IPF). Celem inicjatywy jest zwiększenie świadomości objawów takich jak przewlekły kaszel i duszność oraz zwrócenie uwagi na konieczność szybkiej diagnostyki chorób, które nadal pozostają mało rozpoznawalne społecznie. Wszystkie aktywności prowadzone są pod patronatem Polskiego Towarzystwa Chorób Płuc, Towarzystwa Wspierania Chorych na  Włóknienie Płuc, Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Młodych z Zapalnymi Chorobami Tkanki Łącznej „3majmy się razem” oraz Stowarzyszenia Fizjoterapia Polska przy wsparciu Boehringer Ingelheim.

Źródło: inf pras

Naukowcy z Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego opracowali innowacyjny system sztucznej inteligencji, który w ciągu kilku sekund automatycznie analizuje morfologię tętniaków mózgu i może wspierać ocenę ryzyka ich pęknięcia. Wyniki badań opublikowano w prestiżowym czasopiśmie Radiology: Artificial Intelligence, a opracowana technologia została objęta międzynarodową ochroną patentową i jest przygotowywana do wdrożenia w praktyce klinicznej.

W prestiżowym czasopiśmie Radiology: Artificial Intelligence (Impact Factor >20) opublikowano wyniki badań dotyczących nowatorskiego zastosowania sztucznej inteligencji w diagnostyce tętniaków mózgu. Publikacja należy do najwyżej punktowanych prac naukowych w historii radiologii i neurochirurgii Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego oraz Uniwersyteckiego Centrum Klinicznego, szpitala GUMed.

Artykuł prezentuje innowacyjny system sztucznej inteligencji, który umożliwia automatyczną analizę morfologii tętniaków mózgu. Opracowana i opatentowana technologia pozwala w ciągu kilku sekund uzyskać zaawansowane parametry dotyczące kształtu i budowy tętniaka, które mogą być wykorzystywane do oceny ryzyka jego pęknięcia oraz wspierać podejmowanie decyzji terapeutycznych przez radiologów, neurologów i neurochirurgów.

Ocena ryzyka pęknięcia tętniaka mózgu pozostaje jednym z największych wyzwań współczesnej medycyny naczyniowej. Stosowane obecnie narzędzia kliniczne, takie jak skala PHASES, opierają się głównie na danych demograficznych i klinicznych pacjenta, jednak ich skuteczność prognostyczna ma istotne ograniczenia. W ostatnich latach liczne badania wykazały, że morfologia tętniaka – obejmująca jego kształt, cechy geometryczne oraz parametry związane z przepływem krwi – jest jednym z najważniejszych wskaźników ryzyka pęknięcia. Dotychczas wykorzystanie tych danych w codziennej praktyce klinicznej było jednak utrudnione ze względu na konieczność wykonywania czasochłonnych pomiarów manualnych.

Badaniom przewodził Samuel D. Pettersson, student VI roku kierunku lekarskiego Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego, pierwszy autor publikacji oraz współtwórca opisywanej technologii. Rozwiązanie zostało opracowane we współpracy z profesorem Harvard Medical School oraz współwynalazcą związanym z Uniwersytetem Harvarda. Technologia jest obecnie objęta międzynarodową ochroną patentową, a prowadzone działania mają na celu jej wdrożenie do praktyki klinicznej.

Projekt realizowano przez trzy lata w ramach międzynarodowej współpracy naukowej obejmującej pięć ośrodków: Gdański Uniwersytet Medyczny i Uniwersyteckie Centrum Kliniczne, Beth Israel Deaconess Medical Center przy Harvard Medical School, Vienna General Hospital, Hospital das Clínicas Uniwersytetu w São Paulo oraz Buffalo General Hospital w Nowym Jorku.

Artykuł dostępny jest tutaj.

Źródło: GUM

Zaledwie co piąty Polak jest wystarczająco aktywny fizycznie w czasie wolnym, mimo że brak ruchu należy do najważniejszych czynników ryzyka chorób przewlekłych. W odpowiedzi na ten problem Medicover uruchomił w Polsce pilotażowy model łączący opiekę medyczną, diagnostykę laboratoryjną i aktywność fizyczną w jednym miejscu. Celem jest nie tylko leczenie chorób, ale przede wszystkim ich skuteczna profilaktyka i budowanie zdrowych nawyków.
Zaledwie 21 proc. Polaków powyżej 15. roku życia spełnia zalecenia WHO dotyczące aktywności fizycznej w czasie wolnym – wynika z danych Ministerstwa Sportu i Turystyki. W sytuacji gdy brak ruchu staje się jednym z kluczowych czynników ryzyka zdrowotnego, dotychczasowy model opieki – rozdzielający leczenie, diagnostykę i aktywność fizyczną – przestaje być wystarczający. Medicover odpowiada na tę zmianę, wdrażając w Polsce nowy, zintegrowany koncept, który łączy opiekę medyczną, diagnostykę i aktywność fizyczną w jednym miejscu. To pierwszy tego typu model na rynku i krok w stronę podejścia, w którym zdrowie buduje się nie tylko w gabinecie, ale także poprzez codzienne nawyki i ruch. 

– Aktywność fizyczna to nie tylko wymiar sportowy, ale również medyczny. Widzimy dużą możliwość synergii pomiędzy nimi. To działa w dwie strony. Osoby trenujące są dziś coraz bardziej świadome, że nie sam trening pozwoli im osiągnąć cele. Profilaktyka i badania są bardzo dobrym uzupełnieniem – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Łukasz Wolski, dyrektor sieci Just GYM Box.

Z badania Ministerstwa Sportu i Turystyki „Poziom aktywności fizycznej Polaków w 2025 roku” wynika, że zalecenia WHO dotyczące aktywności fizycznej spełnia co piąty Polak po 15. roku życia. Po uwzględnieniu aktywności związanej z przemieszczaniem się, np. chodzenia czy jazdy na rowerze, odsetek ten rośnie do 69 proc.

Światowa Organizacja Zdrowia zaleca dorosłym co najmniej 150 minut umiarkowanej aktywności fizycznej tygodniowo. Według analiz WHO osiągnięcie tego poziomu aktywności mogłoby zapobiec ponad 10 tys. przedwczesnych zgonów w krajach Unii Europejskiej rocznie oraz przynieść im oszczędności sięgające niemal 8 mld euro rocznie na wydatkach na ochronę zdrowia. Międzynarodowe wytyczne rekomendują odpowiednio dobrany wysiłek fizyczny jako część terapii m.in. chorób układu krążenia, cukrzycy typu 2, otyłości, schorzeń narządu ruchu czy niektórych nowotworów.

 Ludzie, którzy borykają się z różnego rodzaju chorobami czy problemami zdrowotnymi, powinni również trenować i zadbać o aspekt medyczny nie tylko z perspektywy leków, ale bardziej holistycznie, czyli poprzez ruch – wskazuje Łukasz Wolski. – Ponad 80 proc. chorób cywilizacyjnych bierze się z otyłości, częściowo też z braku aktywności, więc to jest zajęcie się problemem od podstawy. Nie leczymy samych objawów, ale przyczynę, która się złożyła na to, że ktoś jest właśnie w takiej, a nie innej kondycji.

Raport NIZP-PZH „Sytuacja zdrowotna ludności Polski i jej uwarunkowania 2025” wskazuje, że dwie trzecie zgonów osób w wieku poniżej 75 lat jest związanych z przyczynami możliwymi do uniknięcia. Do najważniejszych czynników ryzyka należą m.in. otyłość, brak aktywności fizycznej, palenie tytoniu i nadużywanie alkoholu. W Polsce nadwagę ma ponad 53 proc. osób, a otyłość dotyczy blisko jednej czwartej społeczeństwa.

Z raportu Medicover „Praca. Zdrowie. Ekonomia. Perspektywa 2025” wynika, że efekty pracowniczych programów zdrowotnych i wellbeingowych są lepsze, jeżeli obejmują aktywizację sportową pracowników. W badaniu naukowym „Zdrowa OdWaga” wskazano, że aktywność wspiera leczenie chorób cywilizacyjnych, dodatkowo obniżając absencję o ponad 30 proc. Programy aktywizujące pracowników przy jednoczesnym monitoringu ich stanu zdrowia, budujące nawyk regularnego treningu, przynoszą więc wymierne korzyści zarówno pracownikom, jak i organizacjom.

 Pakiet medyczny i pakiet sportowy to najpopularniejsze benefity pozapłacowe pozwalające wyróżnić się pracodawcy na rynku pracy. Natomiast połączenie tego typu usług w jedno daje jeszcze wymierny efekt w postaci optymalizacji kosztów – mówi Dominik Kurmanowski, dyrektor Działu Sprzedaży Korporacyjnej w Medicover.

Przykładem takiego podejścia jest nowy punkt Medicover w warszawskim Międzylesiu, uruchomiony we współpracy z Just GYM Box i Synevo. To pierwsza tego typu inicjatywa w Polsce, w ramach której opieka medyczna, diagnostyka laboratoryjna i infrastruktura sportowa funkcjonują w jednym, spójnym modelu. Integracja tych obszarów umożliwia lepszą koordynację działań profilaktycznych, diagnostycznych i wspierających proces leczenia.

 Pacjent zyskuje w jednym miejscu możliwość konsultacji swoich problemów zdrowotnych, wykonania badań laboratoryjnych i diagnostycznych oraz wykonywania zaleconych ćwiczeń w ramach rehabilitacji – tłumaczy Elżbieta Krasuska, dyrektor regionu ds. operacyjnych w Medicover.

– Do tej pory Medicover kojarzony był wyłącznie z opieką medyczną, dopiero od niedawna z benefitami związanymi z kartami sportowymi, natomiast tutaj mamy możliwość zobaczenia, jak te dwa światy się przenikają. W miejscu, gdzie jest klub sportowy, mamy jednocześnie dostęp do opieki medycznej, fizjoterapeutów, dietetyków i ortopedy – mówi Dominik Kurmanowski. – Jeśli mam nieleczoną kontuzję, to ona przeszkadza w osiąganiu założonego przeze mnie efektu i powoduje, że ćwiczenia nie są tak przyjemne. Dlatego formuła połączenia opieki medycznej z obiektem sportowym daje możliwość szybkiego usunięcia problemu i powoduje, że efekty przychodzą łatwiej.

 Diagnostyka jest nazywana królową badań, ponieważ na podstawie wyników krwi otrzymujemy informacje o stanie naszego zdrowia. Jest to bardzo istotne z punktu widzenia kolejnych kroków – zarówno rozpoznania choroby, jak i potwierdzenia, że wszystko jest z nami w porządku. Dlatego badania powinniśmy wykonywać rutynowo – przekonuje Arkadiusz Gawrych, dyrektor ds. sprzedaży i rozwoju biznesu w Synevo. – Połączenie diagnostyki, opieki medycznej i sportu może przynosić wyłącznie korzyści z punktu widzenia pacjenta. Trenując, może zadbać o siebie, wykonać badania, zweryfikować swój stan zdrowia i być z lekarzem w stałym kontakcie.

Model łączący profilaktykę, diagnostykę i aktywność fizyczną nie tylko wpisuje się w globalny trend integracji usług zdrowotnych, ale też wyznacza jego kierunek na polskim rynku. To podejście wykraczające poza tradycyjny model leczenia – stawia nacisk na aktywne budowanie zdrowia, zmianę nawyków i zapobieganie chorobom. Jak podkreślają przedstawiciele Medicover, warszawska placówka pełni rolę projektu pilotażowego i punktu odniesienia dla dalszego rozwoju. Zebrane doświadczenia mają stanowić fundament do skalowania tego modelu i wdrażania kolejnych lokalizacji w przyszłości.

– Widzimy dużą potrzebę takich rozwiązań i zasadność ich skalowania na inne rynki. Będziemy zbierać opinie pacjentów – zapowiada Elżbieta Krasuska.

– To rozwiązanie, które będzie dostępne w ramach proponowanych benefitów pozapłacowych zarówno w formie pakietu medycznego, jak i karty sportowej, ale także w formule, która łączy oba te produkty: Zdrowie Active – mówi Dominik Kurmanowski.

Źródło: Newseria