Medicalpress
Polski system ochrony zdrowia funkcjonuje dziś w coraz większej mierze dzięki pielęgniarkom, które osiągnęły już wiek emerytalny, wynika z najnowszego raportu Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych zaprezentowanego podczas konferencji prasowej poświęconej sytuacji kadrowej w pielęgniarstwie. Choć statystyki wskazują na niewielki wzrost liczby pielęgniarek pracujących z pacjentami, eksperci podkreślają, że poprawa ma charakter jedynie pozorny.
W 2024 roku liczba pielęgniarek pracujących z pacjentami wzrosła do 219,9 tys., czyli o 3,8 tys. więcej niż rok wcześniej. Jednak niemal cały ten wzrost zapewniły osoby po 60. roku życia. Liczba pielęgniarek w wieku emerytalnym wzrosła o 3,7 tys., co oznacza, że system coraz bardziej uzależnia się od pracy osób, które mogłyby już zakończyć aktywność zawodową.

„To nie młode kadry ratują dziś system. Ratują go pielęgniarki, które dawno mogły przejść na emeryturę. Polski system ochrony zdrowia stoi dziś na barkach kobiet, które powinny już odpoczywać po kilkudziesięciu latach pracy. W obliczu systemowego braku pielęgniarek, niewykorzystane zostają kompetencje położnych” – podkreśla Krystyna Ptok, Przewodnicząca OZZPIP.

Polska nadal daleko za Europą

Mimo niewielkiego wzrostu wskaźnika liczby pielęgniarek na 1000 mieszkańców, Polska nadal pozostaje znacząco poniżej średniej państw OECD. Obecnie wskaźnik ten wynosi około 5,8 pielęgniarki na 1000 mieszkańców, podczas gdy średnia dla porównywalnych systemów ochrony zdrowia przekracza 11 pielęgniarek.

Tempo wzrostu liczby pielęgniarek jest również ponad dwukrotnie wolniejsze niż zakładała rządowa strategia rozwoju pielęgniarstwa z 2019 roku. Eksperci alarmują, że obecna dynamika nie odpowiada rosnącym potrzebom zdrowotnym starzejącego się społeczeństwa. Od 2019 roku liczba seniorów wzrosła czterokrotnie szybciej niż liczba pielęgniarek pracujących z pacjentami.

System coraz bardziej zależny od seniorek

Już ponad jedna piąta pielęgniarek pracujących z pacjentami posiada uprawnienia emerytalne. Efektywny wiek odejścia z zawodu wynosi obecnie około 64,5 roku, podczas gdy dla ogółu kobiet w Polsce to około 60,7 roku. W praktyce oznacza to, że wiele pielęgniarek pracuje długo po osiągnięciu wieku emerytalnego, część nawet po 70. i 80. roku życia.

Eksperci zwracają uwagę, że pozostawanie pielęgniarek w zawodzie było w ostatnich latach możliwe przede wszystkim dzięki poprawie wynagrodzeń i warunków zatrudnienia. Ewentualny powrót do wcześniejszych mechanizmów płacowych może doprowadzić do gwałtownych odejść z zawodu.

„Nie wiemy, ile pielęgniarek odejdzie z pracy po zmianach płacowych. Wiemy jedno – system może tego nie wytrzymać” – podkreśla Ptok.

Deficyt pielęgniarek obejmuje już niemal cały kraj

Raport pokazuje również, że kryzys kadrowy przestał być problemem lokalnym. Według danych Barometru Zawodów w 2026 roku w niemal 300 powiatach występuje deficyt lub znaczny deficyt pielęgniarek, a w żadnym powiecie nie odnotowano nadwyżki kadrowej.

Jednocześnie pogłębiają się różnice między województwami. Regiony, które już wcześniej miały najmniej pielęgniarek, nadal rozwijają się pod tym względem wolniej niż średnia krajowa.

Więcej studentów nie rozwiązuje problemu

Choć rekordowa liczba osób rozpoczęła studia pielęgniarskie, znaczna część nie dociera do końca kształcenia. Coraz większą grupę nowych osób uzyskujących prawo wykonywania zawodu stanowią także osoby w wieku 35-50 lat, które będą pracować znacznie krócej niż młode kadry rozpoczynające karierę zawodową po studiach.

„Nie wystarczy otworzyć kierunków studiów. Trzeba jeszcze doprowadzić studentów do zawodu i zatrzymać ich w systemie” – wskazuje przewodnicząca OZZPIP.

Medycyna się rozwija – a system nadal liczy pielęgniarki jak 20 lat temu

Nowoczesna medycyna skraca czas hospitalizacji, ale jednocześnie znacząco zwiększa liczbę, intensywność i złożoność procedur wykonywanych każdego dnia przez pielęgniarki. Pacjenci trafiają dziś do szpitali w cięższym stanie niż jeszcze kilkanaście lat temu: są starsi, wielochorobowi i wymagają stałego monitorowania oraz bardziej zaawansowanej opieki. Coraz większa część leczenia odbywa się poza szpitalem: w domu pacjenta, opiece długoterminowej, środowiskowej i ambulatoryjnej. To również wymaga obecności pielęgniarek i zwiększa obciążenie systemu.

„Rozwój nowych technologii i terapii nie zmniejsza zapotrzebowania na pielęgniarki. Przeciwnie, wymaga wyższych kompetencji, większej odpowiedzialności i większej ilości czasu poświęcanego pacjentowi. Obecne normy zatrudnienia oraz wyceny świadczeń nadal opierają się głównie na liczbie łóżek lub pacjentów, a nie na rzeczywistym czasie i poziomie trudności pracy pielęgniarki. System nadal nie uwzględnia faktu, że jedna pielęgniarka wykonuje dziś znacznie więcej czynności medycznych, administracyjnych i koordynacyjnych niż jeszcze 20 lat temu. W praktyce oznacza to rosnące przeciążenie personelu, mniej czasu dla pacjenta i coraz większe ryzyko błędów oraz wypalenia zawodowego” – mówi Katarzyna Tymińska, pielęgniarka z 40-letnim stażem pracy na oddziale kardiochirurgii dziecięcej.

Pacjenci już odczuwają skutki kryzysu

Niedobory pielęgniarek przekładają się bezpośrednio na bezpieczeństwo pacjentów. W wielu placówkach personel pracuje w warunkach przeciążenia, pojawiają się jednoosobowe dyżury, nieobsadzone minimalne normy zatrudnienia oraz ograniczony czas dla pacjentów. Rosną także ryzyko błędów medycznych i wypalenia zawodowego personelu.

„Braki pielęgniarek to nie problem statystyczny. To problem bezpieczeństwa pacjentów. Sytuacja jest trudna na wielu oddziałach, a dramatyczna na oddziałach psychiatrycznych. Bez norm zatrudnienia niestety nagminnie obsady są za małe i zdarzają się nawet te jednoosobowe” – mówi Jolanta Januszczak, pielęgniarka psychiatryczna.

„Pielęgniarka jest często pierwszą osobą, z którą mamy styczność, kiedy jesteśmy przyjmowani na oddział czy w innych miejscach, np. centrach zdrowia psychicznego. Dla bezpieczeństwa pacjentów wystarczająca ilość pielęgniarek jest gwarantem bezpieczeństwa” – mówi Norbert Bolek z Fundacji eFkropka.

„Dla pacjenta nie ma znaczenia, czy pielęgniarka pracuje w szpitalu, domu opieki czy opiece środowiskowej. Ważne jest, żeby ktoś był obok wtedy, gdy potrzebuje profesjonalnej pomocy. Tymczasem w opiece długoterminowej brakuje dziś pielęgniarek dramatycznie, a personel jest skrajnie przeciążony. Społeczeństwo starzeje się coraz szybciej, liczba osób wymagających codziennej opieki rośnie z roku na rok, a już dziś brakuje ludzi do jej zapewnienia. Musimy pamiętać, że pielęgniarki są potrzebne nie tylko przy szpitalnym łóżku, ale także w domach pacjentów, zakładach opiekuńczych i całym, szeroko pojętym systemie opieki długoterminowej” – mówi Tomasz Michałek z Koalicji „Na pomoc niesamodzielnym”.

Polska bez długofalowej strategii

Podczas, gdy kraje takie jak Niemcy, Norwegia czy Szwajcaria wdrażają wieloletnie strategie zabezpieczenia kadr pielęgniarskich nawet do 2040 roku, w Polsce nadal brakuje aktualizacji polityki kadrowej i kompleksowego planu działań. OECD, WHO oraz Komisja Europejska coraz częściej alarmują o pogłębiającym się kryzysie pielęgniarskim w Europie.

Autorzy raportu apelują o pilne wdrożenie działań naprawczych obejmujących m.in. poprawę warunków pracy, rozwój ścieżek kariery, skuteczne programy mentoringowe dla młodych pielęgniarek oraz długofalowe planowanie kadr medycznych. – „Koniecznie musimy dokonać przeglądu i aktualizacji norm pracy, tak aby odpowiadały realnym procedurom wykonywanym na oddziałach” – apelowała Dorota Ronek, wiceprezes OZZPIP.

Raport kadrowy pielęgniarek i położnych ma na celu zwrócenie uwagi opinii publicznej i decydentów na rzeczywistą skalę kryzysu kadrowego w pielęgniarstwie oraz jego konsekwencje dla bezpieczeństwa zdrowotnego obywateli.

Raport „Analizy kadrowe pielęgniarek – aktualizacja” wskazuje jednoznacznie: bez systemowych działań Polska w najbliższych latach może stanąć wobec dramatycznego pogłębienia kryzysu kadrowego w ochronie zdrowia.

Źródło: OZZPiP

W polskiej onkologii coraz wyraźniej widać paradoks, który trudno zignorować. Z jednej strony dynamiczny rozwój terapii, nowe leki i coraz większe możliwości leczenia. Z drugiej strony brak ludzi, którzy mieliby z tych narzędzi korzystać. Problem nie jest nowy, ale dziś zaczyna mieć bardzo konkretny wymiar. W Centrum Onkologii im. prof. Franciszka Łukaszczyka w Bydgoszczy na rezydentów czekają miejsca, których nie ma kto zająć.
To właśnie w takich ośrodkach najlepiej widać napięcie między potrzebami systemu a decyzjami młodych lekarzy. Onkologia kliniczna należy do najbardziej wymagających specjalizacji, zarówno pod względem wiedzy, jak i obciążenia psychicznego. Droga do jej zdobycia jest długa, a sama praca nie kończy się wraz z uzyskaniem tytułu specjalisty. Jak mówi jedna z lekarek, „nie ma jednego podręcznika do onkologii, my aktualizujemy tę wiedzę na podstawie danych anglojęzycznych. Co trzy miesiące mamy do czynienia z nowymi lekami, co daje nam ogromne możliwości, ale może to przytłaczać młodych adeptów medycyny”.

To zdanie dobrze oddaje istotę problemu. Onkologia rozwija się szybciej niż większość innych dziedzin medycyny. Dla systemu to szansa. Dla młodego lekarza może to być jednak źródło niepewności. Wybór specjalizacji przestaje być tylko decyzją o kierunku zawodowym, a zaczyna być decyzją o stylu życia, tempie pracy i poziomie odpowiedzialności.

Jednocześnie liczby nie pozostawiają złudzeń. W regionie kujawsko-pomorskim na około 50 wolnych miejsc szkoleniowych w dziedzinach onkologicznych zgłosiło się jedynie kilkunastu kandydatów. Jak wskazują przedstawiciele administracji, „te wszystkie dziedziny charakteryzują się tym, że tych miejsc wolnych do specjalizacji jest więcej niż chętnych lekarzy”. To nie jest lokalna anomalia, ale część ogólnopolskiego trendu.

Problem widać jeszcze wyraźniej, gdy spojrzeć na codzienność oddziałów. W bydgoskim ambulatorium chemioterapii przyjmowanych jest nawet 500 pacjentów dziennie. To liczba, która mówi więcej niż jakiekolwiek statystyki systemowe. Każdy z tych pacjentów to osobna historia, osobna diagnoza i osobne rokowanie. Wśród nich jest między innymi pacjentka, która przyjeżdża na leczenie od dwóch lat, regularnie co trzy tygodnie. „Miałam operowany rak jelita grubego, usunięty, a po roku na USG wyszło, że mam przerzuty do wątroby i tak od 13 marca 2024 jeżdżę na chemię”.

To właśnie ta codzienność sprawia, że onkologia pozostaje jedną z najbardziej obciążających specjalizacji. Nie tylko ze względu na liczbę pacjentów, ale także charakter relacji, które się z nimi buduje. Rozmowy o diagnozie, rokowaniu i śmierci nie są wyjątkiem, lecz codziennością. Dla wielu młodych lekarzy to bariera trudniejsza do przekroczenia niż sama ścieżka kształcenia.

A jednak nie wszyscy postrzegają tę dziedzinę w kategoriach obciążenia. Jedna z rezydentek podkreśla: „moim zdaniem to dziedzina, która daje ogromne możliwości rozwoju”. To ważny głos, bo pokazuje, że problem nie sprowadza się wyłącznie do trudności, ale także do sposobu, w jaki onkologia jest postrzegana i prezentowana młodym lekarzom.

Z perspektywy pacjentów rola lekarza onkologa ma jeszcze inny wymiar. „To jest ważne, że przy nas są, to jest ciężka droga, czasami przez mękę i dla nas i dla nich, ale czy są to rezydenci, czy lekarze, to oni swoją obecnością, przeprowadzając wywiad, rozmawiając, pomagając psychicznie są dla nas bezcenni, po prostu tym, że są”. To zdanie wykracza poza dyskusję o systemie i dotyka sedna relacji lekarz–pacjent w onkologii.

Kryzys kadr w tej dziedzinie nie polega więc wyłącznie na braku specjalistów. To problem, który dotyka całej struktury opieki, od dostępności leczenia po jakość relacji z pacjentem. System może inwestować w nowe technologie i terapie, ale bez ludzi, którzy będą w stanie je wykorzystać, te inwestycje pozostaną niepełne.

W tle tej sytuacji pojawia się pytanie, które wykracza poza jeden ośrodek czy jeden region. Czy polski system ochrony zdrowia jest w stanie uczynić onkologię specjalizacją nie tylko potrzebną, ale także atrakcyjną dla młodych lekarzy. Bo dziś wszystko wskazuje na to, że rozwój medycyny przyspiesza, ale decyzje kadrowe nie nadążają za tym tempem.

Źródło: Centrum Onkologii im. prof. Franciszka Łukaszczyka w Bydgoszczy

Mimo nowoczesnego sprzętu, konkurencyjnych stawek i szeroko zakrojonej rekrutacji, Uniwersytecki Szpital Kliniczny Nr 1 w Lublinie od miesięcy nie może znaleźć anestezjologów. Efekt? Lista pacjentów czekających na planowe zabiegi wydłuża się, a kolejne operacje są przesuwane.
Szpital poinformował, że braki kadrowe dotyczą w szczególności lekarzy anestezjologów pracujących przy zabiegach planowych w budynku przy al. Solidarności 8. Problem dotyka kilku kluczowych oddziałów, m.in. Kliniki Chirurgii Ogólnej, Chirurgii Naczyniowej i Angiologii, Ginekologii Onkologicznej, Chirurgii Onkologicznej oraz Chirurgii Szczękowo-Twarzowej.
– Jesteśmy zmuszeni do tworzenia listy pacjentów oczekujących na świadczenia. Za utrudnienia przepraszamy tych, których zabiegi musiały być przełożone – przekazuje dyrekcja szpitala w oficjalnym komunikacie.
Rekrutacja trwa… od 10 miesięcy
Szpital od dłuższego czasu prowadzi intensywne działania rekrutacyjne. Ogłoszenia o pracę zostały rozesłane do 24 okręgowych izb lekarskich w całym kraju. Mimo oferowania ponadstandardowych warunków – nowoczesny sprzęt i konkurencyjne stawki – do tej pory nie zgłosił się żaden chętny.
– Niestety, nie otrzymaliśmy żadnych odpowiedzi – czytamy w komunikacie USK nr 1.
W innych lokalizacjach szpitala, np. w klinikach okulistycznych, udało się częściowo uzupełnić braki. Ale w głównych oddziałach operacyjnych, szczególnie w chirurgii i onkologii, luka kadrowa pozostaje poważna.

Problem systemowy, nie lokalny
Sytuacja w Lublinie to kolejny przykład narastającego kryzysu kadrowego w ochronie zdrowia, szczególnie w tak kluczowych specjalizacjach jak anestezjologia. Podobne problemy zgłaszają inne placówki w kraju – zwłaszcza w mniejszych miejscowościach i poza dużymi ośrodkami klinicznymi.

Eksperci od dawna alarmują, że brakuje nie tylko lekarzy, ale także pielęgniarek i personelu pomocniczego. Problem pogłębia się m.in. przez starzenie się kadr, emigrację medyków i zbyt małą liczbę osób kończących specjalizacje deficytowe.

Szpital zapewnia, że będzie kontynuować wysiłki, by pozyskać brakujących specjalistów i jak najszybciej wrócić do pełnej dostępności świadczeń planowych.

Źródło: Komunikat Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego Nr 1 w Lublinie

Polski system ochrony zdrowia zbliża się do punktu krytycznego – alarmują eksperci i Ogólnopolski Związek Zawodowy Pielęgniarek i Położnych. Według opublikowanych danych, do 2039 roku niedobór pielęgniarek może sięgnąć nawet 260 tysięcy. Przy starzejącym się społeczeństwie i rosnącym zapotrzebowaniu na opiekę zdrowotną, tak głęboki deficyt personelu zagraża nie tylko jakości leczenia, ale wprost – jego dostępności. W komunikacie przygotowanym przez OZZPiP padają konkretne liczby, scenariusze i postulaty – oraz ostrzeżenie: jeśli nic się nie zmieni, polski system może nie przetrwać nadchodzących turbulencji.
Różnica między zapotrzebowaniem, a dostępną liczbą pielęgniarek, czyli ich niedobór urośnie z niemal 160 tys. obecnie do około 260 tys. w 2039 roku – alarmują eksperci. Już dziś braki pielęgniarek w szpitalach zagrażają bezpieczeństwu pacjentów, pielęgniarek oraz innych członków zespołów opiekujących się pacjentem. Zmniejszenie składki zdrowotnej musi się negatywie odbić na finansowaniu systemu ochrony zdrowia i może uniemożliwić realizację prawa  pacjentów do opieki zdrowotnej i dostępu do świadczeń opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych.

Z pacjentami dzisiaj pracuje ok. 216 tys. pielęgniarek. W porównaniu do średniej z efektywnych systemów ochrony zdrowia przy polskiej populacji i obecnym zapotrzebowaniu na świadczenia medyczne i opiekuńcze w Polsce powinno być 372 tys. pielęgniarek pracujących z pacjentami. Biorąc pod uwagę dane demograficzne i stale rosnący popyt na usługi medyczne w roku 2039 w Polsce powinno być 461 tys. pielęgniarek pracujących z pacjentami. Wszystko wskazuje, że będzie ich zaledwie 199 tys.

– Aby prowadzić rozsądną politykę kadrową w zakresie liczby pielęgniarek w Polsce, konieczne jest oparcie jej o rzetelne analizy. Te wskazują, że w państwach o efektywnych systemach ochrony zdrowia, zaspokajających potrzeby swoich obywateli,  na 1000 pacjentów przypada 11,2 pielęgniarki. W Polsce jest to zaledwie 5,7, więc dwa razy mniej. Dodajmy, iż oprócz pielęgniarek w wielu tych krajach z powodzeniem funkcjonują zawody wspierające, takie jak opiekunowie czy asystenci (średnio 14 opiekunów na 1000 mieszkańców podczas gdy w Polsce mniej niż 1 na 1000 mieszkańców). Czyli oprócz de facto podwójnej liczby pielęgniarek, państwa te posiadają wielokrotnie więcej osób, wykonujących zawody opiekuńcze w przeliczeniu na 1000 mieszkańców – mówił Krzysztof Zdobylak, ekspert ds. transformacji i strategii rozwoju systemu ochrony zdrowia – Dla dorównania efektywnym systemom ochrony zdrowia konieczne jest ponad podwojenie liczby pielęgniarek do 460 tys. w 2039 roku.

Liczba pielęgniarek od dawna nie nadąża za zmieniającą się demografią. Od 2010 roku do 2023 roku populacja osób 65 plus wzrosła o 47 proc., tymczasem pielęgniarek posiadających prawo wykonywania zawodu pielęgniarki o 12 proc. W roku 2039 w Polsce przypadnie 5,6 pielęgniarki na 1000 mieszkańców. Prognozy dla krajów grupy porównawczej mówią o wzroście do 13 pielęgniarek w roku 2039.

 – Te dane potwierdzają to, co od dawna mówimy. Kryzys kadrowy jest – to nie nasza histeria, jak próbują sugerować pracodawcy, decydenci czy niektórzy politycy. Działania związane ze zwiększeniem kształcenia nie przekładają się liczbę personelu pracjącego z pacjentem – mówi Krystyna Ptok, przewodnicząca OZZPIP. – Grupa pracujących się zwiększyła, ale zwróćmy uwagę: w 2019 roku na 214 tys. pielęgniarek,  181 tys. było w wieku produkcyjnym, a już w roku 2023 zaledwie 172 tys. Łatamy system pielęgniarkami, które są  już w wieku emerytalnym. Prawdziwy Armagedon nastąpi w 2039: spośród obecnie pracujących 216 tys. pielęgniarek 44 tysiące już jest emerytami, a aż 115 tys. kolejnych nabędzie uprawnienia emerytalne do 2039 roku. Co roku średnio 7,7 tys. pielęgniarek osiągnie wiek emerytalny.

– Dla dorównania efektywnym systemom łączna liczba personelu pielęgniarskiego i opiekuńczego powinna wzrosnąć niemal 4 krotnie i konieczne jest uzupełnianie niedoboru zarówno w grupie pielęgniarek, jak i personelu opiekuńczego – podsumowywał Krzysztof Zdobylak.
W ocenie ekspertów i przedstawicieli środowiska pielęgniarek nie ma już czasu na zastanawianie i to ostatni moment na działania. Ich podstawą powinny być aktywności zapewniające: bezpieczne warunki pracy, tzn.  zgodne z normami i zalecaniami merytorycznymi z obszaru medycznego i opiekuńczego, realizacje samodzielności zawodowej i wykorzystanie pełni kompetencji oraz możliwość zaplanowania ścieżki kariery i rozwoju zawodowego.

Kluczowe jest rozsądne zdefiniowanie i podział kompetencji oraz obowiązków pielęgniarek i personelu opiekuńczego, a w rezultacie umożliwienie sprawnej współpracy dla dobra pacjentów.  Biorąc pod uwagę, że wykształcenie pielęgniarek ulega z roku na rok istotnej poprawie, należy zacząć w pełni wykorzystywać wysokie kompetencje i kwalifikacje pielęgniarek, aby zapewnić sprawne funkcjonowanie całego systemu ochrony zdrowia.

– Musimy zachęcać młodych do wchodzenia do zawodu. Konieczne jest podjęcie działań mających na celu: zwiększenie liczby kandydatów na studia pielęgniarskie i liczby miejsc na pielęgniarstwie. Zmiany związane z ewolucją warunków pracy będą wpływały pozytywnie na chęci podjęcia pracy w zawodzie po studiach i pozostania w zawodzie – mówiła przewodnicząca OZZPIP.

Systemy ochrony zdrowia mają bowiem za zadanie zapewnić odporność na szoki… Czy Polski system przy takich brakach kadrowych jest gotowy na nadchodzące turbulencje? Jak wytrzyma zmniejszenie składki i braki personelu? – Jeśli nic się nie zmieni w podejściu ministra zdrowia, ale także innych decydentów to zostaną nam już tylko tekturowe pielęgniarki – podsumowała Krystyna Ptok.
 
Cały raport dostępny jest TUTAJ.
 
Materiał pochodzi z Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych (źródło)