Medicalpress

Zdolność do kontrolowania impulsów, np. decyzji o korzystaniu z hazardu, wiąże się z konkretnymi procesami neurobiologicznymi, które można modyfikować. Uczestnicy badania z udziałem m.in. UJ po stymulacji określonego regionu mózgu podejmowali bardziej racjonalne decyzje. W przyszłości techniki neuromodulacji mogą być uzupełnieniem psychoterapii.

 
Media społecznościowe, zakupy online, gry komputerowe czy hazard internetowy wykorzystują mechanizmy nagrody zakorzenione głęboko w naszym mózgu. U części osób prowadzą do utraty kontroli nad zachowaniem i rozwoju uzależnień behawioralnych.

Naukowcy od lat próbują zrozumieć, dlaczego niektórzy ludzie potrafią powstrzymać takie impulsywne decyzje, podczas gdy inni wielokrotnie powtarzają działania przynoszące szkody. W publikacji na łamach czasopisma Psychophysiology (DOI: 10.1111/psyp.70227) badacze analizują rolę w tym procesie brzuszno-przyśrodkowej kory przedczołowej (vmPFC). Jest to struktura położona w przedniej części mózgu, odgrywająca ważną rolę w ocenie wartości nagród, przewidywaniu konsekwencji działań oraz hamowaniu niekorzystnych impulsów. Badania neurologiczne wykazały wcześniej, że osoby z uszkodzeniami tego obszaru mają trudności z przewidywaniem skutków swoich decyzji i częściej angażują się w zachowania ryzykowne. Podobne zaburzenia aktywności vmPFC obserwuje się u osób cierpiących na uzależnienie od hazardu czy innych uzależnień behawioralnych.

Badania międzynarodowego zespołu naukowców z udziałem m.in. prof. Mirosława Wyczesanego z Instytutu Psychologii Uniwersytetu Jagiellońskiego, prof. Markusa Junghöfera i dr. Thomasa Krokera z Uniwersytetu w Münster pokazują, że nieinwazyjna stymulacja określonego obszaru mózgu może poprawiać zdolność do podejmowania rozsądnych decyzji oraz zwiększać kontrolę nad ryzykownymi zachowaniami.

Prof. Mirosław Wyczesany wyjaśnia, że ta wykorzystana w badaniu metoda polega na przepuszczaniu bardzo słabego prądu elektrycznego przez wybrane rejony mózgu za pomocą elektrod umieszczonych na skórze głowy. „Nie powoduje ona bólu ani zmian w tkankach, lecz może przejściowo zwiększać lub zmniejszać pobudliwość neuronów” – mówi prof. Wyczesany, cytowany w prasowym komunikacie UJ.

W eksperymencie wykorzystano trzy rodzaje stymulacji: pobudzającą (anodalną), hamującą (katodalną) oraz pozorowaną, pełniącą funkcję placebo. W badaniu uczestniczyły 72 zdrowe osoby. Po zakończeniu stymulacji wykonywały one zadanie przypominające grę hazardową. W każdej rundzie uczestnicy otrzymywali informację o prawdopodobieństwie wygranej, a następnie decydowali, jaką kwotę chcą postawić. Po dokonaniu wyboru poznawali wynik – zysk lub stratę. Równocześnie rejestrowano aktywność ich mózgu za pomocą elektroencefalografii (EEG), co pozwalało śledzić procesy zachodzące w ułamkach sekundy podczas podejmowania decyzji i oceniania rezultatów.

W badaniu uwzględniono zarówno sytuacje korzystne, jak i niekorzystne z matematycznego punktu widzenia. W części prób gracz statystycznie mógł zyskać. W innych próbach ryzyko straty przewyższało szanse wygranej. Wyniki pokazały, że osoby poddane pobudzającej stymulacji regionu vmPFC podejmowały bardziej racjonalne decyzje. Gdy szansa wygranej była wysoka, stawiały większe kwoty. Kiedy natomiast ryzyko straty rosło, ograniczały wysokość zakładów. Uczestnicy poddani stymulacji hamującej wykazywali odwrotną tendencję – częściej podejmowali nadmierne ryzyko.

Szczególnie ważne były wyniki dotyczące prób, gdy ryzyko straty przewyższało szanse wygranej. W takich próbach osoby po pobudzającej stymulacji traciły wyraźnie mniej pieniędzy niż uczestnicy z grupy kontrolnej (bez faktycznej stymulacji). Efekt ten pojawiał się już od początku eksperymentu, co sugeruje, że stymulacja nie tylko poprawiała uczenie się, ale przede wszystkim wzmacniała zdolność do hamowania impulsywnych decyzji.

Badacze zauważyli również ciekawy efekt dotyczący przetwarzania informacji zwrotnej. Po pobudzającej stymulacji uczestnicy trafniej przewidywali spodziewane wyniki. Gdy był zgodny z oczekiwaniami, reagowali spokojniej i oceniali go mniej emocjonalnie. Natomiast nieoczekiwane zdarzenia, szczególnie niespodziewane zyski lub straty, wywoływały silniejsze reakcje. Zdaniem autorów oznacza to głębsze przetwarzanie informacji i skuteczniejsze uczenie się na podstawie własnych doświadczeń. Mózg lepiej rozpoznawał sytuacje, w których rzeczywistość odbiegała od przewidywań, co pozwalało szybciej aktualizować strategie działania.

Z perspektywy psychologii jest to istotne, bo jedną z głównych cech uzależnień behawioralnych jest trudność w wyciąganiu wniosków z negatywnych konsekwencji. Osoba uzależniona od hazardu może wielokrotnie przegrywać pieniądze, a mimo to kontynuować grę. Jeśli stymulacja vmPFC rzeczywiście poprawia zdolność przewidywania skutków działań i uczenia się na błędach, mogłaby w przyszłości wspierać terapię takich zaburzeń.

Autorzy podkreślają jednak, że badanie przeprowadzono na zdrowych uczestnikach, a nie na pacjentach. Nie można więc automatycznie zakładać, że podobne efekty wystąpią u osób cierpiących na patologiczny hazard lub inne uzależnienia. Ponadto technika tDCS nie działa wyłącznie na jeden punkt mózgu, a wpływa również na sąsiednie obszary, co utrudnia precyzyjne określenie źródła efektów. Podobne rezultaty badacze replikowali już w innych badaniach własnych, ale konieczne są dalsze prace kliniczne, które zweryfikują skuteczność tej metody w praktyce terapeutycznej.

„Choć do rutynowego wykorzystania stymulacji mózgu w terapii osób uzależnionych od hazardu jeszcze daleka droga, wyniki sugerują, że w przyszłości nieinwazyjne techniki neuromodulacji mogą stać się cennym uzupełnieniem psychoterapii” – podsumowuje profesor Wyczesany.

Źródło: Nauka w Polsce

Choć większość Polaków zdaje sobie sprawę, że przewlekły kaszel może być objawem poważnej choroby, wielu najpierw próbuje leczyć go domowymi sposobami i odkłada konsultację lekarską. Tymczasem eksperci ostrzegają, że utrzymujący się kaszel może świadczyć o chorobach śródmiąższowych płuc, w tym idiopatycznym włóknieniu płuc, których wczesne rozpoznanie ma kluczowe znaczenie dla skuteczności leczenia i spowolnienia postępu choroby.
Wyniki badania „Portret kaszlącego Polaka” zrealizowanego w ramach kampanii „Płuca Polski. Od kaszlu do włóknienia” pokazują, że przewlekły kaszel nadal bywa bagatelizowany, a pacjenci często trafiają do diagnostyki dopiero wtedy, gdy pojawiają się duszność i problemy z codziennym funkcjonowaniem.

Mimo rosnącej świadomości zdrowotnej Polacy nadal zbyt długo zwlekają z reakcją na  przewlekły kaszel. Około 3/4 respondentów (76%) zgadza się, że może on być objawem poważnej choroby, jednak co dziesiąty respondent przyznaje, że udałby się do lekarza dopiero po około 4 lub 8 tygodniach od pojawienia się kaszlu. Najczęściej badani czekają tydzień (33%) lub 2–3 tygodnie (28%), zanim zgłoszą się do specjalisty.

Badanie pokazuje wyraźną rozbieżność między świadomością zagrożenia a rzeczywistymi zachowaniami zdrowotnymi. Aż 85% badanych uważa, że długo utrzymującego się kaszlu nie powinno się lekceważyć, jednak prawie 73% respondentów deklaruje, że w pierwszej kolejności próbuje domowych sposobów leczenia. Ponad połowa badanych (57%) zgłosiłaby się do lekarza dopiero wtedy, gdy kaszel zacząłby znacząco utrudniać codzienne życie.

Przewlekły kaszel to objaw, którego nie należy ignorować, szczególnie jeśli utrzymuje się przez wiele tygodni. Może on towarzyszyć nie tylko częstym infekcjom czy astmie, ale również poważnym chorobom płuc, w tym chorobom śródmiąższowym płuc. Problem polega na tym, że przewlekły kaszel jest przez wielu Polaków normalizowany i „oswajany”, zamiast traktowany jako sygnał alarmowy. W praktyce pulmonologicznej nadal obserwujemy pacjentów, którzy trafiają do specjalisty zbyt późno, kiedy choroba jest już zaawansowana. Tymczasem szybka diagnostyka daje szansę na wcześniejsze wdrożenie leczenia, które może spowolnić rozwój chorobyprzestrzega dr n. med. Małgorzata Czajkowska-Malinowska, konsultant krajowa w dziedzinie chorób płuc.

Kaszel „do przeczekania”

Badanie pokazuje również, że Polacy mają bardzo ograniczoną wiedzę na temat samego przewlekłego kaszlu. Medycznie oznacza on kaszel utrzymujący się ponad 8 tygodni, jednak prawidłową odpowiedź wskazało jedynie 4% respondentów. Około połowa badanych uznaje za przewlekły kaszel objaw trwający tydzień (26%) lub dwa tygodnie (23%).

Do lekarza Polacy najczęściej zgłaszają się dopiero wtedy, gdy objawy zaczynają wpływać na codzienne funkcjonowanie. Najsilniejszym impulsem do konsultacji są trudności w oddychaniu i uczucie braku powietrza (34%), kaszel utrudniający sen lub codzienne aktywności (31%) oraz pojawienie się dodatkowych objawów, takich jak duszność czy ból w klatce piersiowej (28%). Jedynie 16% respondentów deklaruje, że udałoby się do lekarza z powodu utrzymującego się kaszlu mimo stosowania domowych metod leczenia.

Na opóźnianie diagnostyki wpływają także bariery systemowe. Ponad 1/3 badanych (36%) wskazuje długie kolejki do specjalistów, a 28% trudności z umówieniem wizyty w dogodnym terminie.

Choroby śródmiąższowe płuc – mało znane, poważne schorzenia

Choroby śródmiąższowe płuc (ILD, ang. interstitial lung diseases) to grupa ponad 200 schorzeń często związanych z uszkodzeniem i włóknieniem tkanki płuc. prowadzących do włóknienia tkanki płucnej. W efekcie płuca stopniowo tracą zdolność prawidłowej wymiany gazowej, a pacjenci coraz bardziej odczuwają duszność, przewlekły kaszel i obniżenie tolerancji wysiłku. Część ILD rozwija się w przebiegu chorób autoimmunologicznych lub w wyniku kontaktu z pyłami i substancjami toksycznymi, jednak w wielu przypadkach przyczyna pozostaje nieznana. Jedną z najcięższych postaci choroby jest idiopatyczne włóknienie płuc (IPF).

Szacuje się, że w Polsce z chorobami śródmiąższowymi płuc może żyć około 26 625 osób, jednak rzeczywista liczba pacjentów może być wyższa. Choroby te są trudne diagnostycznie, a ich objawy często przypominają inne schorzenia układu oddechowego lub niewydolność serca. Mimo powagi problemu świadomość społeczna dotycząca ILD pozostaje bardzo niska. O chorobach śródmiąższowych płuc słyszał jedynie co czwarty respondent (25%), a prawie 80% badanych deklaruje, że nigdy nie słyszało o idiopatycznym włóknieniu płuc (IPF). Co szczególnie niepokojące, tylko 30% respondentów wskazało choroby śródmiąższowe płuc jako możliwą przyczynę przewlekłego kaszlu. Nawet wśród osób deklarujących znajomość ILD wiedza o objawach pozostaje ograniczona – jedynie około 40% potrafiło wskazać typowe symptomy tych chorób, a 26% nie umiało wymienić żadnego objawu.

Włóknienie płuc to choroba, która wpływa na każdy aspekt życia pacjenta – od codziennego funkcjonowania po możliwość wykonywania najprostszych czynności. Wielu chorych przez długi czas bagatelizuje objawy lub słyszy, że przewlekły kaszel „sam przejdzie”. Dlatego tak ważna jest edukacja społeczna i budowanie świadomości, że utrzymujący się kaszel i duszność wymagają diagnostyki. Im szybciej pacjent trafi do specjalisty, tym większa szansa na spowolnienie postępu chorobypodkreśla Agnieszka Pilewska – Ślączko, Prezes Polskiego Towarzystwa Wspierania Chorych na Włóknienie Płuc.

O kampanii „Płuca Polski. Od kaszlu do włóknienia”

Kampania „Płuca Polski. Od kaszlu do włóknienia” od 2016 roku prowadzi działania edukacyjne dotyczące chorób płuc oraz znaczenia ich wczesnej diagnostyki. Tegoroczna odsłona kampanii poświęcona jest chorobom śródmiąższowym płuc (ILD), w tym idiopatycznemu włóknieniu płuc (IPF). Celem inicjatywy jest zwiększenie świadomości objawów takich jak przewlekły kaszel i duszność oraz zwrócenie uwagi na konieczność szybkiej diagnostyki chorób, które nadal pozostają mało rozpoznawalne społecznie. Wszystkie aktywności prowadzone są pod patronatem Polskiego Towarzystwa Chorób Płuc, Towarzystwa Wspierania Chorych na  Włóknienie Płuc, Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Młodych z Zapalnymi Chorobami Tkanki Łącznej „3majmy się razem” oraz Stowarzyszenia Fizjoterapia Polska przy wsparciu Boehringer Ingelheim.

Źródło: inf pras

Każdego roku przemysł farmaceutyczny generuje tysiące ton niebezpiecznych odpadów chemicznych, których neutralizacja wiąże się z wysokimi kosztami i emisją zanieczyszczeń. W odpowiedzi na rosnące wyzwania środowiskowe naukowcy poszukują bardziej zrównoważonych metod produkcji leków. Nad jednym z takich rozwiązań pracuje mgr inż. Aleksandra Rudzka, stypendystka 25. edycji programu L’Oréal-UNESCO Dla Kobiet i Nauki w kategorii doktoranckiej, która bada wykorzystanie enzymów do tworzenia nowoczesnych i ekologicznych procesów chemicznych.
Stypendystka programu L’Oréal-UNESCO Dla Kobiet i Nauki opracowuje nowoczesne metody syntezy leków z wykorzystaniem enzymów – naturalnych katalizatorów, które pozwalają prowadzić reakcje chemiczne szybciej, selektywniej i przy znacznie mniejszym obciążeniu dla środowiska.
 
Farmaceutyczne odpady rosną szybciej niż możliwości ich neutralizacji
Produkcja leków należy dziś do najbardziej obciążających środowisko gałęzi przemysłu chemicznego. Procesy syntezy farmaceutyków wymagają wykorzystania ogromnych ilości rozpuszczalników i reagentów chemicznych, a ich efektem są tysiące ton odpadów, z których znaczna część klasyfikowana jest jako niebezpieczna.

W 2023 roku aż 70,4% odpadów generowanych przez przemysł farmaceutyczny stanowiły odpady niebezpieczne i prognozuje się, że wskaźnik ten utrzyma pozycję aż do 2033 roku[1]. Ich utylizacja jest nie tylko kosztowna – szacuje się, że neutralizacja odpadów medycznych i farmaceutycznych kosztuje nawet o 119% więcej niż utylizacja zwykłych odpadów o tej samej masie[2] – ale często wymaga również spalania w wysokich temperaturach, co wiąże się z emisją zanieczyszczeń oraz powstawaniem toksycznych produktów ubocznych. Rosnąca skala produkcji leków sprawia, że naukowcy coraz intensywniej poszukują bardziej zrównoważonych metod prowadzenia syntezy chemicznej.
 
Enzymy zamiast toksycznych reagentów
Badania mgr inż. Aleksandry Rudzkiej koncentrują się na wykorzystaniu biokatalizy, czyli prowadzeniu reakcji chemicznych z udziałem enzymów – naturalnych katalizatorów obecnych w organizmach żywych.

W przeciwieństwie do tradycyjnych metod chemicznych enzymy działają w łagodniejszych warunkach, nie wymagają stosowania wielu toksycznych substancji i pozwalają ograniczyć ilość odpadów powstających podczas produkcji. Dodatkowo cechują się bardzo wysoką selektywnością, dzięki czemu możliwe jest precyzyjne otrzymywanie pożądanych związków chemicznych.
Szczególnym obszarem zainteresowań badaczki jest synteza chiralnych bloków budulcowych – związków niezwykle ważnych w produkcji leków, ponieważ często tylko jedna z ich form przestrzennych wykazuje odpowiednie działanie biologiczne.
 
Zielona chemia przyszłości
Biokataliza jest obecnie uznawana za jedno z najbardziej perspektywicznych narzędzi zielonej chemii. Dzięki wykorzystaniu enzymów możliwe staje się projektowanie procesów chemicznych, które są jednocześnie wydajne, bezpieczniejsze i bardziej przyjazne środowisku.

Badania prowadzone przez mgr inż. Aleksandrę Rudzką pokazują, że nawet niewielkie zmiany w budowie enzymów lub warunkach reakcji mogą znacząco wpływać na skuteczność całego procesu. Lepsze zrozumienie tych mechanizmów może w przyszłości przyspieszyć rozwój nowoczesnych technologii produkcji leków i ograniczyć środowiskowe koszty działalności przemysłowej.
 
Nauka w służbie środowiska
Światowy Dzień Środowiska przypomina, że rozwój nowoczesnych technologii powinien iść w parze z odpowiedzialnością za środowisko naturalne. Badania prowadzone przez mgr inż. Aleksandrę Rudzką pokazują, że możliwe jest tworzenie skutecznych metod produkcji leków przy jednoczesnym ograniczaniu ilości toksycznych odpadów i zużycia niebezpiecznych substancji chemicznych.

Rozwijanie ekologicznych procesów chemicznych może w przyszłości pomóc nie tylko zmniejszyć wpływ przemysłu farmaceutycznego na środowisko, ale również zwiększyć bezpieczeństwo produkcji i obniżyć koszty związane z utylizacją niebezpiecznych odpadów.
 
***
O stypendystce programu L’Oréal-UNESCO Dla Kobiet i Nauki  
Mgr inż. Aleksandra Rudzka specjalizuje się w biokatalizie, koncentrując swoje badania na wykorzystaniu enzymów w reakcjach chemicznych o znaczeniu przemysłowym i farmaceutycznym. Jej kariera naukowa rozpoczęła się na Politechnice Warszawskiej, gdzie w 2020 roku ukończyła studia inżynierskie na kierunku Biotechnologia. Następnie kontynuowała edukację na tej samej uczelni, uzyskując w 2021 roku tytuł magistra inżyniera ze specjalnością Leki i Kosmetyki.

Od 2021 roku jest związana z Katedrą Biotechnologii Środków Leczniczych i Kosmetyków Politechniki Warszawskiej, gdzie prowadzi badania nad wykorzystaniem enzymów jako selektywnych i zrównoważonych narzędzi w syntezie związków bioaktywnych, w tym leków i półproduktów farmaceutycznych.

Uczestniczyła w realizacji projektów badawczych finansowanych przez Narodowe Centrum Nauki oraz program IDUB Politechniki Warszawskiej, w ramach których rozwija nowe systemy biokatalityczne i bada ich zastosowanie w syntezie organicznej. Obecnie jest wykonawczynią w projekcie Opus finansowanym przez NCN.
 
Jej dorobek naukowy obejmuje 9 publikacji w renomowanych czasopismach naukowych, takich jak Angewandte Chemie International Edition oraz ACS Catalysis, a wyniki swoich badań prezentowała na 14 międzynarodowych konferencjach naukowych poświęconych biokatalizie i chemii medycznej.

O programie L’Oréal-UNESCO Dla Kobiet i Nauki  
Celem programu L’Oréal-UNESCO Dla Kobiet i Nauki prowadzonego w Polsce od 2001 roku jest promowanie osiągnięć naukowych utalentowanych badaczek, zachęcanie ich do kontynuacji prac zmierzających do rozwoju nauki oraz udzielenie wsparcia finansowego. Partnerami programu są Polski Komitet do spraw UNESCO, Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego, Polska Akademia Nauk oraz UNGC Network Poland. Do 2025 roku w Polsce wyróżniono 137 naukowczyń. Wyboru, co roku dokonuje Jury pod przewodnictwem prof. Ewy Łojkowskiej. Polska jest jednym ze 118 krajów, w których co roku przyznawane są stypendia dla utalentowanych naukowczyń. Program Dla Kobiet i Nauki jest częścią globalnej inicjatywy For Women in Science, która powstała dzięki partnerstwu L’Oréal i UNESCO. Międzynarodowa nagroda przyznawana jest co roku w Paryżu w ramach For Women in Science Week pięciu laureatkom, których odkrycia dostarczają odpowiedzi na kluczowe problemy ludzkości.
 
[1] https://www.custommarketinsights.com/report/pharmaceutical-waste-management-market/
[2] https://journalofethics.ama-assn.org/article/how-should-responsibility-proper-medication-disposal-be-shared/2022-10 

źródło: L’oreal

Każdego roku na świecie, zakażenia pokarmowe są przyczyną śmierci około 446 000 dzieci poniżej 5. roku życia. W szczególności dotyczy to ludności zamieszkujących kraje rozwijające się z regionów Afryki Subsaharyjskiej oraz Azji Południowej. Brak skutecznych szczepionek oraz rosnące wyzwania związane z leczeniem infekcji sprawiają, że naukowcy poszukują nowych rozwiązań.
Jedną z osób, które podejmują to wyzwanie, jest dr hab. inż. Anna Jarząb – stypendystka 25. edycji programu L’Oréal-UNESCO Dla Kobiet i Nauki, której badania mogą przyczynić się do przełomu w profilaktyce i leczeniu chorób zakaźnych. Równolegle badaczka przygląda się gorączce jako naturalnemu mechanizmowi obronnemu organizmu, sprawdzając, czy jej tłumienie nie osłabia walki naszego organizmu z groźnymi patogenami. To nowe spojrzenie – łączące rozwój szczepionek wspomagających rozwój układu immunologicznego z lepszym zrozumieniem roli podwyższonej temperatury w trakcie gorączki – może zmienić sposób, w jaki podchodzimy do infekcji i ich leczenia.

Globalny problem bez skutecznej ochrony

Czerwonka bakteryjna pozostaje jedną z głównych przyczyn zachorowalności i śmiertelności związanej z zakażeniami pokarmowymi na świecie. W niektórych regionach nawet do 50% zgonów z powodu zakażeń układu pokarmowego u dzieci można przypisać właśnie tej chorobie.

Zakażenie najczęściej przenosi się przez skażoną żywność, wodę lub bezpośredni kontakt, co sprawia, że szczególnie narażone są osoby zamieszkujące obszary o niskim standardzie sanitarnym. Problem dotyczy jednak również podróżnych – w Polsce zakażenia często odnotowuje się u osób wracających z regionów tropikalnych. Ponadto, zakażenia te są również niebezpieczne dla żołnierzy przebywających na misjach, co ma ogromne znaczenie w dobie ogromnego kryzysu militarnego, jakiego aktualnie doświadczamy.

Mimo skali zagrożenia, do dziś nie opracowano szczepionki chroniącej przed zakażeniem Shigella, co oznacza pilną potrzebę rozwoju nowych strategii terapeutycznych i profilaktycznych.

Badania na styku immunologii i nowoczesnych technologii

Dr hab. inż. Anna Jarząb od lat bada mechanizmy odpowiedzi immunologicznej, łącząc doświadczenie z zakresu mikrobiologii, biochemii i proteomiki. Jej praca koncentruje się na badaniach mających na celu zwalczanie i zapobieganie chorobom zakaźnym. Interesują ją zagadnienia związane ze swoistą i nieswoistą odpowiedzią układu immunologicznego. W szczególności są to mechanizmy związane z wydzielaniem swoistych przeciwciał rozpoznających patogeny, a także mechanizmy związane z obroną organizmu indukowaną podczas rozwoju gorączki infekcyjnej. Jednym z pytań naukowych, które dr hab. inż. Anna Jarząb stawia w swoich badaniach jest to, jak organizm rozpoznaje patogeny oraz jak można wzmocnić ochronę organizmu za pomocą odpowiednio zaprojektowanych szczepionek.

Jednym z kluczowych kierunków jej badań jest opracowanie szczepionki peptydowej przeciwko czerwonce bakteryjnej, opartej na epitopie białka OmpC. Celem jest stworzenie preparatu, który skutecznie pobudzi układ odpornościowy do produkcji przeciwciał neutralizujących bakterie.

Gorączka pod lupą polskiej badaczki

Choć leki przeciwgorączkowe często przynoszą ulgę podczas infekcji, ich częste stosowanie może ograniczać naturalne, korzystne reakcje organizmu, w efekcie czego nie są uruchamiane procesy, które normalnie wspierałyby walkę z infekcją i wzmacniały odporność.

Dr hab. inż. Anna Jarząb analizuje rolę gorączki jako naturalnego mechanizmu obronnego organizmu. Sprawdza, w jaki sposób podwyższona temperatura wpływa na denaturację białek bakteryjnych i czy może wspierać naturalną eliminację patogenów. Jest to szczególnie istotne, ponieważ coraz częściej leki przeciwgorączkowe są stosowane profilaktycznie, a zdaniem wielu naukowców sięgamy po nie zbyt pochopnie.

Podwyższona temperatura ciała nie jest jedynie uciążliwym objawem — odgrywa ważną rolę w funkcjonowaniu układu odpornościowego. Gorączka aktywuje i „trenuje” mechanizmy immunologiczne. Aby organizm zachował odpowiedni poziom gotowości do walki z infekcjami, układ odpornościowy musi być regularnie stymulowany, a jednym z naturalnych bodźców jest właśnie gorączka. Warto pamiętać, że sama gorączka nie jest chorobą, lecz reakcją organizmu na obecność czynnika patogennego.

Badania naukowe donoszą, że infekcje podczas, których pacjenci rozwijają wysokie temperatury ciała z reguły mijają szybciej, niż infekcje u pacjentów, którzy nie gorączkują[3]. Ponadto podwyższone temperatury ciała sprawiają, że nasz układ immunologiczny działa sprawniej, a specjalistyczne komórki immunologiczne, takie jak na przykład limfocyty są w stanie szybciej dotrzeć do miejsca zapalenia.

Nowe spojrzenie na leczenie infekcji

Badania dr hab. inż. Anny Jarząb mogą znacząco wpłynąć na przyszłość medycyny. Po pierwsze rozwój skutecznej szczepionki przeciwko Shigella mógłby ograniczyć liczbę zachorowań i uratować tysiące istnień ludzkich. Po drugie – lepsze zrozumienie roli gorączki może zmienić podejście do leczenia infekcji.

Dziś gorączka często jest rutynowo obniżana, jednak wyniki badań sugerują, że może ona pełnić istotną funkcję wspierającą odporność organizmu. Odpowiednie wykorzystanie tego mechanizmu mogłoby zwiększyć skuteczność terapii i ograniczyć nadmierne stosowanie leków.

Międzynarodowy Dzień Immunologii przypomina, że poznanie działania układu odpornościowego to fundament nowoczesnej medycyny. Badania takie jak te prowadzone przez dr hab. inż. Annę Jarząb dowodzą, że innowacyjne podejścia mogą nie tylko poprawić leczenie, ale także przygotować nas na przyszłe wyzwania epidemiologiczne.

O stypendystce programu L’Oréal-UNESCO Dla Kobiet i Nauki  

Dr hab. inż. Anna Jarząb jest immunolożką, biochemiczką i protemiczką, której kariera naukowa rozpoczęła się na Politechnice Wrocławskiej, gdzie w latach 2004–2009 studiowała biotechnologię ze specjalnością biotechnologia molekularna i biokataliza. Następnie w latach 2009–2014 odbyła studia doktoranckie w Instytucie Immunologii i Terapii Doświadczalnej PAN we Wrocławiu, gdzie opracowała platformę do projektowania nowoczesnych szczepionek peptydowych oraz prototyp szczepionki przeciwko czerwonce bakteryjnej. W latach 2015–2022 realizowała staż podoktorski na Politechnice w Monachium (TUM) w ramach stypendium Fundacji Alexandra von Humboldta. W tym czasie współtworzyła projekt Meltome Atlas – proteomiczną bazę danych do termicznego profilowania tysięcy białek pochodzących z różnych organizmów modelowych. Od 2022 roku kieruje zespołem badawczym w IITD PAN we Wrocławiu.

Jej dorobek obejmuje ponad 20 publikacji w renomowanych czasopismach naukowych, patenty oraz liczne granty krajowe i międzynarodowe, m.in. NCN, NCBR oraz Fundacji Alexandra von Humboldta. Jest laureatką wielu prestiżowych nagród, w tym Nagrody Naukowej „Polityki”, a jej działalność naukowa koncentruje się na proteomice, biotechnologii oraz projektowaniu szczepionek i narzędzi diagnostycznych.

Źródło: Komunikat Prasowy

600 mieszkańców województwa opolskiego skorzystało w pierwszym roku realizacji programu badań medycznych „WygrajMY z miażdżycą” w Uniwersyteckim Szpitalu Klinicznym w Opolu. Program jest elementem 5-letniego projektu naukowego „Profilaktyczna interwencja sercowo-naczyniowa w prewencji wielochorobowości (CV-IMP)”, którego celem jest zapobieganie rozwojowi chorób sercowo-naczyniowych w Polsce.
– Zbliżamy się do półmetka naszych badań, na które zaprosiliśmy dotychczas 600 z zaplanowanych 1500 mieszkańców województwa opolskiego z rozpoznaną miażdżycą. Sprawdzamy, czy ta miażdżyca rozwija się wielołożyskowo (w naczyniach krwionośnych w sercu, tętnicach kończyn dolnych, ośrodkowym układzie nerwowym). Wykonujemy u tych osób badania laboratoryjne, obrazowe (rezonans głowy i serca, tomografię serca i kończyn, usg) i inne (EKG, wskaźnik kostka-ramię, badanie dna oka, skład ciała). Omawiamy wyniki, zalecamy dalsze leczenie, żeby uczestnicy byli zaopiekowani pod kątem ryzyka sercowo-naczyniowego i miażdżycy – informuje kardiolog prof. Marek Gierlotka, główny badacz projektu naukowego „Profilaktyczna interwencja sercowo-naczyniowa w prewencji wielochorobowości (CV-IMP)”. 

 żródło: USK w Opolu

Projekt realizowany jest przez Uniwersytecki Szpital Kliniczny w Opolu wspólnie z konsorcjantami: Uniwersytetem Opolskim, Polskim Towarzystwem Lipidologicznym i pacjencką Fundacją „To się leczy”, a finansowany z grantu z budżetu państwa pozyskanego w konkursie Agencji Badań Medycznych (18 mln zł). 

Od roku w Centrum Naukowo-Badawczym USK w Opolu każdego tygodnia pojawiają się dziesiątki pacjentów. Każdy z nich zostanie zaproszony ponownie po 3 latach na badania kontrolne. – Mamy już pierwsze doraźne efekty tego programu, bo uczestnicy otrzymują kompleksową specjalistyczną diagnostykę i propozycje optymalnego leczenia. Wiemy, że u części z nich ujawniono cukrzycę czy nadciśnienie, które wymagają leczenia, a ok. 20 osób w sytuacjach zagrażających zdrowiu zostało pilnie przekierowanych do szpitala– komentuje Marek Kustosz, prezes Fundacji To się leczy. – Już teraz możemy powiedzieć, że z takiego programu powinni móc korzystać wszyscy pacjenci w Polsce. 

– Badanie wielochorobowości miażdżycowej dotyczy rozpowszechnienia chorób sercowo-naczyniowych, będących najczęstszymi przyczynami zgonów. Wyniki tego projektu posłużą nam do skonstruowania modelu lepszej opieki nad pacjentami z chorobami serca, chorobami mózgu oraz chorobami naczyń obwodowych właśnie na tle miażdżycy – wyjaśnia specjalista medycyny rodzinnej dr hab. n. med. Jacek Jóźwiak, prof. Uniwersytetu Opolskiego, badacz w projekcie, członek zarządu Polskiego Towarzystwa Lipidologicznego. 

Dyrektor ds. lecznictwa USK w Opolu dr n. med. Piotr Feusette zauważa, że w program zaangażowany jest wielu specjalistów z różnych dziedzin medycyny (kardiolodzy, chirurdzy naczyniowi, interniści, neurolodzy, radiolodzy, diagności laboratoryjni, pielęgniarki oraz wolontariusze zrekrutowani spośród studentów kierunku lekarskiego Uniwersytetu Opolskiego), ale także koordynatorzy badań klinicznych, statystycy, zajmujący się gromadzeniem i analizą danych. – Cały ten zespół pracuje z pacjentami oraz nad opracowaniem wyników tych badań, które są niezwykle ważne jeśli chodzi o prewencję i diagnostykę miażdżycy w Polsce – wskazuje dyrektor Feusette. – Jesteśmy dumni, że Opole akcentuje swoją obecność na polskiej mapie badań medycznych i oferuje mieszkańcom dostęp do nowoczesnej diagnostyki i leczenia. 

– To projekt ważny dla rozwoju dydaktyki opartej o jakościowe badania naukowe. Projekt interdyscyplinarny, więc jestem przekonany, że w najbliższych latach będzie podstawą do niejednego doktoratu i habilitacji. Istotne jest także oddziaływanie tego projektu na poprawę jakości życia społeczeństwa – ocenił prorektor Uniwersytetu Opolskiego ds. nauki dr hab. Daniel Pietrek, prof. UO.

 
źródło: USK w Opolu
Współczesna onkologia coraz wyraźniej odchodzi od modelu leczenia opartego wyłącznie na rozpoznaniu narządowym i histologicznym. O wyborze postępowania terapeutycznego decydują dziś nie tylko lokalizacja nowotworu i jego stopień zaawansowania, ale również cechy biologiczne guza, obecność określonych zaburzeń molekularnych, profil ekspresji wybranych markerów, a w części przypadków także uwarunkowania genetyczne samego pacjenta. Jak podkreślił prof. Piotr Rutkowski, „Właściwa diagnostyka realnie ogranicza koszty leczenia i poprawia jego wyniki. Medycyna personalizowana to dziś w onkologii właściwie wszystko, ale najczęściej myślimy o niej przez pryzmat profilu molekularnego nowotworu i cech genetycznych samego pacjenta”.
To oznacza, że dyskusja o medycynie spersonalizowanej nie może ograniczać się do katalogu dostępnych leków. Jej rzeczywistym punktem wyjścia pozostaje organizacja całego procesu diagnostycznego: od pobrania i zabezpieczenia materiału, przez badanie patomorfologiczne, aż po właściwie dobraną diagnostykę immunohistochemiczną, molekularną i genetyczną. Dopiero taki ciąg postępowania pozwala mówić o leczeniu dostosowanym do biologii nowotworu i sytuacji konkretnego chorego.

Diagnostyka ma prowadzić do decyzji terapeutycznej
Jednym z podstawowych problemów pozostaje rozbieżność między formalnym zakończeniem diagnostyki a rzeczywistym przygotowaniem pacjenta do leczenia. W części ośrodków wynik patomorfologiczny ogranicza się do ustalenia ogólnego charakteru nowotworu, podczas gdy kolejne elementy niezbędne do podjęcia decyzji terapeutycznej są odkładane na później lub realizowane w innych jednostkach.

Jak podkreśliła dr hab. Monika Durzyńska, Kierownik Zakładu Patomorfologii Nowotworów Narodowego Instytutu Onkologii – PIB w Warszawie, w nowoczesnej onkologii takie podejście nie powinno mieć miejsca. „Nie istnieje coś takiego jak minimalne rozpoznanie patomorfologiczne. Rozpoznanie powinno być właściwe i kompleksowe – takie, które zawiera wszystkie informacje potrzebne lekarzowi onkologowi do podjęcia decyzji terapeutycznych”.

W wielu nowotworach diagnostyka molekularna nie jest już dodatkiem do klasycznego rozpoznania, lecz jego integralnym elementem. Oznacza to, że ocena histopatologiczna i molekularna powinna stanowić jeden proces diagnostyczny prowadzący do pełnej charakterystyki choroby.

Najbardziej problematyczne są sytuacje, w których ciężar dokończenia diagnostyki zostaje przeniesiony na pacjenta. „Zdarza się, że zamiast przekazać materiał do ośrodka referencyjnego i uzyskać pełne rozpoznanie, ciężar dalszej diagnostyki przerzucany jest na chorego. W opisie pojawia się informacja o konieczności dalszych badań w ośrodku referencyjnym, ale to pacjent musi sam szukać miejsca, w którym zostaną one wykonane” – mówiła dr hab. Durzyńska.

Jakość leczenia zaczyna się od jakości materiału
Jednym z najczęściej niedocenianych elementów medycyny spersonalizowanej pozostaje sposób pobrania, utrwalenia i przekazania materiału do badania. Tymczasem to właśnie na tym etapie zapada wiele decyzji, które przesądzają o możliwości wykonania późniejszych oznaczeń diagnostycznych.

Jak podkreśla dr hab. Durzyńska, proces diagnostyczny zaczyna się znacznie wcześniej, niż często się zakłada. „Medycyna personalizowana zaczyna się już na etapie transportu materiału do zakładu patomorfologii. To, w jaki sposób materiał zostanie zabezpieczony przez klinicystę, w jakim czasie i w jakich warunkach trafi do pracowni, warunkuje później możliwości diagnostyki patomorfologicznej i molekularnej”.

Znaczenie prawidłowego postępowania z materiałem potwierdzają również dane z praktyki laboratoriów diagnostycznych. Jak wskazywał prof. Artur Kowalik, Kierownik Zakładu Diagnostyki Molekularnej Świętokrzyskiego Centrum Onkologii, jakość utrwalenia tkanki ma bezpośredni wpływ na możliwość wykonania badań genetycznych. „Failure rate w niektórych ośrodkach sięga od 5 do nawet 15 procent, co oznacza, że w tylu przypadkach tracimy materiał i pieniądze tylko dlatego, że proces utrwalania rozpoczął się zbyt późno albo nieprawidłowo”.

Duże znaczenie ma także organizacja pracy ośrodków diagnostycznych. Tam, gdzie patomorfologia, onkologia i diagnostyka molekularna funkcjonują w ramach jednego, zintegrowanego zakładu, łatwiej zachować ciągłość procesu diagnostycznego i skrócić czas potrzebny do uzyskania kompletu wyników. W modelu rozproszonym pojawia się więcej punktów krytycznych: dodatkowe skierowania, przekazywanie bloczków parafinowych między placówkami czy brak jednoznacznej odpowiedzialności za dokończenie diagnostyki.

Jak zauważył prof. Piotr Rutkowski, Przewodniczący Polskiego Towarzystwa Onkologicznego, szczególnie problematyczne są takie sytuacje w ośrodkach o najwyższym poziomie referencyjności. „Rozumiem sytuację ośrodków niższego poziomu referencyjności, które z założenia mogą nie mieć wszystkiego i wymagają wsparcia. Ale jeżeli mówimy o dużym szpitalu wielospecjalistycznym, o ośrodku najwyższego poziomu referencyjności, to trudno zaakceptować sytuację, w której diagnostyka nie jest doprowadzona do końca”.
Konsekwencje organizacyjnych niedoskonałości bywają bardzo konkretne. „Zdarza się, że pacjent jest wysyłany karetką tylko po to, żeby dostarczyć bloczek histopatologiczny do innego ośrodka. Proszę sobie wyobrazić, ile system na tym traci. To są rzeczy naprawdę trudne do zaakceptowania, a jednak tak wciąż funkcjonuje” – mówi prof. Rutkowski.

NGS nadal jest wykorzystywany zbyt późno lub zbyt rzadko
Wprowadzenie badań molekularnych zmieniło sposób kwalifikacji pacjentów do leczenia. W wielu nowotworach obecność określonych zaburzeń genetycznych stanowi dziś podstawę do zastosowania terapii celowanych, leczenia okołooperacyjnego lub wykluczenia niektórych metod postępowania. Mimo to praktyka kliniczna nie wszędzie nadąża za tym standardem.

W chorobach takich jak rak płuca diagnostyka jednogenowa wykonywana etapami okazuje się często niewystarczająca. Problemem bywa zarówno ograniczona ilość materiału biologicznego, jak i czas potrzebny na uzyskanie pełnego obrazu molekularnego. Sekwencyjne zlecanie kolejnych oznaczeń może wydłużać proces diagnostyczny do tego stopnia, że decyzje terapeutyczne zapadają bez pełnej informacji o profilu nowotworu.

Dlatego coraz większe znaczenie przypisuje się badaniom wielogenowym wykonywanym metodą NGS. Jak podkreśla prof. Artur Kowalik, pozwalają one jednoczasowo uzyskać szeroki obraz molekularny, co w raku płuca ma szczególne znaczenie ze względu na niewielką ilość materiału diagnostycznego. „NGS w mojej ocenie jest raczej niewykorzystywany niż nadużywany. W raku płuca pozwala wykonać szeroką diagnostykę jednoczasowo, co jest szczególnie ważne, bo materiału do badań zwykle jest niewiele”.

Zdaniem dr. Mateusza Polaczka, Kierownika III Kliniki Chorób Płuc i Onkologii, Instytutu Gruźlicy i Chorób Płuc w Warszawie, problem ma również wymiar organizacyjny. W wielu ośrodkach utrwalił się model diagnostyki jednogenowej wykonywanej na miejscu, podczas gdy badania NGS postrzegane są jako bardziej złożone, często wymagające współpracy z laboratoriami zewnętrznymi. W efekcie – jak mówi – „często łatwiej jest wydać prostszy, niepełny wynik i uznać, że sprawa jest zamknięta. Tymczasem taka diagnostyka minimum jest dla pacjenta rozwiązaniem nieoptymalnym”.

Konsekwencje takiego podejścia widać w praktyce klinicznej. Zdarzają się sytuacje, w których pacjent z zaawansowaną chorobą trafia do kolejnego ośrodka z bardzo ograniczonym zakresem wykonanych badań molekularnych. „Mam w pamięci przykład sprzed kilku miesięcy – diagnostyka prowadzona w dużym ośrodku, materiał pobrany u pacjenta z chorobą rozsianą, a badanie NGS nie zostało w ogóle zlecone. Pacjent trafił do mnie z wynikiem trzech prostych czynników predykcyjnych na kartce papieru. W takiej sytuacji naprawdę można się złapać za głowę” – przyznał dr Polaczek.

Jak zwrócił uwagę prof. Kowalik, problem nie wynika z braku możliwości technicznych. Laboratoria genetyczne są w stanie wykonywać większą liczbę badań, natomiast trudności pojawiają się tam, gdzie diagnostyka jest rozproszona i brakuje współpracy z ośrodkami zdolnymi do przeprowadzenia pełnego profilowania molekularnego. Bez takiej organizacji – jak ocenia ekspert – system będzie nadal generował niepotrzebne procedury i koszty, a pacjenci nie zawsze będą otrzymywać leczenie najlepiej dopasowane do biologii choroby.

Diagnostyka somatyczna i germinalna coraz częściej się uzupełniają
Rozwój diagnostyki molekularnej sprawił, że wynik uzyskany w tkance nowotworowej coraz częściej staje się punktem wyjścia do oceny predyspozycji dziedzicznej. Dotyczy to przede wszystkim nowotworów związanych z zaburzeniami w genach BRCA, ale także części raków endometrium, prostaty czy trzustki. W takich sytuacjach badanie guza może ujawnić mutację germinalną, czyli dziedziczną zmianę genetyczną obecną we wszystkich komórkach organizmu, którą pacjent może przekazać swoim dzieciom.

Rak jajnika jest jednym z najlepiej opisanych przykładów takiego mechanizmu. Jak wskazał prof. Artur Kowalik, wynik badania molekularnego w tkance nowotworowej bywa pierwszym sygnałem, że mutacja może mieć charakter dziedziczny. „Około 18 procent kobiet z rakiem jajnika i wykrytą mutacją w tkance ma w rzeczywistości mutację dziedziczną. Dlatego jeżeli ginekolog-onkolog otrzyma taki wynik, pacjentka powinna zostać skierowana do poradni genetycznej”.

Szerokie profilowanie molekularne pozwala wykrywać także inne zespoły predyspozycji nowotworowych, m.in. zespół Lyncha, który odpowiada za część przypadków raka endometrium. W takich sytuacjach diagnostyka onkologiczna staje się jednocześnie początkiem diagnostyki rodzinnej – jej znaczenie wykracza więc poza sam proces leczenia chorego.

Barierą w wykorzystaniu tej wiedzy pozostaje jednak nie tylko dostępność poradnictwa genetycznego, ale również moment uruchomienia całej ścieżki diagnostycznej. Jak zwraca uwagę ekspert, w wielu przypadkach problemem nie są same kolejki do poradni, lecz fakt, że proces w ogóle się nie rozpoczyna – pacjent nie otrzymuje skierowania, a wynik badania molekularnego nie uruchamia dalszej diagnostyki rodzinnej.

Rak płuca najlepiej pokazuje, że diagnostyka, kwalifikacja i leczenie powinny stanowić jeden proces
Rak płuca należy do tych nowotworów, w których zależność między jakością diagnostyki a skutecznością leczenia widać szczególnie wyraźnie. Dotyczy to zarówno choroby zaawansowanej, w której profil molekularny warunkuje dobór terapii systemowej, jak i stadiów wcześniejszych, gdzie rośnie znaczenie leczenia okołooperacyjnego.

W ostatnich latach strategia leczenia niedrobnokomórkowego raka płuca istotnie się zmieniła. Obok klasycznego leczenia chirurgicznego coraz większą rolę odgrywa postępowanie neoadjuwantowe i adjuwantowe, w tym schematy wykorzystujące immunoterapię oraz leczenie ukierunkowane molekularnie. W praktyce oznacza to, że decyzje terapeutyczne powinny być poprzedzone możliwie pełną diagnostyką – nie tylko histopatologiczną, ale także molekularną.

Tymczasem – jak zwraca uwagę dr hab. Tomasz Marjański z Kliniki Chirurgii Klatki Piersiowej UCK w Gdańsku, Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego – właśnie na tym etapie pojawia się wyraźna luka między wytycznymi a codzienną praktyką. „NGS jest w mojej ocenie niewystarczająco wykorzystywany również we wczesnym raku płuca. Tymczasem właśnie w tej grupie chorych ma on ogromne znaczenie, ponieważ coraz więcej opcji terapeutycznych zależy od profilu molekularnego pacjenta”.
Dane z polskiej praktyki klinicznej pokazują, że problem dotyczy przede wszystkim etapu poprzedzającego leczenie operacyjne. Jak wskazuje ekspert, „z naszych danych typu real world evidence z Polski wynika, że przedoperacyjnie badanie NGS praktycznie nie jest wykonywane. Dotyczy to nie tylko małych ośrodków, ale również ośrodków uniwersyteckich. Pooperacyjnie zdarza się częściej, ale przedoperacyjnie wciąż pozostaje sytuacją incydentalną”.

Konsekwencje takiego podejścia są bardzo konkretne. Jeżeli profil molekularny nie jest oceniany odpowiednio wcześnie, trudno mówić o prawidłowej kwalifikacji do leczenia okołooperacyjnego. „Trudno mówić o nowoczesnym leczeniu okołooperacyjnym, na przykład o chemio-immunoterapii, jeżeli wcześniej nie oceniamy profilu molekularnego nowotworu. Bez tej diagnostyki nie jesteśmy w stanie właściwie kwalifikować pacjentów do terapii”.

Problem zaczyna się jednak jeszcze wcześniej – na etapie samego rozpoznania. „Około 30 procent pacjentów operowanych z powodu raka płuca w Polsce trafia na stół operacyjny bez wcześniejszego rozpoznania mikroskopowego. Widzimy guz w tomografii komputerowej i chory jest operowany. W takiej sytuacji trudno mówić o leczeniu okołooperacyjnym czy o bardziej zaawansowanych strategiach terapeutycznych”.

Dlatego w raku płuca szczególnego znaczenia nabiera dobrze funkcjonujące konsylium. W chorobie, w której leczenie operacyjne, systemowe i radioterapia często pozostają wobec siebie komplementarne, decyzje nie mogą być podejmowane w izolacji. „W trzecim stopniu zaawansowania konieczna jest ścisła współpraca między chirurgami a radioterapeutami. Część pacjentów, którzy trafiają do chirurga, powinna być leczona radioterapią i odwrotnie. Dlatego potrzebna jest otwarta dyskusja i wspólne wypracowanie najlepszej ścieżki dla chorego” – podkreśla dr hab. Marjański.

Biopsja płynna – między potencjałem klinicznym a brakiem finansowania
Jednym z obszarów budzących duże zainteresowanie pozostaje biopsja płynna. Jej rola bywa jednak upraszczana. Nie jest to metoda służąca rozpoznawaniu nowotworu zamiast badania tkankowego i nie może zastąpić klasycznej diagnostyki histopatologicznej. Dr Mateusz Polaczek podkreślił: „biopsja płynna nigdy nie może zastąpić rozpoznania patomorfologicznego. Wszystkie leki są zarejestrowane dla pacjentów z rozpoznaną chorobą nowotworową, czyli taką, którą patomorfolog potwierdził w materiale tkankowym. Dopiero potem możemy myśleć o badaniach predykcyjnych i o tym, z jakiego materiału je wykonać”.

Biopsja płynna ma natomiast istotne znaczenie jako narzędzie uzupełniające. Może być przydatna w sytuacji niedostatecznej ilości materiału, braku możliwości uzyskania ponownej biopsji, oceny mechanizmów oporności lub potrzeby szybkiej weryfikacji określonych zmian molekularnych w trakcie leczenia. Szczególnie wyraźnie dotyczy to części chorych na raka płuca, ale także wybranych przypadków raka prostaty i innych nowotworów.

W polskich warunkach rzeczywistą użyteczność płynnej biopsji ogranicza przede wszystkim brak stabilnego finansowania. Prof. Artur Kowalik zwrócił uwagę, że dziś badania te wciąż funkcjonują poza uporządkowaną ścieżką rozliczeniową: „Badania wciąż są przypisane do hospitalizacji, więc zamiast zajmować się diagnostyką i leczeniem, zaczynamy zastanawiać się, jak rozliczyć badanie”.

Ten problem ma jednak wymiar szerszy i systemowy. Jak podkreśla dr n. ekon. Michał Chrobot, Prezes Polskiego Towarzystwa Koderów Medycznych, „finansowania biopsji płynnej po prostu nie ma. I to jest największy problem, niezależnie od tego, ile to badanie miałoby kosztować. Dramat polega na tym, że obejmowanie kolejnych cząsteczek refundacją nie jest zabezpieczone dostępem do właściwej diagnostyki, której te terapie wymagają”.

Największe bariery mają dziś charakter organizacyjny i systemowy
Wiele problemów związanych z personalizacją leczenia onkologicznego nie wynika z braku wiedzy medycznej ani z całkowitego braku narzędzi diagnostycznych. Źródłem trudności są częściej rozproszenie świadczeń, niejednolite standardy działania, niepełna kontrola jakości oraz zasady rozliczania, które nie wspierają spójnie zaplanowanej ścieżki diagnostyczno-terapeutycznej.

Dotyczy to m.in. momentu wykonywania badań genetycznych. W wielu nowotworach wynik takiego badania jest potrzebny jeszcze przed konsylium, ponieważ dopiero wtedy możliwe jest zaplanowanie właściwej strategii leczenia. Tymczasem – jak zaznaczył dr n. ekon. Michał Chrobot – obowiązujące zasady finansowania idą w przeciwnym kierunku. „Dzisiaj mamy sytuację taką, że badania germinalne są dostępne wyłącznie po konsylium i NFZ wyraźnie to w zmianie zarządzenia podkreślił. Nie dopuszcza, żeby badania germinalne były wykonywane w trybie ambulatoryjnego pobrania krwi przed tym etapem”.

W praktyce prowadzi to do zderzenia logiki klinicznej z logiką rozliczeń. Jak podkreśla ekspert, w wielu przypadkach trudno przeprowadzić rzetelne konsylium bez wcześniejszego wyniku badania genetycznego. Jednocześnie system finansowania premiuje wykonywanie tych badań dopiero na późniejszym etapie procesu.

Konsekwencje są bardzo konkretne. Badania wykonane przed konsylium często nie mieszczą się w pakiecie onkologicznym i nie mogą zostać rozliczone w standardowej ścieżce finansowania. „Generalnie rzecz biorąc, każde badanie genetyczne, które jest w tym kraju finansowane w leczeniu szpitalnym, wykonane przed konsylium nie będzie rozliczone w pakiecie onkologicznym” – wskazuje dr Chrobot, dodając, że w takiej sytuacji cały proces bywa sztucznie przenoszony do trybu hospitalizacji tylko po to, aby możliwe było rozliczenie świadczenia.

Problemem pozostaje również sytuacja, w której formalnie odbywa się konsylium, ale nie kończy się ono ustaleniem pełnego planu leczenia. Zamiast decyzji pacjent otrzymuje jedynie skierowanie do kolejnego ośrodka, co w praktyce rozmywa odpowiedzialność za dalsze postępowanie i osłabia sens koordynacji opieki.

Prof. Piotr Rutkowski zwócił uwagę, że w wielu przypadkach kolejność działań wciąż bywa odwrócona. „Jeżeli najpierw chory trafia na stół operacyjny, a dopiero później zaczyna się dyskusja o dalszym postępowaniu, to chyba nie jest właściwa kolejność. Wtedy konsylium w istocie staje się pseudo konsylium. W taki sposób nie powinno się planować nowoczesnego leczenia onkologicznego”.

Zdaniem eksperta problem nie wynika z braku wiedzy ani wytycznych, lecz z praktyki organizacyjnej. W wielu ośrodkach nadal nie stosuje się rozwiązań, które powinny być standardem – takich jak jednoczasowe pobranie materiału do biopsji i równoległe skierowanie go na badania molekularne. Analizy środowiska klinicznego pokazują, że robi to zaledwie kilkadziesiąt ośrodków w kraju, podczas gdy ponad sto dwadzieścia nadal tego nie praktykuje.

Jak podkreślił prof. Rutkowski, problem ma w dużej mierze charakter systemowy, ponieważ istniejące standardy nie są w praktyce egzekwowane. „Mamy jasne wytyczne i są one powszechnie dostępne. Każdy lekarz powinien je stosować, ale w praktyce nie ma żadnego mechanizmu ich egzekwowania. Nasz płatnik płaci właściwie niezależnie od tego, czy diagnostyka została wykonana prawidłowo, czy nie”.

Dlatego – jak dodał – elementarne kwestie organizacyjne powinny być traktowane jako część praw pacjenta. Pacjent wchodzący do systemu onkologicznego powinien wiedzieć, czy została mu założona karta DiLO i jaki jest wynik pracy konsylium. Jeżeli jego efektem jest jedynie odesłanie chorego do innego ośrodka, oznacza to, że proces nie spełnia swojej roli koordynacyjnej. Jak podsumowuje ekspert, dopóki system nie będzie dysponował narzędziem umożliwiającym realną kontrolę ścieżki diagnostycznej – takim jak eDiLO – trudno będzie te standardy skutecznie egzekwować.

Osobną kwestią pozostaje jakość diagnostyki patomorfologicznej i molekularnej. System akredytacji oraz powiązania finansowania z jakością przyniósł w części jednostek wymierną poprawę standardów. Dr hab. Monika Durzyńska przypomniała, że „oddzielne finansowanie JGPato spowodowało, że część jednostek diagnostyki patomorfologicznej rzeczywiście podniosła jakość diagnostyki. Dzięki temu pacjenci byli optymalnie leczeni. Natomiast w środowisku patomorfologów pojawiają się dziś obawy, że jeżeli to finansowanie się skończy, część ośrodków może stopniowo obniżać jakość diagnostyki i ograniczać zlecanie badań molekularnych”.

To nie jest tylko teoretyczna obawa. „Na dziś wiadomo, że jednostki, które podlegały akredytacji, przeszły ją pozytywnie i mogły rozliczać badania w JGPato. Łącznie 50 mln zł zostało przekazane szpitalom w związku z tą akredytacją, a badania będą mogły być rozliczane do czerwca, bo do tego momentu akredytacja jest ważna. Mam nadzieję, że dalsze rozwiązania pojawią się wcześniej niż później, bo to będzie tylko z korzyścią dla jakości diagnostyki i dla pacjentów” – dodała dr hab. Durzyńska.

Bez wzmocnienia diagnostyki trudno będzie mówić o rzeczywiście spersonalizowanym leczeniu
Personalizacja leczenia onkologicznego nie zależy wyłącznie od pojawiania się nowych leków ani od rozszerzania programów terapeutycznych. W równym stopniu zależy od tego, czy system potrafi odpowiednio wcześnie uruchomić właściwą diagnostykę, skoordynować współpracę specjalistów, zapewnić jakość badań i sfinansować procedury wtedy, gdy są one rzeczywiście potrzebne klinicznie.

W tym sensie racjonalizacja wydatków nie oznacza ograniczania diagnostyki, lecz przeciwnie – przesunięcie części środków na wcześniejszy etap postępowania. Prof. Artur Kowalik zwrócił uwagę, że obecnie proporcje są odwrócone: „wydajemy ogromne środki na leczenie, natomiast na diagnostykę wciąż przeznaczamy zbyt mało pieniędzy. Powinniśmy odwrócić tę piramidę świadczeń, bo przez ograniczenia diagnostyczne tylko część pacjentów korzysta z terapii, które teoretycznie są dostępne”.

Podobny wniosek dotyczy badań molekularnych wykonywanych na etapie rozpoznania. Jak wskazał prof. Piotr Rutkowski, bez nich trudno dziś prawidłowo zaplanować leczenie. „Badania genetyczne i molekularne wykonywane na etapie diagnostyki powinny być rozliczane bezlimitowo w ramach diagnostyki onkologicznej. Bez nich nie jesteśmy w stanie prawidłowo przeprowadzić procesu rozpoznania i zaplanować leczenia”. W jego ocenie koszty takich badań pozostają niewielkie w porównaniu z wydatkami ponoszonymi później na leczenie zaawansowanej choroby.

Szczególnego znaczenia diagnostyka molekularna nabiera u pacjentów z rzadkimi zmianami genetycznymi, u których może ona otworzyć drogę do terapii niestandardowych. W takich przypadkach kluczową rolę odgrywa mechanizm ratunkowego dostępu do technologii lekowych (RDTL). W praktyce jednak procedura ta nie zawsze działa tak sprawnie, jak zakładano. Jak mówił dr Mateusz Polaczek, „RDTL nie jest rozwiązaniem idealnym, bo ma jeden bardzo kluczowy zapis, który można interpretować na dwa skrajne sposoby – że chory wyczerpał wszystkie dostępne terapie finansowane ze środków publicznych”.

Konsekwencją takiej konstrukcji przepisów bywa konieczność formalnego wykazania, że pacjent otrzymał wszystkie dostępne linie leczenia, nawet wtedy, gdy wiadomo, że nie przyniosą one realnej korzyści. W efekcie – jak wskazuje ekspert – procedura, która miała umożliwiać dostęp do najlepszej możliwej terapii, bywa wykorzystywana głównie do potwierdzania, że wyczerpano inne możliwości leczenia.

Dlatego część ośrodków decyduje się kierować chorych z rzadkimi zmianami molekularnymi do wyspecjalizowanych centrów referencyjnych, które mają większe doświadczenie w prowadzeniu takich terapii oraz w korzystaniu z procedury RDTL. W takich warunkach poszerzanie diagnostyki molekularnej może rzeczywiście przekładać się na dostęp do leczenia.

To właśnie na etapie diagnostyki rozstrzyga się dziś, czy nowoczesna onkologia będzie dla pacjenta realnym standardem postępowania, czy jedynie zbiorem możliwości istniejących w wytycznych. W tym sensie personalizacja leczenia zaczyna się nie od leku, lecz od dobrze zaprojektowanej diagnostyki.
 
 
Wypowiedzi wykorzystane w tekście pochodzą z debaty eksperckiej „Personalizacja leczenia onkologicznego. Od biomarkerów do decyzji terapeutycznych”, zorganizowanej w ramach cyklu „Onkologia – wspólna sprawa” przez redakcję Medicalpress i Polskie Towarzystwo Onkologiczne.

Stwardnienie zanikowe boczne (ALS) to ciężka, postępująca choroba neurologiczna, która prowadzi do stopniowego zaniku mięśni i utraty sprawności ruchowej, a w dalszym etapie także do niewydolności oddechowej. Choroba wciąż pozostaje nieuleczalna, a dostępne dotąd terapie miały głównie charakter objawowy. Najnowsze wyniki kilkuletnich badań klinicznych dają jednak powody do optymizmu, zwłaszcza dla bardzo konkretnej grupy pacjentów z rzadką mutacją.
Obserwacja terapii w dłuższej perspektywie
 
Chodzi o osoby z ALS wywołanym mutacją w genie SOD1. Ta postać choroby dotyczy około 2 proc. wszystkich chorych na ALS, ale często charakteryzuje się szczególnie szybkim i agresywnym przebiegiem. Nową opcją terapeutyczną dla tej grupy pacjentów jest tofersen – lek nowej generacji, oligonukleotyd antysensowny, który jako pierwszy celuje bezpośrednio w przyczynę choroby. Jego zadaniem jest zablokowanie produkcji wadliwego białka SOD1, które w tej postaci ALS prowadzi do zniszczenia neuronów ruchowych. Podawany jest bezpośrednio do płynu mózgowo-rdzeniowego, co pozwala mu działać dokładnie tam, gdzie rozwija się choroba.
 
Wcześniejsze, krótkoterminowe badania nad tym lekiem pokazały, że skutecznie obniża poziom białka SOD1 oraz neurofilamentow – markerów uszkodzenia neuronów. Obecnie naukowcy opublikowali kilkuletnie wyniki badania, które pozwalają lepiej ocenić jego realny wpływ na przebieg choroby.

Nowe wyniki opublikowane na łamach JAMA Neurology przedstawiają długoterminowe dane z III fazy badania klinicznego VALOR oraz jego przedłużonej fazy otwartej fazy kontynuacyjnej. W międzynarodowym sześciomiesięcznym badaniu klinicznym VALOR część pacjentów otrzymywała lek, a część placebo, natomiast w jego otwartej kontynuacji w badaniu OLE (Open-Label Extension) wszyscy pacjenci (również ci, którzy wcześniej brali placebo) otrzymywali lek.
 
Głównym celem analizy było sprawdzenie, jak lek działa w dłuższej perspektywie (do 3,5–5,5 roku) i czy wcześniejsze rozpoczęcie leczenia (tzw. „wczesny start”) daje lepsze wyniki niż rozpoczęcie go z półrocznym opóźnieniem (tzw. „opóźniony start”).
 
W badaniu VALOR obserwowano 108 pacjentów z potwierdzoną mutacją SOD1, z których 46 było leczonych nawet przez ponad trzy i pół roku. Część chorych otrzymywała tofersen od samego początku badania, inni zaczęli terapię z półrocznym opóźnieniem. Takie porównanie pozwoliło sprawdzić, czy wcześniejsze rozpoczęcie leczenia przekłada się na lepsze efekty kliniczne.
 
Wolniejszy postęp choroby i lepsza jakość życia
 
Z badań wynika, że u osób, które wcześniej rozpoczęły terapię obserwowano wolniejsze pogarszanie się sprawności ruchowej, wolniejszy spadek siły mięśni, lepsze zachowanie funkcji oddechowych i mniejsze pogorszenie jakości życia.

Co istotne, u części pacjentów, co w ALS zdarza się niezwykle rzadko, odnotowano nawet poprawę siły mięśni lub stabilizację objawów przez dłuższy czas. Według autorów badania takie zjawiska niemal nie występują w naturalnym przebiegu tej choroby.
 
Jednym z najważniejszych wniosków jest wpływ terapii na przeżycie pacjentów. Analiza wykazała, że leczenie znacząco wydłuża czas do wystąpienia najcięższych zdarzeń, takich jak zgon lub konieczność stałej wentylacji mechanicznej.
 
Szczególnie wyraźny efekt zaobserwowano u chorych z szybko postępującą postacią ALS. W tej grupie wcześniejsze rozpoczęcie leczenia wiązało się z wydłużeniem okresu względnie stabilnego funkcjonowania nawet o kilka lat w porównaniu z późniejszym rozpoczęciem terapii.
To niezwykle istotne, ponieważ w agresywnych postaciach ALS czas od pierwszych objawów do ciężkiej niepełnosprawności bywa liczony w miesiącach.
 
Badacze zwracają uwagę na jeszcze jeden ważny element, w którym leczenie prowadziło do trwałego obniżenia poziomu neurofilamentów, czyli białek, które są markerem uszkodzenia neuronów. To jeden z najważniejszych wyników tego badania. Neurofilamenty (NfL) to fragmenty zniszczonych komórek nerwowych, które trafiają do krwi. Im wyższy ich poziom, tym szybciej postępuje choroba i tym więcej neuronów umiera.
 
U pacjentów przyjmujących nową terapię poziom neurofilamentów obniżył się aż o 60–70 proc.! Spadek ten nastąpił szybko (w ciągu około 4 miesięcy) i utrzymał się przez cały okres badania (ponad 3 lata).

Wyraźny i długotrwały spadek sugeruje, że lek realnie spowalnia proces neurodegeneracji, a nie tylko łagodzi objawy. Co więcej, zmiany w biomarkerach pojawiały się wcześniej niż poprawa kliniczna, co potwierdza ich znaczenie jako „wczesnego sygnału”, że terapia działa.
 
Przełomowy charakter terapii
 
Oba badania były współprowadzone przez WashU Medicine i stanowiły podstawę do zatwierdzenia leku w 2023 roku przez amerykańską Agencję ds. Żywności i Leków (FDA) do leczenia tej rzadkiej postaci ALS.

– Zatrzymanie postępu choroby i uzyskanie poprawy w perspektywie trzech do pięciu lat to coś niespotykanego w tej postaci ALS – podkreśla pierwszy autor badania prof. Timothy M. Miller, neurolog z Washington University School of Medicine in St. Louis, dyrektor Centrum ALS.
 
Jak dodaje wyniki leczenia są wyraźnie lepsze od tego, czego można by się spodziewać na podstawie naturalnego przebiegu choroby. Około 25 proc. uczestników badania doświadczyło poprawy: – Daje to nadzieję, że jesteśmy w stanie zmienić przebieg tej wyniszczającej choroby, a także powody do optymizmu, że podobny efekt uda się osiągnąć również w innych postaciach ALS.
 
Zbawiennych efektów terapii doświadczył między innymi Rickey Malloy, obecnie 44-letni hydraulik z 20-letnim stażem zawodowym, który w 2023 roku dowiedział się, że choruje na ALS związane z mutacją w genie SOD1, mimo braku rodzinnej historii tej choroby. Przez ponad rok poszukiwał diagnozy, konsultując się z wieloma specjalistami, aż ostatecznie został skierowany do Centrum ALS w WashU Medicine. Tam potwierdzono rozpoznanie i rozpoczęto leczenie innowacyjną terapią.
 
– Stosuję ten lek od dwóch lat i czuję się naprawdę dobrze. Mam znacznie mniej skurczów i bolesnych napięć mięśni w nogach. Terapia bardzo mi pomogła. Zespół fizjoterapeutów wprowadził więcej ćwiczeń oraz trening chodzenia, a nawet wchodzenie po schodach, co staje się coraz łatwiejsze. Moim celem jest znów stanąć na palcach. Teraz buduję siłę, a nie tylko staram się ją utrzymać – opowiada pacjent.
 
– W porównaniu z dotychczasową wiedzą na temat naturalnego przebiegu stwardnienia zanikowego bocznego, poprawa obserwowana u pacjentów takich jak Rick Malloy, leczonych tofersenem, ma charakter przełomowy i realnie zmienia ich życie – podkreślają Timothy M. Miller oraz współautor publikacji prof. Robert Bucelli, neurolog i drugi dyrektor Centrum ALS w WashU Medicine.

W przypadku Ricka Malloya poprawa stanu zdrowia była na tyle znacząca, że niedawno mógł on przejść całkowitą operację wymiany stawu kolanowego. Jeszcze ponad rok wcześniej lekarze informowali go, że ze względu na zaawansowanie ALS nie kwalifikuje się do takiego zabiegu.

Więcej na temat stwardnienia zanikowego bocznego (ALS) na stronie: https://mnd.pl/czym-jest-sla/

Źródło: https://jamanetwork.com/journals/jamaneurology/fullarticle/2843130

Stowarzyszenia Dignitas Dolentium

 
 
Od maja 2025 roku w bilansie sześciolatka pojawiło się nowe badanie – oznaczenie poziomu cholesterolu we krwi. To prosty test wykonywany z próbki krwi żylnej w ramach rutynowej wizyty kontrolnej, w pełni finansowanej przez Narodowy Fundusz Zdrowia. Dzięki niemu można wcześnie wykryć zaburzenia gospodarki lipidowej, w tym rodzinną hipercholesterolemię, czyli genetycznie uwarunkowany, bardzo wysoki poziom cholesterolu, który pojawia się już w dzieciństwie.
Wprowadzony do bilansu lipidogram pozwala nie tylko „wyłapać”  dzieci z odziedziczoną predyspozycją, lecz także zwrócić uwagę na powszechny problem, jakim jest zbyt wysoki cholesterol w całej populacji. W Polsce dotyczy on nawet 60 proc. dorosłych, z czego większość nie jest tego świadoma. Cholesterol nie boli, nie daje objawów, a mimo to stopniowo uszkadza naczynia krwionośne. Prowadzi do rozwoju miażdżycy, choroby wieńcowej, zawałów i udarów. Często o jego podwyższonym poziomie pacjenci dowiadują się dopiero po poważnym incydencie sercowo-naczyniowym.

Wczesne wykrycie nieprawidłowego poziomu cholesterolu daje realną szansę, by zapobiec chorobie, zanim się rozwinie – mówi Agata Sławin, specjalistka medycyny rodzinnej, ekspertka Federacji Porozumienie Zielonogórskie. – Badanie w bilansie dziecka to nie tylko diagnostyka, ale także moment, by objąć profilaktyką całą rodzinę. Lekarz rodzinny może zalecić badania rodzicom i rodzeństwu, a w razie potrzeby zaproponować dalszą opiekę oraz zmiany stylu życia.

Nowe badanie w bilansie

Wysoki poziom cholesterolu może mieć różne przyczyny. U części osób wynika z genetyki, u innych z diety, braku ruchu, nadwagi czy chorób metabolicznych. Niezależnie od źródła problemu, zbyt wysokie stężenie cholesterolu prowadzi do odkładania się złogów tłuszczowych w ścianach naczyń krwionośnych, które z czasem mogą utrudniać przepływ krwi. To proces, który trwa latami i długo nie daje żadnych objawów.

Włączenie oznaczenia cholesterolu do bilansu sześciolatka pozwala rozpocząć profilaktykę znacznie wcześniej, zanim choroba się rozwinie. W przypadku nieprawidłowego wyniku lekarz może zlecić dalsze badania dziecku i jego bliskim. To daje możliwość wczesnego działania: modyfikacji diety, zwiększenia aktywności fizycznej czy włączenia leczenia, zanim dojdzie do powikłań sercowo-naczyniowych. W przypadku rodzinnej hipercholesterolemii diagnostyka obejmuje całą rodzinę, ponieważ  mutacja genetyczna dziedziczy się w sposób dominujący, to znaczy, że ryzyko przekazania choroby dziecku wynosi aż 50 procent.

Bilans zdrowia – inwestycja, która się zwraca

Bilans sześciolatka to kompleksowa ocena zdrowia dziecka, obejmująca wzrost, wagę, wzrok, słuch, ciśnienie tętnicze, a od tego roku również poziom cholesterolu. To moment, w którym specjalista medycyny rodzinnej może nie tylko ocenić stan zdrowia, ale też porozmawiać z rodzicami o diecie, aktywności fizycznej i codziennych nawykach zdrowotnych.

Taka wizyta nie wymaga dodatkowych skierowań i może przynieść długofalowe korzyści. Badanie cholesterolu to przykład prostego działania, które pozwala chronić zdrowie całej rodziny. Wykrycie problemu we wczesnym wieku to szansa, by uniknąć chorób serca w przyszłości i wychować pokolenie bardziej świadomych pacjentów.

Badanie cholesterolu w bilansie sześciolatka to ważny krok w stronę nowoczesnej profilaktyki zdrowotnej. Pomaga wykryć genetyczne predyspozycje, ale też przypomina, że wysoki cholesterol jest powszechnym i często niedostrzeganym problemem w Polsce.

Wiedza o stanie zdrowia daje realne możliwości działania, pozwala zadbać o siebie i najbliższych, zanim pojawią się powikłania. Naszą rolą jest, aby przekonywać, że regularne badania, zdrowa dieta i aktywność fizyczna to najprostsze i najskuteczniejsze sposoby, by zachować dobre zdrowie na lata – puentuje Agata Sławin

Źródło: Komunikat Prasowy

 
 
Europejczycy coraz lepiej rozumieją, że zdrowie to inwestycja – ale nadal zbyt rzadko przekuwają wiedzę w działanie. Aż 96% badanych uważa zdrowy styl życia za ważny, lecz tylko połowa faktycznie stara się go realizować. Taki wniosek płynie z najnowszego raportu STADA Health Report 2025, międzynarodowego badania obejmującego 27 tysięcy respondentów w 22 krajach, w tym w Polsce, opracowanego przez firmę STADA[1]. Raport pokazuje rosnącą świadomość znaczenia profilaktyki i zdrowia psychicznego, ale też ujawnia bariery: brak czasu, motywacji i niskiego zaufania do systemu ochrony zdrowia.
W czasach, gdy Europa mierzy się z rosnącą liczbą chorób cywilizacyjnych, stresem i przeciążeniem psychicznym, raport STADA Health Report 2025 staje się ważnym głosem w dyskusji o przyszłości zdrowia publicznego. Od 2014 roku raport ten analizuje, jak Europejczycy dbają o siebie, czego się obawiają i jakie mają potrzeby wobec krajowych systemów ochrony zdrowia.

– Zdrowie to znacznie więcej niż brak choroby – to codzienne wybory, które kształtują nasze samopoczucie, relacje i energię do działania. Tegoroczny STADA Health Report 2025 pokazuje, że Europejczycy coraz lepiej rozumieją znaczenie profilaktyki i dobrostanu, ale wciąż potrzebują prostych, dostępnych narzędzi, które pomogą im przekuć wiedzę w praktykę. Naszą misją w STADA jest wspierać ich na tej drodze – poprzez edukację, realne rozwiązania i zaufanie, jakim darzą naszych ekspertów – podkreśla Ricardas Grazulis, Dyrektor Generalny STADA Pharm.

Świadomość kontra praktyka
Hasło tegorocznej edycji – „Healthy Life: Desired by Many, Lived by Only Half of Europeans” – dobrze oddaje główny wniosek raportu: Europejczycy wiedzą, jak żyć zdrowo, ale nie potrafią wprowadzać tego w życie. Aż 96% badanych deklaruje, że zdrowy styl życia jest dla nich ważny, jednak tylko 51% naprawdę się do tego stosuje. To największa różnica między wiedzą a działaniem w historii raportu.
Najczęściej wskazywane bariery to:
W Polsce ten brak konsekwencji jest szczególnie widoczny – ponad połowa Polaków (51%) przyznaje, że nie potrafi utrzymać zdrowych nawyków mimo świadomości ich znaczenia. To wynik wyższy niż europejska średnia (41%).

Kondycja psychiczna pod presją
Choć 64% Europejczyków ocenia swoje zdrowie psychiczne jako dobre, aż 36% przyznaje się do trudności emocjonalnych, a 66% doświadczyło wypalenia zawodowego – najczęściej osoby młode. Główne źródła problemów to stres zawodowy i obawy finansowe, które w Polsce wymienia co czwarty respondent. Pomocy z zewnątrz szuka zaledwie 17% badanych. Powodem jest nie tylko ograniczony dostęp do specjalistów, ale także przekonanie, że zdrowie psychiczne nadal nie jest traktowane na równi ze zdrowiem fizycznym.

Wyniki STADA Health Report 2025 potwierdzają, że kondycja psychiczna staje się jednym z najistotniejszych wyzwań dla zdrowia publicznego w Europie. Narastający stres, presja zawodowa i permanentny deficyt czasu prowadzą do wzrostu liczby osób doświadczających objawów przeciążenia psychicznego i wypalenia. To zjawisko ma wymiar nie tylko indywidualny, lecz także systemowy – wymaga redefinicji podejścia do zdrowia, w którym dobrostan psychiczny jest integralnym elementem opieki medycznej i profilaktyki populacyjnejkomentuje prof. dr hab. n. med. Mariusz Gujski, Dziekan Wydziału Nauk o Zdrowiu, Warszawski Uniwersytet Medyczny.

Profilaktyka? Tak, ale później
Europejczycy wiedzą, że lepiej zapobiegać niż leczyć – ale nie zawsze działają zgodnie z tą zasadą. Zaledwie 20% mieszkańców Europy regularnie korzysta ze wszystkich dostępnych badań profilaktycznych, podczas gdy 34% nie wykonuje ich w ogóle. W Polsce sytuacja jest jeszcze trudniejsza – tylko 10% Polaków korzysta ze wszystkich badań, a aż 36% unika ich całkowicie.

– Według raportu, najczęściej wskazywanymi powodami niekorzystania z badań są utrudniony dostęp do usług medycznych oraz brak czasu, które wciąż stanowią realne bariery w dbaniu o zdrowie. Jednocześnie połowa badanych uważa, że profilaktyka to klucz do spokoju ducha i długiego życia – co pokazuje, że świadomość zdrowotna wśród Europejczyków rośnie, a podejście do zdrowia staje się coraz bardziej dojrzałe. To pozytywny sygnał – coraz więcej osób chce dbać o siebie i rozumie znaczenie regularnych badań, ale potrzebuje wsparcia systemowego oraz prostych rozwiązań, które pozwolą im łatwiej włączyć profilaktykę do codziennego życia – dodaje prof. dr hab. n. med. Mariusz Gujski.

Tabletka na stres, kawa na zmęczenie
Trzy czwarte Europejczyków sięga po suplementy diety – głównie w celu wzmocnienia odporności, poprawy energii i witalności. W Polsce suplementacja to ważny element codziennej profilaktyki, szczególnie wśród kobiet i młodych dorosłych. 9 na 10 osób zgadza się również ze stwierdzeniem, że zdrowe odżywianie zapobiega chorobom. Jednak co trzeci Europejczyk pije alkohol co tydzień, a 31% pali papierosy i e-papierosy. Najczęściej niezdrowym nawykiem jest jednak nadmierne spożywanie kawy i napojów energetycznych.

– Troska o zdrowie coraz częściej współistnieje z potrzebą natychmiastowej poprawy nastroju i energii. Z jednej strony rośnie świadomość znaczenia profilaktyki i popularność suplementacji, z drugiej – utrzymują się zachowania, które tę troskę podważają. Po używki sięgamy nie tyle z niewiedzy, ile z potrzeby redukcji stresu i chwilowej ulgi – co w kulturze natychmiastowości staje się zwodniczą i ryzykowną strategią. Fakt, że co druga osoba deklaruje gotowość do zmiany niezdrowych nawyków, to sygnał dojrzewania świadomości zdrowotnej – i wyzwanie, by przekuć ją w trwałe zachowaniamówi prof. dr hab. n. med. Mateusz Jankowski, Kierownik Zakładu Zdrowia Populacyjnego, Centrum Medycznego Kształcenia Podyplomowego.

Lekarz wygrywa z algorytmem
Ponad połowa Europejczyków uważa, że ich krajowy system ochrony zdrowia jest sprawiedliwy, czyli zapewnia równy dostęp do świadczeń medycznych i usług zdrowotnych. W Polsce z tym stwierdzeniem zgadza się jedynie 35% badanych. Jednocześnie 69% z nas ufa lekarzom POZ, a 58% farmaceutom, którzy dla wielu Polaków stali się pierwszym punktem kontaktu w problemach zdrowotnych.

Rosnące zainteresowanie budzi także medycyna wspierana przez sztuczną inteligencję. Według raportu, 2 na 5 osób rozważyłoby konsultację z AI zamiast wizyty u lekarza. Głównymi powodami takiej decyzji jest dostępność (system AI jest dostępny 24/7 na dobę, zapewnia natychmiastową reakcję) oraz wygoda i możliwość zaoszczędzenia czasu. Jednocześnie 53% nie ma zaufania do jakości porad udzielanych przez sztuczną inteligencję, a 44% uważa, że konsultacje medyczne czy psychologiczne wymagają osobistej interakcji.

Zdrowie to gra zespołowa
Wyniki raportu STADA Health Report 2025 stanowią zarówno sygnał alarmowy, jak i inspirację do działania. Pokazują, że Europejczycy coraz lepiej rozumieją znaczenie profilaktyki i chcą dbać o siebie, jednak wciąż potrzebują motywacji, prostych narzędzi i realnego wsparcia systemu, by przekuć wiedzę w codzienną praktykę.

STADA podkreśla, że budowanie kultury zdrowia to dziś wspólna odpowiedzialność – nie tylko lekarzy i instytucji, ale całego społeczeństwa, środowiska ekspertów, edukatorów i mediów. Raport ma stać się punktem wyjścia do szerokiej rozmowy o tym, jak skutecznie wspierać ludzi w trosce o zdrowie – zarówno w gabinetach lekarskich, jak i w przestrzeni publicznej, gdzie kształtują się postawy i codzienne wybory.
 
Raport dostepny online: https://www.stada.com/media/health-reports/stada-health-report-2025 
 
[1] health-report-2025_en.pdf 

źródło: Stada

ALAB laboratoria jako pierwsza sieć diagnostyczna w Europie Środkowo-Wschodniej wdraża innowacyjną technologię do badań przesiewowych w kierunku DNA wirusa brodawczaka ludzkiego (HPV – ang. Human Papilloma Virus) z rozszerzonym genotypowaniem. To system pozwalający dokładniej i szybciej wykrywać zakażenia wirusem HPV, który jest przyczyną blisko 100% zachorowań na raka szyjki macicy.
Rak szyjki macicy – poważne wyzwanie zdrowotne
Rak szyjki macicy, czwarty najczęściej występujący nowotwór na świecie, pozostaje jednym z najpoważniejszych wyzwań dla zdrowia publicznego.[1] W Polsce – stanowi ponad 2,5% nowotworów złośliwych u kobiet. Corocznie diagnozuje się go u ponad 2 200 kobiet, a ponad 1 400 z nich umiera z powodu raka szyjki macicy.[2] Choć obserwuje się stopniowy spadek liczby zachorowań, udział kobiet w programach badań przesiewowych w Polsce wciąż nie przekracza 20 %.[3]
 
Nowoczesna diagnostyka HPV w ALAB laboratoria
Skuteczna profilaktyka raka szyjki macicy w dużej mierze zależy od dostępności i jakości badań przesiewowych. Dlatego w ALAB laboratoria wdrażamy, jako pierwsi w Europie Środkowo-Wschodniej, zautomatyzowany system do badań wirusa brodawczaka ludzkiego (HPV). To właśnie przetrwała infekcja tego wirusa odpowiada za prawie wszystkie przypadki raka szyjki macicy. – mówi dr Piotr Bobkiewicz, Kierownik Pracowni Patomorfologii w ALAB laboratoria – Zastosowanie nowej technologii pozwala na sprawniejszą i dokładniejszą wykrywalność, co może przyczynić się do obniżenia liczby zachorowań i zgonów z powodu raka szyjki macicy. Wpisuje się to w priorytety polityki zdrowotnej państwa, w tym Program Profilaktyki Raka Szyjki Macicy w Polsce, a także wytyczne Światowej Organizacji Zdrowia. – dodaje dr Bobkiewicz.
 
ALAB laboratoria od października 2025 r. wdraża możliwość badania z użyciem zautomatyzowanej aparatury, która pozwala nie tylko na wykrycie infekcji wirusem HPV, ale również rozszerzone genotypowanie 14 typów wysokiego ryzyka tego wirusa. To pozwala na bardziej precyzyjną ocenę ryzyka onkologicznego i szybsze skierowanie pacjentów do dalszej diagnostyki lub leczenia. Rozszerzone genotypowanie dostarcza konkretnych, praktycznych informacji, co może pomóc zmniejszyć liczbę ponownych badań oraz niepotrzebnych i często stresujących dla kobiet – badań kolposkopii.

Technologia wykrywania obecności HPV oparta na diagnostyce molekularnej charakteryzuje się wyjątkową czułością sięgającą 95–98 %, podczas gdy tradycyjna cytologia osiąga jedynie 60–70 %.[4]
Automatyzacja umożliwia wykonanie do ok. 330 badań w ciągu ok. 9 godzin pracy.
 
Dzięki wysokiej wydajności aparatury istnieje możliwość wykrywania HPV-DNA u znacznie większej liczby badanych niż przy dotychczas stosowanych metodach, co pozwala na osiągnięcie w krótkim czasie skali populacyjnej, czyli jest to badanie spełniające kryteria skriningu. Badanie to jest wykorzystywane przez ALAB laboratoria w Programie Profilaktyki Raka Szyjki Macicy w Polsce, finansowanym ze środków NFZ.
Samopobranie (self-sampling) – skuteczna metoda profilaktyczna
Nadal zbyt mało kobiet w Polsce wykonuje badanie w kierunku wykrywania wysokoonkogennych wirusów HPV. Szacuje się, że około połowa Polek regularnie wykonuje cytologię, jednak to badanie nie pozwala na wykrycie samego wirusa, a jedynie podejrzenie infekcji. Z danych Narodowego Testu Zdrowia Polaków 2024 wynika, że 40% kobiet wykonało cytologię w ciągu ostatniego roku, co stanowi poprawę w porównaniu do lat ubiegłych. Niestety, 11 % kobiet nigdy nie wykonało tego badania, a wśród młodszych kobiet (25-34 lata) odsetek ten wynosi tylko 15 %.[5] Cytologia polega na ocenie pod mikroskopem wyglądu komórek szyjki macicy, jest więc badaniem subiektywnym i o dość wysokiej czułości, ale o ograniczonej swoistości. Tymczasem test HPV to obecnie najważniejsze badanie w profilaktyce raka szyjki macicy – jego czułość sięga blisko 100 %, a wynik jest obiektywny i powtarzalny.
 
Mamy opcję pobrania wymazu w gabinecie ginekologicznym, a ponadto obecnie także możliwe jest samopobranie materiału przez kobiety (tzw. self-sampling). W wielu warunkach i przy zastosowaniu nowoczesnych metod (np. PCR) samopobranie materiału do testu HPV osiąga czułość i swoistość zbliżoną do pobrania przez personel medyczny, choć trzeba wiedzieć jak to samodzielnie zrobić. W niektórych przypadkach (zależnie od metody, techniki pobrania i warunków) samopobranie może być nieco mniej skuteczne. Metoda ta może jednak zwiększyć uczestnictwo w programach przesiewowych wśród kobiet, które rzadziej odwiedzają gabinety ginekologiczne. – wyjaśnia dr n. med. Karina Barszczewska, specjalista ds. ginekologii i położnictwa, w trakcie drugiej specjalizacji lekarskiej z seksuologii – Profilaktyka zaczyna się od świadomości i decyzji o wykonaniu badań diagnostycznych, dlatego zachęcam wszystkie kobiety, by korzystały z możliwości diagnostycznych, które obecnie są dostępne. – podkreśla dr Barszczewska.
 
W zgodzie z celami WHO – eliminacja raka szyjki macicy do 2030 roku
Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) w 2020 roku ogłosiła globalną strategię eliminacji raka szyjki macicy jako problemu zdrowia publicznego do 2030 roku. Zakłada ona osiągnięcie następujących celów:
Wdrożenie nowej technologii w ALAB laboratoria wpisuje się w realizację celów Światowej Organizacji Zdrowia w Polsce, poprawiając dostęp do diagnostyki o wysokiej czułości i jakości.
 
Dzięki tej inwestycji ALAB laboratoria umacnia pozycję lidera nowoczesnej diagnostyki w regionie Europy Środkowo-Wschodniej, stawiając na rozwiązania zgodne z najwyższymi standardami zdrowia publicznego.

„Czuła technologia”
Wdrażany przez ALAB laboratoria system, której producentem jest firma Becton, to:
 
 
 
[1] World Health Organization. Cervical cancer. Last updated 22 Feb 2022. Accessed 3 May 2024. Available at: https://www.who.i nt/news-room/fact-sheets/detail/cervical-cancer.
[2] https://pacjent.gov.pl/program-profilaktyczny/profilaktyka-raka-szyjki-macicy
[3] Monika Piekarzewska et al., International Journal of Environmental Research and Public Health (2021)
[4] NIH/NCI PDQ Cancer Information Summary; StatPearls (2023)
[5] https://ocdn.eu/medonet/medonet/Raport%20Narodowy%20Test%20Zdrowia%20Polak%C3%B3w%202024.pdf
[6] Arbyn M, Gultekin M, Morice P, et al. The European response to the WHO call to eliminate cervical cancer as a public health problem. Int J Cancer. 2021;148(2):277–284. doi:10.1002/ijc.33189

źródło: ALAB

Dynia kojarzy się przede wszystkim z jesiennymi potrawami – zupą, ciastem czy dekoracjami na Halloween. Tymczasem jej nasiona kryją w sobie bogactwo składników, które mogą wspierać zdrowie i znaleźć zastosowanie we współczesnej dietetyce oraz suplementacji. To właśnie te właściwości zbadał zespół naukowców z Katedry i Zakładu Dietetyki i Bromatologii oraz Katedry Biologii i Biotechnologii Farmaceutycznej, Wydziału Farmaceutycznego Uniwersytetu Medycznego we współpracy z naukowcami z Ogrodu Botanicznego Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Wyniki ich analiz, opublikowane w 2025 r.  w czasopiśmie Foods, pokazują, że wartości prozdrowotne dyni są bardzo różnorodne, w zależności od odmiany.
Blisko połowa masy nasion dyni stanowi tłuszcz. To nie tylko źródło energii, lecz także wielu bioaktywnych związków. Znajdziemy w nich wielonienasycone kwasy tłuszczowe, przede wszystkim kwas linolowy i oleinowy, które wspierają układ krążenia. Obecne są również unikalne sterole typu ∆7, rzadko występujące w innych olejach roślinnych, mające korzystny wpływ m.in. na zdrowie prostaty. Nasiona są także bogate w tokoferole, czyli witaminy z grupy E, oraz w karotenoidy, chroniące komórki przed stresem oksydacyjnym. Wyróżnia je ponadto obecność skwalenu – związku o potencjale przeciwnowotworowym i antyoksydacyjnym. Jest to wielonienasycony węglowodór, który jest jednym z głównych prekursorów w biosyntezie cholesterolu, hormonów steroidowych i witaminy D w ludzkim organizmie.

Z tego powodu niektóre odmiany dyni mogą być traktowane nie tylko jako źródło oleju spożywczego, ale wręcz jako surowiec nutraceutyczny, czyli żywność o dodatkowych właściwościach prozdrowotnych.

– Przeanalizowaliśmy jedenaście odmian dyni, uprawianych w Polsce, reprezentujących trzy gatunki: dynia olbrzymia (Cucurbita maxima), dynia zwyczajna (Cucurbita pepo) i dynia piżmowa (Cucurbita moschata) – mówi dr Magdalena Grajzer z Katedry i Zakładu Dietetyki i Bromatologii UMW, pierwsza autorka publikacji. – Izolowane z nasion oleje badaliśmy pod kątem składu chemicznego i odporności na utlenianie, wykorzystując m.in. chromatografię gazową i cieczową, test DPPH oraz różnicową kalorymetrię skaningową.

Wyniki nie pozostawiły wątpliwości – odmiany różniły się znacznie między sobą pod względem zawartości związków korzystnie wływających na zdrowie.  Dynia Pink Jumbo Banana (z gatunku dynia olbrzymia), wyróżniała się wyjątkowo wysoką zawartością γ-tokoferolu, karotenoidów (β-karoten, luteina) i skwalenu oraz najwyższą odpornością na utleniania. Wśród zdrowotnych liderek znalazła się odmiana Show Winner, ze względu na bogactwo α- i γ-tokoferolu oraz skwalenu. Jack Sprat (C. pepo) i Golden Hubbard (C. maxima) wykazywały wysoką stabilność oksydacyjną dzięki korzystnemu składowi (m.in. dużej zawartości γ-tokoferolu i skwalenu szczególnie w Jack Sprat). Na przeciwnym biegunie znalazła się odmiana Moonshine (C. pepo), uboga w tokoferole, sterole i skwalen. Choć jej odporność na utlenianie była niższa, charakteryzowała się wydłużoną fazą propagacji utleniania, co naukowcy wiążą z obecnością luteiny i zeaksantyny.

Co w praktyce wynika z badań naukowców UMW dla amatorów chrupiących nasion?

– Nasiona dyni, niezależnie od odmiany, pozostają cennym źródłem składników wspierających zdrowie – tłumaczy dr Magdalena Grajzer. – Mogą obniżać poziom cholesterolu, chronić układ krążenia, działać przeciwzapalnie i antyoksydacyjnie, a także wspierać zdrowie prostaty. Szczególną rolę odgrywa również olej z nasion dyni, który, dzięki zawartości tokoferoli i skwalenu, może być używany jako naturalny stabilizator dla innych olejów roślinnych, na przykład lnianego, bogatego w omega-3, ale mało odpornego na utlenianie. To powoduje, że szybko traci swoje właściwości, w związku z czym ma krótki termin przydatności do spożycia. Dodatek oleju dyniowego z nasion odpowiednio dobranej odmiany mógłby ten okres wydłużyć. Być może wnioski z naszego badania zainteresują producentów.

Naukowcy podkreślają, że odpowiedni dobór odmian dyni pozwala nie tylko tworzyć oleje funkcjonalne i suplementy diety, lecz także wzbogacać tradycyjne oleje roślinne w bioaktywne związki, a nawet produkować żywność o wydłużonej trwałości i większej wartości zdrowotnej. Dzięki takim odkryciom nasiona dyni mogą stać się jednym z kluczowych elementów nowoczesnej dietetyki i profilaktyki chorób cywilizacyjnych.

źródło: UM we Wrocławiu
W 2025 roku mija dokładnie 20 lat od chwili, gdy Fundacja Ronalda McDonalda wraz z zaangażowanymi w rozwój onkologii pediatrycznej lekarzami zainaugurowała badania „NIE nowotworom u dzieci”. To był wtedy i jest dziś bardzo potrzebny program, którego celem jest jak najwcześniejsze wykrywanie nieprawidłowości rozwojowych, chorób nowotworowych, chorób wieku dziecięcego, rozwijających się bezobjawowo i mogących prowadzić do groźnych konsekwencji.
20 lat profilaktyki, 20 lat troski o zdrowie najmłodszych 
 
W 2025 roku mija dokładnie 20 lat od chwili, gdy Fundacja Ronalda McDonalda wraz z zaangażowanymi w rozwój onkologii pediatrycznej lekarzami zainaugurowała badania „NIE nowotworom u dzieci”. To był wtedy i jest dziś bardzo potrzebny program, którego celem jest jak najwcześniejsze wykrywanie nieprawidłowości rozwojowych, chorób nowotworowych, chorób wieku dziecięcego, rozwijających się bezobjawowo i mogących prowadzić do groźnych konsekwencji. Równie ważną ideą jest także edukacja zdrowotna, upowszechnianie wiedzy o profilaktyce. Przez dwie dekady mobilna klinika Fundacji przejechała tysiące kilometrów, odwiedzając setki polskich miejscowości i realizując bezpłatnie kompleksowe badania ultrasonograficzne. 
 
20 lat programu to dziesiątki tysięcy zbadanych dzieci. 3 października 2025 roku w Radomiu przebadano 100 000 dziecko. To symboliczny moment, który pokazuje wielkość przedsięwzięcia i determinację ludzi Fundacji. O unikalności programu i modelu jego realizacji w skali całego kraju świadczy fakt, że lokalne społeczności, samorządy, grupy rodziców, piszą do Fundacji i wpisują się na kolejne lata w kalendarz badań.
      
Czy wiesz, że… 
…w ramach programu profilaktycznych badań przesiewowych „NIE nowotworom u dzieci” w latach 2005-2025 przebadano 100 000 dzieci w wieku od 9 miesięcy do 6 lat.  
 
Dlaczego profilaktyka jest kluczowa? 
Nowotwory u dzieci należą do wyzwań współczesnej medycyny. Badania przesiewowe pozwalają na rozpoznanie zaburzeń rozwojowych nerek i dróg moczowych oraz rozpoznawanie nowotworów we wczesnym stadium ich rozwoju.

Charakterystyczną cechą chorób nowotworowych u dzieci jest ich szybki rozwój, a to sprawia, że czas diagnozy ma absolutnie decydujące znaczenie dla efektów leczenia. 
„Wczesne wykrycie nieprawidłowości mogącej prowadzić do rozwoju choroby nowotworowej lub wykrycie samego nowotworu daje szansę na skuteczne leczenie, a nawet całkowite wyleczenie” – podkreśla prof. Jerzy R. Kowalczyk, współtwórca programu, wieloletni kierownik Kliniki Hematologii, Onkologii i Transplantologii Dziecięcej w Lublinie. 
 
Dzięki formule kompleksowych badań USG, wykonywanych w Ambulansie Fundacji (mobilnej klinice wyposażonej w najnowocześniejszy sprzęt do badań USG), na które dzieci zapisuje się bez skierowania, lekarze, wykrywając wymagające działań zmiany, wpisują w wynik USG jasną instrukcję, aby rodzic wiedział, jakie kroki ma podjąć.
 
Czy wiesz, że… 
u 5% badanych dzieci w ramach programu „NIE nowotworom u dzieci” podejrzewano procesy onkologiczne, głównie u pacjentów ze zmianami ogniskowymi i powiększonymi węzłami chłonnymi. 
 
Ogólnopolski zasięg, znoszenie barier odległości, bezpłatność badań 
Pomysłodawcami programu „NIE nowotworom u dzieci” są prof. Jerzy R. Kowalczyk – wybitny onkolog dziecięcy oraz prof. Adam Jelonek – legenda pediatrii, Honorowy Prezes Fundacji Ronalda McDonalda. W 2004 roku, włączając w prace prof. Andrzeja Pawła Wieczorka, autorytet w dziedzinie radiologii, opracowali standardy programu. Lekarze uznali, że tylko narzędzie w postaci kliniki na kołach pozwoli osiągnąć sukces dotarcia z badaniami do dzieci. To były czasy, gdy badania profilaktyczne i onkologia wzbudzały niepokój. Prof. Adam Jelonek wystąpił z wnioskiem do Ronald McDonalda House Charities o grant w postaci ambulansu, a gdy pojazd przypłynął do Polski i otrzymał homologację, w Lublinie już czekał zespół radiologów dziecięcych, który wyruszył na badania. Ambulans Fundacji był wówczas jedyną taką przychodnią pediatryczną na kołach w Polsce i w Europie. 
  
Dziś pierwszy historyczny Chevrolet nadal jest “w służbie medycznej”, bo Fundacja przekazała go innej organizacji pożytku publicznego, która promuje profilaktykę na Dolnym Śląsku. W Europie działa jeszcze jedna mobilna klinika, ponieważ gdy na Łotwie powstała Fundacja Ronalda McDonalda Polacy podzielili się wiedzą i pomogli w uruchomieniu programu badań.  

Zespół radiologów, który wszedł na pokład polskiego Ambulansu w 2025 roku zmienia tytuły z doktorskich na profesorskie, sięga po zawodowe laury i jest z Fundacją.  
Od tamtego historycznego momentu Fundacja wymieniła już pierwszy Ambulans na nowy, bo odwiedził 267 miejscowości, w tym wielokrotnie te, które dziś można nazwać „stałymi punktami” kalendarza badań, jak: Kraśnik, Mińsk Mazowiecki, Ełk, Sochaczew, Ożarów Mazowiecki, Warszawa, Legionowo, Radomsko, Kraków, Szamotuły czy Tarnowo Podgórne.  
                    
Jak działa program? 
Celem „NIE nowotworom u dzieci” jest upowszechnienie profilaktyki onkologicznej, zniesienie barier dostępu do badań diagnostycznych i do lekarzy specjalistów: 
Dlaczego mobilne programy pediatryczne są tak potrzebne? 
Dostęp do specjalistycznych badań diagnostycznych w mniejszych miastach i na terenach wiejskich bywa utrudniony. Tymczasem Ambulans Fundacji każdego roku dociera do 50–60 miejscowości, zdejmując z rodziców poszukiwania gabinetu, dojazd do miejsca badań i koszt wizyty, podczas której radiolog dziecięcy wykonałby kompleksowe USG. Odległość miejsca zamieszkania od miejsca badań, konieczność dojazdu, jeśli badanie jest komercyjne to także jego cena, utrudnia podjęcie przez rodziców decyzji o wykonywaniu badań profilaktycznych u zdrowych dzieci.  
Lekarze  zwracają w tym miejscu uwagę na cel profilaktyki. W czasie badań przesiewowych wykrywa się zmiany chorobowe, która możemy zdiagnozować i zacząć leczenie we wczesnym stadium ich rozwoju.

 „Dzięki mobilnemu charakterowi programu rodzice nie muszą pokonywać setek kilometrów, aby upewnić się, że ich dziecko jest zdrowe. Badania są dostępne blisko domu, w komfortowych warunkach, i co ważne – bezpłatnie” – mówi Krzysztof Daniluk, menedżer programu. 
 
 Czy wiesz, że… 
…Ambulans został zbudowany na podwoziu MAN, ma 12,5 m długości, 4 m wysokości i 2,4 m szerokości. Ambulans mieści w sobie dwa gabinety lekarskie i wygodną poczekalnię, jest klimatyzowany i całkowicie niezależny od zewnętrznych źródeł energii i wody. Mobilność pozwala na prowadzenie badań w pobliżu miejsca zamieszkania dzieci więc dzięki mobilnej klinice to badania „przyjeżdżają” do dzieci. Ambulans staje na Rynku w Krakowie, obok Neptuna w Gdańsku, na placach pod kościołami, Urzędami Miast, na stadionach, pod centrami handlowymi, pod ratuszami, na głównych ulicach. Każdemu ma być wygodnie dotrzeć na badania, bo rodzice przyjeżdżają z wózkami, z nosidełkami, prowadzą często nie jedno a dwoje dzieci. 
 
Tysiące historii  
Każdego roku po badaniach w ramach programu „NIE nowotworom u dzieci” kilkuset małych pacjentów otrzymuje skierowania na dalszą pogłębioną diagnostykę. Dla wielu rodzin to właśnie badanie w Ambulansie było pierwszym krokiem w procesie diagnostyki i leczenia, który ratował zdrowie i życie dziecka. 
 
„Jako rodzice często mamy nadzieję, że zdrowie naszych dzieci jest czymś oczywistym, a program Fundacji Ronalda McDonalda daje nam szansę upewnić się w tym przekonaniu albo – jeśli to konieczne – zareagować na czas. Dzięki badaniom w ramach programu „NIE nowotworom u dzieci” moja córka Iga została bardzo szybko zdiagnozowana, przeszła leczenie i odzyskała zdrowie” – mówi mama Igi, u której w 2018 roku podczas badania w Ambulansie Fundacji wykryto nowotwór nerek. 
 
Partnerzy i wsparcie lokalnych społeczności 
Dzięki zaangażowaniu partnerów lokalnych i odpowiedzialnych firm badania w programie od 20 lat są dla dzieci bezpłatne. Organizacje samorządowe, fundacje, media i wolontariusze dołączają do Fundacji Ronalda McDonalda, przygotowując lokalne akcje i docierając z wiedzą o “NIE nowotworom u dzieci” do rodziców. 
 
Wśród niezawodnych partnerów programu są: Centrum Medyczne Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, Alab Laboratoria, MAN Truck & Bus Polska, Kosmed. Na pokładzie dzieci dostają wraz z wynikiem USG także “receptę na czytanie” i jest to przyjacielska współpraca z Fundacją Powszechnego Czytania.  
Od 20 lat patronat nad programem sprawują: Polskie Towarzystwo Onkologii i Hematologii Dziecięcej oraz Polskie Towarzystwo Pediatryczne, które od początku wspierają ideę wprowadzania badań przesiewowych do programu bilansów zdrowia u dzieci. 
 
W jubileuszowym roku program zyskał wyjątkowego partnera – Fundację ORLEN, która dołączyła do grona wspierających.  
 
 Kolejne pokolenia pod opieką 
Dwadzieścia lat działania programu to 100 tysięcy przebadanych dzieci i tysiące dzieci skierowanych na dalsze leczenie. Ale to także jasny sygnał: profilaktyka ma sens, a wczesna diagnoza ratuje zdrowie i życie. Fundacja Ronalda McDonalda stawia sobie ambitne cele na kolejne lata: docierać do jeszcze większej liczby polskich miejscowości, budować świadomość rodziców i rozwijać unikatowy w skali kraju system mobilnej diagnostyki dzieci.  
 
„To są badania nie dla badań, ale dla zdrowia i życia. Wiedza o objawach dająca rodzicom możliwość wpływu na wczesne rozpoznanie nie musi przydać się we własnej rodzinie, ale może pomóc przyjaciołom czy sąsiadom z małymi dziećmi. Program NIE nowotworom u dzieci to praktyczne działanie, zainicjowane przez lekarzy-społeczników, z którymi odwiedzamy regularnie Ministrów Zdrowia dostarczając danych i apelując o zwiększenie dostępu do profilaktycznych badań USG.” – podsumowuje Katarzyna Rodziewicz, Prezes Fundacji Ronalda McDonalda. 
 
„Aby rodzina mogła być razem” to misja powołanej w Polsce w 2002 roku Fundacji Ronalda McDonalda, która jest częścią międzynarodowej organizacji Ronald McDonald House Charities, wspierającej medycynę pediatryczną w 61 krajach. Ronald McDonald House Charities (RMHC) ma już 50 lat. Została założona w 1974 r. w Filadelfii. 

Poznaj programy Fundacji Ronalda McDonalda w Polsce 
 
Każdy może pomóc w utrzymaniu programów Fundacji, przekazując 1,5% podatku, darowiznę finansową i rzeczową lub dołączając do wolontariatu. Zapraszamy na naszą stronę www, oraz na nasze profile na LinkedInie, Facebooku, Instagramie i Youtubie. Wszystkie programy Fundacji pomagają bezpłatnie. 
 
 
 
źródło: Fundacja Ronalda McDonalda
Z okazji Światowego Dnia Wzroku Fundacja Ziko dla Zdrowia publikuje ogólnopolski raport „Okiem Polaka: jak dbamy o wzrok. Świadomość zdrowia i profilaktyki wzroku wśród Polaków”, który ujawnia niepokojące dane dotyczące stanu zdrowia oczu Polaków. Choć większość z nas wie, że wzrok wymaga troski, w praktyce zbyt często odkładamy wizytę u specjalisty na później.
Ponad 66% Polaków zmaga się z wadą lub chorobą wzroku, a tylko niewielka część społeczeństwa dba o regularne badania – wynika z najnowszego raportu Fundacji Ziko dla Zdrowia.
 
Wzrok Polaków w liczbach
 
Eksperci alarmują

Raport „Okiem Polaka” pokazuje, że problemy ze wzrokiem są powszechne i dotyczą wszystkich grup wiekowych. Jednocześnie wyniki wskazują, że świadomość potrzeby regularnych badań nie przekłada się na codzienne praktyki – wiele osób ignoruje pierwsze objawy i nie korzysta z dostępnych możliwości diagnostyki.

Wyniki raportu potwierdzają to, co codziennie obserwuję w gabinecie. Pacjenci często lekceważą pierwsze objawy – zmęczenie oczu, pieczenie, niewyraźne widzenie. Problemy ze wzrokiem coraz częściej wiążą się ze stylem życia, szczególnie z długimi godzinami spędzanymi przed ekranami, pracą w zamkniętych pomieszczeniach i brakiem odpoczynku dla oczu. Niestety, wielu pacjentów reaguje dopiero, gdy problem staje się naprawdę uciążliwy. Tymczasem regularne badania są kluczem do profilaktyki i pozwalają wychwycić zmiany znacznie wcześniej. Światowy Dzień Wzroku przypomina nam, że oczy zasługują na troskę każdego dnia – podkreśla Małgorzata Szamraj, optometrystka, z branżą optyczną związana od 2011 roku.

Profilaktyka w praktyce – wzrok jako wyzwanie cywilizacyjne

Według danych Światowej Organizacji Zdrowia (WHO), co najmniej 2,2 miliarda ludzi na świecie ma zaburzenia widzenia, z czego ponad 1 miliard przypadków można było zapobiec lub wciąż nie zostały odpowiednio zdiagnozowane i leczone.

Badanie „Okiem Polaka” dostarcza aktualnych danych na temat stanu wzroku Polaków i ich świadomości zdrowotnej. Wyniki pokazują, że choć coraz częściej korzystamy z okularów i znamy wpływ ekranów, wciąż rzadko badamy wzrok i ignorujemy pierwsze symptomy problemów.

Wzrok pozwala nam poznawać świat, uczyć się, pracować i rozwijać pasje. Niestety, traktujemy go często jako coś oczywistego. Nasz raport ma zwrócić uwagę na realne wyzwania związane ze wzrokiem i pokazać, że profilaktyka jest możliwa i konieczna. To także sygnał dla decydentów, edukatorów i każdego z nas. Warto zatrzymać się i zapytać: czy naprawdę dbam o to, co pozwala mi widzieć świat – podsumowują inicjatorzy raportu z Fundacji Ziko dla Zdrowia. Pełny raport jest dostępny na stronie Fundacji www.zikodlazdrowia.org.

ZOBACZ RAPORT – OKIEM POLAKA: JAK DBAMY O WZROK

 
Metodologia badania

Badanie zostało przeprowadzone w kwietniu 2025 r. przez CEM Instytut Badań Rynku i Opinii Publicznej Sp. z o.o. na zlecenie Fundacji Ziko dla Zdrowia. Główny cel badania to identyfikacja zachowań i postaw mieszkańców Polski dotyczących profilaktyki chorób oczu i dbania o wzrok.
Zastosowano technikę CAWI (samodzielnie wypełniana ankieta internetowa). Próba objęła 1018 mieszkańców Polski w wieku 18-75 lat, losowanych spośród uczestników panelu internetowego. Wyniki są reprezentatywne dla ogółu dorosłych Polaków ze względu na wiek, płeć, region i miejsce zamieszkania (miasto/wieś).
 
O Fundacji Ziko dla Zdrowia
Fundacja Ziko dla Zdrowia działa od 2016 roku na rzecz ochrony zdrowia, edukacji prozdrowotnej i wsparcia osób w trudnej sytuacji. Jako organizacja pożytku publicznego (OPP) realizuje bezpłatne badania i konsultacje oraz prowadzi kampanie edukacyjne. W 2025 roku w ramach ogólnopolskiej trasy Mobilnego Gabinetu Wzroku Fundacji Ziko dla Zdrowia bezpłatnie przebadano 2000 osób w różnych miastach Polski. Wyniki ogólnopolskiego badania „Okiem Polaka” pokazały realne potrzeby Polaków w zakresie profilaktyki wzroku, co stało się podstawą działań Mobilnego Gabinetu Wzroku.
www.zikodlazdrowia.org
 
źródło: Fundacja Ziko dla Zdrowia