Medicalpress
Migrena nie jest „zwykłym bólem głowy”. To przewlekła choroba neurologiczna, która potrafi odebrać młodym ludziom zdolność do pracy, chęć planowania przyszłości i zakładania rodziny. Choć nowoczesne leczenie pozwala skutecznie kontrolować chorobę, dla większości pacjentów w Polsce pozostaje ono poza realnym zasięgiem.
Migrena dla laików to taki silniejszy „zwykły ból głowy”: coś uciążliwego, ale niekoniecznie poważnego, co można przeczekać z lekiem przeciwbólowym w ręku. Tymczasem z perspektywy neurologii i samych chorych migrena jest przewlekłą chorobą neurologiczną, która realnie odbiera ludziom zdolność do normalnego życia. W Polsce dotyka nawet czterech milionów osób, a jej konsekwencje wykraczają daleko poza sferę zdrowia, wpływając na decyzje życiowe, sytuację zawodową i rodzinną. Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) od lat umieszcza migrenę w czołówce chorób najbardziej negatywnie wpływających na jakość życia. Wśród wszystkich chorób zajmuje trzecie miejsce jako przyczyna wyłączania ludzi z aktywnego życia zawodowego i społecznego.

Jak podkreśla Alina Kułakowska, prezes Polskiego Towarzystwa Neurologicznego, migrena jest jedną z najczęstszych chorób neurologicznych – dotyka około 15 proc. populacji. Jej przyczyny nie są do końca poznane, dlatego zaliczana jest do tzw. idiopatycznych bólów głowy. Nie potrafimy jej wyleczyć raz na zawsze. Możemy jednak – i powinniśmy – skutecznie ją leczyć i kontrolować.

Największe nasilenie choroby przypada na okres szczytowej aktywności życiowej: między 25. a 35. rokiem życia. Migrena dotyczy przede wszystkim kobiet w wieku 20-50 lat, choć chorują także mężczyźni. Dla wielu pacjentek to właśnie choroba staje się jednym z niewidzialnych czynników wpływających na decyzje o macierzyństwie. Obawa przed utratą samodzielności, częstą absencją w pracy czy niemożnością sprawowania opieki nad dzieckiem sprawia, że migrena przestaje być wyłącznie problemem medycznym, a zaczyna determinować rzeczywistość.

„Charakterystyczną cechą migreny jest jej napadowość. Pomiędzy napadami pacjenci często czują się zupełnie zdrowi. Sam napad bywa jednak doświadczeniem skrajnie inwalidyzującym. Silnemu, zazwyczaj pulsującemu bólowi głowy towarzyszy nadwrażliwość na światło i dźwięki, nudności, wymioty, a nawet nasilanie się bólu przy najprostszej aktywności ruchowej, takiej jak chodzenie czy wchodzenie po schodach” – tłumaczy prof. Kułakowska. „W praktyce oznacza to całkowite wyłączenie z życia zawodowego i rodzinnego. Chory szuka ciszy, ciemności i snu, który często przerywa atak” – dodaje.

Jak podkreślano podczas „Forum bólów głowy”, konferencji z udziałem specjalistów z całego kraju, szczególnie dramatyczną postacią choroby jest migrena przewlekła. Rozpoznaje się ją wtedy, gdy ból głowy występuje przez co najmniej 15 dni w miesiącu, z czego przynajmniej 8 dni spełnia kryteria bólu migrenowego. W Polsce cierpi na nią kilkaset tysięcy osób, głównie w wieku produkcyjnym.

Jednym z kluczowych wyzwań, zdaniem lekarzy, jest niedostateczne rozpoznawanie migreny. Choć jej diagnostyka opiera się na kryteriach klinicznych i w rękach neurologa jest stosunkowo prosta, wielu pacjentów latami funkcjonuje z błędnym rozpoznaniem „zwykłych bólów głowy”. Tymczasem – jak podkreśla prof. Kułakowska – migrena to choroba neurologiczna i powinna być rozpoznawana oraz prowadzona właśnie przez neurologów. Brak właściwej diagnozy oznacza brak właściwego leczenia, a to zwiększa ryzyko przejścia migreny epizodycznej w postać przewlekłą.

To szczególnie istotne, ponieważ już przy czterech napadach migreny w miesiącu zaleca się włączenie leczenia profilaktycznego. Nieleczona lub źle leczona migrena może bowiem prowadzić do trwałych zmian w ośrodkowym układzie nerwowym i paradoksalnie zwiększać częstość napadów. Wczesna interwencja nie jest więc luksusem, ale inwestycją w przyszłe zdrowie pacjenta.

Współczesna medycyna dysponuje szerokim wachlarzem możliwości terapeutycznych. Leczenie migreny obejmuje nie tylko przerywanie napadów, ale także profilaktykę. W tej pierwszej grupie mieszczą się zarówno klasyczne leki przeciwbólowe, jak i preparaty dedykowane migrenie, takie jak tryptany czy nowsze: gepanty. W cięższych postaciach choroby kluczowe znaczenie ma jednak leczenie zapobiegające napadom, które może diametralnie zmienić życie pacjenta.

Dostępne obecnie nowoczesne terapie profilaktyczne – w tym toksyna botulinowa oraz przeciwciała monoklonalne anty-CGRP – potrafią istotnie zmniejszyć liczbę dni z bólem głowy w miesiącu. U części chorych redukcja napadów sięga 50 procent, u niektórych dochodzi wręcz do ich całkowitego ustąpienia. Migrena, choć pozostaje chorobą na całe życie, może być dzięki nim skutecznie kontrolowana.

Problem, jaki podnoszono na „Forum bólów głowy”, polega jednak na tym, że w Polsce nowoczesne leczenie migreny przewlekłej jest dostępne niemal wyłącznie w ramach programu lekowego. Program ten, choć sam w sobie jest ogromnym krokiem naprzód, obarczony jest licznymi ograniczeniami administracyjnymi i organizacyjnymi. Jak wskazują dane, leczony jest w nim zaledwie niewielki odsetek pacjentów spełniających kryteria – kilka tysięcy osób.

Zdaniem prof. Kułakowskiej program wymaga pilnych zmian. Migrena jest chorobą przewlekłą, a tymczasem obecne zapisy ograniczają możliwość powrotu pacjenta do programu do dwóch razy w życiu. To rozwiązanie trudne do obrony zarówno medycznie, jak i etycznie, ponieważ u wielu chorych po przerwaniu skutecznej terapii dochodzi do nawrotu ciężkich objawów. Jak podkreśla ekspertka: leczenie, które działa, zostaje im po prostu odebrane.

Jak sygnalizują neurolodzy, jeszcze poważniejszym problemem jest brak refundacji leków stosowanych w migrenie epizodycznej i w profilaktyce poza programami lekowymi. Nowoczesne preparaty, w tym gepanty, są kosztowne i w całości finansowane z kieszeni pacjentów.

„Obowiązujące przepisy refundacyjne sprawiają, że nawet częściowa refundacja – na przykład 30-procentowa – bywa niemożliwa ze względów formalnych. W rezultacie wielu pacjentów nie korzysta z terapii, bo po prostu nie może sobie na nią pozwolić” – mówi prof. Kułakowska.

Zdaniem ekspertów zgromadzonych na „Forum bólów głowy”: z perspektywy systemu ochrony zdrowia to krótkowzroczność. Migrena generuje ogromne koszty pośrednie: absencję chorobową, spadek produktywności i obciążenie systemu świadczeń społecznych. Skuteczne leczenie profilaktyczne przynosi nie tylko poprawę jakości życia chorych, ale także realne korzyści ekonomiczne. Pacjent, który nie ma napadów, pracuje, płaci podatki i pełni swoje role społeczne.

Eksperci coraz głośniej podnoszą argument, że refundacja nowoczesnych leków profilaktycznych w ramach refundacji aptecznej byłaby rozwiązaniem korzystnym zarówno dla pacjentów, jak i dla państwa. Pozwoliłaby dotrzeć do znacznie większej grupy chorych, odciążyć programy lekowe i zmniejszyć niewidzialne koszty migreny, które dziś ponosimy wszyscy.

Migrena nie jest fanaberią ani „kobiecą przypadłością”. To ciężka, przewlekła choroba neurologiczna, która – jeśli pozostaje nieleczona – potrafi zrujnować życie. Właściwie rozpoznana i skutecznie leczona może jednak przestać być wyrokiem. Warunkiem jest dostęp do nowoczesnej terapii i system refundacyjny, który uwzględnia nie tylko koszty leków, ale także realne koszty braku leczenia.

 
Źródło informacji: PAP MediaRoom
Choć uwaga opinii publicznej i decydentów koncentruje się głównie na wydatkach Narodowego Funduszu Zdrowia, najnowsze analizy pokazują, że stanowią one jedynie niewielką część rzeczywistych kosztów chorób. Z raportów EconMed Europe wynika, że rak piersi oraz choroby siatkówki, takie jak AMD i DME, kosztowały polską gospodarkę w 2024 roku blisko 27,5 mld zł. Największe obciążenie stanowiły koszty pośrednie związane m.in. z utratą produktywności, absencjami w pracy, koniecznością sprawowania opieki nad chorymi oraz wydatkami ponoszonymi bezpośrednio przez pacjentów i ich rodziny.
Blisko 27,5 mld zł – tyle w 2024 roku kosztowało polską gospodarkę leczenie raka piersi i chorób siatkówki (AMD i DME). Z raportów EconMed Europe wynika, że w przypadku pierwszego obszaru terapeutycznego tylko 20 proc. kosztów stanowiły wydatki z NFZ, a w drugim – zaledwie 8 proc., chociaż to właśnie na tych kosztach bezpośrednich ponoszonych przez fundusz koncentruje się uwaga. Eksperci wskazują na znaczące wydatki ponoszone przez pacjentów, ale też wiele ukrytych, pośrednich kosztów tych chorób wynikających m.in. z absencji chorobowej pacjentów i ich bliskich, obniżonej produktywności czy utraty samodzielności.

– Obecne wskaźniki, jeżeli mówimy o kosztach technologii medycznej i chorób, niestety nie odzwierciedlają w pełni rzeczywistości. Patrzymy głównie na koszty bezpośrednie, na to, ile wydaje płatnik, czyli Narodowy Fundusz Zdrowia, co oczywiście jest rozsądne. Ale nie patrzymy na cały szereg innych kosztów pośrednich, związanych z utraconą produktywnością z powodu chorób. Nie patrzymy na to, ile wydają pacjenci z własnej kieszeni, ile my jako gospodarka tracimy na chorobach, a ile moglibyśmy zyskać, gdybyśmy skutecznie i efektywnie je leczyli – mówi agencji Newseria dr Michał Seweryn, wiceprezes EconMed Europe.

EconMed Europe opracowało dwa raporty, w których policzyło koszty społeczne raka piersi oraz chorób siatkówki (zwyrodnienia plamki związanego z wiekiem i cukrzycowego obrzęku plamki, czyli AMD i DME). Oba są dostępne na stronie Fundacji Zdrowia Publicznego: fzp.com.pl/raporty. Jak pokazuje raport „Systemowa analiza opieki onkologicznej nad pacjentami z rakiem piersi w Polsce”, w 2024 roku leczeniem z powodu raka piersi objętych było ponad 231 tys. Polek. Całkowite koszty tej choroby oszacowano na 18 mld zł, z czego koszty bezpośrednie po stronie NFZ wyniosły 3,58 mld zł (20 proc.), a po stronie pacjentek – 1,38 mld zł (7 proc.).

Z kolei raport „Systemowa analiza leczenia pacjentów z chorobami siatkówki – AMD i DME w Polsce” wskazuje, że liczba pacjentów w 2024 roku wyniosła nieco ponad 339 tys. Koszty leczenia całej populacji to ponad 9,4 mld zł. Całkowite koszty bezpośrednie ponoszone przez pacjentów, na które składały się prywatne wydatki medyczne i te związane z wizytami w ośrodku, wyniosły ponad 750 mln zł (8 proc.). Podobna była wysokość wydatków po stronie NFZ, w tym m.in. na program lekowy i leczenie szpitalne – 767 mln zł (8 proc.).

 Najbardziej zaskakujące jest to, że pomimo faktu, iż w takich chorobach wydajemy mnóstwo pieniędzy na leczenie, bardzo drogie leki, to okazuje się, że te wydatki płatnika stanowią zaledwie niewielką część kosztów, które ponosimy jako społeczeństwo – podkreśla dr Michał Seweryn. – W przypadku raka piersi 73 proc. kosztów to są właśnie koszty pośrednie, czyli niezwiązane z wydatkami płatnika. W przypadku chorób siatkówki, takich jak AMD i DME, koszty pośrednie wynosiły prawie 85 proc.

– Koncentrujemy się wyłącznie na kosztach, które ponosi Narodowy Fundusz Zdrowia. Nawet nie bierzemy pod uwagę kosztów ZUS-u, który też z pieniędzy publicznych opłaca absencje chorobowe czy renty, które są wskutek nieefektywnego działania na poziomie profilaktyki czy medycyny naprawczej – mówi dr Jakub Gierczyński, członek Prezydium Rady Ekspertów przy Rzeczniku Praw Pacjenta.

W kosztach pośrednich autorzy raportów uwzględnili te związane z krótko- i długotrwałą nieobecnością na rynku pracy, mniejszą produktywnością w miejscu pracy, kosztami pracy nieodpłatnej czy opieki nieformalnej. W przypadku AMD i DME wyniosły one w sumie 7,9 mld zł, a w przypadku raka piersi – 13,3 mld zł.

 W perspektywie kosztów społecznych patrzymy właśnie na to, ile tracimy z powodu tego, że chorzy nie pracują, ponieważ są nieobecni, muszą zrezygnować z pracy. Patrzymy na to, czy opiekunowie nie ponoszą dodatkowych kosztów, nie muszą się zwalniać z pracy lub ograniczać swoich etatów, czy chorzy nie tracą pieniędzy w związku z dodatkowymi wydatkami, które generuje ta choroba – wymienia dr Michał Seweryn.

Spośród aktywnych zawodowo pacjentek z rakiem piersi 66 proc. zrezygnowało z pracy z powodu choroby, a pracujące chore korzystały ze zwolnień lekarskich średnio 31 dni rocznie, a ich średnia produktywność spadła do 58 proc. Około 50 proc. pacjentek przeznaczało część swojego urlopu wypoczynkowego na leczenie, a 13 proc. musiało poświęcić na ten cel ponad 19 dni w roku. W przypadku AMD i DME, gdzie szczyt zachorowań przypada na 60.–75. rok życia, co trzeci pracujący pacjent zredukował wymiar pracy średnio o 13 godz. tygodniowo. 37 proc. pacjentów wskazało częste wizyty w ośrodku jako napotkaną trudność.

– Każda złotówka, którą wydaje NFZ na leczenie, to jest 3 zł, które wydają chorzy i ich rodziny. Patrzymy na chorobę i jej leczenie nie tylko przez pryzmat tego, ile wydajemy, ale bardziej jak na inwestycję. Dzięki temu, że lepiej i skuteczniej leczymy choroby, unikamy bardzo dużych kosztów – podkreśla wiceprezes EconMed Europe.

 Niestety Polaków trzeba cały czas przekonywać do tego, że inwestowanie w zdrowie i finanse osobiste to jest inwestycja z wysoką stopą zwrotu. Pojawiło się takie pojęcie jak finansowe zdrowie i myślę, że to bardzo ładnie odpowiada na to pytanie, czy zająć się zdrowiem, czy finansami. Zajmijmy się jednym i drugim – mówi Dominika Nawrocka, ekspertka ds. finansów osobistych, założycielka serwisu Kobieta i Pieniądze.

Jak wynika z danych McKinsey & Company z 2020 roku, każdy dolar zainwestowany w ochronę zdrowia przynosi oczekiwany zwrot gospodarczy w wysokości 24 dol.

– Gdy myślimy o następnych pokoleniach, warunkiem koniecznym jest patrzenie na inwestycje w innowacje w zdrowiu z perspektywy wartości społecznej. Przypomnę, że w 1950 roku oczekiwana długość życia kobiety wynosiła 62 lata, a mężczyzny – 56 lat. W 2025 roku jest to odpowiednio 82 i 76 lat – tłumaczy dr Jakub Gierczyński. – To jest sukces między innymi medycyny i zmiany stylu życia, więc musimy utrzymać dostęp do medycyny na najwyższym europejskim poziomie, żeby polskie społeczeństwo miało szansę uniknąć nadmiarowych zgonów i żyć z chorobą przewlekłą w sposób możliwie zbliżony do normalnego życia.

Jak podkreśla, kluczowe są nie tylko innowacje w medycynie, ale też większy nacisk na profilaktykę.

– W Polsce rodzi się 240 tys. dzieci rocznie przy zgonach na poziomie 400 tys., czyli 160 tys. osób więcej umiera, niż się rodzi. To znaczy, że zmierzamy nieuchronnie w kierunku depopulacji, czyli zmniejszenia się liczby Polaków w Polsce. Jeżeli nie poprawimy stanu zdrowia dzieci i młodzieży, osób w wieku produkcyjnym i osób senioralnych, to po prostu będzie dalej postępować. Wskaźnik zgonów możliwych do uniknięcia dzięki leczeniu i profilaktyce, jeżeli dotarlibyśmy do średniej unijnej, wynosi 36 tys. – wskazuje członek Prezydium Rady Ekspertów przy Rzeczniku Praw Pacjenta. 

Źródło: Newseria

Depresja to nie tylko problem zdrowotny, ale także wyzwanie dla gospodarki. Według danych Światowej Organizacji Zdrowia z powodu lęku i depresji na świecie co roku traconych jest 12 mld dni roboczych, co przekłada się na około 1 bln dolarów strat. W Polsce na depresję choruje ponad 1,2 mln osób, a koszty zwolnień lekarskich i rent z tytułu zaburzeń psychicznych systematycznie rosną. Eksperci podkreślają, że tempo zmian w dostępie do opieki psychiatrycznej wciąż nie nadąża za skalą problemu.
Zdrowie psychiczne przestało być wyłącznie kwestią medyczną – dziś to także realny wskaźnik, który wiele może powiedzieć o kondycji gospodarki. Jak wynika z danych Światowej Organizacji Zdrowia, każdego roku z powodu lęku i depresji na świecie traconych jest 12 mld dni roboczych, co generuje ok. 1 bln dol. strat. W Polsce na depresję choruje ponad 1,2 mln osób, a koszty absencji i rent z tego tytułu od lat dynamicznie rosną. Jednocześnie, przy okazji Światowego Dnia Walki z Depresją (23 lutego), eksperci podkreślają, że zmiany w dostępie do opieki psychiatrycznej i poprawa świadomości społecznej postępują w zbyt wolnym tempie.
 Czy zdrowie psychiczne dzisiaj jest wskaźnikiem gospodarczym, a nie tylko medycznym? Zdecydowanie tak. Twarde dane pokazują, jakie straty i koszty ponosimy jako społeczeństwo globalnie – mówi agencji Newseria Piotr Szwędrowski, prezes Fundacji Rozwoju Młodego Pokolenia.
Skalę problemu kosztów pośrednich wynikających z zaburzeń depresyjnych obrazuje raport WHO z 2024 roku. Według niego co roku na całym świecie traconych jest z powodu lęku i depresji 12 mld dni roboczych. Koszt utraconej produktywności jest szacowany na bilion dolarów.
W Polsce, według danych Narodowego Funduszu Zdrowia, na depresję choruje 1,285 mln osób, ale są to osoby oficjalnie figurujące w systemie. Prawdziwa liczba chorych może być znacznie wyższa. W latach 2013–2024 liczba dni zwolnień lekarskich z powodu depresji wzrosła z 5,4 do 8,5 mln. Zaburzenia depresyjne w coraz większym stopniu stają się też powodem trwałej utraty zdolności pracy i przechodzenia na rentę. Z danych Zakładu Ubezpieczeń Społecznych wynika, że w latach 2020–2024 nakłady na renty socjalne z tytułu zaburzeń psychicznych i zaburzeń zachowania wzrosły z 2 do 2,7 mld zł.

– Te zwolnienia nie są takie jak w przypadku klasycznych chorób, gdzie po tygodniu–dwóch tygodniach człowiek wraca, ale leczenie i rehabilitacja psychiczna trwają dużo dłużej i wymagają wyjątkowego zaopiekowania, są bardziej rozłożone w czasie
  mówi ekspert.
Osoby zmagające się z depresją często muszą sobie radzić nie tylko z samą chorobą, ale i obawami o reakcje otoczenia, również tego zawodowego. Jak wskazuje raport z badania stygmatyzacji chorych z zaburzeniami ośrodkowego układu nerwowego, opracowany w 2024 roku na potrzeby kampanii „Wyprostuj spojrzenie”, ponad połowa respondentów uznała, że osoby cierpiące na depresję, schizofrenię i padaczkę borykają się z izolacją społeczną. Autorzy raportu podkreślają, że choć wiedza na temat depresji jest na wysokim poziomie, a poziom społecznej stygmatyzacji jest coraz niższy, to 22 proc. badanych określiło osoby cierpiące na tę chorobę jako leniwe, w tym 19 proc. kobiet i 26 proc. mężczyzn. Podobny był odsetek odpowiedzi określających osoby z depresją jako „szukające problemów”.

– Jeżeli pracownik znika ze swojej firmy, a potem wraca, to może zostać różnie przyjęty. Na przykład ze złością ze strony pracowników, bo „zostawiłeś nas”. Mogą być też negatywne emocje ze strony pracodawcy: „przecież my tu mamy tyle pracy, a ty sobie depresję wymyśliłeś”. Fakty są takie, że w społeczeństwie temat zdrowia psychicznego ciągle jest bagatelizowany i stygmatyzowany 
– podkreśla Piotr Szwędrowski.
Ekspert ocenia, że nadanie odpowiedniej rangi problemom psychicznym w debacie publicznej jest jednym z najpilniejszych priorytetów.

– Jako fundacja staramy się w ramach różnych akcji pobudzać debatę publiczną na ten temat, żeby edukować nas dorosłych, że choroby związane ze zdrowiem psychicznym, z depresją to nie jest wstyd. Jeżeli ktoś jest chory na raka albo inną chorobę, to jesteśmy bardziej wyrozumiali w stosunku do takiej osoby. W stosunku do zdrowia psychicznego czasami o tym niestety zapominamy. Cieszę się, że mówimy o tym coraz głośniej, że ludzie znani, celebryci przyznają się bardziej otwarcie do problemów związanych ze swoim zdrowiem psychicznym 
– mówi prezes Fundacji Rozwoju Młodego Pokolenia.
WHO przewiduje, że do końca tej dekady depresja będzie najbardziej rozpowszechnionym problemem zdrowotnym na świecie. Rodzi to ogromne wyzwania dla organizacji opieki zdrowotnej – tak by w lepszym stopniu odpowiadała potrzebom społeczeństwa. W Polsce od kilku lat prowadzona jest reforma psychiatrii. W psychiatrii dziecięcej najważniejszym jej etapem było stworzenie od podstaw pierwszego poziomu referencyjnego, czyli sieci ośrodków wsparcia środowiskowego. W przypadku psychiatrii dorosłych również najistotniejszym elementem reformy jest odejście od hospitalizacji na rzecz pomocy ambulatoryjnej, dziennej lub domowej, dostępnej blisko miejsca zamieszkania.

– Od kilku lat obserwujemy bardzo ciekawy model centrów zdrowia psychicznego, który jest testowany już w ponad 100 miastach Polski. Niestety projekt ma, jak to w życiu bywa, kiedy mamy coś nowego w systemie, problemy finansowe. Ale w ciągu kilku lat ten pilotaż bardzo się sprawdził i jeśli będzie dalej się rozwijał, to bardzo dobrze rokuje – ocenia ekspert.

Pilotaż centrów zdrowia psychicznego działa od 2018 roku i jest najdłuższym takim testem w historii polskiej opieki zdrowotnej. Jesienią ubiegłego roku zapadła decyzja o przedłużeniu pilotażu do końca roku 2026, po czym ma się on stać rozwiązaniem systemowym. Według danych z 5 stycznia 2026 roku w kraju funkcjonuje 117 takich ośrodków, które obejmują zasięgiem nieco ponad połowę dorosłej populacji. Pod koniec lutego Ministerstwo Zdrowia opublikowało raport końcowy zespołu ekspertów dotyczący przyszłości CZP. Zawarta jest w nim m.in. rekomendacja co do modelu finansowania centrów po zamknięciu pilotażu.
Jak czytamy na stronie internetowej resortu zdrowia, centra zdrowia psychicznego to miejsca, w których „można uzyskać natychmiastową, bezpłatną pomoc w związku z problemami ze zdrowiem psychicznym przez całą dobę, bez konieczności posiadania skierowania lub wcześniejszego umawiania wizyty. Zakres pomocy w CZP obejmuje, odpowiednio do potrzeb, wizyty w poradni zdrowia psychicznego, pobyt na oddziale dziennym lub całodobowym, a także wsparcie zespołu leczenia środowiskowego, który odwiedza pacjentów w ich domach, by wspierać zarówno pacjentów, jak i ich rodziny. CZP dedykowane są osobom powyżej 18. roku życia”.
Umocowanie CZP na stałe w systemie ochrony zdrowia jest tym istotniejsze, że obecnie uzyskanie pomocy psychologicznej często się wiąże z długim czasem oczekiwania.
 Mamy olbrzymi niedobór psychiatrów. Psychologów jest coraz więcej. Reprezentują oni różne nurty psychologiczne, a każdy z nas ma swoją „urodę psychologiczną”. Jeśli nie trafimy do właściwego psychologa, nie otrzymamy odpowiedniej pomocy, to możemy już nie spróbować ponownie. Psychoterapeutów też na szczęście jest coraz więcej, ale kolejki się nie zmniejszają. Jeśli chodzi o system finansowany przez NFZ, nie licząc centrów zdrowia psychicznego, niestety czas oczekiwania w zależności od regionu potrafi być wyjątkowo długi – podkreśla Piotr Szwędrowski. – Prywatne leczenie to olbrzymi wydatek. Regularne wizyty specjalistyczne mogą kosztować nasz budżet domowy bardzo dużo pieniędzy, bo to jest często długi proces.

Źródło: Newseria

Ponad 140 tysięcy zgonów rocznie, 1,4 miliona chorych, dramatyczne tempo wzrostu zachorowań – niewydolność serca to dziś jedno z największych wyzwań zdrowotnych w Polsce. – Niewydolność serca nadal zabija – rozpoczęła swoje wystąpienie prof. Agnieszka Pawlak, przewodnicząca Asocjacji Niewydolności Serca Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego. Jak podkreśliła, co roku umiera ponad 140 tysięcy chorych z niewydolnością serca, pomimo ogromnego postępu w medycynie oraz dostępnych, skutecznych terapii. Dlaczego?
Wśród najpoważniejszych barier w poprawie rokowań pacjentów, prof. Pawlak wskazała problem tzw. inercji terapeutycznej – czyli sytuacji, w której skuteczne leczenie jest dostępne, ale nie jest wdrażane w praktyce klinicznej na szeroką skalę. – To są dramatyczne dane. Ta choroba zbiera żniwo, mimo że mamy narzędzia, by jej skutecznie przeciwdziałać – podkreśliła.
 
Aktualne statystyki nie pozostawiają złudzeń
 
Skala niewydolności serca w Polsce rośnie w tempie, które trudno ignorować. Jak poinformował Filip Urbański, Dyrektor Departamentu Analiz, Monitorowania Jakości i Optymalizacji Świadczeń Narodowego Funduszu Zdrowia, w 2024 roku liczba pacjentów, którym udzielono świadczeń z tytułu niewydolności serca, osiągnęła rekordowe 660 tysięcy – to aż 5% więcej niż średnie wartości sprzed pandemii. Łącznie w systemie figuruje już ponad 1,4 miliona osób z tym rozpoznaniem.
 
Tylko w 2024 roku udzielono niemal 2 miliony świadczeń, a koszt ich refundacji sięgnął 3,6 miliarda złotych – czterokrotnie więcej niż dekadę wcześniej. Choć najwięcej pacjentów trafiło do podstawowej opieki zdrowotnej (419 tys.), to leczenie szpitalne pochłonęło największe środki: aż 3,2 miliarda złotych, pomimo iż dotyczyło o wiele mniejszą grupę chorych (232 tys.).
 
W strukturze wiekowej przeważają osoby starsze – 90% kobiet i 75% mężczyzn z NS to pacjenci powyżej 65. roku życia – ale aż co piąty chory ma mniej niż 65 lat. Dodatkowo, statystyki pokazują znaczne różnice regionalne – wskaźnik liczby pacjentów z niewydolnością serca na tysiąc mieszkańców jest niemal dwukrotnie wyższy w województwach łódzkim i świętokrzyskim niż w pomorskim czy dolnośląskim. – To dane, które dosłownie odbierają dech. Jeszcze bardziej dramatyczne niż sądziliśmy – skomentowała prof. Agnieszka Pawlak, podkreślając, że powinny być one silnym sygnałem alarmowym dla całego systemu ochrony zdrowia.
 
W równie niepokojącym świetle niewydolność serca rysuje się w statystykach Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Choć w całej grupie chorób układu krążenia obserwuje się spadek liczby przyznawanych rent i liczby dni absencji chorobowej, to niewydolność serca stanowi wyjątek – liczba dni niezdolności do pracy z tego powodu wzrosła do 755 tysięcy w 2023 roku (z 700 tys. dwa lata wcześniej). Równocześnie rośnie też liczba pacjentów z orzeczeniem o niezdolności do pracy z powodu niewydolności serca.
 
Jak zaznaczył dr Piotr Winciunas, naczelny lekarz ZUS, Zakład wypłacił w ubiegłym roku niemal 50 miliardów złotych z tytułu świadczeń związanych z niezdolnością do pracy. I choć udział chorób układu krążenia w tych wydatkach ogółem maleje, to w przypadku niewydolności serca – przeciwnie – zauważalnie rośnie. – Skuteczna opieka to nie tylko kwestia zdrowia, ale też realne oszczędności dla systemu. Im lepsze leczenie i rehabilitacja, tym większa szansa, że pacjent nie wypadnie z rynku pracy – zaznaczył Winciunas, podkreślając też znaczenie prewencji rentowej, dzięki której część pacjentów może wrócić do aktywności zawodowej.
 
Narastające obciążenie systemu ochrony zdrowia i ubezpieczeń społecznych pokazuje jedno: niewydolność serca to nie tylko problem medyczny, ale coraz bardziej – ekonomiczny i społeczny.
 
Niewydolność serca jest konsekwencją większości chorób kardiologicznych. Prędzej czy później nieodpowiednio leczona choroba, np. zawał, wada zastawkowa, wada wrodzona, czy kardiomiopatia prowadzi do niewydolności serca. W związku z czym to ten obszar to absolutny priorytet dla Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego i dla kardiologii. – podkreślił prof. Marek Gierlotka, Prezes elekt Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego, kierownik uniwersyteckiej Kliniki i Oddziału Kardiologii Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego w Opolu.
 
Hospitalizacja to nie wszystko. Czas na nowy model opieki
 
Polska od lat znajduje się w czołówce krajów OECD pod względem liczby hospitalizacji z powodu niewydolności serca – mimo coraz lepszych możliwości terapeutycznych. Jak podkreślała senator dr Agnieszka Gorgoń-Komor, problemem jest nie tylko skala zachorowań, ale przede wszystkim organizacja systemu, który nie oferuje skutecznych alternatyw dla leczenia szpitalnego. – Na ponad milion pacjentów z niewydolnością serca wciąż zbyt wielu trafia do szpitala, zamiast być odpowiednio monitorowanymi i skutecznie leczonymi wcześniej – wskazywała.
 
Obecnie w piramidzie świadczeń, najdroższa i najbardziej obciążająca forma leczenia – hospitalizacja – zbyt często staje się pierwszym, a nie ostatnim etapem opieki. – Czas to odwrócić i zacząć działać wcześniej – zanim dojdzie do zaostrzenia choroby. – podkreślała Senator Gorgoń-Komor
 
Narastająca liczba hospitalizacji pokazuje, że obecny system opieki nad pacjentem z niewydolnością serca nie odpowiada na wyzwania XXI wieku. Potrzeba zmiany paradygmatu – od leczenia epizodów do długofalowej, koordynowanej opieki. Temu właśnie ma służyć Krajowa Sieć Kardiologiczna.
 
Krajowa Sieć Kardiologiczna – nadzieja na uporządkowanie opieki
 
Wobec narastającej skali niewydolności serca i innych chorób układu krążenia, Ministerstwo Zdrowia przygotowuje pakiet zmian, których trzonem ma być Krajowa Sieć Kardiologiczna – systemowe rozwiązanie porządkujące ścieżkę opieki nad pacjentami z chorobami układu krążenia. Jak wskazywał dyrektor Departamentu Opieki Koordynowanej resortu zdrowia Konrad Korbiński, sieć ta ma stanowić konkretną odpowiedź na największe wyzwanie współczesnej kardiologii – i uporządkować opiekę w sposób, który zapewni pacjentom ciągłość, przewidywalność i realne wsparcie na każdym etapie leczenia.
 
Założenia projektu obejmują stworzenie trzystopniowej struktury – od poradni i szpitali prowadzących podstawową diagnostykę, przez placówki z pełnym profilem kardiologicznym, aż po ośrodki wysokospecjalistyczne z dostępem do kardiochirurgii. Taka siatka ma zapewnić równy dostęp do opieki we wszystkich województwach – bez względu na kod pocztowy pacjenta. – To nie będzie kardiologia dwóch prędkości. Tworzymy jednolity system, obejmujący całą Polskę – zapewniał Dyrektor Korbiński.
 
Sieć ma działać według modelu koordynowanej ścieżki pacjenta, w którym różne poziomy opieki – od POZ po leczenie szpitalne – będą połączone w spójną strukturę z jasno określonymi standardami i zadaniami. Kluczową rolę odegrają tu koordynatorzy opieki kardiologicznej, inspirowani rozwiązaniami z Krajowej Sieci Onkologicznej. – Koordynacja to klucz do sukcesu. Dziś zbyt często pacjent po prostu znika z pola widzenia systemu. Potrzebujemy narzędzi, które pozwolą go śledzić i prowadzić przez cały proces leczenia – podkreślał Konrad Korbiński.
 
Jednym z takich narzędzi ma być elektroniczna karta opieki kardiologicznej – zintegrowany rejestr, który umożliwi lekarzom dostęp do aktualnych danych o pacjencie niezależnie od miejsca, w którym jest leczony. To ma wyeliminować fragmentaryczność opieki i zapewnić jej rzeczywistą ciągłość. Choć rozwiązanie może nie wydawać się przełomowe na pierwszy rzut oka – jak zauważył Korbiński – to właśnie spójność i dostępność danych może przesądzić o skuteczności leczenia.
 
Nie mniej istotnym elementem będą też nowe ścieżki i standardy postępowania – szczególnie na poziomie podstawowej opieki zdrowotnej. To tam, po zakończeniu leczenia specjalistycznego, trafia większość pacjentów. – Problem nie leży w braku możliwości leczenia, ale w tym, co dzieje się z pacjentem po wypisie ze szpitala. Standardy muszą jasno wyznaczyć, co lekarz POZ powinien robić – jakie badania zlecać, jak monitorować stan chorego, jak reagować na pogorszenie objawów – mówił Dyrektor.
 
Choć koordynatorzy nie będą przypisani do konkretnej jednostki chorobowej, niewydolność serca ma być jednym z głównych obszarów ich działania. – To właśnie wokół tej jednostki powinna się ogniskować uwaga koordynatorów. Obecnie przygotowujemy programy szkoleń, a niewydolność serca będzie w nich zajmowała bardzo ważne miejsce – zapewnił Korbiński.
 
Jak podkreślono w trakcie debaty, wdrożenie Krajowej Sieci Kardiologicznej ma nie tylko usprawnić przepływ informacji i poprawić organizację systemu, ale przede wszystkim – przełożyć się na losy konkretnych pacjentów. To projekt, który ma szansę stać się nie tylko ramą administracyjną, ale realną ścieżką poprawy jakości życia osób z chorobami serca.
 
– Krajowa Sieć Kardiologiczna będzie podstawą dla dalszej koordynacji opieki. Niezwykle istotne jest także, aby promować rozwój ośrodków jednego dnia oraz specjalistycznych ośrodków niewydolności serca. – wskazał prof. Marek Gierlotka.
 
Ścieżka pacjenta z niewydolnością serca – edukacja, stabilność i skuteczna terapia
 
Głos pacjentów, reprezentowany przez dr hab. Martę Kałużną-Oleksy – prezeskę Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Pacjentów z Niewydolnością Serca i jednocześnie praktykującą kardiolożkę – wniósł do debaty niezwykle istotną perspektywę. Jak zauważyła, jednym z największych wyzwań w codziennej opiece nad pacjentami z NS jest nie tyle leczenie zaostrzeń, ile utrzymanie stabilności klinicznej chorego, zanim do zaostrzenia w ogóle dojdzie. – Każda hospitalizacja związana z zaostrzeniem niewydolności serca skraca życie pacjenta. Jeżeli pacjent miał cztery takie hospitalizacje, jego mediana przeżycia spada do poniżej roku. Rokowanie w niewydolności serca jest dziś gorsze niż w większości nowotworów, trzeba mieć tego świadomość – podkreśliła.
 
Zdaniem dr hab. Kałużnej-Oleksy, kluczowym elementem poprawy sytuacji jest edukacja – nie tylko ogólnospołeczna, ale przede wszystkim skierowana do samych pacjentów. Chodzi o to, by potrafili rozpoznawać pierwsze objawy dekompensacji i reagować na nie zanim dojdzie do konieczności hospitalizacji. To właśnie wczesna interwencja – ambulatoryjna, w kontakcie z lekarzem rodzinnym lub kardiologiem – może uratować życie i ograniczyć pogorszenie stanu zdrowia.
 
Drugim filarem, o którym mówiła, jest farmakoterapia oparta na aktualnych wytycznych, dostosowana do typu niewydolności serca i rzeczywiście stosowana przez pacjenta. – Niezależnie od typu niewydolności serca, podstawą leczenia jest terapia modyfikująca przebieg choroby. Dla chorych z obniżoną frakcją wyrzutową to cztery grupy leków: beta-blokery, ACE inhibitory lub ARNI, antagoniści receptora mineralokortykoidowego oraz flozyny. Dla pacjentów z frakcją zachowaną lub łagodnie obniżoną – jedyną skuteczną grupą są flozyny, takie jak dapagliflozyna czy empagliflozyna – tłumaczyła. Bez wdrożenia i utrzymania tej terapii trudno mówić o długofalowej stabilizacji, a doraźne działania podczas hospitalizacji – choć potrzebne – nie rozwiązują problemu. Obecnie nowoczesna terapia dla pacjentów z zachowaną frakcją wyrzutową nie została jeszcze zrefundowana przez Ministerstwo Zdrowia.
 
Skuteczność leczenia zależy jednak nie tylko od dostępności leków, ale także od sposobu prowadzenia pacjenta. Jak podkreśliła prof. Agnieszka Pawlak, kluczowe jest konsekwentne stosowanie się do zaleceń terapeutycznych. – Musimy mówić pacjentowi nie tylko o objawach, ale też o terapii. Kontynuacja leczenia, które wiemy, że poprawia rokowanie, to kluczowy element skutecznej opieki nad pacjentem z niewydolnością serca – podkreślała. O sukcesie leczenia decyduje też jakość rozmowy w gabinecie – zrozumiałej, partnerskiej, budującej zaufanie.
 
Edukacja była jednym z najczęściej powtarzających się wątków debaty – zarówno w wymiarze indywidualnym, jak i systemowym. Choć formalnie pacjenci mogą korzystać z wizyt edukacyjnych w POZ, w praktyce te narzędzia są wciąż niedostatecznie wykorzystywane. – System nie korzysta z ich potencjału, a mogłyby realnie zwiększyć świadomość pacjentów i poprawić rokowania – zauważyła prof. Pawlak.
 
Z perspektywy Ministerstwa Zdrowia istotnym kierunkiem działań ma być wzmocnienie roli POZ w profilaktyce i wczesnej interwencji. – Ponad 20 milionów wizyt rocznie odbywa się u lekarzy POZ. To idealny moment, aby ocenić ryzyko, zaplanować monitorowanie i przeciwdziałać zaostrzeniom choroby. System musi aktywnie utrzymywać pacjenta w możliwie dobrym zdrowiu – mówił Konrad Korbiński. Dodał również, że skuteczna opieka nad pacjentem z niewydolnością serca wymaga „follow-upu” – czyli realnej kontynuacji leczenia i monitorowania po zakończeniu hospitalizacji.
 
To właśnie POZ – jak podkreśliła dr Joanna Szeląg – powinien być podstawą długofalowej opieki nad pacjentem z niewydolnością serca. – Pacjent powinien mieć opiekę blisko siebie – w miejscu zamieszkania. A POZ ma dziś narzędzia, by objąć go nie tylko kontrolą medyczną, ale też edukacją, dostępem do kardiologa, poradą dietetyczną, szczepieniami – mówiła.
 
Efektywność edukacji zależy także od spójności przekazu. – Polacy ufają specjalistom. Jeśli pacjent usłyszy to samo od kardiologa i od lekarza rodzinnego, zrozumie wagę problemu i szybciej zastosuje się do zaleceń – zauważył prof. Marek Gierlotka. Dr Szeląg przypomniała, że Polskie Towarzystwo Medycyny Rodzinnej już opracowało standardy porad edukacyjnych w ramach ścieżki kardiologicznej – ale ich skuteczność zależy od współpracy całego systemu.
 
Filip Urbański z Narodowego Funduszu Zdrowia zapowiedział, że zmiany są już w toku – NFZ pracuje nad nowym podejściem do finansowania świadczeń w oparciu o specyfikę niewydolności serca i wielochorobowości. Planowane są produkty rozliczeniowe dopasowane do długości terapii, typu zastosowanego leczenia oraz rodzaju opieki – tak, by system wspierał nie tylko efektywność, ale też elastyczność.
 
Wszystko to – jak podkreślali eksperci – nie będzie skuteczne bez wspólnego działania. Prowadzący debatę Marek Kustosz, prezes Fundacji TO SIĘ LECZY, zakończył spotkanie prostym, ale istotnym przesłaniem: – Niewydolność serca nie poczeka. Ale jeśli działać wspólnie, mądrze i systemowo – można jej stawić czoła.
 
Pełna relacja z debaty „Kardiologia – Wspólna Sprawa