Medicalpress
Choć pandemia COVID-19 przestała być globalnym stanem zagrożenia, jej odległe konsekwencje nadal pozostają wyzwaniem dla pediatrów. Jednym z najpoważniejszych powikłań u dzieci jest PIMS-TS – zespół wieloukładowej reakcji zapalnej pojawiający się po zakażeniu SARS-CoV-2. Badania prowadzone przez zespół Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu nie tylko pozwoliły lepiej zrozumieć przebieg tej choroby, ale również wpłynęły na polskie rekomendacje dotyczące diagnostyki, leczenia i bezpiecznego stosowania szczepień u dzieci z grup ryzyka.
Pandemia COVID-19 minęła jako stan nagłego globalnego kryzysu, ale nie zakończyły się wszystkie wyzwania, które ujawniła. Jednym z nich pozostaje PIMS-TS – rzadka, opóźniona reakcja zapalna organizmu dziecka po zakażeniu SARS-CoV-2. Dziś lekarze wiedzą więcej o optymalnych metodach leczenia i zapobiegania metodą szczepień, dzięki badaniom, takim jak te prowadzone na Uniwersytecie Medycznym we Wrocławiu: wieloośrodkowym, interdyscyplinarnym i nastawionym na szybkie przełożenie wyników naukowych na praktykę kliniczną.

Zespół prof. Leszka Szenborna współtworzył jedną z największych na świecie baz danych o PIMS-TS, a wyniki jego prac stały się podstawą polskich rekomendacji dotyczących rozpoznawania, leczenia i profilaktyki powikłań COVID-19 u dzieci.

PIMS-TS, czyli paediatric inflammatory multisystem syndrome temporally associated with SARS-CoV-2, był jednym z najpoważniejszych powikłań COVID-19 obserwowanych u dzieci. Choroba pojawiała się zwykle kilka tygodni po zakażeniu i mogła prowadzić do gwałtownej reakcji zapalnej obejmującej wiele narządów. U części pacjentów dochodziło do wstrząsu, niewydolności krążenia oraz powikłań kardiologicznych, w tym tętniaków naczyń wieńcowych.

W pierwszych miesiącach pandemii lekarze na całym świecie musieli bardzo szybko nauczyć się rozpoznawać i leczyć nową jednostkę chorobową. Nie było jeszcze ugruntowanych standardów postępowania, a strategie terapeutyczne wypracowywano równolegle w różnych krajach i ośrodkach. W Polsce kluczową rolę w tym procesie odegrał zespół Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu kierowany przez prof. Leszka Szenborna.

– W czasie pandemii nie mieliśmy komfortu czekania na idealne dane – mówi prof. Leszek Szenborn, kierownik Katedry i Kliniki Pediatrii i Chorób Infekcyjnych UMW. – Dzieci trafiały do szpitali często w ciężkim stanie, a lekarze potrzebowali jasnych wskazówek. Naszym zadaniem było bardzo szybko zebrać doświadczenia wielu ośrodków, przeanalizować je i przełożyć na bezpieczne decyzje kliniczne.

Od lokalnej inicjatywy do ogólnopolskiego rejestru

Początkiem prac była grupa badawcza zajmująca się chorobą Kawasakiego, powołana jeszcze przed pandemią. Gdy pojawiły się pierwsze przypadki PIMS-TS, wcześniejsze doświadczenia okazały się bezcenne. W 2020 roku inicjatywa przekształciła się w badanie MOIS-CoR – ogólnopolski rejestr obejmujący dane kliniczne ponad 500 dzieci diagnozowanych i leczonych z powodu PIMS-TS w 45 ośrodkach w Polsce.

Zespół UMW odpowiadał za kluczowe etapy przedsięwzięcia: opracowanie projektu, procedury bioetyczne, organizację współpracy wieloośrodkowej, prowadzenie i analizę bazy danych, badania laboratoryjne oraz przygotowanie publikacji. Dzięki temu w krótkim czasie powstał jeden z największych zbiorów danych dotyczących tej choroby na świecie.

Wyniki pozwoliły opisać przebieg PIMS-TS w populacji środkowoeuropejskiej i wskazać różnice w porównaniu z obserwacjami z USA czy Europy Zachodniej. Miały też bezpośrednie znaczenie dla praktyki: pomagały szybciej rozpoznawać chorobę, oceniać ryzyko powikłań sercowo-naczyniowych i wybierać optymalne leczenie.

– Każdy rekord w rejestrze oznaczał konkretne dziecko, konkretną rodzinę i konkretną decyzję terapeutyczną. Dla naukowca to dane, ale dla klinicysty – odpowiedzialność. Dlatego od początku zależało nam, aby badania nie kończyły się na publikacji, tylko wracały do lekarzy w postaci rekomendacji i algorytmów postępowania – podkreśla prof. Szenborn.

Przełom w leczeniu: skuteczne i dostępne terapie

Jednym z najważniejszych osiągnięć wrocławskiego zespołu było wykazanie, że w leczeniu PIMS-TS glikokortykosteroidy mogą być skuteczną alternatywą dla dożylnych immunoglobulin. To ustalenie miało ogromne znaczenie praktyczne. Immunoglobuliny są terapią kosztowną i okresowo trudno dostępną, szczególnie w czasie pandemii, gdy systemy ochrony zdrowia na całym świecie działały pod presją.

Badania UMW i współpracujących ośrodków pokazały, że odpowiednio zastosowane glikokortykosteroidy mogą chronić dzieci przed najpoważniejszymi następstwami PIMS-TS, w tym tętniakami naczyń wieńcowych. W międzynarodowym konsorcjum z udziałem badaczy z Polski, Hiszpanii i Kolumbii potwierdzono równoważną skuteczność glikokortykosteroidów i immunoglobulin w zapobieganiu tym powikłaniom. Był to jeden z pierwszych tak mocnych dowodów na świecie, że leczenie PIMS-TS może być zarówno skuteczne, jak i bardziej dostępne.

Wyniki te przełożyły się na rekomendacje, które pomagały wskazać pacjentów wymagających leczenia immunoglobulinami oraz tych, u których możliwe było zastosowanie glikokortykosteroidów. Miało to znaczenie medyczne, organizacyjne i ekonomiczne: ograniczało narażenie dzieci na niepotrzebne interwencje, wspierało racjonalne wykorzystanie deficytowych leków i ujednolicało postępowanie w szpitalach.

Bezpieczeństwo szczepień w grupach ryzyka

Drugi ważny obszar badań dotyczył szczepień przeciw COVID-19 u dzieci i młodych dorosłych szczególnie narażonych na powikłania. Zespół UMW przeprowadził prospektywne badania bezpieczeństwa i immunogenności szczepień m.in. u pacjentów po przeszczepieniu szpiku wykonanym w dzieciństwie oraz u dzieci po przebytym PIMS-TS.

Były to badania unikatowe, prowadzone w momencie, gdy lekarze, pacjenci i rodzice pilnie potrzebowali wiarygodnych odpowiedzi. Czy dziecko po PIMS może zostać zaszczepione? Czy szczepienie nie wywoła nawrotu choroby? Czy pacjenci po transplantacji szpiku wytworzą odpowiedź immunologiczną? Wyniki wrocławskich prac potwierdziły dobrą tolerancję, bezpieczeństwo i immunogenność szczepień. U dzieci po przebytym PIMS-TS nie odnotowano nawrotu choroby.

Te ustalenia wspierały rekomendacje dotyczące szczepień i pomagały odbudowywać zaufanie w grupach, w których niepewność była szczególnie duża. Miały też znaczenie społeczne: chroniły pacjentów z grup ryzyka i ułatwiały lekarzom rozmowę z rodzicami na podstawie danych, a nie obaw.

Model badań, który działa także po pandemii

Znaczenie tych badań wykracza poza czas pandemii. PIMS-TS nadal wymaga czujności diagnostycznej, a doświadczenia zespołu UMW pokazują, jak ważne są szybkie rejestry kliniczne, współpraca wielu ośrodków, analiza danych i natychmiastowe wdrażanie wyników do rekomendacji. To model badań translacyjnych, w którym nauka odpowiada na pilną potrzebę kliniczną, a następnie pozostaje trwałym elementem bezpieczeństwa zdrowotnego dzieci.

Dorobek UMW ma zasięg międzynarodowy. Publikacje zespołu są wykorzystywane w metaanalizach i dalszych badaniach wieloośrodkowych, a stworzone bazy danych były pobierane przez naukowców z innych ośrodków. Wrocławscy badacze uczestniczyli także w międzynarodowej współpracy dotyczącej powikłań kardiologicznych PIMS-TS, a jej efektem była publikacja oparta na danych z Polski, Hiszpanii i Kolumbii.

Najważniejszy pozostaje jednak wymiar praktyczny. Dzięki badaniom prowadzonym na UMW lekarze otrzymali narzędzia do szybszego rozpoznawania PIMS-TS, racjonalnego leczenia, monitorowania powikłań kardiologicznych i bezpiecznego prowadzenia profilaktyki u dzieci z grup ryzyka. To przykład nauki, która w realnym czasie zmienia decyzje podejmowane przy łóżku pacjenta.

– Pandemia pokazała, że medycyna musi być przygotowana na choroby, których jeszcze nie znamy. Nie da się przewidzieć wszystkiego, ale można stworzyć system współpracy, w którym wiedza powstaje szybko, jest wiarygodna i natychmiast trafia do praktyki. Taki jest najważniejszy wniosek z naszych badań – podsumowuje prof. Leszek Szenborn.

Źródło: inf pras

Osoby starsze należą do grup najbardziej narażonych na ciężki przebieg chorób zakaźnych, hospitalizacje i zgony z powodu infekcji. Eksperci oraz przedstawiciele Koalicji „Na pomoc niesamodzielnym” alarmują, że w obliczu starzenia się społeczeństwa konieczne jest zwiększenie dostępu do refundowanych szczepień ochronnych dla seniorów. Wyniki badania ankietowego pokazują, że choć starsi Polacy dostrzegają zagrożenie związane z zakażeniami pneumokokowymi, to poziom wyszczepialności pozostaje niski. Głównymi barierami są koszty szczepień, niedostateczna wiedza oraz obawy dotyczące działań niepożądanych.
Seniorzy są najbardziej narażoną na choroby zakaźne i infekcje grupą wiekową. Wynika to z naturalnego starzenia się układu odpornościowego i częstego występowania schorzeń współistniejących. Stąd potrzeba zapewnienia im szerokiego, refundowanego dostępu do szczepień o najszerszej ochronie. Na tę potrzebę, popartą wynikami badania ankietowego, zwraca uwagę Koalicja „Na pomoc niesamodzielnym” podkreślając, że szczepienia powinny stać się standardem opieki medycznej.

Seniorzy potrzebują szerszej ochrony. Eksperci apelują o powszechny dostęp do refundowanych szczepień

 
Z szacunków Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) wynika, że do 2030 r. blisko 1/3 populacji Polski będzie miała powyżej 60. lat, a do roku 2050 odsetek ten wzrośnie nawet do 40 procent. Wraz ze starzeniem się społeczeństwa rośnie również ryzyko ciężkich chorób zakaźnych, w tym inwazyjnej choroby pneumokokowej (IChP), która szczególnie zagraża seniorom.

Niepokojące statystyki zakażeń pneumokokowych

Właśnie z uwagi na obniżoną odporność i występowanie chorób współistniejących, osoby starsze są szczególnie narażone na ciężki przebieg zakażeń pneumokokowych, takich jak zapalenie płuc, sepsa czy zapalenie opon mózgowo-rdzeniowych. Ryzyko zachorowania na inwazyjną chorobę pneumokokową (IChP) gwałtownie wzrasta wraz z wiekiem (osoby 65+ z czynnikami ryzyka stanowią 39 proc. tej grupy wiekowej, ale to właśnie u nich odnotowuje się ponad połowę przypadków zapaleń płuc o dowolnej przyczynie).

Dodatkowo osoby starsze są najbardziej narażone na ciężki przebieg zakażenia, hospitalizacje i ryzyko zgonu – wskaźnik śmiertelności związanej z IChP w grupie osób po 65. roku życia wynosi niemal 50 proc. i jest najwyższy wśród wszystkich grup wiekowych. Dlatego tak ważna jest ochrona tej części populacji.

Pneumokoki są straszne, kojarzą się z zapaleniem płuc. Co roku z powodu zapalenia płuc umiera na świecie 2,5 mln osób, to najczęstsza infekcyjna przyczyna zgonów. Co drugi pacjent z zapaleniem płuc, który trafi do szpitala, umrze. I to już są dane przerażające – mówi dr Monika Wanke-Rytt, z Kliniki Pediatrii z Oddziałem Obserwacyjnym na Wydziale Lekarskim Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, edukatorka w zakresie szczepień i profilaktyki zdrowotnej. – Szczepienia przeciwko pneumokokom, o czym mówi się coraz częściej, choć jeszcze nie w Polsce, są narzędziem spowalniającym proces antybiotykoodporności, która narasta i nigdy jej nie zatrzymamy. Dzięki szczepieniom możemy ograniczyć stosowanie antybiotyków.

Profilaktyka, która nie tylko ratuje, ale się zwraca

Choroba pneumokokowa to nie tylko problem zdrowotny dla pacjentów i ich rodzin, ale również poważne obciążenie dla systemu ochrony zdrowia i gospodarki. Pozaszpitalne zapalenie płuc (PZP), którego istotną część stanowią zakażenia pneumokokowe, pozostaje jedną z głównych przyczyn hospitalizacji, absencji zawodowej i kosztów pośrednich, które według szacunków wynoszą prawie 50 mln zł rocznie.

Tymczasem szczepionki skoniugowane przeciw pneumokokom o wysokiej walentności nie tylko zapewniają seniorom najszerszą ochronę i redukują ryzyko ciężkich powikłań, ale znacznie zmniejszają także koszty leczenia. Przeprowadzone niedawno m. in. w Polsce badanie oceniające wpływ społeczno-ekonomiczny programów szczepień dla dorosłych (w tym szczepień przeciwko pneumokokom) wykazało, że mogą one przynieść społeczeństwu zwrot nawet 19-krotności początkowej inwestycji, przy uwzględnieniu korzyści wykraczających poza system ochrony zdrowia (w przypadku szczepień przeciw pneumokokom zwrot z inwestycji może osiągać nawet 33-krotność poniesionych kosztów).

Co wiemy o szczepieniach wśród seniorów?

W obliczu tych wyzwań cywilizacyjnych Koalicja „Na pomoc niesamodzielnym”, której misją jest m. in. troska o zdrowie i jakość życia osób starszych, przeprowadziła badanie ankietowe w celu lepszego poznania problemów i wyzwań związanych z chorobami, którym można skutecznie zapobiegać dzięki szczepieniom. Ankieta zatytułowana „Czy seniorzy mogą liczyć na skuteczną profilaktykę szczepienną?” została skierowana do szerokiego grona odbiorców – osób zaangażowanych w opiekę długoterminową, ekspertów zajmujących się zdrowiem seniorów i osób niesamodzielnych, a także kadry zarządzającej domami pomocy społecznej, zakładami opiekuńczo-leczniczymi i pielęgnacyjno-opiekuńczymi oraz innymi placówkami sprawującymi bezpośrednią opiekę nad osobami starszymi.

Jednym z kluczowych obszarów badania była ocena poziomu wiedzy i świadomości dotyczącej szczepień ochronnych oraz profilaktyki chorób zakaźnych – zarówno wśród seniorów, jak i osób odpowiedzialnych za organizację i realizację opieki. Chcieliśmy również zidentyfikować najważniejsze czynniki wpływające na poziom wyszczepialności osób starszych. Dlatego pytaliśmy między innymi o dostępność szczepień, bariery organizacyjne oraz koszty ponoszone przez pacjentów – mówi Magdalena Osińska-Kurzywilk, Prezes Koalicji „Na pomoc niesamodzielnym”.

Wysoka świadomość zagrożeń, niska realizacja szczepień

92 proc. ankietowanych przez Koalicję seniorów uważa zapalenie płuc za poważne zagrożenie, a niemal 80 proc. – że infekcja może trwale obniżyć ich samodzielność.  Choć niemal 3/4 respondentów wie, że pneumokoki mogą prowadzić do hospitalizacji i ciężkich powikłań, to jedynie 20 proc. było kiedykolwiek zaszczepionych przeciw pneumokokom. Największą barierę stanowią finanse – 88 proc. seniorów zaszczepiłoby się, gdyby szczepienie było bezpłatne. Ponad połowa badanych zwraca uwagę na koszt szczepień (57 proc.), który stanowi dla nich realną przeszkodę w podjęciu decyzji o zaszczepieniu. Podobnie wysoki odsetek osób jako powód niepodjęcia decyzji o szczepieniu podaje brak wystarczającej wiedzy (51 proc.) lub obawę przed działaniami niepożądanymi (57 proc.). Świadczy to o silnej potrzebie edukacji i konieczności podjęcia działań systemowych.

Szczepienia bliżej pacjenta

Ważnym elementem zwiększania wyszczepialności seniorów, który wybrzmiał wyraźnie z wyników badania ankietowego, było zwiększenie dostępu do szczepień w aptekach i miejscach pobytu dziennego.

Farmaceuci mają i chęci, i możliwości do wykonywania szczepień – deklaruje dr n. farm. Magdalena Stolarczyk, członkini Okręgowej Rady Aptekarskiej w Warszawie i Naczelnej Rady Aptekarskiej, ekspertka merytoryczna Urzędu Rejestracji Produktów Leczniczych, Wyrobów Medycznych i Produktów Biobójczych. – Mamy uprawnienia, oczywiście po odbyciu odpowiednich kursów, do kwalifikowania i wykonywania szczepień przeciwko 26 jednostkom chorobowym, w tym zakażeniom pneumokokowym.  Możemy też wystawiać recepty, także refundowane, co pozwala diametralnie skrócić ścieżkę pacjenta do zaszczepienia i odciążyć lekarzy i pielęgniarki.

Według ekspertów takie rozwiązanie realnie zwiększa dostępność profilaktyki i powinno być systemowo wzmacniane, zwłaszcza że, jak pokazała ankieta, zwracają na to uwagę zarówno seniorzy i ich opiekunowie, jak i kadra zarządzająca placówkami opieki długoterminowej.

Nasi respondenci chętnie skorzystaliby ze szczepień, gdyby bezpłatnie oferowały je apteki. Za takim rozwiązaniem opowiedziało się 68 proc. seniorów – wylicza Magdalena Osińska-Kurzywilk. – Z kolei kadra zarządzająca wskazuje, że kluczowym kierunkiem zmian powinno być wprowadzenie bezpłatnych szczepień w ich placówkach (84 proc. ankietowanych) przy jednoczesnym zapewnieniu wsparcia organizacyjnego, w tym mobilnych zespołów szczepiących, co mogłoby znacząco usprawnić realizację szczepień w placówkach o ograniczonych zasobach kadrowych – dodaje prezes Koalicji.

Czas na strategiczną decyzję dla zdrowia seniorów

Doświadczenia ostatnich lat potwierdziły, że odpowiednio prowadzona polityka szczepień stanowi jeden z kluczowych elementów budowania bezpieczeństwa zdrowotnego osób po 65. r.ż., szczególnie narażonych na zakażenia. Nowoczesne szczepionki skoniugowane przeciwko pneumokokom o wysokiej walentności są odpowiedzią na te potrzeby. Dają możliwość zabezpieczenia seniorów jedną dawką na wiele lat i zapewnić niemal 50-procentową skuteczność w zapobieganiu ich hospitalizacji.

Jak pokazują wyniki ankiety, seniorzy chcą się szczepić, a placówki chcą szczepić. Oba środowiska wskazują na te same warunki konieczne: refundację, jasne zasady i edukację.  Wysoka deklarowana gotowość (88 proc. seniorów, 93% placówek) świadczy o tym, że usunięcie barier finansowych i informacyjnych mogłoby znacząco zwiększyć poziom ochrony zdrowotnej osób starszych. Stąd apel Koalicji „Na pomoc niesamodzielnym” o podjęcie działań zmierzających do tego, by szczepienia przeciwko chorobom zakaźnym, w tym zakażeniom pneumokokowym, stały się standardem leczenia i filarem polityki zdrowotnej państwa. W starzejącym się społeczeństwie jest to nie tylko decyzja medyczna, ale strategiczna inwestycja w zdrowie publiczne i przyszłość Polski.

WYNIKI BADANIA: „CZY SENIORZY MOGĄ LICZYĆ NA SKUTECZNĄ PROFILAKTYKĘ SZCZEPIENNĄ?”

Źródło: inf pras

 
Ognisko zakażeń wirusem Andes związane ze statkiem Hondius pokazało, że w kryzysach zdrowotnych jednym z największych wyzwań bywa nie tylko sam patogen, ale także sposób, w jaki informacja o zagrożeniu zaczyna żyć własnym życiem. Choć hantawirus może być groźny dla pojedynczych pacjentów, obecnie nie ma potencjału pandemicznego. Mimo to sprawa szybko uruchomiła znane z czasu COVID-19 lęki, uproszczenia i fałszywe narracje. 
Historia statku Hondius rozpoczęła się od medycznego alertu: ciężkich zachorowań, kwarantanny, ewakuacji pasażerów oraz komunikatów instytucji zdrowia publicznego, w tym WHO i ECDC. Bardzo szybko stała się jednak także testem społecznej odporności na dezinformację. W przestrzeni publicznej pojawiły się pytania znane z czasu pandemii COVID-19: czy grozi nam nowa pandemia, czy służby przekazują pełne informacje i czy działania sanitarne nie staną się pretekstem do ograniczania wolności.

Groźny dla pacjentów, ale nie pandemiczny

W przypadku hantawirusa kluczowe znaczenie ma nie tylko samo zakażenie, lecz także wariant wirusa i droga transmisji. Ognisko związane ze statkiem Hondius dotyczyło wariantu Andes, innego niż hantawirusy typowo występujące w Europie. Porównania z pandemią COVID-19 są więc w tym przypadku mylące.

–  Wirus Andes przenosi się przede wszystkim przez gryzonie i trafia do ludzi ze środowiska. Transmisja międzyludzka, poza wyjątkowymi sytuacjami bliskiego kontaktu, praktycznie nie występuje. Dlatego z punktu widzenia populacyjnego nie mówimy o wirusie, który ma potencjał wywołania nowej pandemii – wyjaśnia dr Andrzej Jarynowski z Wydziału Nauk o Zdrowiu Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu.

Dezinformacja szybsza niż wirus

Jednym z głównych źródeł chaosu informacyjnego było mylenie pojęć: osoby chorej, zakażonej, podejrzanej o zakażenie, objętej kwarantanną lub nadzorem epidemiologicznym. Stosowane w przestrzeni publicznej uproszczenia powodowały wrażenie, że liczba zakażeń jest większa, a sytuacja wymyka się spod kontroli. Tymczasem nadzór sanitarny czy kwarantanna po kontakcie nie oznaczają automatycznie potwierdzonego zakażenia.

Sprawa hantawirusa szybko została też włączona w znane schematy dezinformacyjne. W polskiej części internetu pojawiały się narracje o „nowej pandemii”, rzekomym „skutku ubocznym szczepionek” czy „ukrywaniu prawdy” przez instytucje zaufania publicznego. Część przekazów wykorzystywała prawdziwe elementy, na przykład obecność określonych zdarzeń w dokumentacji klinicznej, ale wyciągała z nich fałszywe wnioski.

–  W dokumentacji badań klinicznych nad szczepionkami odnotowuje się wszystkie zdarzenia medycznedotyczące uczestników badania, jak np. ciąża. To element monitorowania bezpieczeństwa, a nie automatyczny dowód związku ze szczepieniem. Prawdopodobnie pacjent niezależnie od szczepienia zakaził się w czasie badania hantawirusem i rozwinął hantawirusowy zespół płucny – wyjaśnia dr Jarynowski.  – Dezinformacja zaczyna się wtedy, gdy sam fakt raportowania takiego zdarzenia przedstawia się jako dowód szkodliwości szczepionki.

Właśnie dlatego w komunikacji zdrowotnej tak istotne jest szybkie tłumaczenie, jak działają procedury bezpieczeństwa i dlaczego techniczny język dokumentacji medycznej nie powinien być interpretowany poza kontekstem. Bez tego nawet neutralna informacja może stać się paliwem dla fałszywych narracji.

Ognisko na statku Hondius pokazało również, jak łatwo standardowe procedury sanitarne mogą zostać odczytane jako dowód katastrofy. Ewakuacja, izolacja, kwarantanna, kombinezony ochronne czy monitorowanie kontaktów są elementami zarządzania ryzykiem, ale w mediach społecznościowych mogą zostać przedstawione jako zapowiedź kolejnego globalnego kryzysu. Szczególnie po doświadczeniu COVID-19 część odbiorców interpretuje działania sanitarne nie jako środki ochronne, lecz jako zapowiedź ograniczeń.

Cisza informacyjna jako paliwo teorii spiskowych

Na podatny grunt trafił także brak relacji pasażerów publikowanych „na żywo” w mediach społecznościowych. W świecie, w którym niemal każde wydarzenie natychmiast pojawia się na TikToku, Instagramie czy YouTubie, cisza informacyjna z miejsca zdarzenia bywa odczytywana jako sygnał, że „coś jest ukrywane”. Ta luka szybko stała się pożywką dla spekulacji: pojawiły się teorie, że skoro nie ma bezpośrednich relacji, być może jest tam drugie dno – statek Hondius prowadzi działania wojskowe albo jakiś eksperyment.

–  Tymczasem Hondius był statkiem ekspedycyjnym, nie typowym ekskluzywnym wycieczkowcem. To droga, niszowa wyprawa, której uczestnikami były osoby starsze, dobrze sytuowane, niekoniecznie zainteresowane relacjonowaniem swojego życia w mediach społecznościowych. Brak masowych relacji nie musi więc oznaczać tajemnicy. Może wynikać po prostu z profilu pasażerów – wyjaśnia dr Jarynowski. Ten mechanizm pokazuje, że we współczesnej komunikacji kryzysowej problemem bywa nie tylko nadmiar informacji, ale także ich niedobór.

Komunikacja po COVID-19: szybciej, ale nadal z lukami

Jednocześnie dr Jarynowski ocenia, że komunikacja instytucji zdrowia publicznego była w tym przypadku skuteczniejsza niż w pierwszej fazie pandemii COVID-19. WHO, ECDC oraz krajowe służby szybciej publikowały komunikaty, przygotowywały materiały wyjaśniające i monitorowały reakcje społeczne. To pokazuje, że doświadczenie pandemii przełożyło się na lepsze procedury komunikacyjne i większą gotowość do reagowania na fałszywe narracje.

Nie oznacza to jednak, że sama dostępność komunikatów wystarcza. W kryzysach zdrowotnych instytucje muszą nie tylko podawać fakty, ale też wyjaśniać ich znaczenie: co oznacza kwarantanna, czym różni się podejrzenie zakażenia od potwierdzonego przypadku i dlaczego procedury ostrożnościowe nie są dowodem na katastrofalny scenariusz. Bez takiego kontekstu nawet szybka komunikacja może zostać wyparta przez emocjonalne i antyzdrowotne narracje.

Nieprecyzyjny język napędza kryzys

W kryzysach zdrowotnych precyzja języka jest równie ważna jak szybkość komunikacji. Nie wystarczy poinformować, że ktoś został objęty kwarantanną albo nadzorem epidemiologicznym – trzeba od razu doprecyzować zakres i znaczenie takich działań. Inaczej standardowe procedury zaczynają być odczytywane jako dowód, że sytuacja wymyka się spod kontroli.

– W tej sytuacji większym zagrożeniem społecznym okazuje się infodemia niż sam patogen. Hantawirus nie ma dziś potencjału epidemicznego w takim sensie, jakiego obawiamy się przy koronawirusach czy grypie ptaków. Natomiast fałszywe narracje rozchodzą się szybko, szczególnie wtedy, gdy ludzie pamiętają ograniczenia z czasów COVID-19 i boją się ich powrotu – podkreśla dr Andrzej Jarynowski.

Sprawa statku Hondius pokazuje, że przy kolejnych alarmach zdrowotnych stawką będzie nie tylko opanowanie samego zagrożenia, ale też szybkie zamknięcie przestrzeni dla domysłów. Wirus może wygasnąć po jednym ognisku. Dezinformacja zostaje dłużej – gotowa do użycia w następnym kryzysie.

Źródło: inf pras

Światowa Organizacja Zdrowia ogłosiła zagrożenie zdrowia publicznego o zasięgu międzynarodowym (PHEIC) w związku z ogniskiem gorączki krwotocznej Ebola wywołanej wirusem Bundibugyo w Demokratycznej Republice Konga. Główny Inspektorat Sanitarny poinformował również o przypadkach importowanych w Ugandzie. Eksperci podkreślają, że choć globalne ryzyko oceniane jest obecnie jako niskie, sytuacja w regionie pozostaje bardzo poważna. Nie istnieje zatwierdzona szczepionka ani specyficzne leczenie przeciw tej odmianie wirusa Ebola.

Czterech pracowników ochrony zdrowia zmarło w ciągu kilku dni

Jak wynika z informacji przekazanych przez GIS, 5 maja 2026 r. WHO otrzymała alert dotyczący nieznanej choroby o wysokiej śmiertelności w strefie zdrowia Mongbwalu w prowincji Ituri w Demokratycznej Republice Konga. W ciągu czterech dni zmarło tam czterech pracowników ochrony zdrowia. 13 maja zespół szybkiego reagowania rozpoczął dochodzenie epidemiologiczne w Mongbwalu i Rwampara Health Zone. Dwa dni później potwierdzono, że zachorowania wywołuje wirus Bundibugyo. Do 15 maja zgłoszono 77 podejrzanych przypadków i 67 zgonów w dwóch strefach zdrowia DRK – Rwampara i Mongbwalu – oraz w Bunia Health Zone. Zidentyfikowano także 65 osób z kontaktu, z czego 15 uznano za kontakty wysokiego ryzyka.

GIS podkreśla, że działania epidemiologiczne utrudniają niestabilna sytuacja bezpieczeństwa oraz ograniczenia w przemieszczaniu się. Część osób z kontaktu rozwinęła objawy i zmarła przed izolacją. Większość podejrzanych przypadków dotyczy osób między 20. a 39. rokiem życia, a ponad 60 proc. stanowią kobiety. Według ekspertów może to wskazywać na znaczącą transmisję wirusa w gospodarstwach domowych i podczas opieki nad chorymi członkami rodziny.

Przypadki także w Ugandzie

15 maja Ministerstwo Zdrowia Ugandy poinformowało WHO o laboratoryjnie potwierdzonym przypadku choroby wywołanej wirusem Bundibugyo u starszego mieszkańca DRK, który przyjechał do Ugandy w celu uzyskania pomocy medycznej. W ciągu kolejnych 24 godzin wykryto drugi przypadek u osoby podróżującej z Demokratycznej Republiki Konga.

Obecnie zdarzenie oceniane jest jako przypadki importowane, bez dowodów na lokalną transmisję wirusa w Ugandzie. Trwa dochodzenie mające ustalić źródła zakażenia i drogi szerzenia się choroby.

Czym jest wirus Bundibugyo?

BVD to jedna z odmian wirusa Ebola wywołująca ciężką gorączkę krwotoczną. Wirus przenosi się na ludzi poprzez kontakt z krwią lub wydzielinami zakażonych dzikich zwierząt, m.in. nietoperzy czy małp, a następnie może szerzyć się między ludźmi.

Okres inkubacji wynosi od 2 do 21 dni. Do czasu wystąpienia objawów zakażona osoba nie jest zakaźna. Choroba zaczyna się zwykle nagle – gorączką, silnym osłabieniem, bólem mięśni, głowy i gardła. Mogą pojawić się także wymioty, biegunka, wysypka, niewydolność nerek i wątroby oraz krwawienia wewnętrzne i zewnętrzne.

W poprzednich ogniskach BVD w Ugandzie i DRK śmiertelność wynosiła od 30 do 50 proc. Ostatnie ognisko tej odmiany Eboli odnotowano w 2021 r. w Demokratycznej Republice Konga – zgłoszono wtedy 59 przypadków, w tym 34 zgony.

WHO zwraca uwagę, że w przeciwieństwie do wirusa Ebola Zair nie istnieje obecnie zatwierdzona szczepionka ani specyficzne leczenie przeciw wirusowi Bundibugyo. Trwają jednak prace badawcze nad opracowaniem skutecznych metod terapii i profilaktyki.

Źródło: GIS

Rejs przez Antarktydę i jedne z najbardziej odległych wysp Atlantyku miał być wyjątkową ekspedycją dla miłośników przyrody i ekoturystyki. Zamiast tego zakończył się międzynarodowym dochodzeniem epidemiologicznym. Światowa Organizacja Zdrowia poinformowała o klastrze ciężkich zachorowań związanych z hantawirusem na pokładzie statku wycieczkowego. Do 4 maja potwierdzono siedem przypadków, w tym trzy zgony.
Choć WHO podkreśla, że ryzyko dla populacji globalnej pozostaje niskie, sytuacja zwróciła uwagę epidemiologów z kilku powodów. Choroba przebiegała gwałtownie, część pacjentów rozwinęła ciężką niewydolność oddechową, a dodatkowo nie można jeszcze jednoznacznie wykluczyć ograniczonej transmisji między ludźmi.

Rejs przez Antarktydę i nagłe zachorowania

Statek z 147 pasażerami i członkami załogi wypłynął 1 kwietnia z Ushuaia w Argentynie. Trasa obejmowała Antarktydę, Georgię Południową, Tristan da Cunha, Wyspę Świętej Heleny i Wyspę Wniebowstąpienia – regiony o wyjątkowej bioróżnorodności, ale też kontaktach z dziką przyrodą i siedliskami gryzoni, które stanowią naturalny rezerwuar hantawirusów.

Pierwszy pacjent zachorował już 6 kwietnia. Początkowo objawy przypominały zwykłą infekcję wirusową lub zatrucie pokarmowe: gorączka, ból głowy, biegunka. W ciągu kilku dni rozwinęła się jednak ciężka niewydolność oddechowa i pacjent zmarł na pokładzie statku. Kolejne przypadki przebiegały podobnie – od niespecyficznych objawów do gwałtownego pogorszenia stanu klinicznego, zapalenia płuc, zespołu ostrej niewydolności oddechowej (ARDS) i wstrząsu.

Szczególną uwagę zwrócił drugi przypadek. Kobieta, będąca bliskim kontaktem pierwszego chorego, opuściła statek na Wyspie Świętej Heleny z objawami ze strony przewodu pokarmowego. Jej stan gwałtownie pogorszył się podczas lotu do Johannesburga. Pacjentka zmarła po przyjęciu do szpitala, a badania PCR potwierdziły zakażenie hantawirusem. Rozpoczęto dochodzenie epidemiologiczne dotyczące pasażerów lotu.

Kolejny pacjent, ewakuowany medycznie do Republiki Południowej Afryki, trafił na oddział intensywnej terapii. Rozszerzony panel diagnostyczny w kierunku patogenów oddechowych początkowo był ujemny, jednak test PCR również potwierdził zakażenie hantawirusem. WHO poinformowała, że prowadzone są dalsze badania serologiczne, sekwencjonowanie i analizy metagenomiczne.

Hantawirus może prowadzić do ciężkiej niewydolności oddechowej

Hantawirusy należą do grupy wirusów odzwierzęcych przenoszonych głównie przez gryzonie. Człowiek zakaża się najczęściej poprzez kontakt z moczem, śliną lub odchodami zakażonych zwierząt albo przez wdychanie skażonych aerozoli. Zakażenia zwykle wiążą się z przebywaniem w miejscach zasiedlonych przez gryzonie – starych budynkach, magazynach, gospodarstwach rolnych czy terenach leśnych.

W Amerykach hantawirusy mogą powodować hantawirusowy zespół sercowo-płucny (HCPS/HPS), czyli jedną z najcięższych wirusowych chorób układu oddechowego. Początkowo objawy są mało charakterystyczne: gorączka, bóle mięśni, osłabienie, nudności, biegunka czy ból brzucha. Problem polega na tym, że po kilku dniach może dojść do nagłego rozwoju ciężkiej niewydolności oddechowej i wstrząsu.

W regionie obu Ameryk śmiertelność może sięgać nawet 50 proc.

To właśnie szybka progresja choroby sprawia, że hantawirusy budzą tak duży niepokój klinicystów. Pacjenci początkowo mogą wyglądać stosunkowo stabilnie, by w krótkim czasie wymagać wentylacji mechanicznej, leków wazopresyjnych, a czasem nawet pozaustrojowego wspomagania utlenowania krwi (ECMO).

WHO podkreśla jednak, że zakażenia hantawirusami pozostają rzadkie. W większości przypadków wirusy te nie przenoszą się łatwo między ludźmi. Wyjątkiem jest przede wszystkim Andes virus występujący w Ameryce Południowej, dla którego opisywano ograniczoną transmisję podczas bliskiego i długotrwałego kontaktu.

WHO: ryzyko globalne pozostaje niskie

To właśnie dlatego obecna sytuacja jest monitorowana tak uważnie. Pierwsze dwa przypadki były ze sobą epidemiologicznie powiązane, a dodatkowo obie osoby przed wejściem na statek podróżowały po Ameryce Południowej, w tym Argentynie. Na razie nie wiadomo jednak, czy zakażenia były wynikiem wspólnej ekspozycji środowiskowej, czy mogło dojść do transmisji między ludźmi.

Eksperci zwracają uwagę, że przypadek ten pokazuje również szerszy problem związany z rozwojem turystyki ekspedycyjnej i ekoturystyki. Podróże do odległych regionów świata coraz częściej oznaczają kontakt człowieka z ekosystemami, patogenami i rezerwuarami zwierzęcymi, z którymi wcześniej miał ograniczoną styczność.

WHO zaznacza, że większość rutynowych podróży turystycznych nie wiąże się z istotnym ryzykiem zakażenia hantawirusem. Zaleca jednak ostrożność podczas pobytu w regionach endemicznych, szczególnie tam, gdzie występują gryzonie. Kluczowe znaczenie mają podstawowe działania profilaktyczne: unikanie kontaktu z odchodami gryzoni, odpowiednia wentylacja pomieszczeń oraz stosowanie czyszczenia „na mokro” zamiast zamiatania, które może powodować unoszenie zakaźnych aerozoli.

Na pokładzie statku wdrożono środki bezpieczeństwa, izolację chorych oraz ograniczenie kontaktów między pasażerami. WHO prowadzi koordynację międzynarodową wspólnie z władzami Cabo Verde, Holandii, Wielkiej Brytanii, Hiszpanii i Republiki Południowej Afryki.

Obecnie statek pozostaje u wybrzeży Cabo Verde, a kolejne próbki są analizowane w laboratoriach referencyjnych.

WHO nie rekomenduje żadnych ograniczeń w podróżach ani handlu. Organizacja podkreśla jednak, że sytuacja pozostaje rozwojowa, a dochodzenie epidemiologiczne trwa.

Źródło: komunikat Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) „Disease Outbreak News: Hantavirus cluster linked to cruise ship travel – Multi-country”, 4 maja 2026 r.

Hantawirusy, mimo że mogą wywoływać ciężkie choroby u ludzi, nie są obecnie uznawane za realne źródło pandemii podobnej do COVID-19 – poinformowała PAP dr n. med. Barbara Sobala-Szczygieł ze Śląskiego Uniwersytetu Medycznego.

 
Jak wyjaśniła specjalistka chorób zakaźnych, hantawirusy są wirusami odzwierzęcymi, których głównym rezerwuarem są gryzonie. Do zakażenia człowieka dochodzi najczęściej drogą wziewną, poprzez kontakt z aerozolem zawierającym cząsteczki wirusa obecne w moczu, kale lub ślinie zwierząt.

Ryzyko rośnie m.in. podczas sprzątania zamkniętych przestrzeni – takich jak piwnice, stodoły czy magazyny – oraz w trakcie prac leśnych i rolniczych. Rzadziej zakażenia obserwowano w następstwie ugryzienia.

Dr Sobala-Szczygieł wskazała, że hantawirusy wywołują u ludzi dwa główne zespoły kliniczne: gorączkę krwotoczną z zespołem nerkowym (HFRS), typową dla Europy i Azji, oraz hantawirusowy zespół sercowo-płucny (HCPS/HPS), występujący w obu Amerykach. Oba schorzenia wiążą się z uszkodzeniem śródbłonka naczyń i zwiększoną ich przepuszczalnością, spadkiem liczby płytek krwi oraz ryzykiem wstrząsu, jednak różnią się dominującym zajęciem narządów – w HFRS przede wszystkim nerek, a w HCPS płuc i układu krążenia.

Początek choroby ma zwykle nieswoisty charakter. Jak podkreśliła ekspertka, obejmuje on m.in. gorączkę, dreszcze, bóle mięśni, ból głowy, osłabienie, nudności, wymioty i ból brzucha. W dalszym przebiegu może dochodzić do ciężkich powikłań – w HFRS do ostrej niewydolności nerek, a w HCPS do gwałtownego pogorszenia stanu z obrzękiem płuc, niedotlenieniem i wstrząsem.

Z przekazanych informacji wynika również, że obecnie nie ma powszechnie zatwierdzonego leczenia przeciwwirusowego hantawirusowych zakażeń. Leczenie ma charakter wspomagający i obejmuje m.in. kontrolę gospodarki płynowej i elektrolitowej, leczenie wstrząsu, tlenoterapię, wentylację mechaniczną oraz – w przypadku uszkodzenia nerek – dializoterapię.

Kluczowym czynnikiem ograniczającym potencjał pandemiczny hantawirusów jest – jak zaznaczyła dr Sobala-Szczygieł – bardzo niska zdolność transmisji między ludźmi. „Dla większości hantawirusów transmisja człowiek–człowiek nie jest typowa” – wskazała. Dodała, że jedynie pojedyncze ogniska zakażeń w Argentynie i Chile wiązano z bezpośrednim kontaktem z chorym, co dotyczyło wirusa Andes.

W ocenie specjalistki brak istotnej transmisji międzyludzkiej oraz brak dowodów na szerzenie się zakażeń przez osoby bezobjawowe sprawiają, że hantawirusy nie są obecnie rozpatrywane jako przyczyna kolejnej globalnej pandemii.(PAP)

Źródło: Nauka w Polsce

Terapia CAR-T jest dziś najlepiej znana z leczenia wybranych nowotworów hematologicznych, ale kolejne strategie inżynierii komórkowej przesuwają jej zastosowania poza klasyczną onkologię. Przegląd opublikowany w „Frontiers in Immunology” opisuje rozwój CAR-T w guzach litych, chorobach autoimmunologicznych i przewlekłych zakażeniach wirusowych, wskazując jednocześnie na ograniczenia dotyczące bezpieczeństwa, trwałości odpowiedzi, produkcji i dostępności leczenia.
Terapia CAR-T polega na genetycznym zmodyfikowaniu limfocytów T w taki sposób, aby rozpoznawały określony antygen i niszczyły komórki, które go prezentują. W praktyce klinicznej największe znaczenie uzyskała dotychczas w leczeniu nowotworów krwi, gdzie komórki nowotworowe są łatwiej dostępne dla układu odpornościowego, a cele terapeutyczne, takie jak CD19, są stosunkowo dobrze określone.

Znacznie trudniejsze okazało się przeniesienie tej technologii do guzów litych. Barierą jest nie tylko gorsza dostępność komórek nowotworowych, ale także immunosupresyjne mikrośrodowisko guza, zmienność antygenów oraz ryzyko uszkodzenia zdrowych tkanek, jeśli cel terapeutyczny nie jest wystarczająco swoisty dla nowotworu.

CAR-T poza onkologią

Autorzy przeglądu zwracają uwagę, że podobne wyzwania pojawiają się przy próbach zastosowania CAR-T poza onkologią. W chorobach autoimmunologicznych celem nie jest zniszczenie komórek nowotworowych, lecz precyzyjne usunięcie lub przeprogramowanie nieprawidłowych elementów układu odpornościowego. Badania obejmują m.in. toczeń rumieniowaty układowy, stwardnienie rozsiane, ciężkie zapalenia mięśni, twardzinę układową czy reumatoidalne zapalenie stawów.

W części wczesnych badań klinicznych i opisów przypadków CAR-T ukierunkowane na komórki B prowadziły do głębokiej deplecji tych komórek, zmniejszenia poziomu autoprzeciwciał i remisji choroby. Autorzy podkreślają jednak, że nadal nie wiadomo, jak trwały jest taki efekt i czy oznacza rzeczywisty „reset” układu odpornościowego, czy raczej czasowe usunięcie populacji komórek odpowiedzialnych za aktywność choroby.

Istotnym problemem pozostają długofalowe konsekwencje głębokiej deplecji limfocytów B. Należą do nich hipogammaglobulinemia, większa podatność na zakażenia, konieczność monitorowania stężenia immunoglobulin, a u części pacjentów potencjalna potrzeba leczenia substytucyjnego.

Osobnym kierunkiem badań są przewlekłe zakażenia wirusowe, w tym HIV i wirusowe zapalenie wątroby typu B. CAR-T mogą być projektowane tak, aby rozpoznawały komórki zakażone wirusem lub pomagały eliminować rezerwuary wirusowe. Autorzy zaznaczają jednak, że ten obszar pozostaje znacznie wcześniejszy klinicznie niż onkologia.

Terapie „z półki” i CAR-T in vivo

Przegląd omawia także rozwój tzw. allogenicznych i uniwersalnych CAR-T. W klasycznym modelu autologicznym komórki pobiera się od pacjenta, modyfikuje poza organizmem, namnaża i podaje ponownie. Takie podejście jest najbardziej dojrzałe klinicznie, ale czasochłonne, kosztowne i trudne do skalowania.

Platformy allogeniczne wykorzystują komórki od zdrowych dawców, co może skrócić czas oczekiwania i umożliwić produkcję „z półki”. Wymaga to jednak ograniczenia ryzyka choroby przeszczep przeciw gospodarzowi oraz odrzucenia komórek przez organizm biorcy. W tym celu stosuje się m.in. technologie edycji genów, takie jak CRISPR/Cas9 czy TALENs.

Kolejnym kierunkiem są strategie in vivo CAR-T, czyli próby modyfikowania limfocytów T bezpośrednio w organizmie pacjenta, bez klasycznej produkcji ex vivo. Do dostarczania konstruktu CAR badane są m.in. nanocząstki lipidowe, wektory wirusowe, egzosomy czy przeciwciała bispecyficzne. Taki model mógłby uprościć produkcję i zwiększyć dostępność terapii, ale obecnie nadal wymaga rozwiązania problemów związanych z bezpieczeństwem, trwałością działania i precyzją dostarczania.

Bezpieczeństwo i ograniczenia terapii

W publikacji porównano również CAR-T z CAR-NK, czyli komórkami NK wyposażonymi w chimeryczny receptor antygenowy. CAR-NK mogą mieć potencjalnie korzystniejszy profil bezpieczeństwa, w tym niższe ryzyko ciężkiego zespołu uwalniania cytokin i neurotoksyczności, ale zwykle krócej utrzymują się w organizmie niż CAR-T.

Rozwijane są także systemy kontroli aktywności CAR-T, takie jak przełączniki ON/OFF, receptory hamujące czy tzw. przełączniki samobójcze, które mają umożliwiać wyłączenie terapii w przypadku ciężkich działań niepożądanych. Autorzy wskazują jednak, że bardziej złożone konstrukcje oznaczają jednocześnie większe wyzwania produkcyjne i regulacyjne.

Przegląd podsumowuje, że CAR-T pozostaje najbardziej ugruntowane w nowotworach hematologicznych, natomiast w guzach litych, chorobach autoimmunologicznych i przewlekłych zakażeniach wirusowych znajduje się na różnych etapach rozwoju. Dalsze zastosowanie tej technologii będzie zależało nie tylko od skuteczności biologicznej, lecz także od możliwości standaryzacji produkcji, kontroli działań niepożądanych, trwałości odpowiedzi, kosztów i dostępności leczenia.

Źródło: Zhang X., Liu Z.C., Luo L.J. i wsp. Advancements and expanding applications of CAR-T cell therapy. Frontiers in Immunology, 2026.

W Polsce co roku wykrywa się kilka tysięcy zakażeń HCV – wirusem, który wywołuje wirusowe zapalenie wątroby typu C (WZW C). Rzeczywista liczba chorych może sięgać nawet 130–140 tys. osób. Nawet 80 proc. zakażonych nie ma objawów i przez lata nie wie o chorobie. Kluczowe znaczenie ma testowanie na większą skalę. Przyczynia się do tego rządowy program profilaktyczny Moje Zdrowie, który obejmuje test w kierunku przeciwciał anty-HCV, podstawowe badanie diagnostyki przesiewowej WZW C.

– Od lat monitorujemy występowanie zakażeń HCV i zakładamy, że w tej chwili w Polsce jest około 130 tys. osób, które nie wiedzą o tym, że są zakażone –mówi agencji Newseria prof. Robert Flisiak, kierownik Kliniki Chorób Zakaźnych i Hepatologii Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku, wiceprezes Polskiego Towarzystwa Epidemiologów i Lekarzy Chorób Zakaźnych oraz Towarzystwa Hepatologicznego.

Zakażenie HCV w większości przypadków przebiega bezobjawowo lub skąpoobjawowo – nawet 80 proc. osób zakażonych nie dostrzega objawów choroby. Dane Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego PZH – Państwowego Instytutu Badawczego pokazują, że rocznie rejestrowanych jest ok. 3–4 tys. przypadków WZW typu C. Jednocześnie szacunki epidemiologiczne wskazują, że liczba osób zakażonych jest wielokrotnie wyższa, niż wynika z oficjalnych statystyk. Duża część zakażeń pozostaje niewykryta, ponieważ pacjenci przez długi czas nie zgłaszają się do lekarza.

– Kiedy pojawiają się objawy, to jest już zaawansowana choroba, może marskość wątroby, a niewykluczone również, że rak wątroby. Wtedy zwykle zaczyna się objawami dyspeptycznymi, zaburzeniami psychicznymi. Mogą być również zażółcenia. W badaniach laboratoryjnych stwierdzamy podwyższenie aktywności enzymów wskaźnikowych, aminotransferaz. Obniża się stężenie albumin, pojawiają się obrzęki i wybroczyny na skórze – wymienia prof. Robert Flisiak. – Stadium zapalenia trzeba diagnozować wcześniej poprzez badania przesiewowe, bo właśnie w Polsce jest to niebezpieczeństwo, że diagnozujemy zbyt późno.

Do zakażenia dochodzi w wyniku kontaktu z zakażoną krwią – bezpośrednio lub pośrednio poprzez przedmioty, na których znajduje się nawet niewielka jej ilość. Warunkiem transmisji jest naruszenie ciągłości tkanek, np. w wyniku skaleczenia czy zabiegu, dlatego ryzyko może wystąpić zarówno w placówkach medycznych, jak i podczas zabiegów kosmetycznych.

Szacunki, które przytacza Agencja Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji, wskazują, że do 40 proc. ostrych zakażeń może ustąpić samoistnie, jednak u pozostałych osób rozwija się przewlekła postać choroby, która często ujawnia się dopiero po wielu latach. U ok. 20 proc. przewlekle zakażonych dochodzi do marskości wątroby lub raka wątrobowokomórkowego, a zakażeniu mogą towarzyszyć także powikłania pozawątrobowe.

– Wczesna diagnostyka w kierunku zakażenia HCV jest konieczna do tego, abyśmy jak najszybciej zidentyfikowali problem i pacjent mógł otrzymać właściwe leczenie, abyśmy zapobiegli rozwojowi późnej konsekwencji choroby wątroby, również pozawątrobowych manifestacji. Jeżeli wyleczymy pacjenta na wczesnym etapie infekcji, mamy olbrzymią szansę, że pacjent wróci do normalnego życia i pełni zdrowia, jeżeli chodzi o wątrobę i wszystkie konsekwencje zakażenia HCV – ocenia prof. dr hab. n. med. Krzysztof Tomasiewicz, przewodniczący Polskiej Grupy Ekspertów HCV, prezes Polskiego Towarzystwa Epidemiologów i Lekarzy Chorób Zakaźnych.

W ostatnich latach zwiększa się dostęp do badań, m.in. dzięki programom profilaktycznym, które włączają testy w kierunku HCV do podstawowej opieki zdrowotnej. Działania te wpisują się w realizację globalnego celu WHO, jakim jest eliminacja wirusa jako zagrożenia zdrowia publicznego do 2030 roku.

– Program Moje Zdrowie to nowoczesny program profilaktyczny, kierowany do osób młodszych niż program Profilaktyka 40 Plus, bo już po 20. roku życia. Wśród badań znalazło się także badanie przesiewowe na anty-HCV. To bardzo ważne, gdyż zmieniała się też terapia wirusowego zapalenia wątroby, a jest to bardzo duży czynnik ryzyka zmian w wątrobie, także raka wątroby – podkreśla dr n. med. Agnieszka Gorgoń-Komor, lekarz kardiolog, senator, wiceprzewodnicząca senackiej Komisji Zdrowia.

– Po pierwszym roku funkcjonowania programu Moje Zdrowie widzimy wzrost liczby pacjentów. Wzrosty są kilkukrotne, aczkolwiek trzeba wyraźnie powiedzieć, że program nie załatwia sprawy, nie oznacza, że wyeliminujemy chorobę. Na pewno doceniamy możliwości testowania w gabinecie lekarza POZ – wskazuje prof. Krzysztof Tomasiewicz.

Z danych Centrum e-Zdrowia wynika, że w ciągu 10 miesięcy – od maja 2025 roku, kiedy program ruszył, do końca lutego br. – skorzystało z niego ponad 3 mln pacjentów. Rząd spodziewał się, że do końca 2025 roku zgłosi się ok. 600 tys. osób, a rzeczywista liczba pacjentów była czterokrotnie wyższa. Już po około 100 dniach działania liczba uczestników przekroczyła 1 mln. Dla porównania w podobnym okresie do programu Profilaktyka 40 Plus zgłosiło się ok. 390 tys. pacjentów.

Z perspektywy klinicznej oznacza to, że do specjalistów trafia coraz więcej pacjentów, w tym również osoby wcześniej bezobjawowe.

 Widzimy szeroki zakres pacjentów. Trafiają do nas zarówno ci, którzy na przykład mają objawy zaawansowanej choroby wątroby, do tej pory lekceważone przez pacjenta i czasami niestety przez lekarza. Wtedy jest ostatni moment, żebyśmy mogli tego pacjenta leczyć i uratować. Są również pacjenci, którzy do tej pory w ogóle nie myśleli o tym, że są zakażeni – mówi przewodniczący Polskiej Grupy Ekspertów HCV.

– Program Moje Zdrowie wymusza przetestowanie, a potem już w gabinecie lekarza specjalisty to podejrzenie jest weryfikowane poprzez wykonanie testu genetycznego potwierdzającego namnażanie się wirusów – tłumaczy prof. Robert Flisiak.

Zwiększenie liczby badań przekłada się na większą wykrywalność zakażeń, ale eksperci wskazują, że równie istotne jest to, co się dzieje dalej z pacjentem. W praktyce ścieżka diagnostyczna nadal jest wieloetapowa i wymaga kilku wizyt, co może wydłużać czas od pierwszego badania do rozpoczęcia leczenia.

– Jedną z podstawowych rzeczy, jaką proponujemy, jest zmiana testowania w laboratoriach. Obecnie najpierw wykonuje się badanie przeciwciał anty-HCV, pacjent z wynikiem wraca do lekarza POZ, który wystawia kolejne skierowanie już do lekarza specjalisty, który wykonuje badanie RNA. Znacznie skróciłaby się droga i nie uciekaliby nam pacjenci, gdyby to badanie było wykonane od razu, gdy wykazano obecność przeciwciał – mówi wiceprezes Towarzystwa Hepatologicznego.

Eksperci podkreślają jednocześnie, że kluczowe znaczenie ma nie tylko dostępność badań, ale również aktywne zachęcanie pacjentów do ich wykonywania. Z analiz AOTMiT wynika, że nawet pojedyncza interwencja edukacyjna prowadzona przez personel medyczny może zwiększyć udział pacjentów w badaniach w kierunku HCV niemal czterokrotnie.

 Nie chcemy przekonywać, że HCV jest największym problemem człowieka, ale chcemy, aby możliwość testowania pozwoliła na to, żeby wykryć zakażenie na bardzo wczesnym etapie – podkreśla prof. Krzysztof Tomasiewicz. – Stawiałbym na to, żeby lekarze nakłaniali pacjentów do testowania, i moim zdaniem to jest jedyna droga. Za każdym razem, kiedy lekarz ma kontakt z pacjentem, w jakiejkolwiek sytuacji, powinien mu zaoferować testowanie przeciwko wirusowi HCV.

O zmianach dotyczących wykrywania zakażeń wirusem HCV i możliwościach leczenia lekarze rozmawiali podczas konferencji Polish Liver Summit, która odbyła się w ubiegłym tygodniu w Warszawie.

Źródło: Newseria

Wrodzone zakażenie wirusem cytomegalii (CMV) należy do najczęstszych infekcji przenoszonych z matki na dziecko w czasie ciąży i jest jedną z głównych niegenetycznych przyczyn trwałego niedosłuchu oraz zaburzeń neurorozwojowych u dzieci. Polskie Towarzystwo Epidemiologów i Lekarzy Chorób Zakaźnych opublikowało nowe rekomendacje dotyczące zapobiegania i leczenia tej choroby. Dokument zbiera aktualne zalecenia dotyczące badań w ciąży, diagnostyki zakażenia płodu, profilaktyki z użyciem walacyklowiru, leczenia noworodków oraz wielospecjalistycznej opieki nad dziećmi z cytomegalią wrodzoną.
Wrodzone zakażenie wirusem cytomegalii (CMV) należy do najczęstszych wrodzonych zakażeń wirusowych. Na świecie dotyczy ono około 0,5–1,4 proc. żywo urodzonych noworodków, natomiast w Polsce – według dostępnych szacunków – może występować częściej, u około 2,2–3,7 proc. dzieci. Większość zakażonych noworodków nie ma objawów bezpośrednio po urodzeniu, jednak infekcja może prowadzić do trwałych następstw neurorozwojowych, w tym zaburzeń słuchu. Wrodzona cytomegalia jest uznawana za najczęstszą niegenetyczną przyczynę czuciowo-nerwowego niedosłuchu u dzieci.

Nie tylko higiena. Pojawiło się realne okno interwencji

Profilaktyka zakażenia CMV w ciąży nie ogranicza się dziś wyłącznie do zaleceń higienicznych. Nadal stanowią one podstawę zapobiegania infekcji, jednak coraz większe znaczenie mają także działania profilaktyki wtórnej i trzeciorzędowej, które pozwalają zmniejszyć ryzyko zakażenia płodu oraz ograniczyć jego możliwe następstwa.

Badania w kierunku zakażenia CMV u kobiet planujących ciążę lub znajdujących się w jej wczesnym etapie powinny być wykonywane możliwie jak najwcześniej, najlepiej w pierwszym trymestrze. Badania przesiewowe wykonane przed 12.–14. tygodniem ciąży pozwalają albo zapobiec zakażeniu kobiety, albo – w przypadku infekcji pierwotnej – podjąć działania zmniejszające ryzyko zakażenia płodu. Wczesna diagnostyka ma więc kluczowe znaczenie dla dalszego postępowania.

Istotnym elementem profilaktyki pozostaje także edukacja kobiet w ciąży. Najważniejszym rezerwuarem wirusa są ślina i mocz małych dzieci, dlatego ryzyko zakażenia rośnie u kobiet mających częsty kontakt z dziećmi w wieku żłobkowym i przedszkolnym. Już podczas pierwszej wizyty położniczej należy przekazać pacjentce zasady profilaktyki – m.in. dotyczące higieny rąk oraz unikania kontaktu ze śliną dziecka. Wykazano, że kobiety seronegatywne, które otrzymały takie informacje, mają nawet o 85 proc. niższe ryzyko pierwotnej infekcji CMV.

Pierwotne i wtórne zakażenie to nie to samo

W zakażeniu CMV u kobiety w ciąży wyróżnia się dwie sytuacje: infekcję pierwotną oraz zakażenie wtórne, czyli reaktywację wcześniej przebytej infekcji lub zakażenie innym szczepem wirusa. To rozróżnienie ma duże znaczenie kliniczne, ponieważ wpływa zarówno na ryzyko transmisji wirusa na płód, jak i na dalsze postępowanie diagnostyczne i terapeutyczne.

W przypadku infekcji pierwotnej ryzyko przeniesienia wirusa na płód rośnie wraz z czasem trwania ciąży. Jednocześnie najpoważniejsze konsekwencje zdrowotne dotyczą zakażeń z jej wczesnego okresu. W pierwszym trymestrze ryzyko transmisji jest niższe niż w kolejnych miesiącach, jednak właśnie wtedy – w okresie organogenezy – największe jest prawdopodobieństwo wad wrodzonych i trwałych następstw neurologicznych.

W zakażeniu wtórnym ryzyko transmisji jest znacznie mniejsze. Jeżeli jednak do zakażenia płodu dojdzie, przebieg choroby i jej odległe konsekwencje mogą być podobne jak w przypadku infekcji pierwotnej. Oznacza to, że obecność przeciwciał IgG sprzed ciąży nie zapewnia pełnej ochrony płodu.

W przypadku wtórnej infekcji CMV u ciężarnej nie zaleca się obecnie stosowania farmakologicznej profilaktyki w trakcie ciąży. „W przypadku potwierdzenia wtórnej infekcji CMV u ciężarnej (NPI, Non Primary Infection) interwencje farmakologiczne (…) podczas ciąży nie są zalecane, gdyż w świetle dzisiejszej wiedzy nie ma dowodów na skuteczność takiego postępowania”.

Diagnostyka CMV w ciąży

Diagnostyka zakażenia CMV w ciąży opiera się przede wszystkim na właściwej interpretacji badań serologicznych. Sam dodatni wynik przeciwciał IgM nie wystarcza do rozpoznania świeżego zakażenia. Konieczna jest łączna analiza przeciwciał IgM i IgG, a w przypadku ich jednoczesnej obecności także ocena awidności IgG. Wartość predykcyjna dodatnich wyników samych IgM jako markera infekcji pierwotnej wynosi około 16 proc.

Interpretacja badań nie zawsze jest prosta. Niska awidność IgG nie musi oznaczać bardzo świeżego zakażenia, a wysoka w niektórych sytuacjach może prowadzić do błędnych wniosków. W przypadku wątpliwości badania należy powtórzyć, a wyniki interpretować w kontekście całego obrazu klinicznego. Badania PCR z krwi lub moczu ciężarnej nie pozwalają natomiast wiarygodnie określić momentu zakażenia.

Kluczowym elementem diagnostyki prenatalnej jest amniopunkcja. Przy podejrzeniu pierwotnej infekcji w pierwszym trymestrze powinna być wykonana co najmniej osiem tygodni od serokonwersji, nie wcześniej niż w 18. tygodniu ciąży, optymalnie około 20. tygodnia. Dodatni wynik PCR DNA CMV w płynie owodniowym potwierdza zakażenie płodu i stanowi podstawę dalszego postępowania. Wynik ujemny, uzyskany w odpowiednim czasie, pozwala wykluczyć zakażenie płodu w pierwszym trymestrze i znacznie zmniejsza ryzyko poważnych następstw choroby.

Walacyklowir w ciąży – najważniejsza zmiana w podejściu do profilaktyki

Jednym z najważniejszych elementów nowych zaleceń jest stosowanie walacyklowiru w przypadku matczynej infekcji pierwotnej w pierwszym trymestrze ciąży. Autorzy podkreślają, że terapia ta ma udokumentowaną skuteczność w zmniejszaniu ryzyka transmisji wirusa na płód. „Postępowanie to redukuje ryzyko zakażenia płodu o 71%”.

Walacyklowir stosuje się w dawce 4 × 2 g na dobę, przy jednoczesnym monitorowaniu parametrów laboratoryjnych matki. Jeśli wynik PCR DNA CMV z płynu owodniowego jest ujemny, leczenie można zakończyć. W przypadku potwierdzenia zakażenia płodu terapię należy kontynuować do porodu, a ciężarna powinna pozostawać pod opieką ośrodka posiadającego doświadczenie w prowadzeniu ciąż powikłanych cCMV.

Autorzy zwracają jednak uwagę, że w Polsce leczenie to nie jest obecnie refundowane i pozostaje postępowaniem ponadstandardowym. W praktyce oznacza to, że dostęp do terapii zależy od decyzji klinicznej lekarza oraz możliwości finansowych pacjentki.

Monitorowanie płodu – kluczowa ocena ośrodkowego układu nerwowego

W przypadku potwierdzonego zakażenia płodu kluczową rolę odgrywa diagnostyka obrazowa, przede wszystkim ultrasonografia i neurosonografia płodowa, a w wybranych przypadkach również rezonans magnetyczny płodu. Badania te pozwalają ocenić stopień zajęcia ośrodkowego układu nerwowego oraz prognozować możliwe następstwa choroby.

Najpoważniejsze rokowanie wiąże się ze zmianami takimi jak małogłowie, zaburzenia migracji neuronalnej czy zwapnienia wewnątrzczaszkowe. Na podstawie badań obrazowych wyróżnia się trzy postacie przebiegu choroby u płodu: bezobjawową, skąpoobjawową oraz ciężką. W najcięższych przypadkach, gdy dochodzi do nieodwracalnego uszkodzenia mózgu, rekomendowane jest objęcie rodziny opieką paliatywną w okresie okołoporodowym.

Rozpoznanie u noworodka trzeba potwierdzić wcześnie

Po porodzie rozpoznanie wrodzonego zakażenia CMV opiera się na wykryciu DNA wirusa metodą PCR w moczu w pierwszych trzech tygodniach życia. Badanie to cechuje się bardzo wysoką czułością i swoistością. Materiałem do badania może być także ślina, jednak dodatni wynik wymaga potwierdzenia badaniem moczu.

Jeżeli diagnostyka rozpoczyna się później, możliwe jest wykonanie badania PCR z suchej kropli krwi z bibuły przesiewowej, choć ujemny wynik nie pozwala całkowicie wykluczyć zakażenia. Badania serologiczne u noworodków nie mają wartości diagnostycznej i nie są zalecane.

Brak objawów klinicznych po urodzeniu nie wyklucza choroby – u części noworodków bez widocznych objawów stwierdza się nieprawidłowości w badaniach laboratoryjnych, obrazowych lub w badaniu słuchu.

Leczenie noworodka i wieloletnia opieka

Leczenie przeciwwirusowe noworodków z cCMV ma charakter terapii off-label i zaleca się je przede wszystkim u dzieci z zajęciem ośrodkowego układu nerwowego, objawami wielonarządowymi lub izolowanym niedosłuchem czuciowo-nerwowym. Standardowo stosuje się 6-miesięczne leczenie walgancyklowirem, choć w wybranych łagodniejszych przypadkach możliwa jest krótsza terapia.

Leczenie powinno rozpocząć się możliwie wcześnie, najlepiej w pierwszym miesiącu życia, a w trakcie terapii konieczne jest monitorowanie morfologii krwi i parametrów wątrobowych, ponieważ jednym z najczęstszych działań niepożądanych jest neutropenia.

Dzieci z cCMV wymagają również długoterminowej opieki specjalistycznej – co najmniej do 6. roku życia – obejmującej kontrolę neurologiczną, audiologiczną i rehabilitacyjną, ponieważ niedosłuch oraz zaburzenia rozwoju mogą pojawiać się z opóźnieniem i mieć charakter postępujący.

Wniosek systemowy

Autorzy wskazują, że skuteczniejsze zapobieganie i leczenie wrodzonego zakażenia CMV wymaga także zmian systemowych, przede wszystkim wprowadzenia refundacji walacyklowiru w profilaktyce transmisji wirusa w pierwszym trymestrze ciąży oraz walgancyklowiru w leczeniu cytomegalii wrodzonej.

Źródło: Polskie Towarzystwo Epidemiologów i Lekarzy Chorób Zakaźnych, „Rekomendacje PTEiLChZ dotyczące zapobiegania i leczenia wrodzonego zakażenia CMV”, opublikowano 3 kwietnia 2026 r.

Szczepienia ochronne są dla pacjentów hematologicznych nie tylko elementem profilaktyki zakażeń, ale często warunkiem kontynuacji leczenia ratującego życie. Eksperci alarmują, że dziś w tej grupie chorych brakuje spójnych rozwiązań systemowych, jasnych rekomendacji i odpowiedniej organizacji procesu szczepień. Raport „Wartość szczepień ochronnych u pacjentów hematologicznych” pokazuje, że wdrożenie konkretnych zmian może zwiększyć bezpieczeństwo terapii i poprawić ochronę pacjentów oraz ich otoczenia.
Ochrona przed chorobami zakaźnymi jest szczególnie ważna dla osób z grup ryzyka, czyli m.in. pacjentów hematologicznych. Samo leczenie przeciwnowotworowe głęboko ingeruje w układ odpornościowy i zwiększa podatność na infekcje. Co istotne, na choroby krwi i szpiku w dużej mierze chorują osoby starsze, które są bardziej podatne na zachorowania.

Osoby po 65. roku życia mają czterokrotnie wyższe ryzyko pneumokokowego za­palenia płuc i aż ośmiokrotnie wyższe ryzyko inwazyjnej choroby pneumokokowej, a co drugi pacjent 65+ zapadający na inwazyjną chorobę pneumokokową umiera. Dojrzały wiek jest również jednym z czynników ryzyka w przypadku zakażeń RSV oraz zachorowań na półpasiec. Szczepienia są kluczowym elementem profilaktyki w grupie pacjentów hematologicznych. Zachorowanie na chorobę zakaźną, np. COVID-19 czy grypę, może wyłączyć ich z leczenia hematologicznego ratującego ich życie i zdrowie.

Eksperci wskazują, że pacjenci z chorobami przewlekłymi mogą i powinni być szczepieni zgodnie z indywidualnie przygotowanym planem uwzględniającym specyfikę leczenia.

„Warto zwrócić uwagę na postęp w leczeniu chorób hematologicznych. Skuteczne, wydłużające życie terapie, często znacząco ingerują w funkcjonowanie układu immunologicznego – zwiększa to ryzyko ciężkich infekcji. Szczepienia są podstawowym narzędziem profilaktyki w tej grupie, choć wymagają indywidualizacji i odpowiedniego planowania w zależności od terapii. To wyzwanie, które wymusza na nas nowe podejście do profilaktyki zakażeń i ścisłą współpracę całego środowiska medycznego” – mówi prof. dr hab. n. med. Lidia Gil, kierownik Katedry i Kliniki Hematologii, Transplantacji i Terapii Komórkowej Uniwersytetu Medycznego im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu.

Pacjenci hematologiczni chcą się szczepić

Aż 99,3 proc. pacjentów z rozpoznaniem choroby hematologicznej ma świadomość zwiększonego ryzyka infekcji, a 69,3 proc. deklaruje gotowość do zaszczepienia się przeciwko chorobie wirusowej.W rzeczywistości wśród pacjentów z zaburzeniami odporności nadal obserwowanych jest wiele trudności i wyzwań, które nie pozwalają na osiągnięcie właściwej ochrony tej populacji. Barierą pozostają kwestie organizacyjne i brak jasnych, spójnych rekomendacji w praktyce klinicznej.

Pacjenci w trakcie leczenia często muszą samodzielnie koordynować proces szczepienia: uzyskać receptę, zakupić preparat, przechować go w odpowiednich warunkach i znaleźć miejsce, w którym zostanie on podany. Eksperci zwracają uwagę, że w placówkach prowadzących programy lekowe powinny funkcjonować poradnie przyszpitalne, których zadaniem powinno być przygotowywanie pacjentów z grup ryzyka do terapii poprzez ocenę ich statusu immunologicznego i realizację zalecanych szczepień przed rozpoczęciem terapii.

„Szczepienia to najważniejsza metoda profilaktyki chorób zakaźnych, a dane na temat statusu szczepień – czy chory je realizował i w jakim schemacie przed postawieniem diagnozy choroby hematologicznej – powinny wchodzić w skład standardowej oceny cho­rego, zanim rozpoczniemy leczenie przeciwnowotworowe” podkreśla prof. dr hab. n. med. Iwona Hus, kierownik Kliniki Hematologii Państwowego Instytutu Medycznego MSWiA.

Dezinformacja ma realne konsekwencje zdrowotne  

Narastającym problemem staje się dezinformacja i aktywności ruchów antyszczepionkowych, które podważają bezpieczeństwo i zasadność immunizacji. W efekcie część osób rezygnuje z możliwości zaszczepienia się – co zwiększa ryzyko infekcji i rozpowszechnienia chorób zakaźnych w całej populacji.

„Bardzo ważna sprawa to mity, które trzeba systematycznie obalać. Na przykład, że szczepienia są tylko dla dzieci, że dzieci nie zarażają, albo że półpasiec to drobnostka. Musimy też pamiętać o silnym ruchu antyszczepion­kowym, który stoi za dezinformacją. Warto więc konsekwentnie przełamywać stereotypy i zmieniać narrację w edukacji – tak, aby zarówno pa­cjenci, ich rodziny, jak i lekarze rozumieli wagę szczepień” – dodaje Katarzyna Lisowska, przedstawicielka Stowarzyszenia Hematoonkologiczni.

Eksperci nie mają wątpliwości: szczepionki inaktywowane można bezpiecznie stosować u chorych na nowotwory. Co więcej, odpowiedź immunologiczna uzyskana na drodze szczepienia jest bezpieczniejsza niż odporność uzyskiwana na drodze przebycia infekcji (szczególnie w grupach ryzyka).

„Szczepionki inaktywowane mogą być bezpiecznie stosowane u pacjentów z zaburzeniami odporności i u chorych w wieku starszym, kiedy to naturalnie dochodzi do osłabienia aktywności układu odporności” – zwraca uwagę prof. dr hab. n. med. Iwona Hus.

Przeciwwagą dla fake newsów są wiarygodne dowody medyczne na wartość szczepień ochronnych płynące z praktyki klinicznej.

„Nie można też pominąć kontekstu społecznego. Dyskusja o szczepieniach, szczególnie w ostatnich latach, stała się bardzo emocjonalna. W przestrzeni publicznej dominuje przekaz o powikłaniach, podczas gdy istotnie mniej informacji i komunikatów płynie w kontekście korzyści wynikających z immunizacji. Tymczasem szczepienia ratują życie — również i przede wszystkim w tak trudnych grupach pacjentów, jak chorzy hematologiczni. Naszą rolą jest nie tylko prowadzenie badań i leczenie, ale także rzetelna komunikacja z pacjentami  i społeczeństwem, bez straszenia, ale z podkreślaniem korzyści i znaczenia szczepień – mówi prof. dr hab. n. med. Lidia Gil.

Eksperci rekomendują wdrożenie elektronicznej karty szczepień i wykorzystanie danych do prowadzenia analiz porównujących skuteczność terapii u pacjentów szczepionych i nieszczepionych. Rejestry danych i ich analiza mogą w perspektywie kolejnych lat wzmacniać głos ekspertów i dawać realne argumenty za szczepieniami.

Ochrona pacjenta zaczyna się także w jego otoczeniu

Grupy ryzyka w sposób szczególny powinny zadbać o profilaktykę chorób zakaźnych, a w przypadku braku możliwości przeprowadzenia szczepienia – ochrona powinna wynikać z wysokiego poziomu wyszczepienia wśród osób z ich otoczenia – rodzina, dzieci, wnuki oraz personel medyczny. To tzw. strategia „kokonu”, szczególnie istotna w sytuacji, gdy pacjent z powodu leczenia nie może przyjąć wszystkich szczepień.

„Z jednej strony mamy przygotowany kalendarz szczepień dorosłych, ale w praktyce lekarze POZ często nie są nim zainteresowani, a zdarza się, że wręcz podchodzą do szczepień negatywnie. To fatalna sytuacja, bo jeśli nawet personel medyczny, w tym kadra szpitalna na oddziałach onkologicznych czy hematologicznych, nie jest w wystar­czającym stopniu zaszczepiony, to jak możemy oczekiwać, że pacjenci będą stosować się do zaleceń dotyczących profilaktyki?” dodaje Dorota Korycińska, prezes Ogólnopolskiej Federacji Onkologicznej

Wprowadzenie obowiązkowych szkoleń dla lekarzy POZ i lekarzy innych specjalności w zakresie wskazań i bezpieczeństwa szczepień oraz przeprowadzenie analizy możliwości wprowadzenia elementów motywujących dla personelu medycznego celem podniesienia wskaźnika wyszczepienia przeciwko chorobom zakaźnym – to kolejne rekomendacje wypływające z dokumentu „Wartość szczepień ochronnych u pacjentów hematologicznych” Jednocześnie społeczność pacjentów zwraca uwagę na to, że rekomendacja lekarza prowadzącego może być kluczowa w procesie podejmowania przez pacjenta decyzji o zaszczepieniu się. 

„W Polsce wciąż brakuje spójnej strategii profilaktyki dorosłych. Szczepienia nie są traktowane jako integralna część leczenia chorób przewlekłych, mimo że w przypadku wielu pacjentów mogą naprawdę ratować życie i decydować o bezpieczeństwie terapii. Jeżeli lekarz nie ma jasnych wytycznych, a pacjent nie otrzymuje jednoznacznej rekomendacji, decyzja o szczepieniu zostaje odłożona – często na moment, w którym jest już za późno” zwraca uwagę Barbara Leonardi, Prezes Zarządu Myeloma Patients Europe oraz członkini Fundacji Carita im. Wiesławy Adamiec.

Raport „Wartość szczepień ochronnych u pacjentów hematologicznych” powstał na bazie spotkania warsztatowego zorganizowanego przez Fundację Rzecznicy Zdrowia z udziałem hematologów, specjalistów chorób zakaźnych, medycyny rodzinnej, ekspertów systemu ochrony zdrowia oraz przedstawicieli organizacji pacjentów. Eksperci omówili korzyści płynące z profilaktyki szczepiennej oraz bariery związane z jej rozpowszechnieniem w grupie ryzyka, jaką są pacjenci zmagający się z chorobami hematologicznymi. Spotkanie zaowocowało wypracowaniem rozwiązań, których wdrożenie może pozytywnie wpłynąć na edukację pacjentów, a co za tym idzie, wzrost odsetka pacjentów hematologicznych i osób z ich otoczenia, które poddają się szczepieniom ochronnym.

Pełna publikacja: Wartość szczepień ochronnych u pacjentów hematologicznych – raport – Rzecznicy Zdrowia

Źródło: Komunikat Prasowy

 
Polska znajduje się jeszcze przed kulminacją sezonu grypowego. Jak wynika z informacji publikowanych przez Główny Inspektorat Sanitarny, szczyt zachorowań na grypę nastąpi w ciągu najbliższych dwóch tygodni. Ostrzeżenie to potwierdził w rozmowie z PAP Paweł Grzesiowski, wskazując, że obecny wzrost liczby infekcji jest etapem poprzedzającym najwyższą falę sezonową.
Dane epidemiologiczne gromadzone przez sanepid pokazują, że liczba zgłaszanych przypadków grypy systematycznie rośnie. W ostatnich tygodniach tempo zachorowań wyraźnie przyspieszyło, co wpisuje się w typowy przebieg sezonu grypowego w Polsce. Specjaliści podkreślają, że obecna sytuacja nie powinna być interpretowana jako schyłek epidemii, lecz jako zapowiedź jej najbardziej intensywnej fazy.

W tym sezonie dominującym patogenem pozostaje wirus grypy typu A, w szczególności wariant A H3N2. GIS zwraca uwagę, że niskie temperatury nie hamują transmisji wirusa. Przeciwnie, sprzyjają jej warunki zimowe, gdy większa liczba osób przebywa w zamkniętych pomieszczeniach, w szkołach, zakładach pracy i środkach transportu publicznego.

Główny Inspektorat Sanitarny przypomina, że mimo postępu medycyny grypa nadal pozostaje chorobą, która może prowadzić do poważnych powikłań. Dotyczy to zwłaszcza osób starszych, pacjentów z chorobami przewlekłymi, kobiet w ciąży oraz dzieci. W tych grupach ryzyko ciężkiego przebiegu infekcji oraz hospitalizacji jest zdecydowanie wyższe.

W kontekście zbliżającego się szczytu zachorowań sanepid apeluje o przestrzeganie podstawowych zasad profilaktyki. Szczególne znaczenie mają szczepienia przeciwko grypie, które nadal można wykonać i które istotnie zmniejszają ryzyko ciężkiego przebiegu choroby. Równie ważne są proste działania codzienne, takie jak częste mycie rąk, unikanie kontaktu z osobami objawowymi oraz pozostanie w domu w przypadku wystąpienia gorączki, kaszlu czy bólu mięśni.

Eksperci podkreślają, że najbliższe dni będą kluczowe zarówno dla systemu ochrony zdrowia, jak i dla samych pacjentów. Wzrost liczby zakażeń może przełożyć się na większe obciążenie podstawowej opieki zdrowotnej, oddziałów szpitalnych oraz szpitalnych oddziałów ratunkowych. Dlatego tak istotne jest, aby nie bagatelizować objawów i odpowiedzialnie reagować na sygnały płynące z organizmu.

Prognozy GIS nie pozostawiają wątpliwości. Szczyt zachorowań na grypę jest jeszcze przed nami, a najbliższe dwa tygodnie zdecydują o skali tegorocznej fali infekcji. To moment, w którym profilaktyka i indywidualna odpowiedzialność mogą realnie wpłynąć na ograniczenie liczby ciężkich przypadków i powikłań.

Źródło: GIS

Od 1 lutego 2026 roku dorośli pacjenci w Polsce zyskają dostęp do kolejnych szczepień ochronnych realizowanych bezpośrednio w aptekach. Zmiany wprowadzone przez Ministerstwo Zdrowia obejmują rozszerzenie katalogu szczepień finansowanych w całości lub częściowo ze środków publicznych i mają na celu poprawę dostępności profilaktyki chorób zakaźnych, zwłaszcza wśród osób dorosłych. Nowe rozwiązania wpisują się w rozwój opieki farmaceutycznej oraz strategię wzmacniania zdrowia publicznego poprzez łatwiejszy dostęp do szczepień ochronnych poza tradycyjnym systemem ambulatoryjnym.
 

Obwieszczenie podpisane 23 grudnia 2025 r. wejdzie w życie 1 lutego 2026 r. Zmiany obejmują szczepienia wykonywane u osób pełnoletnich w aptekach posiadających umowę z Narodowym Funduszem Zdrowia.

Rozszerzenie katalogu szczepień realizowanych w aptekach to kolejny element działań mających na celu zwiększenie dostępności szczepień ochronnych dla dorosłych oraz wzmocnienie profilaktyki zdrowotnej. Zakres finansowania poszczególnych szczepień — pełny lub częściowy — będzie zależał od wskazań medycznych, epidemiologicznych oraz obowiązujących programów profilaktycznych.

Nowe szczepienia od lutego 2026 r.

Od 1 lutego 2026 r. w aptekach będzie można, w ramach finansowania publicznego, zaszczepić się m.in. przeciwko:

  • ospie wietrznej,
  • durowi brzusznemu,
  • meningokokom typu B,
  • meningokokom typu ACWY,
  • żółtej gorączce (febrze),
  • błonicy, tężcowi, krztuścowi i poliomyelitis — w postaci szczepionki skojarzonej.

Już wcześniej apteki realizowały szczepienia ochronne u osób dorosłych w ramach umów z NFZ. Od 25 sierpnia 2025 r. pacjenci mogli korzystać w aptekach m.in. ze szczepień przeciwko COVID-19, grypie sezonowej, kleszczowemu zapaleniu mózgu, błonicy, tężcowi, krztuścowi, HPV, pneumokokom, półpaścowi, MMR, wirusowemu zapaleniu wątroby typu A i B, polio oraz RSV. Szczepienia te były finansowane w całości lub częściowo ze środków publicznych, w zależności od preparatu i schematu szczepienia.

Rozszerzenie listy szczepień dostępnych w aptekach wpisuje się w rozwój opieki farmaceutycznej i ma ułatwić pacjentom dostęp do profilaktyki, szczególnie osobom dorosłym, które dotychczas rzadziej korzystały ze szczepień ochronnych.

Źródło: GIF

Rok 2026 nie przyniesie jednej spektakularnej epidemii, ale może wystawić polski system zdrowia na próbę serii mniejszych, nakładających się zagrożeń. Grypa i RSV mogą mocniej uderzyć zimą, zmiany klimatu otwierają drzwi nowym chorobom, a dezinformacja medyczna staje się jednym z najistotniejszych problemów zdrowia publicznego. – Największym zagrożeniem nie jest dziś pojedynczy wirus, tylko brak czujności i chaos informacyjny – ocenia dr Andrzej Jarynowski z Wydziału Nauk o Zdrowiu Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu.
Prognoza epidemiologiczna na 2026 rok powstała w kontekście szybko zmieniającego się świata: ocieplającego się klimatu, starzenia społeczeństwa, migracji oraz rosnącej mobilności ludzi i towarów. Jej celem nie jest straszenie, ale wskazanie trendów i zjawisk, które już teraz wpływają na zdrowie Polaków i w nadchodzącym roku mogą się nasilić.

Rok 2025 był dobrym przykładem tego, jak łatwo emocje biorą górę nad faktami. Zaczęło się od paniki wokół ludzkiego metapneumowirusa w Chinach, później pojawiały się kolejne alarmistyczne doniesienia – od „nowych śmiercionośnych wariantów grypy” po rzekomo potwierdzoną cholerę. Jednocześnie realne problemy, takie jak choroby zwierząt przy granicach Polski czy powrót dawno niewidzianych zakażeń, wymagały spokojnej, technicznej pracy służb.

– 2025 rok nauczył nas, że kryzys informacyjny potrafi być groźniejszy niż sam patogen – podkreśla dr Jarynowski. – Jeśli komunikaty są niespójne albo przesadzone, ludzie przestają ufać także tym prawdziwym.

Koronawirus pozostaje w obiegu, ale jego rola znacząco się zmieniła. Jesienna fala COVID-19 w 2025 roku była przewidywalna i szybko wygasła, a obecne warianty nie konkurują już z innymi infekcjami sezonowymi.

– COVID stał się jednym z wielu wirusów oddechowych krążących zimą. Wystarczą podstawowe zasady: higiena, wietrzenie i zostawanie w domu w czasie choroby – mówi epidemiolog. Zdecydowanie większy niepokój budzą doniesienia o kolejnych zawleczeniach MERS do Europy oraz rozwój badań nad modyfikowaniem wirusów. – Technologia, w tym sztuczna inteligencja, sprawia, że tworzenie nowych wariantów jest dziś łatwiejsze niż kiedykolwiek. To wymaga międzynarodowej kontroli i odpowiedzialności – zaznacza.

Najpoważniejszym testem dla zdrowia publicznego na początku 2026 roku będzie jednak sezon grypowy. Wszystko wskazuje na to, że fala zachorowań może być silniejsza niż przeciętnie, choć rozłożona nierównomiernie w czasie i przestrzeni.

– Nie zobaczymy jednego, ogólnopolskiego szczytu. Ludzie będą chorować w różnym czasie w różnych regionach, co w praktyce oznacza lokalne ryzyko braków leków – prognozuje dr Jarynowski. W opinii eksperta, szczególnie trudny może być przełom stycznia i lutego, kiedy wysoka absencja chorobowa obejmie zarówno szkoły, jak i miejsca pracy. Równolegle, albo zaraz po, może dojść do kulminacji zakażeń RSV, zwłaszcza wśród niemowląt.

W ostatnich latach liczba rozpoznań rośnie, częściowo dzięki lepszej diagnostyce.

– Mamy skuteczne narzędzie ochrony najmłodszych: darmowe szczepienia kobiet w ciąży, które przekazują dziecku przeciwciała. To bardzo opłacalne i bezpieczne rozwiązanie, a jednocześnie wciąż niedostatecznie promowane – podkreśla ekspert. Jego zdaniem początek 2026 roku to ostatni moment, by nadrobić zaniedbania z poprzedniego sezonu.

W regionie Europy Środkowej rośnie także liczba zachorowań na wirusowe zapalenie wątroby typu A. Szczególnie dynamiczna sytuacja dotyczy Czech, co ma znaczenie dla Polaków podróżujących w okresie ferii.

– Ryzyko indywidualne pozostaje niskie, ale w zatłoczonych miejscach, takich jak schroniska czy punkty gastronomiczne, podstawowa higiena rąk robi ogromną różnicę – mówi dr Jarynowski. – Nie ma powodu, by rezygnować z wyjazdów, ale warto świadomie ograniczać ryzyko i rozważyć szczepienie przy częstych podróżach.

Coraz wyraźniej zaznacza się wpływ zmian klimatu na zdrowie. Dłuższy sezon aktywności kleszczy oznacza więcej przypadków boreliozy i kleszczowego zapalenia mózgu, a nowe gatunki kleszczy pojawiają się w miejscach, gdzie wcześniej ich nie było. W cieplejszych wodach rośnie ryzyko zakażeń bakteriami Vibrio, a stojąca, nagrzana woda sprzyja zakwitom toksycznych sinic.

– Choroby, które jeszcze niedawno kojarzyliśmy z południem Europy, stają się także naszym problemem – ocenia epidemiolog.

Niepokojący jest także stały wzrost chorób przenoszonych drogą płciową, widoczny nie tylko w dużych miastach, ale coraz częściej na prowincji. U nas do 2022 r. to był przede wszystkim problem Wrocławia, a obecnie zapadalność na kiły, rzeżączkę i HIV w ziemsko-miejskich powiatach naszego województwa podwyższyły się do poziomu stolicy Dolnego Śląska. Zdaniem dr. Jarynowskiego to efekt zmian społecznych i słabo funkcjonującej edukacji zdrowotnej. – Jeśli młodzi ludzie nie dostają rzetelnej wiedzy w szkole, trudno oczekiwać, że będą podejmować odpowiedzialne decyzje – mówi. Na tle wszystkich tych zagrożeń szczególnie wyróżnia się problem dezinformacji medycznej. Fałszywe alarmy, sensacyjne nagłówki i teorie spiskowe skutecznie podkopują zaufanie do ekspertów i instytucji.

– Możemy mieć najlepsze szczepionki i procedury, ale jeśli ludzie im nie wierzą, system przestaje działać – ocenia dr Jarynowski.

Prognoza na 2026 rok nie jest scenariuszem katastroficznym, lecz ostrzeżeniem. Polska ma doświadczenie, wyszkolone służby i coraz lepsze narzędzia analityczne. Kluczowe będzie jednak wzmocnienie edukacji zdrowotnej, spójna komunikacja i współpraca między instytucjami.

– To będzie rok wielu mniejszych wyzwań naraz. Od tego, jak na nie odpowiemy, zależy, czy przejdziemy go spokojnie, czy w permanentnym kryzysie – podsumowuje ekspert.

Prognozę przygotował dr Andrzej Jarynowski z Wydziału Nauk o Zdrowiu Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu we współpracy z Interdyscyplinarnym Zespołem Monitorowania Kryzysowego
i Epidemiologicznego. 

Źródło: Komunikat Prasowy