Medicalpress
Zapalenie płuc rozwijające się po usunięciu rurki intubacyjnej może być częstszym powikłaniem pooperacyjnym, niż dotychczas sądzono. Takie wnioski płyną z badania przeprowadzonego przez naukowców z Hiroshima University, którzy przeanalizowali dane ponad 31 tys. pacjentów poddanych planowym operacjom w znieczuleniu ogólnym. Autorzy zwracają uwagę, że tzw. zapalenie płuc po ekstubacji (post-extubation pneumonia, PEP) występowało znacznie częściej niż klasyczne zapalenie płuc związane z wentylacją mechaniczną (ventilator-associated pneumonia, VAP), a jego rozwój może być związany z zaburzeniami połykania pojawiającymi się po usunięciu rurki intubacyjnej.
Intubacja i wentylacja mechaniczna są standardowym elementem wielu zabiegów chirurgicznych wykonywanych w znieczuleniu ogólnym. Po zakończeniu operacji rurka intubacyjna jest usuwana, a pacjent wraca do samodzielnego oddychania. U części chorych okres ten może jednak wiązać się z przejściowymi zaburzeniami połykania. Jeśli pokarm, płyny lub ślina przedostaną się do dróg oddechowych zamiast do przełyku, może dojść do aspiracji i rozwoju zapalenia płuc wymagającego leczenia.

Choć problem dysfagii po ekstubacji jest opisywany w literaturze medycznej od lat, autorzy nowego badania wskazują, że związane z nią zapalenie płuc wciąż nie jest powszechnie traktowane jako odrębna jednostka kliniczna. Najczęściej zaliczane jest do szeroko rozumianych powikłań pooperacyjnych lub szpitalnych zakażeń układu oddechowego.

Naukowcy z Hiroshima University Hospital postanowili sprawdzić, jak często takie powikłanie występuje w praktyce klinicznej, jakie są jego czynniki ryzyka oraz czym różni się od VAP, czyli zapalenia płuc rozwijającego się podczas trwania wentylacji mechanicznej.

Do analizy włączono 31 828 pacjentów poddanych planowym operacjom w znieczuleniu ogólnym w latach 2016–2023. Wykluczono osoby operowane w trybie nagłym oraz pacjentów, dla których brakowało części danych klinicznych.

W badanej grupie u 212 pacjentów rozpoznano zapalenie płuc po ekstubacji, co odpowiadało częstości 0,67 proc. Dla porównania, zapalenie płuc związane z wentylacją mechaniczną rozwinęło się u 27 osób.

Autorzy podkreślają, że oba schorzenia mają odmienny mechanizm powstawania. VAP jest zakażeniem rozwijającym się podczas trwającej wentylacji mechanicznej i wiąże się przede wszystkim z kolonizacją dróg oddechowych przez drobnoustroje. Z kolei PEP pojawia się już po usunięciu rurki intubacyjnej, a jego rozwój może być związany przede wszystkim z zaburzeniami połykania i osłabieniem naturalnych mechanizmów chroniących drogi oddechowe przed aspiracją.

Kto jest najbardziej narażony?

Analiza pozwoliła również zidentyfikować czynniki związane ze zwiększonym ryzykiem rozwoju zapalenia płuc po ekstubacji.

Pacjenci, u których wystąpiło PEP, byli średnio starsi od osób bez tego powikłania. Mężczyźni mieli o około 65 proc. wyższe ryzyko rozwoju choroby niż kobiety. Istotnym czynnikiem ryzyka okazała się również niska masa ciała. Osoby z BMI poniżej 18,5 częściej rozwijały zapalenie płuc po ekstubacji niż pacjenci z prawidłową masą ciała.

Znaczenie miały także stan świadomości oraz sprawność funkcjonalna oceniana przy pomocy wskaźników codziennego funkcjonowania. Wyższe ryzyko obserwowano u osób z zaburzeniami świadomości oraz ograniczoną samodzielnością.

Badacze zwracają uwagę, że zwiększone ryzyko nie dotyczyło wyłącznie określonych typów zabiegów. Choć wcześniej szczególną uwagę poświęcano operacjom w obrębie głowy i szyi, obecne badanie wykazało związek między PEP a szerokim zakresem procedur chirurgicznych, obejmujących m.in. operacje przewodu pokarmowego, układu oddechowego, układu sercowo-naczyniowego, klatki piersiowej, układu nerwowego oraz zabiegi w obrębie głowy i szyi.

Interesującym wynikiem było natomiast to, że palenie tytoniu nie okazało się niezależnym czynnikiem ryzyka rozwoju PEP.

Największe ryzyko w ciągu dwóch tygodni po operacji

Analiza czasu wystąpienia powikłania wykazała, że okres bezpośrednio po ekstubacji ma szczególne znaczenie kliniczne.

Około 80 proc. przypadków zapalenia płuc po ekstubacji rozwinęło się w ciągu pierwszego tygodnia od usunięcia rurki intubacyjnej, a blisko 93 proc. wszystkich przypadków wystąpiło w ciągu dwóch tygodni od zabiegu.

Zdaniem autorów wskazuje to na istnienie szczególnie wrażliwego okresu pooperacyjnego, w którym zaburzenia połykania mogą zwiększać ryzyko aspiracji i późniejszych powikłań oddechowych.

Jak podkreśla Junko Hirayama z Hiroshima University Hospital, szczególnie niepokojące jest to, że pacjenci trafiają do szpitala z nadzieją na poprawę stanu zdrowia dzięki operacji, a następnie doświadczają dodatkowych powikłań wpływających na przebieg rekonwalescencji i jakość życia.

Autorzy zwracają uwagę, że identyfikacja pacjentów obciążonych największym ryzykiem może mieć znaczenie dla profilaktyki. W publikacji wskazano m.in. na potencjalną rolę przesiewowej oceny zaburzeń połykania, rehabilitacji połykania, odpowiedniej higieny jamy ustnej oraz wielodyscyplinarnej opieki obejmującej lekarzy, pielęgniarki, dietetyków, stomatologów, higienistki stomatologiczne i specjalistów rehabilitacji.

W ostatnich latach coraz większe zainteresowanie budzą również metody oceny funkcji połykania, takie jak pomiar siły języka, badania ultrasonograficzne czy testy oceniające skuteczność odruchu kaszlowego.

Autorzy podkreślają, że choć VAP i szpitalne zapalenie płuc posiadają obecnie dobrze opisane definicje oraz strategie profilaktyczne, podobne podejście w odniesieniu do zapalenia płuc po ekstubacji dopiero się rozwija. Ich zdaniem uznanie PEP za odrębną jednostkę kliniczną może ułatwić identyfikację pacjentów zagrożonych tym powikłaniem oraz rozwój ukierunkowanych działań profilaktycznych.

Badanie zostało opublikowane na łamach czasopisma „Scientific Reports”.

Źródło: Hirayama J. i wsp. Risk factors for postextubation pneumonia using diagnosis procedure combination and claims data in Japan. Scientific Reports, 2026. DOI: 10.1038/s41598-026-44666-3.
Ból ostry, jeśli nie jest właściwie leczony, może przejść w ból przewlekły. Ten z kolei wpływa nie tylko na ciało, ale też na psychikę, życie zawodowe, rodzinne i społeczne pacjenta. O tym, jak zapobiegać chronifikacji bólu, ograniczać samoleczenie i budować system opieki nad pacjentem z bólem, rozmawiali eksperci podczas debaty Parlamentarnego Zespołu ds. Medycyny Bólu pt. „Nie ból się! Zapobiegaj”. Projekt objęła honorowym patronatem Małgorzata Kidawa-Błońska, Marszałek Senatu RP, a jego ambasadorką została Urszula Dudziak.
„Bardzo słucham swojego ciała, bo to jest ważne. Jeżeli organizm daje mi sygnały, że coś mu nie służy albo że coś jest nie tak, to staram się reagować. Profilaktyka jest bardzo ważna – trzeba się badać i być czujnym wobec własnego zdrowia” – mówiła Urszula Dudziak.

W medycynie bólu profilaktyka oznacza jednak nie tylko ogólną troskę o zdrowie, aktywność fizyczną czy reagowanie na niepokojące objawy. Oznacza także właściwe leczenie bólu ostrego, aby nie dopuścić do jego utrwalenia, ograniczanie samoleczenia, szybki dostęp do specjalistów i wielokierunkowe prowadzenie pacjenta.

Ból przewlekły wymaga leczenia pacjenta, nie tylko objawu

W wypowiedziach ekspertów powracało przekonanie, że leczenie bólu nie może ograniczać się do szybkiego zniesienia dolegliwości. Ból przewlekły wymaga spojrzenia na pacjenta całościowo, z uwzględnieniem chorób współistniejących, sytuacji psychicznej, funkcjonowania społecznego, rehabilitacji i wsparcia psychologicznego.

Ból przewlekły jest wielochorobowością i tak też powinien być leczony. Jedną metodą nie wyleczymy bólu – wszyscy już wiemy, że potrzebna jest profilaktyka, fizjoterapia, psychoterapia, farmakoterapia i metody interwencyjne. Cały ten system działa tak, jak działa jego najsłabszy element” – mówił dr Marcin Kołacz z Poradni Leczenia Bólu Szpitala Klinicznego Dzieciątka Jezus.

Na ryzyko leczenia bólu w oderwaniu od całego obrazu zdrowia pacjenta zwracał uwagę dr hab. n. med. Jarosław Woroń, farmakolog kliniczny i ekspert w zakresie interakcji lekowych. Jak podkreślał, „jedną z najczęstszych przyczyn nieskuteczności leczenia jest leczenie bólu, a nie pacjenta z bólem. Niezwykle ważny jest kontekst wielochorobowości, chorób współistniejących, depresji, bezsenności czy lęku. Farmakoterapia nie może polegać wyłącznie na tym, żeby ‚nie bolało’, bo bardzo często prowadzi to do zjawiska pseudoulgi i chronifikacji bólu.”

Konsekwencje przewlekłego bólu wykraczają daleko poza sam objaw. Chorzy często tracą możliwość pracy, wycofują się z życia społecznego i codziennych aktywności. „Ból zabija szczęście i nie pozwala żyć. Niszczy nie tylko funkcjonowanie biologiczne człowieka, ale również jego możliwości psychospołeczne i zawodowe. Pacjent z przewlekłym bólem bardzo często wypada z rynku pracy, przestaje funkcjonować społecznie i staje się wykluczony” – mówił dr hab. Janusz Trzebicki, konsultant wojewódzki w dziedzinie anestezjologii.

Ból pooperacyjny: leczenie dla komfortu i bezpieczeństwa

Jednym z ważnych tematów była chronifikacja bólu, czyli utrwalanie się bólu i przechodzenie bólu ostrego w przewlekły. Szczególne znaczenie ma tu leczenie bólu pooperacyjnego i pourazowego.

„Ból pooperacyjny jest głównym problemem subiektywnie zgłaszanym przez pacjentów, często większym niż nudności, wymioty czy inne dolegliwości po zabiegu. Leczymy go nie tylko po to, żeby poprawić komfort pacjenta, ale również dla jego bezpieczeństwa. Źle leczony lub nieleczony ból zwiększa ryzyko powikłań i może prowadzić do utrwalenia się bólu przewlekłego” – mówił dr Piotr Mieszczański z Kliniki Anestezjologii i Intensywnej Terapii Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

Jak zaznaczał, ból musi być oceniany indywidualnie. Przy tej samej procedurze operacyjnej jeden pacjent może zgłaszać bardzo silne dolegliwości, a drugi znacznie mniejsze, dlatego analgezja pooperacyjna powinna być dobierana do potrzeb konkretnego chorego.

Eksperci wskazywali, że leczenie bólu pooperacyjnego wymaga także edukacji pacjenta jeszcze przed zabiegiem, wyjaśnienia planu leczenia i zmniejszenia lęku związanego z tym, co wydarzy się po operacji.

Samoleczenie i leki bez recepty

Znaczna część dyskusji dotyczyła leków przeciwbólowych dostępnych bez recepty. Ich nadużywanie może opóźniać właściwe leczenie, zwiększać ryzyko działań niepożądanych i utrwalać problem bólowy.

Jak podkreślał dr hab. n. med. Jarosław Woroń, leki przeciwbólowe dostępne bez recepty powinny być stosowane wyłącznie w bólu incydentalnym i nie mogą być używane przewlekle. Pacjent często otrzymuje leki od lekarza, a jednocześnie sam stosuje preparaty OTC, przez co „leki zaczynają sobie przeszkadzać zamiast pomagać”.

Ekspert zwracał także uwagę, że wybór leku bywa wynikiem reklamy, a nie wiedzy medycznej. „To reklama najczęściej decyduje dziś o wyborze leku przeciwbólowego, a nie kryteria merytoryczne. Pacjent kieruje się promocją i przekazem marketingowym, często bez świadomości działań niepożądanych i ryzyka interakcji. To jest jeden z powodów, dla których problem samoleczenia bólu w Polsce jest tak duży.”

Dostęp do poradni leczenia bólu pozostaje nierówny

Dostęp do leczenia bólu zależy od regionu i możliwości konkretnej poradni. Jak zwracała uwagę dr n. med. Magdalena Kocot-Kępska, specjalista anestezjologii i intensywnej terapii, prezes Polskiego Towarzystwa Badania Bólu, w Polsce są województwa, w których nie ma ani jednej poradni certyfikowanej przez PTBB.

W tej chwili w Polsce mamy 10 województw z poradniami posiadającymi certyfikat Polskiego Towarzystwa Badania Bólu i 6 województw bez żadnej poradni certyfikowanej. Nie znaczy to, że w tych województwach nie ma poradni leczenia bólu, ale często zapewniają one tylko jedną albo dwie metody, na przykład samo przepisywanie recepty czy akupunkturę. Nie można mówić, że jest to leczenie bólu w sensie leczenia wielokierunkowego.”

Ekspertka podkreślała, że skuteczna opieka nad pacjentem z bólem przewlekłym wymaga farmakoterapii, zabiegów interwencyjnych, wsparcia psychologicznego i fizjoterapii. 

Podobny problem opisywała dr Kinga Olczyk-Miller, anestezjolog i specjalista medycyny paliatywnej, wskazując na sytuację w województwie pomorskim, gdzie spośród 11 poradni leczenia bólu z kontraktem NFZ dziewięć znajduje się w Trójmieście. „Oznacza to, że wielu pacjentów dojeżdża na konsultację dwie–trzy godziny w jedną stronę. Już sam dostęp do specjalisty staje się dla chorego ogromnym obciążeniem” – mówiła.

Problemem pozostaje także sposób kierowania pacjentów do poradni. Część chorych trafia do nich bez odpowiedniej diagnostyki, z ogólnym rozpoznaniem bólu, bez określenia jego przyczyny i bez wcześniejszych konsultacji specjalistycznych. W praktyce poradnia leczenia bólu zaczyna wtedy pełnić rolę diagnosty i koordynatora całego procesu.

Psycholog i psychiatra w leczeniu bólu

Przewlekły ból wpływa nie tylko na ciało, ale również na sen, emocje, poczucie sprawczości i relacje społeczne. Dlatego w modelu leczenia wielokierunkowego ważne miejsce zajmuje opieka psychologiczna.

„Psycholog w poradni leczenia bólu nie jest dodatkiem, tylko integralną częścią zespołu terapeutycznego” – mówił mgr Krzysztof Wesołowski, psycholog i neuropsycholog z Poradni Leczenia Bólu w Szpitalu Klinicznym Dzieciątka Jezus Uniwersyteckiego Centrum Klinicznego.

Ekspert zwracał uwagę, że wielu pacjentów trafiających do psychologa obawia się, że ich cierpienie zostanie potraktowane jako problem wyłącznie psychiczny. Dlatego jednym z pierwszych zadań jest wyjaśnienie, że interwencja psychologiczna nie polega na podważaniu bólu, lecz na pomaganiu pacjentowi w lepszym funkcjonowaniu z chorobą.

Na potrzebę włączenia wsparcia psychiatrycznego zwracał uwagę dr Piotr Wierzbicki, psychiatra i członek Zarządu Polskiego Towarzystwa Medycyny Holistycznej. „Przewlekły ból niemal zawsze wpływa na funkcjonowanie psychiczne pacjenta. Dlatego uważam, że w leczeniu bólu przewlekłego czy medycynie paliatywnej konsultacja psychiatryczna powinna być standardem, ponieważ ból zmienia funkcjonowanie układów neuroprzekaźnikowych i bardzo często prowadzi do zaburzeń depresyjnych oraz lękowych” – mówił.
Brak szybkiego dostępu do leczenia może dodatkowo skłaniać pacjentów do samodzielnego poszukiwania ulgi, sięgania po leki bez recepty, a czasem także po alkohol, aby poradzić sobie ze snem i napięciem.

Opieka paliatywna to nie rezygnacja z leczenia

Osobnym wątkiem była rola opieki paliatywnej, szczególnie u pacjentów onkologicznych zmagających się z bólem i innymi objawami choroby. Prof. Wojciech Leppert, prezes Polskiego Towarzystwa Medycyny Paliatywnej, podkreślał, że wsparcie paliatywne powinno być wdrażane dużo wcześniej, niż dzieje się to obecnie w praktyce.

Ekspert zwracał uwagę, że jedną z barier jest lęk pacjentów przed samym pojęciem opieki paliatywnej i błędne przekonanie, że oznacza ona rezygnację z leczenia przeciwnowotworowego. „To nieprawda. Trzeba bardzo wyraźnie podkreślić, że jest to postępowanie równoległe, które nie wyklucza dalszego leczenia onkologicznego” – mówił prof. Leppert.

Podobne obserwacje przedstawił lek. Wojciech Pałys, anestezjolog i kierownik Poradni Leczenia Bólu w Brzozowie. Wskazywał, że pacjenci często nie boją się samej pomocy, lecz nazwy: medycyna paliatywna czy hospicjum domowe. Jego zdaniem dla wielu chorych brzmi ona jak informacja, że kończy się leczenie.

„Tymczasem to nie jest koniec leczenia, tylko szersze wsparcie pacjenta” – mówił ekspert.

W opinii prof. Wojciecha Lepperta poprawę mogłoby przynieść silniejsze powiązanie opieki paliatywnej z leczeniem onkologicznym już na poziomie organizacyjnym, tak aby w każdym ośrodku onkologicznym była dostępna poradnia medycyny paliatywnej.

Ból nie może być „niczyj”

Eksperci zwracali uwagę, że nawet najlepsze leczenie nie przyniesie efektów, jeśli pacjent pozostaje w systemie bez koordynacji opieki, długo czeka na konsultacje lub trafia od specjalisty do specjalisty bez jasnego planu leczenia

Dr hab. Janusz Trzebicki, konsultant wojewódzki w dziedzinie anestezjologii, wskazywał na potrzebę stworzenia oddziałów referencyjnych leczenia bólu dla pacjentów wymagających szybkiej diagnostyki i skoordynowanej opieki. Jak podkreślał, „pacjent w kryzysie bólowym nie wymaga kolejnej recepty”, lecz miejsca w systemie, które „przejmie za niego odpowiedzialność, postawi diagnozę, ustabilizuje stan chorego i przekaże go dalej, już z konkretnym planem leczenia”. W przeciwnym razie, jak zaznaczał, chory „krąży między poradniami, SOR-em i kolejnymi specjalistami”. 

Do potrzeby stworzenia takich ośrodków odnosiła się również dr n. med. i n. o zdr. Marzena Magdalena Domańska-Sadynica, założycielka Fundacji Eksperci dla Zdrowia, wskazując, że środowisko od lat postuluje powstanie oddziałów leczenia bólu. Wstępna koncepcja pilotażu obejmuje cztery ośrodki – w Warszawie, Gdańsku, Krakowie i Wrocławiu – które miałyby zapewniać kompleksową opiekę pacjentom z najtrudniejszymi problemami bólowymi.

Pacjent niewidzialny

W wypowiedziach ekspertów powracał obraz pacjenta, który przez miesiące lub lata szuka pomocy, przyjmuje kolejne leki, czeka na konsultacje i stopniowo traci sprawność, pracę oraz poczucie wpływu na własne życie.

W poradniach leczenia bólu obserwujemy nie tylko degradację ciała, ale często całkowity rozpad życia człowieka. Pacjenci przestają być zdolni do pracy, nie są w stanie realizować swoich pasji, pogłębiają się zaburzenia depresyjne i lękowe” – mówiła dr Kinga Olczyk-Miller.

Ekspertka wskazywała także na bariery systemowe, w tym brak formalnej ścieżki kształcenia lekarzy w medycynie bólu. W Polsce nie ma uznanej specjalizacji z tej dziedziny ani oficjalnego programu szkolenia państwowego, choć od lekarzy oczekuje się zaawansowanej wiedzy interwencyjnej, umiejętności wykonywania zabiegów i zarządzania skomplikowaną farmakoterapią.

Według dr Olczyk-Miller ograniczony dostęp do psychologa, fizjoterapii, diagnostyki czy odpowiedniego wyposażenia poradni nie oznacza realnych oszczędności dla państwa. Generuje koszty w postaci rent, utraty ludzi na rynku pracy, leczenia powikłań źle prowadzonych terapii przeciwbólowych i narastających problemów psychicznych pacjentów.

Na problem niewidoczności osób żyjących z przewlekłym bólem zwracała uwagę również dr Marzena Magdalena Domańska-Sadynica. „Pacjent z bólem przewlekłym często jest pacjentem niewidzialnym – zostaje w domu, nie pracuje, nie ma siły mówić o swoich problemach. Dlatego chcemy głośniej mówić o bólu i sprawić, żeby ten temat został wreszcie zauważony.”

Wśród postulatów wskazywano m.in. edukację pacjentów dotyczącą bezpiecznego stosowania leków przeciwbólowych dostępnych bez recepty, profilaktykę bólu przewlekłego, szybszy dostęp do poradni leczenia bólu, rozwój poradni wielokierunkowych, włączenie psychologa, psychiatry i fizjoterapeuty do standardu opieki, uruchomienie oddziałów referencyjnych oraz opracowanie jakościowych standardów dla procedur interwencyjnych.

Jak podkreślała dr Domańska-Sadynica, leczenie bólu nie może ograniczać się wyłącznie do kontaktu pacjenta z lekarzem. „Potrzebujemy więcej wielokierunkowych poradni leczenia bólu, w których pacjent ma dostęp nie tylko do lekarza, ale również do psychologa, rehabilitacji i opieki pielęgniarskiej. Leczenie bólu musi być interdyscyplinarne – inaczej nie będzie skuteczne.

Jednocześnie profilaktyka bólu przewlekłego nie może być sprowadzana wyłącznie do odpowiedzialności pacjenta. Wymaga systemu, który pozwala szybko rozpoznać problem, zapewnić dostęp do właściwego leczenia, specjalistów i koordynowanej opieki, zanim ból stanie się przewlekły i znacznie trudniejszy do opanowania.

Źródło: Artykuł opracowano na podstawie wypowiedzi ekspertów podczas debaty Parlamentarnego Zespołu ds. Medycyny Bólu pt. „Nie ból się! Zapobiegaj”, która odbyła się 11 maja 2026 r. w Sejmie RP. Projekt został objęty honorowym patronatem Marszałek Senatu RP Małgorzaty Kidawy-Błońskiej. 
Prezydium Naczelnej Rady Lekarskiej poparło stanowisko Zarządu Głównego Związku Zawodowego Anestezjologów w sprawie projektu rozporządzenia Ministra Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej z 15 stycznia 2026 r. dotyczącego wykazu grup zawodów, w których występują niedobory kadrowe. W centrum sporu znalazło się wpisanie anestezjologii i intensywnej terapii do grupy zawodów objętych priorytetowym rozpatrywaniem wniosków o zezwolenie na pracę i wizę dla lekarzy spoza Unii Europejskiej.
Samorząd lekarski wskazuje, że zawody medyczne wymagają szczególnych kwalifikacji. W przypadku lekarzy spoza UE konieczna jest nostryfikacja dyplomu, a sama ścieżka kształcenia specjalizacyjnego w Polsce należy do najdłuższych w Europie. Uzyskanie specjalizacji w dziedzinie anestezjologii i intensywnej terapii w wielu państwach trwa około 2 lat, podczas gdy w Polsce proces ten zajmuje 6 lat. W ocenie samorządu oznacza to, że specjalizacje uzyskane poza UE nie mogą być uznawane bez pełnej weryfikacji.

Podkreślono również znaczenie znajomości języka polskiego na poziomie co najmniej B2. W specjalizacji, w której decyzje podejmowane są często w sytuacjach bezpośredniego zagrożenia życia, precyzyjna komunikacja w zespole terapeutycznym ma fundamentalne znaczenie dla bezpieczeństwa pacjentów.

Prezydium NRL oceniło, że wpisanie anestezjologii i intensywnej terapii do grupy zawodów objętych priorytetowym trybem rozpatrywania wniosków o pracę i wizę jest niezasadne. Argumentem ma być faktyczny brak osób spełniających wskazane kryteria, co w praktyce czyniłoby regulację przepisem martwym. Samorząd zwrócił także uwagę, że tego typu rozwiązania nie powinny powstawać bez wcześniejszych konsultacji z przedstawicielami środowiska lekarskiego.

W debacie pojawiają się również twarde dane. Z dokumentu Ministerstwa Zdrowia „Mapa potrzeb zdrowotnych na okres od 1 stycznia 2027 r. do 31 grudnia 2031 r.” wynika, że wskaźnik zastępowalności w dziedzinie anestezjologii i intensywnej terapii jest dodatni i wynosi 397 w 2029 r., co oznacza prognozowaną poprawę sytuacji kadrowej w tej specjalizacji. Jeśli te prognozy się potwierdzą, teza o strukturalnym niedoborze może wymagać ponownej weryfikacji.

Istotnym kontekstem jest także realizowana reforma odwracania piramidy świadczeń, która prowadzi do zmniejszania liczby oddziałów zabiegowych w Polsce. To z kolei wpływa bezpośrednio na zapotrzebowanie na lekarzy anestezjologów. W ocenie samorządu lekarskiego okoliczności te powinny być brane pod uwagę przy planowaniu długofalowej polityki kadrowej.

Samorząd podkreśla jednoznacznie, że uproszczone ścieżki zatrudniania lekarzy spoza UE nie powinny mieć zastosowania wobec żadnej specjalizacji lekarskiej. W tle tej dyskusji nie chodzi wyłącznie o rynek pracy, ale o standardy bezpieczeństwa zdrowotnego i jakość kształcenia. Spór o anestezjologię jest więc w istocie sporem o to, jak państwo powinno reagować na realne potrzeby systemu, nie rezygnując z wysokich wymagań wobec zawodu lekarza.

Źródło: NIL

Mimo nowoczesnego sprzętu, konkurencyjnych stawek i szeroko zakrojonej rekrutacji, Uniwersytecki Szpital Kliniczny Nr 1 w Lublinie od miesięcy nie może znaleźć anestezjologów. Efekt? Lista pacjentów czekających na planowe zabiegi wydłuża się, a kolejne operacje są przesuwane.
Szpital poinformował, że braki kadrowe dotyczą w szczególności lekarzy anestezjologów pracujących przy zabiegach planowych w budynku przy al. Solidarności 8. Problem dotyka kilku kluczowych oddziałów, m.in. Kliniki Chirurgii Ogólnej, Chirurgii Naczyniowej i Angiologii, Ginekologii Onkologicznej, Chirurgii Onkologicznej oraz Chirurgii Szczękowo-Twarzowej.
– Jesteśmy zmuszeni do tworzenia listy pacjentów oczekujących na świadczenia. Za utrudnienia przepraszamy tych, których zabiegi musiały być przełożone – przekazuje dyrekcja szpitala w oficjalnym komunikacie.
Rekrutacja trwa… od 10 miesięcy
Szpital od dłuższego czasu prowadzi intensywne działania rekrutacyjne. Ogłoszenia o pracę zostały rozesłane do 24 okręgowych izb lekarskich w całym kraju. Mimo oferowania ponadstandardowych warunków – nowoczesny sprzęt i konkurencyjne stawki – do tej pory nie zgłosił się żaden chętny.
– Niestety, nie otrzymaliśmy żadnych odpowiedzi – czytamy w komunikacie USK nr 1.
W innych lokalizacjach szpitala, np. w klinikach okulistycznych, udało się częściowo uzupełnić braki. Ale w głównych oddziałach operacyjnych, szczególnie w chirurgii i onkologii, luka kadrowa pozostaje poważna.

Problem systemowy, nie lokalny
Sytuacja w Lublinie to kolejny przykład narastającego kryzysu kadrowego w ochronie zdrowia, szczególnie w tak kluczowych specjalizacjach jak anestezjologia. Podobne problemy zgłaszają inne placówki w kraju – zwłaszcza w mniejszych miejscowościach i poza dużymi ośrodkami klinicznymi.

Eksperci od dawna alarmują, że brakuje nie tylko lekarzy, ale także pielęgniarek i personelu pomocniczego. Problem pogłębia się m.in. przez starzenie się kadr, emigrację medyków i zbyt małą liczbę osób kończących specjalizacje deficytowe.

Szpital zapewnia, że będzie kontynuować wysiłki, by pozyskać brakujących specjalistów i jak najszybciej wrócić do pełnej dostępności świadczeń planowych.

Źródło: Komunikat Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego Nr 1 w Lublinie

System Monitorowania Kształcenia (SMK) opublikował wyniki pierwszego etapu wiosennego naboru na szkolenia specjalizacyjne dla lekarzy i lekarzy dentystów. Z 3905 poprawnie złożonych wniosków, 3043 osoby zostały zakwalifikowane – w tym 2070 w trybie rezydenckim. Największym zainteresowaniem cieszyły się medycyna rodzinna, radiologia, anestezjologia i psychiatria.
W wiosennym postępowaniu kwalifikacyjnym na szkolenia specjalizacyjne złożonych zostało łącznie 3905 poprawnych formalnie wniosków. W ramach pierwszego etapu rekrutacji 3043 osób zostało zakwalifikowanych na wolne miejsca specjalizacyjne: w tym 2070  – w ramach rezydentury i 973 – w trybie pozarezydenckim.

Dziś w Systemie Monitorowania Kształcenia (SMK) zostały opublikowane listy rankingowe lekarzy i lekarzy dentystów zakwalifikowanych i niezakwalifikowanych do rozpoczęcia specjalizacji. W tym postępowaniu są dostępne 4263 miejsca w trybie rezydenckim i 7227 miejsc w pozarezydenckim.

W jednym wniosku lekarz lub lekarz dentysta ubiegający się o specjalizację mógł dokonać maksymalnie 15 wyborów wskazując dziedzinę, województwo i tryb (rezydencki lub pozarezydencki). Do każdego wariantu wyboru lekarz mógł wskazać w preferowanej kolejności nie więcej niż 3 jednostki.

Dziedziny, które były najbardziej popularne wśród lekarzy (biorąc pod uwagę liczbę złożonych wniosków w trybie rezydenckim z uwzględnieniem specjalizacji podanej przy pierwszym wyborze):
  1. medycyna rodzinna – 235
  2. radiologia i diagnostyka obrazowa – 206
  3. anestezjologia i intensywna terapia – 197
  4. dermatologia i wenerologia – 196
  5. kardiologia – 183
  6. okulistyka – 174
  7. endokrynologia – 156
  8. chirurgia stomatologiczna – 142
  9. psychiatria – 131
  10. położnictwo i ginekologia – 102
Dziedziny priorytetowe, które cieszyły się największym zainteresowaniem wśród lekarzy w tym postępowaniu (biorąc pod uwagę liczbę złożonych wniosków w trybie rezydenckim z uwzględnieniem specjalizacji podanej przy pierwszym wyborze):
  1. medycyna rodzinna – 235
  2. anestezjologia i intensywna terapia – 197
  3. psychiatria – 131
  4. pediatria – 97
  5. psychiatria dzieci i młodzieży – 96
  6. choroby wewnętrzne – 80
  7. neurologia – 67
  8. chirurgia ogólna – 52
  9. chirurgia onkologiczna 48
  10. geriatria 39
I ETAP POSTĘPOWANIA
Lekarz w terminie 5 dni od dnia publikacji list rankingowych potwierdza za pomocą SMK przyjęcie wskazanej specjalizacji. Brak potwierdzenia uznawany będzie za odstąpienie od postępowania konkursowego w pierwszym etapie i zwolnienie przyznanego miejsca specjalizacyjnego. Lekarz, który nie potwierdził przyjęcia miejsca specjalizacyjnego oraz lekarz, który znalazł się na liście lekarzy niezakwalifikowanych w pierwszym etapie, jest uwzględniany w drugim etapie postępowania.

II ETAP POSTĘPOWANIA
Wyniki kwalifikacji w drugim etapie zostaną opublikowane w dniu następnym po zakończeniu potwierdzania przyjęcia miejsca specjalizacyjnego w SMK oraz na stronach internetowych organów prowadzących postępowanie kwalifikacyjne. Lekarz zakwalifikowany w drugim etapie postępowania potwierdza przyjęcie miejsca specjalizacyjnego, za pomocą SMK w terminie 5 dni od dnia opublikowania listy rankingowej. Brak potwierdzenia uznaje się za odstąpienie lekarza od postępowania kwalifikacyjnego. Decyzja ta ma charakter ostateczny, jeżeli nie zostanie ogłoszony trzeci etap postępowania.
Listy lekarzy zakwalifikowanych i niezakwalifikowanych zostaną niezwłocznie opublikowane w SMK i na stronach internetowych organów prowadzących postępowanie kwalifikacyjne.

EWENTUALNY – DODATKOWY (trzeci) ETAP POSTĘPOWANIA
W przypadku, gdy po ogłoszeniu ostatecznych list lekarzy zakwalifikowanych i niezakwalifikowanych do odbywania szkolenia specjalizacyjnego pozostaną niewykorzystane miejsca rezydenckie, Minister Zdrowia może podjąć decyzję o przeprowadzeniu dodatkowego etapu postępowania kwalifikacyjnego.

W dodatkowym etapie postępowania kwalifikacyjnego mogą być przyznawane wyłącznie miejsca rezydenckie w priorytetowych dziedzinach medycyny, z puli miejsc szkoleniowych, które nie zostały wykorzystane na wcześniejszych etapach postępowania kwalifikacyjnego.

Minister Zdrowia poinformuje na stronie internetowej Ministerstwa Zdrowia o przeprowadzeniu albo nieprzeprowadzeniu dodatkowego etapu postępowania kwalifikacyjnego w terminie 5 dni od dnia ogłoszenia ostatecznych list lekarzy zakwalifikowanych i niezakwalifikowanych do odbywania szkolenia specjalizacyjnego.

W dodatkowym etapie postępowania kwalifikacyjnego mogą wziąć udział osoby, które spełnią następujące warunki:
1) nie zostaną zakwalifikowane w postępowaniu kwalifikacyjnym (w dodatkowym etapie nie biorą udziału osoby, które potwierdziły przyjęcie miejsca po I albo II etapie postępowania kwalifikacyjnego);
2) wskazały chociaż jeden wariant wyboru obejmujący tryb rezydencki i priorytetową dziedzinę medycyny oraz nie zostały zakwalifikowane na wcześniejszych etapach postępowania na ten wariant (jeżeli dana osoba została zakwalifikowana na dany wariat na wcześniejszych etapach postępowania i nie potwierdziła przyjęcia miejsca, wariant ten nie jest brany pod uwagę w dodatkowym etapie postępowania kwalifikacyjnego).

Materiał pochodzi z Centrum Medycznego Kształcenia Podyplomowego (źródło)
Zanim w latach czterdziestych XIX wieku lekarze zaczęli stosować eter do znieczulenia, pacjenta kilka osób musiało na siłę utrzymywać na stole operacyjnym, by nie uciekł tuż przed samym zabiegiem. Za najlepszych chirurgów uznawani byli ci, którzy wykonywali zabiegi w ciągu kilku minut. Dzisiejsza anestezjologia to nowoczesne metody znieczulania i monitorowania pacjenta. Intensywna terapia, która „wyrosła” z anestezjologii, potrafi podtrzymywać życie pacjenta, dając szansę na powrót to zdrowia.  
Dziś trudno byłoby sobie wyobrazić jakikolwiek zabieg lub operację bez sedacji lub znieczulania. Współczesna anestezjologia zajmuje się kwalifikacją pacjenta do zabiegów i do operacji, zapewnieniem znieczulenia i bezpieczeństwa pacjenta podczas operacji i w okresie pooperacyjnym. Z anestezjologii wyrosła intensywna terapia, której celem jest podtrzymanie funkcji życiowych i ich monitorowanie u ciężko chorych pacjentów. W Polsce anestezjologia i intensywna terapia to jedna specjalizacja, ale są kraje, np. Hiszpania, Wielka Brytania, w których są to osobne specjalizacje, ponieważ w obydwu potrzeba dużej wiedzy i umiejętności, by jak najlepiej pomagać pacjentom. 

 Bezpieczeństwo podczas znieczulenia 
Anestezjolodzy znieczulają pacjenta do zabiegów, operacji, a także do niektórych procedur diagnostycznych, takich jak kolonoskopia czy gastroskopia; dbają, by znieczulenie było dokładnie takie, jakie jest konieczne podczas zabiegu, a przede wszystkim dbają o bezpieczeństwo pacjenta podczas zabiegów i operacji. 

W zależności od tego, jaki zabieg ma być przeprowadzony, stosuje się różne rodzaje znieczuleń. W przypadku badań diagnostycznych, zwykle stosowana jest sedacja. 

Sedacja ma swoje stopnie: najlżejszym jest sedacja minimalna (przeciwlękowa): pacjent jest uspokojony i zrelaksowany, ale zachowuje świadomość, można nawiązać z nim kontakt. Taki sposób sedacji stosujemy przy bezinwazyjnych lub bardzo mało inwazyjnych procedurach. Gdy musi być przeprowadzona bardziej inwazyjna procedura lub taka, podczas której występują dolegliwości bólowe, np. gastroskopia czy kolonoskopia, to sedacja musi być pogłębiana. Sedację wywołuje się lekami wpływającymi na stan świadomości, ale można dodać do nich lek przeciwbólowy (zwykle stosuje się opioidy); wtedy mamy połączenie działania przeciwbólowego z sedacją – jest to analgosedacja. W przypadku konieczności przeprowadzenia operacji, gdy chcemy, by pacjent był głęboko znieczulony, stosujemy znieczulenie ogólne mówi dr Tomasz Napiórkowski, specjalista anestezjologii i intensywnej terapii z Narodowego Instytutu Onkologii im. Marii Skłodowskiej-Curie – Państwowy Instytut Badawczy. 

Choć bez znieczulenia nie wyobrażamy sobie dziś już żadnego poważnego zabiegu, wielu pacjentów ma obawy, jeśli chodzi o sedację i znieczulenie. Są to zarówno obawy dotyczące tego, że leki nie zadziałają i ból będzie odczuwalny, jak również (odwrotnie), że będą mieli problem z wybudzeniem się po operacji. Dlatego przed każdym zabiegiem i operacją bardzo ważna jest rozmowa z anestezjologiem, by pacjent rozumiał, na czym polegać będą zastosowane metody znieczulenia i jakie odniosą z nich korzyści. 

Pacjenci zwykle obawiają się czegoś, czego do tej pory nie przeżywali, a przede wszystkim braku kontroli nad tym, co się z nimi dzieje. Często bardziej obawiają się samego znieczulenia niż tego, że operacja się nie powiedzie. Mają też obawy, jeśli proponujemy znieczulenie regionalne, danej części ciała, np. znieczulenie podpajęczynówkowemówi dr Napiórkowski. 

Postępy w farmakoterapii i monitorowaniu pacjenta 
Współczesna anestezjologia, dzięki nowym lekom i monitorowaniu pacjenta, jest bardzo bezpieczna. Potwierdza to dr Napiórkowski: – Mamy coraz lepsze leki, coraz lepsze metody znieczulenia. W momencie znieczulenia ogólnego pacjent, można wręcz powiedzieć: jest najbezpieczniejszy w życiu, gdyż cały czas monitorujemy jego ciśnienie, tętno, saturację. Jeśli w trakcie operacji pacjent jest zaintubowany i wentylowany respiratorem, to ma podawane większe stężenie tlenu niż człowiek, który oddycha powietrzem atmosferycznym. Bardzo ważne jest też, że leki, które stosujemy, są coraz bardziej bezpieczne. Ich istotą jest to, że działają tylko w tym czasie, kiedy chcemy, by działały. 

W ostatnich latach jednym z największych postępów w anestezjologii jest właśnie nowoczesna farmakoterapia. Stosowane są trzy główne grupy leków. Pierwsza to leki wpływające na stan świadomości i powodujące sen; druga to leki przeciwbólowe; trzecia – leki zwiotczające mięśnie, by umożliwić intubację pacjenta i ułatwić operację. Najważniejszym celem jest to, by leki działały tylko tak długo, jak to jest niezbędne. 

Jeden z nowych leków, który wpływa na świadomość pacjenta, a działa bardzo krótko (tylko wtedy, gdy przeprowadzana jest dana procedura) to remimazolam. Jest to lek z grupy leków o działaniu sedatywnym; jego podanie w odpowiedniej dawce powoduje, że pacjent wchodzi w sedację: uspokaja się, lekko przysypia, ale można go obudzić. Lek bardzo szybko ulega metabolizmowi w organizmie; okres jego działania można odpowiednio dostosować do tego, ile będzie trwała dana procedura – mówi dr Napiórkowski. Lek może być wykorzystywany np. do krótkich procedur. – Do tej pory w tych sytuacjach używano leków, które mają nieco dłuższy okres działania. Używanie remimazolamu powoduje, że pacjent po krótkim czasie działania leku wraca do pełni świadomości. Czas od podania ostatniej dawki do pełnego powrotu świadomości wynosi ok. 12 min. Dla pacjenta to bardzo bezpieczna opcja. W Polsce lek jest zarejestrowany do sedacji do zabiegów, takich jak np. kolonoskopia, gastroskopia, a także np. przy kardiowersji – zaznacza dr Napiórkowski. 

Nowoczesne technologie umożliwiają także monitorowanie głębokości znieczulenia; podczas operacji anestezjolog widzi, jak głęboko pacjent „śpi”. – W naszym szpitalu każdy pacjent ma monitorowaną głębokość znieczulenia: elektrody monitorują i mierzą czynność mózgu: odpowiedni algorytm matematyczny przekłada to na liczbę od 0 do 100, gdzie około 100 oznacza „przytomny pacjent”. Gdy podajemy środki znieczulające, widzimy, że ten parametr spada. Widzimy też, kiedy pacjent zaczyna się budzić: jeśli jeszcze trwa operacja, to możemy dodać więcej leków znieczulających. Nie jest to jeszcze stosowane we wszystkich szpitalach u wszystkich pacjentów, ale w naszym już tak – zaznacza dr Napiórkowski.  

W trakcie operacji mogą zdarzyć się nieprzewidziane sytuacje, potencjalnie niebezpieczne dla pacjenta, jak zatrzymanie krążenia, czy uczulenia na zastosowane leki: anestezjolodzy wiedzą, jak postępować w takich przypadkach.  
 
Pacjent w OIT 
W oddziałach intensywnej terapii (OIT) również pracują anestezjolodzy; tu na co dzień ratuje się życie. Wyzwaniem są pacjenci, którzy ulegli wypadkowi, mają urazy wielonarządowe, pacjenci po bardzo rozległej operacji, a także pacjenci np. we wstrząsie septycznym, wywołanym przez zakażenie bakteryjne. – W przebiegu wstrząsu septycznego dochodzi do rozszerzenia się łożyska naczyniowego, a tym samym pojawia się spadek ciśnienia. W OIT należy zadziałać tak, by podwyższyć ciśnienie; podaje się leki wpływające na układ krążenia, dzięki czemu ciśnienie wzrasta. W pierwszym etapie podajemy noradrenalinę; uzyskując wzrost ciśnienia tętniczego. Jeśli to nie pomaga, to dodajemy leki z nowej grupy, które pojawiły się w ostatnim czasie – zaznacza dr Napiórkowski. 
 
W Polsce brakuje lekarzy anestezjologów i intensywnej terapii 
„Zapotrzebowanie” na specjalistów anestezjologii i intensywnej terapii jest coraz większe: są niezbędni przy operacjach, zabiegach, porodach, w których konieczne jest znieczulenie. Coraz częściej też pacjenci chcieliby mieć komfort psychiczny i „lekkie znieczulenie” podczas takich zabiegów jak kolonoskopia czy gastroskopia. Anestezjologia i intensywna terapia to trudna specjalizacja, wymagająca odpowiedniej wiedzy. 

W przypadku intensywnej terapii na oddział trafiają pacjenci na granicy życia i śmierci, często mając również choroby współistniejące: lekarz musi wiedzieć, jak je leczyć, jednocześnie podtrzymując życie pacjenta. Potrzebna jest tu ogromna wiedza i bardzo dobra współpraca ze specjalistami z innych dziedzin. Trudne decyzje trzeba podejmować szybko, zdając sobie sprawę z odpowiedzialności za pacjenta. Jest to praca bardzo odpowiedzialna, ale też obciążająca psychicznie: w stresie, z pacjentami na granicy życia i śmierci. Często konieczne są też bardzo trudne rozmowy z rodzinami pacjentów, także w sytuacjach, których nikt się nie spodziewał – np. w przypadku wypadków komunikacyjnych. 

 
źródło: Dziennikarski Klub Promocji Zdrowia

Zanim w latach czterdziestych XIX wieku lekarze zaczęli stosować eter do znieczulenia, pacjenta kilka osób musiało na siłę utrzymywać na stole operacyjnym, by nie uciekł tuż przed samym zabiegiem. Za najlepszych chirurgów uznawani byli ci, którzy wykonywali zabiegi w ciągu kilku minut. Dzisiejsza anestezjologia to nowoczesne metody znieczulania i monitorowania pacjenta. Intensywna terapia, która „wyrosła” z anestezjologii, potrafi podtrzymywać życie pacjenta, dając szansę na powrót to zdrowia.  

Dziś trudno byłoby sobie wyobrazić jakikolwiek zabieg lub operację bez sedacji lub znieczulania. Współczesna anestezjologia zajmuje się kwalifikacją pacjenta do zabiegów i do operacji, zapewnieniem znieczulenia i bezpieczeństwa pacjenta podczas operacji i w okresie pooperacyjnym. Z anestezjologii wyrosła intensywna terapia, której celem jest podtrzymanie funkcji życiowych i ich monitorowanie u ciężko chorych pacjentów. W Polsce anestezjologia i intensywna terapia to jedna specjalizacja, ale są kraje, np. Hiszpania, Wielka Brytania, w których są to osobne specjalizacje, ponieważ w obydwu potrzeba dużej wiedzy i umiejętności, by jak najlepiej pomagać pacjentom. 

Bezpieczeństwo podczas znieczulenia 

Anestezjolodzy znieczulają pacjenta do zabiegów, operacji, a także do niektórych procedur diagnostycznych, takich jak kolonoskopia czy gastroskopia; dbają, by znieczulenie było dokładnie takie, jakie jest konieczne podczas zabiegu, a przede wszystkim dbają o bezpieczeństwo pacjenta podczas zabiegów i operacji. W zależności od tego, jaki zabieg ma być przeprowadzony, stosuje się różne rodzaje znieczuleń. W przypadku badań diagnostycznych, zwykle stosowana jest sedacja. 

Sedacja ma swoje stopnie: najlżejszym jest sedacja minimalna (przeciwlękowa): pacjent jest uspokojony i zrelaksowany, ale zachowuje świadomość, można nawiązać z nim kontakt. Taki sposób sedacji stosujemy przy bezinwazyjnych lub bardzo mało inwazyjnych procedurach. Gdy musi być przeprowadzona bardziej inwazyjna procedura lub taka, podczas której występują dolegliwości bólowe, np. gastroskopia czy kolonoskopia, to sedacja musi być pogłębiana. Sedację wywołuje się lekami wpływającymi na stan świadomości, ale można dodać do nich lek przeciwbólowy (zwykle stosuje się opioidy); wtedy mamy połączenie działania przeciwbólowego z sedacją – jest to analgosedacja. W przypadku konieczności przeprowadzenia operacji, gdy chcemy, by pacjent był głęboko znieczulony, stosujemy znieczulenie ogólne mówi dr Tomasz Napiórkowski, specjalista anestezjologii i intensywnej terapii z Narodowego Instytutu Onkologii im. Marii Skłodowskiej-Curie – Państwowy Instytut Badawczy. 

Choć bez znieczulenia nie wyobrażamy sobie dziś już żadnego poważnego zabiegu, wielu pacjentów ma obawy, jeśli chodzi o sedację i znieczulenie. Są to zarówno obawy dotyczące tego, że leki nie zadziałają i ból będzie odczuwalny, jak również (odwrotnie), że będą mieli problem z wybudzeniem się po operacji. Dlatego przed każdym zabiegiem i operacją bardzo ważna jest rozmowa z anestezjologiem, by pacjent rozumiał, na czym polegać będą zastosowane metody znieczulenia i jakie odniosą z nich korzyści. 

Pacjenci zwykle obawiają się czegoś, czego do tej pory nie przeżywali, a przede wszystkim braku kontroli nad tym, co się z nimi dzieje. Często bardziej obawiają się samego znieczulenia niż tego, że operacja się nie powiedzie. Mają też obawy, jeśli proponujemy znieczulenie regionalne, danej części ciała, np. znieczulenie podpajęczynówkowemówi dr Napiórkowski

Postępy w farmakoterapii i monitorowaniu pacjenta 

Współczesna anestezjologia, dzięki nowym lekom i monitorowaniu pacjenta, jest bardzo bezpieczna. Potwierdza to dr Napiórkowski: – Mamy coraz lepsze leki, coraz lepsze metody znieczulenia. W momencie znieczulenia ogólnego pacjent, można wręcz powiedzieć: jest najbezpieczniejszy w życiu, gdyż cały czas monitorujemy jego ciśnienie, tętno, saturację. Jeśli w trakcie operacji pacjent jest zaintubowany i wentylowany respiratorem, to ma podawane większe stężenie tlenu niż człowiek, który oddycha powietrzem atmosferycznym. Bardzo ważne jest też, że leki, które stosujemy, są coraz bardziej bezpieczne. Ich istotą jest to, że działają tylko w tym czasie, kiedy chcemy, by działały. 

W ostatnich latach jednym z największych postępów w anestezjologii jest właśnie nowoczesna farmakoterapia. Stosowane są trzy główne grupy leków. Pierwsza to leki wpływające na stan świadomości i powodujące sen; druga to leki przeciwbólowe; trzecia – leki zwiotczające mięśnie, by umożliwić intubację pacjenta i ułatwić operację. Najważniejszym celem jest to, by leki działały tylko tak długo, jak to jest niezbędne. 

Jeden z nowych leków, który wpływa na świadomość pacjenta, a działa bardzo krótko (tylko wtedy, gdy przeprowadzana jest dana procedura) to remimazolam. Jest to lek z grupy leków o działaniu sedatywnym; jego podanie w odpowiedniej dawce powoduje, że pacjent wchodzi w sedację: uspokaja się, lekko przysypia, ale można go obudzić. Lek bardzo szybko ulega metabolizmowi w organizmie; okres jego działania można odpowiednio dostosować do tego, ile będzie trwała dana procedura – mówi dr Napiórkowski. Lek może być wykorzystywany np. do krótkich procedur. – Do tej pory w tych sytuacjach używano leków, które mają nieco dłuższy okres działania. Używanie remimazolamu powoduje, że pacjent po krótkim czasie działania leku wraca do pełni świadomości. Czas od podania ostatniej dawki do pełnego powrotu świadomości wynosi ok. 12 min. Dla pacjenta to bardzo bezpieczna opcja. W Polsce lek jest zarejestrowany do sedacji do zabiegów, takich jak np. kolonoskopia, gastroskopia, a także np. przy kardiowersji – zaznacza dr Napiórkowski

Nowoczesne technologie umożliwiają także monitorowanie głębokości znieczulenia; podczas operacji anestezjolog widzi, jak głęboko pacjent „śpi”. – W naszym szpitalu każdy pacjent ma monitorowaną głębokość znieczulenia: elektrody monitorują i mierzą czynność mózgu: odpowiedni algorytm matematyczny przekłada to na liczbę od 0 do 100, gdzie około 100 oznacza „przytomny pacjent”. Gdy podajemy środki znieczulające, widzimy, że ten parametr spada. Widzimy też, kiedy pacjent zaczyna się budzić: jeśli jeszcze trwa operacja, to możemy dodać więcej leków znieczulających. Nie jest to jeszcze stosowane we wszystkich szpitalach u wszystkich pacjentów, ale w naszym już tak – zaznacza dr Napiórkowski.  

W trakcie operacji mogą zdarzyć się nieprzewidziane sytuacje, potencjalnie niebezpieczne dla pacjenta, jak zatrzymanie krążenia, czy uczulenia na zastosowane leki: anestezjolodzy wiedzą, jak postępować w takich przypadkach.  

Pacjent w OIT 

W oddziałach intensywnej terapii (OIT) również pracują anestezjolodzy; tu na co dzień ratuje się życie. Wyzwaniem są pacjenci, którzy ulegli wypadkowi, mają urazy wielonarządowe, pacjenci po bardzo rozległej operacji, a także pacjenci np. we wstrząsie septycznym, wywołanym przez zakażenie bakteryjne. – W przebiegu wstrząsu septycznego dochodzi do rozszerzenia się łożyska naczyniowego, a tym samym pojawia się spadek ciśnienia. W OIT należy zadziałać tak, by podwyższyć ciśnienie; podaje się leki wpływające na układ krążenia, dzięki czemu ciśnienie wzrasta. W pierwszym etapie podajemy noradrenalinę; uzyskując wzrost ciśnienia tętniczego. Jeśli to nie pomaga, to dodajemy leki z nowej grupy, które pojawiły się w ostatnim czasie – zaznacza dr Napiórkowski

 

W Polsce brakuje lekarzy anestezjologów i intensywnej terapii 

„Zapotrzebowanie” na specjalistów anestezjologii i intensywnej terapii jest coraz większe: są niezbędni przy operacjach, zabiegach, porodach, w których konieczne jest znieczulenie. Coraz częściej też pacjenci chcieliby mieć komfort psychiczny i „lekkie znieczulenie” podczas takich zabiegów jak kolonoskopia czy gastroskopia. Anestezjologia i intensywna terapia to trudna specjalizacja, wymagająca odpowiedniej wiedzy. 

W przypadku intensywnej terapii na oddział trafiają pacjenci na granicy życia i śmierci, często mając również choroby współistniejące: lekarz musi wiedzieć, jak je leczyć, jednocześnie podtrzymując życie pacjenta. Potrzebna jest tu ogromna wiedza i bardzo dobra współpraca ze specjalistami z innych dziedzin. Trudne decyzje trzeba podejmować szybko, zdając sobie sprawę z odpowiedzialności za pacjenta. Jest to praca bardzo odpowiedzialna, ale też obciążająca psychicznie: w stresie, z pacjentami na granicy życia i śmierci. Często konieczne są też bardzo trudne rozmowy z rodzinami pacjentów, także w sytuacjach, których nikt się nie spodziewał – np. w przypadku wypadków komunikacyjnych. 

źródło: Dziennikarski Klub Promocji Zdrowia

Dzięki dynamicznemu rozwojowi diagnostyki, metod monitorowania, nowoczesnym lekom anestezjologicznym, wytycznym i procedurom anestezjologia korzysta w tej chwili z różnorodnej aparatury i leków, będąc jedną z najbezpieczniejszych dziedzin medycyny. Mimo to pacjenci wciąż  często obawiają się sedacji i narkozy, przez co stres związany z planowanym zabiegiem czy operacją stanowi duże obciążenie psychiczne. Stąd potrzeba szerszej edukacji pacjentów, którzy powinni być świadomymi współuczestnikami swojego procesu leczenia. Jednym z większych wyzwań w anestezjologii wciąż pozostają również pacjenci we wstrząsie septycznym, w którym śmiertelność wynosi około 50 proc.
– Anestezjologia jest dziś na wznoszącej fali rozwoju i jest to związane z pandemią COVID-19 i rosnącą rolą anestezjologa w systemie ochrony zdrowia. Jednocześnie obserwujemy też postęp zarówno w technologii, jak i w produkcji, w wytwarzaniu nowych leków, które poprawiają nie tylko komfort pracy anestezjologa, ale także komfort leczenia, czyli komfort pacjenta, który jest poddawany znieczuleniu – mówi agencji Newseria Biznes prof. dr hab. n. med. Janusz Andres, prezes Polskiego Towarzystwa Anestezjologii i Intensywnej Terapii, kierownik Katedry Anestezjologii i Intensywnej Terapii Uniwersytetu Jagiellońskiego.
Według statystyk Naczelnej Izby Lekarskiej w Polsce jest ok. 7 tys. aktywnych zawodowo anestezjologów, którzy odgrywają kluczową rolę w szpitalach, zapewniając ciągłość opieki w okresie okołooperacyjnym, na intensywnej terapii i innych dziedzinach, gdzie konieczne jest podtrzymywanie życia pacjenta. Dzięki wyśrubowanym standardom wypracowywanym w ostatnich dekadach dziś anestezjologia jest jedną z najbezpieczniejszych dziedzin medycyny, która mocno się przyczyniła do spadku śmiertelności w okresie okołooperacyjnym.
– Pacjenci często pytają, czym się różni sedacja od znieczulenia, czyli popularnie mówiąc narkozy – mówi prof. dr hab. n. med. Janusz Andres. – Można powiedzieć, że jest to stopień wyłączenia świadomości i funkcji oddechowej u pacjenta. Znieczulenie ogólne polega na tym, że wyłączamy tę świadomość całkowicie. Leki, które w tym przypadku stosujemy, porażają ośrodek oddechowy, w związku z tym anestezjolog musi zabezpieczyć oddech pacjenta za pomocą aparatury, a jednocześnie monitorować jego funkcje życiowe w czasie zabiegu. Z kolei leki sedacyjne pozwalają zachować świadomość pacjenta, niwelują ból, powodują amnezję, taką niepamięć wsteczną, natomiast nie zaburzają podstawowych funkcji, jaką jest oddychanie i przytomność, dają pacjentowi komfort i pozostawiają jego fizjologiczne parametry w granicach normy.
– Sedacja może być stosowana praktycznie w każdym zabiegu diagnostycznym czy terapeutycznym. Wyobraźmy sobie np. rezonans magnetyczny, czyli badanie bardzo nieprzyjemne dla pacjenta – szczególnie dla takiego, który ma klaustrofobię, więc on będzie w tym przypadku beneficjentem sedacji. Wyobraźmy sobie też np. zabiegi endoskopowe: kolonoskopię czy bronchoskopię – tu sedacja również będzie korzystna dla pacjenta, podobnie jak w przypadku nastawienia złamania, zmiany bolesnego opatrunku, nacięcia ropnia czy usuwania zmiany skórnej. Tych zabiegów jest cała, długa lista i niemalże w każdej specjalności zabiegowej znajdziemy miejsce, w którym sedacja jest potrzebna – dodaje prof. dr hab. n. med. Łukasz Krzych, kierownik Katedry i Zakładu Medycyny Stanów Nagłych na Śląskim Uniwersytecie Medycznym.
Anestezjologia korzysta w tej chwili z różnorodnej aparatury i leków. Znaczący postęp nastąpił m.in. w zakresie terapii podtrzymującej funkcje narządów, a ostatnie lata przyniosły również zwiększoną dostępność nowoczesnego sprzętu i leków stosowanych w intensywnej terapii. Wprowadzono wytyczne, rozwinięto międzynarodową współpracę w tym zakresie oraz procedury umożliwiające znieczulanie i leczenie pacjentów nawet w skrajnych stanach chorobowych. Ten postęp pozwala dziś na skuteczne leczenie przypadków, które jeszcze kilkanaście lat temu były uznawane za nie do leczenia.
– W naszym zestawie nowych leków, które mamy do dyspozycji w anestezjologii i intensywnej terapii, od kilku lat znajduje się remimazolam, który już jest stosowany szeroko m.in. w Stanach Zjednoczonych, Japonii i innych krajach. Wiążemy z tym lekiem pewne nadzieje na poprawę komfortu i bezpieczeństwa pacjenta w okresie okołosedacyjnym, okołoproceduralnym – mówi prof. dr hab. n. med. Janusz Andres. – Ze wszystkich danych, jakie mamy w tej chwili dostępne w piśmiennictwie, wynika, że ten lek ma lepszy profil farmakokinetyczny, czyli lepiej działa na pacjenta, jest bezpieczny, nie powoduje typowych objawów, które wiążą się ze stosowaniem innych leków. Dlatego mamy nadzieję, że pomoże on doskonalić nasze działanie w zakresie sedacji i znieczulenia ogólnego.
– Nowe leki, które stosujemy w sedacji, cechują się bardzo dobrą skutecznością i wysokim bezpieczeństwem. Jeżeli mówimy o sedacji, te leki muszą działać szybko, z dobrą mocą i działać krótko, żeby pacjent po zastosowaniu tego leku miał bardzo szybki powrót funkcji życiowych i funkcji poznawczych. Z drugiej strony te leki muszą być bezpieczne, wykazywać mało działań niepożądanych, muszą mieć znikomy albo żaden wpływ na układ krążenia, układ oddechowy i cały organizm. Zwłaszcza jeśli pacjent poddawany sedacji czy znieczuleniu jest na coś chory – dodaje prof. dr hab. n. med. Łukasz Krzych.
Ekspert wskazuje, że jednym z większych wyzwań w anestezjologii wciąż pozostają pacjenci we wstrząsie septycznym, który jest stanem bezpośredniego zagrożenia życia i w którym śmiertelność wciąż wynosi około 50 proc.
– Anestezjologia i intensywna terapia wciąż nie radzi sobie z pacjentami we wstrząsie septycznym i gdybyśmy potrafili ujarzmić tego demona, poprawiłyby się statystyki. To zagrożenie zdrowotne jest tak istotne, że ma niemalże wymiar społeczny – mówi prof. dr hab. n. med. Łukasz Krzych. – Najważniejszym działaniem, na które musimy się nastawić, jest tu profilaktyka, czyli zapobieganie wystąpieniu sepsy i wstrząsu septycznego, ponieważ jeśli już dojdzie do rozwoju niewydolności wielonarządowej, to przywrócenie tych funkcji narządów jest bardzo trudne. Myślę, że jeszcze długa droga przed nami i potrzebne są kolejne badania naukowe, które pokażą, jak dobrze dobrać te wszystkie leki i terapie, które pojawiają się w tej chwili na rynku, do konkretnego pacjenta, żeby poprawić skuteczność i wyniki leczenia.
Lekarze podkreślają też konieczność edukacji pacjentów, którzy bardzo często obawiają się sedacji i narkozy, przez co stres związany z planowanym zabiegiem czy operacją stanowi dla nich duże obciążenie psychiczne. Pacjenci boją się m.in. ewentualnych powikłań i tego, że nie obudzą się po zabiegu albo że leki nie zadziałają, przez co w trakcie będą mieć pełną świadomość wykonywanych procedur. W tym kontekście ważne jest odpowiednie przygotowanie pacjentów do zabiegów operacyjnych i zmniejszenie ich lęku przed operacją. Pomóc w tym może wyczerpująca rozmowa z anestezjologiem, który wyjaśni wątpliwości i odpowie pacjentowi na wszystkie nurtujące go pytania.
– Bezpieczeństwo w anestezjologii znacząco poprawiło się w ostatnich dziesięcioleciach i poziom śmiertelności w czasie znieczulenia można porównać do bezpieczeństwa w trakcie lotu samolotem. Tak więc anestezjologia jest bezpieczna i rzadko, a właściwie nigdy nie dochodzi już w tej chwili do jakichś skomplikowanych powikłań w okresie okołooperacyjnym tylko i wyłącznie ze względów anestezjologicznych. Potrzebna jest edukacja pacjentów, właściwe przygotowanie do operacji, natomiast chciałbym uspokoić pacjentów, że są w dobrych rękach, o ile tylko współpraca pomiędzy pacjentem i anestezjologiem jest odpowiednia, czyli na zasadzie informacji pełnej o aktualnym stanie zdrowia – podkreśla prof. dr hab. n. med. Janusz Andres.

źródło:https://biznes.newseria.pl/

Trzy obszary, w których bezpieczeństwo pacjenta i optymalizacja leczenia może być poprawiona, to właśnie zakażenia, prawidłowa farmakoterapia i prawidłowa diagnostyka obrazowa – wskazuje anestezjolog, prof. Janusz Andres. Jak podkreśla, potrzebna jest dyskusja ekspertów różnych specjalizacji, która przyczyniłaby się do rozwiązania obecnych problemów i ogólnej poprawy bezpieczeństwa hospitalizowanych pacjentów.

Dzięki wyśrubowanym standardom wypracowywanym w ostatnich dekadach anestezjologia jest dziś jedną z najbezpieczniejszych dziedzin medycyny. Mimo to problem powikłań okołooperacyjnych narasta z powodu rosnącej liczby zakażeń szpitalnych. To zaś drastycznie pogarsza rokowania pacjentów po zabiegach operacyjnych. 

– Anestezjologia jest dziedziną medycyny, która jest w awangardzie bezpieczeństwa. Nasze standardy spowodowały, że śmiertelność z powodów anestezjologicznych w ostatnim stuleciu zmniejszała się kilkusetkrotnie. Dziś można powiedzieć, że anestezjologia jest tak bezpieczna jak lotnictwo – ryzyko śmierci z powodów anestezjologicznych jest znikome. Jednak śmiertelność pooperacyjna paradoksalnie wzrasta. Jeśli weźmiemy pod uwagę ostatnich 10 lat, to w Europie, w krajach wysoko rozwiniętych, średnia śmiertelność po operacji wzrosła prawie czterokrotnie. Dlatego musimy zoptymalizować bezpieczeństwo, czyli przygotowanie pacjenta do operacji, monitorowanie śródoperacyjne, postępowanie pooperacyjne, żeby tę śmiertelność czy powikłania pooperacyjne zminimalizować – mówi agencji Newseria Biznes prof. dr hab. n. med. Janusz Andres, prezes Polskiego Towarzystwa Anestezjologii i Intensywnej Terapii, prezes Fundacji Bezpieczny Pacjent.

Według statystyk Naczelnej Izby Lekarskiej w Polsce jest około 7 tys. aktywnych zawodowo anestezjologów. Dzięki standardom wprowadzonym w latach 60. ubiegłego wieku ta dziedzina medycyny mocno przyczyniła się do spadku śmiertelności w okresie okołooperacyjnym na początku tego wieku. 

 Nikt nie dba o bezpieczeństwo pacjenta w warunkach szpitalnych tak jak lekarz anestezjolog – mówi prof. dr hab. n. med. Łukasz Krzych, specjalista anestezjologii i intensywnej terapii ze Śląskiego Centrum Chorób Serca w Zabrzu i Śląskiego Uniwersytetu Medycznego w Katowicach. – Pacjent z reguły kojarzy anestezjologa jako tego, który będzie go znieczulał w warunkach bloku operacyjnego. To on bierze na siebie tę odpowiedzialność za bezpieczeństwo pacjenta w zasadzie od przyjęcia do szpitala do wypisu. To nie tylko sam moment znieczulenia, ale i szereg wielu innych elementów. Anestezjolog to tak naprawdę lekarz wielu specjalności, który musi się znać nie tylko na samej procedurze medycznej, ale też wiedzieć, jakie leki pacjent przyjmuje, jakie jest jego obciążenie czynnikami ryzyka, wielochorobowość, żeby w bezpieczny sposób zaordynować i przeprowadzić znieczulenie.

Coraz większym problemem są zakażenia szpitalne. To zaś drastycznie pogarsza rokowanie pacjentów oraz ich perspektywy powrotu do właściwego funkcjonowania i poprawy jakości życia po zabiegach operacyjnych. Sytuacja pod tym względem jest dziś gorsza niż jeszcze dekadę temu, nawet w krajach rozwiniętych. W Polsce co najmniej od kilku lat widać tendencję wzrostową w liczbie zgłaszanych ognisk zakażeń szpitalnych, które są jednym z głównych czynników przyczyniających się do rozwoju antybiotykooporności. Według raportów GIS („Stan sanitarny kraju”) w 2022 roku zgłoszono rekordową ich liczbę – ponad 5,1 tys. ognisk. Jeszcze rok wcześniej było ich 4,43 tys., w 2020 roku o wiele mniej – 2,8 tys., a w 2019 roku – zaledwie 692. Na problem rosnącej liczby szpitalnych zakażeń już w 2018 roku zwracała uwagę także Najwyższa Izba Kontroli, według której zakażenia szpitalne dotyczą od 5 do 10 proc. wszystkich hospitalizowanych pacjentów. W Polsce dawało to już wówczas co najmniej 400 tys. przypadków rocznie.

– Poprawa kondycji szpitali w kontekście generowania szczepów bakterii wielolekoopornych, przenoszenia zakażeń między pacjentami – to odpowiedź chociażby na wymogi samej Światowej Organizacji Zdrowia. To obejmuje m.in. dbanie o higienę rąk, o czystość na oddziałach, ale to także rozważne stosowanie antybiotyków zgodnie z ich wskazaniami klinicznymi, pamiętając, że są to bardzo silnie działające chemioterapeutyki, które nie powinny być stosowane zbyt często, zbyt długo i w odpowiednich sytuacjach klinicznych – mówi prof. Łukasz Krzych.

Jak wskazują eksperci, w celu podniesienia bezpieczeństwa hospitalizowanych pacjentów w okresie okołooperacyjnym poprawy wymagają trzy główne obszary. Obok rosnącej liczby zakażeń szpitalnych jest to również diagnostyka obrazowa, do której w tej chwili anestezjolodzy mają ograniczony wgląd, oraz dostępność nowych leków, sposób ich podawania i ogólne bezpieczeństwo stosowanej farmakoterapii.

 Anestezjolog ma do wyboru kilkanaście leków i muszą one być stosowane pod kontrolą, ponieważ wyłączają świadomość, wprowadzają w stan anestezji, czasami działają nasercowo, podwyższają czy obniżają ciśnienie. My musimy mieć takie leki, które są optymalne dla danego pacjenta i dla naszego systemu monitorowania. Te leki są coraz lepsze – mamy nowe leki sedujące, mamy nowe leki, które utrzymują standard krążenia i potrafią zoptymalizować ciśnienie – wymienia prof. Janusz Andres. – To są właśnie trzy obszary, w których bezpieczeństwo pacjenta i optymalizacja leczenia może być poprawiona, czyli zakażenia, prawidłowa farmakoterapia oraz prawidłowa diagnostyka obrazowa.

Ponieważ dotyczy to różnych obszarów i specjalizacji, stąd potrzeba interdyscyplinarnej dyskusji, która przyczyniłaby się do rozwiązania tego problemu.

– Największym wyzwaniem środowiska anestezjologicznego jest dziś przekonanie innych specjalizacji i całego systemu ochrony zdrowia do tego, że powinniśmy podwyższyć standardy bezpieczeństwa i optymalizacji w okresie okołooperacyjnym. Chcemy przekonać inne specjalności i zarządzających ochroną zdrowia do odległego monitorowania efektów leczenia i je zoptymalizować – mówi prezes Polskiego Towarzystwa Anestezjologii i Intensywnej Terapii. – Oczywiście musimy też wprowadzać nowe metody monitorujące, nowe, bezpieczne leki i zindywidualizować terapię w stosunku do każdego pacjenta. Mamy już w tym celu narzędzia i jesteśmy na dobrej drodze, żeby jakość usług medycznych poprawiać.

– Najnowsze dane pokazują, że możemy w skuteczny i bezpieczny sposób prowadzić sedację zabiegową, nazywaną sedacją proceduralną lub tak zwaną lekką sedacją. W tej chwili posiadamy całą konstelację leków, które pozwalają nam zredukować ból, zredukować lęk, czasem wprowadzić również niepamięć związaną z wykonywaniem samej procedury, ale wchodzą też nowe leki krótko działające, które są szybko metabolizowane, które działają niezależnie od wydolności nerek czy wątroby. Posiadamy takie leki w swoim zasięgu, oczywiście dostosowując konkretny lek do konkretnego pacjenta – mówi prof. Łukasz Krzych. 

Lekarze podkreślają też konieczność edukacji samych pacjentów, którzy powinni być świadomymi współuczestnikami swojego procesu leczenia. W tym kontekście dla anestezjologów ważne jest również odpowiednie przygotowanie ich do zabiegów operacyjnych i zmniejszenie ich lęku przed operacją.

 Podczas wizyty anestezjologicznej to naszą rolą jest poinformować pacjenta – nawet jeśli on o to nie pyta – co będzie się działo, co planujemy, jakie są potencjalne zagrożenia związane ze znieczuleniem i operacją. Bardzo ułatwiają nam to poradnie anestezjologiczne, w których pacjent jest oceniany przez anestezjologa kilka tygodni przed planowaną operacją. Wtedy jeszcze ten pacjent nie jest aż tak bardzo zestresowany zbliżającym się zabiegiem, a my mamy więcej czasu na bezpośrednią komunikację z nim – mówi  specjalista anestezjologii i intensywnej terapii ze Śląskiego Centrum Chorób Serca w Zabrzu i Śląskiego Uniwersytetu Medycznego w Katowicach. – Oczywiście reakcji stresowej organizmu często nie da się wyeliminować rozmową i tutaj z pomocą przychodzą nam środki farmakologiczne, które mają formę tzw. premedykacji, nazywanej kuluarowo „głupim jasiem”, albo tzw. sedacji okołozabiegowej czy sedacji proceduralnej, której celem jest zniesienie lęku i stresu związanego z samą procedurą medyczną. Jednak trzeba pamiętać, że przy każdej procedurze najważniejsza w tym wszystkim jest samoświadomość pacjenta.

Bezpieczeństwo pacjentów w okresie okołooperacyjnym i aktualne wyzwania anestezjologii były głównym tematem Interdyscyplinarnego Forum Bezpieczeństwa Pacjenta, które odbyło się w ubiegłym tygodniu (15–17 września) w Krakowie. Wydarzenie zorganizowane przez Polskie Towarzystwo Anestezjologii i Intensywnej Terapii (PTAiIT) oraz Fundację Bezpieczny Pacjent zbiegło się w czasie z przypadającym na 17 września Światowym Dniem Bezpieczeństwa Pacjenta Światowej Organizacji Zdrowia. Organizatorzy zwrócili też uwagę na fakt, że w ubiegłym roku minęło 12 lat od publikacji Deklaracji Helsińskiej o Bezpieczeństwie Pacjenta w Anestezjologii, uznawanej za podstawowy dokument określający standardy bezpieczeństwa w medycynie okołooperacyjnej.

źródło: newseria