Medicalpress

39 proc. dorosłych Polaków ma nadwagę, a 21 proc. choruje na otyłość. Nieco ponad 32 proc. zmaga się z nadciśnieniem tętniczym, natomiast niemal 900 tys. osób żyje z nierozpoznaną, a więc nieleczoną cukrzycą – to tylko niektóre z danych z ostatniego ogólnopolskiego badania epidemiologicznego WOBASZ3. Eksperci podkreślają, że kluczem do wydłużenia życia w lepszym zdrowiu jest profilaktyka, której Polacy wciąż nie poświęcają należytej uwagi.

– Długowieczność jest gałęzią medycyny, dlatego że fundamentalnym celem dla systemu ochrony zdrowia jest zabezpieczenie długiego życia w zdrowiu. Zatem proces, który wynika z genezy medycyny, dzisiaj zostaje uzbrojony w zupełnie nowe narzędzia i metody, które pozwalają nam mieć dużo więcej wiedzy na temat potencjału do długiego życia w zdrowiu każdego z nas. Jednocześnie pojawia się wiele nowych narzędzi, które pozwalają nam zmniejszyć ryzyko zachorowania na wiele chorób, zakaźnych i niezakaźnych, które w sposób naturalny dają szansę na utrzymanie dobrostanu w długiej linii naszego życia – mówi agencji Newseria dr hab. Małgorzata Gałązka-Sobotka, rektor Uczelni Łazarskiego.

W 2025 roku przeciętne trwanie życia mężczyzn w Polsce wyniosło 75,4 roku w porównaniu do 72,6 roku w 2020 roku i 69,7 roku w 2000 roku. W przypadku kobiet wskaźnik ten jest wyższy – w ubiegłym roku wyniósł 82,5 roku (80,7 roku w 2020 roku i 78 lat w 2000 roku). Tak wynika z ostatnich danych GUS.

– Dowody naukowe jednoznacznie wskazują, że największy wpływ na uzysk zdrowotny, czyli wydłużenie życia i ograniczenie ryzyk, miały przede wszystkim szczepienia. W tej materii niewiele się zmienia. Wciąż uznajemy je za metodę, która pozwala ochronić nas przed zagrożeniami istotnie skracającymi życie, rodzącymi ryzyko przedwczesnej śmierci – podkreśla dr hab. Małgorzata Gałązka-Sobotka.

Na łamach czasopisma „The Lancet” w 2024 roku opublikowano analizę 50 lat globalnych programów szczepień. Badacze oszacowali, że w latach 1974–2024 uratowały one ok. 154 mln osób, w tym 101 mln niemowląt. Na każde uratowane ludzkie istnienie przypadało średnio 66 lat życia w pełnym zdrowiu.

– Innymi rozwiązaniami są na pewno immunoterapie czy terapie genowe. Wszystkie technologie, które adresują przyczynę rozwoju choroby, zwiększają szansę na to, aby w sposób skuteczny, jednoznaczny się z nią zmierzyć, a tym samym dać szansę na to, aby funkcjonować w stanie bez choroby, a nie w stanie choroby przewlekłej – wyjaśnia rektor Uczelni Łazarskiego.

Z danych Eurostatu wynika, że w 2024 roku 35,3 proc. mieszkańców Unii Europejskiej zgłosiło, że ​​cierpi na przewlekłą chorobę lub problem zdrowotny. W Polsce odsetek ten wyniósł 35,1 proc. Największy odsetek odnotowano w Finlandii (56 proc.), a najniższy we Włoszech (17 proc.). Te spore różnice nie muszą wynikać z faktycznego stanu zdrowia obywateli, ale z ich świadomości zdrowotnej i częstotliwości badań.

– Wiele nowego musi się wydarzyć w systemie ochrony zdrowia, jego organizacji, ale i finansowania, żebyśmy przestawili go z paradygmatu leczenia choroby na paradygmat zachowania zdrowia – uważa dr hab. Małgorzata Gałązka-Sobotka. – Promocja zdrowia, profilaktyki, wczesnej diagnostyki, która ma nie służyć wykryciu choroby, ale potwierdzeniu zdrowia – to są zupełnie nowe atrybuty systemu ochrony zdrowia, które będą zmuszały regulatorów do tego, aby przebudować katalog świadczeń gwarantowanych w ramach ubezpieczenia, ale również organizację pracy systemu ochrony zdrowia.

Jak podkreśla, w nowym modelu do troski o zdrowie obywateli powinny być zaangażowanie nie tylko zasoby sektora ochrony zdrowia, ale również wielu innych dziedzin, m.in. edukacji, sportu, kultury, infrastruktury czy mediów, które będą promować profilaktykę w społeczeństwie.

Prawie dziewięciu na 10 Polaków dba o swoje zdrowie, jednak co trzeci robi to poza gabinetem lekarskim. Działania prozdrowotne bez profilaktyki medycznej podejmuje 39 proc. mężczyzn i 25 proc. kobiet. Najczęstszym powodem niewykonywania badań są dobre samopoczucie i brak potrzeby. To wnioski z raportu „Wellbeing po polsku – jak naprawdę dbamy o siebie? Profilaktyka w liczbach 2026” PMR Market Experts by Hume’s Institute.

– W profilaktyce musi się zmienić bardzo wiele, przede wszystkim podejście Polaków. Dzisiaj system ubezpieczenia zdrowotnego oferuje powszechny dostęp do badań profilaktycznych finansowanych ze środków publicznych bez żadnych ograniczeń. Mimo że często mówimy o kryzysie i reglamentowaniu dostępu do wielu świadczeń medycyny naprawczej, to w odniesieniu do profilaktyki tego limitowania nie ma. Borykamy się z postawą samego Polaka i samej Polki, którzy bardzo często przez nieuwagę, brak wiedzy czy zabieganie rezygnują z tego, co jest fundamentem zachowania dobrej kondycji zdrowotnej – podkreśla rektor Uczelni Łazarskiego.

Narodowy Fundusz Zdrowia prowadzi m.in. profilaktykę raka piersi i szyjki macicy, badania przesiewowe raka jelita grubego, profilaktykę chorób odtytoniowych i gruźlicy. Od 5 maja 2025 roku działa również program Moje Zdrowie, czyli bezpłatny bilans zdrowia dostępny dla ubezpieczonych osób od 20. roku życia, bez górnej granicy wieku. 14 września br. Kancelaria Premiera za pośrednictwem mediów społecznościowych poinformowała, że z programu do tej pory skorzystało 3,6 mln osób.

– Pozostaje pytanie, co zrobić, aby Polakom się chciało, aby byli świadomi tego, jaką inwestycją w przyszłość, bezpieczeństwo, również finansowe, jest ich decyzja o udziale w badaniach profilaktycznych – wskazuje dr hab. Małgorzata Gałązka-Sobotka. – Do skutecznej profilaktyki potrzeba przede wszystkim świadomego i zaangażowanego obywatela. Być może brakuje nam narzędzi albo one są jeszcze niewystarczające, ponieważ dopiero teraz uruchamiamy chociażby lekcje o zdrowiu w edukacji powszechnej.

Zdaniem ekspertki duża jest tu rola personelu medycznego, ale i w tym zakresie potrzebne są zmiany, np. w modelu kształcenia.

– Przywykliśmy do koncentrowania się lekarza na diagnozie i leczeniu. Tymczasem każdy profesjonalista medyczny powinien być osobą, która w pierwszej kolejności promuje zdrowy styl życia i aktywność profilaktyczną – wyjaśnia rektor Uczelni Łazarskiego. – Aby rola lekarzy mogła w tym systemie zostać wykorzystana w pełni, muszą oni mieć dodatkowe narzędzia, które pozwalają im zareagować na tlący się problem dużo szybciej niż dotychczas oraz zaopiekować się na przykład pacjentem z nadwagą wchodzącą w stan otyłości nie wtedy, kiedy będzie miał on już powikłania cukrzycy czy chorób układu krążenia, tylko wtedy, kiedy choroba daje swoje pierwsze symptomy albo nawet jeszcze działa w ukryciu.

Źrodło: Newseria

Udział kobiet w badaniach klinicznych, w tym ciężarnych i karmiących piersią, gromadzenie danych medycznych z podziałem na płeć, lepszy dostęp do diagnostyki czy też opieki zdrowotnej – to niektóre z postulatów europosłów w przyjętym przez nich sprawozdaniu Komisji Praw Kobiet i Równouprawnienia (FEMM) na temat nierówności w opiece zdrowotnej. Domagają się bardziej zdecydowanych działań na rzecz zniwelowania różnic w stanie zdrowia kobiet i mężczyzn.

– Bardzo się cieszę, że światło dzienne ujrzał raport dotyczący różnic w podejściu zdrowotnym pomiędzy kobietami i mężczyznami. Na ten temat wielu zamyka oczy, ale faktem jest, że przez dziesięciolecia wszystkie badania, analizy, testowanie brały pod uwagę płeć męską, a nie żeńską. A okazuje się, że symptomy różnych chorób różnią się u kobiet i mężczyzn, w tym m.in. zawału serca. To wymaga też innego podejścia, innego dawkowania leków, a przede wszystkim badań – mówi w rozmowie z agencją Newseria Elżbieta Łukacijewska, posłanka do Parlamentu Europejskiego z Koalicji Obywatelskiej i EPL.

W czerwcu br. Komisja Praw Kobiet i Równouprawnienia przyjęła projekt sprawozdania na temat nierówności płci w opiece zdrowotnej. Wezwała tym samym Unię Europejską do podjęcia bardziej zdecydowanych działań w celu zwalczania systemowych uprzedzeń w badaniach medycznych, diagnostyce i leczeniu.

– Strategia na rzecz równości płci kobiet i mężczyzn w Unii Europejskiej jest ważnym dokumentem. To są wytyczne, które poszczególne państwa europejskie powinny wdrożyć u siebie. Jest to kluczowe, ponieważ kobieta i mężczyzna różnią się między sobą, więc ważne jest to, aby spojrzeć na te płcie jednak trochę inaczej, chociażby pod względem zdrowia. Wyciągać wtedy wnioski i dla kobiet, i dla mężczyzn – uważa Joanna Scheuring-Wielgus, posłanka do Parlamentu Europejskiego z Nowej Lewicy i S&D.

W raporcie podkreślono, że choroby układu krążenia są główną przyczyną zgonów w Unii Europejskiej, a wskaźnik umieralności kobiet jest wyższy niż mężczyzn, pomimo powszechnych w społeczeństwie błędnych przekonań. Europosłowie zaznaczyli, że takie postrzeganie przyczynia się do niższego poziomu świadomości ryzyka wśród kobiet i pracowników służby zdrowia, a także niższego wskaźnika uczestnictwa w badaniach przesiewowych w kierunku chorób układu krążenia.

Do tego dochodzą modele ryzyka chorób układu krążenia, które często nie uwzględniają większości czynników biologicznych, społecznych i psychospołecznych specyficznych dla płci, takich jak np. nadciśnienie tętnicze, cukrzyca, historia ginekologiczna, wczesna menopauza, przemoc ze strony partnera, status społeczno-ekonomiczny czy też przewlekły stres.

– Pamiętam, gdy organizowałam konferencję dotyczącą chorób układu krążenia. Lekarze i  profesorowie, zarówno z Polski, jak i z innych krajów podkreślali to, jak ważna jest świadomość, że kobiety przechodzą inaczej zawał serca, są inne symptomy. My często nawet nie mamy świadomości, że coś niedobrego za chwilę się z nami stanie, więc edukacja, dane i badania są absolutnie niezbędne – podkreśla europosłanka KO.

Choroby metaboliczne, takie jak cukrzyca, są diagnozowane u kobiet ok. 4,5 roku później niż u mężczyzn. Panie doświadczają również znacznie gorszych długoterminowych wyników zdrowotnych niż mężczyźni, w tym o 30 proc. wyższego ryzyka zgonu z powodu chorób układu krążenia, co pokazują dane z raportu Komisji FEMM.

– Te przepisy też pokazują, że przez lata byliśmy ślepi i głusi na endometriozę. To temat bardzo istotny i dotyka wielu kobiet. Było wręcz takie myślenie, że kobieta niestety musi cierpieć. Menopauza, endometrioza, choroby układu krążenia, cukrzyca, choroby psychiczne, to wszystko wymaga innego podejścia do leczenia kobiet, a innego do mężczyzn. Unia i Komisja FEMM, której jestem członkiem, bardzo mocno podkreślają, że muszą być odrębne badania, analizy i testy w przypadku kobiet i mężczyzn, a nie to, co się przetestuje na mężczyznach, automatycznie stosowane jest na kobietach, chociaż nie daje takich pozytywnych efektów – wyjaśnia Elżbieta Łukacijewska.

Endometrioza jest chorobą przewlekłą, która dotyka od 10 do 15 proc. kobiet w wieku rozrodczym. Może powodować takie objawy jak m.in. silny ból, zmęczenie i obfite krwawienie. Mimo jej powszechności diagnoza zajmuje przeciętnie 6–10 lat. Zdaniem autorów raportu opóźnienie w ustaleniu przyczyny problemu ma charakter strukturalny i odzwierciedla nierówności płci oraz uprzedzenia w opiece zdrowotnej.

– Gdy patrzymy na wyniki badań i próbujemy je przeanalizować, to musimy wiedzieć, że były one przeprowadzane na populacji męskiej. Kobiety nigdy nie były brane pod uwagę, jeżeli chodzi o wyniki badań, niezależnie od tego, czy mówimy o raku, pracy, o czymkolwiek. Kluczowe jest to, żeby w końcu, gdy coś badamy i chcemy wyciągać z tego wnioski, to żeby to rozdzielić. Mężczyźni i kobiety inaczej się rozwijają, wpływają na nich inne czynniki. Istotne jest, że powstał ten raport, który przegłosowaliśmy w Parlamencie Europejskim. Cieszę się, ponieważ to jest pierwszy krok do tego, żeby spojrzeć na te wyniki badań jednak pod względem płciowym – zaznacza europosłanka z Nowej Lewicy.

Europosłowie przyjęli sprawozdanie na temat nierówności płci w opiece zdrowotnej 16 września br. Ich zdaniem konieczne jest projektowanie badań uwzględniających płeć w całym cyklu badawczym, w tym zwiększenie wysiłków na rzecz włączenia kobiet w ciąży i karmiących piersią do badań klinicznych, a także gromadzenia danych z podziałem na płeć w projektach finansowanych ze środków unijnych.

– Choroby, których my jako kobiety doświadczamy przez całe życie, też powinny być w centrum uwagi. One mają wpływ na zdrowie psychiczne i fizyczne kobiet, potem na koszty leczenia. Przy okazji tego raportu dotykamy też kwestii niewygodnych dla wielu i które nie są kompetencją Unii Europejskiej, ale one zawsze będą, ponieważ to jest sygnał, że myślimy o kobietach. Czyli zdrowie seksualne, edukacja seksualna, bezpieczna aborcja. To są tematy, które wzbudzają dużo kontrowersji pomiędzy grupami politycznymi, ale zawsze będą w tego typu raportach. Zwłaszcza tych, które wychodzą z Komisji Praw Kobiet i Równouprawnienia – podkreśla Elżbieta Łukacijewska.

Posłowie do Parlamentu Europejskiego domagają się również, aby Komisja i państwa członkowskie zajęły się szkodliwymi praktykami, takimi jak przymusowa aborcja i sterylizacja, odmowa dostępu do opieki aborcyjnej, okaleczanie narządów płciowych osób interpłciowych czy też przemoc położniczo-ginekologiczna.

W raporcie podkreślono, że ponad 20 mln kobiet w Unii Europejskiej wciąż nie ma dostępu do bezpiecznych i legalnych usług aborcyjnych z powodu utrzymujących się w wielu państwach członkowskich szkodliwych i dyskryminujących barier regulacyjnych i proceduralnych.

– Jest też kwestia gender i tego, jak podchodzić do tych określeń oraz osób, które zmieniają płeć. A tych przypadków jest coraz więcej. Prawa strona chciałaby, żeby w ogóle nie dotykać tych tematów, ale sednem tego raportu było inne podejście w leczeniu kobiet i mężczyzn. Spojrzenie na te wszystkie dolegliwości, które mamy jako kobiety, ale także na kobiety w ciąży, matki karmiące. Bardzo się cieszę, że ten raport został przegłosowany większością głosów, ponieważ jest oczekiwany i potrzebny. Myślę, że da też do myślenia zarówno firmom farmaceutycznym, jak i całemu środowisku lekarskiemu – zaznacza europosłanka KO.

Źródło: Newseria

Pacjenci z wieloma chorobami przewlekłymi są bardziej narażeni na zakażenia i ich ciężki przebieg. Infekcja może zaburzyć kontrolę cukrzycy, zaostrzyć astmę lub POChP, a niekiedy doprowadzić do hospitalizacji. Wbrew częstym obawom wielochorobowość nie jest argumentem przeciw szczepieniom. Zdaniem ekspertów to właśnie tacy pacjenci szczególnie potrzebują ochrony przed infekcjami.

– Im więcej pacjent ma chorób przewlekłych i im gorszy jest jego ogólny stan zdrowia, tym większa jest jego podatność na infekcje. Wiele osób myśli jednak, że skoro ma tak dużo chorób i przyjmuje kilkanaście leków, to jest zbyt chory, żeby się zaszczepić. Jest dokładnie odwrotnie. Im więcej chorób współistniejących, tym większa potrzeba szczepień, ponieważ odporność takiego pacjenta jest słabsza – mówi agencji Newseria prof. dr hab. n. med. Leszek Czupryniak, diabetolog i internista, kierownik Kliniki Diabetologii i Chorób Wewnętrznych na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym.

Wielochorobowość, czyli współwystępowanie u jednej osoby co najmniej dwóch chorób przewlekłych, jest wyzwaniem zarówno dla pacjentów, jak i systemu opieki zdrowotnej. Wymaga ciągłej i skoordynowanej opieki, najczęściej prowadzonej przez lekarza POZ. Z międzynarodowego badania PaRIS, przeprowadzonego przez OECD, wynika, że 82 proc. osób w wieku co najmniej 45 lat korzystających z podstawowej opieki zdrowotnej ma przynajmniej jedną chorobę przewlekłą, a 54 proc. – co najmniej dwie. Pacjenci z wielochorobowością gorzej oceniają jakość swojego życia i przyjmują wiele leków, co utrudnia im codzienne stosowanie się do zaleceń terapeutycznych.

W Polsce skala problemu wyraźnie rośnie wraz z wiekiem. Według badania PolSenior2 wielochorobowość dotyczy ok. 70 proc. osób w wieku 60–64 lat i 90 proc. osób 90-letnich. Mediana liczby chorób przewlekłych wynosiła trzy. Ponad połowa osób po 60. roku życia przyjmowała co najmniej pięć leków dziennie, a 12 proc. – co najmniej 10.

– U pacjentów z chorobami przewlekłymi, w tym z cukrzycą, infekcje mogą mieć cięższy przebieg. Szczepienia nie zawsze całkowicie zapobiegają zakażeniu, ale jeśli do niego dojdzie, mogą złagodzić przebieg choroby – dodaje Monika Kaczmarek, prezes Zarządu Głównego Polskiego Stowarzyszenia Diabetyków.

– Każda infekcja może zaburzyć stan równowagi, który udało się osiągnąć u pacjenta z chorobą przewlekłą. Dobrze widać to w przypadku cukrzycy. Gorączka, ból i stres związane z zakażeniem powodują wzrost poziomu glukozy i utrudniają kontrolę choroby. W ostrym okresie choroby część pacjentów z cukrzycą wymaga hospitalizacji. Bardzo dotkliwy może być półpasiec, ponieważ towarzyszący mu ból nerwowy niekiedy utrzymuje się przez kilka miesięcy. Jedyną skuteczną profilaktyką są szczepienia. W przypadku półpaśca mamy obserwacje 11-letnie. Wynika z nich, że 90 proc. pacjentów zaszczepionych na półpaśca nie rozwija choroby przez 11 lat, więc jest to bardzo duża skuteczność – wyjaśnia prof. Leszek Czupryniak.

Ryzyko związane z infekcją zależy nie tylko od liczby chorób przewlekłych, lecz także od tego, jakie schorzenia występują jednocześnie. Z badania opublikowanego w 2026 roku w czasopiśmie „Age and Ageing” wynika, że wśród osób starszych wielochorobowość zwiększa ryzyko hospitalizacji z powodu zakażeń dolnych dróg oddechowych oraz ponownego przyjęcia do szpitala z dowolnej przyczyny w ciągu 30 dni. Z hospitalizacjami z powodu takich infekcji szczególnie wiązało się współwystępowanie chorób kardiometabolicznych, m.in. niewydolności serca i cukrzycy.

– Chorzy na przewlekłe choroby układu oddechowego są zdecydowanie bardziej narażeni na cięższy przebieg infekcji, które u osób zdrowych mogą mieć łagodny charakter. U pacjentów, u których stan zapalny obejmuje już górne lub dolne drogi oddechowe, odporność miejscowa jest osłabiona. Z tego powodu infekcje przebiegają ciężej i częściej prowadzą do niekorzystnych konsekwencji – podkreśla dr hab. n. med. Aleksandra Kucharczyk z Kliniki Chorób Wewnętrznych, Pneumonologii, Alergologii, Immunologii Klinicznej i Chorób Rzadkich Wojskowego Instytutu Medycznego.

Infekcje dróg oddechowych należą do najczęstszych przyczyn zaostrzeń astmy i POChP. Mogą nasilać duszność, kaszel i ograniczenie przepływu powietrza, a w cięższych przypadkach prowadzić do hospitalizacji. Opublikowany w 2026 roku przegląd badań ECDC wskazuje na związek między przewlekłymi chorobami płuc, zwłaszcza POChP, a ryzykiem ciężkiego przebiegu zakażenia RSV u dorosłych.

– Szczepienia są ważnym elementem prawidłowego postępowania u pacjentów z przewlekłymi chorobami układu oddechowego, przede wszystkim z astmą i POChP. Uwzględniają je zarówno wytyczne GINA dotyczące leczenia astmy, jak i zalecenia GOLD odnoszące się do POChP. Lekarze powinni o nich pamiętać i zalecać je pacjentom – podkreśla dr hab. Aleksandra Kucharczyk.

Zakres zalecanej profilaktyki zależy nie tylko od wieku pacjenta, lecz także od jego chorób, przyjmowanych leków i dotychczas wykonanych szczepień. Kalendarz szczepień dorosłych opracowany przez ekspertów uwzględnia zalecenia dostosowane m.in. do potrzeb osób z cukrzycą, przewlekłymi chorobami serca, płuc, nerek i wątroby oraz zaburzeniami odporności. Dlatego też decyzja o szczepieniach powinna być poprzedzona oceną całego stanu zdrowia pacjenta, a nie każdej choroby oddzielnie.

– Pacjenci obciążeni chorobami przewlekłymi to grupa, którą w szczególny sposób obejmujemy opieką. Częściej trafiają do szpitala i zgłaszają się do lekarza z powodu zaostrzenia choroby. Dlatego tak ważne jest sprawdzanie ich statusu szczepień, choć podczas wizyty nie zawsze wystarcza na to czasu. Pomocne byłyby automatyczne przypomnienia, dzisiaj sztuczna inteligencja może podpowiadać lekarzowi, którego pacjenta należy zakwalifikować do szczepienia. Każda wizyta, również rutynowa, może być jednak dobrą okazją, żeby poruszyć temat profilaktyki, w tym szczepień – mówi dr n. med. Justyna Tymińska z Wydziału Medycznego Uczelni Łazarskiego, członkini zarządu Oddziału Mazowieckiego Polskiego Towarzystwa Medycyny Rodzinnej.

Źródło: Newseria

Długość życia w USA od dziesięcioleci coraz bardziej odstaje od innych państw o wysokich dochodach. Przyczyniają się do tego zgony z powodu przedawkowania narkotyków, samobójstw i zabójstw, ale w ostatnich latach także nadciśnienia, chorób wątroby, zaburzeń metabolicznych i chorób neurologicznych – informuje „The Milbank Quarterly”.

Długość życia w USA od dziesięcioleci coraz bardziej odstaje od innych państw o wysokich dochodach. Przyczyniają się do tego zgony z powodu przedawkowania narkotyków, samobójstw i zabójstw, ale w ostatnich latach także nadciśnienia, chorób wątroby, zaburzeń metabolicznych i chorób neurologicznych – informuje „The Milbank Quarterly”.

U ich podstaw mogą stać: epidemia opioidowa, łatwy dostęp do broni palnej oraz problemy amerykańskiego systemu ochrony zdrowia, w tym brak powszechnego ubezpieczenia zdrowotnego i wysokie koszty leczenia.

Naukowiec z Virginia Commonwealth University (USA) przeanalizował dane dotyczące długości życia i umieralności pochodzące z ONZ, amerykańskich Centers for Disease Control and Prevention (CDC) oraz Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD). Obejmowały one całe populacje wielu krajów i zakres od lat 40. XX wieku do 2023 r.

Okazało się, że różnica między USA a innymi państwami wysokorozwiniętymi nie pojawiła się nagle. Zaczęła zauważalnie rosnąć już w latach 90. ubiegłego wieku, a najbardziej przyspieszyła w dekadzie 2010-2019. W 1980 r. tylko 13 krajów liczących ponad milion mieszkańców miało wyższą oczekiwaną długość życia niż USA. W 2000 r. było ich już 26, w 2010 r. – 32, a w 2023 r. Stany Zjednoczone zajmowały dopiero 38. miejsce.

W ostatnich latach USA zostały pod tym względem wyprzedzone nie tylko przez kraje Europy Zachodniej, Kanadę, Japonię czy Australię, ale również m.in. Czechy, Słowenię, Chile, Kostarykę, Panamę, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Koreę Południową i Tajwan.

Szczególnie niepokojąca jest wysoka umieralność ludzi młodych. W 2023 r. w 60 krajach ryzyko zgonu przed ukończeniem 40. roku życia było niższe niż w Stanach Zjednoczonych, a w 65 państwach 15-latek miał większą szansę dożyć 50 lat niż jego rówieśnik z USA.

Autor, dr. Steven Woolf, sprawdził również, jakie są najważniejsze przyczyny tego trendu. Porównał powody zgonów w USA i 16 innych krajach o wysokich dochodach.

Ustalił, że od 2010 r. za największą różnicę w ogólnej umieralności odpowiadały choroby układu krążenia, przyczyny zewnętrzne, w tym przedawkowania narkotyków, samobójstwa i zabójstwa, a także choroby neurologiczne, choroby układu oddechowego oraz zaburzenia endokrynologiczne i metaboliczne, m.in. cukrzyca. Wśród kolejnych przyczyn znalazły się choroby zakaźne, zaburzenia psychiczne i zaburzenia zachowania, niewydolność nerek oraz alkoholowa choroba wątroby.

Zdaniem naukowca nie da się tego zjawiska wyjaśnić jednym czynnikiem. W przypadku przedawkowań ważną rolę odgrywa epidemia opioidowa, a w przypadku zabójstw i części samobójstw – łatwy dostęp do broni palnej. Rosnący problem otyłości oraz środowisko sprzyjające spożywaniu nadmiaru kalorii mogą natomiast przyczyniać się do większej liczby zgonów związanych m.in. z cukrzycą, nadciśnieniem i chorobami nerek.

Woolf podkreślił, że skupienie się wyłącznie na konkretnych chorobach nie wystarcza. Jego zdaniem przyczyn należy szukać także w szerszych warunkach życia. Ważnym czynnikiem pogarszającej się sytuacji jest amerykański system ochrony zdrowia, w którym – w przeciwieństwie do wielu innych bogatych państw – nie ma powszechnego dostępu do opieki medycznej. Znaczenie mogą mieć również duże nierówności w dochodach, ubóstwo, trudności z dostępem do mieszkania i żywności, sposób projektowania miast, izolacja społeczna oraz polityka społeczna.

Badanie pokazało także, że duże różnice występują w obrębie samych Stanów Zjednoczonych. Najwyższą umieralność i najkrótsze życie odnotowuje się w części stanów południowych, Appalachach i na obszarach wiejskich.

W opinii Woolfa sytuację da się jednak naprawić. – Wiemy, jak rozwiązać ten problem. Inne kraje, które od dziesięcioleci wypadają lepiej niż Stany Zjednoczone, pokazały, że lepsze wyniki zdrowotne są możliwe – powiedział.

Jego zdaniem problemem nie jest brak rozwiązań, ale niewystarczające poparcie polityczne dla ich wprowadzania.

Źródło: Nauka w Polsce

Pacjenci zyskali nowe źródło wiedzy o profilaktyce, czynnikach ryzyka i chorobach układu krążenia. Portal kardiologia.gov.pl ma gromadzić treści przygotowywane i weryfikowane przez ekspertów, a także pomagać w orientacji w systemie opieki kardiologicznej. Serwis uruchomiono w ramach Narodowego Programu Chorób Układu Krążenia i ma być sukcesywnie rozbudowywany.

Narodowy Program Chorób Układu Krążenia na lata 2022–2032 obejmuje m.in. inwestycje w edukację, profilaktykę i styl życia. Uruchomienie portalu kardiologia.gov.pl wpisuje się w ten kierunek, Centrum Projektów Strategicznych NIKard wraz z ekspertami tworzy publiczne miejsce, w którym odbiorcy będą mogli szukać uporządkowanych i sprawdzonych informacji dotyczących zdrowia sercowo-naczyniowego oraz organizacji opieki kardiologicznej w Polsce.

W przestrzeni, w której pacjenci codziennie spotykają się z ogromną liczbą informacji o zdrowiu, szczególnego znaczenia nabiera możliwość dotarcia do treści przygotowanych i weryfikowanych w oparciu o wiedzę ekspercką. Portal ma wspierać świadome dbanie o zdrowie i ułatwiać orientację w najważniejszych zagadnieniach kardiologicznych.

– Rzetelna wiedza jest dziś podstawą działań edukacyjnych i informacyjnych w ochronie zdrowia. Jest szczególnie istotna w czasach tak szerokiej dezinformacji z jaką mamy do czynienia na co dzień w sektorze. Uruchamiając portal kardiologia.gov.pl, udostępniamy pacjentom jedno miejsce z pełną informacją o chorobach sercowo – naczyniowych. Zwracamy także uwagę na istotne treści profilaktyczne. Czasami jedna decyzja o badaniach może uratować zdrowie – mówi wiceminister zdrowia Katarzyna Kęcka.

Portal, który będzie się rozwijał i dostarczał tylko wiarygodnych informacji

kardiologia.gov.pl startuje w Światowym Dniu Serca, ale jego uruchomienie jest początkiem dalszego rozwoju. Serwis będzie sukcesywnie uzupełniany o nowe treści i materiały odpowiadające na prawdziwe potrzeby odbiorców. Celem jest stworzenie trwałego, wiarygodnego punktu odniesienia dla osób szukających informacji o profilaktyce i zdrowiu sercowo-naczyniowym, niezależnie od wieku.

– Portal ma pomagać przekładać wiedzę na codzienne decyzje dotyczące zdrowia. Będziemy go rozwijać w taki sposób, aby odpowiadał na realne potrzeby osób szukających wiarygodnych informacji o profilaktyce i chorobach układu krążenia – podkreśla prof. Piotr Dobrowolski, pełnomocnik Ministra Zdrowia ds. Narodowego Programu Chorób Układu Krążenia.

Profilaktyka z perspektywy lekarza

Podczas konferencji eksperci NIKard przedstawili również argumenty, dlaczego profilaktyka pozostaje ważna z perspektywy praktyki klinicznej. Dr hab. n.med. Maciej Dąbrowski, zastępca dyrektora ds. klinicznych Narodowego Instytutu Kardiologii, odniósł się m.in. do tego, co pacjent może zrobić zanim konieczne stanie się leczenie interwencyjne, jakie sygnały i czynniki ryzyka warto znać oraz dlaczego dostęp do rzetelnych informacji może wspierać wcześniejszą reakcję.

 – Najczęściej trafiają do nas pacjenci z zawałem serca i zwężeniem lub niedrożnością tętnicy wieńcowej, którzy wymagają pilnego leczenia interwencyjnego. Wielu z tych sytuacji można jednak uniknąć dzięki regularnym badaniom, kontroli ciśnienia, cholesterolu LDL i cukru oraz codziennej aktywności fizycznej i zdrowej diecie. Kluczowe są świadomość i wiedza pacjentów. Kto zna swoje wyniki i czynniki ryzyka, szybciej reaguje i konsekwentnie się leczy. Profilaktyka i terapia to wspólna praca pacjenta i lekarza, w której skuteczność leczenia zależy od obu stron – tłumaczy dr hab. n. med. Maciej Dąbrowski, zastępca dyrektora ds. klinicznych Narodowego Instytutu Kardiologii.

Światowy Dzień Serca także dla pacjentów NIKard

Wspólne działania Ministerstwa Zdrowia i Narodowego Instytutu Kardiologii nie ograniczają się jedynie do organizacji konferencji prasowej. 29 września zaplanowano szereg aktywności edukacyjnych i profilaktycznych dla pacjentów Instytutu i ich rodzin, w tym możliwość pomiaru ciśnienia tętniczego oraz prezentację materiałów m.in. „10 dla Zdrowia”. Wszystkie aktywności łączy wspólny przekaz: profilaktyka zaczyna się od wiedzy i działania, a Krążenie ma znaczenie.

Portal kardiologia.gov.pl realizowany jest w ramach Narodowego Programu Chorób Układu Krążenia na lata 2022-2023.

Źródło: MZ

Leki stosowane w leczeniu otyłości i cukrzycy zaczynają wpływać na rynek daleko poza gabinetami lekarskimi i aptekami. Osoby przyjmujące preparaty z grupy GLP-1 jedzą mniej, częściej wybierają mniejsze porcje i zwracają większą uwagę na zawartość białka. Dla branży spożywczej to sygnał, że wraz ze spadkiem apetytu milionów konsumentów może zmienić się również model biznesowy oparty przez lata na coraz większych porcjach, przekąskach i dodatkowych produktach. Do nowej rzeczywistości dostosowuje się nawet McDonald’s.

Jeszcze kilka lat temu dyskusja o semaglutydzie czy tirzepatydzie była przede wszystkim dyskusją medyczną. Dziś GLP-1 stają się również zjawiskiem ekonomicznym. W Stanach Zjednoczonych około 10 proc. dorosłych przyjmuje obecnie leki z tej grupy – wynika z danych przytoczonych przez McDonald’s podczas Investor Day we wrześniu 2026 roku. Firma uważnie obserwuje, co ta grupa klientów robi po wejściu do restauracji.

– 84 proc. gospodarstw domowych, w których są użytkownicy GLP-1, odwiedza McDonald’s. To szansa – mówiła inwestorom Skye Anderson, prezes McDonald’s USA.

Fast food w epoce mniejszego apetytu

Według Anderson osoby stosujące leki na otyłość i cukrzycę sięgają w McDonald’s m.in. po Chicken McNuggets, Filet-O-Fish czy Happy Meals. Firma dostrzega jednak zainteresowanie jedzeniem, które zapewnia sytość bez konieczności spożywania dużej porcji. Dlatego rozważa rozwinięcie oferty bardziej skoncentrowanej na białku, m.in. o sałatkowe miski z kurczakiem, grillowanego kurczaka czy jajka.

Nie chodzi wyłącznie o chwilową modę. GLP-1 zmieniają fizjologię apetytu, a wraz z nią zachowania konsumentów. Leki z tej grupy zwiększają uczucie sytości i ograniczają spożycie energii. W przypadku części pacjentów oznacza to, że dotychczasowa restauracyjna logika „więcej za niewiele więcej” zaczyna tracić atrakcyjność.

Badania Circana pokazują, że użytkownicy GLP-1 nie tyle całkowicie rezygnują z restauracji, ile zmieniają sposób zamawiania. Wybierają więcej dań głównych, a mniej dodatków, przekąsek i pieczywa. Z kolei według National Restaurant Association częstymi zmianami są mniejsze porcje, wybór produktów bogatszych w białko oraz większa ilość warzyw.

Mniej chipsów, słodyczy i fast foodów

Skalę zmiany dobrze pokazują dane dotyczące zakupów spożywczych. Badacze z Cornell University połączyli informacje o stosowaniu GLP-1 z rzeczywistymi transakcjami gospodarstw domowych. Wyniki opublikowano w „Journal of Marketing Research”.

W ciągu sześciu miesięcy od rozpoczęcia terapii gospodarstwa domowe ograniczały wydatki na żywność w sklepach średnio o 5,3 proc. W gospodarstwach o wyższych dochodach spadek przekraczał 8 proc. O około 8 proc. zmniejszały się również wydatki w restauracjach szybkiej obsługi, w tym fast foodach i kawiarniach.

Największe spadki dotyczyły kalorycznej, wysoko przetworzonej żywności. Wydatki na słone przekąski zmniejszały się o około 10 proc., a wyraźne spadki obserwowano również w przypadku słodyczy, wypieków i ciastek. Nieliczne kategorie notowały wzrosty należały do nich m.in. jogurty, świeże owoce i batony odżywcze.

Nowsze badania konsumenckie PwC pokazują podobny kierunek. W 2026 roku już 21 proc. badanych amerykańskich gospodarstw domowych deklarowało obecność aktualnego użytkownika GLP-1. Wydatki na zakupy spożywcze były w tej grupie niższe, a konsumenci przesuwali je m.in. z przekąsek, słodzonych napojów i alkoholu w stronę świeżych produktów, białka i suplementów.

Białko staje się nowym polem walki o klienta

Dlaczego McDonald’s mówi akurat o białku?

Pacjent stosujący GLP-1 może spożywać znacznie mniej jedzenia, dlatego znaczenie ma nie tylko liczba kalorii, ale również jakość tego, co znajduje się w mniejszej porcji. Podczas redukcji masy ciała tracona jest bowiem nie tylko tkanka tłuszczowa, ale również część beztłuszczowej masy ciała. Zbyt mała podaż białka przy silnie ograniczonym apetycie może dodatkowo utrudniać zachowanie masy mięśniowej.

Wspólne stanowisko American College of Lifestyle Medicine, American Society for Nutrition, Obesity Medicine Association i The Obesity Society wskazuje więc na konieczność zwracania uwagi na odpowiednią podaż białka. Eksperci zaznaczają jednocześnie, że samo zwiększenie ilości białka nie wystarcza do ochrony mięśni – istotny jest także trening oporowy. Preferowane źródła to m.in. ryby, jaja, nabiał, rośliny strączkowe czy chudy drób.

To ważne zastrzeżenie w kontekście nowej marketingowej mody. Napis „high protein” nie sprawia automatycznie, że produkt staje się optymalnym wyborem dla osoby leczonej z powodu otyłości.

Big Food już znalazł nowego klienta

McDonald’s nie jest pierwszą firmą, która zauważyła zmianę. Nestlé już w 2024 roku wprowadziło w USA markę Vital Pursuit stworzoną z myślą m.in. o osobach stosujących leki GLP-1. Mrożone dania mają mniejsze, dopasowane do apetytu porcje, zwiększoną zawartość białka, błonnika i wybranych składników odżywczych.

W 2026 roku koncern nadal rozwija produkty adresowane do tej grupy konsumentów. Inni producenci również próbują zagospodarować nową kategorię – pojawiają się produkty oznaczane jako „GLP-1 friendly”, mniejsze porcje oraz żywność eksponująca zawartość białka i błonnika.

Badania ekonomiczne sugerują, że nie jest to wyłącznie marketingowa intuicja. Analiza opublikowana w 2026 roku w „Food Policy” wskazuje, że stosowanie GLP-1 może zwiększać gotowość konsumentów do płacenia za część produktów białkowych.

Rynek dostał więc dość czytelny sygnał: jeśli klient zjada mniej, trzeba sprawić, aby właśnie tę mniejszą porcję kupił od konkretnej marki.

Czy „GLP-1 friendly” znaczy zdrowe?

Dostosowanie wielkości porcji czy zwiększenie zawartości białka może odpowiadać realnym potrzebom osób, których apetyt podczas leczenia znacząco się zmniejszył. Nie oznacza to jednak, że każdy produkt reklamowany w kontekście GLP-1 jest automatycznie zdrowy.

W USA określenie „GLP-1 friendly” nie stanowi regulowanej przez FDA kategorii żywności. Eksperci zwracają uwagę, że konsument powinien patrzeć na cały skład i wartość odżywczą produktu, a nie wyłącznie na hasło marketingowe czy zawartość białka. Część żywności kierowanej do tej grupy nadal może zawierać dużo sodu, tłuszczu czy kalorii.

Także zalecenia dla pacjentów nie sprowadzają się do „jedz więcej białka”. Obejmują odpowiednią jakość diety, warzywa i owoce, błonnik, nawodnienie oraz dostosowanie posiłków do tolerancji leczenia. Przy nudnościach zaleca się m.in. unikanie bardzo tłustych i smażonych potraw.

Dlatego wysokobiałkowa kanapka czy porcja kurczaka w restauracji może być elementem diety, ale nie staje się przez samą zawartość białka produktem „leczniczym” ani koniecznym dodatkiem do farmakoterapii.

Ozempic zmienia więcej niż obwód pasa

Przez dziesięciolecia duża część rynku spożywczego rozwijała się w kierunku zwiększania konsumpcji: większych opakowań, większych porcji, zestawów, przekąsek i dodatkowych produktów kupowanych między posiłkami. GLP-1 uderzają dokładnie w mechanizm, na którym ten model korzystał czyli apetyt.

PwC wylicza, że po 6–8 miesiącach stosowania GLP-1 wydatki gospodarstw domowych w restauracjach szybkiej obsługi spadają o 8,7 proc. Jednocześnie 35 proc. użytkowników oczekuje od restauracji mniejszych porcji za proporcjonalnie niższą cenę.

Dlatego 84 proc. gospodarstw domowych z użytkownikami GLP-1 odwiedzających McDonald’s jest dla firmy ważną informacją. Klienci nie zniknęli. Zmieniło się natomiast pytanie, jak sprzedać im posiłek, kiedy chcą zjeść mniej.

Odpowiedzią branży stają się białko, błonnik, mniejsze porcje i większa koncentracja składników odżywczych. To, co zaczęło się jako rewolucja w farmakologicznym leczeniu otyłości i cukrzycy, coraz wyraźniej staje się więc także rewolucją konsumencką.

I być może jednym z najbardziej wymownych dowodów jej skali jest to, że do ery GLP-1 swoje menu zaczyna dostosowywać największa sieć fast foodów na świecie.

Nie rozpoznajemy i nie leczymy 95 proc. przypadków otyłości – alarmuje prezes Polskiego Towarzystwa Leczenia Otyłości prof. Mariusz Wyleżoł. Zaznacza, że taka sytuacja jest nie do pomyślenia w innych dziedzinach opieki medycznej, na przykład w onkologii.

Specjalista mówił o tym podczas XXV konferencji „Polka w Europie”, która odbyła się w Warszawie. Podkreślił, że nie dostrzegamy otyłości jako zagrażającej życiu choroby przewlekłej z tendencją do nawrotów. Nadal powszechne jest przekonanie, że otyłość jest skutkiem niewłaściwego stylu życia, co nie jest prawdą.

Tylko niewielka grupa pacjentów z chorobą otyłościową jest poddawana terapii o potwierdzonej badaniami skuteczności. Są to przede wszystkim nowej generacji leki oraz operacje bariatryczne. – Nie rozpoznajemy i nie leczymy 95 proc. przypadków otyłości – zaznacza prof. Mariusz Wyleżoł, kierownik Warszawskiego Centrum Kompleksowego Leczenia Otyłości i Chirurgii Bariatrycznej w Szpitalu Czerniakowskim w Warszawie.

Jego zdaniem taką sytuację, że u większości chorych nie są stosowane technologie ratujące życie, trudno sobie wyobrazić w jakiejkolwiek innej dziedzinie medycyny, na przykład w onkologii, w leczeniu raka piersi i raka płuca, czy w chorobie wieńcowej serca.

Zdaniem prezesa Polskiego Towarzystwa Leczenia Otyłości konieczna jest w naszym kraju zmiana filozofii pojmowania choroby otyłościowej, jak i jej leczenia. Pierwszym najważniejszym warunkiem jest jednak uznanie jej za chorobę przewlekłą, prowadzącą do licznych, zagrażających życiu powikłań. – Konieczne jest wcześniejsze jej rozpoznanie, zanim utrwalą się powikłania otyłości – zaznacza. – Dzięki temu szybciej można zmniejszyć obciążenie organizmu chorobą, zanim dojdzie do rozwoju cukrzycy, niewydolności wielonarządowej i utraty sprawności.

W niektórych krajach leki stosowane w leczeniu choroby otyłościowej zarejestrowano już do leczenia powikłań tej choroby, gdyż badania kliniczne wykazały, że korzystnie wpływają one na wiele schorzeń, takich cukrzyca, niewydolność serca, choroba stłuszczeniowa wątroby, choroby sercowo-naczyniowe, choroba zwyrodnieniowa stawów oraz przewlekła niewydolność nerek.

– Postęp w leczeniu choroby otyłościowej jest ogromny – przekonuje prof. Wyleżoł. – Wprowadzane są kolejne leki, które są przełomem we współczesnej medycynie i całkowicie ją zmieniają. Rozwijana jest też chirurgia bariatryczna, coraz mniej inwazyjna, powodująca mniej powikłań, a przy tym bardziej skuteczna. (PAP)

Źródło: Nauka w Polsce

Skutki zdrowotne zmian klimatycznych wykraczają daleko poza negatywny wpływ fal upałów na zdrowie – ocenił w rozmowie z PAP Główny Inspektor Sanitarny dr Paweł Grzesiowski, obecny na poniedziałkowej debacie klimatycznej w Sejmie.

Jak dodał specjalista, są to również: wzrost zagrożenia tropikalnymi chorobami zakaźnymi czy zakłócenia w funkcjonowaniu placówek medycznych w ekstremalnych warunkach pogodowych, wskazał specjalista.

– W kontekście zdrowia i bezpieczeństwa publicznego musimy rozpatrywać zmiany klimatyczne znacznie szerzej niż fale upałów. Póki co, fale upałów są krótkie w naszej szerokości geograficznej. Nawet gdy weźmiemy pod uwagę Europę Południową, to jest to kwestia paru tygodni w roku – powiedział PAP Główny Inspektor Sanitarny dr Paweł Grzesiowski, obecny na pierwszej Narodowej debacie o bezpieczeństwie klimatycznym Polek i Polaków.

Podkreślił, że ryzyko dla zdrowia ludzi stwarzają również ekstremalne opady deszczu, zmiany w środowisku i związane z nimi przesunięcia geograficznych zasięgów różnych gatunków zwierząt i roślin. Te zmiany oznaczają np., że zmienia się również ryzyko występowania potencjalnych chorób odzwierzęcych.

– Jeżeli do Polski docierają komary zdolne do przenoszenia wirusa Zachodniego Nilu, malarii, wirusa gorączki chikungunya czy dengi, to w przyszłości tego typu choroby zakaźne mogą stać się naszą codziennością, mimo że nie jesteśmy krajem tropikalnym – powiedział dr Grzesiowski. Dodał, że ocieplenie klimatu sprzyja też przenoszeniu całej gamy chorób odkleszczowych, nie tylko boreliozy czy kleszczowego zapalenia mózgu.

Specjalista podkreślił, że zmiany klimatu mogą także sprzyjać zaostrzeniu wielu niezakaźnych chorób przewlekłych. – Są to wszystkie choroby wieku podeszłego, w których nawodnienie organizmu ma kluczowe znaczenie, czyli cukrzyca, choroby nerek, układu krążenia – wymieniał dr Grzesiowski.

Wskazał, że związane z globalnym ociepleniem częstsze występowanie ekstremalnych zjawisk pogodowych stanowi ogromne obciążenie dla placówek ochrony zdrowia. – W czasie skrajnych warunków pogodowych rośnie zapotrzebowanie na energię elektryczną – na przykład latem uruchamiamy klimatyzację, która zużywa mnóstwo prądu. Jednocześnie, mamy większe zagrożenie blackoutem. Tego lata mieliśmy takie zdarzenia w Hiszpanii czy Portugalii, które dla placówek medycznych są bardzo groźne – wskazał specjalista.

W jego opinii, na to system ochrony zdrowia musi być odporny. – Banki krwi, przechowywanie szczepionek i niektórych leków, praca urządzeń medycznych – to wszystko zależy od dostaw prądu. Dlatego musimy mieć szpitale, magazyny, odporne na blackout związany ze zmianą klimatu – ocenił dr Grzesiowski.

Jak podsumował, konieczne jest przygotowanie całego systemu ochrony zdrowia do sprawnego radzenia sobie z jej zdrowotnymi skutkami.

W poniedziałek w sali Kolumnowej Sejmu odbyła się Narodowa debata o bezpieczeństwie klimatycznym Polek i Polaków. Została zorganizowana przez Komitet ds. Kryzysu Klimatycznego Polskiej Akademii Nauk we współpracy z Pracownią na rzecz Wszystkich Istot, Koalicją Klimatyczną oraz Państwową Radą Ochrony Przyrody. Patronat nad debatą objęli Marszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty oraz Prezes Polskiej Akademii Nauk prof. Marek Konarzewski. (PAP)

Źródło: Nauka w Polsce

AOTMiT w analizie z 2024 roku podał, że osoby po 65. roku życia stanowiły 90 proc. dorosłych hospitalizowanych z powodu RSV w Polsce.Z bezpłatnych szczepień przeciw RSV skorzystało dotychczas ok. 6,9 proc. osób 65+. Program działa od kwietnia 2025 roku, a planowane zmiany na liście bezpłatnych leków dla seniorów mogą objąć także to szczepienie. Eksperci przestrzegają, że u osób starszych RSV może prowadzić do hospitalizacji, zaostrzenia chorób przewlekłych i utraty wcześniejszej sprawności. Początek sezonu infekcyjnego to dobry moment na szczepienie, które można przyjąć razem ze szczepionką przeciw grypie. 

– Początek sezonu infekcyjnego, czyli wrzesień, październik, to moment, kiedy powinniśmy pomyśleć o szczepieniu na grypę, ale również można wtedy pacjenta zaszczepić na RSV. Liczba infekcji wzrasta, w związku z czym trzeba pacjenta zabezpieczyć, żeby w tym najgorszym okresie nie trafił na zakażenie, które może doprowadzić do zaostrzenia choroby kardiologicznej, takiej jak niewydolność serca czy choroba wieńcowa, albo zwiększyć liczbę napadów migotania przedsionków – mówi agencji Newseria prof. dr hab. n. med. i n. o zdr. Paweł Balsam, kierownik Oddziału Klinicznego Elektrokardiologii Uniwersyteckiego Centrum Klinicznego WUM.

Szczepienie przeciw RSV można przyjąć podczas tej samej wizyty co szczepienie przeciw grypie. Preparaty podaje się w dwa różne miejsca, bez konieczności zachowywania odstępu między szczepieniami.

– Koadministracja szczepień przeciwko RSV i grypie ma duże uzasadnienie, bo ułatwia logistycznie życie pacjenta. Nie musi dwa razy iść do apteki, wykupować szczepionki, nie musi dwa razy iść na szczepienie. Odbywa się to za jednym razem, oczywiście w oddzielne miejsca, i dzięki temu mamy zabezpieczone dwie jednostki chorobowe jednocześnie – mówi prof. Paweł Balsam.

W pierwszych 14 tygodniach 2026 roku w Polsce zarejestrowano 102,2 tys. zakażeń RSV. Rok wcześniej w tym samym okresie było ich 141,6 tys. GIS wskazuje, że rzeczywista liczba zachorowań może być wyższa ze względu na niepełne raportowanie.

RSV (respiratory syncytial virus), czyli syncytialny wirus oddechowy, wywołuje zakażenia dróg oddechowych u osób w każdym wieku, ale na ciężki przebieg szczególnie narażeni są seniorzy. Ryzyko rośnie wraz z wiekiem oraz w przypadku współistnienia chorób przewlekłych.

– Zakażenie wirusem RSV u osób po 65. roku życia wiąże się z dużo gorszym rokowaniem. Wynika to z obniżonej odporności, a dodatkowo bardzo często współistnieją u tych osób choroby sercowo-naczyniowe: nadciśnienie tętnicze, migotanie przedsionków, niewydolność serca czy choroba wieńcowa. Infekcja RSV sprzyja dekompensacji i zaostrzeniu tych chorób. Bardzo często pacjent po takiej infekcji nie wraca już do swojej wyjściowej wydolności fizycznej. Dlatego te infekcje u osób starszych przebiegają dużo gorzej i niestety mogą kończyć się nawet zgonem – wskazuje prof. Paweł Balsam.

AOTMiT w analizie z 2024 roku podał, że osoby po 65. roku życia stanowiły 90 proc. dorosłych hospitalizowanych z powodu RSV w Polsce.

– RSV to potencjalnie groźna infekcja układu oddechowego, która może znacznie pogorszyć stan ogólny pacjenta. Śmiertelność wewnątrzszpitalna wśród osób po 60. roku życia wynosi 6–8 proc., czyli nawet trochę więcej niż w przypadku grypy. O grypie wszystko wiemy, grypy się boimy, a RSV nie, bo kojarzy się z chorobą dziecięcą. Tak nie jest. Duża część osób w przebiegu tej infekcji doznaje znacznego pogorszenia stanu zdrowia i wymaga hospitalizacji – mówi prof. dr hab. n. med. Leszek Czupryniak, kierownik Kliniki Diabetologii i Chorób Wewnętrznych Uniwersyteckiego Centrum Klinicznego WUM.

Szczepienie przeciw RSV zmniejsza ryzyko ciężkiego przebiegu zakażenia i jego powikłań, które u osób starszych mogą zagrażać życiu. W poprzednim sezonie przeciw grypie zaszczepiło się 2,3 mln osób, a w grupie 65+ odsetek zaszczepionych wyniósł ok. 16 proc. Od kwietnia 2025 roku szczepienie przeciw RSV jest bezpłatne dla osób od 65. roku życia, ale dotychczas skorzystało z niego ok. 500 tys. osób, czyli niespełna 7 proc. tej populacji.

Dane z badań prowadzonych w innych krajach wskazują również na wpływ szczepień przeciw RSV na liczbę hospitalizacji z przyczyn oddechowych i sercowo-płucnych.

– Szczepienie przeciwko RSV powoduje, że wszystkich zdarzeń powodujących hospitalizację z powodu chorób układu oddechowego jest w tej wrażliwej populacji o 10 proc. mniej, a wszystkich zdarzeń dotyczących układu sercowo-płucnego – o 15 proc. mniej. To oznacza, że dzięki szczepieniu przeciwko RSV możemy mieć o 10 proc. mniej hospitalizacji z przyczyn zakażeń układu oddechowego i o jedną szóstą mniej z przyczyn sercowo-płucnych. To jest bardzo dużo – mówi prof. dr hab. n. med. Ernest Kuchar, kierownik Kliniki Pediatrii z Oddziałem Obserwacyjnym WUM, przewodniczący Polskiego Towarzystwa Wakcynologii.

W Szkocji w pierwszym sezonie szczepień przeciw RSV zaszczepiło się ok. 70 proc. uprawnionych seniorów, a liczba hospitalizacji związanych z RSV w tej grupie spadła o 62 proc. W sezonie 2025/2026 wyszczepialność nadal sięgała blisko 70 proc. Dane z Wielkiej Brytanii wskazują, że skuteczność szczepienia w zapobieganiu hospitalizacjom związanym z RSV u osób w wieku 75–79 lat wynosi ok. 75 proc.

Ministerstwo Zdrowia analizuje zmiany na liście bezpłatnych leków dla seniorów, które mogą objąć także szczepienie przeciw RSV.

– W przestrzeni medialnej pojawiły się informacje, że szczepienie przeciwko RSV, jednemu z najważniejszych patogenów układu oddechowego, groźnemu zwłaszcza dla osób starszych, ma być usunięte z listy 65+. Uważam, że to jest bardzo niepokojące – mówi prof. Ernest Kuchar. – To, co udało nam się dotychczas uzyskać, zawdzięczamy głównie temu, że szczepienia dla populacji 65+ są bezpłatne. Nowe szczepionki są drogie, podobnie jak nowe terapie, dlatego bariera cenowa jest chyba najważniejszą barierą, poza przekonaniem, w dostępie do szczepień. Bezpłatność była pierwszym krokiem, który był bardzo zachęcający.

Zasadność finansowania szczepień przeciw RSV oceniał AOTMiT. Agencja uznała je za uzasadnione w populacji osób 65+. W analizie opłacalności szczepień znaczenie mają nie tylko same zakażenia, ale również ich następstwa, w tym zaostrzenia chorób przewlekłych i związane z nimi hospitalizacje.

– Pieniędzy nigdy nie ma na wszystko i rząd powinien inwestować je w to, co z punktu widzenia zdrowia populacji jest najbardziej opłacalne. Dlatego powołano AOTMiT, która na zlecenie rządu przeprowadza takie analizy. To bardzo skomplikowany proces, bo szczepiąc przeciwko RSV, unikamy nie tylko samego zachorowania, ale też powikłań, które dla populacji senioralnej polegają przede wszystkim na rozchwianiu cukrzycy, zaostrzeniu POChP, choroby wieńcowej czy niewydolności krążenia. Trzeba też uwzględnić zgony, utratę jakości życia czy utratę samodzielności przez seniora – tłumaczy prof. Ernest Kuchar.

Szczepienia przeciw RSV można wykonać nie tylko w placówkach medycznych, ale również w aptekach. Od sierpnia 2025 roku farmaceuci mogą wystawiać recepty na szczepionki finansowane ze środków publicznych i podawać je na miejscu. Dotyczy to m.in. szczepień przeciw RSV i grypie. Zdaniem ekspertów przy niskiej wyszczepialności potrzebna jest także aktywna rekomendacja szczepień przez lekarzy.

– Jeśli pacjent zapyta, czy ma się zaszczepić, lekarz powinien powiedzieć „tak”, ale tak naprawdę kolejność powinna być częściej odwrotna. To lekarz powinien proaktywnie zapytać pacjenta, czy się szczepił, oceniając go pod kątem tego, co mu najbardziej grozi i co może go najbardziej zdekompensować w jego chorobach towarzyszących – mówi prof. Leszek Czupryniak. – Popełniamy wielki grzech zaniechania, nie rekomendując szczepionek tak często i tak wielu pacjentom, jak powinniśmy to robić.

Źródło: Newseria

Ministerstwo Zdrowia opublikowało nowy wykaz produktów zagrożonych brakiem dostępności w Polsce. Na liście znalazły się 294 pozycje, w tym insuliny, leki stosowane w padaczce, astmie i POChP, psychiatrii czy onkologii. Samo umieszczenie produktu w wykazie nie oznacza jednak, że zniknął on z aptek. Lista jest przede wszystkim sygnałem, że jego dostępność wymaga szczególnego monitorowania i uruchamia mechanizmy mające chronić krajowe zapasy przed wywozem za granicę.

Nowe obwieszczenie ministra zdrowia zostało wydane 1 września 2026 r., a wykaz produktów zagrożonych brakiem dostępności ustalono na 9 września. Zastępuje on poprzednią listę z 8 lipca.

Lista liczy 294 pozycje. Już pierwsze strony dokumentu pokazują, jak różnorodnych grup terapeutycznych dotyczy problem. Znajdują się na niej m.in. insuliny, preparaty wziewne stosowane w chorobach układu oddechowego, leki przeciwpadaczkowe i stosowane w psychiatrii, ale także specjalistyczne środki żywieniowe i wyroby medyczne. Wśród wymienionych produktów są m.in. preparaty zawierające insulinę glargine, insulinę ludzką i insulinę glulizynową, walproinian sodu, salbutamol, formoterol czy ipratropium.

Na dalszych pozycjach znajdują się m.in. kolejne insuliny, karbamazepina, tamoksyfen, preparaty stosowane w leczeniu chorób obturacyjnych płuc, paliperydon i olanzapina stosowane w psychiatrii oraz filgrastym wykorzystywany m.in. u pacjentów onkologicznych.

Tak szeroki zakres może budzić niepokój pacjentów, ale nazwę wykazu trzeba interpretować ostrożnie. Obecność produktu na tzw. liście antywywozowej nie jest równoznaczna z informacją, że nie można go obecnie kupić w Polsce. Główny Inspektorat Farmaceutyczny podkreśla, że dostępność leków jest stale monitorowana na podstawie danych z różnych poziomów dystrybucji, w tym aptek, szpitali, hurtowni oraz informacji od podmiotów odpowiedzialnych. GIF publikuje ponadto cotygodniowe zestawienia dotyczące aktualnych i przewidywanych problemów z dostępnością konkretnych produktów.

Lista jest coraz dłuższa. W lutym 2026 r. obejmowała 273 pozycje, natomiast wykaz obowiązujący od początku czerwca liczył 286 pozycji. Wrześniowe obwieszczenie zawiera już 294. Sam wzrost liczby pozycji nie wystarcza jednak do stwierdzenia, że bezpieczeństwo lekowe w Polsce pogorszyło się w takim samym stopniu. Na wykaz wpływają bowiem zarówno bieżące problemy z dostawami, jak i sposób monitorowania rynku oraz konieczność zabezpieczenia konkretnych produktów przed odpływem z krajowego łańcucha dystrybucji.

Dla pacjenta najważniejsze jest nie samo pytanie, ile pozycji znajduje się na liście, ale czy problemy dotyczą właśnie jego terapii, czy dostępny jest odpowiednik oraz jak długo mogą potrwać ewentualne zakłócenia dostaw. Szczególnego znaczenia nabiera to w przypadku terapii przewlekłych, w których przerwanie leczenia lub niekontrolowana zmiana preparatu może mieć poważne konsekwencje. Dlatego pojawienie się leku w wykazie nie powinno być powodem do samodzielnego odstawienia terapii czy robienia zapasów, lecz sygnałem, że jego dostępność jest objęta szczególnym nadzorem.

Pełną listę można znaleźć: TU

Źródło: Dz.U. MZ

Niewydolność serca dotyka już ponad 60 milionów ludzi na świecie i należy do najczęstszych przyczyn hospitalizacji osób po 65. roku życia. Choć kojarzona jest głównie z zaawansowaną chorobą kardiologiczną, rozwija się przez wiele lat, często bezobjawowo. Eksperci przekonują, że właśnie dlatego kluczowe znaczenie ma profilaktyka podejmowana na długo przed pojawieniem się pierwszych symptomów.

Na łamach European Heart Journal ukazało się kompleksowe opracowanie poświęcone zapobieganiu niewydolności serca. Autorzy podsumowali aktualną wiedzę na temat czynników ryzyka, skutecznych działań profilaktycznych oraz metod identyfikacji osób szczególnie narażonych na rozwój tego schorzenia.

Choroba, która zaczyna się dużo wcześniej

Niewydolność serca nie jest pojedynczą chorobą, lecz zespołem objawów wynikających z niezdolności serca do efektywnego pompowania krwi. Najczęściej jest konsekwencją trwających przez lata procesów chorobowych i może rozwijać się długo, zanim pacjent odczuje pierwsze dolegliwości.

– Niewydolność serca jest jednym z najczęstszych powikłań chorób sercowo-naczyniowych i stanowi istotną przyczynę hospitalizacji oraz przedwczesnej śmiertelności. Starzenie się społeczeństw oraz rosnąca częstość występowania otyłości, cukrzycy i nadciśnienia tętniczego sprawiają, że liczba chorych stale wzrasta. Dlatego działania zapobiegawcze mają dziś kluczowe znaczenie zarówno dla zdrowia pacjentów, jak i dla wydolności systemów ochrony zdrowia – podkreśla prof. Izabella Uchmanowicz, dziekan Wydziału Pielęgniarstwa i Położnictwa UMW.

Profilaktyka zamiast leczenia skutków

Przez lata działania związane z niewydolnością serca koncentrowały się przede wszystkim na leczeniu osób, u których choroba już wystąpiła. Autorzy publikacji wskazują, że równie ważne jest wcześniejsze rozpoznawanie zagrożenia i zapobieganie rozwojowi schorzenia.

– Największe znaczenie mają działania ukierunkowane na modyfikację czynników ryzyka: regularna aktywność fizyczna, zdrowa dieta, utrzymanie prawidłowej masy ciała oraz unikanie palenia tytoniu. Coraz więcej dowodów wskazuje także na znaczenie indywidualizacji profilaktyki oraz wczesnego wdrażania skutecznych terapii u osób z grup wysokiego ryzyka – mówi prof. Uchmanowicz.

Współczesna profilaktyka nie ogranicza się przy tym wyłącznie do zmiany stylu życia. Coraz większe znaczenie mają także nowoczesne terapie farmakologiczne, które mogą chronić serce jeszcze przed pojawieniem się pierwszych objawów niewydolności. Dotyczy to szczególnie osób z cukrzycą typu 2 oraz przewlekłą chorobą nerek, należących do grup najbardziej narażonych na rozwój choroby.

Niewydolność serca nie zaczyna się w gabinecie kardiologa

Przez wiele lat organizm może skutecznie maskować skutki rozwijających się chorób przewlekłych. Pacjent funkcjonuje normalnie, nie odczuwa bólu ani duszności i często nie postrzega siebie jako osoby zagrożonej chorobą serca. Tymczasem właśnie wtedy mogą zachodzić zmiany, które po latach doprowadzą do niewydolności serca.

Szczególna rola przypada więc podstawowej opiece zdrowotnej, która umożliwia wieloletnią obserwację stanu zdrowia pacjenta i odpowiednio wczesną reakcję na niekorzystne zmiany.

– Podstawowa opieka zdrowotna ma ogromne znaczenie, ponieważ to właśnie lekarz rodzinny najczęściej jako pierwszy rozpoznaje i długofalowo monitoruje czynniki ryzyka prowadzące do niewydolności serca, takie jak nadciśnienie tętnicze, cukrzyca, otyłość, zaburzenia lipidowe czy przewlekła choroba nerek – mówi prof. Donata Kurpas z Katedry Pielęgniarstwa Wydziału Pielęgniarstwa i Położnictwa UMW.

Profilaktyka nie sprowadza się przy tym do recept i kolejnych badań. Istotne są także codzienne nawyki dotyczące ruchu, snu, odżywiania czy radzenia sobie ze stresem. To właśnie suma decyzji podejmowanych przez wiele lat może wpływać na kondycję układu sercowo-naczyniowego.

Najlepszy moment na działanie? Zanim pojawią się objawy

Jednym z najważniejszych wniosków płynących z publikacji jest znaczenie bardzo wczesnej profilaktyki. Największe możliwości zapobiegania niewydolności serca pojawiają się bowiem jeszcze wtedy, gdy człowiek nie odczuwa żadnych dolegliwości.

– Szczególnie ważna jest edukacja osób, które czują się zdrowe, ale mają już czynniki ryzyka, ponieważ właśnie wtedy możemy najwięcej zmienić. Z perspektywy opieki zintegrowanej profilaktyka niewydolności serca powinna zaczynać się nie dopiero w poradni kardiologicznej, lecz znacznie wcześniej – w POZ, w ramach edukacji zdrowotnej, w środowisku lokalnym i codziennych decyzjach, które wspierają zdrowie serca przez całe życie – podkreśla prof. Kurpas.

Takie podejście stoi również za akcją „Trzymamy Ciśnienie”, realizowaną przez Uniwersytet Medyczny we Wrocławiu. Jej celem jest zwrócenie uwagi na problem, który przez lata może pozostawać niezauważony. Nadciśnienie tętnicze nie boli, ale pozostaje jednym z najważniejszych czynników prowadzących do chorób układu krążenia.

Współczesna medycyna coraz skuteczniej pozwala identyfikować osoby szczególnie narażone na rozwój niewydolności serca. Nawet najbardziej zaawansowane technologie nie zmieniają jednak podstawowej zasady: o kondycję serca warto dbać każdego dnia i reagować na czynniki ryzyka jeszcze wtedy, gdy nie pojawiły się niepokojące objawy.

Jak zmniejszyć ryzyko niewydolności serca?

Materiał powstał na podstawie artykułu: Prevention of heart failure: A scientific statement of the Heart Failure Association, the European Association of Preventive Cardiology, and the Association of Cardiovascular Nursing & Allied Professions of the ESC, and the ESC Council on Hypertension

Źródło: inf pras

W Anglii, wśród kobiet młodych, nawet dwudziestoletnich, zwiększa się zachorowalność na cukrzycę typu 2 – alarmują na łamach „Lancet” specjaliści Imperial College London. Ostrzegają, że choroba ta w młodym wieku znacznie skraca tzw. oczekiwaną długość życia.

Analizowano dane z lat 2011-2024, gromadzone przez National Health Service (NHS) – publiczny system opieki zdrowotnej w Wielkiej Brytanii. Wykazały one, że coraz więcej jest zachorowań na cukrzycę typu 2 wśród ludzi młodych przed 40. rokiem życia. Największy jednak wzrost odnotowano wśród kobiet w wieku 20-29 lat, głównie w okresie po zakończeniu pandemii Covid-19.

Brytyjscy specjaliści ostrzegają, że wzrost zachorowań na cukrzycę typu 2 zwiększa ryzyko poważnych schorzeń, takich jak choroby sercowo-naczyniowe, w tym udarów mózgu i zawałów serca, oraz przewlekłej niewydolności nerek. Skutkiem tego jest znaczne skrócenie tzw. oczekiwanej długość życia.

Wykazała to międzynarodowa analiza opublikowana w 2023 r. przez „Lancet Diabetes & Endocrinology”. Wynika z niej, że im wcześniej pojawi się cukrzyca, tym oczekiwana długość życia jest krótsza. Gdy choroba ta zostanie wykryta w 30. roku życia, długość życia może być krótsza o 16 lat. Zachorowanie na cukrzycę w wieku 40 lat może je skrócić o 11 lat, a w wieku 50 lat – o 7 lat. W krajach Unii Europejskiej jest podobnie: wykrycie cukrzycy w wieku 30, 40 i 50 lat skraca życie odpowiednio o 13, 9 i 5 lat.

Głównym powodem rozwoju cukrzycy typu 2 jest otyłość, niewłaściwa dieta oraz zbyt mała aktywność fizyczna. Można ją jednak zatrzymać i doprowadzić do remisji. Konieczne jest zastosowanie odpowiedniego leczenia oraz zmiana diety. Chorobę tę trzeba jednak najpierw wykryć. Początkowo przebiega ona bezobjawowo, z czasem mogą się pojawić takie dolegliwości, jak przewlekłe zmęczenie, większe pragnienie oraz częstsze oddawanie moczu.

„Lancet” opublikował w czerwcu 2026 r. badania, z których wynika, że w Anglii otyłość narasta bardziej w młodszych grupach ludności, aniżeli w starszych – po 60. roku życia. W latach 2024-2025 odsetek otyłych trzydziestolatków był o 20 proc. większy w porównaniu do okresu 2019-2020, a u dwudziestolatków – o 16 proc.

Specjaliści brytyjscy przypominają, że otyłość oprócz cukrzycy zwiększa ryzyko chorób sercowo-naczyniowych oraz nowotworów.

Główny autor najnowszego badania dr Robert Fletcher z Imperial College London twierdzi, że wzrost otyłości i zachorowań na cukrzycę typu 2 pojawił się po tym, gdy zaczęło wzrastać spożycie fastfoodów. Ludzie młodzi bardziej też odczuli skutki pandemii Covid-19, gdy wprowadzono izolację społeczną. Wiele osób częściej przebywało w domu i spożywało niezdrową żywność.

Źródło: Nauke w Polsce

Upalne dni to dla organizmu duże wyzwanie. Wysoka temperatura może nie tylko powodować zmęczenie i osłabienie, ale także zwiększać obciążenie układu krążenia. Szczególnie narażone są osoby z chorobami serca, nadciśnieniem tętniczym, cukrzycą oraz innymi czynnikami ryzyka.

W czasie upałów serce pracuje intensywniej – pod wpływem wysokiej temperatury naczynia krwionośne rozszerzają się, a organizm szybciej traci wodę wraz z potem. Odwodnienie może prowadzić do zaburzeń ciśnienia tętniczego i dodatkowo obciążać układ krążenia. Dlatego w gorące dni warto szczególnie uważnie obserwować swój organizm.

Zawał nie zawsze wygląda tak samo

Wiele osób kojarzy zawał serca z nagłym, silnym bólem w klatce piersiowej. Tymczasem objawy mogą być znacznie bardziej różnorodne i nie zawsze pojawiają się w tak oczywisty sposób.

Najczęstszym sygnałem alarmowym jest uczucie ucisku, rozpierania lub bólu w klatce piersiowej. Dolegliwości mogą promieniować do ramienia, obu rąk, pleców, szyi lub żuchwy. Mogą im towarzyszyć:

Szczególną czujność powinny zachować kobiety, u których objawy zawału częściej mogą być mniej charakterystyczne. Duszność, nudności, ból pleców lub żuchwy czy nagłe pogorszenie samopoczucia również mogą być sygnałem, że dzieje się coś niepokojącego.

Nie czekaj, aż objawy miną

Nie każdy ból czy złe samopoczucie podczas upału należy tłumaczyć wyłącznie wysoką temperaturą lub odwodnieniem. Jeśli pojawiają się objawy sugerujące zawał, nie należy zwlekać – trzeba natychmiast zadzwonić pod numer alarmowy 112 lub 999.

– Im wcześniej otworzymy naczynie wieńcowe przy pomocy angioplastyki i zastosujemy stent, tym szybciej przerwiemy zawał i ograniczymy uszkodzenie serca pacjenta – mówi prof. Piotr Buszman, kardiolog Oddziału Kardiologii American Heart of Poland w Bielsku-Białej.

Szybka reakcja może zdecydować o dalszym przebiegu choroby. Im wcześniej pacjent otrzyma specjalistyczną pomoc, tym większa szansa na ograniczenie uszkodzenia mięśnia sercowego i uniknięcie poważnych powikłań. AHP i Scanmed zapewniają dostęp do kompleksowej opieki kardiologicznej w 32 pracowniach hemodynamicznych, w których pacjenci z ostrymi zespołami wieńcowymi mogą otrzymać niezbędną pomoc.

Jak zadbać o serce w czasie upałów?

Podczas wysokich temperatur warto pamiętać o kilku prostych zasadach:

Szczególną ostrożność powinny zachować osoby z nadciśnieniem, cukrzycą, podwyższonym poziomem cholesterolu, po przebytym zawale oraz osoby palące papierosy.

– Dbając o serce, powinniśmy przede wszystkim ograniczać czynniki, które mogą je uszkadzać. Dotyczy to zarówno palenia papierosów i e-papierosów, jak i narażenia na dym tytoniowy innych osób. Negatywny wpływ na układ sercowo-naczyniowy ma także alkohol, a szczególnie niebezpieczne są narkotyki i substancje psychoaktywne. Warto pamiętać, że uszkodzenie mięśnia sercowego może mieć trwałe konsekwencje – podkreśla dr n. med. Janusz Prokopczuk, kardiolog Oddziału Kardiologii AHP w Kędzierzynie-Koźlu.

Jak dodaje prof. Piotr Buszman:

– Warto mieć telefon zawsze w zasięgu ręki, numery alarmowe zapisane w widocznym miejscu, informować bliskich o nowych objawach, regularnie wykonywać badania profilaktyczne i pozostawać pod opieką lekarza rodzinnego oraz kardiologa.

Wysoka temperatura nie powinna być powodem do ignorowania sygnałów wysyłanych przez organizm. W przypadku podejrzenia zawału liczy się każda minuta.

Źródło: inf pras