Medicalpress
Główny Inspektorat Sanitarny poinformował o zagrożeniu związanym z jednym z produktów przeznaczonych do kontaktu z żywnością. W wyniku badań przeprowadzonych przez Państwową Inspekcję Sanitarną wykryto migrację pierwszorzędowych amin aromatycznych z łyżki do spaghetti do żywności. Substancje te uznawane są za szkodliwe dla zdrowia, dlatego produkt został wycofany ze sprzedaży, a konsumenci zostali wezwani do zaprzestania jego używania.
Wykryto migrację niebezpiecznych związków

Badania laboratoryjne przeprowadzone w ramach urzędowej kontroli bezpieczeństwa żywności wykazały, że z jednej z dostępnych na rynku łyżek kuchennych przeznaczonych do serwowania makaronu mogą przenikać do żywności pierwszorzędowe aminy aromatyczne. Związki te należą do grupy substancji chemicznych, które w określonych warunkach mogą uwalniać się z materiałów mających kontakt z żywnością.
Pierwszorzędowe aminy aromatyczne są szczególnie niepożądane w materiałach kuchennych, ponieważ część z nich wykazuje działanie toksyczne i potencjalnie rakotwórcze. Z tego powodu przepisy dotyczące bezpieczeństwa materiałów przeznaczonych do kontaktu z żywnością w Unii Europejskiej przewidują bardzo restrykcyjne limity ich migracji.

Szczegóły dotyczące produktu

Ostrzeżenie dotyczy konkretnego produktu dostępnego w sprzedaży detalicznej:
Produkt wycofany ze sklepów

Jak poinformowano w komunikacie, dystrybutor w Polsce – firma TEDi Sieć Handlowa – po otrzymaniu informacji o niezgodności niezwłocznie podjął działania zapobiegawcze.
9 kwietnia 2026 roku produkt został wycofany z sal sprzedaży we wszystkich sklepach sieci na terenie Polski. Jednocześnie przekazano informację do działu jakości w centrali firmy w Niemczech w celu dalszej weryfikacji sprawy i ustalenia przyczyn problemu.
Równolegle organy Państwowej Inspekcji Sanitarnej prowadzą postępowanie wyjaśniające dotyczące tej partii produktu.

Co powinni zrobić konsumenci

Sanepid apeluje do osób, które kupiły wskazaną w komunikacie łyżkę do spaghetti, aby nie używały jej do kontaktu z żywnością.
Takie ostrzeżenia są standardowym elementem systemu nadzoru nad bezpieczeństwem produktów przeznaczonych do kontaktu z żywnością. Jeśli badania laboratoryjne wskazują na możliwość migracji niepożądanych substancji chemicznych, produkty są wycofywane z obrotu, a konsumenci informowani o potencjalnym ryzyku.
W przypadku wątpliwości dotyczących bezpieczeństwa produktu zaleca się zaprzestanie jego użytkowania oraz skontaktowanie się ze sprzedawcą lub producentem.

Źródło: komunikat Głównego Inspektoratu Sanitarnego, 10.04.2026

Rynek suplementów diety w Polsce rozwija się dynamicznie od wielu lat i dziś należy do największych segmentów rynku produktów zdrowotnych. Jego wartość szacuje się na około 8 miliardów złotych rocznie, przy czym tempo wzrostu w ostatnich latach utrzymuje się na poziomie około 10 proc. rocznie. Wraz z rosnącą skalą sprzedaży coraz wyraźniej ujawniają się jednak napięcia pomiędzy regulacją prawną, możliwościami nadzoru państwa oraz realnymi praktykami rynkowymi. Z jednej strony system prawny jest rozbudowany i obejmuje liczne przepisy krajowe oraz unijne dotyczące bezpieczeństwa żywności, reklamy czy ochrony konsumentów. Z drugiej – jego stosowanie w praktyce napotyka ograniczenia wynikające z konstrukcji przepisów, rozproszenia kompetencji instytucji oraz skali nieformalnego obrotu produktami funkcjonującymi poza oficjalnym systemem nadzoru.

W debacie nad funkcjonowaniem tego rynku coraz częściej powraca pytanie, czy problemem jest brak regulacji, czy raczej sposób ich stosowania. Dyskusja ta nabiera szczególnego znaczenia w kontekście prac legislacyjnych dotyczących zmian w ustawie o bezpieczeństwie żywności i żywienia, a także w świetle rosnącej liczby sygnałów o nielegalnych produktach obecnych w obrocie oraz sporach dotyczących praktyk reklamowych.

System prawny istnieje, ale jego stosowanie rodzi wątpliwości

Jednym z kluczowych elementów systemu nadzoru nad suplementami diety pozostaje ustawa o bezpieczeństwie żywności i żywienia. W praktyce szczególne znaczenie ma art. 32 tej ustawy, który daje organom Państwowej Inspekcji Sanitarnej możliwość czasowego wstrzymania wprowadzania do obrotu lub wycofania z rynku produktu niespełniającego wymagań określonych dla środków spożywczych.

W obecnym brzmieniu przepis ten przewiduje możliwość podjęcia takiej decyzji w przypadku podejrzenia niezgodności produktu z wymaganiami prawa. W praktyce oznacza to bardzo niski próg działania organów nadzoru. Już samo pojawienie się wątpliwości co do składu lub sposobu prezentacji produktu może skutkować natychmiastowym wstrzymaniem jego sprzedaży do czasu zakończenia postępowania wyjaśniającego. Jak ujęła to Grażyna Osęka z Foodie Sp. z o. o. Sp. k., „Artykuł 32 ustawy o bezpieczeństwie żywności i żywienia w obecnym brzmieniu mówi, że w przypadku podejrzenia, iż środek spożywczy niespełniający wymagań znajduje się w obrocie, państwowy powiatowy inspektor sanitarny podejmuje decyzję o czasowym wstrzymaniu wprowadzenia do obrotu lub wycofaniu z obrotu. W praktyce dzieje się to zbyt automatycznie, bez przeprowadzenia postępowań dowodowych i ustalenia stanu faktycznego.”

Z punktu widzenia organów państwa rozwiązanie to ma charakter ostrożnościowy i wynika z zasad ochrony zdrowia publicznego. Taką interpretację przedstawił również Główny Inspektor Sanitarny. W odczytanym podczas posiedzenia piśmie dr Paweł Grzesiowski wskazał, że „Artykuł 32 ustawy o bezpieczeństwie żywności i żywienia daje organom terenowym Państwowej Inspekcji Sanitarnej możliwość czasowego wstrzymania wprowadzania środka spożywczego do obrotu lub jego wycofania w przypadku podejrzenia, że nie spełnia on określonych wymagań. Celem tego przepisu jest zastosowanie zasady ostrożności wynikającej z rozporządzenia 178/2002. (…) Dalsze zmiany w obszarze suplementów diety mogą być zasadne, jednak powinny zmierzać do ujednolicenia i doprecyzowania wymagań dla tej kategorii produktów, która na poziomie Unii Europejskiej jest regulowana jedynie częściowo.”

Z perspektywy przedsiębiorców mechanizm ten bywa jednak postrzegany jako uruchamiany zbyt automatycznie, bez uprzedniego ustalenia stanu faktycznego i przeprowadzenia analizy ryzyka. W praktyce prowadzi to do sporów administracyjnych oraz postępowań odwoławczych, a w niektórych przypadkach także do roszczeń odszkodowawczych wobec państwa. W ocenie Grażyny Osęki: „Obecne brzmienie przepisów ustawy o bezpieczeństwie żywności i żywienia i praktyka nie spełnia standardów prawa UE. Postępowania prowadzone są bez przeprowadzenia ustaleń dowodowych stanu faktycznego, jak również bez odpowiedniej analizy ryzyka, którą nakazują przeprowadzać każdorazowo przepisy unijne. Zasadne jest w związku z tym rozpoczęcie prac nad nowelizacją, która wzmocni standardy dowodowej analizy ryzyka, a tym samym wytrąci argument, że polskie przepisy są niezgodne z prawem unijnym.”

W środowisku prawnym i branżowym pojawia się więc postulat zmiany konstrukcji przepisu poprzez zastąpienie przesłanki podejrzenia przesłanką stwierdzenia naruszenia oraz wyraźne wprowadzenie zasady proporcjonalności w stosowaniu środków administracyjnych. Zwolennicy takiego rozwiązania wskazują, że mogłoby ono uporządkować praktykę stosowania prawa i zbliżyć ją do standardów wynikających z prawa unijnego, które nakłada obowiązek przeprowadzania analizy ryzyka przed zastosowaniem restrykcyjnych środków ograniczających działalność gospodarczą. Jak argumentowała Grażyna Osęka, „W artykule 32 ust. 1 mamy zapis o podejrzeniu, natomiast w ustępie drugim użyto słowa stwierdzenie. Powstaje więc paradoks: w sytuacji naprawdę krytycznej – gdy mamy do czynienia z produktem leczniczym albo wyrobem medycznym ukrytym pod postacią środka spożywczego – organ musi coś stwierdzić. Natomiast w ustępie pierwszym wystarczy samo podejrzenie. W praktyce oznacza to, że inspektor, mając jakiekolwiek pismo z GIS-u czy wątpliwość co do produktu, automatycznie wydaje decyzję o wstrzymaniu.”

To właśnie w tym miejscu pojawia się spór o granice stosowania zasady ostrożności. „Zasada ostrożności nie może być stosowana automatycznie tylko dlatego, że pojawiło się podejrzenie. Musi być poprzedzona analizą ryzyka i ustaleniem stanu faktycznego. Jeżeli państwo chce ograniczyć działalność gospodarczą, musi wykazać dowody, że takie wstrzymanie jest zasadne z punktu widzenia ochrony zdrowia publicznego. Tymczasem obecne brzmienie przepisu powoduje, że w pierwszym ustępie nie wiadomo, jakie podejrzenia mogą być podstawą decyzji” – podkreślała Osęka.

Zmiana ta miałaby charakter punktowy, ale mogłaby wpłynąć na sposób funkcjonowania całego systemu nadzoru nad produktami wprowadzanymi do obrotu.

Najsłabszym ogniwem pozostaje system zgłoszeń do GIS

Jeszcze większe kontrowersje budzi jednak inny element regulacji rynku suplementów diety – system zgłaszania produktów do Głównego Inspektora Sanitarnego.

Zgodnie z obowiązującymi przepisami każdy suplement diety przed pierwszym wprowadzeniem do obrotu powinien zostać zgłoszony do GIS. Zgłoszenie to stanowi podstawowy element kontroli bezpieczeństwa produktu, ponieważ umożliwia organom nadzoru analizę jego składu, oznakowania i sposobu prezentacji. Jak przypominała dr n. praw. Ewa Butkiewicz, ekspertka Krajowej Rady Suplementów i Odżywek, „Najważniejszą bramką, przez którą musi przejść suplement diety, żeby zostać uznanym za legalny, jest powiadomienie Głównego Inspektora Sanitarnego o pierwszym wprowadzeniu do obrotu. Celem tego powiadomienia jest poddanie produktu kontroli GIS-u pod kątem składu, jakości i oznakowania, co ma służyć zapewnieniu bezpieczeństwa konsumentów.”

W praktyce mechanizm ten nie zawsze działa w sposób skuteczny. Brak zgłoszenia produktu do GIS jest obecnie traktowany jako wykroczenie, za które grozi mandat. Sankcja ta ma charakter wykroczeniowy i w wielu przypadkach nie stanowi realnego czynnika odstraszającego. Jak mówiła Grażyna Osęka, „Mandaty za niezgłoszenie produktu do GIS wynoszą od 20 do 5000 zł i w praktyce często są to kwoty rzędu 500 czy 1000 zł. Przedsiębiorca dostaje mandat, ale nie dostaje nakazu wpisania produktu do systemu. (…) Ja nie chciałam tego tak wprost powiedzieć, ale to się bardzo opłaca. Jeżeli ktoś chce być poza systemem i szybko wchodzić i schodzić z produktami z rynku i nie ma uczciwych zamiarów, to nie powinien zgłaszać się do systemu.”

Jednocześnie przedsiębiorca, który nie zgłosi produktu do systemu, pozostaje w dużej mierze poza jego zasięgiem. Brak notyfikacji oznacza, że produkt nie pojawia się w rejestrze, a tym samym organy nadzoru mogą w ogóle nie mieć wiedzy o jego istnieniu. W praktyce oznacza to, że wykrycie takiego produktu często zależy od przypadkowej kontroli, sygnału od konkurencji lub zgłoszenia konsumenckiego. Osęka zwracała uwagę, że „Jeżeli firma zgłasza produkt do GIS-u, to praktyka wygląda tak, że Główny Inspektor Sanitarny bardzo często odpisuje i prosi o dodatkowe wyjaśnienia. Nierzadko taka notyfikacja powoduje też wizytę inspekcji sanitarnej u przedsiębiorcy. W pozostałych przypadkach inspekcja musi najpierw wiedzieć, że taki przedsiębiorca w ogóle istnieje i że dany produkt został zgłoszony. Jeżeli produktu nie ma w rejestrze, to w wielu przypadkach po prostu nie ma wiedzy, że on funkcjonuje na rynku.

W efekcie powstaje paradoks regulacyjny. Podmioty działające zgodnie z prawem, zgłaszające swoje produkty do systemu, podlegają regularnemu nadzorowi i kontrolom. Natomiast przedsiębiorcy funkcjonujący poza systemem mogą przez długi czas pozostawać niewidoczni dla organów państwa. „To jest niespójność systemowa, która ma bardzo istotne skutki praktyczne. Po pierwsze jest to wykroczenie i zagrożenie finansowe nie jest odstraszające. Osłabia to szybkość działania organów i ich skuteczność, a sankcje w praktyce nie są realnie egzekwowane” – podsumowała Osęka.

Dlatego wśród proponowanych zmian legislacyjnych pojawia się postulat przeniesienia naruszenia polegającego na braku zgłoszenia produktu do reżimu administracyjnych kar pieniężnych. W takim modelu sankcja mogłaby być powiązana z wartością wprowadzonego do obrotu produktu lub osiągniętego przychodu, co w większym stopniu odzwierciedlałoby skalę potencjalnego naruszenia.

Reklama suplementów – obszar szczegółowo regulowany

Równolegle do dyskusji o systemie zgłoszeń i kontroli pojawia się pytanie o regulację reklamy suplementów diety. W debacie publicznej bywa ona przedstawiana jako obszar wymagający nowych przepisów, jednak analiza obowiązujących regulacji prowadzi do odmiennych wniosków. Jak podkreślała Agata Zalewska-Gawrych z Food and Pharma Legal, „Mamy segment rynku, który jest elementem systemu regulowanego na wielu poziomach. Te regulacje bardzo szczegółowe wynikają zarówno z poziomu unijnego, jak i krajowego. (…) To, co można rozważać, dotyczy raczej sposobu egzekwowania już istniejących obowiązków.” 

Kluczowe znaczenie mają przepisy unijne dotyczące informacji przekazywanych konsumentom oraz oświadczeń żywieniowych i zdrowotnych. „Już z przepisów unijnych, w tym z rozporządzenia 1169, wynika zakaz wprowadzania konsumenta w błąd (…) oraz przypisywania właściwości, których produkt nie posiada” – wskazywała ekspertka.

System ten uzupełniają przepisy krajowe, w tym ustawa o bezpieczeństwie żywności i żywienia, ustawa o ochronie konkurencji i konsumentów czy ustawa o przeciwdziałaniu nieuczciwym praktykom rynkowym, a w określonych sytuacjach także prawo farmaceutyczne. „Jeżeli suplement diety jest prezentowany w taki sposób, że wynika z niego, iż posiada właściwości lecznicze, mogą mieć do niego zastosowanie przepisy prawa farmaceutycznego” – zaznaczała Zalewska-Gawrych.

Nadzór nad reklamą sprawuje kilka instytucji publicznych. Jak wskazywała mec. Magdalena Wawrzyniak z Food and Pharma Legal, przedsiębiorcy działają w systemie szerokiej kontroli i sankcji: „Mamy również Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, gdzie kara może sięgać do 10 proc. obrotu za poprzedni rok finansowy firmy, a także Głównego Inspektora Farmaceutycznego (…) Do tego dochodzi Inspekcja Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych. Tych podstaw do kontroli i do nakładania kar jest więc naprawdę bardzo dużo.”

W praktyce oznacza to, że system sankcji w obszarze reklamy jest już rozbudowany, a wyzwaniem pozostaje raczej spójność jego stosowania. Jak zwracała uwagę Wawrzyniak, kontrola obejmuje dziś również przestrzeń cyfrową: „Inspekcja Sanitarna bardzo dobrze kontroluje social media. (…) Cytaty z takich komunikatów są wprost przywoływane w decyzjach inspekcji, która stwierdza nieprawidłowości w reklamie.” Jej zdaniem kluczowe znaczenie ma dziś raczej ujednolicenie praktyki działania organów nadzoru niż wprowadzanie kolejnych regulacji.

Istotną rolę w tym obszarze odgrywa również samoregulacja branżowa. Funkcjonujący od lat kodeks dobrych praktyk reklamy suplementów diety określa dodatkowe standardy komunikacji marketingowej i stał się podstawą porozumienia nadawców dotyczącego emisji takich reklam w mediach audiowizualnych. Jak zauważała Agata Zalewska-Gawrych z Food and Pharma Legal, „Na przedsiębiorcach (…) spoczywają rozliczne obowiązki dotyczące zarówno treści komunikacji, jak i formy oraz kontekstu komunikacji reklamowej. Dodatkowo nakłada się na to kwestia samoregulacji i to właśnie ona odzwierciedla dążenie przedsiębiorców do zapewnienia bezpieczeństwa konsumenta poprzez przyjmowanie nawet wyższych standardów niż te, które wynikają wprost z przepisów prawa”.

Szara strefa – problem trudny do oszacowania

Największym wyzwaniem pozostaje jednak funkcjonowanie nielegalnych suplementów diety w tzw. szarej strefie.

Produkty te często nie są zgłoszone do systemu, a ich pochodzenie bywa trudne do ustalenia. „Nielegalne suplementy diety są zwykle produktami niewiadomego pochodzenia. Są wytwarzane w nielegalnych wytwórniach, często za granicą, trafiają do kraju w drodze przemytu albo poprzez przesyłki deklarowane jako coś innego. Warunki ich produkcji są dalekie od standardów, a składy często nieznane lub zanieczyszczone, nierzadko zawierają też substancje zabronione” – mówiła dr Ewa Butkiewicz.

Nielegalne produkty trafiają do sprzedaży różnymi kanałami – od tradycyjnych punktów sprzedaży po platformy internetowe, media społecznościowe czy sprzedaż transgraniczną w ramach e-commerce. W niektórych przypadkach dystrybucja obejmuje także sieci działające w tzw. darknecie.

Skala zjawiska pozostaje trudna do oszacowania. Jak wskazywała dr n. praw. Ewa Butkiewicz, ekspertka Krajowej Rady Suplementów i Odżywek: „Wartość szarej strefy jest w zasadzie nie do oszacowania. W jednym z raportów Najwyższej Izby Kontroli wprost stwierdzono, że jej skali nie potrafią określić ani instytucje publiczne, ani podmioty zajmujące się badaniem rynku. Trudno więc oszacować także wartość należnych danin publicznych, które powinny trafiać do budżetu państwa.”

Zjawisko to ma znaczenie nie tylko z punktu widzenia ochrony zdrowia konsumentów. Wpływa także na konkurencję na rynku, ponieważ podmioty działające nielegalnie nie ponoszą kosztów związanych z kontrolą jakości, notyfikacją produktu czy spełnianiem wymogów regulacyjnych. Jednocześnie, jak zwracała uwagę ekspertka, państwo ma ograniczone możliwości reagowania. „Walka z nielegalnymi suplementami diety jest utrudniona między innymi przez szczupłe kadry w instytucjach kontrolnych, ograniczone możliwości techniczne i niewystarczające środki finansowe. W praktyce bardzo ogranicza to skuteczną identyfikację i eliminację nielegalnych produktów z rynku.”

Granice kontroli państwa

Z punktu widzenia administracji publicznej jednym z najtrudniejszych obszarów nadzoru pozostaje handel internetowy.

W ostatnich latach liczba małych przesyłek trafiających do Unii Europejskiej wzrosła do poziomu przekraczającego pięć miliardów rocznie. Skala ta sprawia, że kontrola każdej przesyłki jest w praktyce niemożliwa. Jak przyznał Piotr Żak z Departamentu Ceł Ministerstwa Finansów i Krajowej Administracji Skarbowej, „Rzeczą, z którą rzeczywiście się mierzymy i która jest trudna, jest e-commerce. Do Unii Europejskiej w ubiegłym roku trafiło ponad pięć miliardów małych paczek i wszystkie administracje celne mają z tym problem. W przypadku suplementów diety właśnie w takich przesyłkach identyfikujemy największe ryzyko.”

W odpowiedzi na to wyzwanie administracje celne stosują analizę ryzyka oraz specjalne procedury kontrolne. „Już ponad trzy lata temu wprowadziliśmy suplementy diety do tzw. słownika negatywnego. Oznacza to, że nie mogą być odprawiane w uproszczonych procedurach e-commerce. Nawet pojedyncza przesyłka musi być zgłoszona w ramach pełnego zgłoszenia celnego, z pełnym zakresem danych, co pozwala nam prowadzić dokładniejszą analizę ryzyka” – wyjaśniał przedstawiciel KAS.

Jednocześnie administracja skarbowa podkreśla, że jej kompetencje w tym obszarze są ograniczone. Główna odpowiedzialność za nadzór nad rynkiem suplementów diety spoczywa na wyspecjalizowanych organach zajmujących się bezpieczeństwem żywności. Jak wyjaśniał Piotr Żak: „Krajowa Administracja Skarbowa posiada w zakresie suplementów diety pewne kompetencje i stara się je wykonywać we właściwy sposób. Nie jest to jednak nasze kluczowe zadanie, ponieważ w Polsce są powołane organy, które bezpośrednio zajmują się tym rynkiem. Nasze działania koncentrują się głównie na obszarze kontroli celnej.”

W praktyce oznacza to, że skuteczność systemu zależy od współpracy wielu instytucji – od inspekcji sanitarnych, przez organy celne i administrację skarbową, po organy ścigania. Jedną z istotnych cech obecnego modelu jest także rozdzielenie momentu importu od obowiązku zgłoszenia produktu do rejestru GIS. Jak zaznaczał Żak, „Istotne jest to, że obowiązek wpisu suplementu diety do rejestru prowadzonego przez Głównego Inspektora Sanitarnego jest w przepisach oddzielony od formalności celnych. Na etapie importu taki wpis nie musi jeszcze istnieć – może nastąpić później, przed wprowadzeniem produktu na rynek.”

Przedstawiciel KAS zwracał też uwagę na szczególnie trudny obszar produktów z pogranicza kategorii prawnych. „Dużym problemem są produkty z pogranicza – sytuacje, w których przedsiębiorcy deklarują, że dany produkt jest suplementem diety, podczas gdy w naszej ocenie jest to produkt leczniczy. Jeżeli widzimy, że zawiera on substancję czynną typową dla leków, nie traktujemy go jako suplementu i nie dopuszczamy takiej przesyłki do importu” – mówił.

Istotne są również granice możliwości ingerencji państwa na poziomie surowców. W odniesieniu do importu składników wykorzystywanych później do produkcji nielegalnych suplementów Piotr Żak wyjaśniał: „Jeżeli surowiec jest importowany legalnie i nie podlega ograniczeniom w obrocie, każdy może go sprowadzić. Natomiast sposób jego wykorzystania na rynku – czy będzie legalny, czy nie – nie pozostaje już w naszej gestii. To trochę jak z nożem: ktoś może go sprowadzić do krojenia, a ktoś inny użyć do popełnienia przestępstwa.”

Rynek, który wymaga uporządkowania

Analiza funkcjonowania rynku suplementów diety prowadzi do wniosku, że system regulacyjny jest rozbudowany, ale jego skuteczność zależy od kilku czynników: spójności przepisów, realnej egzekwowalności sankcji oraz możliwości monitorowania rynku, który w coraz większym stopniu przenosi się do internetu.

Dyskusja nad zmianami legislacyjnymi koncentruje się dziś wokół trzech głównych obszarów: korekty przepisów dotyczących wstrzymywania produktów z rynku, uszczelnienia systemu zgłoszeń do GIS oraz poprawy narzędzi monitorowania nielegalnych produktów w sprzedaży internetowej. Równolegle trwa spór o to, czy w obszarze reklamy potrzebne są nowe ograniczenia, czy raczej większa przewidywalność stosowania prawa. Nie bez znaczenia pozostaje również rola samoregulacji, która – przynajmniej w ocenie części uczestników rynku – już dziś pełni funkcję porządkującą i wyprzedzającą część rozwiązań ustawowych.

Wszystkie te elementy mają wspólny cel – zwiększenie przejrzystości rynku i wzmocnienie ochrony konsumentów przy jednoczesnym zachowaniu stabilnych warunków działania dla legalnie funkcjonujących przedsiębiorstw.

Źródło: opracowanie redakcji Medicalpress na podstawie zapisu posiedzenia Parlamentarnego Zespołu ds. Żywności Prozdrowotnej i Żywienia z 25 marca 2026 r.

Zdrowa żywność miała być oczywistym elementem codzienności, a nie dobrem dla nielicznych. Tymczasem coraz częściej staje się produktem wybieranym nie tylko ze względu na świadomość konsumencką, ale także na zasobność portfela. Na sklepowych półkach różnica między żywnością wysokiej jakości a tą najtańszą bywa dziś tak duża, że dla wielu osób decyzja zakupowa przestaje być pytaniem o skład czy sposób produkcji, a staje się prostym rachunkiem ekonomicznym. Problem nie sprowadza się jednak wyłącznie do cen. W tle jest znacznie poważniejsze pytanie o to, czy obecny model produkcji i dystrybucji żywności w ogóle sprzyja jakości, lokalności i różnorodności rynku.

W debacie publicznej pojęcie „zdrowej żywności” funkcjonuje dziś bardzo szeroko, ale nie zawsze precyzyjnie. Dla jednych oznacza żywność ekologiczną, certyfikowaną, możliwie mało przetworzoną, wytwarzaną bez chemicznych pestycydów czy bez zbędnych dodatków technologicznych. Dla innych jest raczej skrótem myślowym opisującym żywność wysokiej jakości, opartą na dobrym surowcu i krótkim składzie. Jeszcze inni podchodzą do tego pojęcia sceptycznie, wskazując, że żywność dopuszczona do obrotu z definicji powinna być bezpieczna, a więc także „zdrowa” w sensie formalnym. To rozróżnienie nie jest tylko semantyczne. Ono pokazuje, jak bardzo rozeszły się dziś dwa porządki: porządek regulacyjny, w którym produkt spełnia normy, i porządek konsumencki, w którym pytamy o rzeczywistą wartość odżywczą, stopień przetworzenia, pochodzenie surowca i długofalowy wpływ diety na zdrowie.

Właśnie w tej szczelinie rodzi się współczesny paradoks rynku spożywczego. Z jednej strony żywność jest formalnie coraz dokładniej kontrolowana, opisana i certyfikowana. Z drugiej coraz więcej konsumentów ma poczucie, że produkty dostępne powszechnie w handlu masowym odbiegają od tego, co intuicyjnie uznaliby za żywność naprawdę dobrą. Na półkach dominują towary wysoko przetworzone, tanie w zakupie, trwałe, łatwe w dystrybucji i podporządkowane logice wolumenu. Jakość staje się dodatkiem, a nie punktem wyjścia. W efekcie to, co powinno być standardem, zaczyna być traktowane jako segment premium.

Mały producent w systemie skrojonym pod dużych

Nie chodzi przy tym wyłącznie o romantyczną obronę małego producenta. Problem jest znacznie bardziej systemowy. Małe gospodarstwa i niewielkie przetwórnie, które próbują budować swoją ofertę na jakości, bardzo często funkcjonują dziś w warunkach skrajnie asymetrycznej konkurencji. Nie ścigają się z wielkimi graczami na tych samych zasadach, bo nie mają ich skali, zaplecza finansowego, siły negocjacyjnej ani zdolności do rozkładania kosztów administracyjnych na ogromne wolumeny. A mimo to w wielu obszarach podlegają bardzo podobnym obowiązkom sprawozdawczym, ewidencyjnym i kontrolnym.

To jeden z najczęściej wskazywanych paradoksów. Im mniejszy producent, tym bardziej odczuwa ciężar tych samych obowiązków, które dla dużego zakładu są po prostu jednym z elementów profesjonalnej obsługi systemu. Tam, gdzie gigant wysyła jedną dużą partię towaru do odbiorcy hurtowego i jednym ruchem wypełnia obowiązki ewidencyjne, mały wytwórca sprzedaje dziesiątki małych partii do wielu punktów i musi każdą z nich szczegółowo rozpisać. Tam, gdzie duża firma ma osobny dział do spraw środowiskowych, jakości, opakowań czy raportowania, mały producent często robi to sam albo musi zatrudniać dodatkowe osoby tylko po to, by sprostać formalnościom. W praktyce oznacza to, że koszt biurokracji rośnie proporcjonalnie bardziej u tych, którzy produkują mniej, ale staranniej.

To szczególnie dotkliwe w przypadku żywności, która powstaje z myślą o jakości, a nie maksymalizacji skali. Jeśli producent sam kontroluje pasze, dobrostan zwierząt, parametry surowca, proces technologiczny i mikrobiologię produktu, ponosi realne koszty jakości jeszcze zanim zetknie się z systemem formalnym. Jeśli dodatkowo inwestuje we własne laboratorium, prowadzi częstsze badania niż wymagają przepisy, odrzuca część surowca niespełniającego jego wewnętrznych standardów i godzi się na mniejszą wydajność, to jego cena końcowa musi być wyższa. Nie dlatego, że chce stworzyć ekskluzywny towar dla wybranych, ale dlatego, że rzeczywista jakość po prostu kosztuje.

Jednocześnie rynek bardzo często nie wynagradza tej jakości w sposób proporcjonalny. Żywność wysokiej jakości trafia bowiem do przestrzeni zdominowanej przez porównania cenowe. Dla konsumenta różnica kilku czy kilkunastu złotych na półce bywa natychmiast widoczna, natomiast różnica w sposobie produkcji, wartości odżywczej czy składzie nie zawsze jest już tak czytelna. Stąd bierze się jeden z podstawowych problemów: wysoka jakość przegrywa nie dlatego, że nie istnieje, lecz dlatego, że wymaga od klienta większej wiedzy, większego zaufania i większej gotowości do poniesienia kosztu tu i teraz. A ta gotowość ma swoje granice, zwłaszcza w okresie spadku siły nabywczej i rosnących kosztów życia.

W efekcie zdrowa żywność staje się dobrem nierówno dostępnym. Dla części konsumentów jest świadomym wyborem, dla innych luksusem, na który nie mogą sobie regularnie pozwolić. To szczególnie niepokojące, bo oznacza odwrócenie podstawowej logiki zdrowia publicznego. Z punktu widzenia systemu powinno nam zależeć na tym, by żywność jak najlepszej jakości była jak najbardziej powszechna, a nie niszowa. Tymczasem w praktyce to właśnie żywność tania, wysoko przetworzona i łatwo dostępna najczęściej buduje codzienny model odżywiania znacznej części społeczeństwa. Koszt tej pozornej oszczędności nie znika – tylko przesuwa się w czasie i wraca później w postaci chorób cywilizacyjnych, leczenia otyłości, cukrzycy typu 2, zaburzeń metabolicznych i sercowo-naczyniowych.

To dlatego coraz częściej podnosi się argument, że żywność wysokiej jakości nie jest „droga” w sensie całościowym, lecz niedoszacowana jest cena żywności taniej, jeśli uwzględnić jej zdrowotne konsekwencje. Tego kosztu nie widać na paragonie. Widać go później w gabinetach lekarskich, poradniach dietetycznych, szpitalach i budżecie systemu ochrony zdrowia. Problem polega jednak na tym, że nawet jeśli ten argument jest słuszny z perspektywy zdrowotnej i społecznej, nie rozwiązuje codziennego dylematu konsumenta, który decyduje przy sklepowej półce pod presją bieżącego budżetu domowego.

Certyfikat, zaufanie i krótki łańcuch dostaw

W debacie o zdrowej żywności nie da się też uciec od pytania o certyfikację i systemy jakości. Z jednej strony są one potrzebne, bo budują zaufanie, umożliwiają identyfikowalność produktu i pozwalają wyróżnić żywność wytwarzaną według określonych rygorów. Dotyczy to zarówno rolnictwa ekologicznego, jak i systemów jakości opartych na oznaczeniach geograficznych czy krajowych standardach jakości. Dla części producentów certyfikat staje się ważnym narzędziem rynkowym, bo daje klientowi jasny komunikat: ten produkt powstaje według wyższych kryteriów niż standard minimalny.

Z drugiej strony narasta sceptycyzm wobec samej papierowej strony jakości. Wielu praktyków podkreśla, że dokumentacja, procedury i systemy nie zawsze przekładają się automatycznie na stan faktyczny. W ich ocenie certyfikacja może stać się instrumentem marketingowym lub administracyjnym, jeśli nie jest osadzona w realnej odpowiedzialności producenta i jego osobistym stosunku do jakości. 

Dla małych producentów szczególnie ważna staje się więc sprzedaż bezpośrednia lub możliwie krótki łańcuch dostaw. To właśnie tam najłatwiej zbudować relację z klientem, wyjaśnić, skąd bierze się cena, opowiedzieć o metodzie produkcji i obronić się przed prostym porównaniem z towarem masowym. Problem w tym, że system nadal nie zawsze sprzyja takiemu modelowi. Ograniczenia ilościowe, terytorialne czy formalne, które miały być ułatwieniem na etapie startu, bywają później barierą rozwojową. Producent, który chce wyjść poza skalę mikro, często trafia na mur pełnych wymagań administracyjnych, podatkowych i organizacyjnych, nie zawsze adekwatnych do jego rzeczywistej skali działania.

To samo dotyczy innowatorów próbujących wejść na rynek z nowymi produktami spożywczymi. Jeżeli ktoś nie mieści się w klasycznym modelu rolnika, nie korzysta z prostszych form wejścia przewidzianych dla określonych grup i od początku musi funkcjonować na pełnych zasadach, bariera startu może okazać się zbyt wysoka. Nie chodzi tu o poluzowanie standardów bezpieczeństwa – te muszą pozostać nienaruszalne – ale o stworzenie bardziej przejrzystej i proporcjonalnej ścieżki rozwoju dla małych podmiotów, które nie mają zaplecza prawnego, laboratoriów kontraktowych i zespołów compliance. Dziś wielu początkujących producentów nie tyle nie chce działać zgodnie z zasadami, ile zwyczajnie nie ma zasobów, by się w tym systemie odnaleźć.

Do tego dochodzi jeszcze problem wiedzy praktycznej. Mały producent może mieć bardzo dobre intencje, szanować surowiec i chcieć tworzyć uczciwy produkt, ale to nie zawsze wystarczy, by zapewnić pełne bezpieczeństwo technologiczne. Zmiana opakowania, procesu, kanału dystrybucji czy długości przechowywania może całkowicie zmienić profil ryzyka produktu. Właśnie dlatego tak ważne byłoby stworzenie dostępnego, przyjaznego i zrozumiałego zaplecza wiedzy dla małych wytwórców – nie tylko listy obowiązków, ale praktycznych wskazówek, jak bezpiecznie rozwijać produkcję bez konieczności kupowania drogiego doradztwa na każdym etapie.

Osobnym problemem jest dystrybucja. W realiach zdominowanych przez duże sieci handlowe mały producent żywności wysokiej jakości bardzo często nie ma naturalnego miejsca sprzedaży. Wejście do sieci oznacza ryzyko związane z marżami, zwrotami, kosztami promocji, presją na wolumen i koniecznością utrzymania ciągłości dostaw. Dla wielu małych firm taka współpraca kończy się nie rozwojem, lecz utratą płynności i zderzeniem z regułami rynku, którego nie są w stanie kontrolować. Alternatywą pozostają sklepy specjalistyczne, sprzedaż internetowa, targi i targowiska, ale ich zasięg jest ograniczony i nierównomiernie rozłożony.

Dlatego coraz częściej wraca postulat budowania nowoczesnych kanałów lokalnej dystrybucji: hal targowych, targowisk miejskich i bezpiecznych, dobrze wyposażonych miejsc sprzedaży, które dawałyby producentom żywności wysokiej jakości realny dostęp do konsumenta. Jeśli chcemy, by lokalna żywność wysokiej jakości nie była niszą dla najbardziej zdeterminowanych, potrzebujemy dla niej nie tylko wsparcia w produkcji, ale także rozsądnych warunków sprzedaży.

Bezpieczeństwo żywności to nie tylko normy, ale też odporność systemu

W tej dyskusji wybrzmiewa również jeszcze jeden, dużo szerszy wymiar: bezpieczeństwo żywności jako kwestia strategiczna. Nie ogranicza się ono do inspekcji sanitarnej czy jakości handlowej. Oznacza także zdolność państwa do utrzymania rozproszonej, różnorodnej produkcji, która nie będzie całkowicie uzależniona od wielkich międzynarodowych struktur, kilku kanałów dystrybucji i wąskiej grupy dominujących podmiotów. Im bardziej produkcja i przetwórstwo koncentrują się w dużych, zuniformizowanych systemach, tym większa efektywność ekonomiczna w krótkim horyzoncie, ale tym mniejsza odporność w sytuacji kryzysu.

To ważne szczególnie dziś, gdy pytanie o żywność przestaje być tylko pytaniem o smak, skład czy cenę, a staje się także pytaniem o odporność państwa i wspólnoty. Jeśli małe i średnie podmioty będą dalej wypychane z rynku przez koszty, formalizację i koncentrację handlu, stracimy nie tylko część kulinarnej różnorodności. Stracimy także lokalne zaplecze wytwórcze, które w sytuacji zaburzeń globalnych bywa bezcenne.

Nie oznacza to oczywiście, że rozwiązaniem jest całkowite odrzucenie regulacji. Przeciwnie – wysoki standard bezpieczeństwa żywności jest jednym z fundamentów współczesnego rynku i trzeba go utrzymać. Ale równie ważne jest pytanie, czy system potrafi odróżnić ryzyko stwarzane przez masową produkcję na wielką skalę od realiów niewielkiego, odpowiedzialnego producenta. Czy potrafi wymagać, nie zabijając przy tym tych, którzy próbują produkować lepiej, uczciwiej i bliżej konsumenta. Czy potrafi wspierać jakość bez zamieniania jej w przywilej dla nielicznych.

Bo właśnie tu kryje się sedno całego problemu. Zdrowa żywność nie staje się w Polsce towarem luksusowym wyłącznie dlatego, że jest droższa. Staje się nim dlatego, że coraz trudniej wytwarzać ją, sprzedawać i kupować w systemie, który nagradza skalę, trwałość, przewidywalność i niski koszt jednostkowy bardziej niż rzeczywistą wartość produktu. Jeśli ten mechanizm się nie zmieni, będziemy coraz częściej mówić o jakości jako o wyjątku, a nie standardzie. A to oznaczałoby porażkę nie tylko małych producentów, ale całego modelu myślenia o żywności, zdrowiu i bezpieczeństwie społecznym.

Źródło: transkrypcja posiedzenia Parlamentarnego Zespołu ds. Bezpieczeństwa Żywności „Czy zdrowa żywność staje się towarem luksusowym?”, 17 marca 2026 r.
Coraz więcej danych naukowych wskazuje, że długotrwałe spożycie niektórych konserwantów stosowanych w żywności może wiązać się ze zwiększonym ryzykiem cukrzycy typu 2 oraz wybranych nowotworów. W badaniach populacyjnych analizujących nawyki żywieniowe dziesiątek tysięcy osób wykazano, że wysokie spożycie określonych dodatków do żywności – m.in. azotanów, azotynów, sorbinianów czy siarczynów – koreluje ze statystycznie istotnym wzrostem ryzyka chorób metabolicznych i onkologicznych. Choć nie są to jeszcze dowody przyczynowo-skutkowe, skala i spójność obserwacji sprawiają, że temat coraz częściej trafia do debaty naukowej i zdrowia publicznego.
Takie wnioski przedstawia artykuł przeglądowy przygotowany przez zespół kierowany przez Mathilde Touvier, opublikowany na łamach Nature Reviews Endocrinology. Autorka jest jedną z czołowych badaczek zajmujących się epidemiologią żywienia i wpływem żywności wysokoprzetworzonej na ryzyko chorób przewlekłych.

Jakie dane przeanalizowano?

Przegląd opiera się na wynikach wieloletnich badań kohortowych prowadzonych głównie we Francji od 2009 r., obejmujących ponad 100 tys. dorosłych uczestników. W badaniach tych szczegółowo analizowano spożycie dodatków do żywności, identyfikowanych na podstawie deklaracji dietetycznych, składów produktów oraz oznaczeń „E”. Uczestnicy byli obserwowani przez okres sięgający 14 lat.
Spośród 58 analizowanych substancji konserwujących, autorzy skoncentrowali się na 17, które były spożywane przez co najmniej 10 proc. badanej populacji. Pozwoliło to na porównanie grup o niskiej i wysokiej ekspozycji oraz ocenę długoterminowych konsekwencji zdrowotnych.

Konserwanty a ryzyko nowotworów

W badaniach cytowanych w przeglądzie wykazano, że sześć grup substancji konserwujących było istotnie powiązanych ze wzrostem ryzyka nowotworów. Dotyczyło to m.in. azotanu sodu (E251), azotanu potasu (E252), sorbinianów (np. sorbinianu potasu, E202), pirosiarczynu potasu, octanów oraz kwasu octowego (E260).
Dane epidemiologiczne wskazują m.in., że:
Autorzy podkreślają, że dla pozostałych analizowanych konserwantów nie stwierdzono istotnych zależności onkologicznych.

Związek z cukrzycą typu 2

Przegląd przytacza również wyniki badań opublikowanych wcześniej w Nature Communications, w których oceniano zależność pomiędzy spożyciem dodatków do żywności a ryzykiem cukrzycy typu 2. Wysokie spożycie takich substancji jak sorbinian potasu, pirosiarczyn potasu, azotany oraz octany było związane ze wzrostem ryzyka cukrzycy typu 2 nawet o blisko 50 proc. w porównaniu z osobami o najniższej ekspozycji.
Badacze wskazują, że potencjalne mechanizmy mogą obejmować wpływ na mikrobiotę jelitową, przewlekły stan zapalny, stres oksydacyjny oraz zaburzenia regulacji metabolicznej. Mechanizmy te pozostają jednak przedmiotem dalszych badań.

Paradoks przeciwutleniaczy i ostrożność interpretacyjna

Jednym z bardziej zaskakujących wniosków omawianych w przeglądzie jest obserwacja, że zwiększone ryzyko nowotworów dotyczyło również niektórych substancji o właściwościach przeciwutleniających, takich jak izoaskorbinian sodu (E316) czy erytrobiniany. Jak wyjaśnia prof. Touvier, związki te mogą zachowywać się odmiennie, gdy są spożywane przewlekle jako izolowane dodatki do żywności, a nie jako naturalne składniki diety.
Autorka jednoznacznie podkreśla, że badania mają charakter obserwacyjny i nie pozwalają na formułowanie wniosków przyczynowo-skutkowych. Wysokie spożycie konserwantów może być również markerem diety wysokoprzetworzonej jako całości, która sama w sobie wiąże się z wyższym ryzykiem chorób przewlekłych.

 
Zdaniem autorów przeglądu konieczne są dalsze badania mechanistyczne oraz długoterminowe badania interwencyjne, które pozwolą lepiej ocenić wpływ poszczególnych dodatków do żywności na zdrowie metaboliczne i onkologiczne. Na obecnym etapie wyniki te mają przede wszystkim znaczenie dla badań naukowych oraz zdrowia publicznego i wpisują się w rosnącą liczbę dowodów wskazujących na korzyści wynikające z ograniczania żywności ultraprzetworzonej w diecie.

Źródła: Nature Reviews Endocrinology – artykuł przeglądowy: Food additives and metabolic health, Nature Communications, The Guardian