Medicalpress
Choć pandemia COVID-19 przestała być globalnym stanem zagrożenia, jej odległe konsekwencje nadal pozostają wyzwaniem dla pediatrów. Jednym z najpoważniejszych powikłań u dzieci jest PIMS-TS – zespół wieloukładowej reakcji zapalnej pojawiający się po zakażeniu SARS-CoV-2. Badania prowadzone przez zespół Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu nie tylko pozwoliły lepiej zrozumieć przebieg tej choroby, ale również wpłynęły na polskie rekomendacje dotyczące diagnostyki, leczenia i bezpiecznego stosowania szczepień u dzieci z grup ryzyka.
Pandemia COVID-19 minęła jako stan nagłego globalnego kryzysu, ale nie zakończyły się wszystkie wyzwania, które ujawniła. Jednym z nich pozostaje PIMS-TS – rzadka, opóźniona reakcja zapalna organizmu dziecka po zakażeniu SARS-CoV-2. Dziś lekarze wiedzą więcej o optymalnych metodach leczenia i zapobiegania metodą szczepień, dzięki badaniom, takim jak te prowadzone na Uniwersytecie Medycznym we Wrocławiu: wieloośrodkowym, interdyscyplinarnym i nastawionym na szybkie przełożenie wyników naukowych na praktykę kliniczną.

Zespół prof. Leszka Szenborna współtworzył jedną z największych na świecie baz danych o PIMS-TS, a wyniki jego prac stały się podstawą polskich rekomendacji dotyczących rozpoznawania, leczenia i profilaktyki powikłań COVID-19 u dzieci.

PIMS-TS, czyli paediatric inflammatory multisystem syndrome temporally associated with SARS-CoV-2, był jednym z najpoważniejszych powikłań COVID-19 obserwowanych u dzieci. Choroba pojawiała się zwykle kilka tygodni po zakażeniu i mogła prowadzić do gwałtownej reakcji zapalnej obejmującej wiele narządów. U części pacjentów dochodziło do wstrząsu, niewydolności krążenia oraz powikłań kardiologicznych, w tym tętniaków naczyń wieńcowych.

W pierwszych miesiącach pandemii lekarze na całym świecie musieli bardzo szybko nauczyć się rozpoznawać i leczyć nową jednostkę chorobową. Nie było jeszcze ugruntowanych standardów postępowania, a strategie terapeutyczne wypracowywano równolegle w różnych krajach i ośrodkach. W Polsce kluczową rolę w tym procesie odegrał zespół Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu kierowany przez prof. Leszka Szenborna.

– W czasie pandemii nie mieliśmy komfortu czekania na idealne dane – mówi prof. Leszek Szenborn, kierownik Katedry i Kliniki Pediatrii i Chorób Infekcyjnych UMW. – Dzieci trafiały do szpitali często w ciężkim stanie, a lekarze potrzebowali jasnych wskazówek. Naszym zadaniem było bardzo szybko zebrać doświadczenia wielu ośrodków, przeanalizować je i przełożyć na bezpieczne decyzje kliniczne.

Od lokalnej inicjatywy do ogólnopolskiego rejestru

Początkiem prac była grupa badawcza zajmująca się chorobą Kawasakiego, powołana jeszcze przed pandemią. Gdy pojawiły się pierwsze przypadki PIMS-TS, wcześniejsze doświadczenia okazały się bezcenne. W 2020 roku inicjatywa przekształciła się w badanie MOIS-CoR – ogólnopolski rejestr obejmujący dane kliniczne ponad 500 dzieci diagnozowanych i leczonych z powodu PIMS-TS w 45 ośrodkach w Polsce.

Zespół UMW odpowiadał za kluczowe etapy przedsięwzięcia: opracowanie projektu, procedury bioetyczne, organizację współpracy wieloośrodkowej, prowadzenie i analizę bazy danych, badania laboratoryjne oraz przygotowanie publikacji. Dzięki temu w krótkim czasie powstał jeden z największych zbiorów danych dotyczących tej choroby na świecie.

Wyniki pozwoliły opisać przebieg PIMS-TS w populacji środkowoeuropejskiej i wskazać różnice w porównaniu z obserwacjami z USA czy Europy Zachodniej. Miały też bezpośrednie znaczenie dla praktyki: pomagały szybciej rozpoznawać chorobę, oceniać ryzyko powikłań sercowo-naczyniowych i wybierać optymalne leczenie.

– Każdy rekord w rejestrze oznaczał konkretne dziecko, konkretną rodzinę i konkretną decyzję terapeutyczną. Dla naukowca to dane, ale dla klinicysty – odpowiedzialność. Dlatego od początku zależało nam, aby badania nie kończyły się na publikacji, tylko wracały do lekarzy w postaci rekomendacji i algorytmów postępowania – podkreśla prof. Szenborn.

Przełom w leczeniu: skuteczne i dostępne terapie

Jednym z najważniejszych osiągnięć wrocławskiego zespołu było wykazanie, że w leczeniu PIMS-TS glikokortykosteroidy mogą być skuteczną alternatywą dla dożylnych immunoglobulin. To ustalenie miało ogromne znaczenie praktyczne. Immunoglobuliny są terapią kosztowną i okresowo trudno dostępną, szczególnie w czasie pandemii, gdy systemy ochrony zdrowia na całym świecie działały pod presją.

Badania UMW i współpracujących ośrodków pokazały, że odpowiednio zastosowane glikokortykosteroidy mogą chronić dzieci przed najpoważniejszymi następstwami PIMS-TS, w tym tętniakami naczyń wieńcowych. W międzynarodowym konsorcjum z udziałem badaczy z Polski, Hiszpanii i Kolumbii potwierdzono równoważną skuteczność glikokortykosteroidów i immunoglobulin w zapobieganiu tym powikłaniom. Był to jeden z pierwszych tak mocnych dowodów na świecie, że leczenie PIMS-TS może być zarówno skuteczne, jak i bardziej dostępne.

Wyniki te przełożyły się na rekomendacje, które pomagały wskazać pacjentów wymagających leczenia immunoglobulinami oraz tych, u których możliwe było zastosowanie glikokortykosteroidów. Miało to znaczenie medyczne, organizacyjne i ekonomiczne: ograniczało narażenie dzieci na niepotrzebne interwencje, wspierało racjonalne wykorzystanie deficytowych leków i ujednolicało postępowanie w szpitalach.

Bezpieczeństwo szczepień w grupach ryzyka

Drugi ważny obszar badań dotyczył szczepień przeciw COVID-19 u dzieci i młodych dorosłych szczególnie narażonych na powikłania. Zespół UMW przeprowadził prospektywne badania bezpieczeństwa i immunogenności szczepień m.in. u pacjentów po przeszczepieniu szpiku wykonanym w dzieciństwie oraz u dzieci po przebytym PIMS-TS.

Były to badania unikatowe, prowadzone w momencie, gdy lekarze, pacjenci i rodzice pilnie potrzebowali wiarygodnych odpowiedzi. Czy dziecko po PIMS może zostać zaszczepione? Czy szczepienie nie wywoła nawrotu choroby? Czy pacjenci po transplantacji szpiku wytworzą odpowiedź immunologiczną? Wyniki wrocławskich prac potwierdziły dobrą tolerancję, bezpieczeństwo i immunogenność szczepień. U dzieci po przebytym PIMS-TS nie odnotowano nawrotu choroby.

Te ustalenia wspierały rekomendacje dotyczące szczepień i pomagały odbudowywać zaufanie w grupach, w których niepewność była szczególnie duża. Miały też znaczenie społeczne: chroniły pacjentów z grup ryzyka i ułatwiały lekarzom rozmowę z rodzicami na podstawie danych, a nie obaw.

Model badań, który działa także po pandemii

Znaczenie tych badań wykracza poza czas pandemii. PIMS-TS nadal wymaga czujności diagnostycznej, a doświadczenia zespołu UMW pokazują, jak ważne są szybkie rejestry kliniczne, współpraca wielu ośrodków, analiza danych i natychmiastowe wdrażanie wyników do rekomendacji. To model badań translacyjnych, w którym nauka odpowiada na pilną potrzebę kliniczną, a następnie pozostaje trwałym elementem bezpieczeństwa zdrowotnego dzieci.

Dorobek UMW ma zasięg międzynarodowy. Publikacje zespołu są wykorzystywane w metaanalizach i dalszych badaniach wieloośrodkowych, a stworzone bazy danych były pobierane przez naukowców z innych ośrodków. Wrocławscy badacze uczestniczyli także w międzynarodowej współpracy dotyczącej powikłań kardiologicznych PIMS-TS, a jej efektem była publikacja oparta na danych z Polski, Hiszpanii i Kolumbii.

Najważniejszy pozostaje jednak wymiar praktyczny. Dzięki badaniom prowadzonym na UMW lekarze otrzymali narzędzia do szybszego rozpoznawania PIMS-TS, racjonalnego leczenia, monitorowania powikłań kardiologicznych i bezpiecznego prowadzenia profilaktyki u dzieci z grup ryzyka. To przykład nauki, która w realnym czasie zmienia decyzje podejmowane przy łóżku pacjenta.

– Pandemia pokazała, że medycyna musi być przygotowana na choroby, których jeszcze nie znamy. Nie da się przewidzieć wszystkiego, ale można stworzyć system współpracy, w którym wiedza powstaje szybko, jest wiarygodna i natychmiast trafia do praktyki. Taki jest najważniejszy wniosek z naszych badań – podsumowuje prof. Leszek Szenborn.

Źródło: inf pras

Pobyt dziecka w szpitalu z powodu grypy często skłania rodziców do zmiany zdania na temat szczepień ochronnych. W przypadku COVID-19 podobny efekt jest znacznie słabszy. Takie wnioski płyną z badania polskich naukowców.
Badacze przeanalizowali postawy rodziców niezaszczepionych dzieci hospitalizowanych z powodu obu chorób. Publikacja na ten temat ukazała się w czasopiśmie „Human Vaccines & Immunotherapeutics”.
Jak poinformował PAP jeden z autorów, prof. Piotr Rzymski z Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu, wyszczepialność dzieci przeciwko COVID-19 i grypie jest w Polsce bardzo niska. Za decyzjami rodziców stoją jednak odmienne przyczyny. W przypadku COVID-19 dominuje nieufność wobec szczepionek, natomiast w przypadku grypy najczęstszym problemem jest bagatelizowanie samej choroby i porównywanie jej do zwykłego przeziębienia.

Różnicom tym postanowili przyjrzeć się bliżej badacze z uniwersytetów medycznych w Poznaniu, Białymstoku, Warszawie, Łodzi, Bydgoszczy i Kielcach. W tym celu przeprowadzili wieloośrodkowe badanie obejmujące rodziców niezaszczepionych dzieci, które w ciągu ostatniego sezonu epidemicznego przebywały w szpitalu z powodu grypy lub COVID-19.

Łącznie analizą objęto 135 pacjentów pediatrycznych: 72 dzieci z grypą i 63 z COVID-19.

Naukowców interesowało nie tylko to, dlaczego dzieci nie zostały zaszczepione, ale również czy pobyt w szpitalu wpłynął na postawy rodziców. Pytano ich więc m.in. o żal związany z rezygnacją ze szczepienia, gotowość do zaszczepienia dziecka w przyszłości, gotowość do zachęcania innych rodziców do szczepień oraz zainteresowanie otrzymywaniem przypomnień o szczepieniach, np. za pośrednictwem aplikacji mojeIKP.

Wyniki pokazały wyraźną różnicę między obiema grupami. Aż 63 proc. rodziców dzieci hospitalizowanych z powodu grypy przyznało, że żałuje decyzji o nieszczepieniu dziecka. Wśród rodziców dzieci z COVID-19 odsetek ten wyniósł zaledwie 24 proc.

Jeszcze większe różnice dotyczyły planów na przyszłość. Chęć zaszczepienia dziecka w kolejnym sezonie zadeklarowało 58 proc. rodziców dzieci, które przeszły grypę, i jedynie 16 proc. rodziców dzieci z COVID-19.

Podobnie było z gotowością do zachęcania innych rodziców do szczepień. Taką deklarację złożyło 67 proc. rodziców dzieci z grypą i 37 proc. rodziców dzieci z COVID-19.

Co ciekawe, badacze zaobserwowali również związek między przebiegiem choroby a postawami rodziców. W grupie dzieci z COVID-19 większy żal z powodu rezygnacji ze szczepień częściej deklarowali rodzice dzieci z chorobami współistniejącymi. Natomiast większą gotowość do zaszczepienia dziecka w przyszłości obserwowano wśród tych, których podopieczni wymagali dłuższej hospitalizacji i ciężej przechodzili infekcję. W przypadku grypy szczególne znaczenie miało wystąpienie zapalenia płuc, które wiązało się ze zmianą wszystkich analizowanych postaw wobec szczepień.

Prof. Rzymski zaznaczył, że przyczyny tych różnic wynikają z odmiennego postrzegania obu chorób. Grypa nadal przez wiele osób traktowana jest jako synonim przeziębienia. Z tego powodu część rodziców nie postrzega jej jako zagrożenie wymagające szczepienia. Hospitalizacja dziecka może jednak zweryfikować to przekonanie i uświadomić, że grypa bywa przyczyną ciężkich powikłań, co może skłonić do ponownego rozważenia decyzji dotyczących szczepień.

W przypadku COVID-19 sytuacja jest bardziej złożona. Od początku pandemii choroba ta była kojarzona z ciężkim przebiegiem i zagrożeniem zdrowia. Problem niskiej wyszczepialności nie wynikał więc z bagatelizowania zagrożenia ze strony wirusa, a przede wszystkim z podejścia rodziców do samej szczepionki, m.in. obaw o jej bezpieczeństwo i skuteczność. Pobyt dziecka w szpitalu nie musiał więc automatycznie prowadzić do zmiany tych przekonań.

– Hospitalizacja niezaszczepionego dziecka z powodu grypy może być silnym „momentem edukacyjnym”, skłaniającym rodziców do zmiany wcześniejszych przekonań. W przypadku COVID-19 utrwalona nieufność wobec szczepień, wzmacniana przez dezinformację i spory z okresu pandemii, okazuje się znacznie trudniejsza do przełamania, nawet po ciężkim przebiegu choroby u dziecka – powiedział prof. Rzymski.

Autorzy zwrócili uwagę, że podobne zjawisko zaobserwowano wcześniej u dorosłych pacjentów hospitalizowanych z ciężkim COVID-19. Nawet doświadczenie poważnej choroby nie zawsze prowadziło do zmiany ich poglądów na temat szczepień.

Interesującym wynikiem badania okazały się również źródła informacji brane przez rodziców przy podejmowaniu decyzji o nieszczepieniu dziecka. Wśród osób, które przyznały, że coś lub ktoś wpłynął na taką decyzję, najwięcej wskazywało informacje znalezione w internecie. Znacznie rzadziej wymieniano rodzinę, znajomych czy personel medyczny.

Badanie przyniosło jednak także bardziej optymistyczny wniosek. Ponad 40 proc. rodziców dzieci hospitalizowanych z powodu COVID-19 zadeklarowało chęć otrzymywania przypomnień o szczepieniach, mimo że tylko mniejszość była gotowa zaszczepić swoje dziecko. Podobne deklaracje złożyła około połowa rodziców dzieci z grypą.

Naukowcy podkreślili, że prostym i niskokosztowym elementem strategii zwiększania wyszczepialności, szczególnie w grupach o ambiwalentnym podejściu do szczepień, mogłyby więc być zautomatyzowane przypomnienia, np. wysyłane przez aplikacje mojeIKP.

– Warto, żeby Ministerstwo Zdrowia wykorzystało w kolejnym sezonie epidemicznym w tym kontekście potencjał aplikacji mojeIKP. Nasza analiza wskazuje, że takie są oczekiwania rodziców, a badania z innych krajów, m.in. z Danii, pokazują ich skuteczność w zwiększaniu wyszczepialności w różnych grupach populacyjnych – podsumował prof. Rzymski.

Źródło: Nauka w Polsce

Ognisko zakażeń wirusem Andes związane ze statkiem Hondius pokazało, że w kryzysach zdrowotnych jednym z największych wyzwań bywa nie tylko sam patogen, ale także sposób, w jaki informacja o zagrożeniu zaczyna żyć własnym życiem. Choć hantawirus może być groźny dla pojedynczych pacjentów, obecnie nie ma potencjału pandemicznego. Mimo to sprawa szybko uruchomiła znane z czasu COVID-19 lęki, uproszczenia i fałszywe narracje. 
Historia statku Hondius rozpoczęła się od medycznego alertu: ciężkich zachorowań, kwarantanny, ewakuacji pasażerów oraz komunikatów instytucji zdrowia publicznego, w tym WHO i ECDC. Bardzo szybko stała się jednak także testem społecznej odporności na dezinformację. W przestrzeni publicznej pojawiły się pytania znane z czasu pandemii COVID-19: czy grozi nam nowa pandemia, czy służby przekazują pełne informacje i czy działania sanitarne nie staną się pretekstem do ograniczania wolności.

Groźny dla pacjentów, ale nie pandemiczny

W przypadku hantawirusa kluczowe znaczenie ma nie tylko samo zakażenie, lecz także wariant wirusa i droga transmisji. Ognisko związane ze statkiem Hondius dotyczyło wariantu Andes, innego niż hantawirusy typowo występujące w Europie. Porównania z pandemią COVID-19 są więc w tym przypadku mylące.

–  Wirus Andes przenosi się przede wszystkim przez gryzonie i trafia do ludzi ze środowiska. Transmisja międzyludzka, poza wyjątkowymi sytuacjami bliskiego kontaktu, praktycznie nie występuje. Dlatego z punktu widzenia populacyjnego nie mówimy o wirusie, który ma potencjał wywołania nowej pandemii – wyjaśnia dr Andrzej Jarynowski z Wydziału Nauk o Zdrowiu Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu.

Dezinformacja szybsza niż wirus

Jednym z głównych źródeł chaosu informacyjnego było mylenie pojęć: osoby chorej, zakażonej, podejrzanej o zakażenie, objętej kwarantanną lub nadzorem epidemiologicznym. Stosowane w przestrzeni publicznej uproszczenia powodowały wrażenie, że liczba zakażeń jest większa, a sytuacja wymyka się spod kontroli. Tymczasem nadzór sanitarny czy kwarantanna po kontakcie nie oznaczają automatycznie potwierdzonego zakażenia.

Sprawa hantawirusa szybko została też włączona w znane schematy dezinformacyjne. W polskiej części internetu pojawiały się narracje o „nowej pandemii”, rzekomym „skutku ubocznym szczepionek” czy „ukrywaniu prawdy” przez instytucje zaufania publicznego. Część przekazów wykorzystywała prawdziwe elementy, na przykład obecność określonych zdarzeń w dokumentacji klinicznej, ale wyciągała z nich fałszywe wnioski.

–  W dokumentacji badań klinicznych nad szczepionkami odnotowuje się wszystkie zdarzenia medycznedotyczące uczestników badania, jak np. ciąża. To element monitorowania bezpieczeństwa, a nie automatyczny dowód związku ze szczepieniem. Prawdopodobnie pacjent niezależnie od szczepienia zakaził się w czasie badania hantawirusem i rozwinął hantawirusowy zespół płucny – wyjaśnia dr Jarynowski.  – Dezinformacja zaczyna się wtedy, gdy sam fakt raportowania takiego zdarzenia przedstawia się jako dowód szkodliwości szczepionki.

Właśnie dlatego w komunikacji zdrowotnej tak istotne jest szybkie tłumaczenie, jak działają procedury bezpieczeństwa i dlaczego techniczny język dokumentacji medycznej nie powinien być interpretowany poza kontekstem. Bez tego nawet neutralna informacja może stać się paliwem dla fałszywych narracji.

Ognisko na statku Hondius pokazało również, jak łatwo standardowe procedury sanitarne mogą zostać odczytane jako dowód katastrofy. Ewakuacja, izolacja, kwarantanna, kombinezony ochronne czy monitorowanie kontaktów są elementami zarządzania ryzykiem, ale w mediach społecznościowych mogą zostać przedstawione jako zapowiedź kolejnego globalnego kryzysu. Szczególnie po doświadczeniu COVID-19 część odbiorców interpretuje działania sanitarne nie jako środki ochronne, lecz jako zapowiedź ograniczeń.

Cisza informacyjna jako paliwo teorii spiskowych

Na podatny grunt trafił także brak relacji pasażerów publikowanych „na żywo” w mediach społecznościowych. W świecie, w którym niemal każde wydarzenie natychmiast pojawia się na TikToku, Instagramie czy YouTubie, cisza informacyjna z miejsca zdarzenia bywa odczytywana jako sygnał, że „coś jest ukrywane”. Ta luka szybko stała się pożywką dla spekulacji: pojawiły się teorie, że skoro nie ma bezpośrednich relacji, być może jest tam drugie dno – statek Hondius prowadzi działania wojskowe albo jakiś eksperyment.

–  Tymczasem Hondius był statkiem ekspedycyjnym, nie typowym ekskluzywnym wycieczkowcem. To droga, niszowa wyprawa, której uczestnikami były osoby starsze, dobrze sytuowane, niekoniecznie zainteresowane relacjonowaniem swojego życia w mediach społecznościowych. Brak masowych relacji nie musi więc oznaczać tajemnicy. Może wynikać po prostu z profilu pasażerów – wyjaśnia dr Jarynowski. Ten mechanizm pokazuje, że we współczesnej komunikacji kryzysowej problemem bywa nie tylko nadmiar informacji, ale także ich niedobór.

Komunikacja po COVID-19: szybciej, ale nadal z lukami

Jednocześnie dr Jarynowski ocenia, że komunikacja instytucji zdrowia publicznego była w tym przypadku skuteczniejsza niż w pierwszej fazie pandemii COVID-19. WHO, ECDC oraz krajowe służby szybciej publikowały komunikaty, przygotowywały materiały wyjaśniające i monitorowały reakcje społeczne. To pokazuje, że doświadczenie pandemii przełożyło się na lepsze procedury komunikacyjne i większą gotowość do reagowania na fałszywe narracje.

Nie oznacza to jednak, że sama dostępność komunikatów wystarcza. W kryzysach zdrowotnych instytucje muszą nie tylko podawać fakty, ale też wyjaśniać ich znaczenie: co oznacza kwarantanna, czym różni się podejrzenie zakażenia od potwierdzonego przypadku i dlaczego procedury ostrożnościowe nie są dowodem na katastrofalny scenariusz. Bez takiego kontekstu nawet szybka komunikacja może zostać wyparta przez emocjonalne i antyzdrowotne narracje.

Nieprecyzyjny język napędza kryzys

W kryzysach zdrowotnych precyzja języka jest równie ważna jak szybkość komunikacji. Nie wystarczy poinformować, że ktoś został objęty kwarantanną albo nadzorem epidemiologicznym – trzeba od razu doprecyzować zakres i znaczenie takich działań. Inaczej standardowe procedury zaczynają być odczytywane jako dowód, że sytuacja wymyka się spod kontroli.

– W tej sytuacji większym zagrożeniem społecznym okazuje się infodemia niż sam patogen. Hantawirus nie ma dziś potencjału epidemicznego w takim sensie, jakiego obawiamy się przy koronawirusach czy grypie ptaków. Natomiast fałszywe narracje rozchodzą się szybko, szczególnie wtedy, gdy ludzie pamiętają ograniczenia z czasów COVID-19 i boją się ich powrotu – podkreśla dr Andrzej Jarynowski.

Sprawa statku Hondius pokazuje, że przy kolejnych alarmach zdrowotnych stawką będzie nie tylko opanowanie samego zagrożenia, ale też szybkie zamknięcie przestrzeni dla domysłów. Wirus może wygasnąć po jednym ognisku. Dezinformacja zostaje dłużej – gotowa do użycia w następnym kryzysie.

Źródło: inf pras

12 maja na całym świecie obchodzony jest Międzynarodowy Dzień Pielęgniarek i Położnych. Data nie jest przypadkowa. To rocznica urodzin Florence Nightingale, brytyjskiej pielęgniarki uznawanej za prekursorkę nowoczesnego pielęgniarstwa, która w XIX wieku zmieniła sposób myślenia o opiece nad pacjentem i stworzyła podwaliny współczesnego systemu pielęgniarskiego. Święto zostało ustanowione przez Międzynarodową Radę Pielęgniarek podczas kongresu w Meksyku w 1973 roku.
Choć każdego roku pojawiają się życzenia, podziękowania i okolicznościowe apele o szacunek dla zawodu, rzeczywistość pielęgniarek i położnych nadal pozostaje jedną z najbardziej wymagających w polskim systemie ochrony zdrowia. To grupa zawodowa, bez której szpitale, przychodnie, oddziały ratunkowe, hospicja, domy opieki i porodówki po prostu nie mogłyby funkcjonować. Jednocześnie to środowisko od lat alarmujące o przeciążeniu pracą, brakach kadrowych i rosnącej odpowiedzialności.

Pielęgniarki i położne są obecne na każdym etapie życia człowieka. Towarzyszą pacjentom podczas narodzin, leczenia, rehabilitacji i opieki paliatywnej. Są często pierwszymi osobami, które zauważają pogorszenie stanu chorego, reagują na nagłe zagrożenia i spędzają z pacjentami więcej czasu niż jakakolwiek inna grupa zawodowa w medycynie. W praktyce ich rola daleko wykracza poza wykonywanie procedur medycznych. To również edukacja zdrowotna, wsparcie emocjonalne, koordynacja opieki i kontakt z rodziną chorego.

Paradoks polega na tym, że właśnie ta codzienna obecność sprawia, iż praca pielęgniarek bywa społecznie „niewidzialna”. Pacjent pamięta operację, diagnozę czy nazwisko lekarza prowadzącego, ale to pielęgniarka najczęściej spędza z nim wielogodzinne dyżury, pomaga w najtrudniejszych momentach i odpowiada za bezpieczeństwo chorego przez całą dobę. Dopiero sytuacje kryzysowe, takie jak pandemia COVID-19, uświadomiły opinii publicznej skalę odpowiedzialności tej profesji.

Pandemia była dla pielęgniarek i położnych momentem szczególnym. To właśnie one znalazły się na pierwszej linii walki z koronawirusem, pracując ponad siły, często kosztem własnego zdrowia i życia. Dane Ministerstwa Zdrowia z 2021 roku wskazywały, że zakażenie SARS-CoV-2 wykryto u ponad 61 tys. pielęgniarek, a wiele z nich zmarło w trakcie pandemii. Dla części środowiska był to moment graniczny, po którym wiele osób zdecydowało się odejść z zawodu lub ograniczyć aktywność zawodową.

Problem starzenia się kadry pielęgniarskiej od lat pozostaje jednym z największych wyzwań polskiej ochrony zdrowia. Według danych Centralnego Rejestru Pielęgniarek i Położnych w Polsce zarejestrowanych jest ponad 315 tys. pielęgniarek i ponad 41 tys. położnych, jednak aktywnie pracuje jedynie około 74 proc. pielęgniarek i 70 proc. położnych. Średnia wieku personelu systematycznie rośnie, a liczba młodych osób wchodzących do zawodu nadal nie rekompensuje skali odejść na emeryturę.

Eksperci od lat podkreślają, że problemem nie jest wyłącznie liczba personelu, ale również organizacja pracy i sposób traktowania pielęgniarek w systemie. W wielu placówkach nadal funkcjonuje model, w którym pielęgniarki są przeciążone obowiązkami administracyjnymi, pracują na kilku etatach i mierzą się z ogromną odpowiedzialnością przy niewystarczającym wsparciu. Coraz częściej mówi się także o wypaleniu zawodowym, kryzysie zdrowia psychicznego personelu medycznego i konieczności budowania bardziej partnerskich relacji w zespołach terapeutycznych.

Jednocześnie zmienia się samo pielęgniarstwo. To dziś zawód coraz bardziej specjalistyczny i samodzielny. Pielęgniarki posiadają kompetencje do zapisywania części leków, wystawiania recept czy prowadzenia porad edukacyjnych. Rozwija się pielęgniarstwo specjalistyczne, anestezjologiczne, onkologiczne, geriatryczne czy psychiatryczne. Coraz większą rolę odgrywają także położne, które nie tylko uczestniczą w porodach, ale prowadzą edukację zdrowotną kobiet, wspierają pacjentki po porodzie i zajmują się profilaktyką zdrowia reprodukcyjnego.

Mimo postępu technologicznego medycyna nadal pozostaje obszarem, w którym kluczowe znaczenie ma obecność drugiego człowieka. Żaden system informatyczny, algorytm czy urządzenie nie zastąpi empatii, doświadczenia i uważności pielęgniarki przy łóżku chorego. To właśnie dlatego zawody pielęgniarki i położnej od lat uznawane są za jedne z profesji o najwyższym poziomie społecznego zaufania.

Źródło: Gov.pl

W sezonie jesienno-zimowym 2025 2026 jedynie 22,3 proc. dorosłych Polaków przyjęło co najmniej jedno szczepienie ochronne. Aż 77,7 proc. nie poddało się żadnej formie profilaktyki szczepiennej. Takie dane przynosi raport „Polska na szczepieniach 2026” przygotowany przez Kliniki.pl na podstawie badania zrealizowanego metodą CAWI przez agencję SW Research na reprezentatywnej próbie dorosłych mieszkańców Polski.
Wyniki badania pokazują wyraźnie, że problem niskiej wyszczepialności wśród dorosłych ma charakter systemowy i nie dotyczy wyłącznie pojedynczych grup społecznych. Najczęściej deklarowanym szczepieniem było szczepienie przeciw grypie, które przyjęło 10,4 proc. respondentów. Szczepienie przeciw COVID 19 zadeklarowało 6,2 proc., przeciw wirusowi RSV 6,0 proc., a przeciw krztuścowi 4,9 proc.

Dane te pozostają spójne z informacjami publikowanymi przez Główny Inspektorat Sanitarny. Z danych dostępnych na portalu ezdrowie.gov.pl wynika, że wyszczepialność przeciw grypie w populacji ogólnej utrzymuje się na poziomie około 6 proc., co potwierdza utrzymujący się niski poziom zainteresowania szczepieniami sezonowymi.

Decyzja, nie bariera organizacyjna

Szczególnie istotne są powody rezygnacji ze szczepień wskazywane przez respondentów. Najczęściej nie były to czynniki organizacyjne ani finansowe, lecz decyzje oparte na przekonaniach i postrzeganiu potrzeby szczepienia.

W populacji ogólnej najczęściej wskazywano na przekonanie, że szczepienie nie było potrzebne, co zadeklarowało 25,2 proc. badanych. Brak zaufania do szczepionek wskazało 14,9 proc. respondentów. 12,0 proc. zadeklarowało brak zalecenia lekarza, a 8,9 proc. brak propozycji szczepienia. Obawy przed działaniami niepożądanymi zgłosiło 8,8 proc. badanych.

Znacznie rzadziej wskazywano na bariery praktyczne. Brak czasu deklarowało około 4 do 5 proc. respondentów, wysoki koszt około 2,5 proc., a problemy z dostępnością szczepień miały charakter marginalny.

Oznacza to, że kluczowym problemem nie jest infrastruktura ani organizacja systemu, lecz percepcja ryzyka, potrzeby i bezpieczeństwa szczepień.

Rodzice bardziej aktywni, ale też bardziej nieufni

Raport pokazuje także różnice między grupami społecznymi. Rodzice dzieci do 18. roku życia częściej niż ogół dorosłych podejmowali działania profilaktyczne, ale jednocześnie częściej deklarowali brak zaufania do szczepionek. W tej grupie 19,0 proc. wskazało brak zaufania wobec 14,9 proc. w populacji ogólnej.

Najczęstszym powodem nieszczepienia wśród rodziców pozostawało przekonanie o zbędności szczepienia, które zadeklarowało 23,3 proc. badanych z tej grupy.

Ta ambiwalencja pokazuje, że nawet osoby bardziej zaangażowane w kwestie zdrowotne nie są wolne od wątpliwości dotyczących profilaktyki.

Autorzy raportu podkreślają, że dominujące bariery mają charakter poznawczy i decyzyjny. Oznacza to, że wyzwaniem nie jest wyłącznie zapewnienie dostępu do szczepień, lecz odbudowa zaufania do profilaktyki oraz konsekwentna, jednoznaczna rekomendacja medyczna. Brak zalecenia lekarza wskazany przez 12 proc. respondentów pokazuje, jak duże znaczenie ma komunikacja w gabinecie lekarskim. Rekomendacja specjalisty pozostaje jednym z najsilniejszych czynników wpływających na decyzję o szczepieniu, a jej brak może być odbierany jako sygnał, że szczepienie nie jest konieczne.

W kontekście sezonowych wzrostów zachorowań na grypę, COVID 19 czy RSV oraz narastających ognisk krztuśca, niski poziom wyszczepialności w populacji dorosłych staje się istotnym problemem epidemiologicznym i systemowym.

Pełne wyniki raportu „Polska na szczepieniach 2026” dostępne są na stronie polskanaszczepieniach.pl

Źródło: Materiał Prasowy

Rok 2026 nie przyniesie jednej spektakularnej epidemii, ale może wystawić polski system zdrowia na próbę serii mniejszych, nakładających się zagrożeń. Grypa i RSV mogą mocniej uderzyć zimą, zmiany klimatu otwierają drzwi nowym chorobom, a dezinformacja medyczna staje się jednym z najistotniejszych problemów zdrowia publicznego. – Największym zagrożeniem nie jest dziś pojedynczy wirus, tylko brak czujności i chaos informacyjny – ocenia dr Andrzej Jarynowski z Wydziału Nauk o Zdrowiu Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu.
Prognoza epidemiologiczna na 2026 rok powstała w kontekście szybko zmieniającego się świata: ocieplającego się klimatu, starzenia społeczeństwa, migracji oraz rosnącej mobilności ludzi i towarów. Jej celem nie jest straszenie, ale wskazanie trendów i zjawisk, które już teraz wpływają na zdrowie Polaków i w nadchodzącym roku mogą się nasilić.

Rok 2025 był dobrym przykładem tego, jak łatwo emocje biorą górę nad faktami. Zaczęło się od paniki wokół ludzkiego metapneumowirusa w Chinach, później pojawiały się kolejne alarmistyczne doniesienia – od „nowych śmiercionośnych wariantów grypy” po rzekomo potwierdzoną cholerę. Jednocześnie realne problemy, takie jak choroby zwierząt przy granicach Polski czy powrót dawno niewidzianych zakażeń, wymagały spokojnej, technicznej pracy służb.

– 2025 rok nauczył nas, że kryzys informacyjny potrafi być groźniejszy niż sam patogen – podkreśla dr Jarynowski. – Jeśli komunikaty są niespójne albo przesadzone, ludzie przestają ufać także tym prawdziwym.

Koronawirus pozostaje w obiegu, ale jego rola znacząco się zmieniła. Jesienna fala COVID-19 w 2025 roku była przewidywalna i szybko wygasła, a obecne warianty nie konkurują już z innymi infekcjami sezonowymi.

– COVID stał się jednym z wielu wirusów oddechowych krążących zimą. Wystarczą podstawowe zasady: higiena, wietrzenie i zostawanie w domu w czasie choroby – mówi epidemiolog. Zdecydowanie większy niepokój budzą doniesienia o kolejnych zawleczeniach MERS do Europy oraz rozwój badań nad modyfikowaniem wirusów. – Technologia, w tym sztuczna inteligencja, sprawia, że tworzenie nowych wariantów jest dziś łatwiejsze niż kiedykolwiek. To wymaga międzynarodowej kontroli i odpowiedzialności – zaznacza.

Najpoważniejszym testem dla zdrowia publicznego na początku 2026 roku będzie jednak sezon grypowy. Wszystko wskazuje na to, że fala zachorowań może być silniejsza niż przeciętnie, choć rozłożona nierównomiernie w czasie i przestrzeni.

– Nie zobaczymy jednego, ogólnopolskiego szczytu. Ludzie będą chorować w różnym czasie w różnych regionach, co w praktyce oznacza lokalne ryzyko braków leków – prognozuje dr Jarynowski. W opinii eksperta, szczególnie trudny może być przełom stycznia i lutego, kiedy wysoka absencja chorobowa obejmie zarówno szkoły, jak i miejsca pracy. Równolegle, albo zaraz po, może dojść do kulminacji zakażeń RSV, zwłaszcza wśród niemowląt.

W ostatnich latach liczba rozpoznań rośnie, częściowo dzięki lepszej diagnostyce.

– Mamy skuteczne narzędzie ochrony najmłodszych: darmowe szczepienia kobiet w ciąży, które przekazują dziecku przeciwciała. To bardzo opłacalne i bezpieczne rozwiązanie, a jednocześnie wciąż niedostatecznie promowane – podkreśla ekspert. Jego zdaniem początek 2026 roku to ostatni moment, by nadrobić zaniedbania z poprzedniego sezonu.

W regionie Europy Środkowej rośnie także liczba zachorowań na wirusowe zapalenie wątroby typu A. Szczególnie dynamiczna sytuacja dotyczy Czech, co ma znaczenie dla Polaków podróżujących w okresie ferii.

– Ryzyko indywidualne pozostaje niskie, ale w zatłoczonych miejscach, takich jak schroniska czy punkty gastronomiczne, podstawowa higiena rąk robi ogromną różnicę – mówi dr Jarynowski. – Nie ma powodu, by rezygnować z wyjazdów, ale warto świadomie ograniczać ryzyko i rozważyć szczepienie przy częstych podróżach.

Coraz wyraźniej zaznacza się wpływ zmian klimatu na zdrowie. Dłuższy sezon aktywności kleszczy oznacza więcej przypadków boreliozy i kleszczowego zapalenia mózgu, a nowe gatunki kleszczy pojawiają się w miejscach, gdzie wcześniej ich nie było. W cieplejszych wodach rośnie ryzyko zakażeń bakteriami Vibrio, a stojąca, nagrzana woda sprzyja zakwitom toksycznych sinic.

– Choroby, które jeszcze niedawno kojarzyliśmy z południem Europy, stają się także naszym problemem – ocenia epidemiolog.

Niepokojący jest także stały wzrost chorób przenoszonych drogą płciową, widoczny nie tylko w dużych miastach, ale coraz częściej na prowincji. U nas do 2022 r. to był przede wszystkim problem Wrocławia, a obecnie zapadalność na kiły, rzeżączkę i HIV w ziemsko-miejskich powiatach naszego województwa podwyższyły się do poziomu stolicy Dolnego Śląska. Zdaniem dr. Jarynowskiego to efekt zmian społecznych i słabo funkcjonującej edukacji zdrowotnej. – Jeśli młodzi ludzie nie dostają rzetelnej wiedzy w szkole, trudno oczekiwać, że będą podejmować odpowiedzialne decyzje – mówi. Na tle wszystkich tych zagrożeń szczególnie wyróżnia się problem dezinformacji medycznej. Fałszywe alarmy, sensacyjne nagłówki i teorie spiskowe skutecznie podkopują zaufanie do ekspertów i instytucji.

– Możemy mieć najlepsze szczepionki i procedury, ale jeśli ludzie im nie wierzą, system przestaje działać – ocenia dr Jarynowski.

Prognoza na 2026 rok nie jest scenariuszem katastroficznym, lecz ostrzeżeniem. Polska ma doświadczenie, wyszkolone służby i coraz lepsze narzędzia analityczne. Kluczowe będzie jednak wzmocnienie edukacji zdrowotnej, spójna komunikacja i współpraca między instytucjami.

– To będzie rok wielu mniejszych wyzwań naraz. Od tego, jak na nie odpowiemy, zależy, czy przejdziemy go spokojnie, czy w permanentnym kryzysie – podsumowuje ekspert.

Prognozę przygotował dr Andrzej Jarynowski z Wydziału Nauk o Zdrowiu Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu we współpracy z Interdyscyplinarnym Zespołem Monitorowania Kryzysowego
i Epidemiologicznego. 

Źródło: Komunikat Prasowy

Coraz więcej Polaków choruje na COVID-19: w ostatnich tygodniach lekarze rodzinni zgłosili niemal 5 000 przypadków, podczas gdy wcześniej było to zaledwie 1 200–1 300. Takiego wzrostu nie notowano od początku roku — ostrzega Główny Inspektor Sanitarny dr Paweł Grzesiowski.
W tym sezonie obserwujemy pojawienie się dwóch nowych podtypów wariantu Omikron — o nazwach NP i LP. U młodszych wywołują one objawy przypominające silną anginę — zwłaszcza intensywny ból gardła. U starszych pacjentów istnieje ryzyko poważniejszych powikłań, w tym zapalenia płuc.

Milion szczepionek Moderna zmierza do Polski

W odpowiedzi na rosnące zagrożenie Ministerstwo Zdrowia i Rządowa Agencja Rezerw Strategicznych zakontraktowały 1 milion dawek szczepionki Moderna, z możliwością zwiększenia tej liczby. Dostawy są spodziewane do kraju między 8 a 10 września, a szczepienia — bezpłatne dla obywateli — ruszą w drugiej połowie miesiąca, realizowane przez apteki i placówki Podstawowej Opieki Zdrowotnej .

Chociaż szczepionka Moderna będzie dostępna bezpłatnie, inne komercyjne opcje — jak preparat Pfizera — prawdopodobnie także będą dostępne, choć za odpłatnością. Natomiast szczepionka białkowa Novavax może być niedostępna w Polsce w tym sezonie, ze względu na skoncentrowanie producenta na rynku amerykańskim.

Dlaczego właśnie teraz?

Choć aktywizacja COVID-19 następuje później niż w poprzednich sezonach (w zeszłym roku mieliśmy do czynienia z nią już w lipcu), obecne tendencje wskazują na wyraźny trend wzrostowy — zarówno pod względem zachorowań, jak i testów diagnostycznych.

Co to oznacza dla seniorów i osób z chorobami przewlekłymi?

Dr Grzesiowski podkreśla, że osoby powyżej 60. roku życia oraz te z chorobami przewlekłymi powinny być szczepione w pierwszej kolejności. Szczepionka została już zaktualizowana i uwzględnia nowe podwarianty SARS-CoV-2, co ma zwiększyć jej skuteczność.

Źródło: GOV.PL

Centrum e-Zdrowia, we współpracy z Ministerstwem Zdrowia oraz Głównym Inspektoratem Sanitarnym, opublikowało interaktywny raport o chorobach zakaźnych. To oficjalne i najbardziej aktualne źródło danych o zachorowaniach i szczepieniach przeciwko sześciu chorobom: grypie, COVID-19, krztuścowi, ospie wietrznej, półpaścowi i RSV. Raport przygotowano w dwóch językach – polskim i angielskim – a dane można analizować w podziale na płeć, wiek oraz lokalizację.
„Aktualne dane o szczepieniach i zachorowaniach to nieocenione źródło wiedzy, które okaże się pomocne przede wszystkim dla lekarzy, w ich codziennej pracy z pacjentami” – podkreśla wiceminister zdrowia Wojciech Konieczny.

W raporcie znajdziemy nie tylko suche liczby, ale także mechanizm pozwalający na uchwycenie dynamiki epidemicznej w skali kraju. Jak zaznacza Główny Inspektor Sanitarny dr Paweł Grzesiowski: „W przypadku COVID tego typu dane wykorzystujemy już od dawna, aby odpowiednio szybko identyfikować regiony i grupy wiekowe, w których występuje więcej zachorowań. Obecnie będzie to dotyczyło dodatkowo 5 innych chorób, co pozwoli szybciej i bardziej efektywnie reagować. Warto te dane udostępnić społeczeństwu, przede wszystkim w celu budowania świadomości zagrożeń i motywacji do zapobiegania, a personelowi medycznemu w celu ukierunkowania diagnostyki, terapii i profilaktyki”.

Opracowanie tego raportu było możliwe dzięki integracji wielu źródeł informacji. „Metodyka przygotowania raportu została opracowana na podstawie danych pochodzących z wielu źródeł. Wykorzystano informacje raportowane przez podmioty lecznicze do systemu e-zdrowia (P1), m.in. dane o zdarzeniach medycznych i kartach szczepień, uzupełnione o dane demograficzne. Dzięki połączeniu tych zasobów możliwe było stworzenie kompleksowego obrazu sytuacji epidemiologicznej w Polsce” – tłumaczy Radosław Michałek, zastępca dyrektora Centrum e-Zdrowia.

Znaczenie tego narzędzia trudno przecenić. Instytucje zdrowia publicznego zyskują dzięki niemu możliwość szybszego wykrywania ognisk chorób i lepszego planowania polityki zdrowotnej. Lekarze otrzymują narzędzie wspierające diagnostykę i edukację pacjentów. Naukowcy i analitycy mają dostęp do materiału ułatwiającego badania nad skutecznością szczepień i rozprzestrzenianiem się chorób. Dla obywateli natomiast raport staje się źródłem wiedzy, która pomaga podejmować świadome decyzje dotyczące zdrowia – własnego i bliskich.

Za jakość zestawień odpowiadają podmioty sprawozdające do systemu P1. Dlatego twórcy raportu zachęcają do rzetelnego przygotowywania i raportowania danych, bo od ich jakości zależy przejrzystość i wiarygodność obrazu epidemiologicznego w kraju.

Raport jest dostępny publicznie w sieci i stanowi krok w stronę większej transparentności, ale także nowoczesnego podejścia do zarządzania zdrowiem publicznym, w którym kluczowe znaczenie ma wiedza oparta na danych.

Źródło: MZ

 
Od 25 sierpnia 2025 roku apteki staną się nowym miejscem realizacji szczepień ochronnych finansowanych – w całości lub części – ze środków publicznych. To zmiana, która może na stałe odmienić krajobraz polskiej profilaktyki zdrowotnej. Opublikowane 20 sierpnia 2025 r. obwieszczenie Ministra Zdrowia w sprawie wykazu szczepień w aptekach otwiera dorosłym pacjentom możliwość zaszczepienia się przeciw aż jedenastu chorobom.
Na liście znalazły się szczepienia przeciw COVID-19, grypie, kleszczowemu zapaleniu mózgu, błonicy, tężcowi i krztuścowi (w tym również w postaci szczepień monowalentnych przeciw tężcowi lub błonicy), HPV, pneumokokom, półpaścowi, odrze, śwince i różyczce, polio, wirusowemu zapaleniu wątroby typu A i B oraz RSV. To szeroki pakiet, który – jak podkreśla Ministerstwo Zdrowia – ma znacząco zwiększyć dostępność i wygodę korzystania z profilaktyki.

W praktyce oznacza to, że osoby dorosłe, po ukończeniu 18. roku życia, nie będą musiały umawiać się na szczepienia wyłącznie w przychodniach. Wystarczy wizyta w aptece, gdzie – jak zakłada resort – liczba dostępnych terminów i lokalizacji powinna być znacznie większa. To rozwiązanie może też przełożyć się na większy odsetek populacji objętej ochroną przed groźnymi chorobami zakaźnymi.

Czy Polacy wykorzystają tę szansę? Dotychczasowy niski poziom wyszczepialności przeciw grypie, HPV czy WZW pokazuje, że barierą nie zawsze była cena szczepionki, ale często właśnie dostępność i wygoda. Ministerstwo liczy, że przeniesienie szczepień do aptek stanie się impulsem do zmiany nawyków i że pacjenci zaczną traktować szczepienia jako naturalny element dbania o zdrowie, podobnie jak wykupienie recepty.

Warto zauważyć, że to rozwiązanie wpisuje się w europejski trend poszerzania roli farmaceutów w systemie ochrony zdrowia. W wielu krajach apteki są już miejscem, gdzie obok doradztwa farmaceutycznego pacjenci mogą szybko i bez zbędnych formalności skorzystać z podstawowych świadczeń profilaktycznych. Polska, wprowadzając takie regulacje, staje więc w jednym szeregu z państwami, które postawiły na łatwiejszy dostęp do szczepień jako element walki z chorobami zakaźnymi.

Źródło: Dz.U. MZ

 
Jedną z propozycji deregulacyjnych, jakie zostały zgłoszone przez zespół ds.deregulacji polskiej gospodarki w obszarze ochrony zdrowia, jest zniesienie sztywnych ograniczeń w temacie wizyt lekarskich w formie teleporad, w przychodniach.
Zespół do spraw deregulacji polskiej gospodarki Rafała Brzoski – prezesa InPostu, któremu w lutym tego roku premier RP Donald Tusk zaproponował objęcie kierownictwa nad wspomnianym zespołem – w ramach inicjatywy pn. „SprawdzaMY”, wypunktował obszary, w których konieczne są zmiany. Obywatele i przedsiębiorcy zgłosili kilkanaście propozycji zmian prawa (70 proc. pochodzi od obywateli).

Wyselekcjonowanych zostało siedem obszarów priorytetowych, tzw. „Wielka siódemka deregulacji”, w której znalazło się także zdrowie. W ochronie zdrowia zajęto się m.in. obszarem funkcjonowania teleporad. Autorzy są zdania, że taka forma kontaktu pacjenta z lekarzem powinna być bardziej dostępna, a ograniczenia wyeliminowane – czytamy w prawo.pl

Teleporada – zdalna konsultacja medyczna

Teleporada to zdalna konsultacja medyczna, prowadzona przez telefon bądź też internet. Podczas konsultacji tego typu, lekarz może wystawić receptę, skierowanie lub zwolnienie lekarskie. Wielu pacjentów bardzo sobie ceni kontakt z lekarzem w tej formie. Teleporady sprawdziły się zwłaszcza w trakcie trwania COVID-19. Niestety rząd uznał, że taka forma porady lekarskiej była nadużywana i wprowadził pewne ograniczenia, co wpłynęło na zwężenie zakresu teleporad.

Ograniczenia teleporad mogą wpływać na komfort pacjenta, jak i utrudniać postęp nowoczesnych usług medycznych – pokazują analizy. Kierujący zespołem do spraw deregulacji Rafał Brzoska, chce poprawić ten obszar w systemie zdrowia.  

Teleporady w ośrodkach Podstawowej Opieki Zdrowotnej (POZ)

Autorzy proponują zmianę rozporządzenia odnoszącego się do standardu udzielania teleporad w zakresie, jaki ogranicza tego rodzaju wizytę. Jak opiniują, takie działanie nie tylko zwiększy dostępność konsultacji lekarskich, ale także zagwarantuje prawo pacjenta do wizyty osobistej, w przypadku, gdy będzie ona konieczna.

Jak podkreślono w uzasadnieniu propozycji zmian, obecnie obowiązujące przepisy są nieprecyzyjne oraz zawierają sprzeczności uniemożliwiające korzystanie z teleporad, tam gdzie byłoby to wskazane. Ograniczenia naruszają prawo pacjenta, jak i autonomię lekarza, który powinien móc indywidualnie oceniać sytuację, a nie być ograniczony wyłączeniami.

Teleporady w ambulatoryjnej opiece specjalistycznej (AOS)

Autorzy propozycji zaznaczają, że ujednolicenie regulacji prawnych w zakresie teleporad w AOS oraz programach lekowych, wpłynęłoby na wzrost korzyści społecznych i systemowych. W praktyce dostęp do teleporad w AOS jest ograniczony, uzależniony od lokalnych interpretacji – uniemożliwia to pacjentom korzystanie z tej formy opieki medycznej na równych zasadach.

W opinii autorów, na zdalnych kontaktach z lekarzem skorzystaliby zwłaszcza mieszkańcy wsi, gdzie brakuje specjalistów. Nie chodzi tutaj jedynie o wygodę, ale sposób skrócenia długiego terminu oczekiwania na wizytę.

Autor: red. Katarzyna Redmerska, Medicalpress

Na podstawie rekomendacji Zespołu ds. Szczepień Ochronnych z 2 października 2024 r., zaleceń WHO, CDC, oraz Grupy zadaniowej ds. sytuacji nadzwyczajnych (ETF) działającej przy Europejskiej Agencji Leków (EMA), Minister Zdrowia informuje, że będzie możliwość skorzystania z bezpłatnych szczepień przeciw COVID-19. Szczepienia stanowią kontynuację szczepień wykonywanych w ramach Narodowego Programu Szczepień. Szczepionki są zakupione przez Ministra Zdrowia, a koszt usługi (kwalifikacji do szczepienia i jego wykonania) zostanie sfinansowany ze środków Narodowego Funduszu Zdrowia.

Szczepienie jest jednorazowe niezależnie od wcześniej przyjętych dawek szczepionki. Zaleca się zachowanie odstępu co najmniej 3 miesięcy od ostatniej dawki szczepienia przeciw COVID-19.

W pierwszej kolejności szczepienia będą realizowane u osób w wieku 12 lat i starszych jednodawkową szczepionką Spikevax JN.1 0,5 ml. 

Szczepienia powinny być wykonywane u osób o największym ryzyku przebiegu ciężkiego COVID-19, do których należą osoby w wieku 60 lat i starsze, dzieci, młodzież i dorośli z chorobami współistniejącymi zwiększającymi ryzyko ciężkiego przebiegu COVID-19, tj. otyłością (BMI≥25), cukrzycą, przewlekłą chorobą płuc, przewlekłą chorobą nerek, chorobą układu sercowo-naczyniowego, zaburzeniami neurorozwojowymi, aktywną chorobą nowotworową, chorobą immunosupresyjną lub leczeniem immunosupresyjnym.

Podanie sezonowe szczepionki przeciw COVID-19 wraz ze szczepionką przeciw grypie jest postępowaniem powszechnie zalecanym i bezpiecznym. Szczepionkę przeciw COVID-19 można podawać w dowolnym czasie przed podaniem lub po podaniu innych szczepionek, w tym „żywych”, inaktywowanych, a także szczepionek zalecanych kobietom w ciąży.

Informacja dla Pacjenta
1.Szczepienia przeciw COVID-19 będą przeprowadzane na podstawie e-skierowania, które zostanie wystawione automatycznie i będzie dostępne na Internetowym Koncie Pacjenta (IKP). W przypadku braku automatycznie wystawionego e-skierowania osoba uprawniona w punkcie szczepień może je samodzielnie wystawić oceniając wiek oraz odstęp od przyjęcia ostatniej dawki. Wystawianie skierowań rozpoczęło się 18 października br. 

2.Szczepienia wykonywane są przez:
przychodnie POZ,
apteki ogólnodostępne, które zawarły umowę z Narodowym Funduszem Zdrowia na realizację szczepień zalecanych.
3.Pacjenci mogą zapisać się na szczepienie za pośrednictwem IKP (w przypadku gdy punkt szczepień udostępni terminy w e-Rejestracji) lub bezpośrednio w punkcie szczepień.
4.Wykaz punktów szczepień zostanie udostępniony na stronie pacjent.gov.pl
5.Szczepienie wykonane szczepionką kupioną samodzielnie przez pacjenta (dopuszczoną do obrotu na terytorium RP):
– w aptece ogólnodostępnej podlega rozliczeniu przez NFZ na takich samych zasadach jak usługa wykonana szczepionką zakupioną przez Ministra Zdrowia, 
– w POZ koszt świadczenia jest wykonany w ramach stawki kapitacyjnej (przychodnia w której pacjent złożył deklarację) i nie podlega odrębnemu rozliczeniu przez NFZ.

Informacja dla punktów szczepień 
1.Szczegółowe informacje dot. zasad realizacji szczepień zostały zawarte w dokumencie „Ogólne wytyczne Ministra Zdrowia dla świadczeniodawców dotyczące realizacji szczepień przeciw COVID-19 z wykorzystaniem szczepionek zakupionych przez ministra właściwego do spraw zdrowia.”
2.Podmioty uprawnione do realizacji szczepień przeciw COVID-19 składają do Rządowej Agencji Rezerw Strategicznych (RARS) zapotrzebowanie na szczepionki od dnia 22 października br.
3.Podmiot dotychczas nie posiadający uprawnień do składania zamówień w systemie RARS PUE powinien wystosować prośbę o nadanie uprawnień na adres: szczepionkacovid@rars.gov.pl
4.Do szczepionek mRNA Spikevax JN.1, dostarczanych do punktów szczepień dołączane są igły.
5.Weryfikacja zużycia szczepionek następuje poprzez raportowanie ich podania do elektronicznej Karty Szczepień, a strat poprzez system PUE RARS.
6.Szczepionki powinny być zamawiane zgodnie z bieżącymi potrzebami z uwzględnieniem wskazania ich nazwy i ilości dawek. Może być wprowadzony tygodniowy limit dostaw do punktu szczepień/podmiotu leczniczego w zależności od wielkości zamówienia.
7.Sposób transportowania i przechowywania szczepionek w warunkach tzw. „zimnego łańcucha”, czyli w temperaturze między +2 a +8 stopni przebiega w oparciu o Charakterystykę Produktu Leczniczego oraz przyjęte wytyczne w sprawie przyjmowania i przechowywania szczepionek do szczepień przeciw COVID-19 https://www.gov.pl/web/gis/zasady-dystrybucji-szczepionek. 

Uwaga! 
1.Do składania zapotrzebowania na szczepionki przeciw COVID-19 przeznaczonych do realizacji szczepień u kobiet w ciąży uprawnione są wyłącznie przychodnie POZ.
2.Szpitale pozostają jednostkami uprawnionymi do składania zapotrzebowań na szczepionki przeciw COVID-19 do RARS w celu przeprowadzenia szczepień wśród własnych pracowników. Obowiązkowe jest raportowanie wykonanych szczepień do elektronicznej Karty Szczepień, a ewentualnych strat poprzez system PUE RARS. Wykonane szczepienia nie podlegają  rozliczeniu z NFZ.

źródło: Ministerstwo Zdrowia

Jesienna fala COVID-19 już teraz jest bardzo trudna – ostrzega Główny Inspektor Sanitarny. Jak wynika z badań próbek ścieków, dzięki którym można wykryć ślady wirusa SARS-CoV-2, obecnie jest ich najwięcej od dwóch lat. Zdaniem specjalistów przebieg choroby jest obecnie dużo łagodniejszy niż w czasach pandemii. Chorzy zwykle dochodzą do zdrowia w warunkach domowych. Trzeba jednak pamiętać o możliwych powikłaniach. 

Choć statystyki zachorowań na COVID-19 nie są tak dokładne jak w czasach pandemii, specjaliści posiadają narzędzia, dzięki którym mogą określić aktualną skalę tego zjawiska. Wiadomości, jakie docierają z laboratoriów, nie są jednak optymistyczne. 

– Mamy już w tej chwili falę COVID-19 i można powiedzieć, że jesień już jest trudna, dlatego że mamy w tej chwili najwyższą liczbę zachorowań, jeżeli weźmiemy pod uwagę ślady wirusa w ściekach, to tych zachorowań jest w tej chwili najwięcej od dwóch lat – mówi Paweł Grzesiowski, lekarz, Główny Inspektor Sanitarny.

Lekarze nie mają wątpliwości co do łagodniejszego przebiegu choroby. Zwykle to kilkudniowa, ostra infekcja, której leczenie w większości przypadków może się odbywać w domu. Większość osób wraca do sprawności, choć zdarzają się powikłania i problemy, szczególnie wśród osób starszych lub cierpiących na przewlekłe schorzenia. 

– COVID-19, podobnie jak grypa, może wywołać u nich poważne powikłania i mieć ciężki przebieg. A teraz jeszcze zaczyna się sezon grypy, czyli nałożą nam się niestety dwie infekcje wirusowe o dużym nasileniu w tym samym czasie. Tak że jesień niewątpliwie może być trudna, a im szybciej spadną temperatury, im będzie gorsza pogoda, w sensie będzie chłodniej, to dojdzie nam jeszcze smog związany z ogrzewaniem, a jeżeli to się nałoży na choroby, to razem daje mieszankę bardzo niebezpieczną dla większości ludzi po 60. roku życia oraz przewlekle chorych – zauważa Paweł Grzesiowski.

Między innymi z tego powodu lekarze zachęcają do szczepień na grypę. Główny Inspektor Sanitarny zwraca uwagę, że jest to procedura dużo łatwiej dostępna niż pięć lat temu. Wpływ na to ma m.in. możliwość szczepienia w aptekach oraz w gabinetach, w których nie ma lekarza. Zgodnie z obecnymi wytycznymi samodzielną kwalifikację do takiego zabiegu w przypadku pacjentów pełnoletnich może wykonać pielęgniarka. Są osoby, które nie muszą się martwić wydatkami na samą szczepionkę. 

– Wiele grup ma w tej chwili szczepionki nieodpłatne przeciwko grypie w różnych mechanizmach, czy to w zakresie tzw. leków dla seniorów, czy tak jak kobiety w ciąży mają szczepionkę refundowaną w 100 proc., czy też dzieci do 18. roku życia. Mamy więc dużo mechanizmów, które zachęcają do szczepienia. Jest jedna bariera naczelna, która bardzo nas martwi i czekamy na jej zniesienie, to jest potrzeba recepty, czyli żeby mieć zniżkę na szczepionkę, trzeba skorzystać z recepty indywidualnej, wystawionej przez lekarza – zwraca uwagę Główny Inspektor Sanitarny. 

Taki stan rzeczy sprawia, że wiele osób zrezygnuje ze szczepienia. To właściwie jedyna poważna bariera, ponieważ o dostępność szczepień przeciwko grypie nie trzeba się martwić. Preparaty są dostępne zarówno w hurtowniach, jak i aptekach. 

– Potrzebujemy tylko zniesienia bariery polegającej na konieczności pozyskania recepty wypisanych przez lekarza, żeby uzyskać zniżkę na szczepionkę, czy to w ramach darmowych leków dla seniora, czy dla dziecka, czy powiedzmy dla kobiet w ciąży, a więc to jest bariera główna. Zniesienie tej bariery polega przede wszystkim chyba na tym, że farmaceuci uzyskają uprawnienia do wypisania recepty refundowanej, ale też może będą inne programy, bo chociażby są już od lat realizowane programy samorządowe szczepień przeciw grypie, gdzie szczepionka jest po prostu za darmo dla każdego, kto spełnia kryteria i kto się zgłosi – mówi dr n. med. Paweł Grzesiowski.

Jak wynika z informacji opublikowanej na stronie Głównego Inspektoratu Sanitarnego, objawy grypy zazwyczaj pojawiają się nagle. Szybko następuje także rozwój choroby. Pacjenci, u których zdiagnozowano grypę, uskarżają się głównie na wysoką gorączkę, dreszcze, bóle mięśni i głowy, a także uczucie rozbicia i osłabienia. Zgłaszają również pogorszenie samopoczucia.

Oprócz wymienionych objawów ogólnych lekarze zwracają uwagę także na objawy ze strony układu oddechowego. Są to suchy kaszel, ból gardła oraz niewielki katar. Według statystyk GIS choroba ustępuje samoistnie po trzech–siedmiu dniach. Kaszel, zmęczenie oraz pogorszone samopoczucie mogą się utrzymywać nawet dwa tygodnie. 

źródło: Newseria.pl

Od wczoraj wszystkie osoby powyżej 12. roku życia mogą się już zaszczepić szczepionką zmodyfikowaną na podwariant koronawirusa Kraken. Skierowania zostały automatycznie wystawione przez system i są dostępne na Internetowym Koncie Pacjenta. Powinny z nich skorzystać zwłaszcza te osoby, które mają wiele chorób współistniejących i zakażenie koronawirusem może być dla nich szczególnie niebezpieczne. Jak wskazuje specjalista medycyny rodzinnej Michał Domaszewski, w tej chwili obok COVID-19 w lekarskich gabinetach dominują grypa i zapalenie zatok. Dostępność różnego rodzaju testów pomaga postawić właściwą diagnozę i wdrożyć odpowiednie leczenie. – Polacy często leczą się sami, ale przeważnie robią to źle – zauważa ekspert.
– W tej chwili jest najwięcej przypadków zapalenia zatok. COVID-19 też jest prawie codziennie – to jest jeden–dwa przypadki na każdych 30–40 pacjentów, ale ostatnio pojawiła się też grypa B, która jest tą rzadszą odmianą. Ona powinna stanowić tak naprawdę ok. 20 proc. przypadków, większość to powinna być grypa A. Ale okazuje się, że teraz u mnie w gabinecie jest tylko grypa B – mówi Michał Domaszewski, specjalista medycyny rodzinnej i założyciel sieci Ambasadorzy Zdrowia. – To nie są oczywiście ciężkie przypadki, wszystkie są do wyleczenia, choć jeżeli ktoś ma dużo chorób współistniejących, to może być trudne. Natomiast w większości to są typowe objawy przeziębienia, trochę mniej charakterystyczne dla grypy, czyli bardziej katar, a nie ból mięśni i wysoka gorączka.

Od początku sezonu jesienno-zimowego tradycyjnie rośnie liczba zachorowań na grypę i COVID-19. Lekarze wskazują, że ten patogen prawdopodobnie też zostanie w społeczeństwie już na stałe, a wzrost liczby zachorowań w okresach przeziębieniowych będzie standardem. Odzwierciedlają to też statystyki: w Polsce od września widoczne jest stopniowe narastanie kolejnej fali zakażeń. W środę 6 grudnia br. Ministerstwo Zdrowia poinformowało o stwierdzeniu 3,4 tys. przypadków koronawirusa SARS-CoV-2 (w tym 2,3 tys. nowych i nieco ponad 1 tys. ponownych zakażeń). We wtorek było ich ponad 4 tys. i była to największa liczba od ponad ośmiu miesięcy. Rzeczywiste statystyki mogą być jednak znacznie wyższe, ponieważ część pacjentów choruje i leczy się w domach, nie robiąc testów. Lekarze spodziewają się nadejścia kolejnej, znacznie poważniejszej fali zakażeń i apelują o ponowne noszenie maseczek w przestrzeni publicznej, a szczególnie w przychodniach i ośrodkach zdrowia, z których część sama wprowadziła już taki obowiązek. Zwłaszcza że nowy podtyp SARS-CoV-2 – Kraken (XBB.1.5) – jest jeszcze bardziej zakaźny niż poprzednik.

6 grudnia br. ruszyły szczepienia kolejnymi dawkami szczepionki przeciw COVID-19. Wszystkie osoby powyżej 12. roku życia mogą się już zaszczepić szczepionką zmodyfikowaną na ten podwariant koronawirusa. Skierowania na szczepienie zostały automatycznie wystawione przez system i powinny być już dostępne na Internetowym Koncie Pacjenta.

– COVID-19 jest i zawsze będzie. I oby był jak najłagodniejszy, w takiej postaci jak teraz, czyli bóle głowy, trochę kataru, trochę gorączki, czasem ból gardła i mięśni – wymienia specjalista medycyny rodzinnej. – Na dobrą sprawę w tej kwestii nic się nie zmieniło: jak nie mieliśmy leków na COVID-19, tak w tej chwili nadal ich nie mamy. One były w Polsce tylko przez chwilę, na poziomie lekarza rodzinnego, potem zniknęły, mam nadzieję, że jeszcze kiedyś się pojawią. Natomiast w tej chwili leczymy COVID-19 oczywiście według wytycznych, przy czym połowy leków z tych wytycznych nie ma, więc tak naprawdę leczymy objawowo, wspomagająco, a nie przyczynowo.
Podobnie jak w przypadku innych sezonowych wirusów, które leczy się objawowo, sposobem na złagodzenie dolegliwości towarzyszących COVID-19 mogą być leki dostępne w aptekach bez recepty. Jednak Polacy często stosują je źle.

– Polacy leczą się sami i przeważnie leczą się źle: biorą syrop na kaszel suchy, kiedy mają kaszel mokry i odwrotnie. Myślą, że zbiją stan zapalny paracetamolem, chociaż on wcale do tego nie służy, ponieważ jest lekiem przeciwbólowym i przeciwgorączkowym, a nie przeciwzapalnym. I oczywiście nie pamiętają nazw leków, które biorą. Mam na co dzień do czynienia z pacjentami i większość się leczy źle – mówi Michał Domaszewski. – Skala tego samoleczenia siłą rzeczy musi być duża, bo w Polsce dostępność lekarzy jest taka sobie, zwłaszcza w sezonie infekcyjnym.

Dlatego lekarze apelują, aby w aptece prosić o pomoc farmaceuty i zasięgnąć jego porady w kwestii tego, jak radzić sobie z infekcją.

– Czasem jest jednak tak, że pacjent wie lepiej od farmaceuty i od lekarza i na przykład chce od razu antybiotyk – mówi ekspert. – Niestety jest też tak, że często pacjenci biorą antybiotyk, który im został z poprzedniego leczenia, a tak naprawdę wzięli go bez sensu, bo mają wirusową chorobę, a antybiotyk jest na chorobę bakteryjną. Z tym trzeba nie tyle walczyć, tylko trzeba po prostu edukować. Dlaczego to jest złe i szkodliwe? Dlatego że antybiotyk niszczy florę bakteryjną również w jelitach, która nam pomaga w budowaniu odporności, więc następnym razem, kiedy pacjent będzie chory, może być chory gorzej niż wcześniej. To są rzeczy, na które musimy zwracać uwagę nie tylko w perspektywie tego konkretnego pojedynczego pacjenta, ale w perspektywie milionów Polaków. Antybiotykooporność jest realnym problemem, bo pojawiają się szczepy superodporne na wszystkie antybiotyki.
Pomocne w tym kontekście są różnego rodzaju testy do diagnostyki infekcji i stanów zapalnych.

 To jest pewne novum, że my w przychodni lekarza rodzinnego mamy teraz dostęp do tylu testów – CRP, testów combo, testów na różne wirusy. Dzięki temu możemy pacjenta szybko zdiagnozować i się dowiedzieć, czy to jest np. angina paciorkowcowa, czy angina wirusowa albo wirusowe zapalenie gardła. To jest prawdziwy postęp, od czasów pandemii liczba testów w gabinecie lekarza rodzinnego zdecydowanie się zwiększyła i to jest plus. To ułatwia diagnozę, a właściwa diagnoza to właściwe leczenie – podkreśla Michał Domaszewski.