Medicalpress
Zapewnienie odpowiedniego dostępu naczyniowego – tzw. „linii życia” – jest jednym z kluczowych elementów bezpieczeństwa pacjentów hemodializowanych. Jakość dostępu bezpośrednio wpływa na skuteczność leczenia, ryzyko powikłań oraz komfort życia chorych. Pod koniec 2025 roku w Wojewódzkim Szpitalu Wielospecjalistycznym im. dr. Jana Jonstona w Lesznie uruchomiono ośrodek dostępów naczyniowych, który ma istotnie wzmocnić opiekę nad pacjentami z regionu.
Nowy ośrodek powstał we współpracy z doświadczonymi specjalistami, w tym chirurgiem naczyniowym, i docelowo będzie wykonywał około 50 zabiegów wytworzenia przetoki tętniczo-żylnej miesięcznie.

Dializa ratuje życie

Przewlekła choroba nerek może dotyczyć ponad 4,7 mln Polaków, z czego około 21 tysięcy wymaga regularnych dializ. Dializa to procedura ratująca życie, polegająca na oczyszczaniu krwi z toksyn, nadmiaru wody i produktów przemiany materii za pomocą tzw. „sztucznej nerki”. Jedna sesja hemodializy trwa minimum cztery godziny i musi być wykonywana trzy razy w tygodniu.

Fundament skutecznej hemodializy

Z punktu widzenia bezpieczeństwa i skuteczności leczenia preferowanym dostępem naczyniowym u pacjentów hemodializowanych jest przetoka tętniczo-żylna (AVF – arteriovenous fistula). Powstaje ona w wyniku chirurgicznego połączenia tętnicy z żyłą, najczęściej w obrębie przedramienia lub ramienia. Dzięki temu żyła poszerza się i wzmacnia, umożliwiając wielokrotne i bezpieczne nakłucia.

Zgodnie z rekomendacjami Polskiego Towarzystwa Nefrologicznego co najmniej 80% pacjentów dializowanych powinno korzystać z przetoki tętniczo-żylnej. Tymczasem w Polsce odsetek ten wynosi około 52%. Jednocześnie obserwuje się niepokojący wzrost liczby pacjentów dializowanych z wykorzystaniem cewników naczyniowych, które wiążą się z wyższym ryzykiem zakażeń i powikłań.

Dostęp naczyniowy to fundament leczenia nerkozastępczego. Bez niego dializa nie jest możliwa, a jego jakość bezpośrednio wpływa na bezpieczeństwo pacjenta, skuteczność terapii i jakość życia – podkreśla prof. dr hab. Rajmund Michalski, prezes Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Moje Nerki.

Odpowiedź na realne potrzeby regionu

Nowy ośrodek w Lesznie ma zapewnić kompleksową, specjalistyczną opiekę pacjentom z miasta oraz okolicznych powiatów. Placówka już rozpoczęła działalność i przygotowuje się do zwiększenia skali świadczonych usług.

Do współpracy zaproszono doświadczonych specjalistów, w tym chirurga naczyniowego lek. med. Jakuba Turka, co pozwala budować ośrodek oparty na wysokich kompetencjach oraz interdyscyplinarnej współpracy.

– Tworzenie ośrodka dostępów naczyniowych to odpowiedź na realne potrzeby pacjentów w naszym regionie. Chcemy, aby chorzy mogli korzystać z niezbędnych procedur blisko miejsca zamieszkania, bez konieczności poszukiwania pomocy w odległych ośrodkach – mówi Anna Jackowska, dyrektor Wojewódzkiego Szpitala Wielospecjalistycznego w Lesznie.

Współpraca systemowa kluczem do rozwoju

Uruchomienie ośrodka było możliwe dzięki kontraktowi z Narodowym Funduszem Zdrowia, który finansuje procedury związane z dostępem naczyniowym. To przykład skutecznej współpracy pomiędzy szpitalem, płatnikiem publicznym oraz środowiskiem medycznym.

To duży sukces szpitala w Lesznie i realna pomoc dla pacjentów dializowanych. W imieniu pacjentów dziękuję Pani Dyrektor Annie Jackowskiej za podjętą inicjatywę oraz Panu Pawłowi Kurzakowi, Dyrektorowi Wielkopolskiego Oddziału Wojewódzkiego NFZ, za zrozumienie wagi tego projektu i wsparcie jego realizacji – komentuje Jakub Janiak, przewodniczący Nefron, członek Pracodawców dla Zdrowia oraz Dyrektor Zarządzający Fresenius NephroCare Polska, prowadzącej sieć 69 ośrodków dializ w całej Polsce.

Dalszy rozwój ośrodka oraz pełne zabezpieczenie potrzeb pacjentów z regionu będzie zależeć od skali finansowania świadczeń. Już dziś jednak projekt pokazuje, że systemowe wzmocnienie opieki nad osobami dializowanymi jest możliwe, gdy wszystkie strony działają wspólnie.

Źródło: inf pras

Choć większość kierowców wozi w samochodzie apteczkę z własnej inicjatywy, polskie przepisy od lat nie nakładają takiego obowiązku na właścicieli prywatnych aut osobowych. To ma się zmienić. Ministerstwo Infrastruktury przygotowało projekt rozporządzenia, zgodnie z którym wszystkie nowe samochody osobowe rejestrowane po raz pierwszy po 31 marca 2027 r. będą musiały być wyposażone w apteczkę pierwszej pomocy. Zmiana nie obejmie pojazdów już poruszających się po drogach, ale może wyznaczyć nowy standard bezpieczeństwa i zbliżyć Polskę do rozwiązań obowiązujących w wielu krajach Europy.
Projekt nowelizacji rozporządzenia w sprawie warunków technicznych pojazdów oraz zakresu ich niezbędnego wyposażenia przewiduje obowiązek wyposażania w apteczkę wyłącznie samochodów osobowych kategorii M1 rejestrowanych po raz pierwszy po 31 marca 2027 r. Oznacza to, że obecni właściciele aut nie będą zobowiązani do dokupowania apteczek ani dostosowywania swoich pojazdów do nowych przepisów.

Ministerstwo podkreśla, że rozwiązanie ma poprawić dostępność środków pierwszej pomocy w sytuacjach nagłych, jednocześnie nie generując dodatkowych kosztów dla milionów kierowców korzystających już z zarejestrowanych pojazdów.

Dlaczego właśnie teraz?

Dyskusja o obowiązkowych apteczkach trwa w Polsce od lat. Obecnie prywatny samochód osobowy musi być wyposażony jedynie w gaśnicę i trójkąt ostrzegawczy. Apteczki są natomiast obowiązkowe m.in. w autobusach, taksówkach, pojazdach nauki jazdy oraz niektórych pojazdach wykorzystywanych do przewozu osób.

Zdaniem resortu infrastruktury powszechnie dostępna apteczka może zwiększyć szanse na udzielenie skutecznej pierwszej pomocy jeszcze przed przyjazdem zespołów ratownictwa medycznego. W przypadku ciężkich obrażeń pierwsze minuty po wypadku często decydują o przeżyciu poszkodowanego.

Co znajdzie się w apteczce?

Projekt rozporządzenia nie określa szczegółowego wyposażenia apteczki. To jedna z kwestii, która już wzbudza dyskusję.

Najbardziej prawdopodobnym rozwiązaniem jest przyjęcie standardu zgodnego z niemiecką normą DIN 13164, która obowiązuje lub jest rekomendowana w wielu państwach europejskich. Typowa apteczka spełniająca tę normę zawiera m.in.:

Eksperci od pierwszej pomocy od lat zwracają uwagę, że równie ważne jak wyposażenie jest umiejętne korzystanie z zawartości apteczki.

To nie tylko sprzęt, ale także edukacja

Samo wyposażenie samochodu w apteczkę nie sprawi automatycznie, że wzrośnie liczba skutecznie udzielanych interwencji. Badania dotyczące pierwszej pomocy pokazują, że jedną z największych barier pozostaje brak pewności siebie i obawa przed popełnieniem błędu.

Ratownicy medyczni od lat podkreślają, że podstawowe czynności, takie jak tamowanie krwotoków, zabezpieczenie ran czy użycie koca termicznego, mogą mieć ogromne znaczenie przed przyjazdem służb ratunkowych. Dlatego wraz z nowymi przepisami coraz częściej pojawiają się postulaty, aby większy nacisk położyć również na edukację kierowców z zakresu pierwszej pomocy.

Polska zbliża się do europejskich standardów

Obowiązkowe wyposażenie samochodów w apteczki funkcjonuje już od wielu lat w licznych państwach Europy, m.in. w Niemczech, Austrii, Czechach czy na Słowacji. W wielu przypadkach przepisy określają również minimalny zakres wyposażenia oraz termin ważności poszczególnych elementów.

Polska należała dotychczas do grupy państw, które nie wymagały posiadania apteczki w prywatnym samochodzie osobowym. Planowana zmiana oznacza stopniowe dostosowanie krajowych przepisów do rozwiązań stosowanych w innych państwach europejskich.

Projekt jest jeszcze na etapie konsultacji

Na razie przepisy nie zostały przyjęte. Projekt znajduje się w procesie legislacyjnym i podlega konsultacjom publicznym. Jeżeli zostanie uchwalony w obecnym kształcie, nowe wymagania obejmą wyłącznie samochody osobowe rejestrowane po raz pierwszy od 31 marca 2027 r.

Niezależnie od ostatecznego brzmienia rozporządzenia, kierunek zmian wydaje się czytelny – państwo chce zwiększyć dostępność podstawowych środków pierwszej pomocy na drogach. Dla kierowców oznacza to przede wszystkim niewielką zmianę w wyposażeniu nowych pojazdów, ale potencjalnie dużą korzyść dla bezpieczeństwa uczestników ruchu drogowego w sytuacjach, gdy liczy się każda minuta.

Źródło: Gov.pl

Ministerstwo Zdrowia kontynuuje rozmowy z samorządem lekarskim na temat reform systemu ochrony zdrowia. Podczas spotkania z przedstawicielami Naczelnej Rady Lekarskiej omawiano m.in. projekt ustawy o zawodzie lekarza, cyfryzację ochrony zdrowia, organizację pracy medyków oraz propozycje dotyczące wynagrodzeń. Resort podkreśla, że kierunek zmian pozostaje niezmienny i ma służyć przede wszystkim poprawie bezpieczeństwa pacjentów.
W spotkaniu uczestniczyli minister zdrowia Jolanta Sobierańska-Grenda, wiceministrowie: Katarzyna Kacperczyk, Katarzyna Kęcka i Tomasz Maciejewski oraz dyrektorzy departamentów odpowiedzialni za omawiane procesy legislacyjne. Rozmowy dotyczyły m.in. projektu ustawy o zawodzie lekarza, cyfryzacji ochrony zdrowia, w tym rozwiązań zwiększających transparentność kolejek i zapisów na świadczenia, a także propozycji dotyczących wynagrodzeń i organizacji pracy w publicznym systemie ochrony zdrowia.

– Zmiany są niezbędne. To zapowiadałam i absolutnie zdania nie zmieniam. Potrzebujemy limitów zarobków, czyli maksymalnej stawki godzinowej wynoszącej 240 złotych oraz wymogu zatrudnienia na co najmniej pół etatu w jednym miejscu. Te kwestie nie budziły dziś większych emocji – byliśmy co do nich zgodni. Podkreślam jednak, że wszystkie rozwiązania wypracowywane w resorcie mają charakter propacjencki – podkreśla  minister zdrowia.

W trakcie spotkania rozmawiano również o uporządkowaniu zasad zatrudniania w ochronie zdrowia. Dyskusja objęła m.in. zasady zatrudniania lekarzy, w tym uporządkowanie umów B2B poprzez stworzenie jednolitych i transparentnych standardów ich zawierania, a także kwestie organizacji pracy, kontraktowania świadczeń oraz stabilności finansowej szpitali.

 Porządkujemy system dalej. Nie ma naszej zgody na mechanizmy, które destabilizują publiczną ochronę zdrowia, w tym na sytuacje, w których szpitale zawierają umowy ze spółkami. Publiczna ochrona zdrowia musi opierać się na przejrzystych zasadach i uczciwej konkurencji – podkreśla minister.

Uczestnicy spotkania uzgodnili również dalszą współpracę. Zapowiedzieli powołanie zespołu, na którego czele stanie wiceminister Tomasz Maciejewski. Zespół będzie prowadził prace nad rozwiązaniami dotyczącymi zarówno ustawy o izbach lekarskich, jak i ustawy o zawodzie lekarza, stanowiąc forum dalszego dialogu między resortem a samorządem lekarskim.

 Jestem przekonana, że lekarzom, podobnie jak nam, zależy na odbudowie zaufania do publicznej ochrony zdrowia, jasnych zasadach funkcjonowania systemu, a przede wszystkim na bezpieczeństwie pacjentów. Jesteśmy natomiast otwarci na rozmowę o tym, jak te zmiany wdrożyć w sposób odpowiedzialny –  podkreśla minister.

Ministerstwo Zdrowia podtrzymuje gotowość do dalszych rozmów ze środowiskiem lekarskim, jednocześnie konsekwentnie realizując działania służące budowie nowoczesnego, przejrzystego i stabilnego systemu ochrony zdrowia.

Źródło: MZ
Foto: MZ

Innowacyjne technologie zmieniają sposób ochrony pacjentów zagrożonych nagłym zgonem sercowym. Coraz częściej celem nie jest możliwie szybkie wszczepienie kardiowertera-defibrylatora (ICD), lecz wybór optymalnej strategii leczenia. O roli kamizelki defibrylującej i znaczeniu międzynarodowej współpracy towarzystw naukowych rozmawiamy z prof. Robertem Gilem, past prezesem Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego.
 
Jak rozpoczęła się współpraca Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego z British Cardiovascular Society?

Prof. Robert Gil: Współpraca z British Cardiovascular Society jest naturalną konsekwencją naszych wcześniejszych projektów prowadzonych z włoskim towarzystwem ANMCO w obszarze zapobiegania nagłemu zgonowi sercowemu. Dziś wspólnie wymieniamy doświadczenia i pracujemy nad rozwiązaniami, które pozwalają szybciej wdrażać innowacyjne metody zapobiegania nagłemu zgonowi sercowemu do praktyki klinicznej.

Podczas sesji na czerwcowej konferencji The British Cardiovascular Society wiele mówiono o różnicach w kwalifikacji pacjentów do implantacji kardiowerterów-defibrylatorów (ICD) w różnych krajach Europy. Z czego one wynikają?

Różnice wynikają przede wszystkim z odmiennego podejścia do kwalifikacji pacjentów do różnych procedur medycznych. W Polsce lekarze opierają się głównie na obowiązujących rekomendacjach, które dają poczucie bezpieczeństwa zarówno lekarzowi, jak i pacjentowi. W efekcie częściej zapada decyzja o implantacji ICD. Z kolei w Wielkiej Brytanii większy nacisk kładzie się na wspólne podejmowanie decyzji z pacjentem i rozważenie wszystkich dostępnych możliwości leczenia. To pokazuje, że nowoczesna kwalifikacja nie polega na szybszym wszczepieniu urządzenia, ale na wyborze najlepszego rozwiązania dla konkretnego pacjenta.

Podczas tej samej sesji wiele mówiono również o kamizelce defibrylującej jako rozwiązaniu, które może zmienić sposób kwalifikacji pacjentów do implantacji ICD. Na czym polega ta zmiana?

Kamizelka defibrylująca daje lekarzowi czas na podjęcie właściwej decyzji. To nieinwazyjna technologia niewymagająca implantacji, a więc rozwiązanie odwracalne. Dzięki niej możemy ocenić skuteczność prowadzonego procesu leczenia i dopiero wtedy zdecydować, czy pacjent po 2–3 miesiącach terapii rzeczywiście wymaga trwałej implantacji ICD.

To bardzo ważna zmiana, ponieważ obowiązujące wskazania do implantacji ICD powstały ponad 20 lat temu. Od tego czasu diagnostyka, farmakoterapia i rehabilitacja kardiologiczna znacząco się rozwinęły. Dziś u części pacjentów możemy więc bezpiecznie odroczyć decyzję o implantacji, a niekiedy całkowicie jej uniknąć.

Czy kamizelka defibrylująca może ograniczyć liczbę implantacji ICD?

Jak wspomniałem, kamizelka defibrylująca daje lekarzowi czas na podjęcie właściwej decyzji. Daje nam szansę na skuteczne leczenie pacjenta i czas, aby ocenić, czy pacjent nadal spełnia wskazania do implantacji ICD. Dzięki temu możemy uniknąć pochopnych implantacji, dla których jeszcze do niedawna nie było realnej alternatywy klinicznej. U części chorych funkcja serca poprawia się na tyle, że implantacja ICD nie jest już konieczna. Korzystają na tym zarówno pacjenci, jak i system ochrony zdrowia, ponieważ unikamy niepotrzebnych zabiegów oraz związanych z nimi powikłań i kosztów.

Czy z tej technologii można dziś w Polsce korzystać w sposób optymalny?

Jeszcze nie. Obecny model wymaga każdorazowo uzyskania indywidualnej zgody płatnika publicznego, co wydłuża proces i stanowi dodatkowe obciążenie dla ośrodków. Procedurę można uprościć, aby ułatwić lekarzom i pacjentom dostęp do tej technologii.

Jednocześnie nie spotkałem się z przypadkiem, aby szpital, który złożył wniosek dotyczący pacjenta spełniającego wskazania do zastosowania kamizelki defibrylującej, nie otrzymał zgody na jej finansowanie ze względów merytorycznych. To pokazuje, że obecny mechanizm działa, choć wymaga uproszczenia.

Polskie Towarzystwo Kardiologiczne złożyło do Ministerstwa Zdrowia wniosek o objęcie kamizelki defibrylującej finansowaniem systemowym w lutym 2023 r. 30 stycznia 2024 r. rozwiązanie uzyskało pozytywną rekomendację Prezesa Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji. Naturalnym kolejnym etapem tego procesu jest włączenie kamizelki defibrylującej do koszyka świadczeń gwarantowanych.

Równie ważna jak dostęp do technologii, jest edukacja lekarzy i pacjentów. Świadomy pacjent powinien wiedzieć, że w wielu przypadkach istnieje możliwość bezpiecznego odroczenia decyzji o implantacji ICD i ponownej oceny wskazań po zakończeniu leczenia.

Prof. dr hab. n. med. Robert J. Gil, kierownik Kliniki Kardiologii PIM MSWiA, Immediate past President of PCS, Chair of the ESC EuroAsia Task Force for 2024-2026, ESC Board Councillor for term 2026-2028, Honorary Member of the British Cardiovascular Society

Źródło: inf pras

W Ministerstwie Zdrowia przyjęta została kolejna edycja programu polityki zdrowotnej, którego celem jest zapewnienie samowystarczalności Rzeczypospolitej Polskiej w krew i jej składniki w lata 2027-2032, na ten cel resort przeznaczy kwotę ponad 130 mln złotych.

 
W 2025 roku dzięki ofiarności ponad 650 tys. Honorowych Dawców Krwi pobrano blisko 1,6 mln donacji krwi i jej składników. Jednym z nadrzędnym celów Ministra Zdrowia jest bezpieczeństwo obywateli, stąd realizacja zadania zapewnienia samowystarczalności Polski w krew i jej składniki. Zapewnienie samowystarczalności w zakresie krwi i jej składników to jedno z najważniejszych zadań systemu ochrony zdrowia, tak aby móc zagwarantować pacjentom niezbędne leczenie. Podkreśla to również Światowa Organizacja Zdrowia, która zapewnienie samowystarczalności wskazuje jako ważny cel narodowy.

Zadanie to realizowane jest poprzez utrzymanie określonej liczby donacji krwi i jej składników, utrzymanie stałej liczby świadomych Krwiodawców, w tym poprzez zwiększenie świadomości społecznej w zakresie honorowego krwiodawstwa, ale również działania nakierowane na zwiększenie świadomości zdrowego stylu życia i zdrowego sposobu odżywiania wśród Krwiodawców. Ogólnopolska kampania społeczna „Twoja krew, moje życie” skutecznie przypomina, że każde oddanie krwi jest wyrazem odpowiedzialności i solidarności z potrzebującym, chorym człowiekiem.

– Przez ostatnie lata ogólnopolska kampania społeczna „Twoja krew, moje życie” skutecznie przypominała, że każde oddanie krwi jest wyrazem odpowiedzialności, solidarności i troski o drugiego człowieka. Dziękuję za realizację tej szlachetnej misji – podkreśla minister zdrowia Jolanta Sobierańska – Grenda i dodaje: Z perspektywy Ministerstwa Zdrowia nadrzędnym celem wszystkich podejmowanych działań jest bezpieczeństwo i zdrowie obywateli. Postawiliśmy przed sobą ambitne zadanie, budowania społecznej świadomości wokół idei bezinteresownego ratowania życia poprzez honorowe krwiodawstwo.  Dlatego konsekwentnie wspieramy jej rozwój.

Krew jest bezcennym lekiem, którego pomimo usilnych, wieloletnich starań podejmowanych na całym świecie, dotychczas nie udaje się wyprodukować metodami laboratoryjnymi. Jedynym sposobem pozyskania krwi nadal jest jej oddawanie przez innych ludzi. W 2025 roku taki osób było ponad 650 tysięcy, dzięki którym pobrano blisko 1,6 mln donacji krwi i jej składników.

– Sprawne funkcjonowanie publicznej służby krwi, której filarem są Krwiodawcy, to jednak coś więcej niż tylko liczby. Każda jednostka oddanej krwi to uratowane zdrowie lub życie – mówi Magdalena Kramska, zastępczyni dyrektora w Departamencie Lecznictwa Ministerstwa Zdrowia.

Honorowi Dawcy Krwi z wyróżnieniami

„Twoja krew, moje życie” to hasło ogólnopolskiej kampanii społecznej, której kulminacyjnym punktem są obchody Światowego Dnia Krwiodawcy, który przypada 14 czerwca. Ale już dziś w Warszawie zaplanowano uroczyste podsumowanie akcji promującej honorowe krwiodawstwo.

Kampania społeczna, jak również dzisiejsza uroczystość, realizowane są w ramach programu polityki zdrowotnej Ministra Zdrowia pn. „Zapewnienie samowystarczalności Rzeczypospolitej Polskiej w krew i jej składniki na lata 2021-2026”.

– Naszym nadrzędnym celem było budowanie społecznej świadomości wokół idei ratowania życia. W realizowanej kampanii podkreślaliśmy, że Honorowy Dawca Krwi to człowiek wrażliwy na potrzeby innych, który bezinteresownie dzieli się najcenniejszym darem, własną krwią, aby nieść pomoc pacjentom wymagającym leczenia krwią lub jej składnikami. Dzisiejsze wyróżnienia to wyraz głębokiej wdzięczności dla osób, które swoją postawą udowadniają, że największą wartością jest drugi człowiek. Każdy Honorowy Dawca Krwi to filar systemu ochrony zdrowia, a ta gala jest najlepszym dowodem na to, jak wielką siłę ma społeczna solidarność – dodaje Sebastian Twaróg, Dyrektor Narodowego Centrum Krwi.

Za zaangażowanie w honorowe krwiodawstwo uhonorowanych zostanie 126 laureatów wytypowanych przez 21 RCKiK w poszczególnych kategoriach:

Wręczono będą także statuetki specjalne za szczególne zaangażowanie w promocję honorowego krwiodawstwa.

W ramach podkreślenia Światowego Dnia Krwiodawcy, obchodzonego corocznie 14 czerwca, wytypowanym przez 23 CKiK Krwiodawcom, którzy oddali co najmniej 20 litrów krwi, bądź odpowiadające tej objętości ilość jej składników wręczone zostaną odznaki wraz z legitymacją „Honorowy Dawca Krwi – Zasłużony dla Zdrowia Narodu”.

Uroczystości w Warszawie odbywają się przy udziale przedstawicieli Ministerstwa Zdrowia na czele z wiceministrami: Tomaszem Maciejewskim i Katarzyną Kęcką.

Źródło: MZ

Polski system ochrony zdrowia funkcjonuje dziś w coraz większej mierze dzięki pielęgniarkom, które osiągnęły już wiek emerytalny, wynika z najnowszego raportu Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych zaprezentowanego podczas konferencji prasowej poświęconej sytuacji kadrowej w pielęgniarstwie. Choć statystyki wskazują na niewielki wzrost liczby pielęgniarek pracujących z pacjentami, eksperci podkreślają, że poprawa ma charakter jedynie pozorny.
W 2024 roku liczba pielęgniarek pracujących z pacjentami wzrosła do 219,9 tys., czyli o 3,8 tys. więcej niż rok wcześniej. Jednak niemal cały ten wzrost zapewniły osoby po 60. roku życia. Liczba pielęgniarek w wieku emerytalnym wzrosła o 3,7 tys., co oznacza, że system coraz bardziej uzależnia się od pracy osób, które mogłyby już zakończyć aktywność zawodową.

„To nie młode kadry ratują dziś system. Ratują go pielęgniarki, które dawno mogły przejść na emeryturę. Polski system ochrony zdrowia stoi dziś na barkach kobiet, które powinny już odpoczywać po kilkudziesięciu latach pracy. W obliczu systemowego braku pielęgniarek, niewykorzystane zostają kompetencje położnych” – podkreśla Krystyna Ptok, Przewodnicząca OZZPIP.

Polska nadal daleko za Europą

Mimo niewielkiego wzrostu wskaźnika liczby pielęgniarek na 1000 mieszkańców, Polska nadal pozostaje znacząco poniżej średniej państw OECD. Obecnie wskaźnik ten wynosi około 5,8 pielęgniarki na 1000 mieszkańców, podczas gdy średnia dla porównywalnych systemów ochrony zdrowia przekracza 11 pielęgniarek.

Tempo wzrostu liczby pielęgniarek jest również ponad dwukrotnie wolniejsze niż zakładała rządowa strategia rozwoju pielęgniarstwa z 2019 roku. Eksperci alarmują, że obecna dynamika nie odpowiada rosnącym potrzebom zdrowotnym starzejącego się społeczeństwa. Od 2019 roku liczba seniorów wzrosła czterokrotnie szybciej niż liczba pielęgniarek pracujących z pacjentami.

System coraz bardziej zależny od seniorek

Już ponad jedna piąta pielęgniarek pracujących z pacjentami posiada uprawnienia emerytalne. Efektywny wiek odejścia z zawodu wynosi obecnie około 64,5 roku, podczas gdy dla ogółu kobiet w Polsce to około 60,7 roku. W praktyce oznacza to, że wiele pielęgniarek pracuje długo po osiągnięciu wieku emerytalnego, część nawet po 70. i 80. roku życia.

Eksperci zwracają uwagę, że pozostawanie pielęgniarek w zawodzie było w ostatnich latach możliwe przede wszystkim dzięki poprawie wynagrodzeń i warunków zatrudnienia. Ewentualny powrót do wcześniejszych mechanizmów płacowych może doprowadzić do gwałtownych odejść z zawodu.

„Nie wiemy, ile pielęgniarek odejdzie z pracy po zmianach płacowych. Wiemy jedno – system może tego nie wytrzymać” – podkreśla Ptok.

Deficyt pielęgniarek obejmuje już niemal cały kraj

Raport pokazuje również, że kryzys kadrowy przestał być problemem lokalnym. Według danych Barometru Zawodów w 2026 roku w niemal 300 powiatach występuje deficyt lub znaczny deficyt pielęgniarek, a w żadnym powiecie nie odnotowano nadwyżki kadrowej.

Jednocześnie pogłębiają się różnice między województwami. Regiony, które już wcześniej miały najmniej pielęgniarek, nadal rozwijają się pod tym względem wolniej niż średnia krajowa.

Więcej studentów nie rozwiązuje problemu

Choć rekordowa liczba osób rozpoczęła studia pielęgniarskie, znaczna część nie dociera do końca kształcenia. Coraz większą grupę nowych osób uzyskujących prawo wykonywania zawodu stanowią także osoby w wieku 35-50 lat, które będą pracować znacznie krócej niż młode kadry rozpoczynające karierę zawodową po studiach.

„Nie wystarczy otworzyć kierunków studiów. Trzeba jeszcze doprowadzić studentów do zawodu i zatrzymać ich w systemie” – wskazuje przewodnicząca OZZPIP.

Medycyna się rozwija – a system nadal liczy pielęgniarki jak 20 lat temu

Nowoczesna medycyna skraca czas hospitalizacji, ale jednocześnie znacząco zwiększa liczbę, intensywność i złożoność procedur wykonywanych każdego dnia przez pielęgniarki. Pacjenci trafiają dziś do szpitali w cięższym stanie niż jeszcze kilkanaście lat temu: są starsi, wielochorobowi i wymagają stałego monitorowania oraz bardziej zaawansowanej opieki. Coraz większa część leczenia odbywa się poza szpitalem: w domu pacjenta, opiece długoterminowej, środowiskowej i ambulatoryjnej. To również wymaga obecności pielęgniarek i zwiększa obciążenie systemu.

„Rozwój nowych technologii i terapii nie zmniejsza zapotrzebowania na pielęgniarki. Przeciwnie, wymaga wyższych kompetencji, większej odpowiedzialności i większej ilości czasu poświęcanego pacjentowi. Obecne normy zatrudnienia oraz wyceny świadczeń nadal opierają się głównie na liczbie łóżek lub pacjentów, a nie na rzeczywistym czasie i poziomie trudności pracy pielęgniarki. System nadal nie uwzględnia faktu, że jedna pielęgniarka wykonuje dziś znacznie więcej czynności medycznych, administracyjnych i koordynacyjnych niż jeszcze 20 lat temu. W praktyce oznacza to rosnące przeciążenie personelu, mniej czasu dla pacjenta i coraz większe ryzyko błędów oraz wypalenia zawodowego” – mówi Katarzyna Tymińska, pielęgniarka z 40-letnim stażem pracy na oddziale kardiochirurgii dziecięcej.

Pacjenci już odczuwają skutki kryzysu

Niedobory pielęgniarek przekładają się bezpośrednio na bezpieczeństwo pacjentów. W wielu placówkach personel pracuje w warunkach przeciążenia, pojawiają się jednoosobowe dyżury, nieobsadzone minimalne normy zatrudnienia oraz ograniczony czas dla pacjentów. Rosną także ryzyko błędów medycznych i wypalenia zawodowego personelu.

„Braki pielęgniarek to nie problem statystyczny. To problem bezpieczeństwa pacjentów. Sytuacja jest trudna na wielu oddziałach, a dramatyczna na oddziałach psychiatrycznych. Bez norm zatrudnienia niestety nagminnie obsady są za małe i zdarzają się nawet te jednoosobowe” – mówi Jolanta Januszczak, pielęgniarka psychiatryczna.

„Pielęgniarka jest często pierwszą osobą, z którą mamy styczność, kiedy jesteśmy przyjmowani na oddział czy w innych miejscach, np. centrach zdrowia psychicznego. Dla bezpieczeństwa pacjentów wystarczająca ilość pielęgniarek jest gwarantem bezpieczeństwa” – mówi Norbert Bolek z Fundacji eFkropka.

„Dla pacjenta nie ma znaczenia, czy pielęgniarka pracuje w szpitalu, domu opieki czy opiece środowiskowej. Ważne jest, żeby ktoś był obok wtedy, gdy potrzebuje profesjonalnej pomocy. Tymczasem w opiece długoterminowej brakuje dziś pielęgniarek dramatycznie, a personel jest skrajnie przeciążony. Społeczeństwo starzeje się coraz szybciej, liczba osób wymagających codziennej opieki rośnie z roku na rok, a już dziś brakuje ludzi do jej zapewnienia. Musimy pamiętać, że pielęgniarki są potrzebne nie tylko przy szpitalnym łóżku, ale także w domach pacjentów, zakładach opiekuńczych i całym, szeroko pojętym systemie opieki długoterminowej” – mówi Tomasz Michałek z Koalicji „Na pomoc niesamodzielnym”.

Polska bez długofalowej strategii

Podczas, gdy kraje takie jak Niemcy, Norwegia czy Szwajcaria wdrażają wieloletnie strategie zabezpieczenia kadr pielęgniarskich nawet do 2040 roku, w Polsce nadal brakuje aktualizacji polityki kadrowej i kompleksowego planu działań. OECD, WHO oraz Komisja Europejska coraz częściej alarmują o pogłębiającym się kryzysie pielęgniarskim w Europie.

Autorzy raportu apelują o pilne wdrożenie działań naprawczych obejmujących m.in. poprawę warunków pracy, rozwój ścieżek kariery, skuteczne programy mentoringowe dla młodych pielęgniarek oraz długofalowe planowanie kadr medycznych. – „Koniecznie musimy dokonać przeglądu i aktualizacji norm pracy, tak aby odpowiadały realnym procedurom wykonywanym na oddziałach” – apelowała Dorota Ronek, wiceprezes OZZPIP.

Raport kadrowy pielęgniarek i położnych ma na celu zwrócenie uwagi opinii publicznej i decydentów na rzeczywistą skalę kryzysu kadrowego w pielęgniarstwie oraz jego konsekwencje dla bezpieczeństwa zdrowotnego obywateli.

Raport „Analizy kadrowe pielęgniarek – aktualizacja” wskazuje jednoznacznie: bez systemowych działań Polska w najbliższych latach może stanąć wobec dramatycznego pogłębienia kryzysu kadrowego w ochronie zdrowia.

Źródło: OZZPiP

Rząd przyjął projekt nowelizacji ustawy o prawach pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta, określany jako „Lex Szarlatan”. Nowe przepisy mają wzmocnić ochronę pacjentów przed pseudomedycyną, fałszywymi terapiami i medyczną dezinformacją rozpowszechnianą m.in. w internecie i mediach społecznościowych. Rzecznik Praw Pacjenta otrzyma nowe uprawnienia umożliwiające szybsze reagowanie na niebezpieczne praktyki, w tym możliwość wydawania ostrzeżeń publicznych i natychmiastowego wstrzymywania działań zagrażających zdrowiu pacjentów. Projekt przewiduje również wysokie kary finansowe dla podmiotów naruszających zbiorowe prawa pacjentów.
Nowe przepisy mają skuteczniej chronić pacjentów przed pseudomedycyną, dezinformacją i działalnością osób podszywających się pod specjalistów medycznych. Zmiany odpowiadają na problem oferowania niesprawdzonych terapii, które mogą odciągać pacjentów od skutecznej diagnostyki i leczenia zgodnego z aktualną wiedzą medyczną.

– Zaufanie do systemu ochrony zdrowia musimy budować w oparciu o zapewnienie bezpieczeństwa pacjentom. Nie ma naszego przyzwolenia dla pseudonaukowych eksperymentów, które żerują na strachu i bezradności. Współczesna medycyna musi opierać się na faktach, aktualnej wiedzy naukowej i doświadczeniu specjalistów, a nie na manipulacji czy oszustwie. Przyjęte dziś przez rząd przepisy to potężne narzędzie do walki z pseudomedycyną i dezinformacją, które zagrażają życiu Polek i Polaków. Dzięki tym zmianom przywrócimy w ochronie zdrowia jasne zasady i uczciwość – podkreśla minister zdrowia Jolanta Sobierańska-Grenda.

Silniejsze kompetencje Rzecznika Praw Pacjenta

Nowelizacja wzmacnia kompetencje Rzecznika Praw Pacjenta, który będzie mógł szybciej reagować na nielegalne i niebezpieczne praktyki, także wobec podmiotów działających bez wymaganych wpisów do rejestru. Zyska możliwość wydawania ostrzeżeń publicznych oraz decyzji tymczasowych nakazujących natychmiastowe wstrzymanie szkodliwych działań jeszcze przed zakończeniem postępowania. Wzmocniona zostaje także jego rola w postępowaniach cywilnych dotyczących naruszeń praw pacjenta, w tym spraw związanych ze śmiercią pacjenta.

Projekt przewiduje też wyższe kary – do 1 mln zł za naruszanie zbiorowych praw pacjentów oraz do 100 tys. zł za brak współpracy z Rzecznikiem. Kary będą mogły być nakładane także wtedy, gdy działalność zostanie zakończona tuż przed wydaniem decyzji.

– Dziś szarlatani wykorzystują nowe technologie i serwisy społecznościowe, aby manipulować lękiem, bezradnością i nadzieją pacjentów szukających pomocy. Szerzona przez nich pseudowiedza prowadzi do chaosu, utraty zdrowia i oszustw opartych na fałszywej nadziei. Państwo nie może być bierne wobec tych, którzy zarabiają na dezinformacji medycznej. Nowe przepisy pozwolą mocniej stanąć po stronie pacjentów i ich rodzin, będących ofiarami oszustw medycznych. Lex Szarlatan to ochrona obywateli, oparta na wiedzy, odpowiedzialności i prawie do rzetelnej informacji – dodaje Bartłomiej Chmielowiec, Rzecznik Praw Pacjenta.

Ważnym elementem nowych przepisów jest jasne rozdzielenie działalności legalnej od praktyk szkodliwych. Projekt nie ogranicza takich aktywności jak zielarstwo, kosmetologia, podologia, joga czy masaż. Ustawa uderza wyłącznie w sytuacje, w których niesprawdzonym metodom przypisuje się bezpodstawnie działanie lecznicze lub gdy ich promowanie nakłania chorych do rezygnacji z diagnostyki i konwencjonalnych terapii.

– Nie możemy pozwalać, by fałszywe autorytety budowały zasięgi kosztem ludzkiego życia. Walka z dezinformacją to fundament nowoczesnego systemu ochrony zdrowia opartego na zaufaniu i faktach. Chroniąc pacjentów przed dezinformacją i oszustwem, nie tylko chronimy ich zdrowie i życie, ale także przywracamy wiarę w skuteczną medycynę – mówi wiceminister zdrowia Katarzyna Kęcka.

Nowe przepisy mają wejść w życie po 3 miesiącach od ich ogłoszenia. Dzięki nim pacjenci zyskają realne wsparcie w walce z nieuczciwymi praktykami, a Rzecznik Praw Pacjenta – skuteczne  narzędzia, by stać na straży ich życia i zdrowia.

Źródło: gov.pl
Foto: gov.pl

Debata o tym, kto może wykonywać zabiegi z zakresu medycyny estetyczno-naprawczej, od lat budzi emocje zarówno w środowisku medycznym, jak i wśród pacjentów. Rosnąca popularność iniekcji, laserów i procedur „naprawczych” sprawiła, że rynek wypełniły kursy, szkolenia i certyfikaty obiecujące szybkie wejście w świat zabiegów o wysokim stopniu ingerencji. Najnowszy komunikat Ministerstwo Zdrowia jednoznacznie porządkuje ten obszar i stawia wyraźną granicę, której przekraczać nie wolno.
Resort zdrowia nie pozostawia wątpliwości. Procedury takie jak podawanie toksyny botulinowej, kwasu hialuronowego, osocza bogatopłytkowego, zabiegi iniekcyjne czy stosowanie zaawansowanych technologii laserowych są świadczeniami zdrowotnymi. Oznacza to, że mogą być wykonywane wyłącznie przez lekarzy posiadających prawo wykonywania zawodu oraz odpowiednie certyfikaty potwierdzające nabycie konkretnych umiejętności zawodowych. Ukończenie kursu czy szkolenia, nawet potwierdzone certyfikatem, nie nadaje takich uprawnień osobom spoza zawodu lekarza.

W komunikacie podkreślono, że medycyna estetyczno-naprawcza od lat stanowi element programów specjalizacyjnych m.in. w dermatologii i wenerologii oraz chirurgii plastycznej. Jej wykonywanie nie ogranicza się do samej techniki zabiegowej. Wymaga przeprowadzenia badania podmiotowego i przedmiotowego, kwalifikacji pacjenta, wykluczenia przeciwwskazań, prowadzenia dokumentacji medycznej oraz gotowości do natychmiastowego leczenia ewentualnych powikłań. To właśnie ten ostatni element, często pomijany w marketingowych przekazach, decyduje o medycznym charakterze tych procedur.

„Procedury medycyny estetyczno-naprawczej są świadczeniami zdrowotnymi o dużym ryzyku wystąpienia powikłań, zagrożenia życia lub zdrowia, dlatego podlegają regulacji przez Ministra Zdrowia” – wskazano w komunikacie podpisanym przez Katarzyna Kęcka. Ten fragment jasno pokazuje, że nie chodzi o administracyjne porządkowanie rynku, lecz o realne ryzyko kliniczne.

Ministerstwo szczegółowo zwraca uwagę na możliwe konsekwencje nieprawidłowo wykonanych zabiegów. Iniekcje wypełniaczy czy toksyny botulinowej, podobnie jak użycie wysokoenergetycznych laserów, mogą prowadzić do powikłań miejscowych i ogólnoustrojowych. Wśród nich wymieniane są m.in. stany zapalne, martwica tkanek, a w skrajnych przypadkach zagrożenie zdrowia lub życia pacjenta. Dlatego kluczowe znaczenie ma fakt, że osoba wykonująca zabieg musi posiadać uprawnienia do wdrożenia leczenia powikłań oraz ponosić pełną odpowiedzialność medyczną i prawną za cały proces, od kwalifikacji pacjenta po interwencję w sytuacjach niepożądanych. Udzielanie takich świadczeń jest działalnością leczniczą w rozumieniu ustawy i może odbywać się wyłącznie w zarejestrowanych podmiotach wykonujących działalność leczniczą.

W tym kontekście resort jednoznacznie wskazuje, że kosmetyczki i kosmetolodzy są osobami nieuprawnionymi do wykonywania procedur medycyny estetyczno-naprawczej. Dotyczy to także tych, którzy ukończyli liczne kursy czy szkolenia. Certyfikaty te jedynie potwierdzają udział w szkoleniu i nie nadają żadnych uprawnień do wykonywania zabiegów medycznych. Ministerstwo podkreśla, że procedury będące elementem programów specjalizacyjnych lekarzy nie mogą jednocześnie stanowić przedmiotu kształcenia innych zawodów, ponieważ wymagają kompetencji właściwych wyłącznie dla zawodu lekarza.

Komunikat precyzuje również zakres procedur zastrzeżonych dla lekarzy. Minimalny standard certyfikacji umiejętności zawodowej medycyny estetyczno-naprawczej obejmuje m.in. zabiegi z użyciem toksyny botulinowej, kwasu hialuronowego, kwasu polimlekowego, hydroksyapatytu wapnia, nici medycznych, skleroterapię, lipotransfer, lipolizę iniekcyjną, peelingi medyczne średniogłębokie i głębokie oraz stosowanie zaawansowanych urządzeń medycznych, w tym laserów wysokoenergetycznych i technologii HIFU. Jednocześnie zaznaczono, że poza tym zakresem pozostają zabiegi o niskim ryzyku powikłań, takie jak mezoterapia mikroigłowa czy procedury wykonywane na urządzeniach dopuszczonych przez producentów do użytku przez osoby inne niż lekarze.

W tle całego stanowiska wyraźnie wybrzmiewa jeden priorytet. Bezpieczeństwo pacjentów. Ministerstwo Zdrowia podkreśla, że granica pomiędzy medycyną estetyczno-naprawczą a kosmetologią estetyczną wynika bezpośrednio z poziomu ryzyka oraz konieczności posiadania kompetencji do leczenia powikłań. Resort zaznacza również, że nie reguluje zawodów niemedycznych, takich jak kosmetolog czy kosmetyczka. Jego kompetencje ograniczają się do zawodów medycznych oraz działalności leczniczej.

Ten komunikat zamyka wiele interpretacyjnych luk, które przez lata funkcjonowały na rynku. Dla pacjentów jest sygnałem ostrzegawczym, by uważnie sprawdzać, kto i w jakich warunkach wykonuje zabiegi ingerujące w zdrowie. Dla środowiska medycznego to potwierdzenie, że estetyka, gdy wkracza w obszar procedur o wysokim ryzyku, pozostaje medycyną, a nie usługą kosmetyczną.

Źródło: Ministerstwo Zdrowia

Pomysł skrócenia stażu podyplomowego lekarzy i lekarzy dentystów powrócił do debaty publicznej w momencie, gdy system ochrony zdrowia w Polsce mierzy się jednocześnie z deficytem kadr, masowym kształceniem przyszłych lekarzy oraz rosnącymi oczekiwaniami wobec jakości i bezpieczeństwa świadczeń. Propozycja Ministerstwa Zdrowia, zakładająca skrócenie stażu o pół roku, a w dalszej perspektywie przeniesienie całego przygotowania praktycznego na etap studiów, spotkała się ze zdecydowanym sprzeciwem środowiska lekarskiego.
Ogólnopolski Związek Zawodowy Lekarzy nie pozostawia wątpliwości co do wagi problemu. W swoim stanowisku podkreśla, że staż podyplomowy jest kluczowym momentem wejścia młodego lekarza do zawodu, stanowiąc realne przejście od teorii do samodzielnej odpowiedzialności klinicznej. To właśnie w tym okresie absolwenci uczelni medycznych uczą się podejmowania decyzji diagnostycznych i terapeutycznych w warunkach rzeczywistej pracy szpitalnej, funkcjonowania w zespołach terapeutycznych oraz rozumienia mechanizmów działania systemu ochrony zdrowia. Jak zaznacza OZZL, nawet najbardziej rozbudowany program studiów, w tym szósty rok o charakterze praktycznym, nie jest w stanie zastąpić doświadczenia zdobywanego podczas stażu.

Związek zwraca uwagę na fundamentalny problem jakości kształcenia praktycznego na etapie studiów. W wielu ośrodkach zajęcia kliniczne nadal odbywają się w zbyt licznych grupach, co ogranicza możliwość realnego kontaktu z pacjentem i samodzielnego wykonywania procedur medycznych. Znaczna część nauczania praktycznego opiera się na symulacjach i egzaminach, które choć cenne dydaktycznie, nie odzwierciedlają w pełni realiów pracy klinicznej. Dodatkowo, wraz z otwieraniem kolejnych wydziałów lekarskich, narasta deficyt kadry dydaktycznej i brak odpowiedniej infrastruktury, co wprost przekłada się na obniżenie jakości szkolenia.

W tym kontekście skrócenie lub likwidacja stażu podyplomowego nie jawi się jako reforma podnosząca standardy, lecz jako ryzykowny eksperyment systemowy. Staż pełni bowiem również funkcję bufora bezpieczeństwa dla pacjentów. Młody lekarz pracuje w warunkach zwiększonego nadzoru, ma możliwość konsultowania wątpliwości i uczenia się na błędach w kontrolowanym środowisku. Rezygnacja z tego etapu oznaczałaby przeniesienie pełnej odpowiedzialności na osoby o niewystarczającym doświadczeniu klinicznym, co niesie ze sobą realne ryzyko wzrostu liczby błędów medycznych i zdarzeń niepożądanych, a także chaos organizacyjny w placówkach ochrony zdrowia.

Nie mniej istotny jest aspekt rozwoju zawodowego. Staż podyplomowy daje młodym lekarzom możliwość świadomego wyboru specjalizacji poprzez realne sprawdzenie własnych predyspozycji w różnych dziedzinach medycyny. Ograniczenie tego etapu może prowadzić do przypadkowych decyzji specjalizacyjnych, podejmowanych bez wystarczającego doświadczenia i refleksji, co w dłuższej perspektywie może negatywnie odbić się na stabilności kadr medycznych.

Szczególny niepokój OZZL budzą motywacje stojące za powrotem tej koncepcji. Jak podkreśla Grażyna Cebula-Kubat, przewodnicząca Ogólnopolski Związek Zawodowy Lekarzy, „Z niepokojem odbieramy sygnały, że powrót do tej koncepcji motywowany jest przede wszystkim względami finansowymi oraz trudnościami organizacyjnymi wynikającymi z masowego kształcenia lekarzy. Oszczędności nie mogą być jednak realizowane kosztem jakości kształcenia i bezpieczeństwa zdrowotnego pacjentów”. W dalszej części dodaje: „Próbę skrócenia stażu podyplomowego odbieramy jako jawną dyskryminację zawodu lekarza, tym bardziej, że Ministerstwo Zdrowia przekazuje wysokie dotacje dla niektórych zawodów medycznych na mentoring dla absolwentów po ukończeniu studiów”.

Ten fragment stanowiska odsłania głębszy problem polityki kadrowej państwa. Z jednej strony system dopuszcza masowe kształcenie lekarzy bez zapewnienia odpowiednich warunków praktycznej nauki zawodu, z drugiej poszukuje oszczędności poprzez skracanie kluczowych etapów przygotowania zawodowego. W tym sensie propozycja Ministerstwa Zdrowia wpisuje się w szerszy kryzys planowania i koordynacji polityki zdrowotnej, w której krótkoterminowe cele finansowe zaczynają dominować nad długofalowym myśleniem o jakości i bezpieczeństwie opieki.

OZZL apeluje do Ministerstwo Zdrowia o odstąpienie od tego pomysłu i podjęcie rzeczywistego dialogu ze środowiskiem lekarskim. Związek deklaruje gotowość do merytorycznej współpracy nad rozwiązaniami, które realnie poprawią jakość kształcenia lekarzy, bez obniżania standardów wykonywania zawodu i bez narażania pacjentów. W obliczu narastających wyzwań systemowych pytanie nie brzmi dziś, jak skrócić drogę do zawodu, lecz jak uczynić ją bezpieczną zarówno dla młodych lekarzy, jak i dla tych, którzy będą powierzali im swoje zdrowie i życie.

Źródło: OZZL

Zamawianie leków bez recepty oraz suplementów diety w aptekach internetowych zyskuje w ostatnich latach na popularności. Jak podaje Główny Inspektorat Farmaceutyczny, Polacy zostawiają w aptekach internetowych już ponad 3 mld złotych rocznie. Taka forma zakupu medykamentów jest bardzo wygodna, jednak w okresie zimowym może też być niebezpieczna. Niskie, w tym minusowe temperatury, z którymi mamy do czynienia w ostatnich tygodniach, mogą negatywnie wpływać na skuteczność i bezpieczeństwo leków oraz suplementów diety, szczególnie tych dostarczanych do automatów paczkowych. Ważne więc, aby zarówno pacjenci, jak i dostawcy leków zwracali szczególną uwagę na warunki, w jakich trzymane i przewożone są farmaceutyki, bo to od nich zależą ich właściwości terapeutyczne.
Jak wynika z badań CBOS w 2024 roku już 9% użytkowników Internetu w Polsce kupowało leki on-line, a sprzedaż wysyłkową leków za pośrednictwem strony internetowej tylko w 2024 roku oferowało aż 236 aptek i 8 punktów aptecznych (dla porównania: 197 i 6 w 2023 roku).Popularność tej formy zakupu farmaceutyków nie powinna jednak dziwić – bez stania w kolejkach, często z dostawą prosto pod dom, jesteśmy w stanie otrzymać potrzebne preparaty nie martwiąc się o to, czy apteka akurat będzie je miała na stanie. I o ile nikt nie kwestionuje szybkości i wygody zakupu leków tą drogą, to – szczególnie w okresie zimowym – warto mieć na uwadze sposób transportu i przechowywania leków, które kupujemy przez Internet.

– Niewłaściwe warunki przechowywania i transportu mogą prowadzić do pogorszenia jakości leków oraz suplementów diety, a w konsekwencji do obniżenia ich skuteczności i bezpieczeństwa stosowania. Preparaty narażone na działanie niskich, w szczególności ujemnych temperatur, mogą ulegać zmianom fizykochemicznym wpływającym na ich stabilność. – tłumaczy mgr farm. Sylwia Baranowska-Skoneczna z Pharmalink, firmy logistycznej specjalizującej się w transporcie leków. – Szczególnie wrażliwe na niskie temperatury są produkty zawierające znaczną ilość wody, w których może dochodzić do krystalizacji, a także probiotyki zawierające żywe kultury bakterii, podatne na zniszczenie w nieodpowiednich warunkach termicznych. Z tego względu podczas zakupów online istotne jest zwracanie uwagi na sposób transportu i zabezpieczenia przesyłek, zwłaszcza gdy dostawa odbywa się na dużą odległość lub w okresach niskich temperatur. – dodaje ekspertka.

Transport i sposób dostawy kluczowe dla zachowania właściwości leków

Zamawiając farmaceutyki w aptece internetowej warto zatem zwrócić uwagę na to, gdzie produkty są składowane i wybrać taką formę dostawy, która zminimalizuje ryzyko ich długiego przetrzymywania na zewnątrz. Szczególną ostrożność należy zachować w przypadku odbioru produktów leczniczych oraz suplementów diety z popularnych automatów paczkowych, które w warunkach niskich temperatur otoczenia nie zapewniają właściwych i kontrolowanych warunków termicznych. Automaty paczkowe, pozbawione aktywnych systemów utrzymania i kontroli temperatury, nie stanowią skutecznej bariery ochronnej przed wychłodzeniem, co może skutkować obniżeniem jakości, skuteczności oraz bezpieczeństwa stosowania przechowywanych w nich produktów.

Pamiętajmy, że wiele farmaceutyków musi być dostarczanych w kontrolowanych warunkach. Dlatego tak ważne jest, aby, szczególnie zimą, przewoźnik stosował odpowiednie opakowania izolacyjne lub transportował leki w dostosowanych do tego celu autach o zabudowie izotermicznej, co zapewni ochronę preparatów przed ekstremalnymi temperaturami. Utrzymanie: 15-25°C dla ciepłego łańcucha i 2-8°C dla zimnego łańcucha jest niezbędne, niezależnie od panującej pogody. Chcąc dowiedzieć się czy oferowane przez aptekę internetową leki lub suplementy diety wymagają specjalnych warunków, powinniśmy zapoznać się z zaleceniami producenta jeszcze przed złożeniem zamówienia.

Informacje dotyczące warunków w jakich muszą być przechowywane konkretne farmaceutyki są umieszczane przez producenta na opakowaniu lub w ulotce, ale powinny też znajdować się na stronie sklepu internetowego. To szczególnie ważne, bo jeśli pacjent musi przyjmować konkretne leki, a te zostaną nieprawidłowo przechowane, mogą stracić na jakości, co skutkuje niedostarczaniem zalecanej dawki. Ostatecznie może to prowadzić do braku pozytywnych rezultatów terapeutycznych, co jest nieakceptowalne w procesie leczenia.

W procesie leczenia istotny jest nie tylko sam produkt leczniczy, ale również sposób jego dostarczenia, który pozwala zachować wszystkie właściwości preparatu. Wybierając formę dostawy po dodaniu leków do koszyka w aptece internetowej, warto zdecydować się na przesyłkę bezpośrednio do domu lub do apteki, realizowaną przez firmę logistyczną specjalizującą się w transporcie leków. Coraz więcej aptek internetowych oferuje taką opcję i warto z niej korzystać, ponieważ tylko ona daje gwarancję, że zamówione preparaty dotrą do pacjenta w niezmienionej jakości – podsumowuje mgr farm. Sylwia Baranowska-Skoneczna z Pharmalink.

Źródło: Komunikat Prasowy

W polskiej debacie o zdrowiu publicznym pojawił się jeden z bardziej gorących punktów sporu pomiędzy ustawodawcą a środowiskiem medycznym. Projekt nowelizacji Prawa farmaceutycznego, który ma dostosować krajowe przepisy do orzeczenia Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, zakłada zniesienie dotychczas obowiązującego całkowitego zakazu reklamy aptek i punktów aptecznych. Ten absolutny zakaz obowiązuje w Polsce od 2012 r., ale TSUE w wyroku z 19 czerwca 2025 r. uznał, że jest on sprzeczny z prawem UE i ogranicza wolność usług i przedsiębiorczości.
Reakcja środowiska lekarskiego była natychmiastowa i jednoznaczna. Prezydium Naczelnej Rady Lekarskiej (NRL) krytycznie ocenia projekt nowelizacji i ostrzega przed potencjalnymi negatywnymi konsekwencjami dla zdrowia publicznego. W komunikacie samorząd lekarski przedstawia argumenty, które mają skłaniać nie tylko ustawodawców, lecz także opinię publiczną, do refleksji nad dalszym kierunkiem zmian.

Lekarze zwracają uwagę, że już dziś w Polsce obserwuje się wysoką konsumpcję leków, często bez realnych wskazań medycznych. W opinii przedstawicieli NRL zniesienie zakazu reklamy aptek może ten trend jeszcze pogłębić. Wskazują wprost, że: „umożliwienie reklamowania się aptek będzie sprzyjało dalszemu wzrostowi sprzedaży leków w Polsce, w tym także leków oferowanych w sprzedaży wysyłkowej”. 

W postrzeganiu lekarzy problem nie ogranicza się jedynie do liczby sprzedanych opakowań, lecz sięga głębiej w mechanizmy podejmowania decyzji przez pacjentów. „Zachęty sprzedażowe, nachalne reklamy i innego rodzaju działania promocyjne mogą negatywnie wpływać na decyzje zakupowe pacjentów i tym samym prowadzić do nadużywania leków, co stanowi realne zagrożenia dla ich zdrowia” – podkreślono w jednym z najnowszych stanowisk samorządu lekarskiego. 

Dla samorządu medycznego kluczowa jest także kwestia roli apteki w systemie ochrony zdrowia. Apteki mają być postrzegane przede wszystkim jako placówki ochrony zdrowia, a nie punkty handlowe nastawione na maksymalizację zysku. Leczenie farmakologiczne, argumentują lekarze, nie powinno być traktowane tak jak konsumpcja innych dóbr, które promuje się w reklamach skierowanych bezpośrednio do klienta. Decyzje o stosowaniu leków, ich zdaniem, powinny wynikać z rzeczywistych potrzeb zdrowotnych pacjentów, a nie z działań marketingowych. 

Projekt nowelizacji, który odpowiada na wyrok TSUE, przewiduje taką organizację reklamy, by była ona prowadzona „w ściśle określonych ramach”, m.in. bez zachęt sprzedażowych, bez kierowania przekazu do dzieci oraz bez wykorzystywania autorytetu osób publicznych czy medycznych. To sygnał, że ustawodawca próbuje znaleźć równowagę pomiędzy wymogami unijnymi a ochroną pacjenta.

Samorząd lekarski jednak wskazuje, że nawet przy formalnych ograniczeniach ryzyko komercjalizacji rynku leków pozostaje realne. Ich zdaniem reklama aptek, nawet jeśli ma charakter informacyjny, może przyczyniać się do nadmiernego stosowania leków dostępnych bez recepty i zbyt pochopnego sięgania po produkty lecznicze. Prezydium NRL apeluje o to, by system prawny utrzymał dotychczasowe ograniczenia tam, gdzie chodzi o zdrowie publiczne, a nie tylko swobodę komunikacji handlowej.

Ta debata przypomina szersze dylematy, z którymi mierzy się współczesna ochrona zdrowia: jak pogodzić wolność działalności z ochroną społeczną, jak zapewnić pacjentom dostęp do informacji, ale jednocześnie nie narażać ich na presję konsumpcyjną, która może prowadzić do nadużywania leków i komplikować zdrowotne decyzje. W tle tej dyskusji przewija się fundamentalne pytanie, które coraz częściej pojawia się w polityce zdrowotnej: czy apteka powinna być traktowana wyłącznie jako część rynku, czy przede wszystkim jako element systemu ochrony zdrowia?

Projekt nowelizacji prawa farmaceutycznego wciąż znajduje się w toku legislacyjnym i wymaga dalszych prac parlamentarnych. Debata nad jego ostatecznym kształtem będzie testem na to, w jakim kierunku Polska chce rozwijać swój rynek leków, równocześnie dbając o bezpieczeństwo pacjentów i zdrowie publiczne.

Źródło: NRL

Święta Bożego Narodzenia kojarzą się z odpoczynkiem, rodzinną atmosferą i spokojem. Choroba jednak nie respektuje kalendarza. Przeziębienie, wysoka gorączka, ból brzucha czy nagłe pogorszenie stanu zdrowia mogą pojawić się także w Wigilię lub w świąteczny poranek. W takich sytuacjach kluczowa jest wiedza, gdzie i w jaki sposób szybko uzyskać pomoc medyczną, bez zbędnego stresu i niepotrzebnych kolejek.
Narodowy Fundusz Zdrowia przypomina, że system ochrony zdrowia działa także w święta, a pacjenci mają do dyspozycji kilka ścieżek pomocy, w zależności od stanu zdrowia. Nocna i świąteczna opieka zdrowotna – pierwszy adres w nagłych dolegliwościach.

W przypadku nagłych zachorowań lub pogorszenia stanu zdrowia, które nie zagrażają bezpośrednio życiu, pierwszym miejscem, do którego warto się zgłosić, jest nocna i świąteczna opieka zdrowotna (NiŚOZ). Działa ona na podobnych zasadach jak podstawowa opieka zdrowotna, ale jest dostępna poza standardowymi godzinami pracy przychodni.

Placówki NiŚOZ są czynne:

Co istotne, nie jest wymagane skierowanie ani wcześniejsza rejestracja, a pacjent może skorzystać z pomocy w dowolnej placówce – także poza miejscem zamieszkania.
Kiedy zgłosić się do NiŚOZ?

Z pomocy lekarza lub pielęgniarki w ramach nocnej i świątecznej opieki zdrowotnej warto skorzystać m.in. w przypadku:

Lekarz może udzielić porady w placówce, telefonicznie, a w uzasadnionych przypadkach także w miejscu pobytu pacjenta. Pielęgniarka wykonuje niezbędne świadczenia, takie jak zastrzyki czy opatrunki.

Co przysługuje pacjentowi, a czego NiŚOZ nie zastąpi?

W ramach nocnej i świątecznej opieki zdrowotnej pacjent może otrzymać:

NiŚOZ nie zastępuje jednak wizyt kontrolnych, leczenia planowego ani recept na stale przyjmowane leki w chorobach przewlekłych.

Kiedy konieczny jest SOR lub wezwanie pogotowia?

W sytuacjach bezpośredniego zagrożenia zdrowia lub życia należy niezwłocznie zgłosić się do izby przyjęć lub Szpitalny Oddział Ratunkowy (SOR) albo wezwać zespół ratownictwa medycznego, dzwoniąc pod numer 112 lub 999.

Dotyczy to m.in.:

W SOR o kolejności przyjęć decyduje stan zdrowia pacjenta, a nie moment zgłoszenia. Pomoc ma na celu stabilizację funkcji życiowych i pilną diagnostykę.

Gdzie sprawdzić, gdzie szukać pomocy?

Adresy placówek nocnej i świątecznej opieki zdrowotnej, izb przyjęć oraz SOR-ów są dostępne w serwisach Narodowy Fundusz Zdrowia oraz Ministerstwa Zdrowia na portalu pacjent.gov.pl.

Dodatkowo przez całą dobę – także w święta – działa bezpłatna infolinia NFZ: 800 190 590, gdzie konsultanci podpowiedzą, gdzie znajduje się najbliższa placówka i jaka forma pomocy będzie najbardziej odpowiednia.

Pierwsza pomoc zawsze pod ręką

W nagłych sytuacjach warto również skorzystać z aplikacji mobilnej mojeIKP, w której dostępny jest praktyczny przewodnik pierwszej pomocy. Aplikacja jest bezpłatna i nie wymaga logowania do uruchomienia instrukcji ratujących życie.

Źródło: NFZ

Czy polska medycyna jest gotowa na wejście na rynek pracy lekarzy bez stażu podyplomowego? Według Porozumienia Rezydentów OZZL — zdecydowanie nie. Organizacja alarmuje, że proponowane zmiany w systemie kształcenia lekarzy mogą doprowadzić do sytuacji, w której młodzi medycy rozpoczną samodzielną pracę z minimalnym doświadczeniem klinicznym. Najnowsze dane z ogólnopolskiego badania obejmującego 720 studentów i stażystów z 22 uczelni medycznych rzucają na ten temat nowe światło — i są niepokojące.
Porozumienie Rezydentów OZZL w swoim stanowisku nie zostawia złudzeń: likwidacja lub skrócenie stażu podyplomowego doprowadzi do obniżenia jakości opieki medycznej. Młodzi lekarze będą rozpoczynać pracę z wyraźnie mniejszym bagażem doświadczeń, szczególnie w zakresie podstawowych procedur medycznych.
Rezydenci podkreślają, że obecny VI rok studiów — choć formalnie „praktyczny” — nie zapewnia studentom wystarczającej liczby możliwości samodzielnego wykonania procedur. Potwierdzają to najnowsze dane.

Badanie wśród studentów: większość nie wykonała podstawowych procedur

Ankieta przeprowadzona wśród studentów V–VI roku oraz lekarzy stażystów pokazała ogromne dysproporcje między teorią, a praktyką.
Do kluczowych wniosków należą:

Co istotne — brak praktyki nie wynika wyłącznie z obaw studentów. Kluczowym problemem okazuje się liczba osób w grupach klinicznych. W grupach powyżej 5 osób większość młodych medyków nie miała realnej szansy, by wykonać nawet najprostsze procedury. To właśnie dlatego rezydenci odrzucają narrację, że „VI rok studiów zastąpi staż”.

Staż podyplomowy: pierwszy realny kontakt z pacjentem

Wyniki badań pokazują, że staż podyplomowy pozostaje jedynym etapem szkolenia, w którym młody lekarz może zdobyć realne, praktyczne doświadczenie kliniczne. Stażyści wykonują wielokrotnie więcej procedur — nie stoją już w tłumie studentów, lecz pracują indywidualnie z pacjentami.

Przykładowo: 56% stażystów samodzielnie wykonało cewnikowanie pęcherza u mężczyzn, podczas gdy wśród studentów było to zaledwie ~30%.
Rezydenci ostrzegają, że usunięcie stażu oznacza dopuszczenie do zawodu lekarzy, którzy nigdy nie mieli okazji wykonać na żywym pacjencie podstawowych czynności. To — ich zdaniem — realnie przełoży się na bezpieczeństwo pacjentów.

Chaos organizacyjny i problemy rekrutacyjne — kolejne ryzyko

Likwidacja stażu oznacza także kumulację dwóch roczników absolwentów, którzy jednocześnie będą walczyć o miejsca rezydenckie.
Według rezydentów może to doprowadzić do:

Dla wielu młodych lekarzy to właśnie staż jest momentem, w którym realnie odkrywają, jak wygląda codzienność różnych specjalizacji.

Rezydenci: najpierw poprawmy kształcenie, potem dyskutujmy o zmianach

Porozumienie Rezydentów OZZL podkreśla, że zanim cokolwiek zmieni się w stażu, konieczne jest gruntowne przeprojektowanie VI roku studiów, aby rzeczywiście stał się praktyczny. Proponowane działania obejmują:

Dopóki te warunki nie są spełnione — jak podkreślają rezydenci — likwidacja stażu to krok w kierunku obniżenia jakości i bezpieczeństwa opieki zdrowotnej.

Dane nie pozostawiają wątpliwości

Wszystkie szczegółowe informacje o dysproporcjach w dostępie do procedur medycznych — także tych związanych z płcią — zostały opublikowane w pracy naukowej „Gender-based disparities in self-reported procedural experience”.

Porozumienie Rezydentów OZZL kończy swoje stanowisko jednoznacznie:
„Staż podyplomowy to fundament bezpiecznej medycyny. Jego likwidacja zaszkodzi i pacjentom, i przyszłym lekarzom”.

Źródło: Porozumienie Rezydentów OZZL