Medicalpress

Wraz z początkiem sezonu jesienno-zimowego w całej Polsce ruszyły bezpłatne szczepienia przeciw COVID-19 na sezon 2026/2027. Szczepienie jest dostępne dla osób od 12. roku życia, a szczególnie rekomendowane osobom w wieku 60 lat i starszym oraz osobom narażonym na zwiększone ryzyko ciężkiego przebiegu choroby. Szczepienie jest bezpłatne i nie wymaga e-skierowania. Osoby dorosłe mogą się zaszczepić w placówce podstawowej opieki zdrowotnej lub w aptece.

Obecnie w Polsce działa już ponad 2,8 tys. aptecznych punktów szczepień.

– Farmaceuci odgrywają kluczową rolę w ochronie pacjentów przed COVID-19 i nadal zależy nam na tym, aby dostęp do szczepień był jak najłatwiejszy. Wraz z początkiem sezonu infekcji dróg oddechowych szczególnie ważne jest, aby osoby narażone na zwiększone ryzyko ciężkiego przebiegu choroby zadbały o odpowiednią ochronę – mówi dr n. farm. Mikołaj Konstanty, wiceprezes Naczelnej Rady Aptekarskiej.

Początek jesieni przyniósł ponowny wzrost aktywności koronawirusa w Polsce. Według Głównego Inspektoratu Sanitarnego (GIS) na początku października wzrosła liczba przypadków COVID-19, szczególnie wśród dzieci i osób młodych.

Jednak liczba szczepień przeciw COVID-19 w Polsce pozostaje w tym sezonie na bardzo niskim poziomie. Do 11 października 2026 roku odnotowano zaledwie 67,5 tys. szczepień, czyli ponad dwukrotnie mniej niż w analogicznym okresie 2025 roku i znacznie mniej niż szczepień przeciw grypie, których w obecnym sezonie wykonano już ponad 1,1 mln. Jednocześnie COVID-19 nadal jest przyczyną hospitalizacji, szczególnie wśród osób starszych i osób z chorobami współistniejącymi.

COVID-19 nadal może prowadzić do poważnych powikłań, szczególnie u osób starszych i osób z chorobami współistniejącymi. Zgodnie z zaleceniami Ministerstwa Zdrowia szczepienie jest rekomendowane osobom w wieku 60 lat i starszym, osobom z chorobami przewlekłymi lub obniżoną odpornością, kobietom w ciąży, mieszkańcom placówek opieki długoterminowej oraz pracownikom ochrony zdrowia.

Osoby, którym zaleca się szczepienia zarówno przeciw grypie, jak i COVID-19, mogą przyjąć je podczas jednej wizyty. Zgodnie z rekomendacjami ekspertów koadministracja obu szczepień jest zalecanym rozwiązaniem i pozwala ograniczyć liczbę wizyt potrzebnych do uzyskania ochrony przed obiema infekcjami.

– Osoby, u których jest to wskazane, mogą podczas jednej wizyty przyjąć szczepienie przeciw COVID-19 oraz przeciw grypie – jest to bezpieczny i wygodny sposób ochrony przed obiema infekcjami. Ponieważ e-skierowanie nie jest wymagane, zachęcam osoby z grup ryzyka, aby skontaktowały się z najbliższą apteką realizującą szczepienia, porozmawiały z farmaceutą o swoich potrzebach w zakresie profilaktyki i umówiły termin szczepienia – mówi dr n. farm. Mikołaj Konstanty.

Osoby, które mają wątpliwości dotyczące szczepienia przeciw COVID-19, mogą się skonsultować z farmaceutą lub innym pracownikiem ochrony zdrowia. Najbliższą aptekę wykonującą szczepienia można znaleźć na stronie pacjent.gov.pl/zaszczep-sie-w-aptece, a następnie skontaktować się z wybraną placówką w celu umówienia terminu. Część aptek umożliwia również rezerwację terminu online, m.in. za pośrednictwem serwisu GdziePoLek.pl. Warto również pomóc starszym członkom rodziny lub osobom wymagającym opieki w umówieniu się na szczepienie.

Źródło: Newseria

Od 1 października państwo zaczyna finansować szczepienia przeciw HPV dla kolejnej grupy. Po dzieciach i młodzieży bezpłatny dostęp do szczepionki otrzymują młodzi dorośli. Rozwiązanie ma jednak charakter czasowy, a zasady kwalifikacji zawierają istotne ograniczenie wieku, na które warto zwrócić uwagę przed podjęciem decyzji o szczepieniu.

Zmianę wprowadza obwieszczenie Ministra Zdrowia z 30 września 2026 roku dotyczące zalecanych szczepień ochronnych, których zakup jest finansowany przez państwo. Dokument został opublikowany w Dzienniku Urzędowym Ministra Zdrowia.

Nowa możliwość dotyczy kobiet i mężczyzn po ukończeniu 18. roku życia do ukończenia 26. roku życia. Szczepienie przeciw HPV będzie w tej grupie realizowane w schemacie trzydawkowym, a finansowanie przewidziano od 1 października 2026 roku do 31 maja 2027 roku.

W obwieszczeniu znajduje się warunek, który w praktyce zawęża grupę osób mogących rozpocząć bezpłatny cykl. Pierwszą dawkę trzeba przyjąć przed ukończeniem 25. roku życia. Osoba, która rozpocznie szczepienie przed 25. urodzinami, może natomiast zakończyć trzydawkowy schemat już po przekroczeniu tej granicy wieku, z zachowaniem właściwych odstępów między dawkami.

Według informacji NIZP PZH akcja ma pozwolić na zaszczepienie ponad 17 tys. młodych dorosłych. Jest to więc rozszerzenie finansowania na nową grupę, ale nie powszechny program obejmujący bezterminowo wszystkich młodych dorosłych.

WHO wskazuje, że niemal wszystkie przypadki raka szyjki macicy są związane z zakażeniem onkogennymi typami HPV. Szczepienie pozostaje jednym z podstawowych narzędzi pierwotnej profilaktyki tego nowotworu. Największą skuteczność daje przed rozpoczęciem aktywności seksualnej i potencjalnym kontaktem z wirusem, dlatego główną grupą docelową programów szczepień pozostają dzieci i młodzież.

Rozszerzenie finansowania na młodych dorosłych nie zmienia tego priorytetu. Umożliwia natomiast skorzystanie ze szczepienia części osób, które nie zostały zaszczepione wcześniej. Sam fakt rozpoczęcia aktywności seksualnej nie oznacza bowiem automatycznie kontaktu ze wszystkimi typami HPV, przed którymi może chronić szczepionka.

Bez zmian pozostaje powszechny program bezpłatnych szczepień przeciw HPV dla dzieci i młodzieży. Obejmuje dziewczęta i chłopców po ukończeniu 9. roku życia do ukończenia 14 lat. W tej grupie stosowany jest schemat dwudawkowy. Szczepienie musi zostać rozpoczęte przed ukończeniem 14 lat, ale druga dawka może zostać podana już po 14. urodzinach, przy zachowaniu odstępu od 6 do 12 miesięcy.

NIZP PZH przypomina, że dzieci, które ze względu na wiek nie mieszczą się w powszechnym programie, mogą korzystać z bezpłatnej szczepionki Cervarix dostępnej w ramach refundacji aptecznej. W takim przypadku potrzebna jest recepta. Dla dorosłych Cervarix pozostaje dostępny z 50-procentową refundacją.

Źródło: MZ

W sezonie 2026/2027 zapewniona zostanie możliwość skorzystania z bezpłatnych, zalecanych szczepień przeciw COVID-19 – poinformowało w poniedziałek Ministerstwo Zdrowia. Resort przypomniał, że jednoczesne przyjęcie szczepionki przeciw COVID-19 i grypie jest bezpieczne.

Jak wskazali specjaliści, to nieprawda, że kobiety w ciąży nie powinny się szczepić, bo to może negatywnie wpłynąć na rozwój płodu albo grozi poronieniem. Zaprzeczają temu wieloletnie międzynarodowe badania naukowe. Jednoznacznie potwierdzają one, że podawanie kobietom ciężarnym szczepionek inaktywowanych (tzw. „zabitych”) jest w pełni bezpieczne zarówno dla matki, jak i dla rozwijającego się dziecka.

Szczepienia kobiet w ciąży preparatami inaktywowanymi zalecają Polskie Towarzystwo Ginekologów i Położników w porozumieniu z Polskim Towarzystwem Wakcynologii oraz Polskim Towarzystwem Lekarzy Medycyny Rodzinnej. Zalecenia te dotyczą szczepionek przeciwko grypie sezonowej, wirusowi układu oddechowego RS oraz krztuścowi i Covid-19.

Eksperci ostrzegają, że groźne jest zachorowanie podczas ciąży na poważną chorobę zakaźną, taką jak grypę czy RSV, a nie samo szczepienie. Infekcja tego rodzaju zagraża zarówno prawidłowemu rozwojowi płodu, jak i znacznie zwiększa ryzyko utraty ciąży. – Szczepienie przeciwko grypie o 40 proc. zmniejsza ryzyko hospitalizacji związanej z tą chorobą u kobiet w ciąży – zaznacza prof. Aneta Nitsch-Osuch, kierownik Zakładu Medycyny Społecznej Zdrowia Publicznego Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

Specjalistka przekonuje, że szczepienie w czasie ciąży chroni matkę, a przy okazji poprzez łożysko przekazuje dziecku bierną ochronę. Dzięki temu dziecko już w pierwszych miesiącach po narodzinach może być odporne na infekcje.

Z danych przedstawionych przez prof. Nitsch-Osuch podczas konferencji „Gotowi na sezon” wynika, że szczepienie przeciwko RSV o 81,8 proc. zmniejsza ryzyko rozwinięcia się ciężkiej choroby dolnych dróg oddechowych u niemowląt w pierwszych 90 dniach jego życia. Z kolei w przypadku zaszczepienia przeciwko krztuścowi, ryzyko tej choroby zmniejsza się u noworodka o 90 proc. również w pierwszych trzech miesiącach życia.

Specjaliści Ogólnopolskiego Programu Zwalczania Chorób Infekcyjnych zaznaczają, że szczepienia u kobiet w ciąży przeciwko grypie, wirusowi układu oddechowego RS oraz krztuścowi i Covid-19 są bezpłatne.

W przypadku grypy szczepienie można wykonać w dowolnym trymestrze ciąży. Podobnie można się zaszczepić przeciwko Covid-19, bardziej jednak preferowany jest drugi i trzeci trymestr ciąży. Pozostałe dwa szczepienia należy przeprowadzić w określonym czasie. Preparat przeciwko RSV należy podać między 24. i 36. tygodniem ciąży, a przeciwko krztuścowi – między 27. i 36. tygodniem ciąży.

– Zapewnia to bierną ochronę niemowlęcia przed ciężkim RSV od urodzenia do nawet około 6. miesiąca życia – twierdzi dr Ilona Małecka z Katedry i Zakładu Profilaktyki Zdrowotnej Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu. Dodaje, że w przypadku krztuśca szczepienie gwarantuje ochronę, kiedy zakażenie to jest dla noworodka szczególnie niebezpieczne, zanim jeszcze zostaną u niego rozpoczęte szczepienia.

Źródło: Nauka w Polsce

Minister Zdrowia opublikował 7 września komunikat nr 39 dotyczący realizacji szczepień przeciw COVID-19 w sezonie 2026/2027. Resort, opierając się m.in. na rekomendacjach Zespołu do spraw Szczepień Ochronnych, zaleceniach WHO na 2026 r. oraz stanowisku grupy zadaniowej ds. sytuacji nadzwyczajnych (ETF) przy Europejskiej Agencji Leków (EMA), poinformował o zapewnieniu możliwości skorzystania z bezpłatnych, zalecanych szczepień przeciw COVID-19.

Szczepionki finansuje i kupuje Minister Zdrowia, natomiast koszt kwalifikacji i wykonania szczepienia zostanie pokryty przez Narodowy Fundusz Zdrowia.

Spikevax XFG dla dorosłych i dzieci

W sezonie 2026/2027 szczepienia osób w wieku 12 lat i starszych będą wykonywane jednodawkową szczepionką Spikevax XFG w dawce 50 mikrogramów, w ampułko-strzykawce. Jedna dawka wynosi 0,5 ml.

W przypadku osób z ciężkim niedoborem odporności lekarz może zdecydować o podaniu dodatkowej dawki. Powinna ona zostać podana w odstępie co najmniej dwóch miesięcy od poprzedniej dawki.

Dla młodszych dzieci stosowana będzie pediatryczna dawka Spikevax XFG – 25 mikrogramów/0,25 ml.

Schemat wygląda następująco:

U dzieci z ciężkim niedoborem odporności lekarz może zdecydować o podaniu dodatkowej dawki lub dawek, odpowiednich dla wieku. W przypadku dzieci od 6 miesięcy do 4 lat, które wcześniej nie były szczepione, trzecia dawka może zostać podana po co najmniej 28 dniach od drugiej.

Kto powinien szczególnie rozważyć szczepienie?

Minister Zdrowia wskazuje przede wszystkim osoby najbardziej narażone na ciężki przebieg COVID-19. W tej grupie znajdują się osoby powyżej 60. roku życia, szczególnie po 75. roku życia, a także dzieci, młodzież i dorośli z chorobami współistniejącymi.

Chodzi m.in. o osoby z:

Szczepienie jest również szczególnie wskazane dla pensjonariuszy placówek opieki długoterminowej i ich opiekunów, kobiet w ciąży oraz pracowników ochrony zdrowia, którzy mają bezpośredni kontakt z pacjentami lub mieszkańcami placówek opieki długoterminowej.

COVID-19 i grypa podczas jednej wizyty

Ministerstwo podkreśla, że jednoczesne podanie szczepionki przeciw COVID-19 i szczepionki przeciw grypie jest bezpieczne i powszechnie zalecane.

Szczepionkę przeciw COVID-19 można również podać w dowolnym czasie przed innymi szczepieniami lub po nich – zarówno w przypadku szczepionek żywych, jak i inaktywowanych oraz szczepień zalecanych kobietom w ciąży.

Bez e-skierowania. Gdzie można się zaszczepić?

Pacjent nie potrzebuje e-skierowania. Na szczepienie należy zapisać się bezpośrednio w wybranym punkcie, w terminach wskazanych przez placówkę.

Szczepienia będą wykonywane w:

Na razie pacjenci zapisują się bezpośrednio w punktach szczepień. Ministerstwo zapowiedziało osobny komunikat dotyczący uruchomienia Centralnej e-Rejestracji i możliwości zapisywania się na szczepienie za pośrednictwem IKP i aplikacji mojeIKP.

Co w przypadku szczepionki kupionej przez pacjenta?

Jeżeli producent udostępni szczepionkę przeciw COVID-19 do sprzedaży w aptekach, pacjent będzie mógł kupić ją samodzielnie.

W przypadku osoby posiadającej prawo do świadczeń finansowanych ze środków publicznych szczepienie taką szczepionką również może zostać rozliczone przez NFZ. W aptece odbywa się to na takich samych zasadach jak usługa wykonana szczepionką zakupioną przez Ministra Zdrowia. W POZ szczepienie jest rozliczane w ramach stawki kapitacyjnej w przychodni, w której pacjent złożył deklarację.

Osoby, które nie mają prawa do świadczeń opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych, nie mogą skorzystać z bezpłatnej szczepionki zapewnionej przez Ministra Zdrowia ani z finansowania przez NFZ usługi kwalifikacji i wykonania szczepienia. Jeżeli szczepionka będzie dostępna w sprzedaży aptecznej, mogą zaszczepić się odpłatnie, ponosząc koszt preparatu oraz kwalifikacji i podania.

Bez kwestionariusza, ale z obowiązkowym wpisem w e-Karcie Szczepień

W sezonie 2026/2027 nie będzie obowiązywał kwestionariusz wstępnego wywiadu przesiewowego przed szczepieniem przeciw COVID-19.

Jednocześnie kwalifikacja do szczepienia oraz informacja o jego wykonaniu muszą zostać odnotowane w e-Karcie Szczepień.

Kiedy szczepionki trafią do punktów?

Szczepionki są przechowywane w stanie zamrożenia przez Rządową Agencję Rezerw Strategicznych (RARS). Po rozmrożeniu trafiają do dystrybucji w warunkach zimnego łańcucha.

Punkty szczepień mogą składać zapotrzebowanie na szczepionki dla dorosłych od 11 września 2026 r., natomiast zamówienia na szczepionki dla dzieci będą możliwe od 29 września 2026 r. Zamówienia złożone w danym tygodniu są zamykane w każdy czwartek o godz. 12.

Termin rozpoczęcia szczepień w konkretnym punkcie będzie zależał od terminu odbioru szczepionek z właściwej powiatowej stacji sanitarno-epidemiologicznej.

Po rozmrożeniu szczepionka ma 30-dniowy okres ważności. Punkty szczepień muszą przechowywać ją w temperaturze od +2°C do +8°C, zgodnie z zasadami zimnego łańcucha.

Szpitale i inne placówki zachowują możliwość zamawiania szczepionek

Szpitale, zakłady opiekuńczo-lecznicze, zakłady pielęgnacyjno-opiekuńcze, hospicja, zakłady karne oraz jednostki MON pozostają uprawnione do składania zapotrzebowania na szczepionki przeciw COVID-19 dla swoich pracowników i osób przebywających w tych placówkach.

Wykonane w tych jednostkach szczepienia muszą być raportowane do e-Karty Szczepień. W przeciwieństwie do szczepień realizowanych w POZ i aptekach nie podlegają one rozliczeniu z NFZ.

Źródło: MZ

Coraz więcej Polaków korzysta ze szczepień przeciw grypie, RSV czy półpaścowi. Eksperci podkreślają jednak, że poziom wyszczepialności dorosłych, szczególnie osób starszych, nadal jest niewystarczający. Zbliżający się sezon infekcyjny może być okazją nie tylko do szczepienia przeciw grypie, ale także do sprawdzenia szerszych potrzeb pacjenta w zakresie profilaktyki.

– Ostatni sezon infekcyjny był dość intensywny, jeśli chodzi o zachorowania dotyczące grypy. Zresztą w tym czasie jak zawsze jest ona najistotniejszym problemem zdrowotnym. Na drugim miejscu uplasowały się zakażenia RSV, które w dużej mierze dotyczyły dzieci do drugiego roku życia, ale nie możemy także zapominać, że duże obciążenie związane jest z osobami powyżej 65. roku życia. Jeśli chodzi o COVID-19, to w poprzednim sezonie sytuacja była umiarkowana, chociaż to nie oznacza, że nie obserwowaliśmy skoku zachorowań – mówi w rozmowie z agencją Newseria prof. dr hab. n. med. i n. o zdr. z,Iwona Paradowska-Stankiewic konsultant krajowy w dziedzinie epidemiologii.

W sezonie 2025/2026 szczyt zachorowań na grypę przypadł na okres między 26 stycznia a 1 lutego 2026 roku, kiedy liczba przypadków na 100 tys. mieszkańców wyniosła 403,7. W przypadku RSV punkt kulminacyjny nastąpił między 9 a 15 marca 2026 roku (32,2). Tak wynika z raportu o chorobach zakaźnych, który powstał we współpracy Centrum e-Zdrowia (CeZ) z Głównym Inspektoratem Sanitarnym oraz Ministerstwem Zdrowia.

– To są główne problemy tzw. chorób infekcyjnych sezonowych, natomiast warto również podkreślić, że poza nimi istotne są także obciążenia występujące cały rok, dotyczące chociażby pneumokoków czy półpaśca. W związku z tym, że to jest całoroczny problem, liczba zachorowań jest bardzo różna. Tutaj duże obciążenie jest związane z osobami starszymi powyżej 65. roku życia – wyjaśnia prof. dr hab. n. med. i n. o zdr. Iwona Paradowska-Stankiewicz.

Liczba osób zaszczepionych na grypę wzrasta. Według danych CeZ w sezonie infekcyjnym 2025/2026 wyniosła ona 2,297 mln, podczas gdy rok wcześniej było to 1,8 mln, a dwa lata wcześniej – 1,643 mln.

– W odniesieniu do szczepień w ostatnim okresie obserwujemy dosyć pozytywną sytuację, czyli zwiększenie zainteresowania szczepieniami. Myślę o tych, które nie są realizowane w ramach kalendarza szczepień, tylko dotyczą osób dorosłych, w tym starszych. Te statystyki były bardzo dobre, ponieważ w poprzednim sezonie w porównaniu z jeszcze poprzednim o 28 proc. osób więcej skorzystało ze szczepień przeciw grypie. Oczywiście nie jest to jeszcze liczba zadowalająca, ponieważ to dało odsetek 6,2 proc. w skali populacji, w przypadku osób starszych było to 16 proc. z haczykiem – wyjaśnia konsultant krajowy w dziedzinie epidemiologii. – Oczekiwania i udowodnione naukowo informacje mówią o tym, że w przypadku osób starszych stan zaszczepienia powinien się kształtować na poziomie 75 proc., a więc mamy jeszcze dużo do zrobienia – dodaje.

Z ostatnich dostępnych danych Eurostatu wynika, że w Unii Europejskiej w 2023 roku przeciwko grypie sezonowej zaszczepiło się 47,1 proc. osób w wieku 65 lat i starszych.

– W odniesieniu do RSV sytuacja jest również bardzo korzystna. Było duże zainteresowanie tymi szczepieniami, zwłaszcza wśród osób starszych. Jak pamiętamy, zostały one wprowadzone z refundacją dopiero w zeszłym roku, więc w tym sezonie spodziewamy się również dużego zainteresowania – podkreśla dr hab. n. med. i n. o zdr. Iwona Paradowska-Stankiewicz. 

W przypadku szczepień przeciw RSV dostępne są dwa preparaty. Oba są bezpłatne dla osób w wieku 65 lat i starszych oraz objęte 50-proc. refundacją dla osób w wieku 60–64 lata. Na RSV w sezonie 2025/2026 zaszczepiło się nieco ponad 627 tys. Polaków, czyli o ponad pół miliona więcej niż rok wcześniej (71,9 tys.). Największe zainteresowanie wystąpiło w grupie wiekowej 70-74 (162,5 tys.).

– W przypadku półpaśca również jest większe zainteresowanie. Jeśli chodzi o pneumokoki, to tutaj pewnie czas pokaże, ale na pewno stan zaszczepienia powinien się poprawić, czyli zwiększy się zainteresowanie tymi szczepionkami wśród osób starszych – zaznacza konsultant krajowy w dziedzinie epidemiologii.

Po rozszerzeniu refundacji wyraźnie wzrosła również liczba szczepień przeciw półpaścowi. W 2025 roku zaszczepiło się ponad 177 tys. osób wobec niespełna 15 tys. rok wcześniej.

– Szczepienia są podstawą profilaktyki. To jest najbardziej kosztoefektywna i efektywna w sensie indywidualnym metoda profilaktyczna w całej medycynie. Mają one wartość nie tylko w sensie ochrony przed infekcją, ponieważ czasami nie chronią, ale chronią przed hospitalizacją, ciężkim przebiegiem. Czasami, jak ostatnio wiemy, również przed innymi konsekwencjami, nawet niezwiązanymi z samą infekcją, dlatego szczepienia powinniśmy promować u wszystkich, którzy są narażeni na ciężki przebieg choroby – uważa prof. dr hab. n. med. Krzysztof Tomasiewicz, prezes Polskiego Towarzystwa Epidemiologów i Lekarzy Chorób Zakaźnych, kierownik Kliniki Chorób Zakaźnych i Hepatologii z Uniwersytetu Medycznego w Lublinie.

Jak podkreśla prof. dr hab. n. med. Krzysztof Tomasiewicz, większość szczepionek można podawać wspólnie. 

– Pewne zasady łączenia oczywiście obowiązują, natomiast szczepienia, które są dostępne w tej chwili, mogą być stosowane jednego dnia. Podawane są oczywiście w różne miejsca, chyba że jest to szczepionka skojarzona, czyli preparaty, które zawierają różne szczepionki – zaznacza prezes Polskiego Towarzystwa Epidemiologów i Lekarzy Chorób Zakaźnych.

Bardzo istotna jest rozmowa lekarza z pacjentem i rozwiewanie obaw, np. związanych z wystąpieniem niepożądanych odczynów poszczepiennych.

– Najważniejsze jest to, żeby porozmawiać z pacjentem, żeby nie sięgnął do internetu i nie spotkał się z fake newsami – podkreśla dr n. med. Justyna Tymińska z Wydziału Medycznego Uczelni Łazarskiego, członek zarządu Oddziału Mazowieckiego Polskiego Towarzystwa Medycyny Rodzinnej.

Dorośli pacjenci mogą się zaszczepić w aptekach, które podpisały umowę z Narodowym Funduszem Zdrowia (NFZ) przeciw 18 chorobom, w tym m.in. grypie, pneumokokom, półpaścowi czy też COVID-19. Szczepionki w aptekach są bezpłatne, częściowo refundowane (np. w 50 proc.) lub pełnopłatne, w zależności od rodzaju szczepionki i wieku pacjenta.

– Kiedyś pacjent musiał pójść do lekarza, dostać receptę, wrócić do apteki, wykupić szczepionkę, po czym znowu wrócić do lekarza lub pielęgniarki, żeby się zaszczepić, czyli mieliśmy trzy kroki. W tej chwili pacjent ma wszystko w jednym kroku, czyli przychodzi do apteki i ma w tym samym miejscu kwalifikację, wystawioną receptę ze zniżką i podanie szczepionki z całą przysługującą refundacją, więc prościej już się po prostu nie da – wyjaśnia dr n. med. i n. o zdr. Marek Tomków, prezes Naczelnej Rady Aptekarskiej.

Od 14 lutego 2025 roku zwiększono uprawnienia farmaceutów, którzy mogą wystawiać recepty na szczepienia zalecane i wykonywać je w aptekach. 

– Osiemnaście szczepień jest już w tej chwili refundowanych przez Narodowy Fundusz Zdrowia. Mówimy tu o kwalifikacji i samym podaniu szczepionki. Dodatkowo jest to 26 szczepień, które już można wykonać w aptece, od tych podstawowych, takich jak COVID-19, grypa czy szczepienie przeciwko RSV, po te, które są stosowane np. przeciwko chorobom egzotycznym. Jest to więc bardzo szeroka oferta i to wszystko jest dostępne dla pacjentów praktycznie od ręki. Te atuty przemawiają za tym, że pacjenci wybierają apteczne punkty szczepień – zaznacza dr n. med. i n. o zdr. Marek Tomków.

Obecnie w całej Polsce funkcjonuje 2440 aptecznych punktów szczepień, w których na przełomie 2025 i 2026 roku wykonano ok. 1,2 mln szczepień. Szacuje się, że codziennie w Polsce punkty apteczne odwiedza 2,5 mln osób.

Źródło: Newseria

Choć pandemia COVID-19 przestała być globalnym stanem zagrożenia, jej odległe konsekwencje nadal pozostają wyzwaniem dla pediatrów. Jednym z najpoważniejszych powikłań u dzieci jest PIMS-TS – zespół wieloukładowej reakcji zapalnej pojawiający się po zakażeniu SARS-CoV-2. Badania prowadzone przez zespół Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu nie tylko pozwoliły lepiej zrozumieć przebieg tej choroby, ale również wpłynęły na polskie rekomendacje dotyczące diagnostyki, leczenia i bezpiecznego stosowania szczepień u dzieci z grup ryzyka.
Pandemia COVID-19 minęła jako stan nagłego globalnego kryzysu, ale nie zakończyły się wszystkie wyzwania, które ujawniła. Jednym z nich pozostaje PIMS-TS – rzadka, opóźniona reakcja zapalna organizmu dziecka po zakażeniu SARS-CoV-2. Dziś lekarze wiedzą więcej o optymalnych metodach leczenia i zapobiegania metodą szczepień, dzięki badaniom, takim jak te prowadzone na Uniwersytecie Medycznym we Wrocławiu: wieloośrodkowym, interdyscyplinarnym i nastawionym na szybkie przełożenie wyników naukowych na praktykę kliniczną.

Zespół prof. Leszka Szenborna współtworzył jedną z największych na świecie baz danych o PIMS-TS, a wyniki jego prac stały się podstawą polskich rekomendacji dotyczących rozpoznawania, leczenia i profilaktyki powikłań COVID-19 u dzieci.

PIMS-TS, czyli paediatric inflammatory multisystem syndrome temporally associated with SARS-CoV-2, był jednym z najpoważniejszych powikłań COVID-19 obserwowanych u dzieci. Choroba pojawiała się zwykle kilka tygodni po zakażeniu i mogła prowadzić do gwałtownej reakcji zapalnej obejmującej wiele narządów. U części pacjentów dochodziło do wstrząsu, niewydolności krążenia oraz powikłań kardiologicznych, w tym tętniaków naczyń wieńcowych.

W pierwszych miesiącach pandemii lekarze na całym świecie musieli bardzo szybko nauczyć się rozpoznawać i leczyć nową jednostkę chorobową. Nie było jeszcze ugruntowanych standardów postępowania, a strategie terapeutyczne wypracowywano równolegle w różnych krajach i ośrodkach. W Polsce kluczową rolę w tym procesie odegrał zespół Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu kierowany przez prof. Leszka Szenborna.

– W czasie pandemii nie mieliśmy komfortu czekania na idealne dane – mówi prof. Leszek Szenborn, kierownik Katedry i Kliniki Pediatrii i Chorób Infekcyjnych UMW. – Dzieci trafiały do szpitali często w ciężkim stanie, a lekarze potrzebowali jasnych wskazówek. Naszym zadaniem było bardzo szybko zebrać doświadczenia wielu ośrodków, przeanalizować je i przełożyć na bezpieczne decyzje kliniczne.

Od lokalnej inicjatywy do ogólnopolskiego rejestru

Początkiem prac była grupa badawcza zajmująca się chorobą Kawasakiego, powołana jeszcze przed pandemią. Gdy pojawiły się pierwsze przypadki PIMS-TS, wcześniejsze doświadczenia okazały się bezcenne. W 2020 roku inicjatywa przekształciła się w badanie MOIS-CoR – ogólnopolski rejestr obejmujący dane kliniczne ponad 500 dzieci diagnozowanych i leczonych z powodu PIMS-TS w 45 ośrodkach w Polsce.

Zespół UMW odpowiadał za kluczowe etapy przedsięwzięcia: opracowanie projektu, procedury bioetyczne, organizację współpracy wieloośrodkowej, prowadzenie i analizę bazy danych, badania laboratoryjne oraz przygotowanie publikacji. Dzięki temu w krótkim czasie powstał jeden z największych zbiorów danych dotyczących tej choroby na świecie.

Wyniki pozwoliły opisać przebieg PIMS-TS w populacji środkowoeuropejskiej i wskazać różnice w porównaniu z obserwacjami z USA czy Europy Zachodniej. Miały też bezpośrednie znaczenie dla praktyki: pomagały szybciej rozpoznawać chorobę, oceniać ryzyko powikłań sercowo-naczyniowych i wybierać optymalne leczenie.

– Każdy rekord w rejestrze oznaczał konkretne dziecko, konkretną rodzinę i konkretną decyzję terapeutyczną. Dla naukowca to dane, ale dla klinicysty – odpowiedzialność. Dlatego od początku zależało nam, aby badania nie kończyły się na publikacji, tylko wracały do lekarzy w postaci rekomendacji i algorytmów postępowania – podkreśla prof. Szenborn.

Przełom w leczeniu: skuteczne i dostępne terapie

Jednym z najważniejszych osiągnięć wrocławskiego zespołu było wykazanie, że w leczeniu PIMS-TS glikokortykosteroidy mogą być skuteczną alternatywą dla dożylnych immunoglobulin. To ustalenie miało ogromne znaczenie praktyczne. Immunoglobuliny są terapią kosztowną i okresowo trudno dostępną, szczególnie w czasie pandemii, gdy systemy ochrony zdrowia na całym świecie działały pod presją.

Badania UMW i współpracujących ośrodków pokazały, że odpowiednio zastosowane glikokortykosteroidy mogą chronić dzieci przed najpoważniejszymi następstwami PIMS-TS, w tym tętniakami naczyń wieńcowych. W międzynarodowym konsorcjum z udziałem badaczy z Polski, Hiszpanii i Kolumbii potwierdzono równoważną skuteczność glikokortykosteroidów i immunoglobulin w zapobieganiu tym powikłaniom. Był to jeden z pierwszych tak mocnych dowodów na świecie, że leczenie PIMS-TS może być zarówno skuteczne, jak i bardziej dostępne.

Wyniki te przełożyły się na rekomendacje, które pomagały wskazać pacjentów wymagających leczenia immunoglobulinami oraz tych, u których możliwe było zastosowanie glikokortykosteroidów. Miało to znaczenie medyczne, organizacyjne i ekonomiczne: ograniczało narażenie dzieci na niepotrzebne interwencje, wspierało racjonalne wykorzystanie deficytowych leków i ujednolicało postępowanie w szpitalach.

Bezpieczeństwo szczepień w grupach ryzyka

Drugi ważny obszar badań dotyczył szczepień przeciw COVID-19 u dzieci i młodych dorosłych szczególnie narażonych na powikłania. Zespół UMW przeprowadził prospektywne badania bezpieczeństwa i immunogenności szczepień m.in. u pacjentów po przeszczepieniu szpiku wykonanym w dzieciństwie oraz u dzieci po przebytym PIMS-TS.

Były to badania unikatowe, prowadzone w momencie, gdy lekarze, pacjenci i rodzice pilnie potrzebowali wiarygodnych odpowiedzi. Czy dziecko po PIMS może zostać zaszczepione? Czy szczepienie nie wywoła nawrotu choroby? Czy pacjenci po transplantacji szpiku wytworzą odpowiedź immunologiczną? Wyniki wrocławskich prac potwierdziły dobrą tolerancję, bezpieczeństwo i immunogenność szczepień. U dzieci po przebytym PIMS-TS nie odnotowano nawrotu choroby.

Te ustalenia wspierały rekomendacje dotyczące szczepień i pomagały odbudowywać zaufanie w grupach, w których niepewność była szczególnie duża. Miały też znaczenie społeczne: chroniły pacjentów z grup ryzyka i ułatwiały lekarzom rozmowę z rodzicami na podstawie danych, a nie obaw.

Model badań, który działa także po pandemii

Znaczenie tych badań wykracza poza czas pandemii. PIMS-TS nadal wymaga czujności diagnostycznej, a doświadczenia zespołu UMW pokazują, jak ważne są szybkie rejestry kliniczne, współpraca wielu ośrodków, analiza danych i natychmiastowe wdrażanie wyników do rekomendacji. To model badań translacyjnych, w którym nauka odpowiada na pilną potrzebę kliniczną, a następnie pozostaje trwałym elementem bezpieczeństwa zdrowotnego dzieci.

Dorobek UMW ma zasięg międzynarodowy. Publikacje zespołu są wykorzystywane w metaanalizach i dalszych badaniach wieloośrodkowych, a stworzone bazy danych były pobierane przez naukowców z innych ośrodków. Wrocławscy badacze uczestniczyli także w międzynarodowej współpracy dotyczącej powikłań kardiologicznych PIMS-TS, a jej efektem była publikacja oparta na danych z Polski, Hiszpanii i Kolumbii.

Najważniejszy pozostaje jednak wymiar praktyczny. Dzięki badaniom prowadzonym na UMW lekarze otrzymali narzędzia do szybszego rozpoznawania PIMS-TS, racjonalnego leczenia, monitorowania powikłań kardiologicznych i bezpiecznego prowadzenia profilaktyki u dzieci z grup ryzyka. To przykład nauki, która w realnym czasie zmienia decyzje podejmowane przy łóżku pacjenta.

– Pandemia pokazała, że medycyna musi być przygotowana na choroby, których jeszcze nie znamy. Nie da się przewidzieć wszystkiego, ale można stworzyć system współpracy, w którym wiedza powstaje szybko, jest wiarygodna i natychmiast trafia do praktyki. Taki jest najważniejszy wniosek z naszych badań – podsumowuje prof. Leszek Szenborn.

Źródło: inf pras

Pobyt dziecka w szpitalu z powodu grypy często skłania rodziców do zmiany zdania na temat szczepień ochronnych. W przypadku COVID-19 podobny efekt jest znacznie słabszy. Takie wnioski płyną z badania polskich naukowców.
Badacze przeanalizowali postawy rodziców niezaszczepionych dzieci hospitalizowanych z powodu obu chorób. Publikacja na ten temat ukazała się w czasopiśmie „Human Vaccines & Immunotherapeutics”.
Jak poinformował PAP jeden z autorów, prof. Piotr Rzymski z Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu, wyszczepialność dzieci przeciwko COVID-19 i grypie jest w Polsce bardzo niska. Za decyzjami rodziców stoją jednak odmienne przyczyny. W przypadku COVID-19 dominuje nieufność wobec szczepionek, natomiast w przypadku grypy najczęstszym problemem jest bagatelizowanie samej choroby i porównywanie jej do zwykłego przeziębienia.

Różnicom tym postanowili przyjrzeć się bliżej badacze z uniwersytetów medycznych w Poznaniu, Białymstoku, Warszawie, Łodzi, Bydgoszczy i Kielcach. W tym celu przeprowadzili wieloośrodkowe badanie obejmujące rodziców niezaszczepionych dzieci, które w ciągu ostatniego sezonu epidemicznego przebywały w szpitalu z powodu grypy lub COVID-19.

Łącznie analizą objęto 135 pacjentów pediatrycznych: 72 dzieci z grypą i 63 z COVID-19.

Naukowców interesowało nie tylko to, dlaczego dzieci nie zostały zaszczepione, ale również czy pobyt w szpitalu wpłynął na postawy rodziców. Pytano ich więc m.in. o żal związany z rezygnacją ze szczepienia, gotowość do zaszczepienia dziecka w przyszłości, gotowość do zachęcania innych rodziców do szczepień oraz zainteresowanie otrzymywaniem przypomnień o szczepieniach, np. za pośrednictwem aplikacji mojeIKP.

Wyniki pokazały wyraźną różnicę między obiema grupami. Aż 63 proc. rodziców dzieci hospitalizowanych z powodu grypy przyznało, że żałuje decyzji o nieszczepieniu dziecka. Wśród rodziców dzieci z COVID-19 odsetek ten wyniósł zaledwie 24 proc.

Jeszcze większe różnice dotyczyły planów na przyszłość. Chęć zaszczepienia dziecka w kolejnym sezonie zadeklarowało 58 proc. rodziców dzieci, które przeszły grypę, i jedynie 16 proc. rodziców dzieci z COVID-19.

Podobnie było z gotowością do zachęcania innych rodziców do szczepień. Taką deklarację złożyło 67 proc. rodziców dzieci z grypą i 37 proc. rodziców dzieci z COVID-19.

Co ciekawe, badacze zaobserwowali również związek między przebiegiem choroby a postawami rodziców. W grupie dzieci z COVID-19 większy żal z powodu rezygnacji ze szczepień częściej deklarowali rodzice dzieci z chorobami współistniejącymi. Natomiast większą gotowość do zaszczepienia dziecka w przyszłości obserwowano wśród tych, których podopieczni wymagali dłuższej hospitalizacji i ciężej przechodzili infekcję. W przypadku grypy szczególne znaczenie miało wystąpienie zapalenia płuc, które wiązało się ze zmianą wszystkich analizowanych postaw wobec szczepień.

Prof. Rzymski zaznaczył, że przyczyny tych różnic wynikają z odmiennego postrzegania obu chorób. Grypa nadal przez wiele osób traktowana jest jako synonim przeziębienia. Z tego powodu część rodziców nie postrzega jej jako zagrożenie wymagające szczepienia. Hospitalizacja dziecka może jednak zweryfikować to przekonanie i uświadomić, że grypa bywa przyczyną ciężkich powikłań, co może skłonić do ponownego rozważenia decyzji dotyczących szczepień.

W przypadku COVID-19 sytuacja jest bardziej złożona. Od początku pandemii choroba ta była kojarzona z ciężkim przebiegiem i zagrożeniem zdrowia. Problem niskiej wyszczepialności nie wynikał więc z bagatelizowania zagrożenia ze strony wirusa, a przede wszystkim z podejścia rodziców do samej szczepionki, m.in. obaw o jej bezpieczeństwo i skuteczność. Pobyt dziecka w szpitalu nie musiał więc automatycznie prowadzić do zmiany tych przekonań.

– Hospitalizacja niezaszczepionego dziecka z powodu grypy może być silnym „momentem edukacyjnym”, skłaniającym rodziców do zmiany wcześniejszych przekonań. W przypadku COVID-19 utrwalona nieufność wobec szczepień, wzmacniana przez dezinformację i spory z okresu pandemii, okazuje się znacznie trudniejsza do przełamania, nawet po ciężkim przebiegu choroby u dziecka – powiedział prof. Rzymski.

Autorzy zwrócili uwagę, że podobne zjawisko zaobserwowano wcześniej u dorosłych pacjentów hospitalizowanych z ciężkim COVID-19. Nawet doświadczenie poważnej choroby nie zawsze prowadziło do zmiany ich poglądów na temat szczepień.

Interesującym wynikiem badania okazały się również źródła informacji brane przez rodziców przy podejmowaniu decyzji o nieszczepieniu dziecka. Wśród osób, które przyznały, że coś lub ktoś wpłynął na taką decyzję, najwięcej wskazywało informacje znalezione w internecie. Znacznie rzadziej wymieniano rodzinę, znajomych czy personel medyczny.

Badanie przyniosło jednak także bardziej optymistyczny wniosek. Ponad 40 proc. rodziców dzieci hospitalizowanych z powodu COVID-19 zadeklarowało chęć otrzymywania przypomnień o szczepieniach, mimo że tylko mniejszość była gotowa zaszczepić swoje dziecko. Podobne deklaracje złożyła około połowa rodziców dzieci z grypą.

Naukowcy podkreślili, że prostym i niskokosztowym elementem strategii zwiększania wyszczepialności, szczególnie w grupach o ambiwalentnym podejściu do szczepień, mogłyby więc być zautomatyzowane przypomnienia, np. wysyłane przez aplikacje mojeIKP.

– Warto, żeby Ministerstwo Zdrowia wykorzystało w kolejnym sezonie epidemicznym w tym kontekście potencjał aplikacji mojeIKP. Nasza analiza wskazuje, że takie są oczekiwania rodziców, a badania z innych krajów, m.in. z Danii, pokazują ich skuteczność w zwiększaniu wyszczepialności w różnych grupach populacyjnych – podsumował prof. Rzymski.

Źródło: Nauka w Polsce

Ognisko zakażeń wirusem Andes związane ze statkiem Hondius pokazało, że w kryzysach zdrowotnych jednym z największych wyzwań bywa nie tylko sam patogen, ale także sposób, w jaki informacja o zagrożeniu zaczyna żyć własnym życiem. Choć hantawirus może być groźny dla pojedynczych pacjentów, obecnie nie ma potencjału pandemicznego. Mimo to sprawa szybko uruchomiła znane z czasu COVID-19 lęki, uproszczenia i fałszywe narracje. 
Historia statku Hondius rozpoczęła się od medycznego alertu: ciężkich zachorowań, kwarantanny, ewakuacji pasażerów oraz komunikatów instytucji zdrowia publicznego, w tym WHO i ECDC. Bardzo szybko stała się jednak także testem społecznej odporności na dezinformację. W przestrzeni publicznej pojawiły się pytania znane z czasu pandemii COVID-19: czy grozi nam nowa pandemia, czy służby przekazują pełne informacje i czy działania sanitarne nie staną się pretekstem do ograniczania wolności.

Groźny dla pacjentów, ale nie pandemiczny

W przypadku hantawirusa kluczowe znaczenie ma nie tylko samo zakażenie, lecz także wariant wirusa i droga transmisji. Ognisko związane ze statkiem Hondius dotyczyło wariantu Andes, innego niż hantawirusy typowo występujące w Europie. Porównania z pandemią COVID-19 są więc w tym przypadku mylące.

–  Wirus Andes przenosi się przede wszystkim przez gryzonie i trafia do ludzi ze środowiska. Transmisja międzyludzka, poza wyjątkowymi sytuacjami bliskiego kontaktu, praktycznie nie występuje. Dlatego z punktu widzenia populacyjnego nie mówimy o wirusie, który ma potencjał wywołania nowej pandemii – wyjaśnia dr Andrzej Jarynowski z Wydziału Nauk o Zdrowiu Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu.

Dezinformacja szybsza niż wirus

Jednym z głównych źródeł chaosu informacyjnego było mylenie pojęć: osoby chorej, zakażonej, podejrzanej o zakażenie, objętej kwarantanną lub nadzorem epidemiologicznym. Stosowane w przestrzeni publicznej uproszczenia powodowały wrażenie, że liczba zakażeń jest większa, a sytuacja wymyka się spod kontroli. Tymczasem nadzór sanitarny czy kwarantanna po kontakcie nie oznaczają automatycznie potwierdzonego zakażenia.

Sprawa hantawirusa szybko została też włączona w znane schematy dezinformacyjne. W polskiej części internetu pojawiały się narracje o „nowej pandemii”, rzekomym „skutku ubocznym szczepionek” czy „ukrywaniu prawdy” przez instytucje zaufania publicznego. Część przekazów wykorzystywała prawdziwe elementy, na przykład obecność określonych zdarzeń w dokumentacji klinicznej, ale wyciągała z nich fałszywe wnioski.

–  W dokumentacji badań klinicznych nad szczepionkami odnotowuje się wszystkie zdarzenia medycznedotyczące uczestników badania, jak np. ciąża. To element monitorowania bezpieczeństwa, a nie automatyczny dowód związku ze szczepieniem. Prawdopodobnie pacjent niezależnie od szczepienia zakaził się w czasie badania hantawirusem i rozwinął hantawirusowy zespół płucny – wyjaśnia dr Jarynowski.  – Dezinformacja zaczyna się wtedy, gdy sam fakt raportowania takiego zdarzenia przedstawia się jako dowód szkodliwości szczepionki.

Właśnie dlatego w komunikacji zdrowotnej tak istotne jest szybkie tłumaczenie, jak działają procedury bezpieczeństwa i dlaczego techniczny język dokumentacji medycznej nie powinien być interpretowany poza kontekstem. Bez tego nawet neutralna informacja może stać się paliwem dla fałszywych narracji.

Ognisko na statku Hondius pokazało również, jak łatwo standardowe procedury sanitarne mogą zostać odczytane jako dowód katastrofy. Ewakuacja, izolacja, kwarantanna, kombinezony ochronne czy monitorowanie kontaktów są elementami zarządzania ryzykiem, ale w mediach społecznościowych mogą zostać przedstawione jako zapowiedź kolejnego globalnego kryzysu. Szczególnie po doświadczeniu COVID-19 część odbiorców interpretuje działania sanitarne nie jako środki ochronne, lecz jako zapowiedź ograniczeń.

Cisza informacyjna jako paliwo teorii spiskowych

Na podatny grunt trafił także brak relacji pasażerów publikowanych „na żywo” w mediach społecznościowych. W świecie, w którym niemal każde wydarzenie natychmiast pojawia się na TikToku, Instagramie czy YouTubie, cisza informacyjna z miejsca zdarzenia bywa odczytywana jako sygnał, że „coś jest ukrywane”. Ta luka szybko stała się pożywką dla spekulacji: pojawiły się teorie, że skoro nie ma bezpośrednich relacji, być może jest tam drugie dno – statek Hondius prowadzi działania wojskowe albo jakiś eksperyment.

–  Tymczasem Hondius był statkiem ekspedycyjnym, nie typowym ekskluzywnym wycieczkowcem. To droga, niszowa wyprawa, której uczestnikami były osoby starsze, dobrze sytuowane, niekoniecznie zainteresowane relacjonowaniem swojego życia w mediach społecznościowych. Brak masowych relacji nie musi więc oznaczać tajemnicy. Może wynikać po prostu z profilu pasażerów – wyjaśnia dr Jarynowski. Ten mechanizm pokazuje, że we współczesnej komunikacji kryzysowej problemem bywa nie tylko nadmiar informacji, ale także ich niedobór.

Komunikacja po COVID-19: szybciej, ale nadal z lukami

Jednocześnie dr Jarynowski ocenia, że komunikacja instytucji zdrowia publicznego była w tym przypadku skuteczniejsza niż w pierwszej fazie pandemii COVID-19. WHO, ECDC oraz krajowe służby szybciej publikowały komunikaty, przygotowywały materiały wyjaśniające i monitorowały reakcje społeczne. To pokazuje, że doświadczenie pandemii przełożyło się na lepsze procedury komunikacyjne i większą gotowość do reagowania na fałszywe narracje.

Nie oznacza to jednak, że sama dostępność komunikatów wystarcza. W kryzysach zdrowotnych instytucje muszą nie tylko podawać fakty, ale też wyjaśniać ich znaczenie: co oznacza kwarantanna, czym różni się podejrzenie zakażenia od potwierdzonego przypadku i dlaczego procedury ostrożnościowe nie są dowodem na katastrofalny scenariusz. Bez takiego kontekstu nawet szybka komunikacja może zostać wyparta przez emocjonalne i antyzdrowotne narracje.

Nieprecyzyjny język napędza kryzys

W kryzysach zdrowotnych precyzja języka jest równie ważna jak szybkość komunikacji. Nie wystarczy poinformować, że ktoś został objęty kwarantanną albo nadzorem epidemiologicznym – trzeba od razu doprecyzować zakres i znaczenie takich działań. Inaczej standardowe procedury zaczynają być odczytywane jako dowód, że sytuacja wymyka się spod kontroli.

– W tej sytuacji większym zagrożeniem społecznym okazuje się infodemia niż sam patogen. Hantawirus nie ma dziś potencjału epidemicznego w takim sensie, jakiego obawiamy się przy koronawirusach czy grypie ptaków. Natomiast fałszywe narracje rozchodzą się szybko, szczególnie wtedy, gdy ludzie pamiętają ograniczenia z czasów COVID-19 i boją się ich powrotu – podkreśla dr Andrzej Jarynowski.

Sprawa statku Hondius pokazuje, że przy kolejnych alarmach zdrowotnych stawką będzie nie tylko opanowanie samego zagrożenia, ale też szybkie zamknięcie przestrzeni dla domysłów. Wirus może wygasnąć po jednym ognisku. Dezinformacja zostaje dłużej – gotowa do użycia w następnym kryzysie.

Źródło: inf pras

12 maja na całym świecie obchodzony jest Międzynarodowy Dzień Pielęgniarek i Położnych. Data nie jest przypadkowa. To rocznica urodzin Florence Nightingale, brytyjskiej pielęgniarki uznawanej za prekursorkę nowoczesnego pielęgniarstwa, która w XIX wieku zmieniła sposób myślenia o opiece nad pacjentem i stworzyła podwaliny współczesnego systemu pielęgniarskiego. Święto zostało ustanowione przez Międzynarodową Radę Pielęgniarek podczas kongresu w Meksyku w 1973 roku.
Choć każdego roku pojawiają się życzenia, podziękowania i okolicznościowe apele o szacunek dla zawodu, rzeczywistość pielęgniarek i położnych nadal pozostaje jedną z najbardziej wymagających w polskim systemie ochrony zdrowia. To grupa zawodowa, bez której szpitale, przychodnie, oddziały ratunkowe, hospicja, domy opieki i porodówki po prostu nie mogłyby funkcjonować. Jednocześnie to środowisko od lat alarmujące o przeciążeniu pracą, brakach kadrowych i rosnącej odpowiedzialności.

Pielęgniarki i położne są obecne na każdym etapie życia człowieka. Towarzyszą pacjentom podczas narodzin, leczenia, rehabilitacji i opieki paliatywnej. Są często pierwszymi osobami, które zauważają pogorszenie stanu chorego, reagują na nagłe zagrożenia i spędzają z pacjentami więcej czasu niż jakakolwiek inna grupa zawodowa w medycynie. W praktyce ich rola daleko wykracza poza wykonywanie procedur medycznych. To również edukacja zdrowotna, wsparcie emocjonalne, koordynacja opieki i kontakt z rodziną chorego.

Paradoks polega na tym, że właśnie ta codzienna obecność sprawia, iż praca pielęgniarek bywa społecznie „niewidzialna”. Pacjent pamięta operację, diagnozę czy nazwisko lekarza prowadzącego, ale to pielęgniarka najczęściej spędza z nim wielogodzinne dyżury, pomaga w najtrudniejszych momentach i odpowiada za bezpieczeństwo chorego przez całą dobę. Dopiero sytuacje kryzysowe, takie jak pandemia COVID-19, uświadomiły opinii publicznej skalę odpowiedzialności tej profesji.

Pandemia była dla pielęgniarek i położnych momentem szczególnym. To właśnie one znalazły się na pierwszej linii walki z koronawirusem, pracując ponad siły, często kosztem własnego zdrowia i życia. Dane Ministerstwa Zdrowia z 2021 roku wskazywały, że zakażenie SARS-CoV-2 wykryto u ponad 61 tys. pielęgniarek, a wiele z nich zmarło w trakcie pandemii. Dla części środowiska był to moment graniczny, po którym wiele osób zdecydowało się odejść z zawodu lub ograniczyć aktywność zawodową.

Problem starzenia się kadry pielęgniarskiej od lat pozostaje jednym z największych wyzwań polskiej ochrony zdrowia. Według danych Centralnego Rejestru Pielęgniarek i Położnych w Polsce zarejestrowanych jest ponad 315 tys. pielęgniarek i ponad 41 tys. położnych, jednak aktywnie pracuje jedynie około 74 proc. pielęgniarek i 70 proc. położnych. Średnia wieku personelu systematycznie rośnie, a liczba młodych osób wchodzących do zawodu nadal nie rekompensuje skali odejść na emeryturę.

Eksperci od lat podkreślają, że problemem nie jest wyłącznie liczba personelu, ale również organizacja pracy i sposób traktowania pielęgniarek w systemie. W wielu placówkach nadal funkcjonuje model, w którym pielęgniarki są przeciążone obowiązkami administracyjnymi, pracują na kilku etatach i mierzą się z ogromną odpowiedzialnością przy niewystarczającym wsparciu. Coraz częściej mówi się także o wypaleniu zawodowym, kryzysie zdrowia psychicznego personelu medycznego i konieczności budowania bardziej partnerskich relacji w zespołach terapeutycznych.

Jednocześnie zmienia się samo pielęgniarstwo. To dziś zawód coraz bardziej specjalistyczny i samodzielny. Pielęgniarki posiadają kompetencje do zapisywania części leków, wystawiania recept czy prowadzenia porad edukacyjnych. Rozwija się pielęgniarstwo specjalistyczne, anestezjologiczne, onkologiczne, geriatryczne czy psychiatryczne. Coraz większą rolę odgrywają także położne, które nie tylko uczestniczą w porodach, ale prowadzą edukację zdrowotną kobiet, wspierają pacjentki po porodzie i zajmują się profilaktyką zdrowia reprodukcyjnego.

Mimo postępu technologicznego medycyna nadal pozostaje obszarem, w którym kluczowe znaczenie ma obecność drugiego człowieka. Żaden system informatyczny, algorytm czy urządzenie nie zastąpi empatii, doświadczenia i uważności pielęgniarki przy łóżku chorego. To właśnie dlatego zawody pielęgniarki i położnej od lat uznawane są za jedne z profesji o najwyższym poziomie społecznego zaufania.

Źródło: Gov.pl

W sezonie jesienno-zimowym 2025 2026 jedynie 22,3 proc. dorosłych Polaków przyjęło co najmniej jedno szczepienie ochronne. Aż 77,7 proc. nie poddało się żadnej formie profilaktyki szczepiennej. Takie dane przynosi raport „Polska na szczepieniach 2026” przygotowany przez Kliniki.pl na podstawie badania zrealizowanego metodą CAWI przez agencję SW Research na reprezentatywnej próbie dorosłych mieszkańców Polski.
Wyniki badania pokazują wyraźnie, że problem niskiej wyszczepialności wśród dorosłych ma charakter systemowy i nie dotyczy wyłącznie pojedynczych grup społecznych. Najczęściej deklarowanym szczepieniem było szczepienie przeciw grypie, które przyjęło 10,4 proc. respondentów. Szczepienie przeciw COVID 19 zadeklarowało 6,2 proc., przeciw wirusowi RSV 6,0 proc., a przeciw krztuścowi 4,9 proc.

Dane te pozostają spójne z informacjami publikowanymi przez Główny Inspektorat Sanitarny. Z danych dostępnych na portalu ezdrowie.gov.pl wynika, że wyszczepialność przeciw grypie w populacji ogólnej utrzymuje się na poziomie około 6 proc., co potwierdza utrzymujący się niski poziom zainteresowania szczepieniami sezonowymi.

Decyzja, nie bariera organizacyjna

Szczególnie istotne są powody rezygnacji ze szczepień wskazywane przez respondentów. Najczęściej nie były to czynniki organizacyjne ani finansowe, lecz decyzje oparte na przekonaniach i postrzeganiu potrzeby szczepienia.

W populacji ogólnej najczęściej wskazywano na przekonanie, że szczepienie nie było potrzebne, co zadeklarowało 25,2 proc. badanych. Brak zaufania do szczepionek wskazało 14,9 proc. respondentów. 12,0 proc. zadeklarowało brak zalecenia lekarza, a 8,9 proc. brak propozycji szczepienia. Obawy przed działaniami niepożądanymi zgłosiło 8,8 proc. badanych.

Znacznie rzadziej wskazywano na bariery praktyczne. Brak czasu deklarowało około 4 do 5 proc. respondentów, wysoki koszt około 2,5 proc., a problemy z dostępnością szczepień miały charakter marginalny.

Oznacza to, że kluczowym problemem nie jest infrastruktura ani organizacja systemu, lecz percepcja ryzyka, potrzeby i bezpieczeństwa szczepień.

Rodzice bardziej aktywni, ale też bardziej nieufni

Raport pokazuje także różnice między grupami społecznymi. Rodzice dzieci do 18. roku życia częściej niż ogół dorosłych podejmowali działania profilaktyczne, ale jednocześnie częściej deklarowali brak zaufania do szczepionek. W tej grupie 19,0 proc. wskazało brak zaufania wobec 14,9 proc. w populacji ogólnej.

Najczęstszym powodem nieszczepienia wśród rodziców pozostawało przekonanie o zbędności szczepienia, które zadeklarowało 23,3 proc. badanych z tej grupy.

Ta ambiwalencja pokazuje, że nawet osoby bardziej zaangażowane w kwestie zdrowotne nie są wolne od wątpliwości dotyczących profilaktyki.

Autorzy raportu podkreślają, że dominujące bariery mają charakter poznawczy i decyzyjny. Oznacza to, że wyzwaniem nie jest wyłącznie zapewnienie dostępu do szczepień, lecz odbudowa zaufania do profilaktyki oraz konsekwentna, jednoznaczna rekomendacja medyczna. Brak zalecenia lekarza wskazany przez 12 proc. respondentów pokazuje, jak duże znaczenie ma komunikacja w gabinecie lekarskim. Rekomendacja specjalisty pozostaje jednym z najsilniejszych czynników wpływających na decyzję o szczepieniu, a jej brak może być odbierany jako sygnał, że szczepienie nie jest konieczne.

W kontekście sezonowych wzrostów zachorowań na grypę, COVID 19 czy RSV oraz narastających ognisk krztuśca, niski poziom wyszczepialności w populacji dorosłych staje się istotnym problemem epidemiologicznym i systemowym.

Pełne wyniki raportu „Polska na szczepieniach 2026” dostępne są na stronie polskanaszczepieniach.pl

Źródło: Materiał Prasowy

Rok 2026 nie przyniesie jednej spektakularnej epidemii, ale może wystawić polski system zdrowia na próbę serii mniejszych, nakładających się zagrożeń. Grypa i RSV mogą mocniej uderzyć zimą, zmiany klimatu otwierają drzwi nowym chorobom, a dezinformacja medyczna staje się jednym z najistotniejszych problemów zdrowia publicznego. – Największym zagrożeniem nie jest dziś pojedynczy wirus, tylko brak czujności i chaos informacyjny – ocenia dr Andrzej Jarynowski z Wydziału Nauk o Zdrowiu Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu.
Prognoza epidemiologiczna na 2026 rok powstała w kontekście szybko zmieniającego się świata: ocieplającego się klimatu, starzenia społeczeństwa, migracji oraz rosnącej mobilności ludzi i towarów. Jej celem nie jest straszenie, ale wskazanie trendów i zjawisk, które już teraz wpływają na zdrowie Polaków i w nadchodzącym roku mogą się nasilić.

Rok 2025 był dobrym przykładem tego, jak łatwo emocje biorą górę nad faktami. Zaczęło się od paniki wokół ludzkiego metapneumowirusa w Chinach, później pojawiały się kolejne alarmistyczne doniesienia – od „nowych śmiercionośnych wariantów grypy” po rzekomo potwierdzoną cholerę. Jednocześnie realne problemy, takie jak choroby zwierząt przy granicach Polski czy powrót dawno niewidzianych zakażeń, wymagały spokojnej, technicznej pracy służb.

– 2025 rok nauczył nas, że kryzys informacyjny potrafi być groźniejszy niż sam patogen – podkreśla dr Jarynowski. – Jeśli komunikaty są niespójne albo przesadzone, ludzie przestają ufać także tym prawdziwym.

Koronawirus pozostaje w obiegu, ale jego rola znacząco się zmieniła. Jesienna fala COVID-19 w 2025 roku była przewidywalna i szybko wygasła, a obecne warianty nie konkurują już z innymi infekcjami sezonowymi.

– COVID stał się jednym z wielu wirusów oddechowych krążących zimą. Wystarczą podstawowe zasady: higiena, wietrzenie i zostawanie w domu w czasie choroby – mówi epidemiolog. Zdecydowanie większy niepokój budzą doniesienia o kolejnych zawleczeniach MERS do Europy oraz rozwój badań nad modyfikowaniem wirusów. – Technologia, w tym sztuczna inteligencja, sprawia, że tworzenie nowych wariantów jest dziś łatwiejsze niż kiedykolwiek. To wymaga międzynarodowej kontroli i odpowiedzialności – zaznacza.

Najpoważniejszym testem dla zdrowia publicznego na początku 2026 roku będzie jednak sezon grypowy. Wszystko wskazuje na to, że fala zachorowań może być silniejsza niż przeciętnie, choć rozłożona nierównomiernie w czasie i przestrzeni.

– Nie zobaczymy jednego, ogólnopolskiego szczytu. Ludzie będą chorować w różnym czasie w różnych regionach, co w praktyce oznacza lokalne ryzyko braków leków – prognozuje dr Jarynowski. W opinii eksperta, szczególnie trudny może być przełom stycznia i lutego, kiedy wysoka absencja chorobowa obejmie zarówno szkoły, jak i miejsca pracy. Równolegle, albo zaraz po, może dojść do kulminacji zakażeń RSV, zwłaszcza wśród niemowląt.

W ostatnich latach liczba rozpoznań rośnie, częściowo dzięki lepszej diagnostyce.

– Mamy skuteczne narzędzie ochrony najmłodszych: darmowe szczepienia kobiet w ciąży, które przekazują dziecku przeciwciała. To bardzo opłacalne i bezpieczne rozwiązanie, a jednocześnie wciąż niedostatecznie promowane – podkreśla ekspert. Jego zdaniem początek 2026 roku to ostatni moment, by nadrobić zaniedbania z poprzedniego sezonu.

W regionie Europy Środkowej rośnie także liczba zachorowań na wirusowe zapalenie wątroby typu A. Szczególnie dynamiczna sytuacja dotyczy Czech, co ma znaczenie dla Polaków podróżujących w okresie ferii.

– Ryzyko indywidualne pozostaje niskie, ale w zatłoczonych miejscach, takich jak schroniska czy punkty gastronomiczne, podstawowa higiena rąk robi ogromną różnicę – mówi dr Jarynowski. – Nie ma powodu, by rezygnować z wyjazdów, ale warto świadomie ograniczać ryzyko i rozważyć szczepienie przy częstych podróżach.

Coraz wyraźniej zaznacza się wpływ zmian klimatu na zdrowie. Dłuższy sezon aktywności kleszczy oznacza więcej przypadków boreliozy i kleszczowego zapalenia mózgu, a nowe gatunki kleszczy pojawiają się w miejscach, gdzie wcześniej ich nie było. W cieplejszych wodach rośnie ryzyko zakażeń bakteriami Vibrio, a stojąca, nagrzana woda sprzyja zakwitom toksycznych sinic.

– Choroby, które jeszcze niedawno kojarzyliśmy z południem Europy, stają się także naszym problemem – ocenia epidemiolog.

Niepokojący jest także stały wzrost chorób przenoszonych drogą płciową, widoczny nie tylko w dużych miastach, ale coraz częściej na prowincji. U nas do 2022 r. to był przede wszystkim problem Wrocławia, a obecnie zapadalność na kiły, rzeżączkę i HIV w ziemsko-miejskich powiatach naszego województwa podwyższyły się do poziomu stolicy Dolnego Śląska. Zdaniem dr. Jarynowskiego to efekt zmian społecznych i słabo funkcjonującej edukacji zdrowotnej. – Jeśli młodzi ludzie nie dostają rzetelnej wiedzy w szkole, trudno oczekiwać, że będą podejmować odpowiedzialne decyzje – mówi. Na tle wszystkich tych zagrożeń szczególnie wyróżnia się problem dezinformacji medycznej. Fałszywe alarmy, sensacyjne nagłówki i teorie spiskowe skutecznie podkopują zaufanie do ekspertów i instytucji.

– Możemy mieć najlepsze szczepionki i procedury, ale jeśli ludzie im nie wierzą, system przestaje działać – ocenia dr Jarynowski.

Prognoza na 2026 rok nie jest scenariuszem katastroficznym, lecz ostrzeżeniem. Polska ma doświadczenie, wyszkolone służby i coraz lepsze narzędzia analityczne. Kluczowe będzie jednak wzmocnienie edukacji zdrowotnej, spójna komunikacja i współpraca między instytucjami.

– To będzie rok wielu mniejszych wyzwań naraz. Od tego, jak na nie odpowiemy, zależy, czy przejdziemy go spokojnie, czy w permanentnym kryzysie – podsumowuje ekspert.

Prognozę przygotował dr Andrzej Jarynowski z Wydziału Nauk o Zdrowiu Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu we współpracy z Interdyscyplinarnym Zespołem Monitorowania Kryzysowego
i Epidemiologicznego. 

Źródło: Komunikat Prasowy

Coraz więcej Polaków choruje na COVID-19: w ostatnich tygodniach lekarze rodzinni zgłosili niemal 5 000 przypadków, podczas gdy wcześniej było to zaledwie 1 200–1 300. Takiego wzrostu nie notowano od początku roku — ostrzega Główny Inspektor Sanitarny dr Paweł Grzesiowski.
W tym sezonie obserwujemy pojawienie się dwóch nowych podtypów wariantu Omikron — o nazwach NP i LP. U młodszych wywołują one objawy przypominające silną anginę — zwłaszcza intensywny ból gardła. U starszych pacjentów istnieje ryzyko poważniejszych powikłań, w tym zapalenia płuc.

Milion szczepionek Moderna zmierza do Polski

W odpowiedzi na rosnące zagrożenie Ministerstwo Zdrowia i Rządowa Agencja Rezerw Strategicznych zakontraktowały 1 milion dawek szczepionki Moderna, z możliwością zwiększenia tej liczby. Dostawy są spodziewane do kraju między 8 a 10 września, a szczepienia — bezpłatne dla obywateli — ruszą w drugiej połowie miesiąca, realizowane przez apteki i placówki Podstawowej Opieki Zdrowotnej .

Chociaż szczepionka Moderna będzie dostępna bezpłatnie, inne komercyjne opcje — jak preparat Pfizera — prawdopodobnie także będą dostępne, choć za odpłatnością. Natomiast szczepionka białkowa Novavax może być niedostępna w Polsce w tym sezonie, ze względu na skoncentrowanie producenta na rynku amerykańskim.

Dlaczego właśnie teraz?

Choć aktywizacja COVID-19 następuje później niż w poprzednich sezonach (w zeszłym roku mieliśmy do czynienia z nią już w lipcu), obecne tendencje wskazują na wyraźny trend wzrostowy — zarówno pod względem zachorowań, jak i testów diagnostycznych.

Co to oznacza dla seniorów i osób z chorobami przewlekłymi?

Dr Grzesiowski podkreśla, że osoby powyżej 60. roku życia oraz te z chorobami przewlekłymi powinny być szczepione w pierwszej kolejności. Szczepionka została już zaktualizowana i uwzględnia nowe podwarianty SARS-CoV-2, co ma zwiększyć jej skuteczność.

Źródło: GOV.PL

Centrum e-Zdrowia, we współpracy z Ministerstwem Zdrowia oraz Głównym Inspektoratem Sanitarnym, opublikowało interaktywny raport o chorobach zakaźnych. To oficjalne i najbardziej aktualne źródło danych o zachorowaniach i szczepieniach przeciwko sześciu chorobom: grypie, COVID-19, krztuścowi, ospie wietrznej, półpaścowi i RSV. Raport przygotowano w dwóch językach – polskim i angielskim – a dane można analizować w podziale na płeć, wiek oraz lokalizację.
„Aktualne dane o szczepieniach i zachorowaniach to nieocenione źródło wiedzy, które okaże się pomocne przede wszystkim dla lekarzy, w ich codziennej pracy z pacjentami” – podkreśla wiceminister zdrowia Wojciech Konieczny.

W raporcie znajdziemy nie tylko suche liczby, ale także mechanizm pozwalający na uchwycenie dynamiki epidemicznej w skali kraju. Jak zaznacza Główny Inspektor Sanitarny dr Paweł Grzesiowski: „W przypadku COVID tego typu dane wykorzystujemy już od dawna, aby odpowiednio szybko identyfikować regiony i grupy wiekowe, w których występuje więcej zachorowań. Obecnie będzie to dotyczyło dodatkowo 5 innych chorób, co pozwoli szybciej i bardziej efektywnie reagować. Warto te dane udostępnić społeczeństwu, przede wszystkim w celu budowania świadomości zagrożeń i motywacji do zapobiegania, a personelowi medycznemu w celu ukierunkowania diagnostyki, terapii i profilaktyki”.

Opracowanie tego raportu było możliwe dzięki integracji wielu źródeł informacji. „Metodyka przygotowania raportu została opracowana na podstawie danych pochodzących z wielu źródeł. Wykorzystano informacje raportowane przez podmioty lecznicze do systemu e-zdrowia (P1), m.in. dane o zdarzeniach medycznych i kartach szczepień, uzupełnione o dane demograficzne. Dzięki połączeniu tych zasobów możliwe było stworzenie kompleksowego obrazu sytuacji epidemiologicznej w Polsce” – tłumaczy Radosław Michałek, zastępca dyrektora Centrum e-Zdrowia.

Znaczenie tego narzędzia trudno przecenić. Instytucje zdrowia publicznego zyskują dzięki niemu możliwość szybszego wykrywania ognisk chorób i lepszego planowania polityki zdrowotnej. Lekarze otrzymują narzędzie wspierające diagnostykę i edukację pacjentów. Naukowcy i analitycy mają dostęp do materiału ułatwiającego badania nad skutecznością szczepień i rozprzestrzenianiem się chorób. Dla obywateli natomiast raport staje się źródłem wiedzy, która pomaga podejmować świadome decyzje dotyczące zdrowia – własnego i bliskich.

Za jakość zestawień odpowiadają podmioty sprawozdające do systemu P1. Dlatego twórcy raportu zachęcają do rzetelnego przygotowywania i raportowania danych, bo od ich jakości zależy przejrzystość i wiarygodność obrazu epidemiologicznego w kraju.

Raport jest dostępny publicznie w sieci i stanowi krok w stronę większej transparentności, ale także nowoczesnego podejścia do zarządzania zdrowiem publicznym, w którym kluczowe znaczenie ma wiedza oparta na danych.

Źródło: MZ