Medicalpress
W polskiej debacie o ochronie zdrowia neurologia przez lata funkcjonowała w cieniu dwóch wielkich narracji: onkologicznej i kardiologicznej. To wokół nich budowano strategie, programy lekowe, sieci referencyjne i język politycznego priorytetu. Tymczasem dane epidemiologiczne, ekonomiczne i demograficzne coraz wyraźniej pokazują, że choroby mózgu nie tylko dorównują tym obszarom skalą problemu, ale w wielu aspektach już je przewyższają. Różnica polega na tym, że ich ciężar jest mniej spektakularny, rozłożony w czasie i w dużej mierze „niewidzialny” w statystykach sukcesu medycyny.
To właśnie ten rozdźwięk stał się punktem wyjścia do dyskusji o potrzebie uznania neurologii za trzecią specjalizację strategiczną w polskim systemie ochrony zdrowia – obok onkologii i kardiologii. Nie jako gest symboliczny, lecz jako konsekwencję twardych danych i narastających kosztów społecznych.

Choroby mózgu jako główne źródło utraconych lat życia w zdrowiu

W skali europejskiej zaburzenia układu nerwowego od lat odpowiadają za największy udział w wskaźniku DALY, czyli liczbie lat życia skorygowanych o niepełnosprawność. To miara, która w sposób szczególny obnaża różnicę między chorobami prowadzącymi szybko do zgonu a tymi, które przez dziesięciolecia ograniczają samodzielność, zdolność do pracy i jakość życia.
Neurologia należy do tej drugiej kategorii. Udar mózgu, stwardnienie rozsiane, choroby neurodegeneracyjne, padaczka czy migrena nie zawsze kończą się śmiercią, ale bardzo często prowadzą do trwałej, złożonej niepełnosprawności. Wraz ze starzeniem się populacji efekt ten narasta, ponieważ długość życia z chorobą staje się coraz większa, nawet jeśli medycyna potrafi skuteczniej zapobiegać zgonom.
Ten mechanizm sprawia, że obciążenie systemu nie jest jednorazowe, lecz rozciągnięte w czasie – obejmuje opiekę ostrą, rehabilitację, leczenie przewlekłe, wsparcie społeczne i koszty pośrednie związane z utratą aktywności zawodowej.

Koszty, które wymykają się uwadze

Szacunki europejskie pokazują, że już kilkanaście lat temu całkowite koszty chorób mózgu przewyższały łączne koszty chorób sercowo-naczyniowych i nowotworów. Od tego czasu trend jest wyłącznie wzrostowy. Co istotne, znaczna część tych kosztów nie pojawia się bezpośrednio w budżetach ochrony zdrowia, lecz w systemie zabezpieczenia społecznego, rynku pracy i w nieformalnej opiece sprawowanej przez rodziny.
Neurologia generuje koszty, które są trudne do „przypisania” jednej procedurze lub jednemu epizodowi leczenia. To choroby wymagające ciągłości, koordynacji i długofalowego myślenia, a właśnie te elementy najsłabiej funkcjonują w obecnym modelu organizacyjnym.

Udar mózgu – najbardziej wymierny przykład systemowego wyzwania

W polskich realiach udar mózgu pozostaje najczęstszą przyczyną trwałej, złożonej niepełnosprawności dorosłych. Rocznie dotyka około 90 tysięcy osób, z czego zdecydowaną większość stanowią udary niedokrwienne. Choć w ostatnich latach udało się zbudować sieć oddziałów udarowych i poprawić dostęp do leczenia reperfuzyjnego, skala potrzeb wciąż znacząco przewyższa możliwości systemu.
Odsetek pacjentów poddawanych trombolizie i trombektomii pozostaje ograniczony, a różnice regionalne w dostępności procedur są nadal wyraźne. Dodatkowo około jedna dziesiąta pacjentów doświadcza udaru nawrotowego, co pokazuje, jak istotna jest skuteczna profilaktyka wtórna i długoterminowa opieka neurologiczna.
Udar obnaża też inną słabość systemu: brak płynnego przejścia między leczeniem ostrym a rehabilitacją i opieką przewlekłą. Dla wielu pacjentów moment wypisu ze szpitala oznacza faktyczny początek problemów, a nie ich koniec.

Choroby neurologiczne młodych dorosłych – cichy ciężar gospodarki

Choć neurologia często kojarzona jest z podeszłym wiekiem, część jej największych kosztów dotyczy osób w wieku produkcyjnym. Stwardnienie rozsiane pozostaje jedną z głównych przyczyn trwałej niepełnosprawności młodych dorosłych, a migrena – jedną z najważniejszych przyczyn absencji i obniżonej wydajności pracy.
To właśnie te schorzenia w największym stopniu wpływają na koszty pośrednie: zwolnienia lekarskie, wcześniejsze wyjścia z rynku pracy, konieczność zmiany zawodu lub rezygnacji z aktywności zawodowej. Z perspektywy państwa oznacza to nie tylko wydatki, ale także realne straty w kapitale ludzkim.

Paradoks inwestycji i brak spójnej strategii

Dane dotyczące badań i rozwoju pokazują, że neurologia znajduje się dziś na drugim miejscu – zaraz po onkologii – pod względem liczby rozwijanych terapii. To obszar intensywnego postępu naukowego, nowych leków, technologii i metod diagnostycznych. Jednocześnie system ochrony zdrowia nie nadąża organizacyjnie za tym rozwojem.
Nowe terapie oznaczają nie tylko koszty refundacyjne, lecz także konieczność przygotowania kadr, infrastruktury, ścieżek diagnostycznych i modeli opieki. Bez strategicznego podejścia ryzyko fragmentaryzacji i nierówności dostępu będzie rosło, zamiast maleć.

Neurologia jako priorytet – co to realnie oznacza?

Uznanie neurologii za specjalizację strategiczną nie sprowadza się do symbolicznej decyzji. Oznaczałoby konieczność myślenia o chorobach mózgu w kategoriach całościowych: od profilaktyki i wczesnej diagnostyki, przez leczenie ostre, po opiekę długoterminową i rehabilitację. To również pytanie o adekwatność wycen świadczeń, organizację sieci opieki, dostęp do nowoczesnych terapii oraz planowanie zasobów kadrowych w perspektywie demograficznej.
Bez takiego podejścia neurologia pozostanie obszarem reagowania na kryzysy, a nie zarządzania ryzykiem zdrowotnym populacji.

Decyzja polityczna, nie tylko medyczna

Dyskusja o miejscu neurologii w systemie ochrony zdrowia jest w istocie rozmową o tym, jak państwo rozumie pojęcie priorytetu zdrowotnego. Czy oznacza ono jedynie walkę z chorobami o wysokiej śmiertelności, czy także odpowiedzialność za długotrwałe konsekwencje chorób przewlekłych, które latami odbierają sprawność i samodzielność.
Dane epidemiologiczne nie pozostawiają wątpliwości: choroby mózgu już dziś są jednym z największych wyzwań zdrowotnych XXI wieku. Pytanie nie brzmi więc, czy neurologia powinna stać się priorytetem, lecz jak długo system będzie jeszcze w stanie ignorować ciężar, który od dawna przekracza granice „niszowej specjalizacji”.

Źródło: transmisja posiedzenia Parlamentarnego Zespół ds. leczenia chorób neurologicznych, 22.01.2026

Choroby cywilizacyjne stają się jednym z największych zagrożeń dla zdrowia Polaków i stabilności rynku pracy. Rosnąca liczba zawałów, udarów, depresji, otyłości i uzależnień pokazuje, że tradycyjne działania profilaktyczne – oparte głównie na zakazach i edukacji – nie przynoszą oczekiwanych efektów. Eksperci alarmują, że potrzebne jest nowoczesne podejście oparte na redukcji szkód, które w krajach takich jak Dania czy Wielka Brytania realnie obniżyło liczbę palących, zawałów i nowotworów płuca. Przykłady te mogą być szansą także dla Polski, gdzie dwie trzecie zgonów poniżej 75. roku życia wciąż wynika z przyczyn możliwych do uniknięcia.
Polacy coraz częściej wypadają z rynku pracy z powodu chorób cywilizacyjnych, a ich stan zdrowia pogarszają nałogi, z którymi państwo nie potrafi skutecznie walczyć. Eksperci podkreślają, że rosnące zagrożenia kardiologiczne, depresja, otyłość i uzależnienia wymagają nowoczesnego podejścia, a restrykcje czy zakazy nie przynoszą oczekiwanych efektów. Przykłady innych krajów pokazują, że jedną z metod realnie obniżających ryzyko zdrowotne jest harm reduction, czyli ograniczanie szkód.

 Obecnie mamy do czynienia z epidemią chorób cywilizacyjnych. Polska niestety należy do krajów bardzo wysokiego ryzyka w stosunku do Europy. Bardzo duże jest występowanie miażdżycy, jak i jej skutków, czyli choroby wieńcowej, udaru mózgu, choroby tętnic obwodowych, ale także cukrzycy i otyłości. To są główne bolączki obecnych czasów – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria dr n. med.

Małgorzata Jasiewicz, kardiolog, adiunkt w Katedrze Kardiologii i Chorób Wewnętrznych w Collegium Medicum w Bydgoszczy, UMK w Toruniu.

Otyłość, palenie tytoniu, nadużywanie alkoholu, siedzący tryb życia i problemy psychiczne to kluczowe czynniki ryzyka chorób cywilizacyjnych. Negatywnie wpływają na układ sercowo-naczyniowy, zwiększają ryzyko nowotworów. To właśnie te czynniki, zwłaszcza kumulacja otyłości, palenia i braku ruchu, odpowiadają za rosnący udział zgonów możliwych do uniknięcia.

Raport NIZP-PZH „Sytuacja zdrowotna ludności Polski i jej uwarunkowania 2025” wskazuje, że dwie trzecie zgonów osób w wieku poniżej 75 lat jest związanych z przyczynami możliwymi do uniknięcia. Choroby układu krążenia i nowotwory złośliwe odpowiadały w 2023 roku za ponad 60 proc. zgonów Polaków.

 W 2022 roku na prawie 460 tys. zgonów niestety 160 tys. wynikało właśnie z chorób układu krążenia, przede wszystkim 80 tys. to były zawały serca, 78 tys. to były udary mózgu. Też niestety wpływa to na liczba osób, które znikają z rynku pracy – jeśli choroba już zaczyna się powyżej 40. roku życia, to mamy wysoki wskaźnik lat z niepełnosprawnością spowodowaną chorobą – tłumaczy Małgorzata Jasiewicz.

Obecnie w Polsce wskaźnik DALY (disability-adjusted life years), czyli suma lat życia utracona z powodu przedwczesnego zgonu lub z niepełną  sprawnością, jest znacznie wyższa niż w krajach tak zwanej starej piętnastki europejskiej. Kluczowe znaczenie w przypadku zapobiegania chorobom ma profilaktyka, jak jednak wskazuje ekspertka – nawet zawał czy ciężka choroba nie zawsze wpływają na zmianę nawyków żywieniowych czy większej aktywności.

 Okazuje się, że np. otyłych pozostaje niestety nadal około 40 proc. osób, wiadomo, że otyłość również jest chorobą przewlekłą, trudno z nią walczyć, może teraz takim game changerem są leki. Ale jeśli chodzi o podejmowanie zalecanej aktywności fizycznej na przykład, czyli o 30 minutach dziennie, nieaktywnych pozostaje nadal około 55–60 proc. Jeśli chodzi o palenie papierosów, to nadal palących pozostaje też 55 proc., czyli widać, jak bardzo trudno jest zmienić swoje nawyki i wyjść z nałogu – zauważa kardiolog.

Polska jest obecnie w czołówce Europy pod względem otyłości wśród dzieci i młodzieży. Według wyników WHO COSI co trzecie polskie dziecko w wieku wczesnoszkolnym ma nadmierną masę ciała, a otyłość dotyczy 15 proc. ośmiolatków. Liczba samobójstw, choć w 2024 roku po raz pierwszy od 2020 roku spadła poniżej 5 tys. i wyniosła 4845 (mniej o 7,4 proc. w stosunku do 2023 roku), pozostaje wysoka. Brak ruchu i niewłaściwa dieta dodatkowo wzmacniają ryzyko sercowo-naczyniowe. Tymczasem właściwa profilaktyka – od ograniczenia palenia po aktywność fizyczną, higienę snu i kontrolę masy ciała – może wydłużyć życie nawet o dekadę i znacząco zmniejszyć ryzyko zawałów oraz udarów.

 Bardzo trudno jest zmienić te nawyki, nawet po tak ciężkiej chorobie, jaką jest zawał. Musimy podejmować inne kroki – nastawić się na cel, jaki możemy osiągnąć. Czyli wiadomo, że jeśli człowiek chce zmienić wszystko, to może się to nie udać, bo jest to bardzo trudne. Trzeba to robić małymi krokami, albo stopniowo, albo nawet pojedynczo – tłumaczy przedstawicielka UMK w Toruniu.

Eksperci podkreślają, że klasyczne działania edukacyjne i zakazowe nie wystarczą, bo osoby uzależnione zawsze znajdą sposób na zdobycie środka, który pozwala im regulować emocje. Państwa, które odniosły największy sukces w ograniczaniu palenia, jak Dania czy Wielka Brytania, zastosowały szerokie programy harm reduction, czyli redukcji szkód, m.in. poprzez alternatywne produkty nikotynowe o znacząco niższej szkodliwości. Eksperci oceniają, że podobne podejście mogłoby ograniczyć liczbę zawałów, udarów i zgonów. W Polsce w ramach wojewódzkich ośrodków terapii uzależnień i współuzależnień działają np. programy kontrolowanego picia, podobne programy redukcji szkód dotyczą opiatów. Nie ma natomiast programów dotyczących palenia papierosów.

 Rakotwórcze są głównie produkty spalania, wpływają też na rozwój miażdżycy. Jeśli nie jesteśmy w stanie namówić pacjenta czy sprawić, żeby rzucił palenie, to zmniejszmy skutki, czyli mówmy o produktach, które są mniej szkodliwe, czyli np. to są produkty, w których stosuje się podgrzewanie, czyli tzw. produkty heat not burn, albo tytoń doustny, czyli np. saszetki nikotynowe. Zostało już udowodnione, że ma to dobrą skuteczność, szczególnie w Danii czy w Wielkiej Brytanii, gdzie dzięki temu udało się zmniejszyć liczbę palących do 5 proc., co jest właściwie takim celem, ale też przede wszystkim zmniejszyła się liczba nowotworów płuc. Tak że widać tutaj duży sukces i skuteczność tego typu polityki – podkreśla dr Małgorzata Jasiewicz.

Źródło: Newseria