Medicalpress
Po pięciu latach funkcjonowania opłaty cukrowej oraz publikacji sprawozdania Narodowego Funduszu Zdrowia za 2025 rok Polskie Stowarzyszenie Diabetyków i Forum Ekspertów ds. Cukrzycy przedstawili wspólne stanowisko dotyczące sposobu wykorzystania środków pochodzących z tego mechanizmu. Choć eksperci pozytywnie oceniają rozwój opieki diabetologicznej, zwracają uwagę, że zdecydowana większość pieniędzy nadal przeznaczana jest na finansowanie świadczeń realizowanych od lat, natomiast działania profilaktyczne i edukacyjne pozostają marginalnym elementem całego systemu.
Z analizy sprawozdania NFZ wynika, że w 2025 roku refundacja leków przeciwcukrzycowych wyniosła 645,3 mln zł, czyli o 2,1 proc. więcej niż rok wcześniej. Jednocześnie kolejny rok z rzędu spadły wydatki na refundację pasków do samokontroli glikemii – z 456,4 mln zł w 2023 roku do 409,6 mln zł w 2025 roku. Zdaniem autorów stanowiska warto przeanalizować, czy jest to efekt coraz szerszego wykorzystania nowoczesnych systemów monitorowania glikemii oraz czy uwolnione w ten sposób środki są inwestowane w dalszy rozwój nowoczesnej opieki diabetologicznej.

Pozytywnie oceniono natomiast systematyczny wzrost finansowania ambulatoryjnej opieki specjalistycznej w diabetologii i chorobach metabolicznych. W ciągu dwóch lat wydatki w tym obszarze wzrosły z 282,6 mln zł do 356,4 mln zł, co – zdaniem Polskiego Stowarzyszenia Diabetyków i Forum Ekspertów ds. Cukrzycy – odpowiada rosnącym potrzebom pacjentów i jest kierunkiem, który warto kontynuować.

Autorzy stanowiska podkreślają jednak, że największym problemem pozostaje brak możliwości jednoznacznego wskazania, które działania zostały uruchomione lub rozszerzone właśnie dzięki środkom z opłaty cukrowej. Znaczna część wydatków wykazywanych w sprawozdaniu obejmuje bowiem świadczenia finansowane przez NFZ jeszcze przed wprowadzeniem tego rozwiązania, takie jak refundacja leków, pasków do pomiaru glukozy czy świadczeń diabetologicznych. W opinii organizacji pacjentów dodatkowe środki powinny przekładać się na widoczną wartość dodaną dla chorych oraz rozwój nowoczesnej opieki.

Eksperci zwracają również uwagę na konieczność dalszego zwiększania transparentności wydatkowania środków publicznych. Chociaż tegoroczne sprawozdanie NFZ jest bardziej szczegółowe niż wcześniejsze, nadal brakuje danych pozwalających ocenić nie tylko wysokość ponoszonych nakładów, ale również efekty zdrowotne osiągane dzięki ich wykorzystaniu.

Prof. Paweł Koczkodaj podkreśla, że nowoczesne systemy ochrony zdrowia coraz częściej oceniają skuteczność interwencji nie tylko przez pryzmat wydanych pieniędzy, ale przede wszystkim osiąganych rezultatów zdrowotnych. Jego zdaniem środki z opłaty cukrowej powinny być traktowane jako długofalowa inwestycja w zdrowie publiczne, obejmująca nie tylko leczenie, ale również profilaktykę, edukację zdrowotną i działania ograniczające rozwój otyłości oraz cukrzycy.

Jeszcze bardziej krytycznie wyniki sprawozdania ocenia prof. Leszek Czupryniak. Jak wskazuje, obecnie aż 95,6 proc. wpływów z opłaty cukrowej przeznaczanych jest na finansowanie rutynowych świadczeń związanych z leczeniem cukrzycy. Tymczasem pierwotnym celem tego mechanizmu było stworzenie dodatkowego impulsu do rozwoju profilaktyki, edukacji oraz nowoczesnych metod diagnostyki i leczenia chorób metabolicznych. Zdaniem eksperta środki te powinny w znacznie większym stopniu wspierać działania zapobiegające otyłości i cukrzycy oraz poprawiać dostęp do innowacyjnych technologii medycznych.

W swoim stanowisku Polskie Stowarzyszenie Diabetyków oraz Forum Ekspertów ds. Cukrzycy proponują szereg działań systemowych. Wśród nich znalazły się dalszy rozwój dostępu do nowoczesnych terapii i technologii zgodnych z rekomendacjami Polskiego Towarzystwa Diabetologicznego, zwiększenie transparentności wydatkowania środków z opłaty cukrowej poprzez publikowanie porównywalnych danych rok do roku oraz wyraźne zwiększenie finansowania działań profilaktycznych i edukacyjnych.

Organizacje proponują również powołanie przy Ministerstwie Zdrowia zespołu ds. opłaty cukrowej, złożonego z przedstawicieli środowiska medycznego, ekonomistów i organizacji pacjentów. Jego zadaniem byłoby opracowanie zasad wydatkowania środków w sposób zapewniający ich maksymalną efektywność zdrowotną oraz większą przejrzystość całego procesu.

Zdaniem autorów stanowiska pacjenci mają prawo oczekiwać, że środki pochodzące z opłaty cukrowej będą nie tylko finansować bieżące funkcjonowanie systemu, ale również przyczyniać się do realnego rozwoju profilaktyki, nowoczesnej diabetologii oraz poprawy zdrowia publicznego.

Pełna treść stanowiska:

https://diabetyk.org.pl/stanowisko-polskiego-stowarzyszenia-diabetykow-i-forum-ekspertow-ds-cukrzycy-w-sprawie-wydatkowania-srodkow-z-oplaty-cukrowej-w-2025-roku/ 

źródło: PSD

Specjaliści z Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego w Białymstoku uratowali zdrowie skrajnego wcześniaka, stosując hybrydową pompę insulinową u dziewczynki ważącej zaledwie 990 gramów. Według lekarzy może to być najmniejszy pacjent na świecie leczony z wykorzystaniem tej technologii. Nowoczesne urządzenie pozwoliło opanować ciężką hiperglikemię i dało niedojrzałej trzustce czas na podjęcie prawidłowej pracy.

Dziewczynka przyszła na świat w marcu. Ważyła 700 gramów. Lekarze walczyli o jej życie, było wiele problemów medycznych typowych dla wcześniaków, ale badania wykazywały też podwyższony poziom glukozy we krwi. Nie pomagało, tradycyjnie stosowane w takich sytuacjach u wcześniaków, dożylne leczenie insuliną. Organizm dziewczynki nie reagował.

 Nie radziliśmy sobie. Wszelkie nasze próby unormowania glikemii spełzły na niczym. Problem kliniczny staraliśmy się rozwiązać prosząc o współpracę diabetologów (…) musieliśmy skorzystać z metod, bardzo wyszukanych, monitorowania glikemii i leczenia hiperglikemii  opowiadała dziennikarzom dr Elżbieta Ewa Kulikowska, kierownik Kliniki Neonatologii i Intensywnej Terapii Noworodka w USK.

Lekarze oceniają, że przyczyną problemów u małej Zosi mógł być duży niedorozwój trzustki wynikający z etapu wcześniactwa, ale – jak oceniła dr Bożena Florys z USK, diabetolog zajmująca się ciężarnymi pacjentkami z cukrzycą, także pediatra – wtedy lekarze nie znali przyczyny, a mogło być ich wiele. Wymieniła, że dziewczynka mogła mieć np. cukrzycę typu I czy uszkodzoną trzustkę.

 W tym momencie nie miało to znaczenia, jaka to jest cukrzyca, chodziło o to, żeby ją dobrze poleczyć  powiedziała Florys.

Dodała, że przybieranie na wadze to u tak małego dziecka podstawowy wyznacznik prawidłowego rozwoju, a Zosia nie przybierała na wadze.

 To był sygnał że, coś trzeba zmienić  dodała Florys.

Zarówno sprzęt, dawki insuliny (precyzyjnie wyliczano jak ją rozcieńczyć solą fizjologiczną), wszystko było niestandardowe. Gdy dziewczynka ważyła 990 gramów lekarze zdecydowali się na podłączenie jej do hybrydowej pompy insulinowej. Dr Florys wytłumaczyła, że to najnowocześniejsza taka pompa na świecie, która ma połączone funkcje ciągłego oznaczania glikemii i podawania insuliny – jak to określiła – naśladującego trzustkę. Urządzenie może także sterować dawkowaniem insuliny (bez interwencji personelu medycznego), lub jej nie podawać, gdy jest jej za dużo.

Podłączenie urządzenia było trudne, bo dziecko było bardzo małe.

 Czujnik do mierzenia glikemii zajmował całą powierzchnię między udem, a kolanem (Zosi)  porównała dr Kulikowska.

Nie można było zrobić tradycyjnego wkłucia do podawania insuliny, bo mała pacjentka miała za mało tkanki tłuszczowej, zastosowano inne.

Zosia jest najprawdopodobniej najmniejszym dzieckiem na świecie, które było podłączone do hybrydowej pompy insulinowej.

 Nie znalazłyśmy w literaturze (medycznej) podłączenia pompy hybrydowej u tak małego dziecka  powiedziała dr Florys.

Dodała, że rozmawiała o tym także ostatnio na międzynarodowej konferencji medycznej w Amsterdamie. Są informacje o tym, że dotychczas najmniejsze dziecko podłączone do takiego urządzenia ważyło 1,5 kg, dlatego przypadek Zosi jest – jak to określiła – novum na skalą światową.

 Naprawdę śmiało to powiem. Cieszymy się, że się to udało (…) To jest super, że istnieje taki nowoczesny sprzęt, bo on daje dziecku czas, który czasem jest tak niezwykle potrzebny, żeby dojrzało, żeby podjęło własne funkcje i żeby prawidłowo się rozwijało, tak jak Zosia  powiedziała dr Bożena Florys.

Dziecko było podłączone do pompy przez miesiąc. Dzięki możliwościom pompy można było powoli wycofywać się z insuliny, gdy lekarze zobaczyli, że trzustka zaczyna pracować.

 Bardzo nas to uskrzydlało. To była najlepsza wersja zdarzeń, że trzustka jest niedojrzała i podejmie swoją pracę i tak się wydarzyło  opowiadała dr Bożena Florys.

Zosia ma glikemię w normie, nie musi korzystać z pompy. Teraz waży 3,2 kg. Lekarze zaznaczają, że nie wiadomo, co będzie w przyszłości; rodzina jest obciążona cukrzycą. Lekarze zaznaczają, że dziewczynka będzie wymagać kontroli w poradni diabetologicznej, a nawet badań genetycznych, aby określić czy – ewentualnie – w przyszłości z jakimi problemami z glikemią może mieć do czynienia.

Źródło: USK

Tylko 15-20 proc. polskich dzieci i nastolatków spełnia zalecenia Światowej Organizacji Zdrowia dotyczące codziennej aktywności fizycznej. Eksperci ostrzegają, że niedobór ruchu już od najmłodszych lat zwiększa ryzyko nadwagi, otyłości, nadciśnienia, cukrzycy oraz problemów ze zdrowiem psychicznym. Ich zdaniem poprawa sytuacji wymaga wspólnych działań rodziców, szkół, samorządów i instytucji zdrowia publicznego.

Zbyt mała aktywność fizyczna dzieci i młodzieży staje się jednym z najpoważniejszych wyzwań zdrowia publicznego. Eksperci alarmują, że niedobór ruchu zwiększa ryzyko m.in. nadwagi i otyłości czy chorób sercowo-naczyniowych. Konsekwencje są widoczne już w dzieciństwie, ale często utrzymują się także w dorosłości. Tymczasem tylko niewielka część młodych Polaków spełnia choćby minimalne zalecenia Światowej Organizacji Zdrowia dotyczące codziennej aktywności fizycznej.

– Regularna aktywność fizyczna korzystnie wpływa na rozwój układu sercowo-naczyniowego, kostnego i mięśniowego, pomaga utrzymać prawidłową masę ciała, poprawia zdrowie psychiczne, jakość snu oraz funkcje poznawcze. Z kolei siedzący tryb życia zwiększa ryzyko nadwagi i otyłości, zaburzeń metabolicznych, cukrzycy typu 2, chorób sercowo-naczyniowych oraz problemów emocjonalnych i społecznych – mówi w wywiadzie dla agencji Newseria dr Anna Dzielska, p.o. kierowniczka Zakładu Zdrowia Dzieci i Młodzieży w Instytucie Matki i Dziecka w Warszawie, główna badaczka w projekcie B-Challenged.

Zgodnie z wytycznymi Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) dzieci i młodzież powinny wykonywać średnio 60 minut aktywności fizycznej o umiarkowanej lub wysokiej intensywności dziennie. Szczególnie wskazane są ćwiczenia aerobowe.

– Dodatkowo co najmniej trzy razy w tygodniu należy włączać ćwiczenia wzmacniające mięśnie i kości. Generalna zasada dotycząca aktywności fizycznej dzieci – im więcej, tym lepiej, najlepiej na powietrzu. Liczy się każdy krok, zamieniamy siedzenie na stanie, a stanie na ruch. Robimy to, co sprawia nam radość. Im dziecko młodsze, tym aktywność powinna być bardziej ogólnorozwojowa, a nie wyspecjalizowana do jednej, konkretnej dyscypliny sportowej. Jako rodzice i opiekunowie stwarzajmy dzieciom możliwość próbowania różnych aktywności, dyscyplin sportowych i rodzajów ruchu. Ruszajmy się razem z dzieckiem, bo w ten sposób dajemy dobry przykład i modelujmy właściwe zachowania – mówi dr n. o kult. fiz. Hanna Nałęcz, adiunkt w Zakładzie Pedagogiki i Psychologii Wydziału
Wychowania Fizycznego Akademii Wychowania Fizycznego im. J. Piłsudskiego w Warszawie.

Z badań przeprowadzonych wśród polskich dzieci, na podstawie informacji gromadzonych w ramach projektu Global Matrix (GM) 4.0, wynika, że zaledwie niewielki odsetek najmłodszych spełnia rekomendacje WHO co do aktywności. Przytaczane dane w publikacji „Aktywność fizyczna dzieci i młodzieży” z 2022 roku wskazują, że w zależności od przedziału wiekowego i konkretnego badania jest to 15–20 proc. Z kolei raport „WF z AWF” za 2025 rok wskazuje, że 94 proc. dzieci w Polsce nie ma wystarczającego poziomu kompetencji ruchowych. Nawet w szkołach sportowych dotyczy to 83 proc. uczniów. Połowa dzieci w wieku 8–12 lat osiąga minimalny poziom alfabetu ruchowego (koordynacja, równowaga, kontrola ciała).

– Konsekwencją jest brak realizacji podstawowych funkcji, jakie pełni aktywność fizyczna na drodze rozwoju dziecka. Skutkuje to brakiem stymulacji rozwoju zarówno fizycznego, jak i psychospołecznego, gorszymi zdolnościami adaptacyjnymi, gorszą kompensacją negatywnych wpływów środowiska, brakiem działań mających potencjał korygujący wczesne zaburzenia rozwoju oraz promujących zdrowie. Należy pamiętać, że aktywność fizyczna wpływa na wszystkie elementy zdrowia człowieka: oddziałuje na zdrowie i kondycję fizyczną, samopoczucie i zdrowie psychiczne oraz na relacje społeczne i relacje z otaczającą nas przyrodą – dodaje dr Hanna Nałęcz.

– W literaturze naukowej podkreśla się, że fizyczna nieaktywność dzieci i młodzieży stała się globalnym problemem zdrowia publicznego. Brak ruchu jest powszechny zarówno w krajach rozwiniętych, jak i rozwijających się, a jego konsekwencje zdrowotne generują znaczne koszty społeczne i ekonomiczne. Dodatkowo WHO zwraca uwagę, że poziom aktywności fizycznej nie poprawił się znacząco w ostatnich dekadach, mimo rosnącej świadomości zdrowotnej. Jednym z głównych czynników odpowiedzialnych za ten trend jest wzrost czasu spędzanego przed ekranami urządzeń cyfrowych oraz ograniczanie spontanicznej aktywności i zabawy na świeżym powietrzu – wskazuje dr Anna Dzielska.

Według danych IMiD, prezentowanych w badaniu DINO-PL, nadwaga i otyłość występują u około jednej trzeciej polskich uczniów w wieku siedmiu–dziewięciu lat. Autorzy badania podkreślają, że otyłość w dzieciństwie determinuje m.in. większe ryzyko rozwoju cukrzycy i chorób układu krążenia u osób dorosłych, wiążąc się także z większym ryzykiem występowania problemów psychospołecznych i emocjonalnych. Z danych zebranych w ramach międzynarodowego programu COSI wynika, że średnie ciśnienie skurczowe u chłopców wzrosło w latach 2007–2023 z nieco ponad 102 mmHg do prawie 106 mmHg, a rozkurczowe – z 55 mmHg do prawie 60 mmHg. Problem nieprawidłowo wysokiego ciśnienia krwi dotyczy niemal jednej trzeciej polskich dzieci biorących udział w badaniu.

– Potrzebujemy działań na wielu poziomach jednocześnie. Nie wystarczy zachęcać dzieci do większej aktywności, ale trzeba stworzyć warunki, które będą ją ułatwiały. Ważne jest tworzenie bezpiecznych przestrzeni do zabawy i aktywności fizycznej, wspieranie aktywnego transportu do szkoły, takiego jak chodzenie pieszo i jazda na rowerze, czy zwiększanie liczby okazji do ruchu podczas dnia szkolnego (np. aktywne przerwy). Największe efekty osiągniemy wtedy, gdy działania będą prowadzone równocześnie przez szkoły, samorządy, organizacje społeczne, rodziców czy instytucje zdrowia publicznego, ponieważ aktywność fizyczna dzieci nie jest wyłącznie indywidualnym wyborem, tylko wypadkową różnych czynników, w tym środowiska, które wspólnie tworzymy – zauważa ekspertka IMiD.

Instytut uczestniczy w europejskim projekcie B-Challenged, którego celem jest poprawa warunków do aktywnej zabawy na powietrzu oraz kształtowania zdrowych nawyków żywieniowych wśród dzieci w wieku 6–12 lat. W ramach projektu eksperci będą identyfikować czynniki utrudniające aktywność na powietrzu i sprzyjające jej, a następnie będą współtworzyć i wdrażać działania ukierunkowane na zmianę środowiska fizycznego i społecznego, w ścisłej współpracy z dziećmi oraz dorosłymi interesariuszami. B-Challenged koncentruje się na kilku dzielnicach w europejskich miastach, m.in. w Warszawie (na Pradze-Północ), Amsterdamie czy Saragossie. Na przykładzie wdrażanych w nich rozwiązań przygotowane zostaną modele działań, które mogą być wdrażane w innych regionach.

Źródło: Newseria

Nadciśnienie tętnicze coraz rzadziej jest postrzegane jako odrębna choroba. Jak podkreśla prof. Krzysztof Narkiewicz, nawet 90 proc. pacjentów z nadciśnieniem zmaga się jednocześnie z innymi czynnikami ryzyka, takimi jak otyłość, cukrzyca czy zaburzenia lipidowe. Eksperci wskazują, że skuteczne leczenie wymaga dziś spersonalizowanego podejścia, odpowiednio dobranej terapii skojarzonej oraz aktywnej współpracy lekarza z pacjentem.
Ponieważ o różnych powiązaniach czynników ryzyka wiemy coraz więcej, na nadciśnienie tętnicze patrzymy dziś zupełnie inaczej niż jeszcze do niedawna. Wiele mówimy o otyłości, cukrzycy, schorzeniach kardiometabolicznych, zaburzeniach lipidowych i chorobie wieńcowej. W terapii eliminujemy potencjalne interakcje pomiędzy lekami, uwzględniamy preferowane połączenia i cechy terapii, a kiedy to możliwe, wybieramy preparaty złożone w jednej tabletce. O trendach w leczeniu nadciśnienia tętniczego mówi prof. Krzysztof Narkiewicz.
 
Ekspert: Prof. dr hab. n. med. Krzysztof Narkiewicz, Kierownik Kliniki Nadciśnienia Tętniczego i Diabetologii Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego, gospodarz Kongresu Europejskiego Towarzystwa Nadciśnienia Tętniczego (ang. European Society of Hypertension, ESH) w 2026 roku, prezes ESH w latach 2009-2011.

Panie Profesorze, program tegorocznego Kongresu Europejskiego Towarzystwa Nadciśnienia Tętniczego, który odbył się w maju tego roku w Gdańsku, wyróżniał się niespotykaną wcześniej interdyscyplinarnością tematów. Skąd taka zmiana?

Rzeczywiście, jeszcze do niedawna w programie dorocznych spotkań naukowych naszego towarzystwa dominowało „czyste nadciśnienie”. Co więcej, nawet poprzednie zalecenia naukowe ESH w 2/3 przypadków były skoncentrowane na nadciśnieniu tętniczym – jedynie 1/3 dokumentów traktowała o sytuacjach szczególnych. Dzisiaj wiemy, że „sytuacją szczególną” jest samo nadciśnienie tętnicze. Jest tak dlatego, że nawet 90% pacjentów z nadciśnieniem tętniczym ma dodatkowe czynniki ryzyka czy inne współistniejące schorzenia. Coś takiego jak „czyste nadciśnienie”, czyli nadciśnienie bez innych obciążeń u danego pacjenta, w praktyce klinicznej występuje bardzo rzadko. Ponieważ o różnych zależnościach pomiędzy  czynnikami ryzyka sercowo-naczyniowego wiemy coraz więcej, na nadciśnienie tętnicze patrzymy dziś zupełnie inaczej niż jeszcze do niedawna. Tegoroczny Kongres ESH rzeczywiście mocno odzwierciedlał to interdyscyplinarne podejście. Wiele mówiliśmy o otyłości, cukrzycy, schorzeniach kardiometabolicznych.

Czy zmiana w podejściu do nadciśnienia tętniczego jest odzwierciedlana także w zaleceniach?

Trend holistycznego spojrzenia wytycznych naukowych na problem nadciśnienia tętniczego i schorzeń współistniejących jest coraz bardziej zauważalny. Muszę powiedzieć, że polskie zalecenia są w tym kontekście wyjątkowe. Dokument pt. „Wytyczne postępowania w nadciśnieniu tętniczym w Polsce 2024 – stanowisko Ekspertów Polskiego Towarzystwa Nadciśnienia Tętniczego/Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego” to opracowanie, które przez międzynarodowe środowisko hipertensjologów jest uznawane za jedno z najnowocześniejszych na świecie. Zalecenia te są doceniane za uwzględnianie najnowszej wiedzy o złożoności sytuacji klinicznej pacjentów, ale także za przystępną formę, w tym czytelne, pomocne ryciny. Bez wątpienia możemy być dumni, że stworzyliśmy w Polsce opracowanie na najwyższym poziomie merytorycznym.

Czy pacjentów z różnorodnymi czynnikami ryzyka lub wieloma różnymi schorzeniami da się opisać w ramach bardziej ogólnej charakterystyki?

W zaleceniach skoncentrowaliśmy się na kontinuum kardiometabolicznym, gdzie wszystko zaczyna się od otyłości i drugim, wieńcowym, gdzie szczególną uwagę poświęcamy zmianom w naczyniach wieńcowych i zaburzeniom gospodarki lipidowej. Oczywiście, w każdym przypadku terapia pacjentów z obydwu grup powinna być maksymalnie spersonalizowana.

Schorzeniom kardiometabolicznym poświęcono podczas Kongresu wyjątkowo wiele sesji.

Tak, ponieważ to zagadnienie jest naprawdę niezmiernie ważne. Przypomnijmy: wszystko zaczyna się od nadwagi, otyłości, później pojawia się stan przedcukrzycowy. Rozwija się cukrzyca i jej powikłania: przewlekła choroba nerek, albuminuria, stopniowy przerost mięśnia lewej komory serca, zaburzenia rytmu serca (łącznie z migotaniem przedsionków grożącym udarem niedokrwiennym mózgu), a w końcu niewydolność serca. To wszystko jest ze sobą mocno powiązane, a terapia staje się złożona.

Czy są zasady wskazujące, jak łączyć ze sobą poszczególne leki, by terapia była bezpieczna i efektywna jednocześnie?

Z pewnością można powiedzieć, że wiemy o tym coraz więcej. Po pierwsze, jesteśmy bogatsi o doświadczenia z poprzednich lat. Wiemy na przykład, których leków należy unikać, żeby do minimum redukować ryzyko działań niepożądanych. Takim przykładem jest  simwastatyna  (lek z grupy statyn), która odeszła już do historii, ponieważ dawała znacznie więcej interakcji niż nowsze leki z tej grupy, takie jak atorwastatyna czy rozuwastatyna. Inny przykład, z grupy antagonistów wapnia – werapamil: wykazywał dużo interakcji i z tego powodu nie jest już stosowany. A zatem nauczyliśmy się, których leków jako takich należy unikać. Co więcej, wiemy także coraz więcej, których połączeń leków warto unikać. I, z drugiej strony, które leki możemy bezpiecznie i skutecznie łączyć lub – to nowość, jakie leki złożone możemy stosować, żeby działały wielokierunkowo.

Leki typu single pill  combination to ważny trend?

Od lat mówimy o tym, że żadna, nawet najwspanialsza terapia, nie będzie skuteczna, jeśli nie będzie stosowana przez pacjenta. Nowe leki, w tym właśnie typu single pill (znane również jako SPC (od ang. single-pill combination), czyli preparaty złożone w jednej tabletce), to nowoczesne leki łączące dwie lub więcej substancji czynnych w jednej dawce. Są obecnie standardem pierwszego wyboru w leczeniu wielu chorób przewlekłych, zwłaszcza nadciśnienia tętniczego i zaburzeń lipidowych. Tego typu preparaty istotnie wspomagają adherencję. Jeśli pacjent może przyjąć jedną tabletkę dziennie zamiast kilku o różnych porach dnia, z większym prawdopodobieństwem łatwiej mu będzie wdrożyć nawyk regularnego przyjmowania leku. A to wprost przekłada się na skuteczność terapii. W kontekście efektywności terapii nie mniej istotne są: komunikacja na linii pacjent-lekarz, motywacja specjalistów, ich otwartość, zaangażowana rozmowa z chorym. Ważne, byśmy budowali z naszymi pacjentami partnerskie relacje. To także temat szeroko dyskutowany na tegorocznym Kongresie ESH i jestem pewien, że w kolejnych latach poświęcać mu będziemy jeszcze więcej uwagi.

A wątek leków niewymagających metabolizmu wątrobowego?

To także zdecydowanie bardzo ważne zagadnienie. Wiemy, że z powodu narastającej epidemii otyłości bardzo wielu pacjentów ma na różnym etapie swojego życia ma zaburzenia czynności wątroby. Zastosowanie u tych pacjentów preparatu takiego jak lizynopryl – niewymagającego metabolizmu wątrobowego, czyli nie obciążającego dodatkowo tego narządu, zdecydowanie jest zasadne. Co więcej, w przypadku różnych terapii w tak złożonych przypadkach, jak nadciśnienie tętnicze współistniejące z różnymi istotnymi czynnikami ryzyka, musimy brać pod uwagę również takie kwestie, jak na przykład: czy dany lek wchłania się inaczej, jeśli jest przyjmowany z posiłkiem lub po nim? (idealnie, kiedy to nie ma istotnego znaczenia) lub czy dany preparat możemy zastosować w ostrej fazie zawału mięśnia sercowego? (idealnie, jeśli możemy). Dobrze, że dysponujemy dziś takimi możliwościami.

Rozmawiała Marta Sułkowska
Źródło: inf pras

Nadciśnienie tętnicze coraz częściej wymaga leczenia wykraczającego poza samą kontrolę ciśnienia. Podczas Kongresu Europejskiego Towarzystwa Nadciśnienia Tętniczego (ESH 2026) eksperci podkreślali, że skuteczna terapia pacjentów z chorobami współistniejącymi powinna być spersonalizowana, holistyczna i skoncentrowana na potrzebach chorego. Kluczowe znaczenie mają wczesna diagnostyka, zmiana stylu życia oraz odpowiednio dobrana farmakoterapia uwzględniająca cały profil ryzyka sercowo-naczyniowego.
W praktyce klinicznej nadciśnienie tętnicze rzadko występuje jako jedyne schorzenie dotykające pacjenta. Często towarzyszą mu zaburzenia gospodarki lipidowej, cukrzyca, ryzyko powikłań sercowo-naczyniowych. W świetle wniosków z tegorocznego Kongresu ESH 2026, trendy w postępowaniu w leczeniu nadciśnienia tętniczego w złożonych scenariuszach klinicznych są jasne: terapia musi być „pacjentocentryczna”, holistyczna i spersonalizowana.

Nadciśnienie tętnicze i schorzenia towarzyszące

Podczas Kongresu Europejskiego Towarzystwa Nadciśnienia Tętniczego (ang. European Society of Hypertension, ESH), który odbył się w maju 2026 roku w Gdańsku, często przypominano, że nadciśnienie tętnicze niezwykle rzadko występuje jako pojedyncze, odizolowane zaburzenie. Zdecydowana większość przypadków to nadciśnienie pierwotne, które rozwija się jako jeden z symptomów szerszych problemów zdrowotnych pacjenta.

W ramach Kongresu ESH 2026 mówiono o tym szczegółowo między innymi w czasie dwóch mini-sympozjów współorganizowanych przez Gedeon Richter, dotyczących: zintegrowanej terapii u pacjentów z nadciśnieniem tętniczym, dyslipidemią i powikłaniami sercowo-naczyniowymi oraz strategii terapeutycznych w złożonych przypadkach klinicznych, W toku dyskusji specjaliści podkreślali, że nadciśnienie bardzo często stanowi element tak zwanego zespołu metabolicznego, w którym  współistnieje z takimi schorzeniami jak: otyłość, insulinooporność i cukrzyca, zaburzenia gospodarki lipidowej, miażdżyca, choroby nerek.

W świetle aktualnej wiedzy medycznej postępowanie w złożonych scenariuszach klinicznych, wymagających zastosowania wielu różnych metod terapeutycznych, zdaniem ekspertów musi spełniać trzy podstawowe kryteria: musi być „pacjentocentryczne”, holistyczne i spersonalizowane.

Profilaktyka i spersonalizowana terapia

Po pierwsze: profilaktyka i radar nastawiony na wczesne objawy. Podczas sesji pt. „Integrated Management of Hypertension, Dyslipidemia and Vascular Complications” prof. Thomas Weber (Austria) przypominał, że objawy nadciśnienia tętniczego i schorzeń kardiometabolicznych pojawiają się, kiedy choroba jest już rozwinięta. Celem powinna być skuteczna profilaktyka i możliwie najwcześniejsza diagnostyka zaburzeń. Regularne badania kontrolne i pomiary ciśnienia tętniczego pomogą wcześnie wykryć ewentualne nieprawidłowości – wtedy, kiedy modyfikacją stylu życia i ewentualnie minimalnie inwazyjnym postępowaniem terapeutycznym można zahamować postęp choroby.

Po drugie: terapia zawsze powinna rozpocząć się od redukcji modyfikowalnych czynników ryzyka, to jest zmiany stylu życia pacjenta. Takie działanie powinno zdaniem ekspertów stanowić integralną część procesu leczenia, a nie dodatek, opcję. W ramach wspomnianego panelu prof. Dagmara Hering (Polska) stwierdziła: plan leczenia każdorazowo zaczynam ze swoimi pacjentami od redukcji czynników ryzyka. Eliminacja soli w diecie, obniżenie nadmiernej masy ciała – to naprawdę podstawa. Skuteczne leczenie nadciśnienia tętniczego wymaga holistycznego podejścia skoncentrowanego na pacjencie, ze szczególnym uwzględnieniem kompleksowej ochrony układu sercowo-naczyniowego poprzez zmianę stylu życia, systematyczną kontrolę ciśnienia krwi i zarządzanie gospodarką lipidową organizmu. Od tego musimy zacząć.

Co w kwestii farmakoterapii? W złożonej terapii skojarzonej celem jest eliminowanie potencjalnych konfliktów pomiędzy lekami, uwzględnianie preferowanych połączeń poszczególnych terapii, a kiedy to możliwe, wybór preparatów złożonych w jednej tabletce.

Farmakoterapia – kluczowy właściwy dobór

Leki typu single pill (znane również jako SPC, ang. single-pill combination), czyli preparaty złożone w jednej tabletce), łączące dwie lub więcej substancji czynnych w jednej dawce, są obecnie standardem pierwszego wyboru w leczeniu wielu chorób przewlekłych, zwłaszcza nadciśnienia tętniczego i zaburzeń lipidowych. Specjaliści podkreślili, że czynnik, taki jak dawkowanie leku – konieczność przyjmowania jednej lub kilku tabletek leku dziennie – z punktu widzenia pacjenta może mieć istotne znaczenie, które potencjalnie może przełożyć się na adherencję. To w konsekwencji wpłynie na efektywność stosowanego leczenia.

Eksperci zaznaczyli także, że w doborze strategii terapeutycznej warto uwzględniać nie tylko dowody naukowe na bezpieczeństwo i skuteczność terapii we wskazaniu podstawowym, ale także dodatkowe korzyści, które niosą za sobą poszczególne rozwiązania terapeutyczne. Przykładowo, w grupie leków typu DOAC (bezpośrednich doustnych antykoagulantów), u pacjentów ze zwiększonym ryzykiem krwawienia z przewodu pokarmowego istnieje możliwość zastosowania terapii zapewnianiającej skuteczną ochronę przeciwzakrzepową przy najkorzystniejszym profilu bezpieczeństwa. Analiza dostępnych opcji i specyficznych potrzeb pacjenta pozwoli wybrać najkorzystniejsze rozwiązanie.

Kiedy strategia leczenia obejmuje wiele różnych leków, mogą pojawiać się obawy o ewentualne skutki uboczne stosowania tak skonstruowanej terapii. Podczas sesji pt. „Effective Treatment Strategies in Complex Clinical Scenarios: Stroke Prevention in Atrial Fibrillation with Hypertension and Diabetes” prof. Andrzej Januszewicz (Polska) zaznaczył: podstawą w takich przypadkach jest rzetelna edukacja zarówno specjalistów, jak i pacjentów, która znacząco redukuje obawy. Mówiąc najkrócej: właściwe stosowanie dobrze dobranej terapii skojarzonej jest bezpieczne.

Dobra współpraca z pacjentem

W dyskusji w ramach tego samego panelu prof. Bela Benczur (Węgry) zwrócił uwagę, że z punktu widzenia pacjenta istotne znaczenie ma oczywiście bezpieczeństwo i efektywność kliniczna różnych metod terapeutycznych, ale także i aspekt kosztowy terapii. Zdaniem specjalistów warto omawiać z pacjentem te kwestie otwarcie – wybór leku refundowanego lub po prostu tańszej opcji terapeutycznej może zapobiec przerywaniu leczenia z powodów finansowych i tym samym przyczynić się do bardziej systematycznego stosowania terapii przez chorego. Raz jeszcze przypomniano, że terapia nadciśnienia tętniczego, zwłaszcza w złożonych scenariuszach klinicznych, powinna uwzględniać indywidualne uwarunkowania każdego chorego i jego preferencje. W tym kontekście powinna być „pacjentocentryczna”, holistyczna i spersonalizowana.

Wnioski ekspertów zostały zarejestrowane podczas wystąpień odbywających się w ramach dwóch mini-sympozjów wspieranych przez Gedeon Richter: dotyczących zintegrowanej terapii u pacjentów z nadciśnieniem tętniczym, dyslipidemią i powikłaniami sercowo-naczyniowymi oraz strategii terapeutycznych w złożonych przypadkach klinicznych.

Razem dla postępu w leczeniu nadciśnienia – Gedeon Richter Platynowym Partnerem Kongresu ESH 2026

Artykuł powstał w ramach zaangażowania Gedeon Richter we współtworzenie Kongresu ESH 2026. Kardiologia i choroby kardiometaboliczne to ważne obszary specjalizacji firmy.

Gedeon Richter jest międzynarodową specjalistyczną firmą farmaceutyczną rozwijającą̨ swoją działalność́ na pięciu kontynentach. Firma pragnie zostać globalnym innowatorem w kilku kluczowych dziedzinach nauki, jednocześnie działając na rzecz zwiększenia dostępności leków na całym świecie. W 2025 roku kapitalizacja rynkowa Gedeon Richter wyniosła 4,8 mld EUR a sprzedaż 2,3 mld EUR.

Gedeon Richter prowadzi największe centrum badawczo-rozwojowe w Europie Środkowej, które przynosi przełomowe rozwiązania w neuropsychiatrii i opiece zdrowotnej kobiet. Obszar biotechnologiczny i portfolio leków generycznych firmy zwiększa dostępność terapii dla pacjentów. Gedeon Richter produkuje także substancje czynne m.in. na potrzeby produkcji własnych produktów.

Gedeon Richter od 70 lat poszerza swoje portfolio o szeroką gamę leków generycznych, odgrywając wiodącą rolę w tej dziedzinie w Europie Środkowo-Wschodniej i krajach WNP. Portfolio Gedeon Richter zapewnia szeroki dostęp do wysokiej jakości i przystępnych cenowo  leków, w tym tradycyjnych leków Gedeon Richter, produktów generycznych i innowacyjnych produktów na licencji, obejmujących głównie obszary terapeutyczne chorób kardiometabolicznych, ośrodkowego układu nerwowego i reumatologii. Oferta produktów Gedeon Richter dostępnych bez recepty (OTC)w niektórych krajach obejmuje leki przeciwbólowe czy leki przeciwwirusowe.

Więcej informacji: www.gedeonrichter.com, www.gedeonrichter.pl.

Źródło: inf pras

W ciągu dziesięciu lat wydatki na ochronę zdrowia w Polsce wzrosły niemal trzykrotnie, jednak pacjenci nadal zmagają się z długimi kolejkami i ograniczonym dostępem do świadczeń. Autorzy raportu SGH Think Tank dla ochrony zdrowia przekonują, że dalsze zwiększanie nakładów nie wystarczy. Kluczowe staje się przesunięcie ciężaru systemu z leczenia skutków chorób na skuteczną profilaktykę i tworzenie warunków sprzyjających zdrowemu stylowi życia.
Wydatki na ochronę zdrowia w Polsce niemal się potroiły w ciągu dekady – z 107,6 mld zł w 2014 roku do 293,6 mld zł w 2024 roku, ale pacjenci wciąż zmagają się z długimi kolejkami i ograniczoną dostępnością świadczeń. Raport SGH Think Tank dla ochrony zdrowia „Nowa architektura finansowania ochrony zdrowia” wskazuje, że bez wzmocnienia profilaktyki i zmiany modelu finansowania dalszy wzrost nakładów nie przełoży się na poprawę efektów zdrowotnych ani ograniczenie chorób cywilizacyjnych.

Z opublikowanego w marcu br. raportu wynika, że całkowite wydatki na zdrowie w Polsce w 2024 roku stanowiły 8,1 proc. PKB. Poziom ten, pomimo wzrostu nominalnych nakładów, nadal pozostaje poniżej średniej w Unii Europejskiej i plasuje nasz kraj na jednym z końcowych miejsc unijnego zestawienia.

– Większość zasobów sektora skoncentrowana jest na medycynie naprawczej, czyli na chorobie, a sama definicja systemu ochrony zdrowia mówi, że głównym priorytetem powinno być zapobieganie chorobom, aby one nie obciążały zarówno obywatela w realizacji jego zadań, ambicji i celów, jak i systemu państwa poprzez zabezpieczenie zasobów, które będą musiały być zużyte do walki z chorobą podkreśla w rozmowie z agencją Newseria dr Małgorzata Gałązka-Sobotka, dziekan Centrum Kształcenia Podyplomowego i dyrektor Instytutu Zarządzania w Ochronie Zdrowia Uczelni Łazarskiego, współautorka raportu.

Jak wynika z analizy przytoczonej w raporcie SGH Think Tank dla ochrony zdrowia, w 2022 roku w Polsce 88 tys. osób zmarło z przyczyn, którym można było zapobiec dzięki skutecznej profilaktyce, a kolejne 51 tys. z powodu chorób możliwych do uniknięcia przy odpowiedniej interwencji medycznej. Umieralność ta była wyższa niż średnia w krajach UE o 45 proc.

W raporcie wskazano, że działania zapobiegawcze są słabo finansowane i przegrywają z wydatkami na leczenie szpitalne i wysokospecjalistyczne. W dodatku ich efekty są odroczone w czasie i trudniejsze do bezpośredniego zmierzenia. Dotyczy to zarówno profilaktyki wtórnej, czyli badań przesiewowych, jak i pierwotnej, o której często zapominamy, a która obejmuje działania zapobiegające powstawaniu chorób, związane m.in. ze stylem życia, dietą czy warunkami środowiskowymi. Zdaniem ekspertki profilaktyka pierwotna musi znaleźć swoje właściwe miejsce w polityce państwa.

– Wymaga ona zbudowania zupełnie innego środowiska życia, w którym to, co otacza nas dookoła od pierwszych dni życia, będzie sprzyjało temu, że będziemy mogli żyć długo i w zdrowiu. Wymaga to bardzo wielu działań, tak naprawdę każdy resort ma coś do zrobienia, aby tworzyć prozdrowotne środowisko życia dla obywateli – ocenia dr Małgorzata Gałązka-Sobotka.

Eksperci w raporcie podkreślają, że warunkiem skuteczności nowego podejścia jest podniesienie profilaktyki na poziom koordynacji rządowej. Natomiast zaangażowanie w tę politykę różnych ministerstw powodowałoby, że i jej finansowanie mogłoby pochodzić z ich budżetów.

– Dzisiaj powinniśmy spojrzeć na te elementy polityk państwa, które muszą podlec modyfikacji, aby Polak nie był stymulowany przez działania różnych branż, które skłaniają go do wyborów zagrażających zdrowiu. Przykładem jest chociażby szeroko rozumiana powszechna reklama wysokoprzetworzonej żywności i szeroki dostęp do takich produktów, niczym nieograniczony dla dzieci i młodzieży. W profilaktyce często mówimy o bardzo prostych interwencjach. Jedną z takich interwencji, która istotnie ogranicza rozwój otyłości wśród dzieci i młodzieży, jest powszechny szeroki dostęp do pitnej wody w każdej placówce edukacyjnej czy w każdym miejscu publicznym – wymienia dziekan Centrum Kształcenia Podyplomowego.

Jak podkreśla, to jedno z działań, które nie wymaga gigantycznych inwestycji, a które przysłuży się profilaktyce.

– Przykładem takiej interwencji jest zmiana podejścia do popularyzacji i promocji aktywności fizycznej. Ruch spontaniczny powinien być stałym elementem edukacji społeczeństwa – tłumaczy ekspertka. – Innym bardzo prostym przykładem jest wybieranie chodzenia po schodach zamiast wsiadania do windy, wiele możemy zrobić dla naszego zdrowia tu i teraz, nie czekając na regulacje systemowe. Jednak bez regulacji systemowych zbudowanie polityki państwa i środowiska życia sprzyjającego zdrowiu na pewno nie będzie możliwe.

Autorzy raportu proponują m.in. wyodrębnienie stabilnego strumienia środków na profilaktykę, powiązanego z długofalowymi celami zdrowotnymi oraz mierzalnymi efektami. Wśród rekomendacji pojawiają się także instrumenty fiskalne, takie jak podatki od produktów szkodliwych dla zdrowia, oraz mechanizmy zachęcające do wykonywania badań profilaktycznych.

– Podatki od grzechu mają zwiększać świadomość konsumenta na temat tego, co wkłada do koszyka. Nie ma wątpliwości, że dzisiaj zdrowa żywność jest istotnie droższa od żywności wysokoprzetworzonej, której wpływ na zdrowie jest bardzo negatywny. Poprzez instrumenty fiskalne państwo może zmienić relacje i zdemokratyzować dostępność do tej żywności, która jest pożądana w naszej codziennej diecie –
ocenia dr Małgorzata Gałązka-Sobotka.

Od 1 stycznia 2021 roku w Polsce obowiązuje tzw. opłata cukrowa (zwana również podatkiem cukrowym). Raport Instytutu Sobieskiego „Cukier – nałóg Polaków” przywołuje dane Centrum Monitorowania Rynku, z których wynika, że wprowadzenie tej opłaty przyczyniło się do istotnego wzrostu cen słodkich napojów bezalkoholowych – w przypadku napojów gazowanych o około 36 proc., a wód smakowych o blisko 22 proc. Popyt na te produkty spadł początkowo o około 20 proc., ale potem konsumenci przyzwyczaili się do wyższych cen lub zmienili preferencje. Rzeczywiste wpływy z podatku cukrowego są znacząco niższe, niż przewidywano. Przeciętny Polak spożywa rocznie blisko 45 kg cukru, czyli ok. 125 g dziennie.

– Towarzyszyło nam absolutne przekonanie, że to jest dobry kierunek i mówiliśmy sobie wtedy wprost, że pieniądze z podatku cukrowego powinny być przeznaczone na profilaktykę, w tym na edukację konsumencką, aby kompensować negatywne następstwa nieprawidłowych nawyków żywieniowych Polaków. Niestety tak się nie stało, środki z opłaty cukrowej trafiły do ogólnego budżetu Narodowego Funduszu Zdrowia i niestety nie realizują tych celów – mówi ekspertka.

Raport Warsaw Enterprise Institute na temat opłaty cukrowej „Troska o zdrowie czy skok na kasę” przypomina, że w Polsce 96,5 proc. przychodów z opłaty trafia do ogólnego budżetu. W dużej mierze nie finansują więc edukacji, profilaktyki oraz leczenia chorób wynikających z niewłaściwych wyborów żywieniowych, w tym otyłości i nadwagi, tylko trafiają na ogólne potrzeby NFZ.

– Od wdrożenia opłaty cukrowej minęło już kilka lat, a nadal działania w obszarze profilaktyki i leczenia otyłości są dalekie od tego, czego potrzebuje polskie społeczeństwo – podkreśla dr Małgorzata Gałązka-Sobotka.

Z danych przytaczanych w raporcie SGH wynika, że nadwagę ma ponad 53 proc. Polaków, a otyłość dotyczy blisko 25 proc. populacji, przy czym problem coraz częściej występuje u dzieci. Na cukrzycę choruje ok. 5,6 proc. społeczeństwa.

W Polsce kontrowersyjne pozostaje ustawodawstwo w zakresie podatku VAT na wodę i napoje. Obecnie woda butelkowana objęta jest podstawową stawką wynoszącą 23 proc., podobnie jak napoje gazowane czy alkohol. Z kolei napoje z dodatkiem co najmniej 20 proc. soku korzystają z preferencyjnej stawki 5 proc.

 Jestem zwolenniczką wzrostu nakładów zarówno na profilaktykę, jak i na leczenie, pod warunkiem że zmieniamy zasady alokacji tych środków i sposób organizacji systemu ochrony zdrowia. Bez zreformowania samego systemu profilaktyki pierwotnej, profilaktyki wtórnej oraz ścieżki pacjenta w procesie diagnozy i leczenia kolejne wzrosty finansowania mogą niestety prowadzić do tego, że za dużo więcej pieniędzy uzyskamy dokładnie tę samą niesatysfakcjonującą Polaków opiekę zdrowotną – mówi współautorka raportu.

Źródło: Newseria

Ponad 3,7 mln osób wypełniło ankietę programu „Moje Zdrowie”, a ponad 1,6 mln zrealizowało indywidualny bilans zdrowia, wynika z podsumowania pierwszego roku działania programu profilaktycznego. Eksperci podkreślają, że projekt nie tylko zwiększył zainteresowanie profilaktyką zdrowotną, ale także pozwolił wcześniej wykrywać choroby cywilizacyjne i kierować pacjentów do dalszej diagnostyki. Zdaniem lekarzy kluczowym elementem programu pozostaje indywidualna rozmowa z pacjentem oraz tworzenie spersonalizowanego planu zdrowotnego.
Fundacja MY PACJENCI podsumowała rocznicę funkcjonowania programu profilaktycznego w formie debaty ekspertów, którzy komentowali zaprezentowane przez Profesor Agnieszkę Mastalerz – Migas, Konsultant Krajową w dziedzinie medycyny rodzinnej oraz Macieja Karaszewskiego, Dyrektora Departamentu Lecznictwa Ministerstwa Zdrowia dane dotyczące realizacji programu oraz wskazywali na oczekiwane/zasadne/oczekiwane modyfikacje.

Maciej Karaszewski, Dyrektor Departamentu Lecznictwa Ministerstwa Zdrowia jako sukces programu uznaje jego bardzo duży zasięg populacyjny – w ciągu niespełna roku 3, 6 miliona osób wypełniło ankietę, a ponad 1,6 miliona zrealizowało indywidualny bilans zdrowia, co stanowi 72 % ankiet. W grupach wiekowych 20 – 39 lat ankietę wypełniło ponad milion osób. Założenie przy uruchomieniu programu było takie, że do końca 2025 skorzysta z niego 600 tysięcy osób –  ankiet wypełnionych na koniec 2025 było 2,3 miliona, gdzie  w całym programie PROFILAKTYKA 40 plus udział wzięło 1,2 miliona osób. Łączny koszt realizacji programu to 800 milionów złotych. Magdalena Kołodziej, Prezes Fundacji MY PACJENCI wskazuje, że ilość zgłoszeń do programu obala stereotyp, że Polacy nie chcą korzystać z profilaktyki, wskazując też, że w sondzie przeprowadzonej przez Fundację wśród osób, które z niego skorzystało, oceniony został pozytywnie, szczególnie zaś ankieta czyli moment wejścia do programu.     

Jakie są cele programu MOJE ZDROWIE?

Głównym celem programu Moje Zdrowie jest zbudowanie modelu kompleksowej profilaktyki dostępnej dla każdego w jego przychodni POZ oraz zachęcanie do kontrolowania swojego zdrowia. Z programu może skorzystać każda ubezpieczona dorosła osoba, która ukończyła 20 lat – co 5 lat w okresie życia od 20 do 49 lat i co 3 lata, gdy ukończy 49 lat.

Program Moje zdrowia składa się z poniższych elementów:

– kwestionariusz bilansu
– badania laboratoryjne
– wizyta podsumowująca z utworzeniem Indywidualnego Planu Zdrowotnego
– interwencje prozdrowotne
– budowania nawyku badań profilaktycznych
– długoterminowe wsparcie monitorowania zdrowia pacjentów

Lekarze specjaliści medycyny rodzinnej podkreślają, że kluczowym elementem programu jest wizyta podsumowująca, która jest indywidualnym świadczeniem medycznym, kończącym się opracowaniem Indywidualnego Planu Zdrowotnego. Pacjent może otrzymać także dwie porady edukacyjne. To jeden z najlepszych programów profilaktycznych w Europie. I decyduje o tym właśnie jego unikalna konstrukcja, czyli to indywidualne spotkanie omawiające wyniki badań i  inne rekomendacje dla danej osoby – ocenia dr Michał Sutkowski, Prezes Kolegium Lekarzy Rodzinnych.   

Zdaniem dr n. med. Aleksandra Biesiady, wiceprezesa Polskiego Towarzystwa Medycyny Rodzinnej – „Moje Zdrowie” to nie tylko badania diagnostyczne, które stanowią jeden z elementów programu. To przede wszystkim okazja do kompleksowej oceny stanu zdrowia pacjenta, umożliwiająca identyfikację chorób oraz czynników ryzyka ich wystąpienia. To także przestrzeń do indywidualnej edukacji zdrowotnej i dopasowania zaleceń do potrzeb pacjenta. Dla wielu osób udział w programie to impuls do zmiany stylu życia i poprawy zdrowia.

Michał Dzięgielewski, Pełnomocnik Prezesa NFZ, podkreśla, że program trafił do ludzi młodych, którzy nie chodzą zazwyczaj do lekarza i nie było dla nich oferty profilaktycznej.

Po wykonaniu badań pacjent wraca do placówki POZ, gdzie odbywa się wizyta podsumowująca. Podczas niej lekarz, pielęgniarka lub położna przygotowują indywidualny plan zdrowotny.

Najczęstsze choroby wykrywane w programie „Moje Zdrowie”

Lekarze wskazują, że w programie „Moje Zdrowie najczęściej diagnozowane są choroby cywilizacyjne. Do najważniejszych należą: choroba otyłościowa, zaburzenia lipidowe, nadciśnienie oraz cukrzyca. Pacjenci najczęściej otrzymywali recepty na zaburzenia lipidowe, nadciśnienie tętnicze, cukrzycę, niedoczynność i nadczynność tarczycy. 3670 pacjentów otrzymało kartę DILO. Problemem jest fakt, że z ponad 65 000 (grypa, pneumokoki, półpasiec, RSV) wystawionych w ramach Indywidualnego Planu Opieki Medycznej recept na szczepienia aż 22 480 nie zostało zrealizowanych. W ankiecie wstępnej do programu prawie 30 % podało, że ma objawy obniżonego nastroju lub utratę zainteresowania codziennymi aktywnościami, a aż 40 % odczuwa przewlekłe zmęczenie i problemy ze snem.

Wykonano prawie 600 000 badań anty HCV, 185 000 liporoteiny oraz prawie 76 000 testów FIT OC.

Wielu pacjentów wymaga dalszego leczenia w ramach podstawowej opieki zdrowotnej, a część trafia do opieki koordynowanej, gdzie możliwe są konsultacje ze specjalistami. Pozostałe osoby otrzymują skierowania do dalszej diagnostyki lub leczenia w AOS.  Najczęściej wystawiano skierowania na kolonoskopię, USG brzucha, gastroskopię, USG tarczycy i RTG klatki piersiowej.

Sukces programu to przede wszystkim efekt ogromnego zaangażowania zespołów POZ. Lekarze, pielęgniarki, położne, koordynatorzy, profilaktycy, a także pracownicy rejestracji i administracji łączyli działania profilaktyczne z bieżącą opieką nad pacjentami, co w praktyce przełożyło się na lepsze rozpoznawanie potrzeb zdrowotnych, większą dostępność badań i wzrost świadomości pacjentów w zakresie zdrowia i działań sprzyjających jego utrzymaniu – podkreśla Profesor Agnieszka Mastalerz – Migas, Konsultant Krajowa w dziedzinie medycyny rodzinnej.

Co można zrobić lepiej?

Pacjenci i eksperci są zgodni, że nie ma sensu wykonywać badań na przykład poziomu glukozy na czczo u osób chorujących na cukrzycę czy anty HCV u osób, które przeszły to zakażenie – zamiast tego zasadne jest wprowadzenie nowoczesnych badań diagnostycznych, które aktualnie są dostępne jedynie dla pacjentów objętych opieka koordynowaną. „Mamy NT-proBNP, który wiemy, z czym się wiąże, jak możemy monitorować tego pacjenta i jakie mamy ryzyko zgonu. W Polsce jedną z najbardziej kosztownych jednostek leczenia są pacjenci z niewydolnością serca, więc dodanie tego badania mogłoby program jeszcze wzmocnić – mówiła prof. Agnieszka Pawlak z Państwowego Instytutu Medycznego MSWiA. Wskazywane jest także badanie UACR, które jest zalecane do wykonania u osób chorujących na cukrzycę oraz nadciśnienie tętnicze jako kluczowe badanie diagnostyczne wykrywające wcześnie przewlekłą niewydolność nerek. Istnieje silny związek pomiędzy przewlekłą chorobą nerek, cukrzycą, chorobami układu sercowo-naczyniowego oraz zaburzeniami metabolicznymi.  

Szacuje się, że cukrzyca typu 2 i nadciśnienie tętnicze stanowią przyczynę 80% przypadków niewydolności nerek. Aby pakiet badań mógł być bardziej zindywidualizowany niezbędne jest wdrożenie narzędzi cyfrowych, które to umożliwią, co podkreśla dr Tomasz Zieliński, wiceprezes Porozumienia Zielonogórskiego. Joanna Kazana, wicedyrektorka Onkofundacji Alivia apeluje o umożliwienie lekarzom POZ dostępu/wglądu w informacje czy pacjent wykonuje badania profilaktyczne poza POZ (typu mammografia czy test HPV HR) oraz o zbieranie przez system większej ilości kompletnych danych z tego typu programów by móc badać ich dokładny wymiar w zakresie dalszej ścieżki pacjenta, już poza POZ.   

Program MOJE ZDROWIE po roku – liczby – dane Centrum e-Zdrowia: 

 
– 3 739 583 osoby wypełniło ankietę
– 95 proc. ankiet zostało podjętych przez placówki POZ
– lekarze zlecili 61,2 proc. badań podstawowych oraz 38,8 proc. badań rozszerzonych
– najwięcej ankiet wypełniono w województwie mazowieckim, a najmniej w lubuskim i opolskim
– prawie 62 proc. ankiet wypełniły kobiety
– co piąta osoba, która wypełniła ankietę, ma 30-39 lat, a prawie co piąta 40-49.  
– 53 proc. pacjentów wybrało tradycyjny sposób zapisów w przychodni POZ, 26 proc. osób skorzystało z IKP, a 21 proc. z aplikacji moje IKP

Ocena satysfakcji

Fundacja My Pacjenci przeprowadziła sondę internetową oceny satysfakcji odbiorców programu Moje Zdrowie. Badanie pokazuje, że uczestnicy programu „Moje Zdrowie” generalnie pozytywnie oceniają udział w programie, szczególnie w zakresie prostoty procesu, możliwości wykonania badań profilaktycznych oraz omówienia wyników z personelem medycznym. Najwyżej oceniono proces wypełniania ankiety (NPS 58,34) oraz wizyty omawiające wyniki badań (NPS 48,15). Uczestnicy doceniali przede wszystkim możliwość wykonania badań bez konieczności wcześniejszej wizyty lekarskiej, dostępność profilaktyki oraz szansę na kontrolę stanu zdrowia.  „Badanie pokazuje, że program ma potencjał do wzmacniania postaw prozdrowotnych i budowania większej świadomości zdrowotnej. Pacjenci często wskazywali, że udział w programie był impulsem do wykonania badań, których wcześniej nie realizowali oraz pozwolił im lepiej zrozumieć własny stan zdrowia” – komentuje Magdalena Kołodziej, Prezes Fundacji My Pacjenci.

Źródło: inf pras

Ponad 300 pacjentów, przedstawicieli organizacji pacjenckich, ekspertów, mediów oraz instytucji publicznych, w tym Narodowego Funduszu Zdrowia, wzięło udział w warsztatach edukacyjnych „Zdążyć przed zawałem”, które odbyły się w Częstochowie w ramach kampanii „Prosta droga do zawału” oraz inicjatywy „Otyłość CDN (Cardio-Diabeto-Nefrologia)”.
Warsztaty miały charakter edukacyjny i koncentrowały się na budowaniu świadomości zdrowotnej oraz profilaktyce chorób przewlekłych. Eksperci przypominali, że większość chorób odpowiadających dziś za przedwczesne zgony i niepełnosprawność rozwija się przez lata, często bez wyraźnych objawów, a ich wspólnym mianownikiem są modyfikowalne czynniki ryzyka. Podczas spotkań przedstawiono również założenia inicjatywy „10 Zdrowia”, pokazując uczestnikom, jak duży wpływ na zdrowie serca, nerek i metabolizmu mają codzienne decyzje dotyczące aktywności fizycznej, diety, kontroli masy ciała, rzucenia palenia czy regularnego wykonywania badań profilaktycznych. Podkreślano także, że w przypadku już rozpoznanych chorób ogromne znaczenie ma systematyczna kontrola stanu zdrowia i przestrzeganie zaleceń terapeutycznych.

Choroby przewlekłe wymagają kompleksowego podejścia

Choroby przewlekłe coraz rzadziej występują jako pojedyncze schorzenia. Pacjenci z niewydolnością serca często jednocześnie chorują na cukrzycę, przewlekłą chorobę nerek czy otyłość, a skuteczne leczenie wymaga kontroli wielu parametrów zdrowotnych, także metabolicznych i elektrolitowych. Zwracano również uwagę, że wielu pacjentów nadal nie ma świadomości, dlaczego regularna kontrola poziomu potasu jest tak ważna i jaki wpływ może mieć na bezpieczeństwo terapii oraz przebieg choroby.

Choroby kardiologiczne to dziś nie tylko problem samego serca. Coraz częściej mamy do czynienia z pacjentami z wielochorobowością, wymagającymi kompleksowego podejścia i stałego monitorowania terapii. W praktyce klinicznej ogromne znaczenie ma regularna kontrola parametrów laboratoryjnych, w tym elektrolitów. Zaburzenia poziomu potasu mogą wpływać zarówno na bezpieczeństwo pacjenta, jak i możliwości prowadzenia terapii poprawiającej rokowanie. Dlatego edukacja pacjentów w tym zakresie jest niezwykle potrzebna – podkreśla prof. Marcin Grabowski, Rzecznik Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego.

Hiperkaliemia – problem, o którym pacjenci wciąż wiedzą za mało

Podczas warsztatów dużo miejsca poświęcono również hiperkaliemii, czyli podwyższonemu poziomowi potasu we krwi. Eksperci tłumaczyli, że problem ten często dotyczy pacjentów
z niewydolnością serca i przewlekłą chorobą nerek, szczególnie tych stosujących nowoczesne leczenie kardiologiczne i nefrologiczne. To właśnie dlatego regularne badania kontrolne mają istotne znaczenie dla bezpieczeństwa terapii.

Edukacja zdrowotna pozostaje jednym z najważniejszych elementów skutecznego leczenia chorób przewlekłych. Wielu pacjentów nie ma świadomości, że niewydolność serca bardzo często współistnieje z chorobami nerek czy zaburzeniami metabolicznymi. Tymczasem odpowiednia kontrola parametrów laboratoryjnych, w tym poziomu potasu, może mieć bezpośredni wpływ na przebieg leczenia i możliwość utrzymania terapii poprawiającej rokowanie pacjenta. Dlatego tak ważne jest budowanie świadomości i zachęcanie pacjentów do regularnych badańmówi Agnieszka Wołczenko, prezes Stowarzyszenia EcoSerce.

O znaczeniu kontroli potasu mówili również przedstawiciele organizacji pacjenckich działających na rzecz osób z przewlekłą chorobą nerek.

W leczeniu chorób nerek regularna kontrola poziomu potasu ma bardzo duże znaczenie. Pacjenci często nie odczuwają pierwszych objawów pogarszającej się funkcji nerek, dlatego tak ważna jest diagnostyka i systematyczne monitorowanie wyników badań. Odpowiednia kontrola potasu pozwala bezpieczniej prowadzić terapię i zmniejszać ryzyko powikłań, które mogą dotyczyć zarówno nerek, jak i układu sercowo-naczyniowegozaznacza Dorota Ligęza ze stowarzyszenia Moje Nerki.

Edukacja zdrowotna potrzebna bardziej niż kiedykolwiek

Organizatorzy podkreślają, że zainteresowanie wydarzeniem pokazuje, jak duża jest potrzeba prowadzenia otwartej i rzetelnej edukacji zdrowotnej skierowanej do pacjentów.

– Bardzo dziękuję wszystkim osobom, dzięki którym to wydarzenie mogło się odbyć. Dziękuję ekspertom, organizacjom pacjenckim, partnerom, sponsorom, obsłudze technicznej i wszystkim osobom zaangażowanym w przygotowanie warsztatów. Ogromnie cieszy nas tak liczna obecność uczestników oraz zainteresowanie tematyką profilaktyki i chorób przewlekłych. To pokazuje, że pacjenci potrzebują rzetelnej wiedzy i bezpośredniego kontaktu z ekspertami. Już dziś zapraszamy na kolejne wydarzenia edukacyjne – podsumowuje Agnieszka Wołczenko.

Źródło: inf pras

Leki z grupy agonistów receptora GLP-1, stosowane dziś głównie w leczeniu cukrzycy typu 2 i otyłości, coraz częściej analizowane są także pod kątem wpływu na układ sercowo-naczyniowy. Nowa meta-analiza obejmująca ponad 91 tys. pacjentów wskazuje, że terapie te wiązały się z niższym ryzykiem poważnych incydentów sercowo-naczyniowych, w tym zawału serca, udaru mózgu i zgonu sercowo-naczyniowego. Autorzy zwracają uwagę, że obserwowane korzyści wykraczały poza samą kontrolę glikemii i redukcję masy ciała.
Leki z grupy agonistów receptora GLP-1, początkowo rozwijane jako terapia cukrzycy typu 2, od kilku lat znajdują coraz szersze zastosowanie także w leczeniu otyłości i redukcji ryzyka sercowo-naczyniowego. Nowa meta-analiza opublikowana na łamach „Cardiovascular Diabetology – Endocrinology Reports” pokazuje, że u osób z wysokim ryzykiem sercowo-naczyniowym stosowanie tych leków wiązało się z istotnym zmniejszeniem liczby poważnych incydentów sercowo-naczyniowych, w tym zawałów serca, udarów mózgu i zgonów z przyczyn sercowo-naczyniowych.

Autorzy przeanalizowali dane z 11 dużych randomizowanych badań klinicznych obejmujących łącznie 91 490 uczestników. Średni czas obserwacji wynosił 2,7 roku. Do analizy włączono wyłącznie badania typu cardiovascular outcome trials (CVOT), prowadzone u dorosłych pacjentów z rozpoznaną chorobą sercowo-naczyniową lub istotnie podwyższonym ryzykiem jej wystąpienia.

W badaniach oceniano różne leki z grupy GLP-1RA, m.in. liraglutyd, semaglutyd, dulaglutyd, eksenatyd, albiglutyd, liksysenatyd czy efpeglenatyd. Wszystkie porównywano z placebo.

Mniej poważnych incydentów sercowo-naczyniowych

Głównym analizowanym punktem końcowym były tzw. MACE (major adverse cardiovascular events), czyli duże niekorzystne zdarzenia sercowo-naczyniowe obejmujące zwykle zgon sercowo-naczyniowy, zawał serca lub udar mózgu.

Łącznie w grupach otrzymujących GLP-1RA odnotowano 4386 zdarzeń MACE, wobec 4884 w grupach placebo. Po połączeniu wyników wszystkich badań wykazano, że stosowanie agonistów receptora GLP-1 wiązało się z 14-procentowym zmniejszeniem ryzyka wystąpienia MACE w porównaniu z placebo (HR 0,86; 95 proc. CI 0,81–0,92).

Analiza wykazała także:
Autorzy odnotowali również mniejszą liczbę hospitalizacji z powodu niewydolności serca, choć w tym przypadku efekt był słabszy i mniej stabilny w analizach czułości.

Nie tylko wpływ na glikemię i masę ciała

Agoniści receptora GLP-1 byli początkowo rozwijani głównie z myślą o poprawie kontroli glikemii u osób z cukrzycą typu 2. Z czasem zaczęto obserwować, że korzyści mogą wykraczać poza sam wpływ metaboliczny.

W publikacji przypomniano, że leki z tej grupy wpływają na wiele czynników związanych z ryzykiem sercowo-naczyniowym, w tym masę ciała, ciśnienie tętnicze, metabolizm lipidów i zmienność glikemii. Autorzy wskazują również na możliwe bezpośrednie działanie w obrębie układu sercowo-naczyniowego, obejmujące m.in. wpływ na śródbłonek naczyń, proces zapalny i mechanizmy miażdżycowe.

W pracy przywołano także dane eksperymentalne sugerujące obecność receptorów GLP-1 w tkance mięśnia sercowego oraz w ośrodkach autonomicznego układu nerwowego związanych z regulacją układu krążenia.

Korzyści obserwowano także po wyłączeniu populacji przedcukrzycowej

Jednym z elementów analizy była dodatkowa ocena wyników po wyłączeniu badania SELECT, które obejmowało osoby z nadwagą lub otyłością bez cukrzycy typu 2, ale z chorobą sercowo-naczyniową.

Po usunięciu tej populacji efekt ochronny pozostawał zbliżony. Autorzy interpretują to jako argument przemawiający za tym, że obserwowane korzyści nie wynikają wyłącznie z poprawy kontroli cukrzycy.

Przeprowadzono również analizę podgrup dotyczącą semaglutydu. W tej grupie leków obserwowano większą redukcję ryzyka MACE niż w analizie całej klasy GLP-1RA. Autorzy podkreślają jednak, że była to analiza post hoc i wynik należy traktować ostrożnie, jako obserwację wymagającą dalszych badań, a nie dowód przewagi konkretnego preparatu.

Działania niepożądane: najczęściej ze strony przewodu pokarmowego

W analizowanych badaniach nie stwierdzono istotnego wzrostu ryzyka ciężkiej hipoglikemii ani ostrego zapalenia trzustki.

Najczęściej zgłaszanymi działaniami niepożądanymi były objawy ze strony przewodu pokarmowego, przede wszystkim nudności, wymioty i biegunki. W części badań częstość tych objawów była o ponad 10 punktów procentowych wyższa niż w grupach placebo.

Autorzy zwracają uwagę, że działania te są dobrze znanym efektem klasowym terapii GLP-1RA i mogą wpływać na tolerancję leczenia oraz utrzymanie terapii przez pacjentów.

Coraz większa rola GLP-1 w strategiach redukcji ryzyka sercowo-naczyniowego

Autorzy publikacji podkreślają, że wyniki wspierają szersze włączanie agonistów receptora GLP-1 do strategii ograniczania ryzyka sercowo-naczyniowego u osób wysokiego ryzyka, szczególnie u pacjentów z cukrzycą typu 2, otyłością lub już rozpoznaną chorobą sercowo-naczyniową.

Zwracają jednocześnie uwagę, że nadal istnieją ograniczenia związane m.in. z dostępnością leczenia, kosztami terapii oraz różnicami pomiędzy poszczególnymi badaniami i populacjami pacjentów. Meta-analiza opierała się również na danych zbiorczych z badań, a nie na indywidualnych danych pacjentów, co ogranicza możliwość bardziej szczegółowych analiz podgrup.

W pracy zaznaczono również, że potrzebne są dalsze badania dotyczące miejsca GLP-1RA poza populacjami wysokiego ryzyka sercowo-naczyniowego oraz potencjalnych korzyści wynikających z łączenia tych terapii z inhibitorami SGLT2.

Źródło: Peter K., Roka O., Sepp E. i wsp. The long-term cardiovascular safety and efficacy of glucagon-like peptide-1 (GLP-1) receptor agonists in high-risk cardiovascular populations: a systematic review and meta-analysis. Cardiovascular Diabetology – Endocrinology Reports, 2026.
Systemy ciągłego monitorowania glukozy (CGM) poprawiają kontrolę cukrzycy typu 2 także u pacjentów stosujących wyłącznie insulinę bazową – wynika z najnowszych badań. Obecnie jedynie 18–30 proc. spośród ok. 63 mln osób leczonych insuliną osiąga docelowe wartości glikemii, co wiąże się z wyższym ryzykiem powikłań oraz kosztami dla systemów ochrony zdrowia szacowanymi globalnie na 217 mld dolarów rocznie.
Dane wskazują, że zastosowanie CGM może istotnie poprawić kontrolę poziomu glukozy w tej grupie pacjentów, ograniczając ryzyko powikłań i przyczyniając się do zmniejszenia obciążeń dla systemów opieki zdrowotnej.

U pacjentów z cukrzycą typu 2 leczonych insuliną bazową jednym z głównych wyzwań pozostaje dostosowanie terapii do zmiennych poziomów glukozy w ciągu dnia. Ograniczona liczba pomiarów przy użyciu tradycyjnych glukometrów utrudnia wychwycenie wahań glikemii, w tym epizodów hipoglikemii i hiperglikemii, co przekłada się na trudności w osiąganiu celów terapeutycznych.

Badanie FreeDM2 przeprowadzone w Wielkiej Brytanii wykazało przewagę systemów CGM nad tradycyjną samokontrolą glikemii przy użyciu glukometru. Po czterech miesiącach pacjenci korzystający z monitorowania ciągłego obniżyli poziom HbA1c, czyli średni poziom cukru we krwi z ostatnich miesięcy, o 0,6 proc. bardziej niż osoby wykonujące pomiary z palca oraz spędzali średnio o 2,5 godz. dziennie więcej w docelowym zakresie glikemii (70–180 mg/dL).

Podobne rezultaty przyniosło badanie prowadzone we Włoszech w warunkach codziennej praktyki klinicznej. Po trzech miesiącach stosowania CGM pacjenci osiągali lepsze średnie poziomy glukozy, dłuższy czas w zakresie docelowym oraz poprawę jakości życia.

Dla tej grupy pacjentów dostęp do nowoczesnych technologii jest wciąż ograniczony. Systemy ciągłego monitorowania glukozy najczęściej są refundowane przede wszystkim dla osób intensywnie leczonych insuliną, podczas gdy pacjenci stosujący wyłącznie insulinę bazową rzadziej są nimi obejmowani. Tymczasem, jak wskazują eksperci, to właśnie w tej grupie poprawa kontroli glikemii pozostaje jednym z największych wyzwań terapeutycznych.

 Najnowsze wyniki badań jednoznacznie pokazują, jak ważną rolę odgrywa ciągłe monitorowanie glukozy w codziennym życiu osób z cukrzycą typu 2. Dostęp do danych w czasie rzeczywistym pozwala pacjentom lepiej zarządzać terapią i podejmować świadome decyzje dotyczące diety, aktywności fizycznej czy leczenia – podkreśla Monika Kaczmarek, prezeska Polskiego Stowarzyszenia Diabetyków.

Systemy CGM umożliwiają stałe monitorowanie poziomu glukozy bez konieczności wykonywania częstych nakłuć palca. Tymczasem, jak wskazują eksperci, to właśnie w tej grupie poprawa kontroli glikemii pozostaje jednym z największych wyzwań terapeutycznych. Sensor umieszczony na ciele przekazuje dane w czasie rzeczywistym do aplikacji lub czytnika, co pozwala śledzić nie tylko aktualny poziom glikemii, lecz także jej trendy i kierunek zmian. W praktyce umożliwia to szybsze reagowanie na wahania poziomu cukru oraz lepsze dostosowanie terapii, diety i aktywności fizycznej. Z technologii FreeStyle Libre korzysta obecnie ok. 8 mln osób w ponad 60 krajach na świecie.

Znaczenie takich rozwiązań rośnie wraz ze skalą problemu zdrowotnego. Według Międzynarodowej Federacji Diabetologicznej (IDF) na świecie żyje 589 mln osób z cukrzycą. Cukrzyca typu 2 stanowi ok. 90 proc. wszystkich przypadków i jest jedną z głównych przyczyn chorób sercowo-naczyniowych, niewydolności nerek czy utraty wzroku.

 Widzimy wyraźnie, że takie rozwiązania przekładają się na lepsze wyniki zdrowotne oraz większe bezpieczeństwo terapii. Cieszymy się, że głos pacjentów znajduje odzwierciedlenie w danych naukowych i aktualnych zaleceniach klinicznych. Dlatego apelujemy o dostosowanie zasad refundacji, aby każdy pacjent stosujący insulinę miał dostęp do technologii, które realnie zmniejszają ryzyko powikłań i poprawiają jakość życia – mówi Monika Kaczmarek.

Nowe podejście znajduje odzwierciedlenie także w zaleceniach klinicznych. W najnowszych rekomendacjach Polskiego Towarzystwa Diabetologicznego na 2026 rok po raz pierwszy wskazano na zasadność stosowania systemów CGM nie tylko u pacjentów intensywnie leczonych insuliną, ale także u osób przyjmujących pojedyncze wstrzyknięcia oraz korzystających z nowoczesnych terapii doustnych i inkretynowych.

Coraz więcej krajów decyduje się na szeroką refundację systemów CGM dla wszystkich pacjentów stosujących insulinę – niezależnie od liczby dawek w ciągu doby. Takie rozwiązania funkcjonują już m.in. we Francji, Włoszech, Hiszpanii, Szwajcarii, Szwecji, Finlandii, Walii, USA, Kanadzie, Japonii, Chinach, Chile, Zjednoczonych Emiratach Arabskich i Brazylii. Wiele kolejnych państw rozważa wprowadzenie podobnych regulacji, dostrzegając korzyści zdrowotne, społeczne i systemowe wynikające z lepszej kontroli cukrzycy.

Eksperci podkreślają, że szersze wykorzystanie technologii ciągłego monitorowania glukozy może zmienić model leczenia cukrzycy typu 2 z reaktywnego na proaktywny. W warunkach rosnącej liczby pacjentów oraz obciążeń dla systemów ochrony zdrowia zwiększenie dostępności takich rozwiązań jest postrzegane nie tylko jako potrzeba kliniczna, ale również jako element racjonalnej polityki zdrowotnej.

Źródło: Newseria

Od 8 kwietnia 2026 r. zacznie obowiązywać nowy wykaz produktów zagrożonych brakiem dostępności w Polsce. Opublikowana przez Ministerstwo Zdrowia lista obejmuje 282 produkty lecznicze, środki specjalnego przeznaczenia żywieniowego oraz wyroby medyczne, których dostępność w krajowej dystrybucji została uznana za zagrożoną. Wpisanie do wykazu oznacza objęcie tych preparatów szczególnym nadzorem nad obrotem, przede wszystkim w zakresie eksportu, co ma ograniczyć zjawisko tzw. odwróconego łańcucha dystrybucji – sytuacji, w której leki kupowane w Polsce trafiają następnie na sprzedaż w innych krajach Unii Europejskiej. Jednocześnie sama obecność produktu na liście pokazuje, że jego dostępność w części aptek bywa już dziś ograniczona.

Czym jest lista leków zagrożonych brakiem dostępności

Wykaz leków zagrożonych brakiem dostępności jest jednym z narzędzi nadzoru nad rynkiem farmaceutycznym w Polsce. Jego publikacja wynika z przepisów Prawa farmaceutycznego – konkretnie art. 37av ustawy – i stanowi element systemu mającego chronić krajowy rynek przed niedoborami leków. Dokument jest ogłaszany w Dzienniku Urzędowym Ministra Zdrowia i aktualizowany w zależności od sytuacji w dystrybucji farmaceutyków.

Podstawą przygotowania wykazu są dane dotyczące realnej dostępności produktów w aptekach i hurtowniach farmaceutycznych. Informacje te pochodzą z systemu monitorowania obrotu lekami, który pozwala analizować zarówno poziom zapasów, jak i ewentualne zakłócenia w dostawach. Na listę trafiają te produkty lecznicze, których dostępność zaczyna być ograniczona lub których niedobory zostały już odnotowane w części placówek.

Wpisanie leku do wykazu nie oznacza automatycznie jego całkowitego braku w aptekach, ale wskazuje, że jego dostępność może być zagrożona. W takiej sytuacji wprowadzane są mechanizmy mające ograniczyć ryzyko dalszego odpływu produktów z rynku krajowego. Dotyczy to przede wszystkim eksportu leków – ich wywóz z Polski może zostać objęty dodatkowymi procedurami kontrolnymi, a w wielu przypadkach wymaga zgody Głównego Inspektora Farmaceutycznego.

Obwieszczenie opublikowane 31 marca 2026 r. obejmuje łącznie 282 produkty lecznicze, środki specjalnego przeznaczenia żywieniowego oraz wyroby medyczne, które – według danych systemowych – mogą być szczególnie narażone na niedobory w najbliższym okresie.

Analiza wykazu pokazuje jednocześnie, że problem dostępności nie dotyczy jednego obszaru terapii. Na liście znajdują się zarówno leki stosowane w chorobach przewlekłych, takich jak cukrzyca czy choroby układu oddechowego, jak i preparaty wykorzystywane w psychiatrii, neurologii, onkologii czy profilaktyce zakażeń. Skala i różnorodność wskazanych produktów pokazują, że wyzwania związane z dostępnością leków mają charakter systemowy i obejmują wiele segmentów rynku farmaceutycznego.

 
Diabetologia i leczenie metaboliczne

Największą grupę na liście stanowią insuliny i leki stosowane w cukrzycy oraz zaburzeniach metabolicznych. To terapie kluczowe dla pacjentów przewlekle chorych.

Na wykazie znajdują się m.in.:
Lista obejmuje również leki przeciwcukrzycowe nowej generacji, stosowane w terapii cukrzycy typu 2 i otyłości, m.in.:
Dla wielu pacjentów są to leki stosowane codziennie i często przez wiele lat, dlatego ich ograniczona dostępność może mieć bezpośredni wpływ na ciągłość terapii.

ADHD i psychiatria

Wyraźnie widoczna jest również duża liczba leków stosowanych w psychiatrii i neurologii.

Na liście znalazły się m.in.:

leki na ADHD
leki przeciwpsychotyczne i psychiatryczne
leki przeciwpadaczkowe
Niedobory w tych obszarach mogą być szczególnie problematyczne, ponieważ zmiana terapii psychiatrycznej często wymaga czasu i kontroli lekarza prowadzącego.

Onkologia i hematologia

W wykazie znajdują się także leki stosowane w terapii nowotworów lub leczeniu powikłań onkologicznych.

Przykłady z listy obejmują:
Obecność tych leków w wykazie pokazuje, że problem dostępności dotyczy nie tylko terapii przewlekłych, ale także leków stosowanych w leczeniu chorób nowotworowych.

Choroby układu oddechowego

Na liście znajdują się również liczne inhalatory i leki stosowane w leczeniu astmy oraz POChP.

Przykłady:
Dla pacjentów z chorobami obturacyjnymi płuc ciągłość stosowania tych leków jest kluczowa dla kontroli objawów.

Szczepionki i immunoglobuliny

W wykazie pojawiają się także preparaty stosowane w profilaktyce chorób zakaźnych oraz leczeniu immunologicznym.

Na liście znalazły się m.in.:
oraz liczne preparaty immunoglobulin, takie jak:
To preparaty wykorzystywane m.in. w leczeniu niedoborów odporności czy chorób autoimmunologicznych.

Leczenie bólu i opioidy

Istotną część wykazu stanowią także leki przeciwbólowe stosowane w leczeniu bólu przewlekłego, w tym opioidy.

Wśród nich znajdują się m.in.:
Dla pacjentów z chorobami nowotworowymi lub ciężkimi schorzeniami przewlekłymi dostępność tych preparatów ma kluczowe znaczenie dla kontroli bólu.

Preparaty żywieniowe i produkty dla dzieci

Lista obejmuje również produkty specjalnego przeznaczenia żywieniowego, stosowane m.in. w alergiach pokarmowych lub zaburzeniach metabolicznych.

Przykłady:
Są to preparaty mlekozastępcze stosowane u niemowląt i dzieci z alergią na białka mleka krowiego.

Co oznacza wpisanie leku na listę

Wpisanie produktu do wykazu nie oznacza automatycznie, że lek zniknie z aptek. Oznacza jednak, że:
Lista pełni więc przede wszystkim funkcję mechanizmu ochrony rynku krajowego.
Nie rozwiązuje jednak podstawowego problemu, jakim jest ograniczona podaż leków lub globalne zakłócenia w łańcuchach dostaw.

Pełny wykaz 282 produktów znajduje się w obwieszczeniu Ministra Zdrowia:
https://dziennikmz.mz.gov.pl/legalact/2026/23/

Źródło: obwieszczenie Ministra Zdrowia z 31 marca 2026 r. w sprawie wykazu produktów leczniczych, środków spożywczych specjalnego przeznaczenia żywieniowego oraz wyrobów medycznych zagrożonych brakiem dostępności w Polsce.
Kiszonki, kefiry czy kimchi to nie tylko element tradycyjnej diety, ale także ważne źródło korzystnych mikroorganizmów. Coraz więcej badań naukowych wskazuje, że produkty fermentowane mogą wspierać odporność, poprawiać funkcjonowanie mikrobiomu jelitowego i pomagać w profilaktyce chorób cywilizacyjnych, takich jak otyłość czy cukrzyca. Naukowcy podkreślają, że zawarte w nich bakterie oraz metabolity powstające podczas fermentacji mogą ograniczać stany zapalne i wzmacniać barierę jelitową.
– Kiedy spożywamy produkty fermentowane, nie dostarczamy sobie jedynie składników odżywczych, ale także wprowadzamy do jelit żywe społeczności mikroorganizmów wraz z ich metabolitami. Oddziałują one na nasz mikrobiom jelitowy na dwa sposoby. Po pierwsze, dostarczając żywe mikroby jako „gości”. Po drugie, mikroorganizmy dostarczają metabolity wytwarzane podczas procesu fermentacji żywności. Jeśli chodzi o same mikroby – w żywności fermentowanej znajdują się ich miliardy. Tak jest na przykład w kimchi czy w polskiej kapuście kiszonej – mówi w wywiadzie dla agencji Newseria dr Mohamed Mannaa, fitopatolog prowadzący badania na Państwowym Uniwersytecie w Pusanie (Korea Południowa), wykładowca na Uniwersytecie Kairskim.

O prozdrowotnym wpływie produktów fermentowanych mówiło się od dawna. W serwisie internetowym Ministerstwa Zdrowia i Narodowego Funduszu Zdrowia czytamy na przykład, że kiszonki warto wprowadzić do codziennej diety, ponieważ zawierają dużo antyoksydantów (przeciwutleniaczy) i probiotyków, a to właśnie te substancje odpowiadają za odporność organizmu.

Przeciwnicy kiszonek i innych produktów fermentowanych argumentowali jednak, że przekonanie o ich prozdrowotnym działaniu nie jest poparte naukowymi dowodami, ale opiera się jedynie na przekonaniach. Pod koniec maja ubiegłego roku na łamach czasopisma „Foods” ukazał się jednak przegląd badań klinicznych i przedklinicznych, które uzasadniają rolę fermentowanej żywności w regulacji odporności, homeostazie metabolicznej, funkcjach poznawczych i łagodzeniu stanów zapalnych. Wykazano między innymi, że fermentowana żywność jest siedliskiem złożonych ekosystemów mikrobiologicznych, obejmujących różnorodne populacje pożytecznych mikroorganizmów takich jak bakterie kwasu mlekowego, bakterie kwasu octowego, drożdże i pleśnie.

– Fermentując jedzenie, powierzamy mikrobom rolę szefa kuchni czy też oddajemy im miejsce w fotelu kierowcy. Ich aktywność całkowicie przekształca żywność od środka. W tym naturalnym bioreaktorze mikroorganizmy przekształcają złożone składniki w ich prostsze i bardziej prozdrowotne postacie. Na przykład cukry przechodzą kompletną transformację i zamieniają się w kwasy organiczne. Te kwasy organiczne nie tylko przedłużają trwałość żywności, ale po spożyciu zmieniają środowisko w organizmie w taki sposób, że sprzyja ono rozwojowi dobrych, korzystnych mikroorganizmów. Jeśli chodzi o białka, mikroby rozkładają je na bioaktywne peptydy, które pomagają w regulacji ciśnienia krwi, a także wspierają modulację odporności. Dochodzi też do syntezy witamin, zwłaszcza z grupy B, co w naturalny sposób wzbogaca żywność – mówi Mohamed Mannaa.

Naukowcy zwrócili uwagę na to, że spożywanie fermentowanej żywności powoduje ponadto przejściowe wprowadzenie do przewodu pokarmowego złożonych społeczności mikroorganizmów, które dynamicznie wchodzą w interakcje z mikroflorą jelitową. Chociaż mikroorganizmy z fermentowanej żywności zazwyczaj nie wykazują długotrwałej kolonizacji, ich tymczasowa obecność znacząco wpływa na różnorodność mikroorganizmów, aktywność metaboliczną i odporność ekosystemu jelitowego. Regularne spożywanie produktów fermentowanych, takich jak jogurt, kefir, kimchi i kiszona kapusta, konsekwentnie wiąże się z korzystnymi zmianami w mikrobiomie jelitowym. Co godne uwagi, często zgłaszano zwiększoną różnorodność mikroorganizmów i wzbogacenie w taksony prozdrowotne, takie jak gatunki BifidobacteriumLactobacillus Akkermansia. Te korzystne mikroorganizmy wzmacniają funkcję bariery jelitowej, modulują reakcje immunologiczne i wspierają procesy przeciwzapalne.

– W próbkach kału osób spożywających produkty fermentowane nadal obecne są żywe mikroby, co oznacza, że są one w stanie przetrwać przejście przez przewód pokarmowy. Ich obecność, nawet krótkotrwała, przesuwa ekosystem jelitowy w kierunku zdrowszego środowiska, zwiększając różnorodność mikrobiomu i wspierając rozwój innych korzystnych bakterii. Podobnie dzieje się z metabolitami. Nawet jeśli same mikroby nie docierają do jelit, to metabolity wytwarzane podczas fermentacji pełnią rolę swoistych posłańców. Wzbogacają i wzmacniają florę jelitową i tłumią działanie niekorzystnych mikrobów, wspierając rozwój tych dobrych. W rezultacie zwiększają różnorodność mikrobiomu jelitowego i ograniczają liczebność szkodliwych mikroorganizmów – przekonuje badacz.

Doniesienia naukowe potwierdzają, że kiszonki mogą mieć znaczenie we wspieraniu leczenia chorób cywilizacyjnych, w tym otyłości. Wspomniany już szczep Akkermansia charakteryzuje się tym, że u osób otyłych czy też w modelach zwierzęcych otyłości jej kolonizacja jest bardzo niska albo wręcz bakteria ta nie występuje. U osób szczupłych, a także w badaniach na myszach okazywało się jednak, że jej wysoka liczebność korelowała z niższą ilością tkanki tłuszczowej. Jak podkreśla dr Mannaa, prowadzone były badania z suplementacją Akkermansii u ludzi, które wykazały, że rzeczywiście obniżała ona poziom tłuszczu w organizmie.

– Badane osoby przez 10 tygodni spożywały żywność fermentowaną. Wykazano, że produkty fermentowane obniżały poziom markerów zapalnych w organizmie i poprawiały różnorodność mikrobiomu nawet skuteczniej niż dieta bogata w błonnik. Inne badanie dotyczyło kimchi – fermentowanej kapusty popularnej w Azji, szczególnie w Korei. Po ośmiu tygodniach spożywania kimchi przez kobiety otyłe wykazano znaczący spadek tkanki tłuszczowej i poprawę zdrowia metabolicznego w porównaniu do grupy spożywającej niefermentowane kimchi. Udowodniono w ten sposób, że kluczowa była właśnie fermentacja, a nie sama kapusta. Dodatkowo długoterminowe badania populacyjne pokazały, że regularne spożywanie fermentowanych produktów mlecznych, takich jak jogurt czy kefir, wiąże się z niższym ryzykiem zachorowania na cukrzycę typu 2, choroby sercowo-naczyniowe, a także niektóre nowotwory – podkreśla naukowiec.

Źródło: Newseria

Choć insulinooporność może dotyczyć nawet co trzeciej osoby w Polsce i mówi się o niej coraz więcej, to w błyskawicznym tempie narastają wokół niej również szkodliwe mity. Te, jak podkreślają eksperci, są wodą na młyn kampanii sprzedażowych producentów suplementów diety, które mają pomagać pacjentom wyjść z tego stanu. Dietetyk kliniczny podkreśla, że kluczem do skutecznego leczenia nie są restrykcyjne diety czy drogie suplementy, lecz holistyczne podejście, zmiana stylu życia i współpraca zespołu specjalistów.

– Świadomość dotycząca insulinooporności jest bardzo duża. Pacjentki często trafiają na ten temat, szukając przyczyn tego, że nagle ich masa ciała poszła do góry czy po prostu źle się czują. Dzięki temu, że mamy teraz bardzo rozwinięte social media, jest wiele grup społecznościowych, funkcjonują listy polecanych specjalistów, łatwo znaleźć dobrego eksperta w tej dziedzinie. Jest coraz więcej lekarzy, którzy nie odeślą pacjenta, mówiąc: „taki pana/pani urok, proszę wrócić, jak będzie już cukrzyca”, co jeszcze 10–15 lat temu mogło się zdarzyć – mówi w wywiadzie dla agencji Newseria dr n. o zdr. Małgorzata Słoma-Krześlak, dietetyczka kliniczna.

Jak czytamy w portalu pacjent.gov.pl, insulinooporność nie jest chorobą, lecz stanem, do którego dochodzi, gdy obniża się wrażliwość tkanek obwodowych na działanie insuliny. Organizm zaczyna produkować więcej tego hormonu, by unormować poziom glukozy we krwi. Jednak gdy tkanki są mniej wrażliwe na insulinę, wychwytują jej mniej, a to prowadzi do hiperglikemii, czyli podwyższonego stężenia glukozy we krwi.

Narodowe Centrum Edukacji Żywieniowej podaje, że insulinooporność może występować, w zależności od badanej grupy, w 10–30 proc. populacji. Na ryzyko jej wystąpienia wpływają styl życia, dieta i aktywność fizyczna.

 Największym mitem związanym z insulinoopornością jest chyba to, że jej posiadanie samo w sobie będzie powodować niekontrolowany przyrost masy ciała. Inny popularny mit dotyczy  konieczności wyeliminowania z diety glutenu i nabiału jako składników, które w tej sytuacji zdrowotnej mogą zaszkodzić – mówi dr Małgorzata Słoma-Krześlak.

Ekspertka uważa, że błędne przekonania krążące w świadomości społecznej mogą być pokłosiem kampanii sprzedażowo-reklamowych. Producenci suplementów diety w reklamowych przekazach przekonują, że insulinooporność to ciężkie zaburzenie, którego leczenie wymaga dużej wiedzy, a dieta jest tak wymagająca, że nie sposób samemu sobie z nią poradzić. Twierdzą, że z pomocą przychodzą sprzedawane przez nich specyfiki.

 Przez to pacjenci, zanim trafią do dobrego specjalisty, który im realnie pomoże i spojrzy bardziej holistycznie na ich stan zdrowia, tracą dużo cennego czasu. Często nie zgłaszają się już tylko z insulinoopornością. Stają się pacjentami ze stanem przedcukrzycowym albo z dodatkowymi komponentami zespołu metabolicznego, czyli nadciśnieniem tętniczym, dną moczanową czy zaburzeniami profilu lipidowego – wskazuje dietetyczka.

Jak podkreśla, diagnostyka insulinooporności nie jest prosta, przede wszystkim dlatego że nie istnieją wystandaryzowane metody do oceny insulinowrażliwości w poradniach.

 Jeżeli podejrzewamy u kogoś cukrzycę, to wiemy, że musimy mu zlecić test tolerancji glukozy. Są podane limity, jak to ma wyglądać na czczo, a jak w drugiej godzinie. Natomiast dla insulinooporności mamy złoty standard, to jest tzw. euglikemiczna klamra metaboliczna. Wykonuje się ją jednak wyłącznie w badaniach naukowych, a nie na oddziale szpitalnym czy w poradni. Pacjentki chętnie obliczają więc współczynnik HOMA, ale on nie jest do końca zwalidowany i trudno powiedzieć, jaka wartość będzie mogła być uznawana za insulinooporność – mówi dr Małgorzata Słoma-Krześlak.

Jak tłumaczy dietetyczka, lekarze są w stanie postawić diagnozę na podstawie wywiadu, lipidogramu czy krzywej glukozowej, bez konieczności przeprowadzania krzywej insulinowej.

– Jeżeli widzimy, że pacjent ma zrobioną krzywą glukozową i w drugiej godzinie testu wynik glikemii jest podobny do tego na czczo albo jeszcze niższy, to znaczy, że był za duży wyrzut insuliny w tym czasie i to jest hiperinsulinooporność. Sygnałem mogą też być zaburzenia profilu lipidowego.  W fazie badań są teraz nowe wskaźniki, które będą się opierać na zestawieniu np. stosunku trójglicerydów do poziomu glukozy – podkreśla ekspertka.

Jak dodaje, w leczeniu insulinooporności najlepsze efekty osiąga się pod opieką interdyscyplinarnego zespołu specjalistów.

 Zaczynamy od lekarza, który postawi diagnozę, dobierze odpowiednie leczenie, później udamy się do specjalisty od żywienia, od aktywności fizycznej, bo nie każda będzie dobra dla każdego. Ważne są ponadto psychologiczne aspekty leczenia, określenie tego, czy jemy na tle emocjonalnym, czy potrafimy różnicować głód od apetytu, czy jemy dlatego, że nam się nudzi – mówi dr Małgorzata Słoma-Krześlak.

W walce z insulinoopornością najważniejszy jest zdrowy styl życia. Rządowy portal podaje, że podstawą terapii jest odpowiednio zbilansowana dieta i regularna aktywność fizyczna. Na podstawie badań, jakie były prowadzone pod kątem różnych postępowań dietetycznych, ustalono, że część z nich może mieć korzystny wpływ między innymi na spadek masy ciała, ciśnienia tętniczego krwi oraz obniżenie poziomu glukozy i insuliny we krwi. To na przykład dieta DASH (oparta na produktach o jak najmniejszym stopniu przetworzenia) czy oparta na produktach o niskim indeksie glikemicznym.

 To nie musi być jakaś specjalna dieta. Wystarczy utrzymanie zasady zdrowego talerza, który jest rekomendowany przez Narodowe Centrum Edukacji Żywieniowej. Jego jedną połowę powinny stanowić warzywa, które zjadamy w pierwszej kolejności, aby ograniczać wyrzut glukozy oraz insuliny, a drugą białko, źródło pełnoziarnistych produktów zbożowych i dobre tłuszcze – mówi dietetyczka.

Jak podkreśla, mówiąc o stylu życia, nie można też zapominać o higienie snu. 

– Zaburzenia w tej sferze będą powodować niekontrolowane napady głodu, to, że chcemy sobie poprawiać nastrój jedzeniem, zwiększać ilość dopaminy przez różne comfort foody – tłumaczy dr Małgorzata Słoma-Krześlak. – Insulinooporność jako zaburzenie nie jest twardym orzechem do zgryzienia, jeżeli pacjentka zrozumie, jak jej wybory zdrowotne, żywieniowe i aktywność fizyczna działają na jej organizm. Wtedy już wie, na co sobie może pozwolić i jak może sobie najlepiej z tym poradzić.

W serwisie internetowym, prowadzonym przez Ministerstwo Zdrowia i Narodowy Fundusz Zdrowia, czytamy, że leki mogą być jedynie metodą wspomagającą dietę i ruch. W wielu przypadkach insulinooporność można cofnąć, jeśli wynikała z błędów w żywieniu lub nieprawidłowego stylu życia. Jeśli jednak problem zostanie zbagatelizowany lub pacjent będzie nieprawidłowo prowadzony, to w konsekwencji może się u niego rozwinąć cukrzyca typu 2.

– Badania pokazują, że dojdzie do tego po około 10 latach od diagnozy insulinooporności. To jest właściwie pierwszy „schodek”. Potem mamy stan przedcukrzycowy, a następnie samą cukrzycę. W konsekwencji czekają nas później jej wszystkie powikłania: zaburzenia neurologiczne czy kardiologiczne. To już jest domino – wszystko, co się może popsuć, niestety będzie się psuło, a to jest bardzo szybka droga do utraty lat przeżytych w zdrowiu – ostrzega dietetyczka.

Dr Małgorzata Słoma-Krześlak dodaje, że w Polsce mamy dobry dostęp do terapii insulinooporności. Zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i w Wielkiej Brytanii przypadłość ta praktycznie nie jest rozpoznawana i poddawana terapii.

Źródło: Newseria