Medicalpress

Pacjent z cukrzycą, chorobą sercowo-naczyniową i przewlekłą chorobą nerek nie potrzebuje kilku niezależnych ścieżek leczenia, ale jednej, skoordynowanej opieki. Potrzebne są wcześniejsza diagnostyka, silniejsza rola lekarza rodzinnego i koordynatora, lepsza współpraca POZ z AOS oraz ograniczenie barier finansowych i logistycznych. Takie wnioski płyną z drugiej edycji badania „Dostęp do diagnostyki i profilaktyki pacjentów z wielochorobowością” oraz dyskusji ekspertów i pacjentów podczas konferencji zorganizowanej przez Polskie Stowarzyszenie Diabetyków we współpracy z Stowarzyszeniem Pacjentów EcoSerce i Stowarzyszeniem Moje Nerki.

Dyskusja wokół wyników pokazała, że wielochorobowość wymaga zmian na wielu poziomach – od profilaktyki i aktywnego wykrywania chorób, przez organizację POZ i AOS, po dostęp do leczenia, aktywność zawodową pacjentów i wsparcie ich rodzin.

Pacjent zagubiony między kilkoma ścieżkami

Wyniki badania pokazują pozorny paradoks. 69 proc. badanych pozytywnie ocenia dostęp do diagnostyki w pobliżu miejsca zamieszkania, ale 66 proc. deklaruje trudności z uzyskaniem konsultacji specjalistycznej. Niemal połowa respondentów w ostatnim roku finansowała część diagnostyki lub leczenia prywatnie, a 23 proc. doświadczyło pogorszenia stanu zdrowia podczas oczekiwania na świadczenie.

Problemem nie jest jednak wyłącznie czas oczekiwania. Pacjent z kilkoma wzajemnie powiązanymi chorobami trafia do różnych specjalistów i funkcjonuje pomiędzy odrębnymi ścieżkami. Tymczasem cukrzyca typu 2, otyłość, przewlekła choroba nerek i choroby sercowo-naczyniowe wymagają całościowego podejścia.

– Wielochorobowość staje się coraz powszechniejsza także w młodszych grupach pacjentów. Potrzebujemy całościowego spojrzenia na chorego i koordynacji opieki. Dobrym przykładem jest KOS-zawał, który pokazuje, jak wiele daje pacjentowi zaplanowana ścieżka wizyt i badań. Koordynator jest w takim modelu kluczowy – podkreśla dr hab. n. med. Marta Kałużna-Oleksy z Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu, prezes Polskiego Stowarzyszenia Osób z Niewydolnością Serca.

Nie czekajmy na chorobę

W 46 proc. przypadków od wystąpienia pierwszych objawów cukrzycy typu 2 do rozpoznania mijało od roku do trzech lat. Kiedy jednak proces diagnostyczny już się rozpoczął, u 70 proc. badanych trwał nie dłużej niż trzy miesiące. Problem zaczyna się więc wcześniej – na etapie profilaktyki, identyfikowania osób z grup ryzyka i aktywnego poszukiwania choroby.

– Cieszy, że u części pacjentów choroby zostały wykryte podczas badań profilaktycznych. Musimy jednak jeszcze mocniej postawić na edukację i aktywne poszukiwanie stanu przedcukrzycowego. Lekarz rodzinny może prowadzić profilaktykę nie tylko pojedynczego pacjenta, ale całej rodziny, obejmując nią kolejne pokolenia – wskazuje dr n. med. Alicja Milczarczyk z Państwowego Instytutu Medycznego MSWiA w Warszawie, członkini Forum Ekspertów ds. Cukrzycy.

Jak podkreślał prof. Grzegorz Dzida, podstawą profilaktyki może być znajomość swoich prostych parametrów: ciśnienie tętnicze, poziom glukozy i cholesterolu. Potrzebna jest zmiana podejścia – badania nie powinny być wykonywane dopiero wtedy, gdy pojawiają się objawy, ale przede wszystkim po to, by potwierdzić, że wszystko jest w porządku.

Eksperci wskazywali jednocześnie, że profilaktyka nie jest wyłącznie zadaniem lekarza. Potrzebne są edukacja, self-care i większa odpowiedzialność pacjenta za własne zdrowie, w tym regularne wykonywanie dostępnych badań i korzystanie z coraz powszechniejszych narzędzi cyfrowych.

POZ i AOS muszą działać jak jeden system

Jednym z najczęściej powracających podczas dyskusji postulatów była potrzeba lepszego połączenia podstawowej i specjalistycznej opieki zdrowotnej. Pacjent z wielochorobowością nie powinien sam uzgadniać zaleceń diabetologa, kardiologa czy nefrologa i decydować, jak połączyć kilka planów leczenia.

Marzanna Bieńkowska z Biura Rzecznika Praw Pacjenta zwróciła uwagę na rolę POZ jako pierwszego punktu kontaktu pacjenta z systemem. Zachęcała do korzystania z porad lekarza rodzinnego lub internisty, a w sytuacji problemów z uzyskaniem pilnej konsultacji specjalistycznej – także ze wsparcia Biura Rzecznika Praw Pacjenta. Podkreślała jednocześnie potrzebę dalszej edukacji i szeroko zakrojonych działań profilaktycznych, pozwalających jak najwcześniej wykrywać czynniki ryzyka.

Jednym z możliwych rozwiązań jest wzmocnienie roli lekarza rodzinnego jako specjalisty przygotowanego do prowadzenia pacjenta z wielochorobowością oraz rozwijanie funkcji koordynatora opieki.

– Pacjent nie powinien sam łączyć zaleceń kolejnych specjalistów. Potrzebuje jednej osoby, która spojrzy na nie całościowo. Jednocześnie musimy lepiej dostosować AOS do realnego życia pacjentów. Osoby aktywne zawodowo często nie mogą dostać się do poradni w godzinach swojej pracy i w efekcie finansują badania z własnej kieszeni – podkreśla dr hab. n. med. Karolina Kędzierska-Kapuza z Centrum Diabetologii Państwowego Instytutu Medycznego MSWiA w Warszawie.

Na potrzebę wzmocnienia AOS zwracała również uwagę posłanka Ewa Kołodziej, przewodnicząca Parlamentarnego Zespołu ds. Cukrzycy. Wskazywała m.in. na konieczność ograniczenia „białych plam” na mapie opieki diabetologicznej, tworzenia zachęt dla specjalistów do pozostawania w publicznym systemie oraz lepszej koordynacji POZ i AOS, tak aby nie powielać badań i świadczeń.

Wielochorobowość dotyczy także ludzi aktywnych zawodowo

Wielochorobowość nie jest wyłącznie problemem seniorów. Wśród respondentów poniżej 40. roku życia 88 proc. zgłaszało trudności z dostępem do specjalistów, a 71 proc. korzystało z prywatnie finansowanej diagnostyki lub leczenia.

Jak zwróciła uwagę Marzanna Bieńkowska z Biura Rzecznika Praw Pacjenta, wynik dotyczący prywatnego finansowania świadczeń wśród młodszych pacjentów należy interpretować ostrożnie – część z nich może korzystać z prywatnej opieki w ramach pakietów medycznych zapewnianych przez pracodawców. Nie zmienia to jednak szerszego problemu dostępności świadczeń dla osób aktywnych zawodowo.

– Choroby przewlekłe, w tym cukrzyca oraz choroby sercowo-naczyniowe i nerek, mogą funkcjonować jako „niewidzialne niepełnosprawności” i prowadzić do wykluczania pracowników z rynku pracy. Dlatego tak ważna jest profilaktyka. Jednym z rozwiązań może być dodatkowy dzień wolny na wykonanie badań profilaktycznych. Są już instytucje, które takie rozwiązanie stosują. To wymierna korzyść nie tylko dla pracownika, ale również dla biznesu – podkreślała Emilia Szczukowska, koordynatorka projektu „Każdy talent na wagę złota – Inkluzywni w zatrudnianiu”, ZPP.

Problem dotyczy także organizacji opieki. Osoby aktywne zawodowo często mają trudności z korzystaniem z AOS w godzinach pracy, co może skłaniać je do finansowania badań i konsultacji z własnej kieszeni. Dlatego, jak wskazywała prof. Karolina Kędzierska-Kapuza, potrzebne jest lepsze dostosowanie funkcjonowania poradni do realnych potrzeb pacjentów.

Zapobiegać powikłaniom zamiast płacić za ich konsekwencje

Badanie pokazuje wysoką deklarowaną adherencję – aż 90 proc. osób, którym zalecono terapię zmniejszającą ryzyko powikłań, potwierdza jej stosowanie. Jednocześnie 25 proc. pacjentów zgłasza trudności z dostępem do takiego leczenia lub jego stosowaniem.

Zdaniem ekspertów wysoka adherencja jest efektem nie tylko dostępu do terapii, ale również rozmowy z pacjentem i wyjaśnienia mu celu leczenia – zapobiegania powikłaniom i utrzymaniu dłuższego życia w zdrowiu. Równie ważne jest wytłumaczenia pacjentowi, dlaczego przy wielochorobowości konieczne może być jednoczesne stosowanie kilku leków.

– Non-adherence może mieć również przyczynę ekonomiczną. Dlatego potrzebujemy sprawnie działających mechanizmów refundacyjnych, które ograniczają bariery w dostępie do terapii. Im wcześniej podejmujemy skuteczną interwencję, tym większa szansa, że unikniemy znacznie droższych powikłań w przyszłości – komentuje prof. Marcin Czech, członek Zarządu Polskiego Towarzystwa Farmakoekonomicznego, członek Forum Ekspertów ds. Cukrzycy.

Jak podkreślał prof. Czech, na profilaktykę i leczenie należy patrzeć szeroko –uwzględniając nie tylko kontrolę jednej choroby, ale również redukcję masy ciała, ryzyka sercowo-naczyniowego i nerkowego, zdrowie psychiczne oraz szczepienia.

Jedna ścieżka zamiast kilku silosów

Wnioski z badania i dyskusji pokazują, że nie ma jednego prostego rozwiązania problemu wielochorobowości. Potrzebne jest jednoczesne działanie w kilku obszarach: wcześniejsze wykrywanie chorób i czynników ryzyka, edukacja i self-care, silny POZ i koordynator opieki, dostępny AOS, sprawny przepływ informacji między specjalistami oraz ograniczanie barier finansowych i geograficznych.

– Pacjent potrzebuje jasnej ścieżki, stabilności i ciągłości leczenia. Kod pocztowy czy zasobność portfela nie powinny decydować o tym, czy otrzyma właściwą diagnostykę i leczenie zgodne z aktualnymi standardami – podkreśla Monika Kaczmarek, prezes Polskiego Stowarzyszenia Diabetyków.

Z kolei Agnieszka Wołczenko, prezes EcoSerce, dodaje: – Wielochorobowość wymaga spojrzenia szerszego niż tylko organizacja świadczeń. Pacjent z wielochorobowością nie choruje sam. Musimy pamiętać o jego najbliższych, którzy mierzą się z obowiązkami opiekuńczymi, obciążeniem psychicznym i logistycznym. Organizm jest całością i tak samo całościowo powinniśmy patrzeć na opiekę. Wołczenko zaznacza, żew ograniczaniu nierówności w dostępie do profilaktyki i opieki większą rolę mogą odgrywać również samorządy lokalne.

Pacjent z wielochorobowością nie powinien sam pełnić funkcji koordynatora własnego leczenia. System powinien połączyć profilaktykę, POZ, specjalistów i leczenie wokół potrzeb jednej osoby oraz reagować odpowiednio wcześnie – zanim pojawią się powikłania, których można było uniknąć.

***

Badanie ankietowe „Dostęp do diagnostyki i profilaktyki pacjentów z wielochorobowością”zostałoprzeprowadzone na celowej próbie pacjentów N=404. Do badania kwalifikowały się osoby, które mają zdiagnozowane co najmniej dwie choroby z grupy: cukrzyca typu 2, przewlekła choroba nerek, choroby sercowo-naczyniowe lub nadwaga/otyłość. Większość badanych (371 osób) stanowiły osoby ze zdiagnozowaną cukrzycą typu-2.

Źródło: inf pras

Pacjenci z lekooporną epilepsją mogą zyskać szerszy dostęp do precyzyjnej diagnostyki i leczenia. Eksperci z Politechniki Gdańskiej i Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu we współpracy z prof. Gregorym A. Worrell’em z Mayo Clinic, który otrzymał tytuł doktora honoris causa PG, rozwijają w Polsce metodę stereo-EEG. „Jesteśmy dosłownie o krok od udostępnienia tego dla pacjentów w Polsce. Czekamy tylko na decyzję o przyznaniu finansowania” – powiedział dr hab. Michał Kucewicz, prof. PG.

Eksperci z Politechniki Gdańskiej wraz z naukowcami z Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu i amerykańską kliniką Mayo Clinic prowadzą badania nad leczeniem lekoopornej epilepsji przy wykorzystaniu metody stereo-EEG. 

Jak wyjaśnili naukowcy, jest to metoda, która polega na wszczepieniu do mózgu pacjenta cienkich elektrod, by precyzyjnie zlokalizować ogniska epilepsji. Dzięki temu neurochirurdzy mogą usunąć jedynie niewielki fragment tkanki, bez głębokiej ingerencji i ryzyka uszkodzenia struktur mózgu.

Jedną z klinik specjalizujących się w leczeniu lekoopornej epilepsji jest amerykańska klinika Mayo Clinic, z którą współpracę nawiązał dr hab. Michał Kucewicz, prof. Politechniki Gdańskiej.

„Jednym z najważniejszych obszarów naszej współpracy z dr. Kucewiczem jest zrozumienie na poziomie komórkowym, w jaki sposób zapisywane są wspomnienia, jak są przechowywane i jak są przywoływane. Chodzi więc o to, abyśmy mogli nie tylko ukierunkowywać terapię na same napady, ale również na inne aspekty zdrowia mózgu – pamięć, nastrój czy sen” – wyjaśnił prof. Gregory Worrell z Mayo Clinic.

„Jest to dla mnie wielkim zaszczytem, że mogę być tutaj, na Politechnice Gdańskiej. I jestem też bardzo dumny i zaszczycony z tego, że mogę pracować i dokładać swoją niewielką cegiełkę do rozwoju neurochirurgii i neurobiologii” – dodał prof. Worrell.

Jak wyjaśnił prof. n. med. Paweł Tabakow z Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu, metoda stereo-EEG jest chirurgiczną metodą długoterminowego monitorowania funkcji bioelektrycznej mózgu w sytuacji, gdy u pacjentów lekarze poszukują ognisk powodujących epilepsję.

„I wtedy należy wykonać taką operację wprowadzenia od kilku do kilkunastu elektrod metodą stereotaktyczną i utrzymać te elektrody w mózgu pacjenta przez kilka do kilkunastu dni po zabiegu” – wyjaśnił prof. dr hab. Paweł Tabakow.

Do tej pory w Polsce z metody stereo-EEG skorzystało siedmiu pacjentów. Jedną z nich jest Joanna Włodarczyk, która od dzieciństwa każdego dnia zmagała się nawet z 20 atakami epilepsji.

„Ja jakbym się nie poddała tej operacji, to nadal miałabym po 20 ataków dziennie codziennie. Człowiek dostaje ataku w miejscu publicznym i (…) nikt mu nie pomaga. Miałam takich sytuacji bardzo dużo” – powiedziała Joanna Włodarczyk i podkreśliła, że operacja pozwoliła wrócić jej do normalnego życia.

„Moje życie po operacji zmieniło się diametralnie. Pierwszej nocy już nie miałam żadnego ataku. Było to dla mnie dziwne, całe życie miałam ataki i czułam, że coś może się wydarzyć. A tu nagle nic. (…) To jest takie szczęście wstać i wiedzieć, że nie miałam tych ataków” – powiedziała Joanna Włodarczyk.

Jak przekazał dr hab. Michał Kucewicz, prof. PG, z metody stereo-EEG już wkrótce będą też mogli skorzystać inni pacjenci w całej Polsce.

„Jesteśmy dosłownie o krok od udostępnienia tego dla pacjentów w Polsce. Metoda stereo-EEG dostała wszelkie możliwe akredytacje i akceptacje ze strony agencji oceny technologii medycznych, rządowych. W tej chwili pozostaje już tylko decyzja o przyznaniu budżetowania, bo już jest zgoda na dodanie tego do koszyka świadczeń NFZ dla każdego pacjenta w Polsce” – powiedział dr hab. Michał Kucewicz, prof. PG.

Naukowcy z PG pracują też nad wykorzystaniem wszczepionych elektrod nie tylko do rejestrowania, ale także do stymulowania aktywności mózgu.

„Teraz naszym celem jest, żeby ostatecznie móc nie tylko epilepsję, ale też inne choroby mózgu leczyć na poziomie konkretnych sieci neuronowych, które leżą u podstaw pojedynczych śladów pamięci, czy na przykład engramów, tak jak to nazywamy, czyli pojedynczych neuronów z taką dokładnością. I kluczem do tego jest właśnie łączenie tych najnowszych technologii z badaniami klinicznymi bezpośrednio u pacjentów” – wyjaśnił dr hab. Michał Kucewicz, prof. PG.

Za osiągnięcia w zakresie leczenia lekoopornej epilepsji i współpracę z Politechniką Gdańską prof. Gregory Worrell otrzymał tytuł doktora honoris causa, czyli najwyższe wyróżnienie akademickie.

„Dzisiejsza uroczystość ma szczególny charakter, ponieważ do grona doktorów honoris causa Politechniki Gdańskiej dołącza prof. Gregory Worrell z Mayo Clinic. To naukowiec o światowym autorytecie w dziedzinie epidemiologii, neurofizjologii i inżynierii biomedycznej. (…) Profesorze Worrell, bardzo się cieszymy, że od dziś jest pan jeszcze mocniej związany ze społecznością Politechniki Gdańskiej” – powiedział podczas inauguracji roku akademickiego rektor PG prof. Krzysztof Wilde.

„Dzisiejsza uroczystość ma wymiar szerszy niż tylko uhonorowanie wybitnego uczonego. Jest także wyrazem uznania dla modelu uprawiania nauki, który opiera się na współpracy, wzajemnym zaufaniu oraz przekonaniu, że najbardziej przełomowe odkrycia rodzą się tam, gdzie spotykają się różne perspektywy i sposoby myślenia. Nadając tytuł doktora honoris causa, społeczność akademicka wskazuje osoby, które w sposób wyjątkowy urzeczywistniają te wartości i stają się wzorem odpowiedzialności za rozwój nauki oraz jej służbę społeczeństwu. Profesor Gregory Worrell bezdyskusyjnie należy do tego grona” – powiedziała prof. Bożena Kostek, czł. rz. Polskiej Akademii Nauk i prof. Politechniki Gdańskiej.

Według danych Światowej Organizacji Zdrowia z epilepsją zmaga się ponad 50 mln osób na całym świecie, co czyni ją jedną z najczęściej występujących chorób neurologicznych. W Polsce na epilepsję cierpi ponad 370 tys. pacjentów, z czego 30 proc. choruje na lekooporną formę tej choroby.

Źródło: PAP MediaRoom

Czy kolejki, które znamy ze szpitali i poradni specjalistycznych pojawią się także w podstawowej opiece zdrowotnej? To ryzyko staje się coraz bardziej konkretne. NFZ nakłada limity na świadczenia, część wykonanych badań i opieki koordynowanej nadal czeka na rozliczenie, a nowe zasady jakości przewidują możliwość obniżania finansowania placówek. Porozumienie Zielonogórskie rozpoczyna kampanię #POZbezBarier żeby pokazać, co te decyzje oznaczają dla społeczności lokalnych.

W ostatnich latach podstawowa opieka zdrowotna dostała nowe możliwości by stać się stabilnym fundamentem systemu ochrony zdrowia w Polsce. Pacjent może wykonać w swojej przychodni więcej badań a w ramach opieki koordynowanej skorzystać z dodatkowej diagnostyki i konsultacji specjalistycznych. Szczególne znaczenie ma to dla osób z chorobami przewlekłymi, które wymagają regularnych badań i kontroli.

Podstawowa opieka limitowana

Problem pojawia się wtedy, gdy potrzeby pacjentów są większe niż budżet przyznany placówce przez NFZ. Fundusz określa kwoty na badania i opiekę koordynowaną a od przychodni oczekuje rozłożenia ich na kolejne miesiące. Pacjent nadal potrzebuje badania, ale po wykorzystaniu dostępnych środków jego wykonanie może zostać przesunięte. W ten sposób limit zaczyna tworzyć kolejkę.

„Opieka koordynowana miała skrócić pacjentowi drogę do diagnostyki i specjalisty. Tymczasem NFZ wyznacza placówkom określony budżet i oczekuje, że wystarczy on na cały rok. Jeśli potrzeby pacjentów są większe, przychodnia staje przed wyborem: wykonać potrzebne badania ponad limit, nie wiedząc, czy NFZ za nie zapłaci, albo przesunąć je w czasie. A to oznacza kolejkę. Choroba przecież nie poczeka, aż pojawią się pieniądze na kolejne świadczenia” – mówi Joanna Zabielska-Cieciuch, specjalistka medycyny rodzinnej, ekspertka Federacji Porozumienie Zielonogórskiegórskie.

Świadczenia wykonane – niezapłacone

Druga bariera to zapłata za świadczenia, które już zostały wykonane. W pierwszym półroczu 2026 roku placówki POZ wykonały świadczenia opieki koordynowanej o wartości 511,4 mln zł. 63,2 mln zł pozostawało niezapłacone. Do tego dochodziło 15,7 mln zł za badania diagnostyczne w POZ. Łącznie to blisko 79 mln zł za opiekę, którą pacjenci już otrzymali.

„Nie chodzi o pieniądze dla przychodni, ale o to, czy będziemy mogli dalej zapewniać pacjentom badania, konsultacje i diagnostykę blisko domu. Nie można rozwijać opieki a jednocześnie pozostawiać placówki bez zapłaty za prawidłowo wykonane świadczenia” – podkreśla Tomasz Zieliński, wiceprezes Porozumienia Zielonogórskiego.

NFZ stawia na sankcje

Kolejną barierą mogą być nowe zasady oceny jakości w POZ. Porozumienie Zielonogórskie popiera mierzenie jakości i porównywanie wyników placówek. Problemem nie są więc same wskaźniki, ale sposób w jaki NFZ chce powiązać je z finansowaniem. Nieosiągnięcie określonego poziomu części wskaźników może skutkować obniżeniem stawki otrzymywanej przez placówkę na opiekę nad wszystkimi pacjentami.

Zdaniem Federacji kierunek powinien być odwrotny, zgodny z obowiązującym prawem: jakość należy mierzyć a dobre wyniki premiować. Takie podejście zachęca placówki do poprawy opieki zamiast ograniczać ich budżet, z którego finansowane są świadczenia dla pacjentów.

„Jeśli chcemy poprawiać jakość, premiujmy dobre wyniki. Wskaźniki powinny pomagać poprawiać opiekę, a nie prowadzić do obniżania finansowania z powodów, na które lekarz czy przychodnia nie mają wpływu” – przekonuje Tomasz Zieliński, specjalista medycyny rodzinnej, wiceprezes Federacji Porozumienie Zielonogórskie.

W centrum zdrowia społeczeństwa

Dlatego Porozumienie Zielonogórskie rozpoczyna kampanię „Podstawowa opieka zdrowotna bez barier”. Federacja będzie pokazywać konkretne przykłady z regionów i konsekwencje obecnych zasad dla pacjentów. Postulaty są proste: zapłata za wykonaną opiekę, finansowanie, które nie prowadzi do kolejek, oraz premiowanie jakości zamiast obniżania finansowania.

Bo jeśli podstawowa opieka zdrowotna ma przejmować coraz więcej zadań, być stabilnym fundamentem systemu, to bariery należy usuwać a nie tworzyć kolejne. Każda bariera dla podstawowej opieki zdrowotnej jest barierą dla zdrowia społeczeństwa.

Źródło: inf pras

Jak wynika z raportu On Board Think Kong: „Zdrowie z AI”, około 17 mln Polaków pyta sztuczną inteligencję o zdrowie swoje lub bliskich. Raport został przygotowany we współpracy z agencją badawczą SW Research, odpowiedzialną za badanie na próbie 1000 Polaków.

W ciągu ostatniego roku AI o sprawy zdrowotne pytało 58 proc. dorosłych, a 27 proc. robiło to wielokrotnie. Odpowiedzi czatów coraz częściej przekładają się na konkretne decyzje: 19 proc. korzystających kupiło lek bez recepty lub suplement za sugestią AI, a 8,3 proc. zmieniło dawkowanie albo odstawiło lek bez konsultacji z lekarzem. Jednocześnie co czwarty korzystający nigdy nie sprawdza informacji od AI u lekarza, farmaceuty ani w innym wiarygodnym źródle.

Najmłodsi pytają AI najczęściej, ale po pięćdziesiątce robi to ponad 40 proc.

O zdrowie pytało AI 74,5 proc. osób do 24. roku życia i 72,3 proc. osób w wieku 25–34 lata.
W grupie 35–49 lat odsetek wynosi 65,9 proc. i to tu najwięcej osób pyta AI wielokrotnie. Wśród osób po 50. roku życia z AI w sprawach zdrowia korzysta 43,7 proc. Dochód, wykształcenie i wielkość miejscowości niewiele zmieniają – w każdej z tych grup odsetek pytających mieści się między 54 a 62 proc.

Połowa pyta o objawy, co trzecia osoba o leki albo wyniki badań

50,7 proc. korzystających z AI w sprawach zdrowia pyta o objawy, 36 proc. o leki i suplementy, a 33 proc. prosi o interpretację wyników badań. Wyniki badań częściej analizują z pomocą AI kobiety niż mężczyźni (40 wobec 26 proc.) oraz osoby po pięćdziesiątce (42 proc.). Najmłodsi częściej niż inni pytają o stres, sen i zdrowie psychiczne (32 proc.). 27 proc. korzystających wgrało do czatu wyniki własnych badań, zanim omówiło je z lekarzem.

– W ciągu ostatniego roku 6 na 10 dorosłych Polaków konsultowało z AI tematy zdrowotne,
a co czwarty odbywał takie rozmowy regularnie. Zjawisko to zatem już jest nie tylko powszechne, ale i niezależne od miejsca zamieszkania czy poziomu wykształcenia. Dzięki temu, pytanie o specyfikę konsultacji medycznych z AI pozwala nam niejako „na skróty” dotrzeć do wiedzy z jakimi problemami zdrowotnymi mierzą się różne obecnie różne pokolenia Polaków, bez konieczności bezpośredniego pytania o częstotliwość wizyty u danego specjalisty.
– mówi Piotr Zimolzak, Wiceprezes Zarządu SW Research.

Po rozmowie z AI prawie dwa razy więcej osób umawia wizytę, niż ją odwołuje

13,6 proc. korzystających – szacunkowo ok. 2 mln osób – umówiło wizytę u lekarza, na którą bez AI by nie poszło. Z zaplanowanej wizyty zrezygnowało 7,4 proc. U najmłodszych proporcja jest jeszcze wyraźniejsza: 27 proc. umówiło wizytę, a 8 proc. ją odwołało. Co dziewiąty korzystający pytał AI o wybór lekarza, przychodni lub szpitala.

Co piąty kupił lek lub suplement, bo tak podpowiedziała AI

Pytania o leki – ich działanie, dawkowanie, interakcje i skutki uboczne – zadawało 36 proc. korzystających. 19,2 proc. poszło dalej i kupiło lek bez recepty albo suplement na podstawie sugestii czatu. 8,3 proc., czyli co dwunasty korzystający, zmieniło dawkowanie albo odstawiło lek bez konsultacji z lekarzem, a 14,9 proc. potraktowało odpowiedź AI jak diagnozę.

70 proc. sprawdza odpowiedzi AI, ale regularnie robi to tylko 39 proc.

Zapytaliśmy, czy korzystający weryfikują informacje od AI u lekarza, farmaceuty albo w innym wiarygodnym źródle. 70 proc. robi to przynajmniej czasami, ale regularnie – zawsze lub
w większości przypadków – tylko 39 proc. Najczęstsza odpowiedź to „tylko czasami” (30,5 proc.). Co czwarty (25,4 proc.) nie sprawdza informacji od AI nigdy, a wśród osób po 50. roku życia
– co trzeci (33,4 proc.). Odpowiedź AI z lekarzem lub farmaceutą skonsultowało 17,2 proc.
korzystających.

Dla firm i organizacji to ważny sygnał, że sztuczna inteligencja powinna być dziś uwzględniana w strategiach komunikacji, nie tylko jako nowe narzędzie dotarcia do odbiorców, ale także jako pośrednik wpływający na sposób wyszukiwania, interpretowania i oceniania informacji.

Marki, które chcą skutecznie budować swoją wiarygodność, powinny zadbać o obecność rzetelnych i eksperckich treści również w ekosystemie AI, ponieważ to właśnie tam coraz częściej zaczyna się ścieżka pozyskiwania wiedzy przez konsumentów – komentuje Norbert Ofmański, konsultant public relations w On Board Think Kong.

Pełne wyniki raportu „Zdrowie z AI”, w tym dane w podziale na płeć i wiek, dostępne są na stronie: https://obtk.pl/zdrowieai/#wyniki

Raport „Zdrowie z AI”

Raport „Zdrowie z AI”, przygotowany przez OBTK (On Board Think Kong) we współpracy
z SW Research, analizuje rosnącą rolę sztucznej inteligencji w obszarze zdrowia oraz to, w jaki sposób Polacy wykorzystują narzędzia AI do poszukiwania informacji, interpretowania danych
i podejmowania decyzji dotyczących zdrowia. Badanie pokazuje nie tylko skalę korzystania
z AI, ale również sytuacje, w których odpowiedzi generowane przez sztuczną inteligencję mogą wpływać na zachowania pacjentów – od umówienia wizyty lekarskiej, przez zakup leków i suplementów, po samodzielne modyfikowanie dawkowania.

Raport stanowi punkt wyjścia do dyskusji o zmieniającej się ścieżce pacjenta oraz o roli AI
w komunikacji zdrowotnej. Wyniki pokazują, z jakimi pytaniami Polacy zwracają się do sztucznej inteligencji, w jakim stopniu weryfikują uzyskane informacje oraz kiedy odpowiedź AI staje się elementem realnej decyzji dotyczącej zdrowia. W tym kontekście raport dostarcza danych istotnych zarówno dla sektora ochrony zdrowia, jak i ekspertów, instytucji oraz marek obecnych w cyfrowym środowisku informacji o zdrowiu.

Metodologia

Raport został opracowany przez OBTK (On Board Think Kong) na podstawie badania przeprowadzonego przez SW Research, z wykorzystaniem panelu SW Panel.

Badanie zrealizowano metodą CAWI w dniach 8–10 września 2026 roku na ogólnopolskiej
próbie 1000 dorosłych Polaków (18+). Próba jest reprezentatywna dla dorosłej populacji Polski pod względem płci, wieku oraz wielkości miejscowości.

Pytania o tematy, sytuacje i sprawdzanie informacji zadano 576 osobom, które w ciągu 12 miesięcy korzystały z AI w sprawach zdrowia. Szacunki liczby osób (ok. 17 mln, ok. 2 mln) są przybliżone: odnoszą odsetki z badania do liczby dorosłych mieszkańców Polski i są obarczone błędem statystycznym. Wyniki dla grup poniżej 100 osób należy traktować orientacyjnie.

On Board Think Kong (https://obtk.pl) to agencja zrzeszona w międzynarodowej sieci agencji komunikacji marketingowej ECCO Global Communications Network obecnej w ponad 40
krajach, łącznie zatrudniającej ponad 1500 specjalistów w 50 biurach na całym świecie. Główne obszary specjalizacji to: Public Relations, korporacyjne doradztwo, content marketing & SEO, komunikacja w kanałach społecznościowych. Projekty On Board Think Kong wyróżniane są między innymi za kreatywność i skuteczność (Effie, Golden Drum, IPRA Golden Awards, IAC, Stevie Awards). W Polsce agencja należy do Związku Firm Public Relations.
On Board Think Kong jest też jedynym polskim członkiem brytyjskiego stowarzyszenia Content Marketing Association.

Źródło: inf pras

Jak lepiej diagnozować, leczyć i wspierać pacjentów w powrocie do zdrowia? Odpowiedzi na te pytania mają przynieść projekty, które otrzymają wsparcie w najnowszym konkursie Agencji Badań Medycznych. Na eksperymenty badawcze służące poprawie jakości opieki nad chorymi przeznaczono 125 mln zł.

Jak wyjaśniła ABM w przesłanym we wtorek komunikacie, celem konkursu na eksperymenty badawcze jest finansowanie projektów, które pomogą opracować nowe standardy i wytyczne opieki nad pacjentami oraz znaleźć skuteczniejsze sposoby diagnozowania chorób i wsparcia w ich leczeniu. ABM poszukuje interdyscyplinarnych projektów łączących nowoczesne metody leczenia z zaawansowaną diagnostyką.

Konkurs koncentruje się na badaniach służących zapewnieniu pacjentom wszechstronnej, uwzględniającej ich wszystkie potrzeby opieki. Takie podejście ma pomóc w tworzeniu rozwiązań, które pozwolą lepiej odpowiadać na potrzeby pacjentów, poprawiać skuteczność terapii i wspierać długotrwałą poprawę jakości życia osób zmagających się z różnymi chorobami.

„Efektem projektów powinna być także ocena innowacyjnych lub wciąż niewystarczająco przebadanych procedur medycznych. Dotyczy to między innymi programów rehabilitacyjnych, w tym interwencji psychofizycznych, a także procedur chirurgicznych. Finansowane badania mają dostarczyć dowodów na to, jak skuteczne i bezpieczne są poszczególne metody oraz jaki jest ich wpływ na wyniki leczenia i jakość życia pacjentów, a także ich efektywność w systemie ochrony zdrowia” – wskazano w komunikacie.

O dofinansowanie mogą się ubiegać m.in. uczelnie, instytuty naukowe oraz inne jednostki prowadzące działalność badawczą w Polsce. Warunkiem udziału jest realizacja projektu ze statusem eksperymentu badawczego.

Nabór wniosków rozpoczął się 15 września i potrwa do 17 listopada br. Wnioski będzie można składać wyłącznie drogą elektroniczną za pośrednictwem systemu teleinformatycznego ABM.

W poniedziałek, 5 października, zaplanowano webinarium informacyjne dla wnioskodawców i będzie poświęcone kryteriom oceny, zasadom finansowania oraz wymogom formalnym związanym z realizacją eksperymentów badawczych. Szczegóły dotyczące rejestracji znajdują się na stronie internetowej ABM. (PAP)

Źródło: Nauka w Polsce

Od 1 września 2026 roku szpitale w Bolesławcu i Zgorzelcu działają jako jeden podmiot – Wielospecjalistyczny Zespół Opieki Zdrowotnej „Bolesławiec-Zgorzelec”. To pierwsza tego typu konsolidacja szpitali powiatowych w Polsce. Jej najważniejszym celem jest poprawa dostępności do leczenia, efektywniejsze wykorzystanie kadry i infrastruktury oraz stworzenie większych możliwości rozwoju i inwestycji w opiekę nad pacjentami z regionu.

Uruchomienie wspólnego szpitala jest efektem wielomiesięcznych przygotowań analitycznych, organizacyjnych, prawnych i technicznych. Formalny proces konsolidacji rozpoczął się w marcu 2026 roku. W nocy z 31 sierpnia na 1 września zakończony został jeden z jego najważniejszych etapów – integracja kluczowych systemów oraz rozpoczęcie funkcjonowania obu placówek w ramach jednej organizacji.

– Połączenie szpitali w Bolesławcu i Zgorzelcu to historyczny moment dla ochrony zdrowia w naszym regionie i zarazem dopiero pierwszy krok. Formalności mamy za sobą, teraz naszym zadaniem jest przełożenie konsolidacji na to, co realnie odczują pacjenci: lepszy dostęp do specjalistów, sprawniejszą diagnostykę i nowe inwestycje. Nie robimy niczego kosztem któregokolwiek z miast, liczba oddziałóww Bolesławcu i Zgorzelcu w planach ma się jeszcze zwiększyć- – podkreśla Kamil Barczyk, dyrektor Wielospecjalistycznego Zespołu Opieki Zdrowotnej „Bolesławiec–Zgorzelec”.

Dwa miasta, jeden potencjał

Konsolidacja nie oznacza rezygnacji z obecności szpitala w którymkolwiek z miast. Świadczenia medyczne nadal realizowane są zarówno w Bolesławcu, jak i w Zgorzelcu. Ideą połączenia jest wykorzystanie mocnych stron obu placówek i odejście od sytuacji, w której sąsiednie szpitale konkurują między sobą o lekarzy, pielęgniarki, czy możliwości inwestycyjne. Dzięki wspólnemu zarządzaniu możliwe będzie lepsze planowanie pracy personelu, rozwijanie diagnostyki i leczenia specjalistycznego oraz bardziej efektywne wykorzystywanie infrastruktury medycznej.Dla pacjenta oznacza to przede wszystkim możliwość korzystania z potencjału całej organizacji, a nie wyłącznie pojedynczej placówki. Integracja ma także ułatwić rozwój tych specjalności, w których dostęp do świadczeń jest dziś najbardziej ograniczony.

Jedna z największych organizacji medycznych na Dolnym Śląsku

Skala nowego podmiotu daje możliwości, których obie placówki, działając oddzielnie, nie miałyby w takim zakresie. WZOZ „Bolesławiec–Zgorzelec” obejmuje ponad 40 oddziałów i zatrudnia blisko 2,9 tys. pracowników. Łączne roczne przychody placówek szacowane są na ponad 800 mln zł.

Większa skala działalności oznacza również mocniejszą pozycję przy pozyskiwaniu środków na nowe inwestycje, zakup nowoczesnego sprzętu, cyfryzację oraz rozwój nowych metod diagnostyki i leczenia. Pierwsze wspólne przedsięwzięcia już są realizowane. Jednym z nich jest projekt dotyczący cyfryzacji oraz wykorzystania rozwiązań opartych na sztucznej inteligencji w ochronie zdrowia o wartości blisko 33 mln zł. Jednocześnie uporządkowanie procesów administracyjnych, zakupowych i organizacyjnych w ramach jednego podmiotu ma pozwolić na racjonalniejsze wykorzystanie dostępnych środków. Szacowany efekt tych zmian może sięgnąć około 25 mln zł.

Najważniejszy jest pacjent

Połączenie formalne jest początkiem, a nie końcem procesu integracji. W kolejnych miesiącach prowadzone będą działania zmierzające do ujednolicania procedur, lepszego wykorzystania zasobów obu lokalizacji i rozwijania oferty medycznej. Priorytetem pozostaje bezpieczeństwo pacjentów oraz ciągłość udzielanych świadczeń. Zmiany organizacyjne mają być wdrażane tak, aby mieszkańcy obu powiatów mogli odczuwać korzyści wynikające z połączenia przede wszystkim w codziennym dostępie do diagnostyki, specjalistów i leczenia.
Wspólny szpital ma łączyć doświadczenie zespołów z Bolesławca i Zgorzelca, a jednocześnie tworzyć warunki do rozwoju usług, których samodzielne uruchomienie przez pojedynczą placówkę byłoby znacznie trudniejsze.

WZOZ „Bolesławiec-Zgorzelec” w liczbach:

W Etiopii rośnie częstość występowania pasożytów malarii z mutacjami związanymi z częściową opornością na leczenie artemizyniną oraz zmianami genetycznymi umożliwiającymi uniknięcie wykrycia przez powszechnie stosowane szybkie testy diagnostyczne. Wyniki ogólnokrajowego badania opublikowanego w „JAMA” pojawiają się w czasie gwałtownego wzrostu zachorowań na malarię – z mniej niż miliona przypadków w 2019 r. do ponad 10 mln w 2024 r. Badacze zaznaczają jednak, że narastająca oporność nie była główną przyczyną tej fali zachorowań.

Po wielu latach postępów w zwalczaniu malarii Etiopia ponownie mierzy się z gwałtownym wzrostem liczby zakażeń. W 2024 r. odnotowano w tym kraju ponad 10 mln przypadków choroby, podczas gdy w 2019 r. było ich mniej niż milion. Etiopski program zwalczania malarii wskazuje m.in. na zmienność klimatu, zakłócenia w funkcjonowaniu ochrony zdrowia oraz ograniczenia działań służących kontroli wektorów.

Naukowcy postanowili sprawdzić, czy do pogorszenia sytuacji epidemiologicznej przyczynia się również narastająca oporność Plasmodium falciparum – gatunku zarodźca odpowiedzialnego za najcięższe postacie malarii – zarówno na leczenie, jak i na stosowane testy diagnostyczne.

Ponad 2200 pacjentów z 11 regionów Etiopii

Badanie przeprowadzono w lipcu i sierpniu 2024 r. w 20 ośrodkach obserwacyjnych zlokalizowanych w 11 regionach Etiopii. Włączono do niego ponad 2200 pacjentów z objawową malarią. Próbki pasożytów analizowano pod kątem markerów genetycznych związanych z opornością na leki przeciwmalaryczne oraz zmian mogących wpływać na skuteczność diagnostyki.

Szczególną uwagę poświęcono wariantom genu pfk13, wiązanym z częściową opornością P. falciparum na artemizyninę – podstawę stosowanych obecnie terapii pierwszego wyboru – oraz delecjom genów pfhrp2 i pfhrp3.

Te ostatnie mają szczególne znaczenie diagnostyczne. Wiele szybkich testów na malarię wykrywa białko HRP2 wytwarzane przez pasożyta. Jeżeli odpowiedzialne za jego produkcję geny zostaną usunięte, zakażenie może pozostać niewykryte, mimo obecności P. falciparum we krwi.

Mutacja związana z opornością na artemizyninę coraz częstsza

Badacze stwierdzili wyraźny wzrost rozpowszechnienia mutacji pfk13 R622I, która jest w Etiopii najczęściej obserwowanym wariantem związanym z częściową opornością na artemizyninę. Analiza genetyczna wskazała również, że w różnych częściach kraju krąży i rozprzestrzenia się kilka linii pasożytów posiadających markery oporności.

Jednocześnie zwiększa się częstość występowania pasożytów z delecjami pfhrp2 i pfhrp3. Wśród prawidłowo zgenotypowanych próbek około jedna czwarta zawierała zmiany pozwalające pasożytowi uniknąć wykrycia przez szybkie testy oparte na HRP2.

Wśród wszystkich uczestników z potwierdzonym zakażeniem niemal dwie trzecie było zakażonych P. falciparum. Wyniki wspierają podjętą w Etiopii decyzję o stosowaniu alternatywnych szybkich testów diagnostycznych, które nie opierają się wyłącznie na wykrywaniu HRP2.

Oporność nie tłumaczy jednak gwałtownego wzrostu zachorowań

Autorzy podkreślają, że choć narastanie markerów oporności jest poważnym sygnałem ostrzegawczym, wyniki badania nie wskazują, aby to właśnie ono było główną przyczyną wzrostu liczby przypadków malarii w Etiopii.

– Nasze wyniki pokazują, że pasożyty malarii posiadające mutacje związane z opornością na leki i diagnostykę stają się w Etiopii coraz częstsze, co budzi istotne obawy dotyczące przyszłości kontroli malarii w tym regionie. Jednocześnie dane wskazują, że mutacje te nie były główną przyczyną niedawnego nawrotu zachorowań – mówi prof. Jonathan B. Parr, współautor senior badania i profesor nadzwyczajny medycyny na University of North Carolina at Chapel Hill.

Jak dodaje badacz, konieczne są dalsze inwestycje w profilaktykę, diagnostykę i nowe schematy leczenia, tak aby ograniczyć ryzyko dalszego rozprzestrzeniania się oporności.

Według autorów na sytuację epidemiologiczną najprawdopodobniej nakłada się kilka czynników, w tym zakłócenia działań służących zwalczaniu malarii oraz zmiany klimatyczne sprzyjające transmisji zakażeń.

Potrzebny stały nadzór nad opornością

Wyniki pokazują, że samo monitorowanie liczby zachorowań może być niewystarczające. Konieczny jest również nadzór molekularny pozwalający śledzić pojawianie się i rozprzestrzenianie wariantów pasożyta, które mogą zmniejszać skuteczność zarówno leczenia, jak i diagnostyki.

– Działania podejmowane w odpowiedzi na wzrost liczby przypadków malarii w Etiopii przynoszą już zachęcające rezultaty. Rosnąca częstość mutacji związanych z opornością podkreśla jednak znaczenie wzmacniania systemów nadzoru i oceny nowych metod leczenia, zanim oporność stanie się większym zagrożeniem – podkreśla dr Ashenafi Assefa, główny autor badania.

Autorzy wskazują, że regularne monitorowanie markerów genetycznych będzie miało kluczowe znaczenie dla dalszego doboru strategii diagnostycznych i terapeutycznych w Etiopii.

Badanie zostało przeprowadzone przez naukowców związanych m.in. z Ethiopian Public Health Institute, University of North Carolina at Chapel Hill i Brown University. Wyniki opublikowano 20 sierpnia 2026 r. w czasopiśmie „JAMA”.

Źródła:
Assefa A. i wsp., Resurgence of Malaria in Ethiopia, JAMA, 2026; doi: 10.1001/jama.2026.14688.
University of North Carolina at Chapel Hill, Institute for Global Health and Infectious Diseases, 20 sierpnia 2026 r.

Międzynarodowy zespół naukowców opracował system sztucznej inteligencji, który może znacząco zwiększyć skuteczność diagnostyki dziedzicznych chorób siatkówki. Choroby te są jedną z głównych przyczyn utraty wzroku u dzieci i osób młodych. Informuje o tym najnowsze wydanie periodyku „Nature Medicine”.

W badaniu uczestniczyli również naukowcy z Polski, w tym prof. Andrzej Grzybowski z Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie, kierownik Instytutu Okulistycznych Badań Naukowych w Poznaniu, a także dr hab. Adrian Smędowski, zastępca kierownika Katedry i Kliniki Okulistyki Śląskiego Uniwersytetu Medycznego w Katowicach.

Diagnostyka z wykorzystaniem sztucznej inteligencji jest szczególnie ważna w dziedzicznych chorobach siatkówki. Za rozwój tych schorzeń odpowiada ponad 300 genów, a podobny obraz kliniczny mogą wywołać różne mutacje. Rozpoznanie wymaga połączenia badania okulistycznego, wielomodalnego obrazowania oraz kosztownych badań genetycznych, które nie są powszechnie dostępne.

Ogromne znaczenie ma wczesne wykrycie tych schorzeń, gdyż coraz częściej opracowywane są terapie genowe. „Im szybciej zostanie ustalone najbardziej prawdopodobne podłoże genetyczne choroby, tym wcześniej pacjent może zostać zakwalifikowany do odpowiedniego leczenia lub badania klinicznego” – przekonuje w przekazanej PAP informacji prasowej prof. Andrzej Grzybowski.

System sztucznej inteligencji o nazwie PRetina4IRD analizuje fotografie dna oka, obrazy optycznej koherentnej tomografii (OCT) oraz podstawowe dane kliniczne pacjenta, aby przewidzieć najbardziej prawdopodobne podłoże genetyczne choroby jeszcze przed wykonaniem kosztownych badań genetycznych. Dzięki temu można zmniejszyć liczbę tych badań, typując u danej osoby najbardziej prawdopodobne genotypy.

Model opracowano na podstawie danych 1843 pacjentów (3376 oczu) z genetycznie potwierdzonymi dziedzicznymi chorobami siatkówki, pochodzących z dziewięciu ośrodków w Chinach, Korei Południowej i Polsce. Przeprowadzono także prospektywne, randomizowane badanie kliniczne obejmującym prawie 300 pacjentów z podejrzeniem dziedzicznych chorób siatkówki. Badanie to polegało na tym, że lekarzy losowo przydzielono do grupy korzystającej z Retina4IRD lub do grupy prowadzącej diagnostykę standardową bez wsparcia sztucznej inteligencji. W obu badaniach analizowano 17 najważniejszych kategorii genotypowych.

Wykazano, że lekarze korzystający ze wsparcia systemu Retina4IRD osiągnęli 88,5 proc. trafności w identyfikacji właściwego genu wśród pięciu najbardziej prawdopodobnych rozpoznań, w porównaniu z 67,3 proc. w grupie specjalistów pracujących bez pomocy sztucznej inteligencji. Zastosowanie systemu poprawiło również decyzje dotyczące dalszej diagnostyki i postępowania terapeutycznego.

Prof. Grzybowski stwierdził, że system sztucznej inteligencji wpływał na decyzje lekarzy. Ci, którzy korzystali z Retina4IRD częściej korygowali początkowe rozpoznanie w sposób zgodny z późniejszym wynikiem badania genetycznego, co wskazuje, że system skutecznie wspomagał proces podejmowania decyzji klinicznych.

Specjalista zaznaczył przy tym, że AI nie ma zastąpić badań genetycznych. „System ma wspomagać diagnostykę poprzez wskazanie najbardziej prawdopodobnych genotypów, natomiast ostateczne rozpoznanie nadal wymaga potwierdzenia badaniem genetycznym” – wskazał. Może zatem skrócić proces diagnostyczny, ograniczyć liczbę niepotrzebnych badań genetycznych, ułatwić wybór odpowiednich paneli genetycznych oraz przyspieszyć kwalifikację pacjentów do terapii genowych i badań klinicznych.

Retina4IRD obejmuje jednak jedynie 17 najważniejszych genotypów. Większość danych pochodzi z populacji azjatyckich, a system wykorzystuje wyłącznie fotografie dna oka i OCT, bez integracji innych badań, takich jak autofluorescencja czy elektroretinografia.

„Badanie pokazuje, że sztuczna inteligencja może wspierać przewidywanie genotypu na podstawie fenotypu okulistycznego oraz realnie poprawiać proces diagnostyczny, co stanowi istotny krok w kierunku medycyny precyzyjnej” – uważa prof. Grzybowski. Dodaje, że AI nie zastępuje lekarza, może jedynie usprawnić diagnostykę i poprawić trafność decyzji klinicznych.

Międzynarodowe badania wpisują się w działalność Polskiego Konsorcjum Sztucznej Inteligencji w Okulistyce, utworzonego w 2024 r. z inicjatywy prof. Andrzeja Grzybowskiego. Konsorcjum skupia czołowe polskie ośrodki kliniczne, akademickie i technologiczne oraz partnerów zagranicznych, tworząc platformę współpracy w zakresie rozwoju, walidacji i wdrażania metod sztucznej inteligencji do diagnostyki i leczenia chorób oczu. (PAP)

Źródło: Nauka w Polsce

Jeszcze kilka lat temu ścieżka pacjenta wyglądała podobnie niemal w całej Polsce – wizyta u lekarza rodzinnego, skierowanie do specjalisty, kolejne badania i często wielomiesięczne oczekiwanie na dalszą diagnostykę. Dziś coraz więcej placówek podstawowej opieki zdrowotnej (POZ) działa w modelu opieki koordynowanej (POZ-OK), który ma prowadzić pacjenta przez cały proces leczenia, angażując lekarza POZ, specjalistów, dietetyków oraz koordynatorów. To jedna z największych zmian organizacyjnych polskiego systemu ochrony zdrowia od lat.

Według danych Narodowego Funduszu Zdrowia (NFZ) na początku 2026 roku POZ-OK realizowało blisko 3 tys. placówek POZ, obejmując ponad 21 mln pacjentów, czyli około 61 proc. osób zapisanych do podstawowej opieki zdrowotnej. Model ten pozwala lekarzowi POZ zlecać szerszy zakres badań diagnostycznych, konsultować pacjenta ze specjalistami oraz planować jego leczenie w sposób bardziej kompleksowy.

– W dotychczasowym modelu pacjent po wizycie u lekarza rodzinnego otrzymywał skierowanie, co wiązało się z samodzielnym szukaniem poradni i długim oczekiwaniem na wizytę u specjalisty. W POZ-OK lekarz POZ zyskuje uprawnienia do zlecania szerszego pakietu badań diagnostycznych i samodzielnego konsultowania wyników z lekarzami specjalistami (np. kardiologiem czy endokrynologiem) –– wyjaśnia dr Robert Mordaka, lekarz specjalista zdrowia publicznego i współtwórca Doctor Robert – asystenta profilaktyki.

– Całym procesem, w tym umawianiem badań i obiegiem informacji, zarządza dedykowany koordynator, a leczenie opiera się na Indywidualnym Planie Opieki Medycznej (IPOM). Jest to przełomowa zmiana, ponieważ system odchodzi od rozproszonego leczenia pojedynczych epizodów chorobowych na rzecz ciągłego i kompleksowego zarządzania zdrowiem pacjenta w jednej placówce – podkreśla dr Kamil Trambowicz, specjalista chorób wewnętrznych.

Europa od lat stawia na koordynację

Polska nie jest wyjątkiem. W wielu krajach europejskich rozwój POZ-OK stał się odpowiedzią na starzenie się społeczeństw oraz rosnącą liczbę osób cierpiących na choroby przewlekłe.

Europejskie Biuro WHO (World Health Organization, Światowa Organizacja Zdrowia) definiuje opiekę koordynowaną jako sposób organizacji świadczeń obejmujący diagnozowanie, leczenie, rehabilitację, opiekę i promocję zdrowia. Jej celem jest nie tylko poprawa jakości leczenia, ale również zapewnienie ciągłości opieki oraz lepszej współpracy pomiędzy różnymi specjalistami.

Zmiana ta oznacza odejście od leczenia pojedynczych epizodów choroby na rzecz długofalowego zarządzania zdrowiem pacjenta.

– Współczesne systemy opieki zdrowotnej, w tym polski, muszą dostosowywać się do wyzwań demograficznych, takich jak starzenie się społeczeństw i rosnąca liczba osób cierpiących na choroby przewlekłe. Wymaga to zapewnienia pacjentom ciągłości opieki oraz zintegrowanej współpracy wielu specjalistów z dietetykami i pielęgniarkami. Taki kierunek pozwala skupić się na wczesnym wykrywaniu problemów i profilaktyce, zamiast na leczeniu zaawansowanych skutków chorób – mówi dr Robert Mordaka.

Eksperci zwracają uwagę, że na długość życia w zdrowiu wpływają przede wszystkim codzienne decyzje dotyczące aktywności fizycznej, sposobu odżywiania, snu, unikania używek oraz regularnych badań profilaktycznych. Coraz większe znaczenie zyskują również modele takie jak Life’s Essential 8, opracowany przez American Heart Association, wskazujący osiem najważniejszych obszarów wpływających na zdrowie i ryzyko chorób sercowo-naczyniowych.

System może prowadzić pacjenta, ale nie zastąpi jego decyzji

Eksperci zwracają uwagę, że nawet najlepiej zaprojektowany model opieki nie przyniesie oczekiwanych efektów, jeśli pacjenci nie będą aktywnie uczestniczyć w procesie leczenia i profilaktyki.

Regularne wykonywanie badań, stosowanie się do zaleceń lekarza czy zgłaszanie się na wizyty kontrolne nadal pozostają jednymi z największych wyzwań polskiego systemu ochrony zdrowia. To właśnie dlatego coraz częściej mówi się nie tylko o dostępności świadczeń, ale również o kompetencjach zdrowotnych (health literacy), czyli umiejętności podejmowania świadomych decyzji dotyczących własnego zdrowia.

– Nawet najlepiej zaprojektowany i najbardziej dostępny system medyczny zawiedzie, jeśli pacjent nie będzie świadomie i aktywnie zaangażowany w proces własnego leczenia. Samo zaoferowanie badań to za mało – pacjent musi regularnie się na nie zgłaszać, stosować się do zaleceń i zmieniać szkodliwe nawyki –podkreśla dr Kamil Trambowicz.

– Dzięki poradom edukacyjnym i dietetycznym przewidzianym w opiece koordynowanej chory przestaje być biernym odbiorcą usług, a staje się odpowiedzialnym partnerem lekarza –dodaje dr Robert Mordaka.

Przyszłość należy do profilaktyki

Rozwój POZ-OK wpisuje się w szerszy trend obecny w europejskich systemach ochrony zdrowia – przesuwanie ciężaru z leczenia skutków chorób na ich wczesne wykrywanie i zapobieganie.

Starzejące się społeczeństwo sprawia, że coraz większego znaczenia nabierają działania pozwalające wydłużać nie tylko życie, ale przede wszystkim okres życia w zdrowiu (health span). Oznacza to większą rolę lekarza POZ, regularnej diagnostyki oraz monitorowania pacjentów z chorobami przewlekłymi.

–  POZ-OK ma ogromny potencjał do wydłużenia okresu życia w dobrym zdrowiu (health span), ponieważ pozwala szybciej wykrywać choroby przewlekłe, monitorować je i zapobiegać ich groźnym powikłaniom. Aby model ten przyniósł ogólnokrajowy sukces, konieczne jest rozszerzenie go na 100% placówek – wyjania dr Robert Mordaka.

– Niezbędna jest także dalsza praca nad mentalnością społeczeństwa, by działania prozdrowotne i profilaktyka stały się powszechnym, codziennym nawykiem – podkresla dr Kamil Trambowicz.

Technologia jako wsparcie, nie zastępstwo

Coraz większą rolę w nowoczesnych systemach ochrony zdrowia odgrywają także rozwiązania cyfrowe, które pomagają pacjentom pamiętać o badaniach, monitorować realizację zaleceń i lepiej poruszać się po systemie. Eksperci podkreślają jednak, że ich zadaniem nie jest zastępowanie lekarza, lecz wspieranie zarówno pacjentów, jak i personelu medycznego w codziennym zarządzaniu procesem leczenia.

– Wiarygodne narzędzia cyfrowe stanowią dziś brakujące ogniwo w skutecznej opiece zdrowotnej, wspierając cel, jakim jest dłuższe życie w zdrowiu, zachowując przy tym najwyższe standardy bezpieczeństwa. W Centrum Medycznym, którym kieruję, kluczowe staje się wsparcie ze strony bezpiecznych rozwiązań cyfrowych, takich jak aplikacja Doctor Robert, która skutecznie łączy zaangażowanie pacjenta z organizacją pracy placówek medycznych – mówi dr Robert Mordaka.

Źródło: inf pras

Uniwersyteckie Centrum Kliniczne Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego (UCK WUM) pozyskało dla Kliniki Chorób Wewnętrznych i Kardiologii z Centrum Diagnostyki i Leczenia Żylnej Choroby Zakrzepowo-Zatorowej Szpitala Klinicznego Dzieciątka Jezus 12,5 mln złotych ze środków Krajowego Planu Odbudowy i Zwiększenia Odporności (KPO).

Z części tych funduszy zakupiono nowoczesny tomograf spektralny, który będzie służył pacjentom SOR, w tym pacjentom z ostrą zatorowością płucną i ostrymi zespołami wieńcowymi, jak np. zawały serca. Dzięki nowemu urządzeniu możliwe będzie prowadzenie szybkiej, nowoczesnej i bardzo precyzyjnej diagnostyki obrazowej pacjentów z udarami i obrażeniami wielonarządowymi.

Tomograf spektralny został zainstalowany na Szpitalnym Oddziale Ratunkowym Szpitala Klinicznego Dzieciątka Jezus (SDKJ), co fundamentalnie zmienia standardy obsługi pacjentów w stanach nagłego zagrożenia życia.

– Jesteśmy w Szpitalnym Oddziale Ratunkowym, w sercu tego oddziału, czyli w bardzo ważnej Pracowni Diagnostycznej, która zyskuje nowoczesny sprzęt. Dzięki temu mamy świadomość, jak szybko i jak krótką ścieżką możemy diagnozować pacjentów. Czas jest ważny we wszystkich obszarach medycyny, ale w medycynie ratunkowej odgrywa absolutnie podstawową rolę. Te minuty przekładają się na sukces terapeutyczny wielu pacjentów. Ogromnie się cieszę, ponieważ każdy postęp w zakresie wyposażenia buduje nie tylko potencjał Szpitala Klinicznego Dzieciątka Jezus, lecz także Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego. Jest to potencjał służący nie tylko pacjentom, ale również dydaktyce i badaniom naukowym. – podkreśla Prof. Rafał Krenke, Rektor Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

Nowy aparat zainstalowano w miejscu, gdzie o zdrowiu i życiu często decydują minuty. Umiejscowienie sprzętu w samym sercu oddziału ratunkowego eliminuje konieczność uciążliwego i czasochłonnego transportu pacjentów w stanie ciężkim do Zakładu Radiologii Klinicznej umieszczonego w innym pawilonie.

Kluczowe korzyści z zakupu nowego sprzętu

Diagnoza w kilka minut: Nowoczesny tomograf umożliwia błyskawiczne wykonywanie badań obrazowych, co skraca czas oczekiwania na kluczowe decyzje terapeutyczne – m.in. przy udarach, zawałach czy ciężkich urazach wielonarządowych.

– Zakup nowego tomografu komputerowego z funduszy KPO to dla naszego szpitala krok milowy. Dzięki tej inwestycji skracamy ścieżkę diagnostyczną pacjenta na SOR do absolutnego minimum. Co równie ważne, nowy sprzęt pozwala odciążyć nasz Zakład Radiologii, podnosząc wydajność diagnostyczną całej placówki. – mówi Prof. Paweł Łęgosz, Zastępca Dyrektora ds. Lecznictwa w SKDJ UCK WUM, Kierownik Katedry i Kliniki Ortopedii i Traumatologii Narządu Ruchu.

Mniejsza dawka promieniowania i wyższa precyzja: Zastosowana w nowym aparacie zaawansowana technologia spektralna zapewnia najwyższą jakość obrazowania przy jednoczesnym znacznym obniżeniu dawki promieniowania, co zwiększa bezpieczeństwo pacjentów.

Dzięki zakupionemu tomografowi spektralnemu możliwe będzie prowadzenie szybkiej, nowoczesnej i bardzo precyzyjnej diagnostyki obrazowej u chorych z ostrymi schorzeniami sercowo naczyniowymi, w tym z podejrzeniem ostrej zatorowości płucnej oraz podejrzeniem ostrych zespołów wieńcowych.  Z 12,5 mln złotych z KPO większość została przeznaczona na unowocześnienie bazy sprzętowej Kliniki Chorób Wewnętrznych i Kardiologii z Centrum Diagnostyki i Leczenia Żylnej Choroby Zakrzepowo-Zatorowej: zakupiono wysokiej klasy echokardiografy, system do spiroergometrii, a także rozbudowano angiograf, telemetrię, system holterowski oraz monitoring chorych hospitalizowanych w Oddziale Intensywnej Opieki Kardiologicznej.

W 2025 roku Klinika uzyskała status Centrum Doskonałości Kardiologicznej Chorób Naczyń Płucnych. Od ponad 10 lat prowadzone w niej jest interwencyjne leczenie ostrej zatorowości płucnej w ramach PERT, tj. Zespołu Szybkiego Reagowania w Ostrej Zatorowości Płucnej (Pulmonary Embolism Response Team) stosując przezskórną trombektomię mechaniczną lub niskodawkową lokalną trombolizę. Wykonywane są plastyki tętnic płucnych u chorych z zakrzepowo zatorowym nadciśnieniem płucnym z wykorzystaniem wewnątrznaczyniowego obrazowania (ultrasonografii wewnątrznaczyniowej i optycznej konferencji tomografii).

Obecna inwestycja, zrealizowana ze środków KPO, pozwoli na dalszy rozwój zarówno Szpitala Klinicznego Dzieciątka Jezus UCK WUM jaki samej  Kliniki Chorób Wewnętrznych i Kardiologii z Centrum Diagnostyki i Leczenia Żylnej.

Nowy tomograf stanowi również realne wsparcie dla szpitalnego Zakładu Radiologii, gdzie od prawie roku funkcjonuje już podobne nowoczesne urządzenie. W godzinach mniejszego natężenia na oddziale ratunkowym aparat na SOR będzie wspomagał diagnostykę planową i hospitalizowanych pacjentów z innych oddziałów, co pozwala skrócić kolejki i usprawnić pracę całego szpitala.

Inwestycja została zrealizowana w ramach programu wsparcia systemu ochrony zdrowia z Krajowego  Planu Odbudowy i Zwiększenia Odporności (KPO) „Rozwój i modernizacja infrastruktury centrów opieki wysokospecjalistycznej i innych podmiotów leczniczych w obszarze kardiologii ośrodków zakwalifikowanych do ośrodków II  poziomu zabezpieczenia opieki kardiologicznej Krajowej Sieci Kardiologicznej (KSK)” , którego celem jest zwiększenie efektywności, dostępności oraz jakości świadczeń medycznych w Polsce.

źródło: WUM

Stwardnienie zanikowe boczne (ALS/SLA) to rzadka i postępująca choroba neurodegeneracyjna, która uderza w neurony ruchowe odpowiedzialne za pracę mięśni. W Polsce każdego roku taką diagnozę słyszy 800 osób, a z chorobą zmagają się łącznie 3 tys. pacjentów. Choć medycyna przez lata miała ograniczone narzędzia pomocy, pojawienie się nowoczesnych terapii celowanych sprawiło, że diagnostyka genetyczna przestała być jedynie naukową ciekawostką, a stała się niezbędnym etapem walki o zdrowie chorych.

ALS bywa niezwykle trudne do rozpoznania w początkowej fazie, ponieważ jego pierwsze sygnały są często niespecyficzne. Pacjenci mogą zauważyć u siebie osłabienie siły mięśni w rękach lub stopach, narastające trudności z wykonywaniem precyzyjnych ruchów (jak pisanie czy zapinanie guzików), a także zaburzenia mowy lub połykania. Od momentu wystąpienia pierwszych symptomów do postawienia ostatecznego rozpoznania mija w Polsce średnio od 9,5 miesiąca do nawet 2,5 roku.

– W stwardnieniu zanikowym bocznym podstawowym badaniem diagnostycznym jest EMG, które ocenia odnerwienie mięśni, zarówno tzw. mięśni opuszkowych, czyli unerwianych przez pień mózgu, jak i mięśni szkieletowych – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria dr hab. n. med. Magdalena Badura-Stronka, specjalistka genetyki klinicznej i neurologii z Uniwersytetu Medycznego im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu.

Sytuacja chorych zmieniła się diametralnie wraz z wprowadzeniem pierwszej terapii modyfikującej przebieg choroby u pacjentów z konkretną mutacją w genie SOD1. Tofersen, podawany dokanałowo, ogranicza produkcję wadliwego białka SOD1, co pozwala znacząco spowolnić, a nawet zatrzymać postęp choroby.

Ekspertka podkreśla, że choć dotychczas medycyna skupiała się głównie na łagodzeniu objawów, dziś mamy narzędzie uderzające w przyczynę.

– Sytuacja zmieniła się wraz z pojawieniem się tofersenu – zarówno neurolodzy znacznie częściej kierują pacjentów do poradni genetycznych, jak i sami chorzy częściej zgłaszają się na takie badania – podkreśla dr hab. n. med. Magdalena Badura-Stronka.

Współczesna nauka zidentyfikowała już ok. 40 genów związanych z rozwojem ALS, z których najczęstsze mutacje dotyczą genów C9orf72, TARDBP, FUS oraz SOD1. Ta ostatnia mutacja występuje u 2–3 proc. wszystkich chorych, ale – co niezwykle ważne – jej obecności nie da się stwierdzić bez przeprowadzenia badań genetycznych.

– Badania genetyczne są niezbędne, żeby wykryć pacjenta z patogennym wariantem genu SOD1. Taki chory nie różni się pod względem objawów od pacjentów z innymi postaciami ALS, dlatego bez badań genetycznych nie jesteśmy w stanie ustalić, kto kwalifikuje się do leczenia – wyjaśnia ekspertka.

Właśnie dlatego specjaliści apelują, by badania genetyczne wykonywać u każdego pacjenta z ALS, niezależnie od tego, czy w jego rodzinie zdarzały się wcześniej podobne zachorowania, czy jest to przypadek sporadyczny, występujący po raz pierwszy. Mimo że od października 2025 roku jest dostępne w Polsce przyczynowe leczenie w ramach programu lekowego B.176, wciąż mało osób korzysta z tej szansy.

– Zachęcamy neurologów, żeby szerzyli wiedzę o badaniach genetycznych w ALS, ale jednak tych pacjentów trafia do nas za mało – wskazuje dr Magdalena Badura-Stronka.

Jedną z największych przeszkód jest czas oczekiwania na wizytę u genetyka. W standardowych kolejkach pacjenci, nawet z pilnymi skierowaniami, czekają od kilku miesięcy do nawet trzech lat. W chorobie, w której średnia długość życia wynosi od trzech do pięciu lat od pojawienia się pierwszych objawów, takie opóźnienie jest dramatyczne.

– To zdecydowanie za długi czas, bo każdy miesiąc decyduje o obumieraniu neuronów rdzenia kręgowego. Temu pacjentowi trzeba jak najszybciej zrobić badania genetyczne i wdrożyć leczenie – alarmuje specjalistka genetyki klinicznej i neurologii z UM w Poznaniu.

Diagnostyka genetyczna to nie tylko szansa na leczenie, ale także ważna informacja dla rodziny. Choć może nieść trudne wiadomości – np. o ryzyku dziedziczenia mutacji przez dzieci – pozwala jednak na świadome planowanie i wczesną opiekę. Proces diagnostyczny w laboratoriach jest już dobrze przygotowany.

– Ten proces powinien być dosyć prosty, bo wiemy, co i jak badać, laboratoria genetyczne są do tego przygotowane – mówi dr Magdalena Badura-Stronka.

Ekspertka wskazuje jednocześnie, że głównym wyzwaniem pozostaje obecnie przepustowość poradni i świadomość konieczności szybkich badań. Dodaje, że edukacja pacjentów i środowiska medycznego to klucz do tego, by nikt z diagnozą ALS nie pozostał bez szansy na nowoczesną terapię. Każdy miesiąc ma znaczenie, a genetyka jest w tym wyścigu najważniejszym sojusznikiem chorych.

Źródło: Newseria

Zakończyła się ogólnopolska kampania „Panowie! Jazda po zdrowie!”, w ramach której Mobilna Stacja Kontroli Zdrowia Fundacji Hasco-Lek odwiedzała kolejne miasta w Polsce, zachęcając mężczyzn do profilaktyki i regularnego sprawdzania stanu zdrowia. W HascoBusie wykonano łącznie 2828 badań i konsultacji profilaktycznych.

Kampania odbywała się pod hasłem „Nie czekaj, aż zapali się kontrolka” i została pomyślana jako odpowiedź na jedną z najważniejszych barier w profilaktyce zdrowia mężczyzn: odkładanie badań na później. Wielu panów zgłasza się do lekarza dopiero wtedy, gdy objawy są już nasilone albo utrudniają codzienne funkcjonowanie. Organizatorzy kampanii chcieli pokazać, że podstawowe badania mogą być szybkie, bezbolesne i dostępne blisko miejsca zamieszkania, bez skierowania, wcześniejszej rejestracji i długiego oczekiwania.

Mobilna Stacja Kontroli Zdrowia odwiedziła miasta w różnych regionach kraju, docierając zarówno do dużych ośrodków, jak i mniejszych miejscowości. W HascoBusie mężczyźni mogli skorzystać m.in. z pomiaru ciśnienia tętniczego i tętna, jednokanałowego EKG, analizy składu ciała, testów sprawności funkcjonalnej FMS, konsultacji farmaceutycznej oraz badań USG. Taka formuła miała oswoić profilaktykę i pokazać, że „przegląd zdrowia” może być prostym, krótkim i realnie dostępnym działaniem.

– Za nami ponad 2800 badań i konsultacji wykonanych w ramach ogólnopolskiej kampanii „Panowie! Jazda po zdrowie”, która łączy profilaktykę z edukacją i budowaniem świadomości zdrowotnej w społeczeństwie. Badania w HascoBusie były szybkie, bezbolesne i nieinwazyjne, a liczba chętnych potwierdziła, że obrany przez nas kierunek był słuszny, a mężczyźni w Polsce chcą się badać. Zebrane podczas trasy doświadczenia i obserwacje staną się podstawą raportu o zdrowiu mężczyzn w Polsce, którego publikację planujemy już w listopadzie – mówi Agnieszka Han, prezes zarządu Fundacji Hasco-Lek.

W pierwszym etapie kampanii wykonano 1128 badań i konsultacji, w drugim – 674. Trzeci etap objął m.in. Lądek-Zdrój, Milicz, Poznań, Gdańsk, Gdynię, Grudziądz i Warszawę. Podczas ostatnich przystanków wykonano 134 badania i konsultacje w Lądku-Zdroju, 134 w Miliczu, 153 w Poznaniu, 158 w Gdańsku, 159 w Gdyni, 128 w Grudziądzu oraz 160 podczas finału w Warszawie.

Wyniki kampanii pokazały, że mężczyźni chętnie korzystają z profilaktyki, jeśli badania są dostępne blisko, bezpłatnie i bez zbędnych formalności. Jednocześnie obserwacje ekspertów pracujących w HascoBusie potwierdziły, że nawet podstawowe badania mogą zwrócić uwagę na nieprawidłowości wymagające dalszej diagnostyki – także u osób, które wcześniej nie odczuwały wyraźnych objawów.

– Podczas badań USG wykrywaliśmy między innymi zwężenia tętnic szyjnych, zmiany w obrębie nerek i wątroby, guzy najądrzy czy nieprawidłowości wymagające dalszej diagnostyki. Część pacjentów nie miała wcześniej żadnych objawów, dlatego te badania bardzo dobrze pokazały, jak duże znaczenie ma profilaktyka – mówi Krzysztof Bilmin, dyrektor ds. medycznych w Hasco-Lek.

Nieprawidłowości zauważano także podczas podstawowych pomiarów wykonywanych w gabinecie pielęgniarskim. U części uczestników pojawiały się sygnały ze strony układu sercowo-naczyniowego, które mogły wymagać dalszej kontroli.

– W gabinecie pielęgniarki odnotowano liczne nieprawidłowości w zakresie parametrów układu sercowo-naczyniowego. U części uczestników stwierdzono podwyższone wartości ciśnienia tętniczego. Zaobserwowano również wiele zaburzeń rytmu serca, z których najczęściej występowało migotanie przedsionków – mówi Katarzyna Kozłowska-Panek.

Kampania „Panowie! Jazda po zdrowie!” miała nie tylko umożliwić wykonanie badań, ale też przełamywać stereotypy związane z męską profilaktyką. Organizatorzy zwracali uwagę na najczęstsze powody odkładania kontroli zdrowia: brak czasu, przekonanie, że „skoro nic nie boli, nie ma problemu”, lęk przed diagnozą czy traktowanie badań jako czegoś skomplikowanego i czasochłonnego.

Ważnym elementem kampanii było także zaangażowanie znanych osób, które swoim przykładem wspierały ideę męskiej profilaktyki. Na znak poparcia dla regularnych badań w HascoBusie przebadali się m.in. Rafał Sonik, Jasiek Mela oraz Maciej Wisławski. Kampanię poparli również m.in. ReZigiusz, Kajetan Kajetanowicz, Sebastian Karpiel-Bułecka, Maciej Janowski oraz Bartek Kowalski, zachęcając mężczyzn do tego, by nie odkładali troski o zdrowie na później.

Ogólnopolska trasa pokazała, że odpowiednio zaprojektowana profilaktyka może skutecznie zachęcać mężczyzn do działania. Mobilna, bezpłatna i nieinwazyjna forma badań pozwoliła dotrzeć do osób, które często nie zgłaszają się na kontrolę zdrowia z własnej inicjatywy.

Wnioski i obserwacje zebrane podczas kampanii zostaną rozwinięte w raporcie o zdrowiu mężczyzn w Polsce, którego publikacja planowana jest na listopad br.

Więcej informacji o kampanii:
https://fundacjahasco-lek.pl/kampania-panowie-jazda-po-zdrowie/

Źródło: inf pras

Sam fakt, że sztuczna inteligencja potrafi wygenerować poprawnie brzmiącą odpowiedź, nie oznacza jeszcze, że jest w pełni przystosowana do działania w sektorze ochrony zdrowia. Wprost proporcjonalnie do rozwoju możliwości technologii w medycynie rosną obawy o bezpieczeństwo, jakość danych, zgodność z praktyką kliniczną oraz realną wartość dla pacjenta. Dlatego coraz częściej zasadne wydaje się nie pytanie o to, czy AI działa, lecz gdzie i w jaki sposób powinna być wykorzystywana. To zagadnienie było przedmiotem rozmów ekspertów w ostatnim odcinku podcastu „LLMathon: How AI Can Serve Healthcare”.
Podcast stanowi podsumowanie doświadczeń i wniosków z Poland Healthcare Datathon 2025 – inicjatywy zorganizowanej we współpracy środowisk medycznych, naukowych i technologicznych, której inicjatorem był Roche. Podczas Datathonu interdyscyplinarne zespoły pracowały na rzeczywistych, zanonimizowanych danych klinicznych z Uniwersyteckiego Centrum Klinicznego w Gdańsku i w praktyce testowały możliwości dużych modeli językowych w polskojęzycznych scenariuszach medycznych.

Wnioski będące pokłosiem wydarzenia stały się punktem wyjścia do kolejnej dyskusji – o tym, jak odpowiedzialnie wdrażać sztuczną inteligencję do systemu ochrony zdrowia. W najnowszym odcinku podcastu, dostępnym na youtubowym kanale Roche, eksperci mówią nie tylko o potencjale dużych modeli językowych, ale również o całej architekturze rozwiązań AI i świadomym procesie jej wykorzystania.

Globalny algorytm musi zdać „egzamin z polskiego”

Choć wiele rozwiązań AI powstaje z myślą o globalnym zastosowaniu, ich skuteczność w ochronie zdrowia zależy od lokalnego kontekstu. Znaczenie mają język dokumentacji medycznej, organizacja pracy placówek, ścieżki pacjenta oraz charakterystyka danych odzwierciedlających specyfikę konkretnego systemu ochrony zdrowia.

– Chcieliśmy, aby Healthcare Datathon składał się z wzajemnie uzupełniających się elementów pełnych zarówno merytorycznej dyskusji, jak i praktyki. Pierwszego dnia uczestnicy spotkali się podczas części wykładowej poświęconej zastosowaniom AI w ochronie zdrowia, gdzie swoją wiedzą dzielili się lekarze i eksperci z uczelni technicznych. Z kolei fundamentem drugiego dnia były ćwiczenia praktyczne, w tym m.in. LLMathon – mówi Adam Krenke, dyrektor do spraw strategii w Roche Polska.

Poland Healthcare Datathon 2025 zgromadził ponad 200 uczestników reprezentujących 14 uczelni i ośrodków badawczych z pięciu krajów. W 13 interdyscyplinarnych zespołach współpracowali lekarze, badacze, projektanci doświadczeń użytkownika, specjaliści danych, programiści oraz studenci.

Sztuczna inteligencja zweryfikowana na rzeczywistych danych

Jednym z najważniejszych elementów wydarzenia była możliwość pracy na autentycznych, zabezpieczonych danych klinicznych przekazanych przez Uniwersyteckie Centrum Kliniczne w Gdańsku.

– W ramach Datathonu uczestnicy analizowali setki tysięcy rekordów hospitalizacji, poszukując czynników pozwalających przewidywać ryzyko ponownego przyjęcia pacjenta do szpitala. W ten sposób sprawdzaliśmy, czy algorytmy AI mogą pomóc identyfikować wzorce, które wspierałyby personel medyczny w podejmowaniu decyzji i skutecznym planowaniu opieki nad pacjentami – wyjaśnia Adam Krenke.

Kolejnym filarem projektu był LLMathon, podczas którego uczestnicy oceniali, jak duże modele językowe radzą sobie z pytaniami najczęściej zadawanymi przez pacjentów i lekarzy.

– Dziś zarówno pacjenci, jak i lekarze coraz częściej korzystają z narzędzi opartych na AI. Problem polega na tym, że niewiele wiemy o ich rzeczywistej precyzji, jakości odpowiedzi czy ograniczeniach. Chcieliśmy zweryfikować to w praktyce, wykorzystując pytania opracowane wspólnie z lekarzami i organizacjami pacjenckimi – podkreśla ekspert.

Dane są paliwem dla AI, ale muszą być reprezentatywne

Eksperci zwracają uwagę, że skuteczność modeli sztucznej inteligencji zależy bezpośrednio od jakości i reprezentatywności danych, na których zostały wytrenowane.

 
– AI może odegrać ogromną rolę w rozwoju ochrony zdrowia, jednak większość dostępnych danych pochodzi z krajów wysoko rozwiniętych. Istnieje ryzyko, że modele będą dobrze odpowiadać na potrzeby określonych populacji, a gorzej radzić sobie w innych grupach. Dlatego projektując algorytmy, należy równie starannie jak w badaniach klinicznych dobierać populacje, na których opierane są dane treningowe – stwierdza Krenke. 

O istocie znaczenia danych wspomina także Anna Romaniuk-Iwaszko, Marketing Network Lead for Digital Solutions w Roche.

– Roche od lat rozwija innowacyjne terapie i rozwiązania diagnostyczne. Coraz większą rolę odgrywają także algorytmy kliniczne wspierające decyzje medyczne. Ogromna ilość danych generowanych każdego dnia w systemie ochrony zdrowia nadal pozostaje niewykorzystana. Naszym celem jest przekształcanie tych informacji w praktyczne wsparcie dla lekarzy, tak aby mogli efektywniej wykorzystywać swój czas, a pacjenci szybciej otrzymywali właściwą diagnozę – tłumaczy.

AI zastąpi relację lekarz-pacjent?

Eksperci zgodnie wskazują, że sztuczna inteligencja może wspierać wiele procesów administracyjnych, analitycznych i organizacyjnych, jednak nie powinna być postrzegana jako alternatywa dla pomocy drugiego człowieka.

– Najważniejsze jest to, aby nie stracić z oczu pacjenta. Sztuczna inteligencja pozostaje narzędziem w rękach człowieka. To od sposobu jej wykorzystania zależy, czy będzie realnym wsparciem dla ochrony zdrowia. Medycyna to nie tylko diagnoza i leczenie, ale również troska o jakość życia pacjenta, relacje, empatia i odpowiedzialność – mówi Katarzyna Kaliszewska-Czeremska, Customer Experience Lead and Strategist w Roche.

Podobnego zdania jest Sławomir Molenda, User Experience Expert w Roche Digital Technology.

– Obecne modele językowe mogą rozpoznawać emocje i odpowiednio reagować na komunikaty pacjentów, ale nie są zdolne do rzeczywistego współodczuwania czy rozumienia doświadczenia choroby tak jak drugi człowiek. Możemy mówić jedynie o pewnym rodzaju empatii kognitywnej, skupionej na perspektywie intelektualnej i rozumieniu schematów myślowych. AI może wspierać komunikację, jednak nie zastąpi relacji terapeutycznej budowanej między pacjentem a lekarzem – zaznacza.

Istnieją jednak aspekty, w których modele AI mogą być dla pacjenta użyteczne.

– Niektóre badania sugerują, że ludzie wolą interakcje medyczne z AI, ponieważ modele te są wolne od osądów czy stygmatyzacji. LLM-y mogą obiektywnie zmniejszać wstyd i w ten sposób pomagać pacjentom – dodaje Molenda.

Interdyscyplinarność warunkiem sukcesu

Jednym z najczęściej powracających tematów podczas wydarzenia była konieczność łączenia kompetencji z różnych dziedzin.

 
– Interdyscyplinarność jest kluczowa. W projektach wykorzystujących AI w ochronie zdrowia nie istnieją jednoosobowe rozwiązania. Potrzebna jest wiedza kliniczna, technologiczna, projektowa i komunikacyjna. Dopiero połączenie tych kompetencji pozwala tworzyć rozwiązania niosące rzeczywistą opiekę i pomoc pacjentom – podkreśla Adam Krenke.

Interdyscyplinarności nie brakowało również w trakcie Datathonu – taką formę współpracy szczególnie docenili uczestnicy wydarzenia.

– Największym zaskoczeniem była dla mnie otwartość i brak podziałów między studentami, naukowcami oraz lekarzami. Często w świecie akademickim można wyczuć pewien dystans. Tutaj każdy głos był równie ważny, a wszystkich łączyła wspólna misja i chęć wymiany doświadczeń – zauważa Zuzanna Warchoł, studentka Politechniki Gdańskiej. Z kolei Kacper Dobek, doktorant Politechniki Poznańskiej, zwraca uwagę na długofalowe korzyści płynące z projektu.

– To doświadczenie pokazało, jak wiele dobrego może wydarzyć się, gdy spotykają się ludzie z różnych środowisk. Efekty Datathonu wykraczają poza Polskę – podobne inicjatywy zaczęły powstawać również w innych krajach Europy, inspirując kolejne zespoły do poszukiwania praktycznych zastosowań AI w medycynie. Namacalnym przykładem może być chociażby grudniowy Datathon we Francji, który, dzięki zdobytej w Gdańsku wiedzy, miałem okazję wesprzeć organizacyjnie – podsumowuje.

Źródło: inf pras